Kasiarze, doliniarze i zwykłe rzezimieszki. Przestępczy półświatek II RP - Iwona Kienzler - ebook + audiobook

Kasiarze, doliniarze i zwykłe rzezimieszki. Przestępczy półświatek II RP ebook i audiobook

Iwona Kienzler

3,9

Opis

Czym zajmowali się klawiszowcy, doliniarze, lipkarze? Kto był najsłynniejszym kasiarzem II RP? Czy Tata Tasiemka to polski Al Capone? Kto stał za kradzieżą klejnotów w krakowskim hotelu Grand?

Lata 20., lata 30. fascynują nas nie od dziś. To nie tylko blichtr kabaretów, high-life kawiarni Ziemiańska czy gwiazdy pokroju Bodo lub Ordonki. Nieodłącznie towarzyszyły im też postaci i obrazy z mrocznego, choć równie fascynującego półświatka II RP. Iwona Kienzler, znana pisarka i popularyzatorka historii, w swojej najnowszej książce opisuje ciemniejsze oblicze międzywojnia. Kreśli barwny obraz oszustów, przemytników i złodziei. Ciekawie i z humorem przedstawia ich poczynania, ukazując je na tle społecznych problemów owych czasów, przypomina głośne niegdyś sprawy, które poruszały opinię publiczną.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 281

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 6 min

Lektor: Krzysztof Plewako-Szczerbiński

Popularność




Konsultacja: Sylwia Łapka-Gołębiowska

Redakcja: Alicja Berman

Korekta: Marek Kowalik

Skład: Igor Nowaczyk

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Retusz zdjęcia okładkowego: Katarzyna Stachacz

Redakcja techniczna: Kaja Mikoszewska

Zdjęcia na okładce i źródła ilustracji: ©subbotina, ©Amnarj Tanongrattana, ©stokkete, ©karandaev, ©brat82/123rf.com, ©Diane/stock.adobe.com,

Narodowe Archiwum Cyfrowe, „Tajny Detektyw”, „Echo”,

cyfrowemazowsze.pl, bcul.lib.uni.lodz.pl,

AWERS/REWERS – strona Jacka Dehnela

Zdjęcie autorki: © Maciej Zienkiewicz Photography

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2019

Wydanie pierwsze

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-66229-98-3 (EPUB); 978-83-66229-99-0 (MOBI)

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Przed wojną krew się częstokroć lała,

przestępców w tym zasługa niemała,

trup się ścielił w Polsce nader gęsto,

a i włamania bywały dosyć często.

Wśród przestępców kobiety też były,

„hrabiny” kradzieżą się trudniły.

Szpicbródka to postać dobrze znana,

przekręty robił nie tylko z rana.

Każdy taksówkarz oraz gajowy

uważał zawód swój za pechowy.

Zbrodni świat cały pokazywały

tabloidy, co o tym pisały.

Wśród postaci znanych wariat Hipek,

dobrze znany wśród przestępców typek.

Do tego gama oszustów cała

i tych, co napadów dokonała.

Wstęp

Dla zdecydowanej większości współczesnych Polaków II Rzeczpospolita stanowi powód do chluby. I faktycznie, możemy być dumni z osiągnięć państwa, które po ponad stu latach niebytu powróciło do grona krajów europejskich, skutecznie dźwigając się nie tylko z powojennych ruin, ale też budując od zera własną gospodarkę, przemysł i rolnictwo, i które potrafiło funkcjonować w nękanym przecież kryzysami dwudziestoleciu międzywojennym. Mówiąc o tym okresie naszych dziejów, wspominamy przede wszystkim Gdynię, najmłodsze polskie miasto i port handlowy, Centralny Okręg Przemysłowy, Warszawę, chlubiącą się mianem „Paryża Europy”, czy „luxtorpedy” – nowoczesne dalekobieżne pociągi spalinowe kursujące na liniach międzymiastowych, słynące nie tylko z szybkich połączeń, ale i niebywałej punktualności. Dwudziestolecie międzywojenne to także okres twórczości Karola Szymanowskiego, najwybitniejszego, obok Szopena, polskiego kompozytora, to czas wspaniałych kabaretów i wielkich gwiazd, jak Hanka Ordonówna czy Eugeniusz Bodo, oraz epoka triumfów polskich pilotów. II Rzeczpospolita miała jednak również inne, znacznie mroczniejsze oblicze: biedną, przeludnioną i przeraźliwie zacofaną wieś, wysokie bezrobocie, problemy narodowościowe, kiełkujący nacjonalizm i antysemityzm, korupcję oraz problemy z przestępczością. I to niemałe. W tym przypadku statystyki są nieubłagane. Jak się okazuje, w międzywojniu liczba zabójstw stale rosła. W 1921 roku odnotowano 1943 przypadki w skali całego kraju. W roku 1925 liczba ta spadła do 995, lecz nie była to stała tendencja, skoro już w połowie lat 30. zaobserwowano kolejny wzrost do 1672 przypadków w 1935 roku i do 1830 w roku następnym. Podobnie wyglądała kwestia rozbojów i kradzieży z włamaniem. Co prawda w 1922 roku nastąpił spadek do 2585, a w kolejnym roku do 992 przestępstw tego typu, a pięć lat później odnotowano najniższy poziom, bo „tylko” 182 przypadki rozboju w skali całego kraju, jednak liczba ta wzrosła już w 1928 roku, a pod koniec 1937 roku wynosiła 2228. Najwięcej włamań natomiast miało miejsce w 1935 roku, kiedy odnotowano ich 47 287.

Niektórzy badacze upatrują przyczyny takiego poziomu przestępczości w problemach, z jakimi borykało się odradzające się młode polskie państwo, a zwłaszcza z bezrobociem i związaną z nim nędzą. Do takiego wniosku można dojść, zapoznając się chociażby z dokumentacją procesową z tamtych lat, wskazującą na trudne warunki życiowe jako zasadniczy motyw działania niektórych sprawców. Świadczą o tym także obiekty, które padały łupem drobnych złodziejaszków – były to z reguły narzędzia, odzież czy artykuły gospodarstwa domowego, czyli przedmioty dające się łatwo i szybko spieniężyć, a nawet – ziemniaki, drób i trzoda chlewna. Ówczesne kroniki odnotowały też przypadki kradzieży spodni czy powłoczki na poduszkę. Ich sprzedaż gwarantowała środki na przetrwanie przez krótki czas. Nierzadko bywało, że przestępca w ogóle nie doczekał procesu, umierając w areszcie z niedożywienia czy na skutek gruźlicy, choroby atakującej głównie słabe, wycieńczone jednostki. Trudne warunki bytowe i brak miłości w rodzinnym domu pchały na drogę przestępstwa młodzież, a przestępczość małoletnich była tak powszechnym zjawiskiem, że gazety informowały tylko o niezwykłych czy wręcz drastycznych incydentach z udziałem niepełnoletnich przestępców.

Przedwojennej polskiej policji, jak również służbom medycznym, nieobcy był również problem narkomanii. Substancje odurzające trafiły na teren naszego kraju zaraz po zakończeniu I wojny światowej, kiedy w całej Europie zaobserwowano wzmożony popyt na eter, morfinę i kokainę, czyli środki używane przez lekarzy wojskowych do uśmierzania bólu żołnierzy rannych na froncie. W Rzeczypospolitej te niebezpieczne używki cieszyły się największym zainteresowaniem wśród ludzi z wyższych sfer oraz z kręgów artystycznych, przy czym nie był to tani nałóg. Z dokumentacji policyjnej wynika, że za kilogram kokainy trzeba było zapłacić zawrotną kwotę 1500 złotych (urzędnik państwowy zarabiał w tym czasie aż pięć razy mniej). Takie ilości narkotyku nabywali zazwyczaj handlarze, którzy dzielili je następnie na działki po 20 miligramów, a każdą sprzedawano po 50 groszy, co z kolei stanowiło równowartość litra nafty. Był to dość opłacalny interes, skoro zarobki ówczesnych dilerów (chociaż nikt ich tak wówczas nie nazywał) sięgały aż 25 tysięcy złotych miesięcznie! Za taką kwotę można było nabyć aż pięć samochodów i to dobrej klasy. Równie intratny był handel morfiną, której 1 gram kosztował aż 20 złotych, czyli równowartość tygodniowej pensji robotnika pracującego w przemyśle ciężkim. Warto nadmienić, że bochenek chleba kosztował wówczas 40 groszy, natomiast kilogram ziemniaków – 8 groszy.

Kokaina i morfina były drogimi narkotykami, na które stać było tylko nielicznych zamożnych amatorów używek, choć i oni bardzo szybko po wpadnięciu w szpony nałogu staczali się na dno nędzy. Nie oznacza to, że po środki odurzające sięgali wyłącznie ludzie bogaci, mniej zamożni zadowalali się chociażby popularnymi środkami na ból gardła, w skład których wchodziła kokaina, a czasem nawet wyciąg z marihuany. Popularne było także fałszowanie recept lekarskich, na podstawie których można było nabyć morfinę lub kokainę w legalnie działających aptekach. Osoby uzależnione od substancji narkotycznych radziły też sobie w inny sposób, kupując chociażby tzw. krople Hoffmana. Był to wyciąg eterowo-alkoholowy z korzenia omanu, który stosowano zazwyczaj w przypadku omdleń oraz ataków histerii. Ze względu na tempo, z jakim ów specyfik znikał z aptecznych półek, można dojść do wniosku, iż omdlewające histeryczki stanowiły zdecydowaną większość wśród mieszkanek II Rzeczypospolitej. A gospodynie domowe zdumiewająco często miewały migreny, ponieważ to właśnie ta grupa nadużywała proszków od bólu głowy, w skład których wchodziły m.in. niewielkie ilości substancji odurzających.

Skala zjawiska musiała być znacząca, skoro już w 1923 roku sejm uchwalił ustawę w przedmiocie substancji i przetworów odurzających, zabraniającą wytwarzania, przeróbek, przywozu, wywozu, przechowywania oraz wszelkiego obiegu haszyszu, morfiny, heroiny, kokainy oraz ich przetworów. Za złamanie tego zakazu groziła kara pozbawienia wolności od trzech miesięcy do pięciu lat. Jednak ani ówcześni handlarze, ani tym bardziej ludzie uzależnieni, nazywani wówczas nie narkomanami, tylko morfinistami, niewiele sobie robili, skoro prasa niepokojąco często informowała o przestępstwach popełnianych pod wpływem narkotyków.

Poważnym problemem, przed którym stały ówczesne służby policyjne, był także handel żywym towarem, stanowiący niechlubny spadek po okresie rozbiorów, kiedy to pozostająca pod zaborami Polska była wręcz wymarzonym terytorium dla handlarzy ludźmi, głównie dlatego, że władzom państw zaborczych nie zależało na zwalczaniu tego typu przestępstw. Zdaniem badaczy bagatelizowanie tej kwestii było celowym zabiegiem związanym z antypolską polityką zaborców. Powstające później z gruzów młode państwo nie miało możliwości, by skutecznie zwalczać ów haniebny proceder. Tymczasem sprytni handlarze do perfekcji opanowali metody rekrutacji łatwowiernych kobiet wywodzących się z biednych środowisk – jeździli po kraju, odwiedzali szpitale, duże fabryki i więzienia, obiecując doskonale płatną pracę, niewymagającą ani wykształcenia, ani nakładów finansowych. Zazwyczaj mamili swoje potencjalne ofiary perspektywą zatrudnienia w charakterze niani, guwernantki, śpiewaczki lub tancerki kabaretowej lub kelnerki. Naiwne dziewczyny, które uwierzyły w obietnicę lepszego życia, trafiały następnie do domów publicznych w największych polskich miastach lub za granicę, z czego najwięcej do Argentyny, gdzie, jak szacowano, aż 30–40% procent prostytutek wywodziło się z kraju nad Wisłą. Polek pracujących w tamtejszych domach uciech było tak dużo, że z czasem Argentyńczycy zaczęli nazywać terminem la polaca wszystkie damy trudniące się najstarszym zawodem świata. Nie trzeba dodawać, że zdecydowana większość wywiezionych kobiet pracowała w tych przybytkach pod przymusem. Co prawda władze ówczesnej Polski starały się zwalczać ten proceder, lecz przyglądając się skali zjawiska, trzeba przyznać, że efekty były dość marne.

W czasach Polski Ludowej, kiedy ówczesna propaganda przedstawiała II Rzeczpospolitą wyłącznie w negatywnym świetle, przyczyn wszelkiego zła, w tym także przestępczości, narkomani czy prostytucji oraz związanego z tym handlu żywym towarem, dopatrywano się wyłącznie w problemach natury ekonomicznej i społecznej, z którymi nie umiały sobie poradzić „nieudolne” władze przedwojennego państwa. A przecież jest to tylko częściowa prawda, wszak ludzie łamali prawo od zarania dziejów, kierując się najprzeróżniejszymi motywami i niekoniecznie było to związane z sytuacją finansową czy społeczną. Do zbrodni pchała ich niejednokrotnie żądza zysku, zazdrość, miłość, rywalizacja czy też zwykła ludzka zawiść. Czasami były to dewiacje seksualne czy też nieleczone bądź w ogóle nierozpoznane choroby psychiczne lub neurologiczne.

Nie bez znaczenia było to, że wytrawni mistrzowie złodziejskiego fachu prowadzili życie na wysokiej stopie i stać ich było na luksusy, o jakich przeciętny, uczciwie zarabiający człowiek mógł jedynie pomarzyć. Przedwojenni przestępcy tworzyli też zwartą, zżytą społeczność, oferującą jej członkom nie tylko opiekę lekarską, fałszywe dokumenty, schronienie czy pomoc im samym oraz ich rodzinom w przypadku aresztowania, ale nawet wykształcenie w „zawodzie” złodzieja, polegające na wyuczeniu ich umiejętności w wybranej złodziejskiej specjalizacji. Takim wytrawnym fachowcom policja zwykle dawała się wodzić za nos.

Niemało strat skarbowi państwa II Rzeczypospolitej przynosił przemyt. Poważnym problemem owych czasów było też masowe fałszowanie dokumentów akcyzowych na alkohol, kiedy sprzedawano pokątnie produkowany bimber pod marką znanego, luksusowego trunku.

Niemal każde miasto miało dzielnicę, do której lepiej było nie zapuszczać się nie tylko nocą, ale i w biały dzień, gdyż taki spacer mógł się zakończyć nawet utratą życia. W ruchliwych centrach ówczesnych metropolii na swoje ofiary czekali wprawni kieszonkowcy. Jak widać, przedwojenni stróże prawa mieli ręce pełne roboty. Każdy sukces ówczesnej policji, na przykład schwytanie groźnego przestępcy, był zawsze odpowiednio nagłaśniany, a przebieg procesu sądowego szczegółowo opisywano w ówczesnej prasie.

Ponieważ przed wojną, inaczej niż ma to miejsce obecnie, sądzono naiwnie, że jawność rozpraw może pełnić funkcje wychowawczo-edukacyjne, na salę sądową wejść mógł każdy, kto chciał, i nikt nie selekcjonował publiczności. Czas pokazał, że osoby przychodzące na rozprawy w charakterze widzów traktowały to wyłącznie jako bezpłatną rozrywkę, a nawet coś w rodzaju pikniku, na którym damy mogły zaprezentować swoje najnowsze kreacje i wymienić z innymi najgorętsze ploteczki sezonu. Z zachowanej dokumentacji wynika, że najbardziej obleganymi sprawami były te dotyczące bijatyk sąsiedzkich, pomówień towarzyskich i gróźb, procesy o charakterze politycznym, a także rozprawy, w których o ciężkie zbrodnie oskarżone były kobiety, jak chociażby Rita Gorgonowa. Często zdarzało się, że chętnych do obejrzenia takiego osobliwego „spektaklu sądowego” było tak wielu, że całą rozprawę trzeba było przeprowadzić poza sądem, jak miało to miejsce w 1936 roku w Radomsku, kiedy, ze względu na spodziewaną frekwencję, jedną z rozpraw przeprowadzono w sali reprezentacyjnej miejscowego sejmiku. Tym, którzy z tych czy innych względów nie mogli znaleźć się osobiście na sali rozpraw, pozostawało śledzenie reportaży w prasie, szczegółowo relacjonujących przebieg procesów. W takich relacjach, jak również w krwawych opisach dokonanych zbrodni i przestępstw, specjalizował się zwłaszcza „Tajny Detektyw. Ilustrowany Tygodnik Kryminalno-Sądowy”, wydawany w latach 1931–1933 przez ówczesnego potentata prasowego Mariana Dąbrowskiego. W piśmie tym zamieszczano przynajmniej kilka reportaży dotyczących najciekawszych spraw kryminalnych znajdujących się w obszarze zainteresowania polskiego wymiaru sprawiedliwości lub organów ścigania. Owe reportaże i relacje miały z założenia pełnić rolę prewencyjną i edukacyjną, czyli odstraszać przed potencjalnym popełnieniem przestępstwa, były jednak pisane w taki sposób, aby przyciągnąć jak najwięcej czytelników. Temu samemu celowi służyło zamieszczanie zdjęć samych przestępców, miejsc oraz narzędzi zbrodni, a także ofiar, zakrwawionych od ran postrzałowych czy noszących wyraźne ślady cięcia nożem, a nawet zwłok w stanie zaawansowanego rozkładu. Wszystko to dla formalności opatrywano krótką wzmianką „wychowawczą” w rodzaju: „Należy przeciwdziałać takim przestępstwom”. Pomimo że pismo okazało się prawdziwą żyłą złota, zniknęło z rynku zaledwie po trzech latach, co było rezultatem nacisków ze strony kręgów konserwatywnych i ówczesnych hierarchów kościelnych, zarzucających tygodnikowi epatowanie okrucieństwem, perwersją i pornografią, oraz policji, której przedstawiciele uznali, że zbyt szczegółowy opis samego przestępstwa wraz z narzędziami zbrodni stanowi doskonałą inspirację dla potencjalnych przestępców. Kroplą, która przepełniła czarę, ostatecznie przekonując Dąbrowskiego do zamknięcia zyskownego czasopisma, było wyznanie pary morderców – Jana i Marty Maliszów – jakoby impulsem do popełnienia przez nich zbrodni na listonoszu była lektura artykułu zamieszczonego na łamach „Tajnego Detektywa”.

Zniknięcie z rynku poczytnego czasopisma nie oznaczało jednak, że ówczesna prasa porzuciła tematykę związaną z przestępczością. Wprost przeciwnie – każda szanująca się gazeta, której zależało na pozyskaniu czytelników, zamieszczała artykuły poświęcone tematyce kryminalnej, a nawet prowadziła rubrykę poświęconą wyłącznie sprawom sądowym. Wszystkie były opatrzone stosownymi, chwytliwymi tytułami w rodzaju: „Zośka Pomidor” skazana na rok; Szukali skradzionych rzeczy, znaleźli trupa; Straszny połów; Jeden trup i dwa rozwody; Wstrząsające zbrodnie szaleńca czyTrup i ranni pod Pruszkowem. Zainteresowanie czytelników mógł wzbudzić także tytuł: Paralityczka uciekła z balią. Niestety sam tekst się nie zachował, dlatego nie wiadomo, czego dotyczył i pewnie nawet nie warto próbować się domyślać, ponieważ wizja paralityczki uciekającej z balią (mam nadzieję, że pustą, a nie wypełnioną praniem), podobnie jak motywy jej bulwersującego działania, zupełnie przekraczają granice wyobraźni...

Przedwojenne dziennikarstwo różniło się od współczesnego m.in. tym, że w ówczesnej prasie nie bawiono się w podawanie inicjałów bohaterów opisywanych wydarzeń, w tym osób podejrzanych o przestępstwo, mało tego, często zamieszczano nawet ich zdjęcia i to bez nieodzownej dziś zasłony na oczy. Oczywiście bywało, że omyłkowo opublikowano personalia przypadkowej, zupełnie niewinnej, w żaden sposób niezwiązanej ze sprawą, osoby. W takim przypadku pomyłkę załatwiano, wysyłając do poszkodowanego któregoś z redaktorów z bukietem kwiatów i nikomu nawet nie przychodziło do głowy, by wytoczyć redakcji proces o zniesławienie czy naruszenie dóbr osobistych. Współcześnie owe archiwalne rubryki sądowe czy artykuły w „Tajnym Detektywie” są istną skarbnicą wiedzy dla historyków, zwłaszcza tych, którzy zajmują się dziejami kryminalistyki w Polsce.

Wybierzmy się zatem w podróż w przeszłość, aby poznać najsłynniejszych bandytów, złodziei oraz innych przedstawicieli półświatka II Rzeczypospolitej.

Maria Ciunkiewiczowa na sali rozpraw, „Tajny Detektyw” 1932, nr 51

ROZDZIAŁ 1
Hrabina Ciunkiewiczowai afera w hotelu Grand

W  1931 roku Polską wstrząsnęła wiadomość o kradzieży, jakiej nieznani sprawcy dopuścili się w krakowskim hotelu Grand. Jej ofiarą padła, podająca się za hrabinę, „obywatelka polska, p. Ciunkiewicz, osoba niezwykłej urody, licząca lat około 40, przebywa stale za granicą”[1]. Jak się okazało, ową piękną kobietę okradziono na wręcz niewyobrażalną kwotę. Ona sama początkowo twierdziła, że skradziono jej 650 tysięcy funtów i 10 tysięcy franków w gotówce, a była to kwota, która mogła przyprawić wszystkich bez wyjątku członków ekipy śledczej jeśli nie o zawał, to przynajmniej o palpitacje, bowiem w ówczesnej Polsce, kraju, gdzie bezrobocie sięgało 40%, za prawdziwych szczęściarzy uchodzili ci, którzy zarabiali 100 złotych miesięcznie. Później, w trakcie przesłuchania, urodziwa hrabina nieco spuściła z tonu, obniżając skradzioną gotówkę do 65 tysięcy, co i tak było kwotą wręcz niewyobrażalną dla przeciętnego Kowalskiego. Poza żywą gotówką łupem złodziei miały paść: „kolia z pereł i brylantów, kolia z sześcioma kolorowymi brylantami, dwie broszki z brylantami, pasek brylantowy w kształcie girlandy”[2], o futrach i kilku niedrogich drobiazgach nie wspominając. Wezwani na miejsce zdarzenia funkcjonariusze byli bardzo zdziwieni spokojem, z jakim ofiara owej kradzieży zareagowała na tę dotkliwą stratę. Ona jednak tłumaczyła im z ujmującym uśmiechem na twarzy, że „Na tutejsze stosunki krakowskie to jest olbrzymia kradzież, ale na stosunki międzynarodowe to jest głupstwo”[3]. Poza tym, jak twierdziła, nie ma zbytnich powodów do niepokoju, gdyż, jak na osobę mądrą i przezorną przystało, rok wcześniej wykupiła polisę w paryskim oddziale renomowanego towarzystwa ubezpieczeniowego Lloyd i kiedy tylko zakończy się śledztwo, będzie mogła z niej skorzystać. Chyba że polskim stróżom prawa uda się odzyskać skradzione pieniądze i precjoza...

Opinia publiczna oczywiście trzymała kciuki za polską policję, a wszyscy zainteresowani z wypiekami na twarzy czytali wszystkie doniesienia, zarówno na temat śledztwa, jak i samej hrabiny, o której chętnie pisał pracujący w poczytnym „Ilustrowanym Kuryerze Codziennym” Kazimierz Galusiński, notabene pozostający pod urokiem owej kobiety. Z czasem jednak zaczęto podejrzewać, że, mówiąc kolokwialnie, coś w tej sprawie śmierdzi. Tego samego zdania co czytelnicy popularnej gazety byli nie tylko stróże prawa, ale także przedstawiciele Lloyda.

Sprawczyni całego zamieszania nie była oczywiście żadną hrabiną i owego tytułu używała bezprawnie, choć faktycznie była osobą bardzo zamożną. Maria Ciunkiewiczowa przyszła na świat w Warszawie w 1886 roku jako Maria Jakucka, córka właściciela niewielkiego majątku pod Ciechanowem. Podobnie jak jej dwie starsze siostry, zresztą aktorki z zawodu, już jako podlotek była bardzo ładna i potrafiła skutecznie zawrócić w głowie niejednemu zamożnemu dżentelmenowi. A ponieważ lubiła dostatnie życie w luksusach, które mógł zapewnić jej bogaty, a co za tym idzie dojrzały małżonek, gdy poprosił ją o rękę starszy od niej o dwanaście lat Władysław Dramiński, szesnastoletnia wówczas Maria z miejsca się zgodziła. Nie było jej jednak dane zaznać małżeńskiego szczęścia, bowiem jej wybranek zmarł zaledwie w kilka miesięcy po ślubie. Jak się okazało, od dawna chorował na gruźlicę. Nieszczęsna kobieta została sama i to bez pieniędzy, bowiem jej mąż, w nie do końca jasnych okolicznościach, stracił majątek. Nie mogła liczyć na pomoc swojej rodziny, która, ze względu na to, iż Dramińskiego poślubiła bez zgody rodziców, wyrzekła się jej i nie chciała jej znać. Przedsiębiorcza, urodziwa i bardzo młoda dziewczyna szybko jednak znalazła pocieszenie w ramionach bogatego kochanka. Był nim baron von Engelgard, dowódca batalionu gwardii. Bogaty arystokrata zapewne nie skąpił na nią pieniędzy, lecz Maria, nauczona smutnym doświadczeniem, postanowiła zdobyć zawód i sama zarabiać na swoje utrzymanie, dlatego wykształciła się na akuszerkę, jak dawniej nazywano położne. Jak wiadomo, jest to trudny zawód, bohaterka naszej opowieści zdecydowała się więc na zmianę profesji i zatrudniła się w biurze. Tam wpadła w oko swojemu pracodawcy, Witoldowi Charłupskiemu, który zakochał się w niej na zabój i w końcu stanął z nią na ślubnym kobiercu. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, iż rola pani domu będzie odpowiadać pięknej Marii, która, już jako pani Charłupska, zdecydowała się założyć własny biznes. Tym razem zajęła się handlem końmi i powozami. Interes szedł jej tak dobrze, że wkrótce wraz mężem nabyli majątek koło Łochowa. Najwidoczniej jednak jej małżonek miał inną wizję małżeństwa niż ona, gdyż wówczas coś w stadle Charłupskich zaczęło się psuć. Dochodziło do kłótni kończących się awanturami, w trakcie których mąż Marii dotkliwie ją bił. Nic dziwnego, że piękna pani Charłupska wniosła pozew o rozwód. Gdy odzyskała wolność, przeniosła się do Warszawy, gdzie pracowała w kawiarni oraz, jak plotkowano po latach, występowała w nocnych lokalach. Nie były to jednak najprawdopodobniej zbyt intratne zajęcia, skoro, aby podreperować skromny budżet, znalazła sobie bogatych kochanków. Z jej wdzięków korzystali kolejno Abraham Neuman i nieznany z nazwiska bankier. W końcu spotkała mężczyznę, który był godzien zostać jej trzecim mężem – Tadeusza Ciunkiewicza – właściciela majątku na Kujawach. Para stanęła na ślubnym kobiercu w 1914 roku, jeszcze przed wybuchem wojny, i zaraz po ślubie przeniosła się na Litwę.

Trzeba przyznać, że wybierając kandydatów na mężów, bohaterka naszej opowieści miała wyjątkowego pecha. Po suchotniku-bankrucie i damskim bokserze trafił się jej nałogowy hazardzista, który przepuścił cały majątek na wyścigach i przy karcianym stoliku. Zrujnowani Ciunkiewiczowie przenieśli się do Moskwy, gdzie mąż Marii ujawnił jeszcze jedno swoje oblicze – niepoprawnego kobieciarza. Zanim jednak rozczarowana kobieta zdążyła powziąć kroki zmierzające do kolejnego rozwodu, o jej niewiernego małżonka upomniała się armia, a ona sama znowu zaczęła się rozglądać za kolejnym sponsorem. Ponieważ musiała z czegoś żyć, przedsiębiorcza dama zaczęła prowadzić sklep z ubraniami. Jak dowiadujemy się z artykułu w „Tajnym Detektywie”, brylowała na salonach: „Widzimy ją na dworze Mikołaja ii, w otoczeniu kwiatu młodzieży, jak zbiera hołdy pozostających pod jej urokiem magnatów”[4]. W końcu jednak pojawił się w jej życiu mężczyzna bogaty i, co ważniejsze, gotowy rzucić jej niemal cały świat do stóp. Niejaki Wadjejew, bo to właśnie on został kolejnym panem serca urodziwej Marii, podarował jej nie tylko drogocenną biżuterię, ale także trzy kamienice w Moskwie i pałac na Kaukazie. Co prawda wkrótce wybuchła rewolucja i bohaterce naszej opowieści przyszło pożegnać się ze wszystkimi nieruchomościami otrzymanymi od hojnego kochanka, lecz z owej zawieruchy dziejowej, rozpętanej przez bolszewików, Ciunkiewiczowa wyszła jeszcze bogatsza. Nie wiadomo, co robiła w trakcie rewolucji, ale w tych burzliwych czasach jej życie znalazło się w niebezpieczeństwie. Przynajmniej tak twierdzili dziennikarze opisujący historię fałszywej hrabiny w 1932 roku: „Uciekając przed czeredą rozwydrzonych prowodyrów, którzy dopatrzyli się w niej zausznicy białego cara, chroni się w Jałcie i powoli zacierając za sobą ślady swego poprzedniego współżycia z najwyższą sferą tamtejszego społeczeństwa, nawiązuje obecnie kontakt z wysłannikami czerwonych carów”[5]. Rosję opuściła dopiero w 1921 roku, korzystając z pomocy kolejnego zamożnego i, co ważniejsze, wpływowego kochanka, Leonidasa Krassina, ambasadora ZSRR w Wielkiej Brytanii. „Najtrudniejszą rzeczą było jednak obmyślenie sposobu przewiezienia bogactw przez rosyjską granicę – informował swoich czytelników „Tajny Detektyw” w 1932 roku. – Tu okazał się wprost zbawczym fakt mianowania przez Sowiety ambasadorem w Londynie. Od tej chwili walizy tego dyplomaty, chronione międzynarodową instancją, stają się niedostępne dla oka [i] rąk celników wszystkich krajów, przez które wiozły one skarby pięknej kobiety. W ten sposób wypływa z sal aukcyjnych europejskich niejeden olśniewający klejnot ze zbiorów rosyjskiej magnaterji, a pieniądze stąd płynące gromadzą się w Banku Francji, na koncie «Madame Ciunkiewic». Dość powiedzieć, że po dziś dzień szereg z tych drogocennych przedmiotów czeka na próżno na swego nabywcę, a wśród nich nieostatnie miejsce zajmuje słynna, platynowa zastawa stołowa Katarzyny ii na czterdzieści cztery osób, dawno już wystawiona na sprzedaż w Sztokholmie”[6]. Maria na krótko osiadła w Polsce, konkretnie w Warszawie, gdzie swoim wyjątkowo wystawnym trybem życia zwróciła na siebie uwagę policji. „Wówczas to wyszło na jaw, iż p. Ciunkiewiczowa zdobyła swój olbrzymi majątek w Sowietach i jako taka popadła w silne podejrzenie, jako pozostająca w kontakcie z bolszewickim wywiadem”[7].

Wydalona z Polski Ciunkiewiczowa przeniosła się do Londynu, gdzie korzystała ze zgromadzonego w Rosji majątku, a nawet go powiększyła. Nad Tamizą nabrała bowiem wiatru w żagle i, jak na urodzoną bizneswoman przystało, pomnożyła swój niemały kapitał na londyńskiej giełdzie. W międzyczasie rozwiodła się także ze swoim trzecim mężem, wypłacając mu sowitą sumkę tytułem rekompensaty za zwróconą jej wolność.

Okres prosperity czekał ją jednak dopiero w Paryżu. Zrobiła oszałamiającą karierę w tamtejszym towarzystwie, pomimo że zjawiła się we Francji nie wiadomo skąd, niczym królik z kapelusza. Wówczas też zaczęła używać tytułu „hrabina” i, dzięki sukcesom w interesach, wiodła życie w luksusie, stając się prawdziwą celebrytką. Jeździła rolls-royce’em, o którym mówiono, że został wykonany na osobiste zamówienie króla Grecji Jerzego, przy czym nikt nie potrafił powiedzieć, kiedy i w jaki sposób znalazł się w posiadaniu hrabiny. Żadna francuska arystokratka nie mogła poszczycić się posiadaniem tak pięknej i drogocennej biżuterii, jaką nosiła Ciunkiewiczowa, a ona sama sukcesywnie powiększała swój stan posiadania. W 1925 roku była właścicielką dwóch kamienic w Paryżu oraz pałacu w dzielnicy Monceau, lecz postanowiła nabyć jeszcze posiadłość ziemską i to nie byle jaką, zdecydowała się bowiem na kupno pięćdziesięciohektarowego majątku ziemskiego w Normandii, z pałacem w stylu Ludwika XIV.

W 1929 roku w życiu bohaterki naszej opowieści rozpoczął się jednak ciąg niefortunnych zdarzeń, które bardzo niekorzystnie wpłynęły na jej losy. Zaczęło się 9 stycznia, na balu karnawałowym, kiedy pewien rumuński inżynier, Maks Krayssel, od dawna w niej zakochany, poprosił hrabinę o rękę. Ponieważ wciąż piękna Maria miała negatywne wspomnienia ze swoich wcześniejszych związków małżeńskich, z miejsca mu odmówiła. Odrzucony wielbiciel przyjąłby zapewne spokojnie te odmowę, gdyby Ciunkiewiczowa najzwyczajniej w świecie go nie wyśmiała, a tego już męska duma Krayssela nie zniosła. Urażony do żywego Rumun czekał na nią w jej samochodzie na miejscu szofera. Kiedy niespodziewająca się niczego Maria wsiadła do pojazdu, mężczyzna rzucił się na nią. W wyniku szamotaniny rewolwer, który Krayssel trzymał w dłoni, niespodziewanie wypalił, raniąc go śmiertelnie w pierś. Ciunkiewiczowej nic się nie stało, a wezwani na miejsce funkcjonariusze policji orzekli samobójstwo mężczyzny.

Kolejne nieszczęśliwe zdarzenie miało miejsce 10 listopada, gdy spłonął należący do hrabiny pałac w Normandii. Śledztwo wykazało, że pożar wybuchł w wyniku podpalenia, którego dopuścił się jeden z zatrudnionych w majątku robotników z Polski. Podobno ten chory wenerycznie człowiek padł ofiarą szaleństwa i podłożył ogień. Tak przynajmniej brzmiała oficjalna wersja, przyjęta także przez policję. Biorąc pod uwagę późniejsze wypadki, nie można wykluczyć, iż pożar został wywołany z inspiracji samej hrabiny, która zainkasowała później niemałe odszkodowanie. Był to bowiem czas wielkiego kryzysu, co musiało odbić się negatywnie na wciąż przez nią prowadzonych interesach. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że oskarżony o podpalenie pałacu robotnik upierał się w trakcie śledztwa, iż działał na wyraźne polecenie swojej chlebodawczyni.

Otrzymane od ubezpieczyciela pieniądze bardzo szybko stopniały, a nieszczęsną Marię za niezapłacone podatki zaczął ścigać fiskus. Kobieta postanowiła więc swoim zwyczajem, zanim resztki jej wielkiego niegdyś majątku rozpłyną się w niebycie, rozejrzeć się za bogatym sponsorem. A ponieważ wciąż była piękna i nie narzekała na brak wielbicieli, wkrótce znalazła go w osobie polskiego przemysłowca Wacława Głowińskiego. Tym razem znów miała pecha, gdyż jej kolejny wybranek, choć bogaty, miał wielką słabość do wyskokowych trunków i suto zakrapianych hulanek, na które wydawał krocie. Najwyraźniej jednak ją sponsorował, skoro Ciunkiewiczową stać było na pobyt w luksusowym hotelu na Lazurowym Wybrzeżu, gdzie na przełomie 1931 i 1932 roku dotarły do niej wieści o ciężkiej chorobie ukochanego. Zdenerwowana czym prędzej wsiadła w pociąg i pojechała do Warszawy, gdzie wówczas przebywał, lecz po dotarciu na miejsce wcale się nim nie zajęła. Zatrzymała się u przyjaciół, a następnie wynajęła apartament w Hotelu Europejskim. Poczuła się wówczas bardzo źle i postanowiła udać się do Zakopanego, w celu podratowania zrujnowanego zdrowia. Nim jednak dotarła pod Tatry, zatrzymała się w Krakowie, w hotelu Grand, gdzie wynajęła pokój nr 29. Tam, jak później pisano, „ulokowała swoje dwie fibrowe walizy, w których przywiozła z Warszawy futra i klejnoty”[8]. I to właśnie tam spotkała ją wielka tragedia w postaci kradzieży gotówki, futer i biżuterii. Właściwie sama kusiła los, skoro nie zdeponowała kosztowności i pieniędzy w hotelowym sejfie, lecz, jak tłumaczyła policji, nie chciała tego robić, gdyż w podwawelskim grodzie zamierzała przebywać tylko jedną dobę. Pobyt się co prawda przedłużył, ale nieszczęsna, wciąż borykająca się z kłopotami zdrowotnymi i odwiedzająca kolejne gabinety lekarskie kobieta zapomniała o przywiezionych precjozach, tym bardziej że, nie chcąc wzbudzać zainteresowania potencjalnych złodziei, starała się wieść nader skromne życie. „Po pięciu dniach, gdy już zamierzała wyjechać i rozpoczęła pakowanie nielicznych, wyjętych z walizek drobiazgów, spostrzegła, iż bez otwierania zamków można było otworzyć ich wieka. Cała zawartość zniknęła, ulotniły się futra i klejnoty, ubezpieczone w francuskiem tow. asekuracyjnem na sumę przeszło 3 miljonów franków”[9] – relacjonował reporter „Tajnego Detektywa”.

Po początkowym szoku policjanci prowadzący śledztwo w sprawie owej kradzieży doszli do wniosku, że nie jest ona tak oczywista, jakby się z pozoru wydawało. Śledczych zastanawiał fakt, jakim cudem futra, rzekomo skradzione hrabinie, w ogóle zmieściły się do walizek, z którymi zjawiła się w hotelu. Ale to jeszcze nic, wszak futra można było przecież odpowiednio pognieść i jakoś upchać. W hotelowym pokoju nie znaleziono jednak żadnych odcisków palców, zamek w drzwiach nie został wyłamany, śledczy nie znaleźli też żadnych śladów charakterystycznych dla działalności złodziei hotelowych. Co więcej, nikt, nawet podróżująca z Ciunkiewiczową przyjaciółka, nie widział ani gotówki, ani precjozów czy biżuterii, o futrach nie wspominając. Uwagę policjantów przyciągnęły także drobinki węgla znalezione w walizkach, co miało ich zdaniem świadczyć o tym, iż w bagażu hrabiny znajdowały się nie precjoza, lecz zwyczajne brykiety węglowe, które kobieta spaliła w kominku znajdującym się w hotelowym pokoju. Poważne wątpliwości mieli również przedstawiciele Lloyda, dlatego też towarzystwo długo zwlekało z wypłatą odszkodowania, na które liczyła Ciunkiewiczowa, a przyszłość pokazała, iż rzeczywiście musiała obejść się smakiem.

16 czerwca 1932 roku poznański „Nowy Kurjer”, podobnie jak niemal cała ówczesna prasa, informował, iż „Tow. asekuracyjne «Lloyd», w którem ubezpieczona była «hrabina» Ciunkiewiczowa, odmówiło Ciunkiewiczowej wypłaty odszkodowania. Jak wiadomo, Ciunkiewiczowa po zgłoszeniu na policji rzekomej kradzieży futer i biżuterji w Grand hotelu w Krakowie, wysłała do Tow. «Lloyd» w Paryżu konsygnację skradzionych i ubezpieczonych rzeczy, żądając odszkodowania. Tow. «Lloyd» dotychczas nie zajmowało stanowiska w tej sprawie, ostatnio jednak przez p. Dutra, swego przedstawiciela w Krakowie, zawiadomiło pełnomocnika Ciunkiewiczowej, iż odmawia jej wypłaty odszkodowania”[10]. To jednak nie koniec historii fałszywej hrabiny, która sama trafiła do aresztu, a w grudniu 1932 roku stanęła przed sądem pod zarzutem oszustwa ubezpieczeniowego.

Sprawa ze zrozumiałych względów była obiektem szczególnego zainteresowania mediów. Prasa rozpisywała się na temat zachowania samej oskarżonej, która oczywiście uparcie twierdziła, iż jest niewinna, a indagowana przez prokuratora i sędziego próbowała dowieść, ile futer i w jaki sposób upchnęła w swoich walizkach. Przeciwko niej świadczyli też wezwani przed sąd biegli, którzy orzekli, iż ewentualna kradzież musiałaby być dokonana przez wyjątkowego partacza i amatora i w żadnym wypadku nie mogła być dziełem wytrawnego złodzieja hotelowego, dlatego najprawdopodobniej została sfingowana. W efekcie Ciunkiewiczowa została uznana za winną oszustwa i skazana na piętnaście miesięcy więzienia oraz pozbawienie praw honorowych i obywatelskich na okres pięciu lat. Poza tym musiała pokryć koszty sądowe, wycenione na kwotę 80 złotych. Urażona do żywego fałszywa hrabina oczywiście złożyła apelację i pewna sukcesu, przed procesem apelacyjnym, latem 1933 roku wybierała się na wypoczynek na Półwysep Helski, gdzie, jak donosił „IKC”: „oczekiwana jest zwłaszcza w ulubionym przez nią pensjonacie «Leonidas» przy ul. Zielskiej, w którym podczas zeszłorocznego pobytu pozostawiła najlepsze wrażenie. Oczekuje ją również grupka dzieci, z któremi lubiła się bawić w piłkę. List z Krakowa zapowiada przybycie jej na półwysep w pierwszych dniach sierpnia. W związku z jej zapowiedzianem przybyciem niektóre pisma gdyńskie dały wyraz swojej wyobraźni, komunikując, że p. Ciunkiewiczowa «chodzi po Helu ubrana we wspaniałe suknie i drogocenną biżuterję, lśniąca od brylantów». Zaznaczyć należy, że we wspaniałych sukniach nikogo na Helu się nie widzi, najwyżej we wspaniałych pyjamach, a drogocennej biżuterji na plaży wogóle się nie nosi”[11].

Niestety, sąd drugiej instancji podtrzymał wyrok. Wobec takiego obrotu sprawy Ciunkiewiczowa postanowiła oczyścić się z zarzutów za wszelką cenę. A że zabrała się do tego wyjątkowo nieumiejętnie, ściągnęła na siebie kolejne kłopoty.

Zaledwie w kilka tygodni po apelacji na policję zgłosił się taksówkarz. Twierdził, że miał okazję kilkakrotnie wieźć człowieka, który oferował na sprzedaż szwajcarskie funty i brylanty. Funkcjonariusze wymiaru sprawiedliwości potraktowali sprawę poważnie, zorganizowali zasadzkę i schwytali owego człowieka. Był nim niejaki Jan Kołodziejski, który, ku zaskoczeniu policjantów, z miejsca przyznał się do kradzieży w hotelu Grand, dokonanej w grudniu poprzedniego roku. Choć przesłuchiwany mężczyzna z uporem twierdził, że to właśnie on skradł zawartość walizek Ciunkiewiczowej, funkcjonariusze podeszli do jego rewelacji z dużą dozą nieufności. Okazało się, że policyjny instynkt ich nie mylił. Kołodziejski w końcu przyznał się do kłamstwa, twierdząc jednocześnie, iż do złożenia fałszywych zeznań namówił go niejaki Czesław Mrowiec, oferując w zamian sporą sumkę pieniędzy. Funkcjonariusze bardzo szybko trafili na ślad owego człowieka, który bez oporu przyznał się do zarzucanego mu czynu. Jak się okazało, Mrowiec przeczytał o aferze z kradzieżą w jednej z krakowskich gazet i wpadł na pomysł oszustwa. Celem było oczyszczenie imienia Ciunkiewiczowej. Skontaktował się więc z fałszywą hrabiną, proponując jej, że w zamian za finansową gratyfikację rozpuści pogłoskę, jakoby to właśnie on skradł cenną zawartość jej walizek. W ten sposób oddali od niej zarzut oszustwa, dzięki czemu Lloyd wypłaci jej należyte odszkodowanie. Ponieważ Ciunkiewiczowa nie miała nic do stracenia, zgodziła się na propozycję Mrowca bez wahania.

Niestety, oszust nie wziął pod uwagę ani poczucia przyzwoitości krakowskich taksówkarzy, ani skuteczności polskiej policji i zamiast pomóc fałszywej hrabinie, jeszcze bardziej jej zaszkodził. Maria w 1934 roku ponownie stanęła przed sądem. Podobnie jak wcześniej nie przyznała się do winy ani do znajomości z Mrowcem. Sąd po raz kolejny nie dał wiary jej słowom i tym razem skazał ją na półtora roku pozbawienia wolności, przy czym był to wyrok znacznie surowszy niż w przypadku oszusta. Dzięki apelacji karę zmniejszono do dziesięciu miesięcy. Maria Ciunkiewiczowa, która zmarła 1 sierpnia 1943 roku, do końca swoich dni utrzymywała, że była niewinna i padła ofiarą machinacji firmy ubezpieczeniowej, która nie chciała jej wypłacić odszkodowania.

Co ciekawe, fałszywa hrabina doczekała się nawet naśladowczyni, tyle że znacznie bardziej nieudolnej. Tak przynajmniej twierdził autor artykułu Na modłę Ciunkiewiczowej. Historja głośnej „kradzieży sklepowej” w Pleszewie, zamieszczonego w bulwarówce „Siedem Groszy” w lipcu 1934 roku: „W Pleszewie wykryła policja aferę, podobną do afery Ciunkiewiczowej. Właścicielka sklepu kolonjalnego Marjanna Mannowa (Sienkiewicza) złożyła w ub. tygodniu doniesienie, że do sklepu jej włamali się złodzieje, którzy wynieśli łup, wartości 1.300 złotych. Ponieważ dochodzenia nie potwierdziły doniesienia Mannowej, policja dokonała niespodziewanej rewizji u «okradzionej» i jej zięcia. Rewizja dała nieoczekiwany wynik, bowiem skradziony rzekomo towar znaleziono ukryty przez Mannową, lecz nie w tak dużych ilościach, jak to podała na posterunku”[12]. No cóż, jak widać, nie każdy może oszukiwać z wdziękiem hrabiny. Nawet fałszywej...

Franciszek Kosior (w kółku) i Marcin Panek (siedzi w środku) tuż po aresztowaniu, „Tajny Detektyw” 1932, nr 44

ROZDZIAŁ 2
Panicz – polski Arsène Lupin?

Pokolenie dzisiejszych pięćdziesięciolatków i czterdziestolatków z pewnością pamięta emitowany w latach siedemdziesiątych przez telewizję polską serial koprodukcji francusko-kanadyjskiej, inspirowany cyklem powieści Maurice’a Leblanca. Opowiadał o ujmującym włamywaczu-dżentelmenie, specjalizującym się w kradzieży biżuterii i cennych precjozów, który dzięki zdobytym kosztownościom mógł wieść życie bogatego arystokraty i uwodzić piękne kobiety. Cechował go nie tylko urok osobisty, ale także ponadprzeciętna inteligencja, dzięki czemu wodził za nos tropiących go policjantów, ba, udało mu się nawet okpić samego Sherlocka Holmesa. Arsène Lupin, bo o nim tu mowa, korzystał z pomocy oddanego i zawsze pozostającego w cieniu swego chlebodawcy kamerdynera, Grognarda, korzystał również z rozmaitych przebrań i charakteryzacji, co pozwalało mu zmieniać się nie do poznania. Ze wszystkich opresji wychodził zawsze cało i nigdy nikogo nie skrzywdził, ponieważ wprost brzydził się przemocą. W rolę uroczego i niebywale przystojnego włamywacza wcielał się francuski aktor Georges Descrières.