kobieTY - antologia - ebook

kobieTY ebook

Antologia

5,0

Opis

Różni autorzy, różne gatunki, tak różne historie. Ale łączy je jedno - kobieta.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 146

Rok wydania: 2021

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



KO

BIE

TY

antologia

4GENERATIONS

Katarzyna Babicz

Mateusz Dudek

Oliwia Gerard

Monika Lech

Copyright © 2020 Katarzyna Babicz, Mateusz Dudek, Oliwia Gerard, Monika Lech, 4generations

Projekt i realizacja okładki: E–Słowa / www.e–slowa.pl

Redakcja i korekta: Magda Malejko, E–Słowa / www.e–slowa.pl

Skład: E–Słowa / www.e–slowa.pl

Zdjęcia na okładce: pixabay.com

ISBN: 978-83-958837-2-9

Monika Lech – Zakład

1.

— Nic się nie dzieje. Nuda — słowom gosposi towarzyszył odgłos energicznego przestawiania mebli w salonie. Niezadowolenia Oleńki nie dało się pomylić z niczym i zwykle było je słychać w całej willi.

Nuda? Raczej zasłużony spokój. Basia nie miała nic przeciwko spokojowi, zwłaszcza że w tej rodzinie nie był to stan specjalnie często obserwowany. Uśmiechnęła się do siebie i pokręciła głową, nie przestając mieszać ciasta biszkoptowego. Wiedziała, że kuzynka nie pozwoli jej milczeć zbyt długo.

— Powyprowadzali się na swoje. Misiek nie ma nowej baby, Kuba siedzi w łbem w komputerze, Wojtek przestał opowiadać o pracy, Andrea nie pyskuje. Nie ma się czego przyczepić! A, i jeszcze pani doktor nie wyjeżdża w góry. Nuda! No weź się i zrób coś, Baśka!

Nie, no to już przesada! Po pierwsze, to dzieci wyprowadziły się już kilka lat temu. A w dodatku co niby Basia ma zrobić? Pieczeń przypalić? Dodać chilli do rosołu? Podać Kubie szpinak, Andrei rosół, Wojtkowi schabowego, a Miśkowi budyń waniliowy? Wtedy byłoby wystarczająco dużo emocji, jak na standardy Oleńki?

Kucharka powiedziała to na głos, licząc na to, że gosposię dogoni wreszcie zdrowy rozsądek. Nic z tego. To był widocznie jeden z tych dni, kiedy Oleńka nie potrzebowała spokoju, tylko akcji i rozróby. Jeśliby kto zapytał Basię, to powiedziałaby, że coś takiego nie uchodzi pani w średnim wieku.

— No, kiedy ostatnio się zakładałyśmy? — Pulchna gosposia przeszła z salonu do kuchni i stanęła koło zlewu. — No?

Basia uważała, że nie powinno się machać palcem tak oskarżycielsko. W końcu to nie Basi wina, że chwilowo w domostwach Nitschów oraz Niwińskich panował taki spokój.

Ale tak między Bogiem a prawdą, jej też brakowało emocji związanych z tym ich małym hazardem. Zakłady o to, co, kto i kiedy zrobi, były ich ulubioną zabawą. Obie z Oleńką traktowały je jako test na znajomość charakterów domowników. Czasem zakładała się z nimi nawet pani doktor! Wtedy dopiero były emocje! Stawka była ujednolicona, tylko pięć euro, zwycięzca brał wszystko i robił z wygraną co chciał. Nie chodziło oczywiście o pieniądze, tylko o honor! O ambicję! O wygraną.

— To się załóżmy — powiedziała doktor Nitsch, która weszła do kuchni drzwiami od ogrodu. Rękawiczki, w których sprawdzała, czy z jej różami wszystko OK, zostawiła na zewnątrz, podobnie jak stare buty, których zwykle używała w pracy. Stała w kuchni boso i przechyliła głowę, obserwując obie panie. Basia dałaby głowę, że się z nich śmieje!

— No właśnie o to chodzi, pani doktor! Nie ma o co! — Oleńka parsknęła jak zdenerwowany kot. Taki mały, okrągły i nastroszony. Basia zawsze mówiła kuzynce, że kiedy się złości, wygląda jak wystraszony dachowiec. Zwykle Oleńka obrażała się na pół minuty. Dłużej nie umiała, może dlatego, że porządne obrażenie się na kogoś wymagałoby zaprzestania gadania.

— No nie wiem — powiedziała ich pracodawczyni.

Tym razem Basia była pewna, pani doktor się uśmiechnęła! Coś knuła! Kucharka prawie zatarła ręce z uciechy, ale szybko zdecydowała, że nie będzie się ujawniać z radością. Niech się Oleńka powścieka jeszcze trochę. Nic się jej nie stanie. Taką przynajmniej Basia miała nadzieję.

— To może o to, kim jest gość Andrei? — pani doktor przeszła na dywanik, we wrześniu od płytek już ciągnęło chłodem.

— Gość? Andrei? — Oleńka wyprostowała się na całą swoją wysokość i prawie zrobiła krok w kierunku salonu, z którego okien można było zobaczyć willę Niwińskich. Zatrzymała się jednak i popatrzyła na doktor z uwagą.

— Doktor żarty sobie robi! — Tym razem jej ton był wyraźnie oskarżycielski. — Ze starszych pań doktor sobie jaja robi! Co to się dzieje z tym światem? — Oleńka wzniosła ręce do sufitu gestem tak dramatycznym, że Basia nie wytrzymała i parsknęła śmiechem.

— Ja tam starszą panią się nie czuję. — Doktor Mary Nitsch zdjęła suchy listek, który przyczepił się do jej swetra i wrzuciła go do jednego z koszy. — Nie przesadzaj, Olu.

— Nie o to chodzi! I pani doktor o tym wie! — Oleńka patrzyła na swoją pracodawczynię z lekkim wyrzutem, jakby to doktor była winna, że wyglądała, jakby miała na karku ledwie trzydzieści pięć, sześć lat, nie pięćdziesiątkę. — Chodzi mi o podpuszczanie nas w takiej sytuacji! To okrutne. Jacy goście mogli przyjechać do Andrei? Gdyby doktor powiedziała, że Andrea kogoś porwała, to jeszcze bym zrozumiała. Ale nawet ona ma na tyle rozumu, żeby nie brać zakładników! Publicznie…

Basia przestała zwracać uwagę na przyzwoitość i śmiała się do rozpuku.

— Olka, rany julek, jak ty coś powiesz… — Otarła oczy i popatrzyła na doktor. — Ja bardzo przepraszam, ale…

Mary machnęła ręką, też wyraźnie rozbawiona:

— Jakkolwiek Ola może nie wierzyć w zdolności Andrei do posiadania znajomych przyjeżdżających do niej z wizytą…

Oleńka prychnęła tylko, nie komentując wypowiedzi doktor w inny sposób.

— To jednak takie są fakty. Andrea ma dwójkę gości, a jeden z nich zostaje, chyba na dłużej. Basiu. — Doktor popatrzyła na Basię. — Na jutro trzeba by więcej ugotować. Będzie z tym problem?

Basia i Oleńka popatrzyły na siebie i pokręciły głowami. Ta ich pani doktor! Studentów umie rozstawać po kątach, z policją i prokuraturą radzi sobie jak złoto, z mężem świętej pamięci umiała rozmawiać tak, że biedak sam nie wiedział, kiedy się godził na wszystko, czwórkę dzieci wychowała i teraz wystarczy, że spojrzy w ten jej sposób, a już ta bezczelna banda siedzi prosto i zachowuje się jak przyzwoici ludzie. A z nimi, z gosposią i kucharką, taka nieśmiała! Zawsze tak było! Więcej niż trzydzieści lat u Nitschów już pracują, a doktor Mary dalej taka sama. Ludzie się nie zmieniają.

— A skąd doktor wie, że Andrea ma gościa? — Oleńka nie dała doktor czasu na odpowiedź, tylko zatroskała się, całkiem szczerze. — A jak ona go zabije, zanudzi, albo zagłodzi? Kto będzie za to odpowiadał?

Gosposia wyprostowała się, przez co jej potężny biust zajął prawie całą powierzchnię kuchni. Basia zawsze myślała, że baba po pięćdziesiątce to jednak nie powinna takich obcisłych bluzek nosić, zwłaszcza jak jest obarczona takim balastem! Gdzie się Ola nie odwróci, tam ma połowę drogi za sobą! Jej kuzynka, jakby słyszała monolog wewnętrzny Basi, popatrzyła na nią z niezadowoleniem. Basia była pewna, że Ola coś palnie i czekała na nieuchronne. Szczęśliwie okazało się, że do Oli dotarło, co doktor powiedziała! No, matko z córką, wreszcie!

— Jak to "jeden z nich"? Chłop? U Andrei? Pani doktor lepiej powie wszystko po kolei, bo z zakładu nici — zagroziła gosposia, siadając przy stole. — To się w głowie nie mieści!

Basia słowem się nie odezwała, ale przyznała rację zdziwieniu Oleńki. Andrea nigdy gości nie miewała. No taka była, że ludzi średnio lubiła, zwłaszcza odkąd wróciła Stamtąd. Basia zawsze, nawet w myślach, mówiła "stamtąd" z dużej litery. Wiedziała co to Afryka, gdzie jest i w ogóle, ale myśl, że można tam pojechać i siedzieć dziesięć lat, i to z własnej woli, w głowie się jej nie mieściła. Dla niej to było miejsce jak z filmów, wymyślone i nierzeczywiste. Nibylandia.

— Widziałam dwóch mężczyzn — zeznawała spokojnie doktor Nitsch, zajmując swoje ulubione miejsce przy kuchennym stole. — Weszli do Andrei obaj, wyszedł jeden, wrócił po chwili z dwiema walizkami i odjechał taksówką. Wszystko trwało z godzinę. Tylko w burbońskich różach zdążyłam coś zrobić. — Wzruszyła ramionami i popatrzyła na Basię i Oleńkę z wyczekiwaniem. Tak się przynajmniej Basi wydawało. — Ja się oczywiście na tym nie znam, panie mi najlepiej powiedzą, co mam o tym myśleć — odrobinę śmiechu słychać było w jej głosie. — Ale założę się o piątkę, że nie dowiecie się szybciej od chłopaków, kto przyjechał do Andrei. Przed weekendem oni będą wiedzieć, wy nie.

Basia musiała przyznać, że jak na poważnego lekarza, takiego z prawdziwym tytułem naukowym, to pani doktor miała poczucie humoru! Na szczęście z siebie samej też śmiać się umiała.

— Stoi! — powiedziała Oleńka bez zastanowienia. Basia taka pewna nie była. Coś jej mówiło, że wyciągnięcie tajemnicy gościa Andrei nie będzie wcale takie proste.

2.

Było już po południu, kiedy doktor wyszła ze swojego pokoju. Oczy miała zaczerwienione, jakby przez te całe godziny nic nie robiła, tylko w komputer patrzyła. Basia pokiwała głową z dezaprobatą. Za dużo doktor pracuje, za dużo. Oleńka też zauważyła, że doktor przemęczona. Popatrzyły na siebie i Basia skinęła, a potem otworzyła lodówkę. Od dziecka był przekonana, że wszelkie choroby, słabości i depresje biorą się ze złego jedzenia. Dobre jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

— Może być kanapka z tuńczykiem? — powiedziała i popatrzyła na Mary.

Doktor Nitsch, która na temat podejścia Basi do jedzenia od dawna nie mówiła nic i tym razem tylko kiwnęła głową. Później spojrzała na zegarek i westchnęła.

— Co, dużo roboty, pani doktor, tak? — Oleńka kroiła marchewki i ogórki, układała je na małym talerzyku i podawała ich pracodawczyni. Ta skinęła głową.

— Sąd chce mieć szczegółową analizę sekcji zwłok, którą nie ja wykonywałam. Od rana siedzę w dokumentacji i wynikach, teraz muszę spisać moje wnioski — westchnęła i wyszła z kuchni. Lekkie kroki słychać było jeszcze przez chwilę.

— Jak taka mądra i piękna kobieta może trupy kroić? — Oleńka pokręciła głową, po raz enty zadając to samo pytanie.

— Jej uroda trupom w głowie nie zawróci — powiedziała Basia, wiedząc, że zirytuje kuzynkę. — Od wczoraj doktor jest patologiem? Przyzwyczaiłabyś się wreszcie. — Popatrzyła na niższą od siebie kobietę. — Idziesz do niej czy nie?

Oleńka kiwała głową z zapałem.

— No jak nie?! Muszę się przecież wywiedzieć. Tylko powiedz mi, po co ja tam pójdę? — zmarszczyła brwi, po sekundzie się rozjaśniła i rzuciwszy krótko: "Pościeli dawno nie prałam!", wymaszerowała w kierunku domu Niwińskich.

— A! Wrócę do domu później! Umówiłam się na kawę! — rzuciła jeszcze kuzynce, która tylko kiwnęła głową. Co tydzień chodziła, nic nowego.

3.

— Podobno znajomy, podobno z Anglii, podobno tu odpocząć przyjechał. Nic w tym sensu nie ma, dobrze mówię? — relacjonowała Oleńka, kiedy pomagała Basi układać zakupy na półkach spiżarni.

— Doskonale, ale co nie ma sensu?

Obie podskoczyły prawie, tak ich ten głos zaskoczył. Basia odetchnęła z ulgą na widok Michała, syna pani doktor, ale Oleńka – jak to ona – odwróciła się i położyła rękę na piersi, jakby zawału miała dostać i usiadła na taboreciku.

— Ile razy Michałowi mówiłam, żeby się Michał nie zakradał? Na serce umrę! Będzie mnie Michał miał na sumieniu! — Gosposia oddychała ciężko, jakby coś się jej faktycznie działo.

Basia była święcie przekonana, że tak naprawdę to właśnie kombinuje, jak odciągnąć uwagę przystojnego lekarza od ich wymiany zdań. Wysoki mężczyzna pochylił się i pocałował Oleńkę w czoło.

— Mnie pani przeżyje, pani Oleńko. Tata zawsze mówił, że ma pani serce jak piętnastolatka.

To była prawda. Nieżyjący od trzech kwartałów profesor Nitsch, kardiolog, śmiał się z obaw Oleńki, ale badał ją starannie i zlecał wszelkie możliwe testy. Wszystkie znaki na niebie i ziemi oraz dowody naukowe wskazywały, że Oleńka ma serce jak dzwon i nic jej nie dolega. Tak przecież mówił profesor, świeć Panie nad jego duszą. To, że Olka od pół wieku wierzyła niezłomnie w kruchość własnego zdrowia, było zadziwiające.

— A o "po pierwsze nie szkodzić" to Michał już zapomniał, dobrze mówię? — Oleńka popatrzyła na chirurga z wyrzutem, któremu ten nie umiał się oprzeć i jak zwykle przepraszał z uśmiechem. Basia podejrzewała, że w większości przypadków nie miał pojęcia, za co się kajał.

Ale akurat jemu to tylko na zdrowie wyjdzie - myślała.

— Misiek, zostajesz w domu? — Basia przerwała potok słów, które w jej kuchni produkowała ta dwójka. W przeciwieństwie do Oleńki, zawsze mówiła młodym po imieniu. Nie ma żadnego "panowania" i "paniowania", bo im tyłki wycierałam od małego! - tak powtarzała, bo taka była prawda.

Michał pokręcił głową.

— Nie, mam po południu wykłady, przyjechałem się tylko przebrać i zabrać kanapki, bo na klinice nie mam już czystych koszul, a śmierdzę jak rzeźnik.

Oleńka poderwała się z miejsca, jakby zupełnie z głowy wyleciał jej "zawał serca" i od razu zaczęła wypytywać, które koszule Michał chce zabrać. Spierała się z nim, krytykując prawie każdy jego wybór. Zgodnie z przewidywaniami Michał poddał się po trzecim "Co też Michał ma w głowie, to nie wiem!". Teraz tylko podjadał kluski leniwe wprost z miski i kiwał głową, kiedy Oleńka pokazywała, które koszule mu przygotowała do zabrania. Palcami jadł, więc Basia podała mu widelczyk.

Chirurg wyglądał, jakby w ogóle zapomniał, że je o coś pytał. Dokładnie o to obu paniom chodziło, o odwrócenie uwagi doktora Nitscha od sprawy dla nich zasadniczej. Od zakładu i jego tematu.

Kiedy za lekarzem zamknęły się wreszcie drzwi, Basia odwróciła się w kierunku Oleńki. Nie zdążyła jej wczoraj wypytać o szczegóły, a rano, w drodze do doktorostwa, Oleńka była zamyślona i mówiła niewiele. Coś kombinowała. Basia nie była pewna, czy chce wiedzieć, co. Ale o wyniku wizyty u Andrei wiedzieć chciała wszystko.

— I? — zapytała kuzynkę.

— I co? — Oleńka lubiła być ważna i ceniła te momenty, kiedy się z niej wywlekało informacje.

Basia zagryzła wargi. Nie wiedziała, czy ma na tyle cierpliwości, żeby się z Olą bawić. Patrzyła więc tylko na nią i milczała, bo na ciszę i brak słów jej kuzynka miała alergię.

— I tyle wiem! — Oleńka nie wytrzymała wzroku Basi i jej ciszy. — Andrea podała mi pranie, nie wpuszczając mnie za próg! Na ganku stałam! W przeciągu! I powiedziała, że gościa ma i kropka. Że więcej na razie wiedzieć nie muszę i że bardzo mi dziękuje za troskę, ale w tym tygodniu porządków u niej nie będzie. Wyobrażasz sobie to? A zadowolona była, jak drzwi za mną zamykała, że ho ho!

Popatrzyły na siebie. Pokręciły głowami. Andrea rzucała im wyzwanie.

Teraz dopiero były zdeterminowane.

4.

— No i widziałaś coś? — Oleńka odstawiła żelazko i przyjrzała się kuzynce.

Basia tylko zaprzeczyła.

— Andrea pilnuje domu jak Cerber. Odebrała ode mnie rzeczy, podziękowała i prawie mi zatrzasnęła drzwi przed nosem.

— Podziękowała? Może ją ktoś podmienił? — Oleńka nie ukrywała zdziwienia tą nagłą i zupełnie niespodziewaną uprzejmością dorosłej wychowanki doktorostwa Nitschów. Spojrzała na Basię uważnie. — Baśka, a może to ona jest zakładnikiem? Może jej coś grozi?

Kucharka popatrzyła na swoją kuzynkę, jak to robiła zwykle, kiedy chciała Oleńce dać czas na ogarnięcie się i zastanowienie. Zwykle pół minuty wystarczało. I tym razem trzydzieści sekund to było wszystko, czego potrzebował Oleńki rozsądek, by wrócić na swoje miejsce. Kiedy Basia była pewna, że gosposia żadnej głupoty już nie palnie, zapytała:

— A oni coś wiedzą?

"Oni" to ich, niczego jeszcze nieświadomi, przeciwnicy w tym zakładzie. Trzej chłopcy. A właściwie to – pomyślała Basia – trzej dorośli już mężczyźni. Kiedy ten czas zleciał?

Basia pokręciła głową. Kubę i Wojtka doktorostwo Nitschowie adoptowali, kiedy chłopcy byli dziećmi. Pomyśleć, że jeszcze sześć lat temu cała trójka mieszkała tu, na Woli Justowskiej! Tyle się wtedy działo! Mogli być stonką ziemniaczaną, zarazą, dopustem bożym, plagami egipskimi, nieszczęściem i stadem niewychowanych dinozaurów, ale byli ich.

Oleńka, której zadaniem było dokonanie małego rekonesansu, zaprzeczyła z radosnym uśmiechem.

— Nie. Nic. Też ich trzyma z daleka i się od nich ogania, jak od much. Telefony spuszcza, na wiadomości nie odpowiada, ma status: w robocie, nie przeszkadzać. Kuba tak mówił. Wojtek twierdzi, że kazała im pojawić się jak zwykle, w sobotę, a do tego czasu wyp…

Basia chrząknęła znacząco i Oleńka nie skończyła cytatu.

— Czyli wiedzą tyle, co my — podsumowała kucharka.

Oleńka skinęła.

— I dobrze — Basia westchnęła. — Chciałabym wygrać ten zakład! Tylko nie wiem, jak go ugryźć. — Zajrzała do piecyka, w którym dochodził indyk. Ciepłe, pachnące powietrze uderzyło ją w twarz. Lubiła ten moment, kiedy prawie już widać, co wyszło z tych godzin roboty i przygotowań. Odwróciła się w kierunku kuzynki:

— Tyle dobrze, że nie wiedzą, o cośmy się z panią doktor założyły. Jakby wiedzieli, nie miałybyśmy szans.

— Ja tam nie wiem — Oleńka powiesiła na wieszaku kolejną wyprasowaną koszulę. — Ja tam nie wiem, ja to bym nas nie lekceważyła.

Uśmiechnęły się do siebie i wróciły do pracy.

5.

— Pani doktor sobie wyobrazi, że sąsiad nas zalał — Oleńka wyłączyła odkurzacz, kiedy tylko doktor Nitsch zeszła z piętra i pokazała się w hallu. Gosposia rozłożyła ręce i pokręciła głową z mieszaniną rozpaczy i niedowierzania. — No całe mieszkanie do malowania! — Nabrała powietrza w płuca. Wszyscy już wiedzieli, że Ola się rozpędza i wypowiedź będzie długa. Wszystko to trenowały wczoraj. — Przepraszał ten sąsiad, a jakże. I to jak! Kaloryfer mu pękł, tak mówił i nie wiedział o tym, dopiero jak do domu wrócił, to zobaczył, że ma wodę na podłodze po kostki. Nas też nie było, bo się Basi do kina iść zachciało po robocie.

Basia pokręciła głową, bo tego w scenariuszu nie miały. Do kina? W środę? Oleńka i Basia u Nitschów bywały zwykle do 17 i po pracy wracały do mieszkania, które dzieliły. Miały swoje przyzwyczajenia, we wtorki Ola chodziła na kawę z przyjaciółkami, w czwartek Basia na koncert, ale żeby kino w środę? Ale Basia nie powiedziała nic, bo cel podobno uświęca środki.

— Oj, to niedobrze. — Doktor wyjęła kluczyli z wazy, w której takie rzeczy leżały. — Dużo szkód? — Poprawiła marynarkę i sprawdziła, czy w torbie z komputerem ma wszystko, czego potrzebuje w pracy.

Od kiedy Basia pamięta, doktor tak sprawdza wszystko. Dokładna jest, nie spieszy się, ale i nigdzie się nie spóźnia. Teraz doktor oparła się o zabytkową komodę i popatrzyła na nie z niepokojem.

— Macie ubezpieczenie, prawda?

— Mieszkanie jest porządnie ubezpieczone. — Basia wyszła z kuchni z filiżanką mocnej kawy, którą doktor lubiła wypić przed wyjazdem do pracy. — I podłóg nie trzeba zrywać, tylko ściany do malowania. Tynki nie odpadły, na szczęście.

— Jakim cudem była woda w kaloryferze? We wrześniu? — Doktor spojrzała na zegarek, ale nie odsunęła się od komody.

Basia popatrzyła na Oleńkę, bo tego szczegółu nie uzgodniły.

— Mieszkanie na górze jest wynajmowane, pani doktor — szybko powiedziała Oleńka. — Nigdy nie wiadomo, kto tam mieszka. Pewnie lokatorzy zapomnieli zamknąć po zimie kaloryfery, woda została i tyle. Wie pani, o mieszkania na wynajem to się nie dba. Pewnie kaloryfery nie były wymieniane od nowości bloku. A i wynajmujący nie zawsze troszczą się o to, jak mieszkają. — Gosposia wzruszyła ramionami, jakby jej zmontowane na poczekaniu kłamstwo miało jakiś sens. Liczyła jednak, tak samo jak Basia, że doktor Nitsch, która chyba nigdy w bloku nie mieszkała, nie będzie mieć pojęcia, jak działają kaloryfery i kiedy w nich woda jest, a kiedy jej nie ma.

Miały rację, Mary nie drążyła. Zapytała za to:

— To do skończenia remontu przeniesiecie się tutaj, prawda? Miejsca nie brakuje. — Głową wskazała na piętro i mansardę dużej willi Nitschów. — Nie miałyście chyba zamiaru wynajmować? — Popatrzyła na dwie dziwnie ciche kobiety. Basia pomyślała, że zachowują się podejrzanie, więc przyznała bez namysłu:

— A skąd! — Ucieszyła się, że przynajmniej w tym kłamać nie musi. Zresztą i tak malowanie zrobią, całe mieszkanie odnowią, jak już tak wymyśliły. Niech się ten podstęp na coś przyda i przynajmniej w części okaże prawdą!

— No, przynajmniej tyle dobrze. Rzeczy ze sobą przywiozłyście? — Mary przeciągnęła się i podeszła do drzwi.

Przytaknęły.

— Pewnie! — Oleńka pokazała na dwie średniej wielkości walizki stojące w kącie.

— Doskonale. Muszę już iść, bo wpadnę w korki i się spóźnię. Będę dziś wcześniej, mam plan, żeby popracować w ogrodzie. Wieczorem mam pisanie. Tylko mówię od razu — popatrzyła na nie z marnie udawaną surowością — żeby panie drogie nie myślały, że jak tu mieszkają, to pracują na okrągło. Wasze godziny pracy się nie zmieniają.

Basia i Oleńka patrzyły na swoją pracodawczynię w milczeniu. Ci inteligentni i wykształceni ludzie to czasem jednak strasznie niemądrzy bywają, patrzcie państwo! Przecież jak już skłamały i wcisnęły się pod dach Nitschów pod fałszywym pretekstem, to przynajmniej jakoś się muszą odwdzięczyć, no jakże inaczej, matko jedyna?

— Kiedy myśmy przy okazji planowały większe prace, pani doktor — odezwała się łagodnie Oleńka. — Myślałyśmy, żeby rzeczy po świętej pamięci profesorze uporządkować i popakować.