24,99 zł
Kto pierwszy straci rozum, a kto wygra życie?
Klotylda Barnet lubi mieć wszystko pod kontrolą – zwłaszcza męża i jego miliony. Gdy Horacjusz oznajmia, że cały majątek zamierza oddać robotnikom z fabryki, w domu Barnetów wybucha wojna. Klotylda knuje, by ubezwłasnowolnić męża, córka Kitty działa prężnie w Klubie Ekscentrycznych Panien, a w salonach rezydencji coraz trudniej odróżnić szczerość od dobrze odegranego kłamstwa. W sam środek rodzinnej intrygi trafia Gustaw Marton - młody pianista i wybranek serca Barnetówny. Czy mężczyzna zostanie rycerzem w świecie obłudy, czy tylko pionkiem w cudzej grze?
Powieść jednego z najpopularniejszych pisarzy PRL – w sam raz dla miłośników kryminałów retro.
Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.
PRL kryminalnie
PRL kryminalnie - seria składająca się z powieści milicyjnych najbardziej poczytnych autorek i autorów czasów PRL.
Zygmunt Zeydler-Zborowski (1911-2000) – znany z kryminałów PRL z majorem Downarem w roli głównej. Pochowany na warszawskich Powązkach.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 167
Zygmunt Zeydler-Zborowski
Saga
Klub Ekscentrycznych Panien
Zdjęcie na okłądce: Shutterstock
Copyright © 2014, 2025 Zygmunt Zeydler-Zborowski i Saga Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727277707
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.
Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania
Świerk jest nie tylko bardzo dekoracyjnym, lecz także niezwykle pożytecznym. Przy dobrych chęciach można z niego zrobić stół, krzesło, kanapę, a nawet łóżko, które jednakże przeważnie trzeszczy w przykry sposób, z biegiem czasu zaś rozsycha się i daje przytulne schronienie pewnym dobrze znanym a niemiłym owadom, spędzającym niejednokrotnie sen z powiek strudzonemu wędrowcowi. Z tych też względów przyrządy służące do spania lepiej jest produkować z metalu, który jest materiałem bardziej odpornym na wszelkiego rodzaju niespodziewane inwazje i sprzyja zdecydowanym zabiegom zapobiegawczym. Ze świerku natomiast lepiej produkować piórniki, laski, pudełka, a wreszcie w okresie świąt Bożego Narodzenia można go ustawić w najbardziej reprezentacyjnym pokoju i przybrawszy iglaste gałęzie barwnymi świecidełkami uradować oczy naszej dziatwy. Wykaz zalet tego pięknego i pożytecznego drzewa nie byłby kompletny, gdyby nie dodać, że w cieniu wysokiego świerka można również pogrążyć się w objęciach Morfeusza, zapaść w niebyt, w nirwanę, albo, jeśli ktoś woli, zdrzemnąć się po prostu po dłuższym błądzeniu bez celu. Krzepiący sen pod ciemnozielonymi gałęziami świerka posiada czasem swe ujemne strony, które jednakże, przy sprzyjających okolicznościach, mogą przynieść ocalenie amatorowi wypoczynku na świeżym powietrzu.
W chwili, gdy zaczyna się nasza opowieść, duża szyszka, zawieszona na najwyższej gałęzi strzelistego świerka, straciła nagle swój punkt zaczepienia i ruchem jednostajnie przyśpieszonym poczęła posuwać się w kierunku porosłej bujną trawą ziemi. Przeszkodą w całkowitym upadku szyszki okazał się niespodziewanie duży organ powonienia, przez który wydobywał się jednostajny świst, przypominający do złudzenia głos rozstrojonego fletu. Twardy przedmiot, spadający z wysokości paru metrów uderzył z wystarczającą siłą w czerwony nos, kwitnący wśród trawy i mchów na kształt barwnego tulipana, lub zdradliwego muchomora. Właściciel tej sponiewieranej części ciała, Horacjusz Barnet, wydał jakiś bliżej nieokreślony dźwięk, mogący uchodzić za skowyt bitego szczeniaka, i niechętnie otworzył lewe oko zasnute jeszcze sennym marzeniem. To jednakże na czym spoczęło z lekka nieprzytomne spojrzenie wpłynęło na natychmiastowe wprowadzenie do akcji prawego oka oraz na całkowite i momentalne otrzeźwienie umysłu, który począł pracować z gorączkowym pośpiechem.
Nad spoczywającym beztrosko gentlemanem w cieniu świerkowych gałęzi stał dość krzepki mężczyzna z nożem w ręku. Z całej postaci tego osobnika można się było bez trudu domyślić, że jest on zdecydowany potraktować Horacjusza Barneta jako tucznego karmnika, którego należy jak najprędzej zamienić na smakowitą szynkę z grochem purée, lub kiełbasę litewską.
Są chwile w życiu człowieka, gdy tysiące szalonych pomysłów przebiegają błyskawicą przez mózg, z których jednakże żaden nie wydaje się możliwy do zrealizowania. Horacjusz Barnet nie chciał jeszcze rozstawać się ze światem, nie miał jednak najmniejszego pojęcia, w jaki sposób może się utrzymać przy życiu. Czuł tylko zupełnie wyraźnie, że jeśli natychmiast nie przedsięweźmie czegoś, błyszcząca klinga zbrodniczego narzędzia utonie w jego przerażonym w tej chwili sercu, albo, co byłoby może nawet jeszcze przykrzejsze, przeszyje mu gardło, plamiąc krwią świeżutko wykrochmalony kołnierzyk. Wobec tak przerażającej perspektywy na najbliższą przyszłość, z tego właśnie gardła wydobył się trochę dziwny głos, który można by porównać z piskiem przestraszonej kuropatwy i Horacjusz Barnet gwałtownym ruchem usiadł, pragnąc za wszelką cenę walczyć o życie. W tej właśnie chwili oczekiwał ostatecznego ciosu.
Jakież było jego zdziwienie, gdy morderca, widocznie spłoszony niespodziewanym dźwiękiem oraz nagłym ruchem śpiącego spokojnie człowieka, wydał okrzyk, który bezstronnemu obserwatorowi wydałby się niewątpliwie wyrazem przerażenia, w uszach jednakże nieszczęśliwej ofiary zabrzmiał, jako złowieszcze przeczucie śmierci.
– Panie bandyta – zachrzęścił zmienionym głosem Horacjusz Barnet, który nadludzkim wysiłkiem woli postanowił podjąć pertraktacje pokojowe. Panie bandyta, dlaczego właściwie pragnie mnie pan zamordować?
– Ależ... – mruknął napastnik, podnosząc odruchowo nóż w górę.
– Chwileczkę, chwileczkę! – Zawołał Horacjusz, pragnąc odwlec jakoś krytyczny moment. Niechże pan zaczeka, panie bandyta. Zaraz panu wszystko wytłumaczę. To ubranie, które mam na sobie warte jest zaledwie kilka dolarów. Jeżeli panu na tym zależy mogę go zdjąć i ofiarować panu. Proszę mi wierzyć, że zrobi mi to prawdziwą przyjemność. Po prostu nie znoszę garniturów w paski. Poza tym mam przy sobie żywą gotówką dwieście dolarów, których się chętnie i zupełnie dobrowolnie pozbędę. Nigdy bowiem nie przywiązywałem większego znaczenia do pieniędzy.
– Ależ... – powtórzył człowiek z nożem i począł nerwowo przestępować z nogi na nogę.
– Zaraz, zaraz. Wiem co pan chce powiedzieć. Zauważył pan zapewne, że kieszeń mej marynarki jest niepokojąco wypchana. To nie jest gotówka, panie bandyta, to nie jest gotówka. To są tylko akcje, moje własne akcje „Honoriusz Barnet and Co”. Daję panu słowo, że są absolutnie nic nie warte. Właśnie miałem zakopać je w tym lesie, ponieważ nie mam pojęcia co z nimi zrobić. Jeśli by pan zechciał je wziąć, z prawdziwą wdzięcznością ofiaruję panu ten pakiet, ale proszę mi wierzyć, że tymi papierami nie warto sobie wypychać kieszeni.
– Ależ... – odezwał się po raz trzeci morderca.
Horacjusz Barnet spostrzegł, że wbrew przewidywaniom jeszcze żyje, i to napełniło go pewną otuchą. Rozumował, dosyć logicznie, że jeżeli dotychczas nie został w przykry sposób zarżnięty, to może jednak uda mu się przekonać jakimś argumentem nieznajomego napastnika. Należało tylko zachować możliwie zimną krew.
– Wobec tego, co już panu powiedziałem – podjął na nowo swój wywód. – Sądzę, że nie ma pan najmniejszego powodu zabijać mnie nożem. Otrzyma pan ubranie, pieniądze i zaoszczędzi pan sobie fatygi oraz nie poplami pan krwią tego tak świetnie wyczyszczonego narzędzia. Przypuszczam, że uzna pan moje rozumowanie za słuszne, panie bandyto.
– Ależ! – zawołał uzbrojony mężczyzna, przerywając z najwyższym wysiłkiem potok wymowy swej ofiary. – Ależ, pan się myli. Nie miałem zamiaru pana zamordować.
Horacjusz Barnet, posłyszawszy te słowa, postanowił zmienić pozycję swego ciała i podparłszy się ręką powstał, chwiejąc się lekko na zdrętwiałych nogach. Wyglądał w tej chwili jak człowiek, który właśnie wypił dużą szklankę octu, myśląc, że to jest woda sodowa z sokiem malinowym. Jego czerstwa, okrągła twarz wykrzywiona była przedziwnym grymasem, a szeroko otwarte oczy badały z niepokojem postać tajemniczego nieznajomego. Dopiero teraz zdołał zauważyć, że jego niedoszły morderca był dość sympatycznym młodzieńcem o ciemnej falującej czuprynie, dużych marzycielskich oczach i szerokich ramionach sportowca. Niczym też nie przypominał typowego zbrodniarza lub zboczeńca o krwawych sadystycznych instynktach.
– Więc nie chce mnie pan zarżnąć, mister, mister...?
– Nazywam się Gustaw Marton – pośpieszył wyjaśniać młody człowiek.
– Dziękuję, to jest chciałem powiedzieć, nie szkodzi – rzucił pośpiesznie Barnet. – Bardzo panu dziękuję, kochany panie Barton, że porzucił pan swój zamiar zamordowania mnie. To doprawdy bardzo ładnie z pańskiej strony. Chętnie z panem pogawędzę, naprawdę bardzo chętnie, tylko może by pan już schował ten nóż, kochany panie Karton.
– Przepraszam pana, ale nie nazywam się ani Barton, ani Karton, tylko Marton – zauważył uprzejmie młodzieniec, chowając z pewnym zażenowaniem duży sprężynowy nóż do kieszeni. – Chciałbym także wyjaśnić, że...
– Nie szkodzi, nie szkodzi – przerwał mu Horacjusz Barnet. – Cieszę się ogromnie, że jest pan rozsądnym chłopcem i że można z panem dojść do porozumienia. Przyznam się, że ogromnie nie miałem ochoty umierać w tak niemiły sposób.
– Ależ ja nie miałem najmniejszego zamiaru pana zamordować – zaooponował Marton. – To jakieś nieporozumienie.
Barnet spojrzał na niego z niechęcią. Był człowiekiem posiadającym duże poczucie rzeczywistości i nie lubił, gdy ktoś chciał w niego wmówić jakąś fantastyczną legendę. W obecnej jednakże sytuacji postanowił nie drażnić tego człowieka.
– No, no, nie mówmy już o tych przykrych sprawach. Moje argumenty musiały się oczywiście wydać panu słuszne i dlatego zmienił pan swój pierwotny, przyznam, że dla mnie trochę krępujący, zamiar. Oczywiście ja nie cofam swego słowa i oto proszę dwieście dolarów, a za chwilę służę panu ubraniem – to mówiąc mister Horacjusz wydobył z kieszeni wymienioną sumę i szybkim ruchem zabrał się do ściągania spodni.
– Na miłość boską, co pan wyprawia?! – krzyknął Marton. – Niechże pan nie zdejmuje spodni. Do czegóż to podobne.
– Słowo się rzekło – mruknął niechętnie Barnet. – Nigdy nie mówię nic na wiatr. Pan mi darował życie, a ja w zamian za to ofiarowuję panu dwieście dolarów, ubranie i jeśli pan sobie życzy, te nieszczęsne akcje. Bussines is bussines. Nie zna pan jeszcze Horacjusza Barneta.
– Ależ, niechżeż pan nie zdejmuje spodni! – zawołał rozpaczliwie zdenerwowany młodzian, widząc, że dolna część garderoby pana Horacjusza poczyna gwałtownie opadać. – Niechżeż pan nie zdejmuje spodni. Ja nie chce ani pańskiego ubrania, ani pańskich dwustu dolarów. Nie chcę, rozumie pan!
Cudem uratowany od straszliwej śmierci Barnet spojrzał z osłupieniem na mówiącego. – Nie chce pan dwustu dolarów? – spytał niedowierzająco. – Rozumiem, że moje ubranie może się panu nie podobać, ale dwieście dolarów. Proszę niechże pan weźmie. To nie może być.
Marton cofnął się i stanowczo potrząsnął głową.
– Nie wezmę pańskich pieniędzy! – zawołał z mocą.
– To po jakiego diabła chciał mnie pan zarżnąć?
– Wcale nie chciałem pana zarżnąć.
Horacjusz Barnet stracił cierpliwość. – Mister Marton – powiedział ze złością. – Byłbym panu niesłychanie wdzięczny, gdyby pan przestał ze mnie robić wariata. Przed chwilą stał pan nade mną z podniesionym nożem i gdybym się przypadkowo nie obudził, to... Nie wmówi pan we mnie, że chciał mnie pan zaprosić na partyjkę brydża. Bierz pan te dwieście dolarów i między nami kwita. Proszę.
– Nie wezmę pańskich pieniędzy – powtórzył Marton. – Nie potrzebuję pańskich dolarów. Nie jestem bandytą i nie miałem zamiaru pana zamordować. To nieporozumienie.
– Żadne nieporozumienie. Takim nożem po gardle. To czegóż pan w takim razie chciał ode mnie. Nic już nie rozumiem z tego wszystkiego.
– Chciałem odciąć ten guzik od pańskiej wiatrówki.
Horacjusz Barnet nie był już młodzieniaszkiem, przeżył wiele i bardzo rzadko się dziwił. W tej chwili jednakże przypominał dużą rybę wyjętą z wody. Otwarte usta chwytały niespokojnie powietrze, a wytrzeszczone oczy miały niezbyt inteligentny wyraz.
– Guzik – powtórzył nie swoim głosem. – Chciał pan odciąć guzik od mojej wiatrówki?
– Tak – przyznał skromnie Gustaw Marton.
W tym momencie umysł Horacjusza Barneta doznał nagłego olśnienia. – Wariat – przebiegło mu przez myśl. – Z takim trzeba ostrożnie. Najważniejsze, żeby go nie drażnić. – Na szerokiej rumianej twarzy zakwitł dobrotliwy uśmiech.
– Więc chciał pan odpruć ten guziczek od mojej wiatrówki?
– Właśnie.
– To prawda. Bardzo ładny guziczek. Chętnie go panu podaruję.
– Naprawdę? Zechciałby pan?
– Ależ oczywiście, oczywiście, bardzo chętnie.
W ręku młodzieńca błysnął nóż. Horacjusz drgnął gwałtownie i cofnął się instynktownie.
– Pan pozwoli, ja sam odpruję – powiedział niepewnie.
Marton bez słowa podał mordercze narzędzie. Parę nerwowych, pośpiesznych ruchów i duży guzik rozstał się ze swym dotychczasowym miejscem pobytu. – Proszę. – Młody człowiek szybko pochwycił upragniony przedmiot i schował go do kieszeni.
– Dziękuję panu, mister Barnet. Jest pan naprawdę niezwykle uprzejmy.
– Głupstwo. Nie ma o czym mówić – zapewnił Horacjusz. – Pasjami lubię odpruwać guziki.
Marton spojrzał na niego podejrzliwie.
– Mam wrażenie – powiedział z namysłem – mam wrażenie, że bierze mnie pan za wariata, mister Barnet.
– Ależ gdzie tam – zaprzeczył żywo Horacjusz. – Nigdy w życiu nie widziałem człowieka bardziej normalnego od pana. Naprawdę jest pan w błędzie.
– Hm – twarz niezwykłego młodzieńca wyrażała teraz powątpiewanie połączone z gorzką rezygnacją. – Hm. Chociaż właściwie miałby pan pewne podstawy po temu, aby sądzić, iż nie jestem zupełnie w porządku z umysłem. Tak, tak, powiedziałbym nawet, że ma pan prawo tak mniemać.
– Ależ cóż znowu – oburzył się Barnet, jakby chodziło o jego własny intelekt. – Cóż znowu. Nigdy nic podobnego nie przyszło mi na myśl.
– Jest pan dobrze wychowanym człowiekiem i nie chce mi pan zrobić przykrości – pokiwał głową Marton. – Jednakże moje zachowanie się może w ludziach czasami wzbudzić pewne podejrzenia. Nieprawdaż?
– No, cóż, hm – mruknął wymijająco Horacjusz. – Trudno zaprzeczyć oczywiście, że jest pan dość oryginalnym młodym człowiekiem. Ale, mój Boże, mania zbierania guzików nie jest przecież gorsza od filatelistyki albo od kolekcjonowania autografów. Radziłbym tylko panu po przyjacielsku, ażeby pan w tym celu używał może nieco mniejszych narzędzi. Powiedzmy sobie jakieś nieduże nożyczki. Ten sprężynowy nóż może niekiedy stwarzać pewne nieporozumienie. Czyż nie mam racji?
– Oczywiście – odparł nieco zakłopotany Marton. – Ale widzi pan, to jest mój pamiątkowy scyzoryk, z którym nie lubię się rozstawać. Mam go jeszcze od czasu, gdy byłem harcerzem. – To mówiąc wyjął z kieszeni mordercze narzędzie i z dumą błysnął ogromnym ostrzem przed oczami zdenerwowanego Barneta.
Ten cofnął się gwałtownie i potknąwszy się o wystający korzeń byłby upadł, gdyby go nie podtrzymała krzepka dłoń.
– Niechże się pan nie obawia – powiedział młodzieniec. – Proszę mi wierzyć, że ja naprawdę nie mam zamiaru zrobić panu nic złego i że nie jestem wariatem.
– Wierzę panu – mruknął bez przekonania Horacjusz.
Zapanowała chwila trochę kłopotliwego milczenia. Horacjusz Barnet obserwował niepewnie swego nowego znajomego, nie wiedząc czy może się odważyć na jakiś gwałtowniejszy ruch, przystojny młodzieniec zaś przestępował z wdziękiem z nogi na nogę i robił wrażenie człowieka, który chciałby coś powiedzieć, ale nagle zapomniał swej ojczystej mowy.
– Mister Barnet – zaczął wreszcie, drapiąc się za uchem. – Wydaje mi się, że mogę mieć do pana całkowite zaufanie.
Horacjusz spojrzał na niego ze zdumieniem. W ostatnich czasach nikt do niego nie miał zaufania, nawet własna żona. Czyżby ten sympatyczny młody człowiek odkrył w nim nagle nieznane dotychczas ludziom wartości.
– Po czym pan sądzi, że jestem godzien zaufania? – spytał wzruszonym głosem.
– Nie umiem tego wytłumaczyć. Po prostu pańska szczera twarz napełniła mnie niezwykłą otuchą i skłoniła do zwierzeń. Pragnąłbym panu coś wyznać, jeśli naturalnie obieca mi pan zupełną dyskrecję.
– Nie lubię plotek – wyznał Horacjusz. – Może pan na mnie polegać, mister Marton.
– To świetnie. Jestem naprawdę szczęśliwy, że mogę wreszcie z kimś szczerze o tym wszystkim pomówić. Koniecznie muszę to panu opowiedzieć. Czy może mnie pan wysłuchać?
– Trudno. Niech pan mówi – zgodził się z rezygnacją Barnet.
– Miałem wuja – zaczął Marton.
– To się zdarza.
– Mój wuj był krawcem.
– No cóż. Żadna praca nie hańbi.
– Mój wuj był może trochę dziwakiem.
– Obciążenie dziedziczne – mruknął cicho Horacjusz.
– Niech pan posłucha, mister Barnet. To bardzo ciekawe. Przed swą śmiercią wuj Hipolit wyznał mi w tajemnicy historię tego guzika.
– Guzika?!
– Tak. Dowiedziałem się wtedy, że wuj mój zaszył w guziku jakiś skarb.
– Jakiż to był skarb? – zainteresował się żywo Barnet.
– Nie wiem. Wuj nie zdążył mi tego powiedzieć. Wyszeptał tylko cichym głosem, że w tym guziku ukryty jest skarb i jeśli go znajdę, będę bardzo szczęśliwy. A ponieważ pragnę szczęścia, więc...
– Nie rozumiem tylko dlaczego pański wujaszek nie podarował panu tego cudownego guzika. Przecież to było najprostsze.
– Tragiczna pomyłka – mruknął ponuro młodzieniec. – Wuj pragnął mieć ten guzik stale przy sobie, a tymczasem czeladnik przez roztargnienie przyszył go jakiemuś klientowi, który nazajutrz opuścił Detroit. Wuj był zrozpaczony, ale nie było rady. Dopiero na łożu śmierci wyznał mi wszystko i prosił, żebym odnalazł ten guzik. Ale jak tutaj, w Stanach Zjednoczonych, odnaleźć guzik. Pan to rozumie, mister Barnet?
– Smutna to opowieść – przyznał Horacjusz. – Rzeczywiście jest pan w trochę trudnej sytuacji. Ale dlaczego przypuszczał pan, że mój guzik jest właśnie tym, którego pan szuka?
– Tamten guzik był także brązowy – szepnął młody człowiek.
– Ach, więc jednakże zna pan chociaż kolor tego guzika.
– Tak. Brązowy.
– Hm. To już jest coś. Czy może pan mi wyjaśnić, dlaczego właśnie w tych stronach poszukuje pan tego tajemniczego przedmiotu?
– Detektyw Pickerel, który dopomaga mi w poszukiwaniach, twierdzi, że guzik ten powinien się obecnie znajdować pośród gości pensjonatu „Astoria”.
– W „Astorii”? – zdumiał się Barnet. – Ależ ja tam mieszkam. To jest piętnaście kilometrów stąd.
– Właśnie tam się udaję – wyznał szczerze Marton. – Mam nadzieję, że może tym razem mi się powiedzie.
– Tak, to bardzo dziwny zbieg okoliczności – powiedział w zamyśleniu Barnet. – Ale wie pan, że jestem ogromnie zaintrygowany co też pański wujaszek mógł zaszyć w tym tajemniczym guziku.
Młodzieniec wzruszył ramionami.
– Nie mam pojęcia. Wuj nie zdążył mi powiedzieć tego. Za wcześnie zmarł.
– Rzeczywiście. To było trochę nietaktowne z jego strony.
– Czy sądzi pan, że w takim guziku może być zaszyty ogromny brylant bezcennej wartości? – spytał Marton.
– Hm. Możliwe, bardzo możliwe.
– Bo cóż by to mogło być innego?
– To prawda, cóż by to mogło być innego. A może, na przykład, jakiś plan kopalni złota albo przepis na cudowny lek. Może w tym guziku zawarta jest tajemnica wiecznej młodości.
– Pan żartuje – obruszył się Marton. – A ja się poważnie nad tą sprawą zastanawiam.
– Wcale nie żartuję – zaprzeczył żywo Horacjusz. – Rozpatruję tylko wszystkie możliwości. Bo cóż właściwie można ukryć w takim niewielkim stosunkowo guziku?
– No właśnie. Co się może kryć w guziku?
– Czy zamierza pan piechotą iść do „Astorii”? – spytał nagle Barnet.
– Sam nie wiem – odparł zakłopotany młodzian. – Przed godziną zepsuł mi się samochód i nie mogę go nakłonić do dalszej jazdy.
– To przykre. Ja znowu spóźniłem się na autobus i także nie wiem, w jaki sposób przedostać się do pensjonatu.
– Może odwiedzimy mego Forda – zaproponował Marton. – Kto wie, czy przez ten czas nie nabrał ochoty do podróży.
– Chodźmy.
Obaj mężczyźni, jak starzy przyjaciele, wzięli się pod ręce i ruszyli w kierunku bielejącej w oddali szosy, która wiła się pomiędzy zielenią lasu jak ogromny, błyszczący w słońcu wąż. Rozweselone pięknym dniem ptaki ćwierkały radośnie, patrząc z ptasim uśmiechem na kroczących przez las gentlemanów.
Samochód Martona okazał się niezwykle zabytkową maszyną, pamiętającą zapewne dawne walki z Indianami i polowania na bawoły. Młodzieniec bez przekonania otworzył motor i począł coś w nim dłubać. – Prędko niech pan kręci korbą!! – wrzasnął nagle, zwracając się do towarzysza. Barnet szybkim ruchem pochwycił wspomniany przedmiot i z całej siły począł nim obracać w czeluściach tajemniczego mechanizmu. Nie wziął jednakże pod uwagę nieprzewidzianych następstw tej akcji. W pewnym momencie korba zeskoczyła gwałtownie ze swej ustalonej trasy i grzmotnęła przygodnego mechanika w oko z taką siłą, że Horacjusz Barnet zatoczył się i usiadł o parę kroków od limuzyny. Pod prawym okiem ofiary motoryzacji począł wykwitać w gwałtownym tempie okazały siniec ciemnofioletowego koloru.
– Niech to diabli wezmą – mruknął zniechęcony Barnet. – Cóż to za obrzydliwy grat.
– Samochód mój chodzi dość dobrze – wyjaśnił ze spokojem Marton. – Nie należy go tylko zatrzymywać. Gdy stanie, bardzo trudno pobudzić go znowu do akcji.
– Już ja wolę iść piechotą – powiedział Horacjusz.
– Piętnaście kilometrów?
– A co innego może pan zaproponować? Oświadczam stanowczo, że korbą już nie będę kręcił.
– Tak, rzeczywiście, to przykre. Trzeba by panu przyłożyć na to oko kawałek surowej cielęciny. No więc cóż. Może poczekamy chwilkę. Ktoś przecież chyba przejeżdża tędy od czasu do czasu.
– To bardzo mało uczęszczana okolica – powiedział z powątpiewaniem Barnet.
Usiedli obaj na pobliskich kamieniach i z melancholijnym wyrazem twarzy zapatrzyli się przed siebie. Horacjusz Barnet odczuwał w tej chwili dotkliwy głód i wzmianka o cielęcinie przywiodła mu na myśl duży, soczysty sznycel z podsmażonymi kartofelkami. Marton natomiast pogrążył się w marzeniach, których ośrodkiem był ten wspaniały tajemniczy guzik, mający go uszczęśliwić. Siedzieli tak bez ruchu, a wesołe, jasne słońce otaczało ich przyjemnym ciepłem.
Nagle donośny dźwięk klaksonu przerwał tę słoneczną zadumę. Marton poderwał się, aby zatrzymać przygodnych podróżnych, gdy wtem Horacjusz Barnet wydał jakiś ostrzegawczy dźwięk i pochwycił nerwowo towarzysza za kieszeń obszernej marynarki.
– Schowaj się pan, prędko – rzucił przerażonym głosem.
Przykucnęli za szerokim, kolczastym krzakiem i przeczekali, aż duża czarna limuzyna zniknęła za zakrętem.
– Co to znaczy? Co się stało? Co to było? – spytał zdumiony młodzieniec.
– Tsss. Moja żona – szepnął cicho Horacjusz, jakby obawiając się, że straszliwa niewiasta może go posłyszeć z odległości paru kilometrów.
– No to dlaczego nie zatrzymaliśmy tego auta – zdziwił się Marton.
– To niemożliwe – powiedział Barnet. – To zupełnie niemożliwe. Moja żona mnie ściga.
– Ściga pana? Ależ dlaczego?
– Chce ze mnie zrobić wariata.
– Jak to? Nic nie rozumiem.
Horacjusz przybrał tajemniczy wyraz twarzy.
– Chce ze mnie zrobić wariata, żeby mnie ubezwłasnowolnić.
– Ależ dlaczego?
– Życie nie jest takie proste, mister Marton. Żona moja nie chce zrozumieć, że kapitalizm jest wyzyskiem klasy pracującej.
– Nie mogę tego wszystkiego pojąć! – zawołał młody człowiek. – Niech mi pan wytłumaczy jaśniej tę historię.
– Widzi pan, doszedłem do przekonania, że moi robotnicy zarabiają za mało, że są wykorzystywani i postanowiłem podnieść im uposażenia.
– To bardzo ładnie z pańskiej strony.
– Może i ładnie, ale kalkulacja handlowa nie wytrzymała tego mojego posunięcia i obecnie jestem bankrutem. Ale mnie to nie martwi. Nie chcę już być przedstawicielem kapitalizmu, nie chcę być wyzyskiwaczem. Niech zabierają moje pieniądze i niech kto inny sprzedaje te obrzydliwe buty. Mam dość. Żona moja jednakże nie podziela mojego zdania. Ona kocha moje miliony i nie chce dopuścić do tego, żeby cały interes przestał istnieć. Dlatego też postanowiła zrobić ze mnie wariata i sama chce się zająć sprawami handlowymi. Dopóki bowiem ja mam prawo decyzji, wszystkie jej zabiegi nie mogą mieć podstaw prawnych. To bardzo zachłanna kobieta. Tyle razy tłumaczyłem jej, że przecież powinna jej wystarczyć skromna renta i domek na wsi, który kupiłem w zeszłym roku. Ale ona nawet słyszeć o tym nie chce. Ta kobieta tak przywykła do milionów, że nie umie się przystosować do spokojnego, skromnego życia i dlatego...
– I dlatego musi się pan przed nią ukrywać.
– Właśnie. Gdyby mnie schwytała dostałbym się niewątpliwie do domu wariatów, a tego sobie zupełnie nie życzę.
– No dobrze, ale przecież lekarze stwierdzą, że jest pan najzupełniej normalny i nie będą pana trzymać w zamknięciu – zauważył Marton.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
