Kobiety z oddziału 5B. Intymny reportaż z ze szpitala psychiatrycznego - Trzeszczyńska Patrycja - ebook
NOWOŚĆ

Kobiety z oddziału 5B. Intymny reportaż z ze szpitala psychiatrycznego ebook

Trzeszczyńska Patrycja

0,0

10 osób interesuje się tą książką

Opis

To czyściec, do którego trafia się wprost z piekła.

Patrycja Trzeszczyńska w ciężkim epizodzie depresji trafia na zamknięty oddział psychiatryczny. Zawodowy nawyk antropolożki każe jej patrzeć na szpitalną rzeczywistość okiem obserwatorki uczestniczącej. Pod jej piórem powstaje reportaż o miejscu, w którym rytm dnia wyznaczają pobudka, leki, posiłki, obchody i cisza nocna. Reszta zależy od personelu i stanu pacjentek. Drzwi są zamknięte, każde wyjście wymaga zgody, a chwile poza oddziałem są precyzyjnie odmierzane. Namiastką wolności stają się palarnia i widok z zakratowanego okna.

Ten reportaż to jednak przede wszystkim opowieść o kobiecej solidarności: o pacjentkach, które, dzieląc wspólny los i wypracowując strategię przetrwania, stają się dla siebie siostrami. W szpitalu bariery pokoleniowe i majątkowe przestają mieć znaczenie. Liczy się siostrzeństwo, które okazuje się kluczowe na drodze do zdrowia. Przez czyściec – z powrotem do życia.

Wyjdziesz ze szpitala, ale szpital nie wyjdzie z ciebie. Będzie częścią twojej biografii.

 

***

Patrycja Trzeszczyńska – antropolożka, ukrainoznawczyni, doktorka habilitowana. Autorka książek Łemkowszczyzna zapamiętana (2013), Pamięć o nie-swojej przeszłości. Przypadek Bieszczadów (2016) oraz Diaspora-pamięć-miejsca (2019), a także wielu artykułów naukowych poświęconych pamięci i migracji. Badania terenowe prowadziła w Polsce, Ukrainie i Kanadzie we współpracy ze społecznościami ukraińskimi. Kocha reportaże, zbieranie grzybów i bieganie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 171

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Podobne


Patrycja Trzeszczyńska

KOBIETY Z ODDZIAŁU 5B

Intymny reportaż ze szpitala psychiatrycznego

Dwa są tylko miejsca dla metafizycznych jednostek w naszych czasach: więzienie i szpital wariatów (napis w palarni)

Prolog

31 października 2024 r.

22. dzień pobytu w szpitalu psychiatrycznym

Wróciłam z dalekiej podróży. Byłam w niej przez lata. Nie pamiętam, dokąd podróżowałam. Miejsca zlewają się w jeden ciąg.

Przez lata żyłam jak automat. Byłam na autopilocie. Nie wiedziałam, dokąd lecę. Robiłam wszystko, co trzeba, zazwyczaj jak należy. W rutynowy sposób. Starając się nie zagubić perspektywy, że dzień się kiedyś skończy. Że odpocznę i zatrzymam ten mały, przeznaczony mi tego dnia bieg. Obrót sfer. Listę zakupów, choć nic nie kupowałam. Bilet, choć donikąd się nie wybierałam.

Byłam wiecznie spóźniona. Wiecznie zmęczona. Wiecznie w poczuciu winy. W niedoczasie. Frustracji. Złości. Rozpaczy. W domu wpędzałam się w poczucie winy, że nie dość pracuję, że nie dość czytam, rozwijam się, piszę, że nie jestem na bieżąco, że wiecznie nie nadążam i łapię zadyszkę. Że powinnam więcej i szybciej. Z zajęć dydaktycznych pędziłam na zebrania, komisje, spotkania projektowe, w międzyczasie próbując pisać swoje artykuły i recenzować czyjeś, oceniać prace studenckie, brać udział w konferencjach i prowadzić badania. W pracy ganiłam siebie z kolei za to, że za mało jest mnie dla córki. Że mnie zwykle nie ma, że nie spędzam z nią wystarczająco dużo czasu, że nie dość uważnie patrzę, jak rośnie, uczy się nowych rzeczy, a przecież każdego dnia jest jakiś nowy błysk, element, zadziwienie. Ja to przegapiam i nie jestem w stanie wszystkiego zarejestrować, zapisać w głowie, śledzić, przyglądać się, celebrować.

Wieczne „muszę”, „powinnam”, „mam do zrobienia”, „(nie) ogarniam” lub „należałoby ogarnąć”. Ciągły świst bata nad moją głową: szybciej, jeszcze, dalej. Biegnij, pędź, bo nie zdążysz. Ciągły strach, ile mnie omija, czego nie zdążyłam, nie dałam rady, zawaliłam, albo że zawalę, nie zrobię i nie będzie zrobione, że nie podołam i samą siebie zawiodę, albo kogoś, kogo nie powinnam zawieść.

Wielki lęk ogarniał stopniowo już nie tylko moje noce, ale także moje dni. Bałam się wszystkiego, o wszystko. Lękiem podszyty był każdy mój ubiór. Wychodziłam w nim do świata, pędząc na oślep, w nadziei, że jego czerń – wszechobecna, dominująca nad jakimkolwiek kolorem – przechwyci i wchłonie rozpościerający się wszędzie mrok. A ten mrok wcale nie chciał się wchłonąć. Dawno też poczułam, że się nie rozstąpi. Rósł i rósł. Pęczniał, nabrzmiewał, wciągał. Zasysał.

Czułam, że najlepiej dla mnie byłoby – a potem już myślałam, że dla wszystkich – gdybym umarła. W mojej głowie zalęgły się myśli jak paskudne robaki, i rosły, rosły, pasły się, żarły ostatnie okruszki, zostawiając mnie w mroku na pewną śmierć głodową. Widziałam scenę, która wracała potem wiele, wiele razy. Oto stoję w wynajętym na czas delegacji warszawskim mieszkaniu w Alejach Jerozolimskich, na szóstym piętrze. Byłam tam w kwietniu, paliłam papierosa na balkonie. I wtedy projektował się w mojej głowie obraz. Przekładam nogę przez barierkę. Pode mną ruchliwa ulica, daleko do asfaltu, wysoko. Stoję i czekam. Aż nabiorę odwagi. Pomyślę ostatnie myśli. Ostatni raz cokolwiek poczuję. A potem błysk i lot.

Ten obraz nie chciał mnie opuścić, choć ja już opuściłam Warszawę. Pojechał ze mną do domu. I został. Wyświetlał się po wielokroć. Wyłaził z mroku w mojej głowie, żeby oślepić mnie tym blaskiem, który poprzedzał lot. Mrok i błysk. Błysk w mroku. I tak w kółko przez wiele miesięcy.

Widziałam go tyle razy, że już prawie mnie nie dziwił i nie straszył. Oczy przywykły, obraz się wyostrzył. Jakiś uparty muzealnik wciąż pilnował go w galerii wszystkich moich wspomnień, zapamiętanych emocji, wzruszeń. Całej plątaniny nitek prowadzących mnie ku dawnym przeżyciom. Paradoks. Wyświetlasz własną śmierć jak scenariusz przyszłości. A jednocześnie to wspomnienie. Bo prawie już byłam po drugiej stronie.

Wróciłam z dalekiej podróży. Wróciłam do siebie. Do mnie, do swojego życia, do ciała, do mojego uziemienia, kontaktu z rzeczywistością. Po jakimś wielkim odgromniku zeszłam na dół i jak piorun rozpuściłam się w podłożu, przeganiając ciemność.

Żyłam przez wiele lat jedną czwartą życia. Straciłam te lata. Teraz już rozumiem, dlaczego tu jestem. Co się stało. Już wiem, co sobie zrobiłam. Nie na balkonie wtedy w kwietniu, tylko dużo wcześniej, kiedy przestałam żyć. Kiedy opuściłam samą siebie.

Wstęp

To nie jest historia ani monografia konkretnego szpitala psychiatrycznego. Nie jest to też poradnik. Nie opowiem o tym, jak przeżywać depresję ani jak z niej wyjść. To zapis drogi, którą przeszłam jako osoba chorująca na depresję i jako pacjentka pewnego oddziału w pewnym szpitalu w Polsce. Moim celem jest pokazać, jak funkcjonuje się w szpitalu, jak od środka wygląda on widziany oczami pacjentki, która trafia tam w danych okolicznościach i przez pryzmat swojego usytuowania w tych okolicznościach postrzega to miejsce. Opowiem też o panujących tam relacjach, o doświadczeniach innych pacjentek, o codzienności pobytu na oddziale zamkniętym. O całej gamie emocji, które takiemu pobytowi towarzyszą.

Nie będzie to opowieść o stanie polskiej psychiatrii, wdrażaniu reformy i programu pilotażowego1 ani nie będą to opisy przypadków pacjentów i pacjentek pozyskane z zewnątrz w drodze wywiadu. W ostatnich latach już zdążyły powstać na ten temat ważne reportaże, takie jak Głośnik w głowie. O leczeniu psychiatrycznym w Polsce Anety Pawłowskiej-Krać, Choroba idzie ze mną. O psychiatrii poza szpitalem Anny Kiedrzynek czy Lękowi. Osobiste historie zaburzeń Arkadiusza Lorenca. Autorki i autor tropią niedomagania i patologie systemu ochrony zdrowia psychicznego w Polsce. Pokazują niedostatki opieki ambulatoryjnej i nadużycia opieki szpitalnej. A także osobiste tragedie i samotność osób dotkniętych kryzysem psychicznym bądź trudności życia z danym zaburzeniem psychicznym, zarówno w sferze społecznej, ekonomicznej, jak i w relacjach z bliskimi. Piszą również o niewidzialności społecznej osób chorujących psychicznie, niedostatkach proceduralnych i kadrowych systemu opieki społecznej i środowiskowej oraz stygmatyzacji osób chorujących psychicznie. Zadbanie o dobrostan pacjentek i pacjentów, usprawnianie narzędzi terapeutycznych, nacisk na decydentów politycznych i tak zwaną opinię publiczną to kwestie nadzwyczajnej wagi. A w naszym kraju blisko dwa miliony osób leczy się z powodu kryzysu psychicznego lub konkretnych zdiagnozowanych zaburzeń, w tym aż półtora miliona choruje na depresję2, a kolejne tysiące nigdy nie trafiły pod opiekę psychiatry. Jednak społeczno-kulturowy aspekt choroby psychicznej wydaje mi się wciąż niewyzyskany. Wciąż za mało i za rzadko mówimy o tym, czym jest kryzys psychiczny, czym są choroby takie jak depresja, schizofrenia, choroba afektywna dwubiegunowa, zaburzenia osobowości typu borderline czy zaburzenia obsesyjno-kompulsywne (OCD), które niekiedy wiodą pacjentkę lub pacjenta do szpitala psychiatrycznego. Wciąż w języku, który przecież odzwierciedla stan społecznej świadomości, funkcjonują określenia „wariatkowo” i „psychiatryk” w odniesieniu do placówek medycznych i szereg rozmaitych, pejoratywnych rzeczowników na określenie osoby chorującej psychicznie. Zbiorową wyobraźnię nadal zasilają takie obrazki jak z Lotu nad kukułczym gniazdem, zarówno w wersji literackiej, jak i filmowej.

Szpital psychiatryczny w takim wydaniu to straszne miejsce, gdzie pacjent jest przedmiotem, odartym z godności ciałem, które wije się w spazmach, zapinane jest w pasy i poddawane drastycznym procedurom, przymusowym zastrzykom albo elektrowstrząsom. I choć niektórzy rozmówcy i rozmówczynie wspomnianych autorek i autora przywołują swoje traumatyczne przeżycia z hospitalizacji – dalekie wprawdzie od wyobraźni Kena Keseya, ale też wskazujące na wciąż obecne szpitalne patologie – chciałam pokazać, że szpital psychiatryczny można zobaczyć inaczej.

Moim celem jest nie tyle promocja wizji szpitala jako polecanej instytucji, tym bardziej wystawianie mu laurki, ile pokazanie go z perspektywy pacjentki. Z jednej strony pacjentka jest usługobiorczynią, klientką, której udziela się pewnych świadczeń. Z przyczyn medycznych została do placówki skierowana, poddana odpowiednim procedurom, włączona w protokół postępowania terapeutycznego i farmakologicznego. Z drugiej, ważniejszej dla mnie strony pacjentka ta dość szybko zaczyna orientować się, że trafiła w miejsce, które przy różnych swoich wadach i niedostatkach, zauważanych przez nią i odnotowywanych, jest zapowiedzią wyjścia z kryzysu, swoistym czyśćcem (choć daleko mi do skojarzeń religijnych), w którym trzeba trochę posiedzieć, żeby można było pójść w którąś ze stron. Przebywanie w tym czyśćcu nie jest największą przyjemnością, jednak postaram się tu pokazać, że szpital to życie. I że osoby chorujące psychicznie są wśród nas, choć mijając je na ulicy, nie zdajemy sobie z tego sprawy. Przyjmując perspektywę przywracania do życia, opowiem o doświadczeniach własnych i innych pacjentek, o walce z mrokiem, brakiem nadziei oraz systemem.

Choć truizmem jest stwierdzenie, że choroba psychiczna może dotknąć każdego człowieka i mimo że zwiększa się świadomość społeczna na temat kryzysu psychicznego, to kulturowo jest on nadal niewygodny. Jakoś tak nieswojo i wstyd opowiedzieć o tym w pracy – a nuż uznają cię za „nienormalną” (nienormalna, czyli jaka właściwie?). Albo twoi przełożeni zaczną się zastanawiać, czy powierzone ci stanowisko i zadania są na pewno do udźwignięcia, czy niczego nie zawalisz, a więc czy będąc w kryzysie psychicznym lub chorobie psychicznej, wciąż nadajesz się do tej pracy. Kto to słyszał, żeby mówić w kręgach zawodowych o pobycie w psychiatryku… Jeszcze przylepią ci łatkę i będą szeptać, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia. W kręgach towarzyskich mimochodem dzielisz osoby na te, które według ciebie zrozumieją, i te, którym taka wiedza nie jest do niczego potrzebna, a ciebie może postawić w niekorzystnym świetle, doprowadzić do stygmatyzacji albo towarzyskiego ostracyzmu. Jeśli żyjąc w swojej bańce, masz wspierających bliskich i przyjaciół, pokonujesz to wewnętrzne zahamowanie przed wyjaśnieniem, co się z tobą dzieje. Jeśli nie masz, tylko okopujesz się w przekonaniu, że powinno to pozostać twoją tajemnicą.

Jako społeczeństwo nie jesteśmy gotowi uznać choroby psychicznej za taką samą dolegliwość jak każda inna, a pobytu w szpitalu psychiatrycznym traktować jak każdą inną hospitalizację. Zaraz pojawia się zwrot „żółte papiery” albo potwierdzenie przeczucia, że chora osoba zawsze wydawała nam się „jakaś dziwna”. Wiedza o poszczególnych chorobach i zaburzeniach psychicznych jest szczątkowa i wybiórcza, oparta na strywializowanych skojarzeniach i stereotypach. Przykładowo, choć wyświechtany termin „depresja” najpowszechniej obecny jest w publicznych dyskursach, to najczęściej ulega banalizacji – jako chandra, dołek, pogorszenie nastroju, tłumaczone okolicznościami, pogodą albo nadmiernym skupieniem na sobie, co najwyżej kojarzone ze smutkiem, który kładzie ludzi do łóżek i sprawia, że nie mają siły umyć zębów. Paradoksalnie, powszechność wyznań celebrytów i zalew pop-psychologicznych poradników w stylu „zwalcz depresję w 7 dni” przynoszą więcej szkody niż pożytku, ponieważ odsuwają nas od zrozumienia, impregnując na cierpienie osoby chorującej i utrwalając banalizację wiedzy i wyobrażeń o tej potencjalnie śmiertelnej chorobie. O nowotworach nie mówimy niepoważnie, depresję zaś niepoważnie dyskursywizujemy.

Co prawda o jej popkulturowym, upraszczającym anturażu jeszcze coś wiemy, lecz inne zaburzenia wrzucamy do jednego worka z podpisem: „psychiczny”. Zbiorowa wyobraźnia nie sięga po klasyfikacje, etiologie, protokoły postępowania medycznego i nazwy – jakieś CHADy, GADy, OCD czy BPD.

Chciałabym zatem pokazać, że choroba psychiczna jest bliska życiu i w nim coraz częściej obecna – że jest tego życia częścią i może dotknąć każdego i każdą z nas. Choruje bowiem coraz więcej osób. W codziennych kontaktach mamy z nimi/nami do czynienia, nie znając ich/naszej medycznej historii, maskowanej znowu przez te nieszczęsne stereotypy i klisze, które każą im/nam wstydliwie chować doświadczenie choroby albo kłamać i nazywać ją inaczej, korzystając z terminarza uznanych społecznie przypadłości („nie było mnie w pracy, bo miałam operację wyrostka”). Z drugiej strony choroba psychiczna ich/nas z tego życia wyłącza, więzi w domach, łóżkach, szpitalach, odrywa od pracy, rodziny, zobowiązań, pasji i przyjemności. A przecież jest równocześnie samym życiem. Doświadczając jej, nie przestajemy żyć, choć wielu z nas tak się wydaje. Zwykle umieramy za życia.

Ta książka jest o kobietach i oddziale kobiecym, którego byłam pacjentką. O kobiecym doświadczaniu choroby psychicznej. Nie ma w niej mężczyzn. Nie dlatego, że ich wygumkowałam albo że męskie (czyli jakie właściwie?) przeżywanie choroby nie było dla mnie ważne. Trafiłam na oddział kobiecy; wśród kobiet i z kobietami przeżywałam pobyt w szpitalu. To kobiece głosy ukształtowały moje myślenie o tym, co przeżywam oraz co, kto i jak mnie otacza. Mam świadomość, że doświadczenia pacjentek na oddziałach koedukacyjnych mogą być zupełnie inne. Nie chodzi mi tu o jakieś uśrednianie sposobów bycia w chorobie i w szpitalu psychiatrycznym. Pokazuję jednak, jak może być, kiedy trafimy na oddział dla kobiet i z kobietami jesteśmy w naszej wspólnej drodze do zdrowia. Bardzo ważna jest tu kwestia kobiecej solidarności, siostrzeństwa, wspierania się i wspólnego bycia w tym miejscu. Moje współtowarzyszki z oddziału nazywam Dziewczynami. Opowiadam głównie o czterdziesto- i pięćdziesięciolatkach, bo taki krąg był mi najbliższy, ale wśród Dziewczyn pojawiły się także kobiety po sześćdziesiątce i siedemdziesiątce. Zresztą wiek nie miał większego znaczenia. Bariery pokoleniowe kruszyła wspólnota losu.

Obserwując szpitalne hierarchie, procedury, umiejscawianie pacjentek w jasno zdefiniowanych pozycjonalnościach, nie staram się ich podważać ani krytykować. Raportuję jedynie, jak te pozycjonalności i ruch pomiędzy częścią obserwacyjną oddziału (piętrem) a częścią, która przypomina sanatorium (parterem), wpływają na wzajemne relacje, postrzeganie choroby własnej i cudzej oraz na proces wychodzenia z kryzysu, który przywiódł nas do szpitala. Nie skupiam się na niedostatkach, dysfunkcjach czy jednoznacznie negatywnych rozwiązaniach, choć je odnotowuję. Staram się natomiast pokazać strategie przetrwania w tym miejscu, jednostkowe i kolektywne sposoby oswajania szpitalnej rzeczywistości, własnego i cudzego cierpienia, lęku oraz poczucia zamknięcia w klatce. Tropię podejmowane indywidualnie i w zbiorowym trudzie taktyki oporu, demontażu zastanej rzeczywistości i podważania panujących reguł. Opisuję także narzędzia formatowania do roli pacjentki, która nie ma mocy sprawczej, więc musi się przystosować i podporządkować.

Jestem antropolożką. Na co dzień zajmuję się badaniem ludzkich światów z perspektywy społeczno-kulturowej i prowadzeniem na ten temat zajęć na uniwersytecie. Jestem wytrenowana w obserwacji uczestniczącej, która jest fundamentem metodologicznym tej dyscypliny naukowej. Obserwuję więc, uczestnicząc, uczestniczę, obserwując, oglądam także i analizuję własne uczestnictwo. Ponieważ robię to od ponad dwudziestu lat, niełatwo mi ten znaturalizowany już odruch zawiesić. Kiedy trafiłam do szpitala psychiatrycznego, byłam tylko pacjentką, a moja codzienność, także zawodowa, została przymusowo odsunięta. Odruch jednak pozostał i szybko zorientowałam się, że poprzez zawodowe soczewki postrzegam miejsce, w którym się znalazłam, własną drogę i drogę innych pacjentek, szczególnie bliskich mi koleżanek, Dziewczyn.

Przez lata jako akademiczka byłam uwięziona w formule tekstu naukowego. Jego rygory i wymogi powściągały mnie pisarsko, redukowały moją wyobraźnię, nie pozwalały na zbyt wiele metafor, przyszpilając do empirii i teorii. Tutaj zwalczyłam ten odruch i staram się dać prowadzić sytuacjom, wrażeniom, myślom, dialogom i autorefleksji. Mój stan, rzecz jasna, nie pozostawał bez wpływu na to, co rejestrowałam.

W przeciwieństwie do formy tekstu, w której zazwyczaj pracuję, tutaj poczułam wolność zapisu tego, co widzę, czuję, co mi się przydarza. Włoski semiotyk Umberto Eco, teoretyk intertekstualizmu, wskazującego na zależność tekstu od innych tekstów, ich ciągłą grę, przestrzegał, że nikt nie jest tak wolny, że może czytać, jak chce. Zawsze bowiem w pojedynczym akcie lektury pobrzmiewają inne przeczytane teksty, wyłaniają się i stale wzajemnie zasilają w doświadczeniu czytelniczym, korespondują z aktualnie czytanym dziełem, a nawet determinują sposób jego odczytania. Parafrazując Eco, mogę powiedzieć, że nikt nie jest tak wolny, aby mógł pisać, jak chce. Jednak treść tej książki dała mi poczucie wolności, jakiej wcześniej zawodowo nie zaznałam. Jest to luźno poprowadzona narracja. Niekiedy widać w niej tęsknotę za umiejętnością pisania reportażu (te pochłaniam taśmowo), niekiedy przybiera formę pierwszoosobowej wiwisekcji, czasem prowadzona jest na osi „ja” (osoba pisząca) – „ty” (osoba czytająca), innym razem przybiera postać raportu na temat tego, co widziałam, czego słuchałam, czego w subiektywny, ucieleśniony sposób doświadczyłam, a co jednak nie było wyłącznie moim doświadczeniem.

Oddział szpitala psychiatrycznego, którego byłam pacjentką przez kilka tygodni, to tytułowe 5B. Szpital podzielony jest na poszczególne „lżejsze” i „cięższe” oddziały, a od numerów budynków są one określane właśnie skrótem: 5B, 7A, 4A. Pacjentki 5B nazywam Dziewczynami, mając tu na myśli szczególnie te, z którymi spędziłam najwięcej czasu. Ich imiona zmieniłam i pominęłam niektóre szczegóły biograficzne. Cztery najbliższe mi Dziewczyny – Aga, Ula, Ania i Zuzia – chciały wystąpić pod swoimi imionami. Żyłyśmy tam razem, dzieląc rytm szpitalnego czyśćca i próbując wydostać się na powierzchnię – trzymałyśmy się za ręce.

Za wszystkie rozmowy, łzy, śmiech, bezgraniczne zrozumienie i wsparcie oraz kibicowanie tej książce jestem niezmiernie Wam wdzięczna, Dziewczyny!

Piętro

Przepis na szpitalny kompot:

Wziąć duży garnek, nalać 30 litrów wody. Wrzucić do niego jedną landrynkę. Tak otrzymany koncentrat rozpuścić w kolejnych 30 litrach wody.

Pierwsze piętro to miejsce, w którym rozpoczyna się pobyt w szpitalu. To czyściec, do którego trafia się wprost z piekła, wprost z najdalszych czeluści, ze swojego dna, które ma w sobie każda z pacjentek. Siedzą one w czyśćcu długo lub nieco krócej. To czas, kiedy lekarze wdrażają leczenie farmakologiczne i psychoterapeutyczne, a organizm dopiero zaczyna reagować na nowe leki albo zmianę starych na nowe. Pacjentki na piętrze czekają na decyzję, że mogą już być przeniesione na dół. Ten dół oznacza parter, mniej rygorystyczną część oddziału, gdzie – poza świetlicą – nie zainstalowano kamer, gdzie pacjentki śpią na łóżkach, które nie mają szpitalnego wyglądu – metalowych ram, kółek i podnośników, a sale przypominają skromne pomieszczenia w schronisku górskim. Albo sanatorium. Po obiedzie pacjentki z parteru wychodzą z terapeutką na „spacery” do sklepu na całą godzinę. Te dochodzące do zdrowia mają nawet możliwość wyjścia po raz drugi o piętnastej, w ramach tak zwanego treningu samodzielności. Do dyspozycji wówczas dostają półtorej godziny. Część korzysta wtedy ze spacerów. Niektóre chodzą do kościoła, który znajduje się w kompleksie szpitalnym. Przez te półtorej godziny można zobaczyć cały świat.

Zanim jednak wolność parteru do ciebie przyjdzie, tkwisz w czyśćcu. Przez pierwsze dni słabo kojarzysz, co się dzieje, i za dużo się nie rozglądasz. Twoją jedyną wolnością jest palenie papierosów i widok z okratowanego okna. Jeśli trafiasz z depresją, jak ja, to głównie płaczesz, pogrążasz się w swoim mroku, wyświetlasz rozpacz w głowie. Leki, które przyjmujesz, powoli zaczynają działać. Albo śpisz całymi dniami, albo chodzisz po korytarzu jak zombie. Albo jedno i drugie na zmianę. Bycie jak zombie, choć wizualnie dosyć paskudne i trudne do zaakceptowania przez bliskich, w gruncie rzeczy jest uwalniające i humanitarne. Kiedy leki na dobre się rozgoszczą i wchłoną, już nie pamiętasz zbyt wiele z tego okresu. Ciąg podobnych do siebie dni. Codzienny rytm życia na oddziale, który stanowi jedyne zaburzenie w czystej, pozbawionej refleksji egzystencji, kiedy umysł uwalnia się od gonitwy i przestajesz pomalutku cokolwiek odczuwać.

Dzień zaczyna się gwałtownie. W sali zapala się światło, jest godzina szósta. Ciszę jak mięso tnie głośne pytanie: „Czy ktoś chce świeżą pościel?”. Im więcej osób na sali chce, tym większy ruch, szelest, klapanie kapci po szpitalnej posadzce. Dziewczyny wychodzą spod kołder, mrucząc jeszcze sennie, wpuszczają dzień pod powieki. Wędrują do łazienki. Niektóre schodzą na parter, gdzie pod oknem przy stoliku stoi wysłużony czajnik, który już sam się nie wyłącza. Potem z kawą wracają na górę i idą do palarni. Uchylają okno – teraz można je otworzyć, kiedy jednak przyszłam do 5B, było na stałe zamknięte. Udało nam się w końcu wyprosić wietrzenie, bo w palarni nie dało się już oddychać. Teraz wietrzy się całe noce, a w ciągu dnia pacjentki a to uchylają, a to przymykają okno, w zależności od temperatury na zewnątrz. Pozwalasz chłodowi poranka wśliznąć się do płuc, muska twoją twarz. Dziewczyny przychodzą rozespane. Czasami na bose stopy zakładają tylko kapcie. Wtedy okno uchylane jest w niewielkim stopniu. Wychłodzona wietrzeniem posadzka przyjmuje strudzone ciała, siedzące na niej ze zgiętymi nogami, jeszcze we śnie, jeszcze daleko od szpitala. Głowy opierają się o ścianę, skrzypią po podłodze popielniczki zaimprowizowane z puszek po orzeszkach, które Dziewczyny sobie wzajemnie podsuwają.

Za oknem jest krata. Widzisz mały skrawek szpitalnego terenu – budynek warsztatów terapeutycznych z czerwonymi okiennicami, kilka zaparkowanych samochodów pracownic i pracowników szpitala, liniejące z jesiennych liści drzewa. Okiennice żyją własnym rytmem. Otwierane są w ciągu dnia i zamykane nocą, przymykane przed ósmą, jakby też wybierały się na śniadanie, razem z podopiecznymi oddziału. Czerwień okiennic patrzy wtedy niemo, jakby w oczekiwaniu na poranek, który niby już się rozpoczął, ale jeszcze niemrawo, trochę z niedowierzaniem.

Ty też czekasz na nowy dzień. Taki sam jak poprzedni i następny, ale jednak nieco inny. Kolejny dzień z tych, które zaprowadzą cię kiedyś do zdrowia. Pod budynkiem zauważysz czasem człowieka z psem, przychodzących z pobliskich bloków. Teren szpitala to dobre miejsce o poranku na spacer dla tych, którzy żyją w innym świecie. Ale to jedyny przejaw życia na tle czerwonych okiennic.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Przypisy

1 Chodzi o Narodowy Program Ochrony Zdrowia Psychicznego na lata 2017–2022 oraz program pilotażowy w centrach zdrowia psychicznego z 2018 roku.
2 Medycyna Praktyczna dla pacjentów, https://www.mp.pl/pacjent/psychiatria/aktualnosci/96625,15-mln-polakow-ma-depresje-coraz-czesciej-ludzie-aktywni (dostęp: 06.01.2026).

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Prolog

Wstęp

Piętro

Przypisy

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

© Wydawnictwo WAM, 2026

Opieka redakcyjna: Maciej Müller

Redakcja: Sylwia Frołow

Korekta: Katarzyna Onderka, Maciej Szklarczyk

Projekt graficzny, skład i łamanie: Lucyna Sterczewska

Projekt okładki i grafika: Adam Gutkowski

Zdjęcie autorki: Kamila Elias

Zdjęcia: Patrycja Trzeszczyńska

ISBN: 978-83-277-5056-3

MANDO

ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków

tel. 12 62 93 200

mando.pl

DZIAŁ HANDLOWY

tel. 12 62 93 254-255

e-mail: [email protected]

KSIĘGARNIA WYSYŁKOWA

tel. 12 629 32 70

[email protected]

Opracowanie ebooka: Katarzyna Błaszczyk