Kobra - Katarzyna Wasilkowska - ebook + audiobook + książka

Kobra ebook i audiobook

Katarzyna Wasilkowska

4,8

Opis

Po wypadku rodzina Tomka musi na nowo wskoczyć na tory codzienności. Kiedy wydawało mu się, że chłopiec już przyzwyczaił się do nowej sytuacji, okazuje się, że los niesie dla niego kolejną niespodziankę. Wyjeżdża na mazowiecką wieś do babci, o której do tej pory nie miał pojęcia, i tam, daleko od domu, bez wsparcia najlepszych kolegów, poznaje tajemnicę swojej rodziny i mierzy się z własnym strachem.

Mocne przygody, bezimienne groby, sekrety i zabawne odkrycia, nowi znajomi i jeden (albo nawet dwóch) tajemniczych mścicieli. Oraz łoś.

„– Mówiłaś o jakimś potworze przy obiedzie – przypomniał sobie.

– No tak, o Kobrze – przytaknęła Lina i przestała wymachiwać nogami. – Tu ostatnio ciągle coś złego się działo, napadali ludzi, albo jeździli jak wariaci, albo kradli...

– Kto?

– Nie wiadomo. Różni – Linka z przejęciem ściszyła głos i zmrużyła swoje zezowate oczy. – A ludzie się bali, policja nic nie pomagała, aż się pojawił taki jeden i robi porządek, albo pomaga jak trzeba. Jak jakiś Superman, serio.

– Superman? – Tomaszek otworzył szeroko oczy.

– Mhm – pokiwała głową poważnie. – Tylko nie wiadomo jak wygląda. Słuchaj, bo każdy mówi co innego – Linka okręciła się na pupie, sadowiąc naprzeciw Tomaszka ze skrzyżowanymi nogami i zaczęła wyliczać. – Że jest ogromny, że nieduży, że to diabeł, że to anioł, że to UFO, albo potwór. Przyjeżdża czymś świecącym, grzmi, puszcza dym i wymachuje batem. I jeszcze o oczach gadają, że ma jak talerze, albo jak żarówki.

Tomaszek zadrżał i odruchowo rozejrzał po szumiących zaroślach wokół młyna. Może się mylił, może tu wcale nie jest tak nudno jak się wydawało.”

Nowe przygody bohaterów książki Jowanka i gang spod gilotyny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 249

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 59 min

Lektor: Konrad Biel

Popularność




Okładka

Strona tytułowa

Katarzyna Wasilkowska

Kobra

Strona redakcyjna

Katarzyna Wasilkowska

Kobra

© by Katarzyna Wasilkowska

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka:

Katarzyna Kołodziej

Korekta i skład:

Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

Wydanie I

ISBN 978-83-7672-645-8

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

[email protected]

tel. (42) 630 23 81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Piotrowi Vasco, mojemu mężowi,

PROLOG

Ostatni autobus PKS-u zatrzymał się z głośnym sapnięciem na przystanku oświetlonym jedyną działającą latarnią we wsi. Kimający pasażerowie nawet nie podnieśli głów, kiedy z siatami pełnymi zakupów wysiadała Erwina Paź. Autobus odkaszlnął spalinami i ospale ruszył dalej w noc, zostawiając kobietę na koślawym chodniku.

Przenikliwe zimno smagnęło panią Erwinę po odsłoniętych ramionach, aż się wzdrygnęła. Dni były upalne tego lata, w Warszawie nie można było wytrzymać z gorąca, ale wieczorami temperatura gwałtownie spadała. Pani Erwina wiedziała o tym – w obszernej torbie, którą dla wygody zawiesiła sobie na szyi, leżał zabrany rankiem z domu sweterek.

E tam! – pomyślała i raźnym krokiem, w klapkach na niskich koturnach, obeszła przystankową wiatę.

Z tyłu, oparty o popękaną ściankę z pleksi, stał jej lekko przerdzewiały stary rower, z siodełkiem na wypadek deszczu owiniętym reklamówką. Pani Erwina zawiesiła siatki z zakupami po obu stronach kierownicy i pchnęła rower przed sobą.

W torebce oprócz sweterka miała też czołówkę, którą podarował jej na imieniny mąż. Był to bardzo mądry prezent, ponieważ większą część roku przemierzała dwukilometrową drogę między domem a przystankiem zupełnie po ciemku. Nie wiedzieć czemu, we wsi nie było obyczaju używania lampek rowerowych.

Pani Erwina Paź należała do osób niecierpliwych i szkoda jej było czasu na szukanie w torbie sweterka czy latarki. Nie było to rozsądne, gwiazdy świeciły blado i nierówna piaszczysta droga do domu ledwo rysowała się w gęstym mroku. Marząc o kolacji i o ciepłym łóżku, na pamięć ruszyła po wybojach, z ledwością utrzymując równowagę w niewygodnych klapkach. Posapując, co chwilę z irytacją spoglądała w niebo, gdzie za mgłą ledwie odznaczał się wąziutki rąbek księżyca i ani myślał wykrzesać więcej światła.

Piasek chrzęścił pod oponami, świerszcze głośno cykały, a z okolicznych, pogrążonych w całkowitych ciemnościach zabudowań, dobiegało szczekanie psów, tak więc pani Erwina mogła nie zauważyć, kiedy spod płotu cicho oderwał się zakapturzony cień i podążył za nią. Po chwili z przydrożnego zarośniętego rowu wyskoczyła druga postać, która jednak nie była tak bezszelestna jak kompan. Pani Erwina zatrzymała się, nasłuchując.

– Kto to?! – rzuciła ostro, rozglądając się i wytężając wzrok w ciemności. – Kto tu jest?!

Cienie wymieniły między sobą niezrozumiałe zdania, po czym jeden z nich zapalił latarkę i skierował jaskrawy strumień światła prosto w oczy kobiety, a drugi podskoczył do niej, próbując zerwać torbę z szyi.

Pani Erwina, oślepiona, puściła rower z zakupami i zaczęła wrzeszczeć na całe gardło. Napastnicy dopadli do niej, czym prędzej zatykając usta, ale kobieta nie była łatwym przeciwnikiem. Szarpała się z całych sił, wydając wściekłe odgłosy i kopiąc swoich prześladowców po goleniach twardymi klapkami, dopóki jeden nie zerwał ich jej z nóg.

Bandziorów było jednak dwóch, w dodatku całkiem krzepkich, i kiedy pani Erwina zaczynała wyraźnie słabnąć w nierównej walce, okolicą wstrząsnął ciężki warkot.

Stało się to tak niespodzianie, że cała trójka zamarła w swej szamotaninie, zwracając wzrok w kierunku, skąd narastał potężny huk. W oddali drogę rozświetliła łuna, coś z dużą prędkością zbliżało się od strony wsi.

Co wydarzyło się w ciągu kolejnych kilku sekund – niezupełnie wiadomo. Tajemniczy pojazd zniknął tak szybko, jak się pojawił. Zniknęła także pani Erwina Paź ze swoim rowerem, torebką i zakupami.

W ciemnościach i kłębach kurzu na drodze stało dwóch przerażonych bandytów. Jeden z nich wciąż ściskał w dłoni klapek na niskim koturnie.

***

Im bardziej Tomek zbliżał się do swojego mieszkania, tym bardziej zwalniał kroku. W końcu zatrzymał się, a sportowa torba z rzeczami z basenu zsunęła mu się z ramienia na schody.

Zza drzwi wyraźnie dobiegały zdenerwowane głosy. Oczywiście podniesiony głos mamy nie był niczym dziwnym, często zdarzało jej się krzyczeć na Heniutkę, a czasem na Tomka, ale tym razem było słychać jeszcze kogoś. Kogoś dorosłego. A to było już z pewnością bardzo dziwne. Tomek nie pamiętał, żeby kiedykolwiek odwiedził ich w domu na Różowej ktoś dorosły.

Niestety, nie można było w ogóle rozróżnić słów. W końcu zapadła cisza, a po chwili drzwi otworzyły się i wyszła z nich nieznajoma starsza pani.

Mijając Tomka, zatrzymała się i spojrzała na niego tak dziwnie, że aż mu się zrobiło ciepło. Potem poklepała go po ramieniu i zeszła na dół. Chłopiec stał jeszcze moment, po czym podniósł torbę i wszedł do domu.

– Mamuś, co to za pani? – zapytał mamę, stojącą w kuchni przy oknie. – O co chodzi?

– Dajcie mi wszyscy święty spokój! – zawołała mama roztrzęsionym głosem.

Tomek wycofał się z kuchni.

Nie znosił, kiedy tak się zachowywała. Za każdym razem czuł się jak postać z kreskówki, której nagle spod stóp znika podłoga. Do czegoś takiego nie można się przyzwyczaić.

Tomek był głodny, jak zwykle po basenie, ale pomyślał, że jeszcze chwilę odczeka, niech się mama pozbiera. Rozpakował torbę, rozwiesił mokre rzeczy i zajrzał do pokoju Heniutki.

Siostra siedziała na podłodze i malowała włosy swoim lalkom.

– Bawisz się w salon fryzjerski? – zagadnął.

– Nie – odparła Heniutka, nabierając na pędzel turkusową farbę. – Likwiduję blondynki.

Rzeczywiście, na gazecie leżały pokotem wyłącznie jasnowłose Barbie, wszystkie inne lalki siedziały jak zwykle na półkach.

– Co masz do blondynek? – zaciekawił się Tomek. – Uważasz, że są głupie? To stereotyp, wiesz?

– Nie wiem, co to za typ. – Heniutka wzruszyła ramionami. – Te z ciemnymi włosami opowiadają wciąż kawały o blondynkach, a blondynki się obrażają. Sytuacja stała się nie do wytrzymania, nie możemy się już normalnie bawić. Musiałam zainternetować, jestem za nie odpowiedzialna, bądź czy nie bądź.

– Zainterweniować – poprawił ją Tomek z uśmiechem.

– Może i tak – zgodziła się Heniutka, wycinając nożyczkami różowego irokeza. – To była nasza babcia, wiesz?

– Kto? – zapytał głupio Tomek, chociaż od razu wiedział, o kim mowa. Po prostu go zatkało.

– No, ta pani, co krzyczała na mamę – wyjaśniła spokojnie Heniutka. – To znaczy najpierw nie krzyczała, tylko była zwyczajnie miła. Ale potem mama zaczęła płakać i krzyczeć, żeby ta pani babcia się wynosiła. I żeby wszyscy dali jej święty spokój. To wreszcie ta pani babcia też się wnerwiła.

Tomek oddychał głęboko, a przed oczami miał twarz tej obcej kobiety. Myślał o tym, jak zajrzała mu w oczy, i że wyglądała jakoś znajomo, chociaż był pewien, że nie spotkał jej nigdy przedtem.

– Czy mama robi nam krzywdę? – Heniutka wyrwała go z zamyślenia.

– Jak to? – Tomek nie nadążał za siostrą.

– Ta babcia tak powiedziała. Że mama nam robi krzywdę i że sobie też robi.

Tomek westchnął i poszedł do swojego pokoju, po drodze zaglądając do kuchni. Mama nadal stała przy oknie, opierając głowę o szybę.

Usiadł przy biurku i sięgnął po komórkę. Żeby tak chociaż mógł porozmawiać z Jowanką!

Niestety, jego najlepsza przyjaciółka wyjechała na wakacje. Po długich namowach w końcu udało się jej wyciągnąć swojego tatę na wyprawę. Zabrali tylko rowery, plecaki i namiot. Żadnych telefonów i komputerów, taki był warunek. Teraz wędrują gdzieś po Szwajcarii Kaszubskiej. Ale musi być szczęśliwa! – uśmiechnął się Tomek.

Otworzył galerię zdjęć w telefonie. Jowanka, Franek, Dominik, Wawrzek, no i Tomek dostali niezłej głupawki na zakończeniu roku...

– Słuchaj, synek. – Mama stanęła w progu. Tomek odłożył telefon i spojrzał na nią wyczekująco. Gryzła w zamyśleniu kosmyk włosów, jakby właściwie nie wiedziała, co chce powiedzieć. – Jest taki plan, żebyś pojechał na wakacje na wieś – odezwała się wreszcie i oparła głowę o futrynę.

Tomek pomyślał, że mama ostatnio ciągle kładzie na czymś głowę. Nawet kiedy jadła, podpierała brodę ręką. Jakby miała za słabą szyję.

– Co powiedziałaś? – Z opóźnieniem dotarł do niego sens tego, co usłyszał. – Na jaką wieś? Co za plan? Przecież jadę na obóz!

– Wiem, wiem – odparła zniecierpliwionym głosem. – Kiedy masz ten obóz? W sierpniu dopiero jakoś, nie?

– Tak – przytaknął Tomek. – Ostatnie dwa tygodnie wakacji.

– Nie mamy jeszcze połowy lipca, możesz pojechać na cały miesiąc – powiedziała.

– Mamuś, weź mi to wytłumacz. – Tomek czuł się coraz bardziej zagubiony. – Skąd nagle ta wieś? Nigdy nie byłem na wsi. Czy to chodzi o tę panią? Heniutka mówi, że to nasza babcia.

– Tak, to wasza babcia. Mama taty – odrzekła mama niechętnie. – Wiesz, pogadamy o tym jutro, muszę sobie poukładać to w głowie – dodała, odchodząc.

Tomek pomyślał, że on też musi sobie coś ułożyć w głowie, zanim mu pęknie od nadmiaru wrażeń i nowych, niejasnych wiadomości.

Zatem miał babcię! Zawsze marzył o dziadku albo babci, a teraz, kiedy dowiedział się, że ktoś taki istnieje, nie miał pojęcia, co z tym zrobić. Nie umiał powiedzieć, co czuje, nie wiedział nawet, czy się cieszy, czy nie.

Całe życie byli sami – mama, tata i on. Później urodziła się Heniutka i zaraz potem był ten straszny wypadek. Tata zginął, a Tomek stracił nogę.

I znowu żyli tylko we trójkę – mama, Heniutka i on. Tomek wiedział, że mama była z domu dziecka i nigdy nie chciała rozmawiać o swoim dzieciństwie, strasznie denerwowały ją wspomnienia.

Kiedy pytał tatę o dziadków, zawsze słyszał tylko: „Niektórzy nie mają dziadków. Ty nie masz, kropka”.

W końcu uwierzył, że są najmniejszą rodziną na świecie, i nauczył się, że żeby żyć w miarę spokojnie, o niektóre rzeczy rodziców pytać nie należy.

Kiedy rozmyślał, jego palce nieświadomie błądziły po ekranie telefonu i teraz zauważył, że wyświetliło się na nim stare zdjęcie.

– O ja cię, Gilotyna! – wyszeptał.

Na fotografii sprzed dwóch lat, w bazie pod Gilotyną byli wszyscy jego przyjaciele. Jakie dzieci! – pomyślał. Przyjrzał się sobie – złotowłosy, kędzierzawy blondynek z nieśmiałym uśmiechem, Tomaszek, tak na niego mówili. Dwa lata, całe wieki. Nagle poczuł się dorosły i pożałował siebie ze zdjęcia. Szkoda, że nie mogę być swoim starszym bratem. Byłbym dla siebie bardzo dobry.

Gilotynę, czyli jabłoń jedyną w swoim rodzaju, wycięto, w miejscu starego sadu stały dziś nowe bloki. Kryjówka do tajnych spotkań nie była im dłużej potrzebna. Każdy miał swoje zajęcia, a kiedy chcieli się spotkać, po prostu to robili. Łazili po osiedlu, umawiali na konsolę albo jechali do miasta.

Tomek trenował wyczynowo pływanie, a od roku oswajał się z wymarzonym aikido.

Jowanka każdą wolną chwilę spędzała w Pałacu Młodzieży na Ogarnej, uczyła się rysunku i lepiła jakieś garnki.

Dominik i Wawrzek zapisali się do szkółki piłkarskiej Lechii, noga i klub stały się dla nich najważniejsze na świecie.

Tomek spojrzał na szeroki uśmiech Franka przytulonego do kudłatego psa.

Tak naprawdę odkąd usłyszał o tajemniczej babci, ciągle myślał o Franku. Z całej siły powstrzymywał się, żeby do niego nie zadzwonić.

Według Tomka Franek miał rodzinę marzeń. Jego rodzice byli troskliwi, ale wyluzowani, nigdy nie czuło się tam nerwowej atmosfery. Pies Wiking był jedynym psem na świecie, którego Tomek się nie bał. No i jeszcze dziadek!

Dopóki dziadek Franka mieszkał w Gdańsku, często odwiedzali go całą paczką. Mogli z nim gadać o wszystkim, zawsze miał dla nich czas. Sam też znał całe mnóstwo historii, opowiadał o swoich strasznych albo śmiesznych przygodach z rejsów po całym świecie. Właśnie takiego dziadka Tomek zawsze chciał mieć.

Ale ostatnio u Franka nie było wesoło. Dziadek przeniósł się do domu spokojnej starości w Gdyni, gdzie Franek nie mógł go zbyt często odwiedzać. W dodatku niedawno miał zawał i leżał w szpitalu.

Na domiar złego na początku wakacji umarł Wiking. Co z tego, że wszyscy wiedzieli, że był bardzo stary? Franek znał go całe swoje życie, był jego rodziną, przyjacielem, także członkiem gangu.

Tomek pomyślał, że teraz znalazł się w lepszej sytuacji od Franka, który nawet nie miał siostry. Ani babci.

Kiedy więc nagle zadzwonił mu w ręku telefon, a na wyświetlaczu pojawił się napis „FRANEK”, zaskoczony Tomek gapił się na niego dłuższą chwilę, zanim odebrał.

– Hej! – usłyszał w słuchawce radosny głos przyjaciela. – Pomyślałem, że ci powiem. Byłem dziś u dziadka w szpitalu, zrobili mu operację, powkładali jakieś nowe żyły, jakieś baloniki czy sprężynki... Dziadek trochę słaby, ale już nawija. Ma robić ćwiczenia, tata mówi, że teraz to pożyje dwie dychy albo dłużej! Może wpadniesz do mnie, co?

– Jasne, lecę! – rzucił przejęty Tomek i zerwał się od biurka. Cofnął się jednak i przysiadł przy komputerze.

Zgrał zdjęcie spod Gilotyny i wydrukował.

Nie była to fotografia najlepszej jakości, ale chciał zanieść ją Frankowi na pamiątkę starych czasów, w których dziecinnie myśleli, że przygody czekają za każdym rogiem, wystarczy je tylko upolować.