Karuzela - Paulina Świst - ebook
Opis

Wielka kasa budzi wielkie namiętności. I wielkie pożądanie. Czasem otumania i ogłupia. Zupełnie jak seks, albo jeszcze bardziej.

Dwoje młodych adwokatów, Piotr i Olka, przyjaźni się od studiów. Są uwikłani w kompletnie nieudane małżeństwa: mąż Oli jest hazardzistą z upodobaniem rozpuszczającym jej pieniądze, żona Piotra leczy się po załamaniu nerwowym. Między Olką i Piotrem nawiązuje się romans, który jeszcze bardziej komplikuje ich i tak trudną sytuację. Żeby była jasność: żadne z nich nie jest kryształowe. Olka ma problem z używkami, Piotr wyjątkowo łatwo ulega wdziękom kręcących się wokół niego dziewczyn. Łączy ich nie tylko uczucie, ale także chęć zrobienia wielkich pieniędzy. Korzystając z prawniczej wiedzy i kontaktów w przestępczym półświatku rozkręcają karuzelę podatkową. Pieniądze płyną wartkim strumieniem, wszystko idzie jak po maśle – ale tylko do czasu. Ktoś pękł, ktoś sypnął, ktoś poszedł na współpracę z wymiarem sprawiedliwości. Olka trafia do więzienia, Piotr ukrywa się na Śląsku. Marzenia o bogactwie prysły… ale czy na pewno? Wiele się jeszcze może wydarzyć, zwłaszcza że do gry wkraczają Lilka i Kinga…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 252

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja:Monika Frączak

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Korekta:Elżbieta Steglińska, Katarzyna Szajowska

Wszystkie zawarte w książce wydarzenia wynikają z wyobraźni autora, a wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest kompletnie przypadkowe. Kompletnie.

© for the text by Paulina Świst

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

Zdjęcia na okładce

© AXL/Shutterstock

© autsawin uttisin/Shutterstock

ISBN 978-83-287-1068-9

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2018

Pieniądze są dobrym sługą, ale złym panem.

(przysłowie francuskie)

Mojej wspaniałej Mamie… Dziękuję :*

PROLOG

– Dzień dobry. Przyszłam na spotkanie z panem mecenasem Orłowskim.

– Dzień dobry. Proszę za mną.

Piękna recepcjonistka zaprowadziła mnie do małej, prywatnej hotelowej salki. Pozostali już siedzieli przy stole. Piotrek wstał i pocałował mnie w policzek.

– Czego się napijesz, Olu?

Spojrzałam na stolik, pili alkohole.

– Wino, białe.

– Chardonnay? – zapytała kelnerka, której wcześniej nie zauważyłam.

– Może być – odparłam, siadając przy stole.

Po chwili wróciła z moim winem.

– Dziękujemy bardzo. – Piotr uśmiechnął się do niej uroczo. – Jesteśmy w komplecie. Bardzo prosimy, żeby nikt nam nie przeszkadzał.

Kelnerka wyszła i zamknęła za sobą drzwi.

– Zebrałem was tu, by coś zaproponować. – Piotrek uśmiechnął się krzywo. – Coś bardzo dochodowego i bardzo nielegalnego…

Teo rozejrzał się po sali z udawaną trwogą.

– Masz tu podsłuch jak w Puchaczu i Przyjaciołach?

Piotrek nadal się uśmiechał.

– Jesteśmy w gronie profesjonalistów. Wszystko, co tu zostanie powiedziane, obejmijmy tajemnicą zawodową.

Lilka przebierała nogami z niecierpliwością.

– Mów!

– Mam propozycję. Długo już zastanawiałem się, ile jeszcze będziemy zasuwać na naszych byłych patronów za trzy tysiące złotych netto?

Piotrek popatrzył na mnie wymownie. Pociągnęłam łyk wina i uśmiechnęłam się ironicznie, wznosząc niemy toast.

– Z tego co wiem, dostajesz dużo więcej niż te trzy tysiące.

– Prawda, dostaję więcej, ale mam też większy apetyt. Zakręćmy karuzelę.

Piotr rozparł się na krześle i czekał na naszą reakcję. Teo napił się whisky, kręcąc głową.

– Czasy nie sprzyjają. Dwadzieścia pięć lat za przekręty na Vacie. Duże ryzyko.

– No risk, no fun. Ile prowadziliście vatówek? Kto zna się na tym lepiej niż my?

– Nie mamy dojść. Nie wiadomo, komu możemy nadepnąć na odcisk… – zaczęłam.

– To biorę na siebie. Nie zaprosiłbym was tu, gdybym nie miał poważnej propozycji.

– Co się teraz kręci? – zapytał Teo, wpatrując się w szklankę z whisky jak w kryształową kulę.

– Szczegóły za chwilę. Najpierw muszę wiedzieć, kto wchodzi.

Piotrek popatrzył na mnie i uniósł brew. Uśmiechnęłam się ponuro.

– Nie mam nic do stracenia. Możesz na mnie liczyć.

– Teo?

– Ile jest do wyjęcia?

– Czterdzieści dużych baniek. Potem zawijamy biznes.

– Wchodzę.

– Lilka?

Lilka się uśmiechnęła.

– Mam złe przeczucia, trzymam kciuki, ale nie wchodzę. Ktoś będzie musiał was wyciągnąć z pierdla. Bez obrazy…

Wstała i wzięła z wieszaka kurtkę.

– Nie ma żadnej obrazy. Doskonale cię rozumiem.

Piotrek podniósł się, pocałował ją w policzek i odprowadził do drzwi.

Rok później

Zerknąłem na zegarek, była 5.35. Na tarczę zachodził długi czarny włos, który owinął się wokół srebrnej bransolety mojej omegi. Uśmiechnąłem się z satysfakcją na myśl o wczorajszym wieczorze i przytuliłem do pleców śpiącej jeszcze Oli.

– Musimy wstawać? – wymruczała nieprzytomnie.

– Ja muszę, ty śpij.

Pocałowałem ją w łopatkę i poszedłem pod prysznic. Po piętnastu minutach wróciłem do sypialni, wyciągnąłem z szafy granatowe dżinsy Diesla i koszulę Tommy’ego. Dziś lajtowo. Przechodząc koło okna, zobaczyłem dwa zaparkowane granatowe dostawczaki. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie drobny fakt, że w mojej kamienicy nie było żadnego sklepu. Gapiłem się na nie przez chwilę, a potem nagle dotarło do mnie, co się dzieje.

– Kurwa mać! Olka, wstawaj!

– Co jest?

– Kominiarze! Coś się posypało.

– Na mnie nic nie mają. Nie mogą… Zresztą jesteśmy w twoim mieszkaniu, więc chodzi o ciebie. Uciekaj!

Wkurwiłem się.

– Przecież cię nie zostawię!

– Właśnie, że zostawisz!

Wstała, narzuciła szlafrok na nagie ciało i wyłożyła swój plan:

– Zrobię się na zaspaną idiotkę i kupię ci trochę czasu.

Pobiegła do łazienki, odkręciła prysznic i otworzyła okno. Potem zamknęła drzwi na klucz i wrzuciła go do stojącego pod ścianą worka ze śmieciami.

– Powiem, że się kąpiesz. Leć na górę do pani Laskowik.

Wcisnęła mi do ręki klucze, które leżały na szafce na buty.

– Wczoraj przyniosła je z prośbą, żebym karmiła jej kota, bo wyjeżdża na dwa tygodnie. Szybko, rusz dupę!

– Chodź ze mną – nie dawałem za wygraną.

Spojrzałem na zegarek: 5.55. Kurwa mać, za pięć minut będą. Naloty na chatę zawsze zaczynają się chwilę po szóstej.

– Nie mogę. Sam pomyśl. Na pewno wiedzą, że jesteśmy razem. Muszą mieć rozpoznanie. Jeśli nie będzie nikogo, zaczną szukać po innych mieszkaniach. Ty jesteś w stanie wyjść przez okno na drugim piętrze i uciec przez sąsiedni balkon, ale w takie akrobacje w moim wydaniu nikt by nie uwierzył. Idź już!

Pocałowała mnie i wypchnęła za drzwi.

***

– Pani mecenas… – Prokurator patrzył na mnie ze złośliwym uśmiechem. – Nie będzie pani brakowało tego tytułu?

Uśmiechałam się nie mniej złośliwie i bezczelnie patrzyłam mu prosto w oczy. Mimo że w środku cała się trzęsłam. Miałam nadzieję, że nie mają Piotrka, że zdążył.

– Pomidor – powiedziałam pewnie. Chyba zbiłam go z tropu.

– Słucham?

– Pomidor. Tyle powiem bez adwokata.

– Ależ czy ja pani zabraniam wezwać adwokata? – Udał oburzenie. – Nawet do niej zadzwoniłem. Powinna być za chwilę. Zabijam czas luźną pogawędką, zanim przyjdzie.

– Pomidor.

– Dobrze, że pani koledzy okazali się bardziej rozmowni.

Prokurator podsunął mi wydruk protokołu przesłuchania Piotra. Na dole brakowało podpisu. W dodatku pokazał mi to przed przyjściem Lilki. Sam na sam. Z daleka cuchnęło podstępem.

– Pomidor.

Oddałam mu kartkę, nie zagłębiając się w treść. Wolałam nie mieszać sobie w głowie. „Szara magia, ja nigdy nie pękam” – powtarzałam w głowie słowa piosenki Sokoła. Uspokajała mnie. Zapatrzyłam się w okno, prokurator pochylił się nad laptopem. Piętnaście minut później w drzwiach stanęła Lilka.

– Zarzuty? – zapytała bez zbędnych wstępów.

– Oszustwa na szkodę Skarbu Państwa na… dwadzieścia pięć milionów. Zorganizowana grupa przestępcza, takie tam… Zaraz będę przedstawiał, to pani posłucha.

– Czy mogę zamienić słówko z klientką?

– Oczywiście, ale tylko w mojej obecności.

Prokurator najwyraźniej chciał wiedzieć o wszystkim. Nie miał jednak pojęcia, że znamy się z Lilką od lat i potrafimy tak rozmawiać, że nikt nie łapie, o co chodzi.

– Co tam na fejsie? – zapytałam nonszalancko.

– Wiktor zdrowy – odpowiedziała.

Lilka usiadła obok mnie i wlepiłyśmy wzrok w prokuratora. Na mojej twarzy rozkwitł uśmiech. Prokurator był wściekły. Tym samym poinformowała mnie, że nie mają Piotrka i że jego rzekome zeznania, które mi pokazał, to ściema. A to przecież on, bez cienia wątpliwości, miał mieć postawiony zarzut z artykułu 258 paragraf 3 Kodeksu karnego – kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą.

***

Siedziałem na podłodze w przedpokoju pani Laskowik i drapałem za uchem burą kotkę. Miauczała przejmująco i tuliła się do mojej ręki. Miałem ochotę zrewanżować się jej tym samym. Trzepali moje mieszkanie już ponad dwanaście godzin. „Czarni” zapuścili się aż tutaj, ale kiedy zaczęli walić w drzwi, mieszkająca naprzeciwko pani Wandzia poinformowała ich, że pani Laskowik wyjechała do sanatorium. Powiedziała też, że absolutnie nikt tu nie wchodził, przecież by słyszała… Kochana staruszka. Prowadziłem jej za frajer sprawę o emeryturę. Broniłem też jej popieprzonego wnuczka, który żył z kradzieży telefonów. Najwyraźniej postanowiła spłacić dług wdzięczności. Przez pierwsze trzy godziny miotałem się po mieszkaniu jak jebnięty, a potem usiadłem w korytarzu i tkwiłem tak z kotem u boku. Wreszcie, około 18.30, usłyszałem delikatne pukanie.

– Panie Piotrusiu… – powiedziała cicho pani Wanda.

Uchyliłem drzwi i wpuściłem ją do środka.

– Odjechali, ale zaraz po siódmej rano zabrali panią Olę! Widziałam.

Przełknąłem gulę w gardle.

– Ja też.

– Co teraz będzie? – zapytała mnie zmartwionym głosem.

– Sam nie wiem. Bardzo pani dziękuję. Odwdzięczę się, jak tylko jakoś to ogarnę…

Staruszka pogłaskała mnie po ręce.

– Dość dobrego dla mnie zrobiłeś, chłopcze. Wolę nie pytać, w co się wpakowaliście, ale mam nadzieję, że wszystko się ułoży.

– Ja też. Zostawiam klucze. Będzie pani karmić tego sierścia?

Wskazałem na kota, który tymczasem zdążył zwinąć się w kłębek na wycieraczce i zasnąć.

– Będę. Dobry z ciebie chłopak.

Wzięła pęk kluczy i uśmiechnęła się do mnie, poprawiając okulary. Miałem ochotę strzelić sobie w łeb. Kiedy to tak zjebałem? Naprawdę byłem kiedyś dobrym chłopakiem… Nigdy sobie nie wybaczę, jeśli nie uda mi się wyplątać z tego Olki. Czułem się jak ostatni skurwysyn. Niepotrzebnie dałem się jej namówić i zgodziłem się, by została w mieszkaniu. Z drugiej strony byłem jej jedyną szansą, najbardziej zdeterminowaną osobą na świecie, aby ją wyciągnąć. Dobrze wiedziałem, że jeśli ona nie wyjdzie, to równie dobrze mogę pójść na komendę i sam się zgłosić. Musiałem działać. Zbiegłem po schodach i pognałem w stronę mety, gdzie trzymałem zabezpieczenie na taką właśnie okoliczność: komplet dokumentów, czterysta tysięcy dolarów, telefony. Na dwie osoby. Kiedy to szykowałem, nawet przez głowę mi nie przeszło, że to ją zamkną, a nie mnie. Walnąłem się na kanapę w mikroskopijnej kawalerce i zadzwoniłem do Marka. Poprosiłem go, żeby naszykował mi na jutro cirrusa. Musiałem się przespać, a rano wymyślić jakiś plan.

***

Prokurator patrzył na mnie z drwiącym uśmiechem.

– Co pani powie na powyższe zarzuty?

– Nie przyznaję się i odmawiam składania wyjaśnień.

– Pani wybór. W takim razie będę zmuszony skierować wniosek o tymczasowe aresztowanie.

– Na podstawie jakich dowodów? – zapytała Lilka, przeszywajac go drwiącym spojrzeniem. Wiedziała, że byliśmy kurewsko ostrożni. Nie było opcji, by ktoś się połapał.

– Na podstawie zeznań świadka incognito.

Kurwa… – pomyślałam. Kto? Chyba nie Teo…

– Lilka, a co u Klemensa? – zapytałam szeptem.

– Cisza – odpowiedziała.

Czyli Teo nie, bo też go mają. Zaraz na początku stworzyliśmy system komunikacji na wypadek wpadki. Założyliśmy sobie fikcyjne konta na Facebooku. Piotrek jako Wiktor Wektor, ja – Iwona Iwonowicz, a Teo – Klemens Klemencki. Gdyby coś zaczęło się dziać, każdy miał napisać post, że jest zdrowy – jeśli był bezpieczny. Dzięki temu Lilka wiedziała, kto wpadł, a kto nie. Mieliśmy w znajomych tylko siebie.

– Rozumiem, że będę mogła się z nimi zapoznać?

– Oczywiście. Byli państwo niesamowicie ostrożni, macie też naprawdę dobrych ludzi, nikt nic nie mówi. Wszystkie słupy twardo trzymają się jednej wersji. – Spojrzał na mnie i z niedowierzaniem pokręcił głową. – Tym bardziej nie rozumiem, jak można było się tak głupio wpakować…

Lilka nie dała się wyprowadzić z równowagi.

– Panie prokuratorze, bawi się pan w zagadki? Może wreszcie pokaże mi pan te zeznania?

– Ależ proszę.

Podał jej plik kartek wyjętych z akt.

– Pani niech też przeczyta – zwrócił się do mnie.

Zabrałam się do lektury i nie wierzyłam własnym oczom. Wszystko opisane ze szczegółami! Zwłaszcza role Piotra, moja i Teo. A przecież nie figurowaliśmy w żadnych dokumentach. Każdy zajmował się jedną odnogą działalności i odpowiadał za swoje słupy. Piotrek wszystko koordynował. Kurwa, to niemożliwe!

– Pan Teodor Klema będzie przesłuchiwany za chwilę. Wspominał, że jest pani też jego obrońcą. Może on okaże się bardziej rozmowny.

Prokurator podszedł do drzwi i wezwał policjantów. Wyprowadzili mnie z pokoju.

***

– Cześć, Marek – powiedziałem, wchodząc do hangaru. – Jest przygotowany, zatankowany?

– Pytasz, a wiesz… – Wytarł ręce w szmatę i odłożył ją na stolik. – Co się dzieje?

– Lepiej, żebyś nie wiedział… – Nie miałem teraz ochoty niczego tłumaczyć. – Muszę zniknąć, a obawiam się, że na A4 będą blokady, żeby mi to utrudnić. Papiery zrobiłeś?

– Zrobiłem. Rozumiem, że jakby kto pytał, to cię nie widziałem. Transponder wyłączysz?

– Tak. Pomóż mi go wypchnąć z hangaru – powiedziałem, wrzucając torbę i słuchawki za siedzenie.

Kiedy wypchnęliśmy SR22 przed hangar, zrobiłem obchód samolotu. Zdjąłem zaślepki z rurki dajników ciśnienia. Zerknąłem na opony, czy ciśnienie jest odpowiednie, szukałem czegoś nietypowego. Było to niezbędne, żebym głupio nie umarł. Remove before flight.

– No to lecę – powiedziałem do Marka.

Uśmiechnął się ponuro.

– Leć, a jak tylko będziesz mógł, to wracaj.

– Postaram się – rzuciłem i pomachałem mu na pożegnanie.

Włączyłem radio, by słyszeć, co się dzieje, ale nie zamierzałem się nigdzie zgłaszać. Wiedziałem, że pod względem inteligencji wyprzedzam prokuratora o lata świetlne, ale nie tacy jak ja wypierdalali się na szczegółach. Nie miałem zamiaru do tego dopuścić.

– Od śmigła! – wydarłem się przez okno.

Marek znał się na rzeczy. Stał w bezpiecznej odległości.

– Jest od śmigła!

Odpaliłem silnik, ustawiłem ciśnienie, trasę, sprawdziłem resztę przyrządów, założyłem słuchawki i pokołowałem do pasa. Przed jego zajęciem, tak jak zawsze, zrobiłem próbę silnika. Wszystko było OK. Nie zgłosiłem, że startuję, ale w radiu nie było słychać, by coś lądowało. Na wszelki wypadek jeszcze się rozejrzałem; było czysto. Zająłem pas, ustawiłem się w jego osi, ustawiłem klapy i dałem po garach. Podszedłem do szybkości rotacji, poczekałem, aż wzniesie mi się przednie kółko i przy pięćdziesięciu pięciu węzłach oderwałem się od ziemi. Potem podniosłem się i przymknąłem klapy. Wzniosłem się na dwa tysiące stóp. Wiedziałem dwie rzeczy: że muszę lecieć wzdłuż A4 i ominąć zamkniętą strefę w okolicy Olesna. Nie miałem zamiaru wchodzić nikomu w paradę, a tam był poligon. Chciałem tylko trzymać się trasy i szybko dostać na Śląsk, gdzie chwilowo byłem bezpieczniejszy niż we Wrocławiu.

Co mogło pójść nie tak? Musiałem dorwać kontakt do Lilki, ale byłem przekonany, że prokurator ją obserwuje. Nie mogło być inaczej, skoro broniła Olkę i Teo. Sam bym tak zrobił na jego miejscu. Jedyną osobą, która może dotrzeć do Lilki bez skierowania podejrzeń na mnie, jest jej wspólniczka. Laska ma kancelarię w Katowicach.

Leciałem z prędkością stu osiemdziesięciu węzłów, czyli około trzystu trzydziestu kilometrów na godzinę. Transponder miałem wyłączony, by nie być widoczny na cywilnych radarach. Przestroiłem się też na częstotliwości służby informacji powietrznej, aby wiedzieć, czy ktoś mnie zauważył. Szanse na to były marne, ale byłem paranoikiem. Wolałem dmuchać na zimne. Po niecałej godzinie zobaczyłem lotnisko w Gliwicach, przestroiłem ponownie radio, tym razem na ich częstotliwość – 122,3 MHz. Cisza. Zaryzykowałem i wylądowałem z prostej, skołowałem pod hangar i zobaczyłem znajomą twarz. Bartek, kumpel Marka. Kiedyś na wspólnym wypadzie obaliliśmy parę browarów. Marek musiał uprzedzić go o moim przylocie. Wyszedłem z samolotu.

– Heja. Marek mówił, że przylecisz. Wspominał, że w kiepskim nastroju. Browarek przy migu?

Wskazał ręką na zabytkowego miga przed skwerkiem z ławeczkami. Uśmiechnąłem się szeroko na pewne wspomnienie.

– Pamiętasz, jak próbowaliśmy tam wleźć najebani, żeby sprawdzić, czy są przyrządy? Były!

– Pamiętam. Jakby co, to przygotowałem ci nocleg. O nic nie pytam. My, Ślązacy, jesteśmy gościnni i niespecjalnie ciekawscy.

Podał mi browar.

– Nie mogę – odmówiłem z żalem. – Mam milion rzeczy do załatwienia. Dzięki za nocleg. Jeśli wszystko ogarnę, to wrócę wieczorem i wtedy możemy się napić.

Wyjąłem telefon i wezwałem Ubera. Wepchnęliśmy samolot do hangaru.

– Zajmiesz się nim? – zapytałem.

– Wszystko zrobię.

– Możesz korzystać, ile chcesz. Nie wiem, jak długo zostanę.

– Tak jak powiedziałem: zostań, ile potrzebujesz.

Kiedy Bartek zaczął zajmować się samolotem, usłyszałem sygnał apki w telefonie: Uber przyjechał. Wsiadłem do samochodu i pojechaliśmy do wypożyczalni. Wynająłem auto na lewe papiery i pół godziny później zaparkowałem przed filią Błońska & Płonka w Katowicach. Wszedłem do kancelarii.

– W czym mogę panu pomóc? – zapytała młoda sekretarka.

– Do mecenas Błońskiej.

– Był pan umówiony? Pani mecenas jest teraz zajęta.

– Proszę jej powiedzieć, że przyszedł Wiktor Wektor.

Zmierzyła mnie podejrzliwym spojrzeniem. Pewnie myślała, że się z niej nabijam.

– Proszę zaczekać.

Zniknęła za wielkimi drewnianymi drzwiami. Po chwili wypadła z nich Kinga i zawisła mi na szyi.

– Piotrek! Sto lat cię nie widziałam. Źle wyglądasz.

Przyjrzała mi się uważniej. Pocałowałem ją w policzek.

– Bo źle się dzieje. Musisz mi pomóc.

– Aniu, masz już dziś wolne. Przekieruj stacjonarny kancelarii na swoją komórkę, ale nikogo do mnie nie łącz. Jakby dzwonił Łukasz, powiedz mu, że mogę wrócić późno – zwróciła się do sekretarki.

Poczekała, aż dziewczyna wyjdzie. Zamknęła za nią drzwi, wyłączyła telefon i zostawiła go w sekretariacie.

– Chodź.

Wskazała mi wejście do gabinetu. Opadłem na wygodną skórzaną kanapę i przejechałem rękami po twarzy. Kurwa, ale byłem zmęczony, przez całą noc nie zmrużyłem oka. Kinga podeszła do szafki, wyjęła whisky i nalała do szkła.

– No i co? Zesrało się? – zapytała, siadając obok i podając mi szklankę.

– Tak. Mają Olę i Teo.

– Wiem. Rano dzwoniła Lilka.

– Podpisałem pełnomocnictwo na was dwie, prawda?

– Tak. To w naszej kancelarii standardowe, ale chyba nie będzie żadnego konfliktu? – Spojrzała na mnie z niepokojem. Byłem adwokatem, wiedziałem, o co pyta: czy ktoś z nas nie zacznie sypać.

– Nie wiem. Nie sądzę. Ola na pewno nie. Dzięki niej w ogóle z tobą gadam. Przyjechali po mnie… Teo, jak go znam, też nie. Wiedział, na co się pisze. Ale, kurwa, nie wiem… Nic już nie wiem.

– Nie chcę wiedzieć, czemu Ola u ciebie spała, prawda?

– Nie mam pojęcia, co będzie się działo, więc lepiej, żebyś ty wszystko wiedziała. Sypiamy ze sobą od pół roku.

– A Andrzej?

Andrzej był mężem Oli.

– Przepierdziela pieniądze w kasynie i ma to gdzieś. Zresztą złożyła pozew o rozwód.

– A Madzia?

– Kinga, nie chcę o tym gadać. – Szybko zamknąłem kwestię mojej małżonki.

– Czyli na zachodzie bez zmian… – Kinga się zamyśliła. Po chwili powiedziała: – Piotrek, będę z tobą szczera: dobrze wiesz, że z taką kasą idzie duże ryzyko… Chcesz mojej rady jako twojego obrońcy?

– Chcę.

– Spierdalaj stąd. Jako adwokat dostaniesz za karuzelę na taką kasę dwa lata więcej niż pierwszy lepszy burek. Wiem, że masz mózg i kasa jest w większości bezpieczna, ale wszystko, co jest legalnie na ciebie, już przepadło. Zabieraj się stąd za granicę.

– Nie zostawię jej w pierdlu.

– A masz wybór?

Kinga patrzyła na mnie przenikliwie tymi swoimi niebieskimi oczami. Przypomniały mi się wspólne lata aplikacji: imprezy, sympozja, walenie do ryja… Zawsze ją lubiłem. Nie widywaliśmy się często, ale na wszystkich zjazdach Izby Wrocławskiej tworzyliśmy zgraną paczkę. Teraz nasze kontakty osłabły, bo ona przeprowadziła się na Śląsk, a ja ponad rok temu zacząłem kręcić tę pierdoloną karuzelę. Karuzelę, która zapewniła mi wyjebaną chatę, niesamowite fury, markowe ciuchy, wspaniałą kobietę… I która zabrała mi to wszystko w ciągu piętnastu minut.

– Nie wyjadę bez niej. Nie mogę też zostawić Teo. Trzeba ich z tego wyciągnąć.

– Co może nie być proste… – Kinga wstała. – Zadzwonię do Lilki i dam ją na głośnik. Tylko się, kurwa, nie odzywaj. Chuj wie, kto nas słucha.

– Okej.

Wróciła po chwili z telefonem i wybrała numer. Potem położyła aparat na stoliku obok kanapy.

– Jak ja, kurwa, nienawidzę prokuratorów… – zaczęła Lilka zamiast przywitania.

– Kto to prowadzi?

– Znamirowski.

– Karuzelę? Przecież kiedy mieszkałam we Wrocławiu, to był lebiedziem w rejonie. Robił sprawy o kradzież pościeli z kory i kiełbasy krakowskiej w melinach.

– No wiesz, dobra zmiana… Awansował do okręgowej i ta sprawa to jego oczko w głowie. Musi się wykazać, żeby uzasadnić awans.

– Co ma?

– Jebanego świadka incognito.

Kinga spojrzała na mnie. Rozłożyłem ręce w geście oznaczającym, że nie mam pojęcia, o kim mówi.

– I co ciekawego mówi ten świadek?

– Wszystko – odpowiedziała zwięźle Lilka.

– A Ola i Teo?

Lilka się roześmiała.

– Olka odmówiła wyjaśnień, a Teo jakby nie do końca.

– Jak to?

Kinga pochyliła się bardziej nad telefonem.

– Powiedział prokuratorowi, że ma spierdalać.

– Dosłownie?

– Dosłownie powiedział tak: „Panie prokuratorze, niech pan spierdala”.

Mimo woli się uśmiechnąłem. To było bardzo w stylu Teo.

– Kinga, może tak się zdarzyć… – zaczęła powoli Lilka, ważąc słowa.

– Tak się zdarzyło – odpowiedziała szybko Kinga.

Domyślałem się, że ten fragment rozmowy dotyczy mojego przyjazdu.

– Zajmę się tym. Daj mi znać, co dalej.

– Będą sanki[1]. – Głos Lilki brzmiał bardzo pewnie.

– Te zeznania są aż takie złe?

– Tak.

Oparłem głowę o oparcie kanapy i zamknąłem oczy.

***

Konwój wjechał na dziedziniec więzienia przy Kleczkowskiej. Przywieźli mnie na „Babiniec”. Kurwa mać. Od lat słyszałam niezbyt ciekawe historie na temat kobiecego oddziału, a kiedy zobaczyłam Superwizjer TVN, potwierdziły się moje najgorsze przypuszczenia. To co, że byłam tu wielokrotnie w roli obrońcy? Nie miałam pojęcia o układach, które dotyczą osadzonych. Byłam panią mecenas z wolności, która odwiedzała, uśmiechała się, rozmawiała, a godzinę później wychodziła, odpalając fajkę i oddychając pełną piersią, kiedy tylko zamykały się za mną ciężkie metalowe drzwi. A teraz słysząc ten dźwięk, miałam ochotę płakać… albo się śmiać. To wszystko było tak bardzo nierealne. Tak jakby od czasu, kiedy usłyszałam ryk: „Centralne Biuro Śledcze, na glebę, nogi szeroko!” – coś poprzestawiało mi się w mózgu. Wolałam nie myśleć o rodzicach i Piotrku. Rozkleiłabym się w pięć minut. A na to akurat sobie tutaj pozwolić nie mogłam. Cały czas miałam nadzieję, że zaraz obudzę się w wygodnym łóżku obok Piotrka i będziemy zaśmiewać się z tego popierdolonego snu. W głowie wciąż słyszałam słowa sędzi, u której nieraz prowadziłam sprawy: „Środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania na okres trzech miesięcy, a więc do dnia 13 grudnia 2018 roku”.

– Rocznica stanu wojennego – mruknęłam do Lilki, przechylając się do niej z ławki dla podejrzanego.

Wcześniej do łez rozśmieszyłam konwój, bo odruchowo skierowałam kroki do ławy przeznaczonej dla adwokata. Lilka patrzyła na mnie ze współczuciem.

– Trzymaj się. Zrobię wszystko, żeby było dobrze.

Miałam ochotę ją uściskać. Była mądrzejsza. Wiedziała, żeby w to nie wchodzić. Miała rację. Nagle to wszystko, czego dorobiłam się w ciągu ostatniego roku, okazało się tak mało warte. Tak mało w świetle tego, że nie mogę iść, dokąd chcę, i robić tego, na co mam ochotę. Z drugiej strony gdyby nie ta afera, to nadal tkwiłabym nieszczęśliwa w przechujowym małżeństwie i nie byłoby ostatniego półrocza… Tego postanowiłam się trzymać. Pozytywów. Nie zwariować. Dlatego też kiedy policjant powiedział do mnie: „No to jedziemy z mecenaską do nowego apartamentu”, odwróciłam się do niego i wyniośle wycedziłam: „Nie przeszliśmy na ty, baranie bez szkoły”. Przy takich zarzutach, jakie mi postawiono, znieważenie funkcjonariusza było najmniejszym problemem.

Po przejściu upokarzającego przeszukania stałam przed wejściem do celi przejściowej, ściskając w rękach dwa koce, poduszkę, poszewkę, prześcieradło, miskę, talerz, kubek, sztućce. Na tym wszystkim położyłam „białko”[2].

– Dzień dobry – powiedziałam, wchodząc do celi.

Uśmiechałam się, mimo że w środku czułam tylko strach. Ogromny, obezwładniający, wszechogarniający strach.

– Dobry – odezwała się jedna z trzech dziewczyn.

Wszystkie patrzyły na mnie badawczo.

Pięć miesięcy wcześniej

Wszedłem do wyjebanego w kosmos domu. Ołtaszyn, jedna z bardziej wypasionych dzielnic. W sąsiedztwie same podobne wille i nowe osiedla, drogie jak sam skurwysyn. „Domek” Olki był jednym z największych, w dodatku umeblowany na najwyższym poziomie. Ola siedziała na skórzanej kanapie, pochylona nad szklanym stolikiem, tyłem do wejścia.

– Ładny domek – stwierdziłem ironicznie, rozglądając się po stumetrowym salonie. Dalej było pewnie równie ekskluzywnie. Drgnęła i nie odwracając się w moją stronę, powiedziała niewyraźnie:

– Wynajęłam.

Podszedłem bliżej. Beczała.

– Ogarniesz się, do cholery? – zapytałem, unosząc jej brodę.

– Nie wiem. Zajarasz?

Wskazała na blanta, którego właśnie skończyła skręcać. Usiadłem obok niej na kanapie.

– Daj.

Wyjąłem jej z palców skręta i zaciągnąłem się mocno.

– Myślisz, że pingwiny mają kolana?

– Myślę, że to „holender” – oznajmiłem, czując, jak w sekundę trzepnęła mnie bania.

– A i owszem, mecenasie.

Olka zaciągnęła się i opadła na oparcie kanapy.

– Co się znowu stało?

– Nie chce mi się o tym gadać… – Położyła nogi na stole. – Masz jakieś plany na weekend? – zapytała.

Nie miałem. Od co najmniej kilku lat. Kiedy postanowiłem sobie, że już nigdy nie będę snuć jakichkolwiek planów. Prócz tych, które miały mi zapewnić dostatnie, nieskomplikowane życie.

– Nie.

– Nie zabrałbyś mnie gdzieś? Wezmę dużo „holendra”, ty ogarniesz wódkę.

– No jasne. A twój mąż? – zapytałem, bardziej żeby jej przypomnieć, że go ma, niż żeby obchodziło mnie, co on sobie pomyśli.

– A twoja żona? – odpaliła Olka, ale błyskawicznie się opamiętała. – Przepraszam. A co do mojego męża, to pies go jebał.

Na taką odpowiedź liczyłem.

– No to chodź, piękna. Mam pewien pomysł…

– Czekaj, tylko się spakuję.

– Nie. Albo idziemy, jak stoimy, albo spierdalam, a ty baw się dalej sama.

– Dobra.

Wiedziałem, że kiedy zacznie się zastanawiać, to nic z tego nie będzie. W jej przypadku spontan działał najlepiej.

***

Nie wiedziałam, skąd ten pomysł przyszedł mi do głowy, ale skoro Piotrek go załapał, to czemu nie? Wpakowałam się do nowego mercedesa CLS.

– Nie za bardzo się wozisz? – zapytałam, zapinając pasy.

– Przecież nie będę wszystkiego kitrał w materacu jak Teo. Trzeba liznąć trochę życia.

– „Tylko do tego lizania się za bardzo nie przyzwyczaj”[3].

– Powiedziała mieszkanka dwustumetrowej willi. – Puścił do mnie oko. – Zresztą to nie moje. Pożyczyłem od klienta.

– Jasne… To dokąd mnie zabierasz w tym oto stroju?

Miałam na sobie sprane dżinsy i bluzę z nadrukiem młodego Slasha palącego fajkę.

– Nie wierzysz we mnie?

Uśmiechnął się w taki sposób, że poczułam mrowienie w brzuchu.

***

Zaparkowałem auto przed apartamentami na Czarnej Górze i potrząsnąłem ramieniem Olki.

– Wstawaj. Jesteśmy na miejscu.

– Czyli gdzie?

Rozejrzała się zaspanymi oczami. Boże, miałem taką ochotę, żeby… STOP. To moja przyjaciółka i współpracowniczka. Jedna z niewielu osób, na których mi zależy… I którym zależy na mnie.

– Zobaczysz.

Roześmiałem się.

Wyszliśmy z samochodu i od razu usłyszałem, że całe najwyższe piętro napieprza basem. Już się zaczęło.

– Czy to jest piosenka Gangu Albanii? – zapytała Olka sceptycznie.

– „Kocham cię, żabciu, mój mały pączusiu, kiedy wracam do domu najebany jak szpadel”– zaśpiewałem na cały głos, łapiąc Olkę za rękę.

– Pamiętasz, jak ci mówiłam, że zazdroszczę ci fotograficznej pamięci? Jeśli jej elementem jest też zapamiętywanie takich tekstów, to chyba mogę bez tego żyć.

– Nie marudź. Muszę tu szybko coś załatwić. Chyba że ci się spodoba, to zostaniemy.

– Obawiam się, że nie jestem odpowiednio ubrana.

Popatrzyła na balkon, na którym tańczyły jakieś laski w ekstremalnie krótkich sukienkach.

– Nigdy bym cię tu nie wziął imprezowo ubranej.

– Czemu? Może znalazłabym nowego męża?

– Prędzej zaliczyłabyś gang bang z opcją obejrzenia go potem na xvideos.

– To twoi koledzy?

– Twoi też. Ciężko harują na twój nowy dom.

***

– MECENASIE!

Ponownie uniosłam głowę. Jakiś spasiony koleś szczerzył zęby na balkonie. U jego boku wyginała się prawie goła małolata. Nagle wychylił się przez barierkę. Z ręki wypadła mu szklanka i rozbiła się na podjeździe.

Piotrek roześmiał się i uniósł rękę w geście pozdrowienia. Zaraz potem pociągnął mnie w stronę wejścia do budynku.

– Jak to możliwe, że nie ma tu jeszcze psów? – zapytałam, przekrzykując muzykę rozbrzmiewającą także na parterze.

– Wynajęli całość. Dobrze płacą. Dużo niszczą, ale wszystko uregulują z nawiązką.

– Nie boisz się, że ktoś cię tu zobaczy?

– Nie. Tylko jedna osoba wie, że ja tym kręcę. Reszta myśli, że po prostu ich reprezentuję. Mam upoważnienia do obrony od wszystkich. Tajemnica adwokacka, Oleńko.

– Moje rozwiązanie jest lepsze – stwierdziłam z przekonaniem.

– No nie wiem. Za bardzo wierzysz w tego swojego Jarka.

– Jarek nie pęka.

– Każdy pęka, jeśli go odpowiednio podejdziesz.

Spojrzałam na niego prowokująco.

– Ty też?

– Ja też – powiedział, omijając parę migdalącą się na schodach.

– Czy on jej właśnie…? – zapytałam, patrząc na nich z ciekawością.

– Tak. Ostrzegałem cię.

Piotrek się roześmiał. Ja też wybuchnęłam śmiechem.

– No więc, mecenasie Orłowski, kogo trzeba przycisnąć, żebyś pękł?

– Ciebie – powiedział i otworzył drzwi do penthouse’a.

***

Olka umilkła, najwyraźniej analizując moje słowa. Nie miałem zamiaru ich cofać. Trafiał mnie szlag, kiedy widziałem, co wyrabia. Jak się wykańcza. W świetle mrugających wszędzie stroboskopów starałem się zlokalizować Igora. Zamiast niego podszedł do mnie Dawid.

– Dzień dobry. Pan mecenas wpadł się pobawić?

– Gdzie Igor? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.

– W jacuzzi.

Pociągnąłem Olkę w kierunku łazienki.

– To może być widok nie dla dam.

Dawid się roześmiał.

Rzeczywiście. Wskazałem ręką na barek pełen alkoholi.

– Zostaniesz tu?

– Nie ma problemu.

Olka usiadła na wysokim krześle. Dawid zajął sąsiednie miejsce.

– Na co ma pani ochotę? – zapytał.

– Na coś w zamkniętej butelce. Z nienaruszonym kapslem – odpowiedziała Ola.

Obydwoje wybuchnęli śmiechem. Mądra dziewczyna – pomyślałem z dumą, kierując się w stronę ogromnej łazienki.

***

Dawid podał mi „małego Heńka”. Zgodnie z moją sugestią – zamkniętego. Odkręciłam kapsel i pociągnęłam solidny łyk.

– Skąd panią znam?

– Broniłam pana pięć lat temu. Byłam jeszcze aplikantką. Rozbój z niebezpiecznym narzędziem.

– Rzeczywiście! – Dawid klepnął się w czoło. Wyjął z kieszeni worek i ustawił na barze cztery kreski: – Poczęstuje się pani?

– Nie walę ścierwa – odpowiedziałam, myśląc że to amfetamina.

– Nawet nie ośmieliłbym się zaproponować pani ścierwa. W końcu dostałem tylko cztery lata, a powiedzmy uczciwie, należało mi się sześć. To kolumbijski koks. Niebo w nosie.

Zwinął sto złotych i strzelił sobie w obie dziurki.

Nigdy w życiu nie wciągałam kokainy. Z drugiej strony czułam, że z moim życiem wszystko jest dokumentnie nie tak jak trzeba. Chyba nie miałam wiele do stracenia…

– W sumie czemu nie…

Wzięłam od niego banknot i zrobiłam to samo co on.

***

Wszedłem do łazienki, gdzie Igor leżał w jacuzzi, obejmując obiema rękami sztuczne cycki jakiejś blondyny. Druga starała się zrobić mu loda pod wodą.

– Utopi się.

Wskazałem ręką na wynurzającą się laskę. Była jakby trochę sina na twarzy i łapała powietrze jak wigilijny karp.

– Nic jej nie będzie. Ma pojemne płuca. Wyjazd stąd.

Igor odepchnął od siebie dziewczyny, które wyskoczyły z chichotem z wody i wybiegły z łazienki. Zmieniłem ton na służbowy.

– Rozumiem, że skoro masz czas na zajebistą imprezkę, to ogarnąłeś temat słupa, który chciał się wycofać?

To nie były potulne baranki, tylko zgraja popierdolonych skurwysynów. Trzeba było trzymać ich mocno za ryje. Igor wiedział, kto za mną stoi, ale mimo to wielokrotnie musiałem udowadniać, że nie mam żadnych zahamowań, by temperować ich pomysły. Podwinąłem rękawy białej koszuli.

– Załatwione.

– Ja myślę. Nie chcę więcej słyszeć o takich przypałach, rozumiesz?

– Weź, kurwa, nie przesadzaj…

Igor ułożył się wygodniej w marmurowym brodziku. Błyskawicznie doskoczyłem do niego i wsadziłem mu głowę pod wodę. Zaczął się szamotać, ale trzymałem tak mocno, że nie miał szans. Po kilkudziesięciu sekundach pozwoliłem mu wynurzyć się i nabrać w płuca powietrza.

– Rozumiesz? – zapytałem jeszcze raz, dla odmiany głosem słodkim jak miód.

– Rozumiem. – Rozpaczliwie łapał powietrze. – Nie unoś się.

– Jeszcze nawet nie zacząłem.

Podszedłem do lustra i poprawiłem włosy oraz koszulę. Igor wyszedł z jacuzzi.

– Kiedyś podchodziłeś do tego na większym luzie. Chcesz, to pożyczę ci na chwilę te blondyny. Od razu się zrelaksujesz.

– Mam dość kurew. Pilnuj biznesu, bo zaraz z kim innym będziesz gadał!

Wyszedłem z łazienki i trzasnąłem drzwiami. Ruszyłem prosto do baru, gdzie zostawiłem Olkę. Zdziwił mnie zgromadzony przy nim tłumek chłopaków. Zacisnąłem szczęki. Olka ściągnęła bluzę i prezentowała im się właśnie w czarnym obcisłym podkoszulku. Połowa gapiła się na jej cycki tak, że miałem ochotę zrobić tu prawdziwy rozpierdol. Opowiadała o czymś z przejęciem, a oni co chwila wybuchali śmiechem. Kółko pierdolonej adoracji. Stanąłem bliżej i usłyszałem, że jej głos brzmi nienaturalnie. Mówiła za szybko, za głośno się śmiała. Czy ja przed chwilą pomyślałem, że jest mądra? Ta pierdolona kretynka wciągnęła z bandziorami kokainę.

***

Jezu. Co za uczucie. Miałam ochotę tańczyć, śpiewać i skakać. Czułam się wszechpotężna, seksowna, zabawna, kurewsko inteligentna. Mogłam zdobyć świat. Opowiadałam chłopakom o zachowaniu Dawida na sali rozpraw. Zresztą z jego pełnym błogosławieństwem.

– I wtedy ta prokurator, jak ona się nazywała?

– Marta Klerowicz – podpowiedział Dawid.