Katastrofalny błąd. Prywatne śledztwo Agaty Brok. Część 4 - Iwona Wilmowska - ebook
NOWOŚĆ

Katastrofalny błąd. Prywatne śledztwo Agaty Brok. Część 4 ebook

Iwona Wilmowska

4,3

58 osób interesuje się tą książką

Opis

W tomie czwartym w życiu Agaty i Kermita pojawia się maleństwo, które koncentruje na sobie ich siły... nie na tyle jednak, by Agata zignorowała szansę rozwikłania kolejnej kryminalnej zagadki. Tym bardziej, że historia dotyczy lokatorki, która wynajmuje od niej mieszkanie.

Gdy znika samotna matka, zostawiając bez opieki nastoletniego syna, z pewnością nie spotkało jej nic dobrego. Agata angażuje się w poszukiwania i szybko trafia na mroczny sekret kobiety. Czy Agata zdoła poprowadzić śledztwo na własną rękę, mając pod opieką ośmiomiesięczną Marysię i obcego nastolatka?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 276

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tego dnia czystość została pogrzebana, razem z nią legł wstyd.

Tego dnia upadł duch, wygięła się do wewnątrz bezpowrotnie elipsa ma.

Obrastam w siłę, bronię się.

Nie złoszczę się, nie złoszczę się.

Lubię chleb, więc sobie zjem.

I po brzuchu się poklepię.

tekst: Katarzyna Nosowska; Hey, Ho

Prolog

Strach.

Dobrze znała to uczucie, gdy ściska gardło tak mocno, że brakuje tchu. Ból zaciśniętej szczęki. Zimny pot w ciągu ułamka sekundy pokrywający ciało. I to obezwładniające uczucie paraliżu, gdy pragniesz uciekać, ale organizm odmawia posłuszeństwa. Ręce i nogi, właśnie teraz, gdy są tak bardzo potrzebne, stają się bezużytecznymi kołkami. Mózg, zamiast pracować na najwyższych obrotach, nagle zwalnia, całkowicie owładnięty przez strach. Kto nigdy naprawdę się nie bał, nie zrozumie, jak to jest.

Ale Agnieszka nie była już tą samą osobą co kiedyś. Teraz umiała już przezwyciężyć ten paraliż. Trzęsącymi się dłońmi pozgarniała najpotrzebniejsze rzeczy do torby, po czym chwyciła telefon i kilkukrotnie spróbowała skontaktować się z synem.

Bez skutku.

Przeklinała się w myślach, że dała mu tyle swobody, że nie nauczyła go, że telefony od niej ma odbierać zawsze i bez względu na wszystko. Bunt nastolatka? To było kompletnie bez znaczenia. Powinna była lepiej go wychować, wytrenować, wytresować – zwijcie to, jak chcecie. Liczy się tylko efekt, którego w tym wypadku zabrakło.

Nie było już czasu na dalsze próby. To jak z maseczkami tlenowymi w samolocie: żeby uratować dziecko, najpierw musisz ratować siebie. Zbytnia troska o drugiego człowieka może okazać się zgubna dla obojga. Wrzuciła telefon do torby i wybiegła z mieszkania, nie zawracając sobie głowy zamykaniem drzwi na klucz.

Oby tylko zdążyć.

Oby nie było za późno.

***

Przemek przeciągnął dłonią po gładkiej skórze na brzuchu Magdy i zatoczył palcem małe kółko wokół pępka. Wtulił nos w jej włosy i głęboko wciągnął powietrze. Uwielbiał zapach jej lawendowego szamponu. Wszystko w niej uwielbiał. Oszalał na jej punkcie już rok temu, zaraz po tym, gdy dołączył do jej klasy. Przez rok czaili się wokół siebie, to się zbliżając, to znów oddalając, spłoszeni jakimś drobiazgiem. Jednak dwa miesiące wakacji wystarczyły, by zdali sobie sprawę z tego, że czas podchodów się skończył i pora przejść do działania. Magda wyjechała z rodzicami na całe dwa miesiące do Bułgarii. Mieli tam apartament i nie chcieli nawet słyszeć o tym, by skrócić pobyt lub pozwolić Magdzie wrócić wcześniej. W rezultacie Magda i Przemek spędzali niezliczone godziny, pisząc do siebie SMS-y, maile i rozmawiając na Skypie. Gdy nadszedł wrzesień i spotkali się na rozpoczęciu roku, wiedzieli, że teraz już nic nie będzie takie jak wcześniej. Odwlekane uczucie wybuchło z mocą wulkanu. Nie widzieli świata poza sobą, cały czas spędzali razem, nawet na lekcjach trzymając się pod ławką za ręce.

Gdy wczoraj Magda powiedziała, że jej rodzice wyjeżdżają na dwa dni, wymienili porozumiewawcze uśmiechy. Nie musieli sobie nic wyjaśniać. Dla obojga było całkowicie jasne, że to będzie TEN dzień, kiedy TO się stanie. Rano Przemek nie pojechał do szkoły, tylko prosto do domu Magdy, w kieszeni ściskając niczym talizman paczkę kupionych poprzedniego dnia prezerwatyw. Jasne, że się denerwował, ale był też pełen nadziei, że będzie wspaniale. Czuł się jak spadochroniarz przygotowujący się do skoku. Oczywiście, że był stres, przeważało jednak przeczucie, że czeka go coś wspaniałego. Teraz, gdy te wszystkie emocje już się przetoczyły, gdy leżeli wtuleni w siebie, spoceni, całkowicie wyczerpani, nie liczyło się nic poza nimi. A już na pewno dostępu do ich świata nie miała brzęcząca komórka Przemka z wyłączonym dźwiękiem, zostawiona w kieszeni bluzy na parterze.

1

Nocną ciszę zakłóciło cichuteńkie kwilenie. Dla kogoś niezaprawionego w boju mogłoby brzmieć nawet całkiem przyjemnie, ale Agata wiedziała aż nazbyt dobrze, że to tylko miłe złego początki. Jeśli natychmiast nie wstanie, zaraz cały dom wypełni dziki ryk godny armii rozwścieczonych wikingów.

Z głębokim westchnieniem wstała i podeszła do stojącego w sypialni łóżeczka Marysi. Mała miała już siedem miesięcy, ale nadal codziennie budziła się o nieprzyzwoitej porze. Dzień w dzień o czwartej rano. Jak w zegarku. I nic nie zapowiadało zmian. Żeby jakoś to przetrwać, wypracowali z Kermitem system rotacyjny: jednego dnia wstawał on, drugiego ona.

Wzięła córeczkę na ręce i najciszej, jak się dało, wyszła z sypialni. Niech chociaż Kermit jeszcze sobie pośpi. Idąc korytarzem, nagle usłyszała znajome skrzypnięcie drzwi od pokoju, który kiedyś będzie należał do Marysi, ale na razie pełnił funkcję gościnnego lokum, aktualnie zajmowanego też przez Marię, ale całkiem dorosłą: mamę Kermita.

– Agatko, może ja ją wezmę, a ty się połóż – zaproponowała szeptem teściowa.

– Baba! – pisnęło dziecko i wyciągnęło do niej rączki.

– Nie, niech mama się wyśpi spokojnie. Przed mamą ciężki dzień.

Teściowa przez chwilę się zawahała, ale w końcu ustąpiła i znów zniknęła w swojej sypialni. Był to już swoisty rytuał: co rano proponowała im pomoc, a oni co rano ją odrzucali. Nie chcieli obciążać jej dodatkowymi obowiązkami. Od dwóch tygodni mieszkała u nich w domu, bo jej mąż przebywał w ośrodku rehabilitacyjnym pod Warszawą. Od kilku lat pobolewało go biodro i w końcu dostał się na miesięczny turnus. Maria codziennie odwiedzała męża, przywoziła mu domowe jedzenie i dotrzymywała towarzystwa. Nie wyobrażała sobie, że mogłaby zostać w domu w Bieszczadach, podczas gdy on leżałby tu sam. Od czterdziestu lat byli nierozłączni i nie zamierzali tego zmieniać.

Agata zeszła do kuchni i wstawiła wodę na kaszkę i herbatę. Położyła niezadowoloną Marysię na macie edukacyjnej.

– Do baby! – zażądało dziecko.

– Baba jeszcze chwilkę sobie pośpi, a my tymczasem sprawdźmy, co tam słychać u naszych Teletubisiów! – zaproponowała Agata z przesadnym entuzjazmem.

Racja, dawanie dziecku z samego rana tabletu pewnie nie figuruje na szczycie zaleceń wychowawczych Superniani, ale kto tego nie zrobił choć raz, niech pierwszy rzuci kamieniem. „Lepsze to niż awantura o brak babci” – pomyślała Agata. Szybko wyszukała w tablecie odpowiedni filmik i podała Marysi.

– Iiii! – rozległ się pisk radości.

Agata wróciła do kuchni i zabrała się za przygotowanie porannej kawy i mleka. Nalewając wodę do butelki, zerknęła na obrączkę z białego złota na prawej dłoni i mimowolnie się uśmiechnęła. To już miesiąc, odkąd wzięli ślub. Decyzja była bardzo spontaniczna. Zorganizowali wszystko w kilka tygodni. Kermit któregoś wieczora po raz kolejny pół żartem, pół serio spytał, kiedy w końcu za niego wyjdzie. Agata zwykle odpowiadała, że to się jeszcze zobaczy, ale tym razem odparła: „A może jakoś w sierpniu by się udało?”. I tak też zrobili. Było pięknie i kameralnie. Zaprosili raptem kilkanaście osób, a skromne przyjęcie urządzili we własnym ogrodzie. Pogoda dopisała, zamówiony catering był zaskakująco smaczny, goście i państwo młodzi wyluzowani i zadowoleni. Nawet Marysia była tego dnia wyjątkowo pogodna. Wujek Antoni, który była dla Agaty jak ojciec, bardzo się wzruszył i przez całą uroczystość ocierał oczy chusteczką, a potem wygłosił poruszającą mowę, którą zakończył słowami: „Wierzę, że wasza miłość będzie jak wino: im starsza, tym lepsza”. Kaśka – przyjaciółka Agaty – zrobiła im niespodziankę i zamówiła fajerwerki, które wystrzelono po zapadnięciu zmroku. Sąsiedzi okazali wyrozumiałość i nikt nie zadzwonił po policję. Naprawdę, było więcej niż idealnie.

I teraz Agata stała w kuchni, z obrączką na palcu, słuchając odgłosów Teletubisiów przerywanych piskami córki i mieszając mleko dla niemowląt. Zwykłe, całkiem normalne życie. Coś, co wcale nie musiało się udać i – jak się nad tym zastanowić – aż cud, że się udawało.

Gdy już nakarmiła Marysię, w końcu zrobiła sobie kawę, która nieco rozjaśniła jej umysł. Zaczęła planować dzień. Poza drobnymi zakupami nie miała dziś żadnych konkretnych rzeczy do załatwienia. No, może poza jedną, wyjątkowo niewdzięczną, którą odkładała już od kilku dni. Ale nie można tego odwlekać w nieskończoność…

Planując kupno domu, postanowili z Kermitem, że jego apartament sprzedadzą, a jej niewielkie mieszkanko zachowają i wynajmą. Mieszkanie było w dobrej lokalizacji, tuż przy stacji metra Służew, a Agata nie upierała się przy wysokim czynszu, więc dość szybko znalazła najemców: matkę z nastoletnim synem. Póki należności wpływały bez opóźnień, praktycznie się nie kontaktowali, ale teraz kobieta zwlekała z opłatami już od dwóch tygodni, co nigdy wcześniej się nie zdarzyło. Agata mogłaby to zrozumieć, gdyby temu opóźnieniu towarzyszyło choćby słowo wyjaśnienia, ale wynajmująca milczała, jakby zapadła się pod ziemię. Nie odpisywała na maile, nie odbierała telefonów, choć Agata wielokrotnie próbowała się z nią skontaktować. Gdy minął tydzień od wyznaczonego terminu, a przelew nie wpłynął, Agata wysłała maila z uprzejmym przypomnieniem. Nie doczekawszy się odpowiedzi, trochę się zirytowała i następnego dnia napisała jeszcze raz. Znów bez żadnego odzewu. Potem zaczęła dzwonić, a jej irytacja z każdym dniem coraz bardziej zmieniała się w niepokój. A jeśli coś jej się stało? Jeśli nie dokręcili gazu w kuchence i leżą tam z synem nieżywi? Jeśli zginęli w jakimś wypadku i nikt z ich krewnych nie pomyślał o tym, by zawiadomić Agatę, albo po prostu nie miał do niej kontaktu? Wyobraźnia cały czas podsuwała jej rozmaite scenariusze mające wspólny tragiczny mianownik.

Kiedy tuż po siódmej Kermit zszedł na dół i jedli razem śniadanie, Agata zadeklarowała:

– Dziś tam pojadę.

– Gdzie?

– Na Podbipięty. Sprawdzę, co się dzieje w tym mieszkaniu.

– No, nareszcie! – przyklasnął. – Chcesz, żeby jechać z tobą?

– No co ty, nie ma potrzeby! Pomyśli sobie, że przyszłam po czynsz z bodyguardem. – Agata się zaśmiała.

Kermit uniósł ramię, podwinął rękaw T-shirtu i napiął mięśnie.

– Bach! Bach! Bach! – Przy każdym „Bach!” napinał biceps. – Wszyscy na dzielni wiedzą, że moje bicki sieją postrach. Są tak stalowe, że wołają na mnie Robocop. Chcesz podotykać, maleńka?

Agata tak się śmiała, że prawie spadła ze stołka. O Kermicie wiele można było powiedzieć, ale na pewno nie to, że był mięśniakiem. Owszem, miał piękne brązowe oczy i miły uśmiech, ale z postury przypominał stereotypowego informatyka, którym zresztą był.

– Mmm… Marzę o tym! – Położyła dłoń na jego pulsującym bicepsie. – Och! Co za skały! Zaraz zemdleję z rozkoszy!

Kermit też się roześmiał i zabrał rękę.

– Widać, że znasz się na rzeczy, maleńka! Ale teraz już poważnie pytam. Skoro martwisz się, że coś im się mogło stać, to może bym z tobą jednak pojechał? To przecież rzut beretem od mojego biura.

– Nie, Kermit, nie ma takiej potrzeby. Pojadę tam koło piętnastej. Wtedy twoja mama będzie już w domu, więc zostawię z nią Marysię, a sama śmignę jeszcze bez korków. Przynajmniej syn powinien być w domu. A jeśli nie, to po prostu wejdę i się rozejrzę, czy wszystko jest w porządku. Spotkamy się w domu na obiedzie.

– No dobrze. Nie będę narzucał ci swojego zacnego towarzystwa. Tylko żebyś znów się w coś nie wpakowała.

Wstał, cmoknął ją w czubek głowy i poszedł do łazienki.

Agata wzięła duży łyk gorącej herbaty. „Żebyś miał rację…”, pomyślała.

2

Wchodząc do swojego starego bloku, Agata poczuła się trochę tak, jakby wróciła z długiej podróży. Odrapana klatka schodowa, powycierane schodki i odwiecznie panujący na parterze zapach gotowanej kapusty ścisnęły jej serce. Uwielbiała swoje obecne życie, ale to poprzednie też nie było takie złe. To tu był jej pierwszy autonomiczny azyl bezpieczeństwa, pierwsza nora, w której mogła się chować przed całym światem. Cieszyła się, że nie musiała podjąć trudnej decyzji o sprzedaży mieszkania, po brzegi wypełnionego wspomnieniami.

Stanęła przed drzwiami wejściowymi i zanim zapukała, przyłożyła ucho do drzwi.

Cisza.

Zastukała. Zadzwoniła. Najpierw raz, a potem jeszcze dwa razy.

Nadal bez odzewu.

Jeszcze raz spróbowała połączyć się telefonicznie z najemczynią, ale bez skutku. Jej aparat był wyłączony. Nie usłyszała też przez drzwi dzwonka telefonu, ale to akurat o niczym nie świadczyło. Mógł przecież być w środku, tylko się rozładować.

Wtedy z ociąganiem wyjęła z torby klucze do mieszkania. Wprawdzie formalnie było to jej mieszkanie, ale mimo to czuła się niezręcznie. To nic innego jak wkraczanie z buciorami w cudzą prywatność. Obiecała sobie, że tylko zajrzy, sprawdzi, czy w mieszkaniu nie ma trupów, a jeśli nie będzie, to po prostu wyjdzie i nadal będzie próbowała nawiązać kontakt bardziej cywilizowanymi metodami. Była przecież szansa, że lokatorzy po prostu wyjechali na dłuższe wakacje i zapomnieli wcześniej zapłacić czynszu, a w miejscu, w którym są, nie mają jak wykonać przelewu, bo nie ma tam Internetu… Mała była ta szansa. Najemczyni nie wyglądała na podróżniczkę, co to by z maczetą przemierzała dżunglę amazońską, ale cóż, nadzieja umiera ostatnia.

Agata przekręciła w zamku klucz, nacisnęła klamkę i ostrożnie zajrzała do środka. Światła były pogaszone, ale od razu uderzył ją zapach. Nie potrafiła określić, czym konkretnie śmierdziało. Była to woń szeroko pojętej nieświeżości. Sięgnęła do włącznika w korytarzu i jasne światło rozlało się po przedpokoju i salonie. Wtedy kątem oka dostrzegła siedzącą w fotelu skuloną postać. Aż podskoczyła ze strachu.

– O mój Boże! – krzyknęła.

Szybko jednak spostrzegła, że był to Przemek, syn lokatorki, który w międzyczasie zdążył wstać, ale nie kwapił się, aby do niej podejść.

– Rany, ale mnie wystraszyłeś – sapnęła i zamknęła za sobą drzwi wejściowe.

– Dzień dobry – bąknął.

– Czemu nie otworzyłeś, jak dzwoniłam? Gdzie twoja mama? Od kilku dni bezskutecznie próbuję się z nią skontaktować.

– Mama… wyjechała.

Otrząsnąwszy się z szoku, Agata rozejrzała się po mieszkaniu. Wszędzie panował okropny bałagan. Stół był zastawiony brudnymi talerzami i kubkami, po podłodze walały się puste opakowania po chipsach i kabanosach, kilka podręczników i zeszytów oraz mnóstwo koszulek, bluz i innych części garderoby, które były tak skotłowane, że aż trudne do zidentyfikowania.

Nie wiedziała, ile dokładnie Przemek miał lat, ale szacowałaby, że coś około piętnastu, szesnastu. Miał ciut przydługie na jej gust włosy z grzywką notorycznie wpadającą w oczy, typową dla nastolatków tłustą cerę tu i ówdzie usianą pryszczami, szczupłą sylwetkę i przygarbione ramiona. Gdy uważniej mu się przyjrzała, dostrzegła też cienie pod oczami i bladość. Nie znali się zbyt dobrze, widziała go raptem kilka razy w życiu, ale była pewna, że przy żadnej z tych okazji nie wyglądał tak mizernie jak teraz. Ewidentnie coś było nie w porządku.

– Dokąd wyjechała? – spytała Agata, starając się nie brzmieć zbyt natarczywie. – Możesz podać mi numer, pod którym mogłabym się z nią skontaktować?

Chłopak wbił wzrok w szybę i gniotąc w palcach brzeg koszulki, próbował zebrać myśli.

– Przemek… – Agata odłożyła torebkę na komodę i dziękując w myślach opatrzności za to, że nie wzięła ze sobą dziecka, weszła do salonu. – Widzę przecież, że stało się coś niedobrego.

– Jeśli mama zapomniała zapłacić czynsz, to przekażę jej, żeby jak najszybciej to zrobiła.

Agata pokręciła głową.

– Owszem, właśnie w sprawie czynszu tu przyszłam, ale to w tej chwili nie jest najistotniejsze. Dawno mama wyjechała?

Wzruszenie ramion i wzrok znów wbity w puste okno.

– Jakiś tydzień temu. – W końcu padła odpowiedź, która nie nosiła najmniejszych nawet znamion wiarygodności.

– Okej. Nie chcesz rozmawiać, to nie. – Zdjęła płaszcz i powiesiła go na jedynym wolnym krześle. – Ale na pewno nie pozwolę, żeby moje mieszkanie było w takim stanie. Powiedz, gdzie trzymacie worki na śmieci.

– W szafce pod zlewem – odpowiedział chłopak, zanim zdążył się zastanowić.

Agata ruszyła we wskazanym kierunku, starając się sprawiać wrażenie osoby zdeterminowanej i pewnej tego, co robi. Nie miała pojęcia, jak rozwinie się ta sytuacja, ale wiedziała, że nie może tak po prostu wyjść z mieszkania i zostawić chłopaka samego. Wyciągnęła worki, zakasała rękawy i zabrała się za zbieranie śmieci. Chłopakowi najwyraźniej zrobiło się głupio, bo zaczął jej pomagać.

– Zbieranie śmieci zostaw mnie. Chcesz pomóc, to pozmywaj – powiedziała, a chłopak bez słowa ruszył w kierunku zlewu.

Od czasu do czasu próbowała go o coś podpytać, ale odpowiadał jedynie półsłówkami. Po godzinie miotania się wokół siebie doprowadzili mieszkanie do względnego porządku, co zakrawało na cud, zważywszy na to, w jakim stanie znajdowało się, gdy tu weszła. Gdy skończyli, Agata wiedziała już, co ma robić. Zaparzyła dwa kubki herbaty i zaprosiła Przemka do stołu.

– Przemek, ja wiem, że jesteś już prawie dorosły, ale nie mogę cię tu zostawić samego. Masz jakąś babcię, ciocię, do której mogłabym zadzwonić? Wujka może?

– Nie.

– Nikogo?

– Nikogo.

– To może jakąś przyjaciółkę mamy?

– Mama nie ma przyjaciółek.

Kolejnego pytania chciała uniknąć. Agnieszka wychowywała syna sama. Nigdy nie widziała u niej żadnego mężczyzny. Ale w tym momencie nie było już miejsca na uprzejme przemilczanie niewygodnych tematów.

– A twój ojciec?

Przemek po raz pierwszy, odkąd weszła do mieszkania, spojrzał jej w oczy na dłużej niż ułamek sekundy.

– Mój ojciec nie żyje. Umarł, zanim się urodziłem.

Agata westchnęła. Miała nadzieję, że do tego nie dojdzie, ale tym razem los nie był dla niej łaskawy. Zebrała się w sobie i w końcu powiedziała to, czego miała nadzieję nie musieć mówić:

– W takim razie pojedziesz do mnie. Spakuj się na kilka dni. Moje auto stoi pod blokiem.

– Nie mogę! – Przemek wyprostował się gwałtownie i zaparł dłońmi o brzeg stołu. Był wyraźnie oburzony tą propozycją, ale Agata przygotowała się na taką reakcję i nie zamierzała odpuścić.

– Przemek, ja mam dom, znajdzie się dla ciebie miejsce. Tutaj nie zostaniesz na pewno. Zostawimy twojej mamie kartkę, żeby wiedziała, gdzie cię szukać.

– Nigdzie nie jadę! – Wstał i zaczął nerwowo krążyć po pokoju.

– W porządku. – Agata sięgnęła do kieszeni i teatralnym gestem wyciągnęła telefon. – W takim razie dzwonię do Izby Dziecka i zgłaszam odpowiednim służbom, że zostałeś zostawiony na dłuższy czas sam bez opieki i najwyraźniej sobie nie radzisz. Dokładnie opiszę im, w jakim stanie zastałam mieszkanie.

Nie miała pojęcia, czy w ogóle istnieje coś takiego jak Izba Dziecka, ale miała nadzieję, że brzmi to wystarczająco wiarygodnie i złowrogo. I się nie przeliczyła. Przemek podbiegł do niej i spojrzał na nią z przerażeniem.

– Nie może pani tego zrobić! – krzyknął. – Nie może pani!

– Owszem, mogę. Ale nie zrobię tego, jeśli przyjmiesz moją propozycję bezpłatnego lokum, wyżywienia i opierunku do czasu, kiedy twoja mama nie wróci.

3

W samochodzie panowała wroga cisza. Przemek zaplótł ręce na piersiach i wbił wzrok w okno, żeby nie musieć patrzeć na Agatę, a ona zastanawiała się, w co tym razem się wpakowała. Gdzie mogła podziewać się matka chłopca? Nie udało jej się wyciągnąć z niego nic więcej ponad to, że „wyjechała”. Nie wiadomo dokąd i nie wiadomo na jak długo.

Agata próbowała przypomnieć sobie wszystko, co wie o lokatorce, ale nie było tego dużo. Agnieszka Nowak dotychczas regularnie płaciła czynsz, sąsiedzi się nie skarżyli, więc nie miała powodu, by często się z nią widywać. Kobieta była niewysoka, szczupła, o dosyć nijakim wyglądzie. Nigdy się nie malowała, długie brązowe włosy nosiła rozpuszczone lub spięte w niedbały kucyk. Ubierała się zupełnie zwyczajnie. Podczas ich zaledwie kilku rozmów sprawiała wrażenie osoby nieśmiałej, ale też zmęczonej i chyba trochę smutnej. Agata nie pamiętała, by kiedykolwiek się razem pośmiały, a wszelkie drobne żarciki Nowak kwitowała tylko uprzejmym uśmiechem. Zdecydowanie nie należała do osób, z którymi łatwo nawiązać kontakt. Agata nawet nie wiedziała, czym lokatorka zajmowała się zawodowo.

– Przemek, a do szkoły chodziłeś, jak mamy nie było? Tylko mów prawdę, bo to łatwe do sprawdzenia.

– Tak, trochę…

– Okej, czyli nieobecności już trochę nałapałeś. W takim razie nie zaszkodzi, jak jeszcze sobie odpoczniesz. Nie obawiaj się, że w takiej sytuacji będę wymagać, byś się uczył. – Bała się, że jak puści go do szkoły, to więcej go nie zobaczy. – Poza tym jutro jest sobota. Będzie czas, żeby spokojnie pomyśleć i się zastanowić…

– To znaczy, że zadzwoni pani do tej Izby Dziecka? Myślałem, że się umawialiśmy! – Jego pełne oburzenia spojrzenie w końcu spoczęło na Agacie. Był tak zbulwersowany, jak może być tylko oszukany nastolatek.

– Spokojnie! Nie powiedziałam, że tam zadzwonię! Miałam na myśli to, że zastanowimy się nad tym, jak znaleźć twoją mamę. A tymczasem dojechaliśmy na miejsce.

Otworzyła pilotem bramę i wjechała na podjazd. Samochód Kermita już tam stał. Sięgnęła po telefon i zobaczyła, że ma od niego trzy nieodebrane połączenia. Zdziwiła się, że ich nie słyszała, ale potem przypomniała sobie, że wcześniej, gdy opiekowała się Marysią, przyciszyła dzwonek telefonu. Córeczka spała i Agata nie chciała, żeby telefon ją obudził, a potem zapomniała nastawić normalną głośność. Biedny Kermit, pewnie się martwił, co się z nią dzieje.

Wysiadła z samochodu i wyjęła z bagażnika plecak i torbę Przemka. Westchnęła, przygotowując się na konieczność tłumaczenia mężowi i teściowej, czemu przywiozła do domu obcego nastolatka. Pozostało jej liczyć na ich wyrozumiałość. Była szansa, że się nie przeliczy, bo dotychczas nigdy jej w tym względzie nie zawiedli.

– Chodź, idziemy – ponagliła Przemka, ale tak naprawdę to siebie popędzała, żeby dłużej nie zwlekać przed tym, co nieuniknione.

Gdy weszli do środka, Kermit i jego mama zaniemówili.

– A mamaaaa! – powitał ją radosny okrzyk Marysi.

– Cześć, kochani. – Agata spróbowała się uśmiechnąć, ale obawiała się, że efektem był co najwyżej jakiś dziwaczny grymas. – To jest Przemek. Dziś u nas zanocuje.

– Cześć, Przemek – powiedział Kermit. Podszedł i uścisnął chłopakowi dłoń, a ją cmoknął w policzek. – A można wiedzieć, czemu zawdzięczamy ten zaszczyt?

Agata zgromiła go spojrzeniem. Choć raz mógłby nie ironizować.

– Jego mama wyjechała.

– Aha. – Kermit podrapał się po głowie. – Czy dobrze się domyślam, że rzeczoną mamą jest spóźnialska lokatorka?

– Trafiłeś, Sherlocku – odparła, wkładając kapcie. Rzuciła mu spojrzenie, które, miała nadzieję, powstrzyma go od rzucania kolejnych żarcików.

– Rozumiem… – mruknął, choć jasne było, że rozumie naprawdę niewiele. – Cóż, chodźcie na kolację. Zrobiliśmy z mamą zapiekankę makaronową. Najpierw zjedzmy, a potem pogadamy, bo i tak już prawie wystygła.

– Chodźcie, chodźcie! – zawołała z dużego pokoju teściowa. – Już doniosłam talerz dla naszego gościa!

***

Powiedzieć, że atmosfera przy stole była gęsta, to jak stwierdzić, że Jimi Hendrix nieźle radził sobie z gitarą. Przemek z apetytem pochłaniał drugą dokładkę. Wyglądało na to, że zdążył się stęsknić za domowym jedzeniem. Agata i Kermit spoglądali to na siebie, to na niego, wznosząc się na wyżyny komunikacji niewerbalnej. Kermit szybkimi ruchami oczu to na Przemka, to na Agatę i unosząc jedną brew, próbował spytać, o co chodzi z tym Przemkiem, Agata szeroko otwierając oczy i unosząc ramiona, usiłowała dać mu znać, że nie miała innego wyjścia jak tylko go tu przywieźć, na co Kermit unosił obie brwi, wyrażając szczere zdziwienie i oczekując dalszych wyjaśnień, które przekraczały to, co Agata umiała wyrazić różnymi grymasami twarzy bez użycia słów. Maria z niepokojem obserwowała tę pantomimę, a gdy wszyscy skończyli jeść, wstała i zbierając talerze ze stołu, powiedziała:

– To ja pozmywam, a wy sobie porozmawiajcie. Zabiorę Marysię do kuchni i dam jej mleko.

Gdy wyszła, Kermit założył ręce na piersi i powiedział:

– No więc słucham. O co tu chodzi?

Agata wyjaśniła najlepiej, jak umiała. Przemek nie wtrącił ani jednego słowa. Kermit pokiwał głową, po czym stwierdził:

– Rozumiem. Dobrze zrobiłaś, że przywiozłaś tu Przemka. – Ścisnął jej dłoń, jakby na potwierdzenie swojego poparcia. – Ale, Przemek, teraz mówię do ciebie, więc spójrz mi w oczy. – Poczekał, aż chłopak to zrobi. – Ja nie będę tak wyrozumiały jak Agata. Owszem, możesz zostać u nas, ile tylko potrzebujesz, ale w zamian oczekuję prawdy. Powiesz nam szczerze, gdzie jest twoja mama. Pod takim warunkiem możesz tu zostać. Jeśli nadal będziesz odmawiał odpowiedzi, zadzwonimy do odpowiednich służb, żeby się tobą zajęły. Decyzja należy do ciebie.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Przemek w końcu spuścił oczy, nie mogąc dłużej powstrzymać fali łez.

– Ale ja nie wiem, gdzie ona jest – powiedział płaczliwym głosem, ocierając oczy rękawem. – Naprawdę nie wiem. Jak przyszedłem do domu, już jej nie było. Nie odbiera moich telefonów, nie daje znaku życia. Proszę, zobaczcie sobie sami, że nie mam z nią żadnego kontaktu.

Sięgnął do kieszeni, wyjął komórkę, odblokował ekran i rzucił ją na stół.

Agata bez wahania po nią sięgnęła i zajrzała do historii połączeń. Rzeczywiście chłopak nie kłamał. Na liście aktywności miał dziesiątki, jeśli nie setki prób połączeń z numerem opisanym „Mama”, żadne niezakończone sukcesem. Z rzadka przerywały je krótkie rozmowy z innymi osobami, zapewne kolegami. Gdy Agata patrzyła na te desperackie próby połączenia się z matką, zrobiło jej się jeszcze bardziej żal chłopaka. A więc nie kłamał. Agnieszka naprawdę zniknęła. Była bardzo mało prawdopodobne, by przygotował się do tej rozmowy zawczasu. Lista nieodebranych połączeń sięgała kilka dni wstecz.

– Od jak dawna nie możesz skontaktować się z mamą?

– Od zeszłej środy.

– I nikomu o tym nie powiedziałeś?

Chłopak wzruszył ramionami i jeszcze mocniej schylił głowę, by ukryć łzy.

– Nikomu. Nie miałem do kogo się odezwać. Kolegom w szkole powiedziałem, że jestem chory, i czekałem w domu, aż mama wróci.

– Szpitale? – spytał Kermit.

– Obdzwoniłem wszystkie w Warszawie i okolicach. Raz dzień po zniknięciu mamy, a drugi raz w ten wtorek.

Agata zmarszczyła brwi.

– Nie widziałam tych połączeń na twoim telefonie.

– Bo dzwoniłem ze stacjonarnego.

Hmm… to sprawiało, że kwestia braku kontaktu telefonicznego z matką przestawała być tak stuprocentowo pewna. Ale chłopak, gdy w końcu pękł, wyglądał na szczerze zrozpaczonego. Miała wrażenie, że wręcz ulżyło mu, że może komuś o wszystkim opowiedzieć.

– Rozumiem. – Kermit i Agata wymienili spojrzenia mówiące, że potem to sprawdzą. – A policja?

W oczach chłopaka znów pojawił się strach.

– Nie! Tylko nie policja! – krzyknął.

Tak gwałtowna reakcja sprawiła, że czujność Agaty i Kermita wspięła się na wyżyny.

– Dlaczego? To chyba naturalne, że jak ktoś ginie, zgłasza się to na policję.

– Ale przecież wtedy by mnie zabrali do jakiegoś ośrodka, do tej Izby Dziecka czy gdzieś. Przecież ja nie mam żadnego innego opiekuna!

– No to teraz już masz – powiedziała Agata. – Dziś jest już zbyt późno, żeby coś robić. Skoro twojej mamy nie ma od dziesięciu dni, to jedna noc więcej niczego nie zmieni. Ale jutro z samego rana zgłaszamy się na policję. Mam zaprzyjaźnioną policjantkę. Wszystko jej opowiemy, a ja zagwarantuję, że do momentu znalezienia twojej mamy zajmę się tobą i nigdzie cię nie odeślę. W sumie to od razu do niej zadzwonię.

– Dokładnie – potwierdził Kermit. – Renata na pewno nam pomoże i nie narobi niepotrzebnych problemów. Jutro jest sobota, więc ja też będę mógł się zaangażować w poszukiwania.

Renata Bogucka była policjantką, którą poznali zeszłej zimy, gdy nieopodal ich domu zamarzł Bolek Skowron. Prowadziła wtedy śledztwo, a Agata była świadkiem w tej sprawie. Nazywanie ich relacji przyjaźnią byłoby lekkim nadużyciem, ale Agata i Kermit mieli o niej jak najlepsze zdanie i byli pewni, że mogą na nią liczyć. Jednak Przemek nie wydawał się zachwycony tym pomysłem. Znów spuścił głowę i zagapił się w swoje dłonie o obgryzionych paznokciach.

***

– Kurwa! – Przemek zaklął pod nosem, gdy poczuł w ustach metaliczny smak krwi. Wyjął palec z ust i sięgnął po leżącą obok materaca paczkę chusteczek. Wyciągnął jedną, owinął sobie wokół palca jak bandaż i mocno zacisnął. Jako dziecko notorycznie obgryzał paznokcie, ale potem udało mu się pozbyć tego nawyku. Aż do teraz. Obecnie jego dłonie były zmasakrowane. Matka nieźle by się wkurzyła, gdyby to zobaczyła. Taka była dumna, gdy udało mu się pozbyć tego zwyczaju. Ale stresy ostatnich dni zrobiły swoje, a to, co stało się dziś, wcale go nie uspokoiło.

Czuł się jak małe dziecko. Leżał w obcym domu, na kanapie, okryty obco pachnącą kołdrą, z głową na zbyt wysokiej poduszce. Ci ludzie chcieli dobrze, tego był niemal stuprocentowo pewien, ale przecież nie mogli mu pomóc. Mama, gdyby tylko mogła, na pewno by do niego wróciła. A oni nie zatrzymają go na zawsze. Tydzień, miesiąc może i tak, ale przecież nie rok. Co dalej z nim będzie? Co się stało z mamą?

Sięgnął do kieszeni rzuconych obok kanapy spodni i wyciągnął z kieszeni kartkę złożoną w mały kwadrat. Mocno ją ścisnął, a potem przytknął do nosa, zamknął oczy i powąchał. Trwał tak przez chwilę, po czym włożył karteczkę w opakowanie z kilkoma chusteczkami higienicznymi. Nie wydawało mu się, że zaśnie dzisiejszej nocy, ale nie mógł ryzykować, że jeśli tak się stanie, karteczka wypadnie mu z ręki. Chowanie jej do spodni też było ryzykowne. A nuż ktoś wpadnie na pomysł, żeby wrzucić je do pralki? Wszelkie ryzyko trzeba wyeliminować. Strata byłaby zbyt wielka.

4

Sandra przycupnęła na ukrytym przed okiem klientów stołku i upewniwszy się, że nikt jej nie widzi, zsunęła buty i ostrożnie poruszała palcami u stóp.

– Oooch… – jęknęła cicho.

Jej stopy, jak co wieczór, były opuchnięte i obolałe. Zerknęła na zegarek. Jeszcze tylko godzina. Lokal zamykano o dwudziestej trzeciej i wtedy będzie mogła wskoczyć w wygodne tenisówki. Na razie jednak była skazana na te przeklęte obcasy. Szef wymagał, żeby chodziła w takich butach. „To elegancka restauracja – powtarzał. – I albo się dopasujesz, albo wypad”. A ona nie mogła sobie pozwolić na ten „wypad”. Oczywiście praca kelnerki nie była szczytem jej marzeń, ale przyjechała do Gdańska na studia, musiała się tu jakoś utrzymać, a na razie w ofertach nie mogła przebierać.

Gdy postanowiła zdawać na polonistykę, jej rodzice postawili sprawę jasno: na rodzinnej roli zawsze znajdzie się dla niej zajęcie i kąt do spania, ale jeśli chce studiować, to musi radzić sobie sama. Ich nie stać na takie fanaberie. Jej to jednak nie przestraszyło. Jako młodsza siostra trzech braci i dwóch sióstr od początku musiała umieć sobie radzić z przeciwnościami. Wyciągnęła więc ze skarbonki ciułane od lat pieniądze, które dostawała czasem na urodziny czy święta od dalszej rodziny, spakowała się do starej walizki i szkolnego plecaka i wyruszyła na podbój wielkiego miasta. Dostała się na studia dzienne, wynajęła pokój z innymi studentami i znalazła pracę w osiedlowym sklepie spożywczym. Nie wydawała dużo, po pierwszym roku dostała stypendium i jakoś udawało jej się wiązać koniec z końcem. Niestety po roku ze sklepu ją zwolniono. Druga sprzedawczyni zaszła w ciążę i potrzebowali kogoś bardziej dyspozycyjnego niż dzienna studentka. I wtedy właśnie Sandra trafiła na ogłoszenie Radio Cafe. Po krótkiej rozmowie kwalifikacyjnej dostała tę pracę. Choć pensja podstawowa była żałośnie mała, napiwki sowicie to wynagradzały. Nigdy dotąd nie miała do dyspozycji tylu pieniędzy co teraz. Wiedziała, że dla innych nie są to żadne kokosy, ale dla niej były i nie zamierzała tego zaprzepaścić.

Wsunęła obolałe stopy z powrotem w buty i wyszła na salę, by sprawdzić, czy nikt niczego nie potrzebuje.

Przy stoliku w rogu siedziała para studentów nad tymi samymi piwami od ponad pół godziny. Oni raczej nic już nie będą chcieli zamawiać. Nieco bliżej okien stał stolik zajęty przez dwóch mężczyzn, przypuszczalnie ojca i syna. Rozprawiali o czymś dość głośno. Wyglądało to tak, jakby każdy z nich chciał zrobić na drugim jak największe wrażenie. Dwa koguciki. Na chwilę udało jej się złapać spojrzenie starszego, ale ten nie dał jej żadnego znaku, że czegoś potrzebują. Na talerzach mieli resztki tostów, więc postanowiła na razie im nie przeszkadzać. Dyskretnie zerknęła na wiszący nad barem zegarek. Dwudziesta druga dziesięć. Czyli już tylko niecała godzina.

Właśnie się odwracała, by wrócić na zaplecze po łyk coli, gdy drzwi do baru się otworzyły i stanął w nich jeden z najprzystojniejszych mężczyzn, jakich w życiu widziała. Tak ją to uderzyło, że na chwilę znieruchomiała i gapiła się na niego jak cielę na malowane wrota. Śniada cera, półdługie, lekko falowane ciemne włosy, prosty nos i jasne oczy otoczone gęstym szpalerem rzęs. Był idealnie w jej typie. Ubrany w białą koszulę o podwiniętych rękawach i dżinsy. Nieprzesadnie elegancko, ale bardzo stylowo. Potrząsnęła głową, próbując wrócić do rzeczywistości. Uśmiechnęła się i zgarnąwszy po drodze menu, podeszła do niego, a on tymczasem zajął miejsce przy oknie.

– Dobry wieczór. – Wyciągnęła w jego stronę kartę dań.

– Dobry wieczór. – Miał głęboki, radiowy głos. – Nie potrzebuję karty. Wiem, po co przyszedłem. Podwójne espresso poproszę.

– Nie za późno na kawę? – wyrwało jej się. Natychmiast zapragnęła ugryźć się w język.

– Na dobrą kawę nigdy nie jest za późno. – Uśmiechnął się i wciąż świdrował ją wzrokiem.

– Oczywiście. Za chwilę przyniosę.

Siląc się na jak najelegantszy chód, ruszyła w stronę baru. Stanęła przy ekspresie do kawy i zaczęła nasypywać ziarna. Gdy maszyna je mieliła, przejrzała się w stalowej obudowie. To nie było wyraźne odbicie, ale widziała, że kilka jasnych kosmyków wymsknęło jej się z koczka, a pod oczami drobinki tuszu utworzyły delikatne cienie. Stojąc tyłem do sali, delikatnie pośliniła palce wskazujące i przeciągnęła nimi po dolnych powiekach. Pewnie wiele to nie pomoże, ale zawsze coś. Z włosami nie zamierzała już nic robić. Poprawianie fryzury na oczach klientów nie wchodziło w grę.

Filiżankę z kawą postawiła na spodeczku, obok położyła ciasteczko. Po krótkim namyśle położyła obok jeszcze drugie. Do wysokiej szklanki nalała wody niegazowanej i wróciła do mężczyzny. Gdy ona szykowała kawę, on wyjął z plecaka książkę i zatopił się w lekturze. Zaintrygowana zerknęła na okładkę. Mario Puzo, ale nie oczywisty wybór, czyli Ojciec chrzestny, tylko bardziej niszowa pozycja – Głupcy umierają. Spodobała jej się ta nieoczywistość. Mężczyzna oderwał wzrok od książki i spojrzał na stół. Uśmiechnął się.

– Myślałem, że w Radio Cafe standardem jest jedno ciasteczko do kawy.

Sandra poczuła, jak jej twarz robi się czerwona, a policzki wręcz płoną.

– Tak, ale… dzisiaj mamy promocję – wydukała.

– Ach tak. A czy ta promocja obejmuje również możliwość zaproszenia ulubionej kelnerki na kawę? Oczywiście nie w tym momencie. Nie śmiałbym odrywać pani od pracy.

Sandra głęboko odetchnęła.

– Nie. Tego promocja nie obejmuje – odparła, starając się zabrzmieć hardo. – Gdyby pan czegoś potrzebował, będę w pobliżu.

Odwróciła się i możliwie szybko zniknęła na zapleczu. Sięgnęła do lodówki dla personelu i jednym haustem wychyliła resztkę coli z butelki. Serce waliło jej jak oszalałe. Co ona sobie w ogóle myślała? Jaki diabeł ją podkusił, żeby położyć to dodatkowe ciasteczko? Mężczyzna na pewno pomyślał, że w ten sposób go podrywa, a to przecież nie była prawda. Oczywiście, że bardzo jej się podobał. Taki przystojniak nie mógł się nie podobać, ale przecież nie była głupia. Wiedziała, że mężczyźni tacy jak on dla takich dziewczyn jak ona oznaczają tylko kłopoty. Przystojny, zapewne również dobrze sytuowany, zaszaleje z nią, a potem zostawi. Potraktuje jak zwykłą zabawkę albo, co gorsza, prostytutkę. Przez kilka lat mieszkania w Gdańsku zdążyła już się napatrzeć, jak to działa.

– Hej, Sandra! – Usłyszała za sobą natarczywy szept. To kucharz wyjrzał z kuchni. – Może byś tak łaskawie poszła na salę, co? Ci dwaj już chyba zjedli. Studenciaki też za chwilę będą wypylać. Bierz od nich kasę i zaraz zamykamy.

– Już idę – odparła i wróciła do pracy.