Kardynał Wyszyński. Biografia - Ewa K. Czaczkowska - ebook

Kardynał Wyszyński. Biografia ebook

Ewa K. Czaczkowska

0,0
47,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Był prymasem w najtrudniejszym dla polskiego Kościoła czasie. Jego życie i działalność to wielka manifestacja siły ludzkiego ducha i niezachwianej wiary. Autorytet dla wielu Polaków, mąż stanu, polityk. Ale przede wszystkim człowiek, który całe swoje życie oddał Bogu i Kościołowi.

Nowe, poszerzone wydanie znakomitej książki Ewy K. Czaczkowskiej "Kardynał Wyszyński. Biografia", to portret kapłana, który dzięki swej niezłomnej postawie ocalił Kościół w Polsce. Autorka sięga do licznych niepublikowanych wcześniej dokumentów. Analizuje donosy, które na niego składało najbliższe otoczenie – także uwięziony z nim kapelan i siostra zakonna. Opisuje jego relacje z komunistyczną władzą i – po raz pierwszy tak szeroko - z opozycją demokratyczną. Wyjaśnia powody trudnych stosunków Kardynała z watykańską dyplomacją. Pokazuje także nieznaną dotąd aktywność Wyszyńskiego w czasie Soboru Watykańskiego II. Przede wszystkim jednak Czaczkowska przybliża czytelnikowi prawdziwego człowieka - autorytarnego, wymagającego, konsekwentnie realizującego swój program dla Kościoła w Polsce. Ta książka to niezwykła opowieść o jednym z najwybitniejszych Polaków XX wieku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1210

Data ważności licencji: 9/16/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Prowadził ich przez mrok

Wielkość postaci historycznej mierzy się także zainteresowaniem jej życiem przez kolejne pokolenia. Książka Ewy K. Czaczkowskiej pokazuje, że postać Sługi Bożego Stefana kard. Wyszyńskiego żyje w naszej świadomości, inspiruje do poszukiwań i stawiania nowych pytań. Jest także ważnym świadectwem dociekliwości pokolenia, które nie miało już z nim osobistego kontaktu, lecz próbuje na własny sposób zmierzyć się zarówno z biografią Prymasa Tysiąclecia, jak i jego legendą. Autorka jest dobrze do tego zadania przygotowana. Od wielu lat jako dziennikarka zajmuje się tematyką religijną, ma także odpowiednie wykształcenie i doświadczenie w pracy historycznej, zdobyte m.in. przy pisaniu biografii ks. Jerzego Popiełuszki. O tym, że nawet postacie tak silnie zakorzenione w naszej świadomości i kulturze religijnej jak św. Faustyna Kowalska można przedstawić inaczej, przekonuje napisana przez Ewę Czaczkowską pasjonująca biografia pt. Siostra Faustyna. Biografia świętej.

Także jej monografia poświęcona Prymasowi Tysiąclecia pt. Kardynał Wyszyński, która ukazała się w serii Autoportrety w 2009 roku, spotkała się z przychylnymi recenzjami i zdobyła sobie licznych czytelników. Obecnie mamy do czynienia z jej poszerzonym wydaniem. Oprócz napisania zupełnie nowych rozdziałów autorka dokonała w swej pracy licznych uzupełnień, możliwych dzięki dodatkowym kwerendom i badaniom. Warto dodać, że Ewa Czaczkowska w swym pisarstwie historycznym nie tylko postawiła na sprawną narrację, ale profesjonalnie zbadała zawartość licznych archiwów, aby podjąć się ustalenia nowych faktów oraz naszkicować wieloraką postać Stefana Wyszyńskiego jako księdza, naukowca specjalizującego się w katolickiej nauce społecznej, wreszcie biskupa, prymasa Polski, członka kolegium kardynalskiego oraz duchowego przywódcy, próbującego ogarnąć dziejowe przeznaczenie własnego narodu. Publikacja Ewy Czaczkowskiej jest tym ważniejsza, że pomimo wielu opracowań monograficznych, cząstkowych, nikt – poza nią – nie podjął się trudu zmierzenia na nowo z biografią kard. Stefana Wyszyńskiego.

Od chwili ukazania się w 1982 roku w Paryżu prekursorskiego studium Andrzeja Micewskiego Kardynał Wyszyński. Prymas i mąż stanu aż do czasu ukazania się jej książki nie było publikacji, której autor w sposób równie wszechstronny próbowałby się zmierzyć z najważniejszymi wątkami posługi wielkiego kapłana i przewodnika narodu, a także z jego nauczaniem. Autorka umieszcza swoje rozważania na tle szerokiej panoramy dziejowej, dzięki czemu jej książka jest także ważnym przyczynkiem do rozważań o dziejach najnowszych Kościoła w Polsce. Zasługą Ewy K. Czaczkowskiej jest to, że nie tylko wykorzystała obszerną literaturę na ten temat, ale dotarła również do wielu nowych, nieznanych dokumentów, zgromadzonych w Instytucie Pamięci Narodowej, Archiwum Prymasa Polski, Archiwum Instytutu Prymasowskiego Stefana Kardynała Wyszyńskiego oraz Archiwum Akt Nowych, m.in. do Pro memoria Prymasa, pokazujących jego stosunek do opozycji demokratycznej i narodzin Solidarności, oraz obszernej dokumentacji z lat jego uwięzienia. Co ważne, ten specyficzny rodzaj źródeł, jakimi są materiały peerelowskich organów bezpieczeństwa bądź administracji państwowej, odpowiedzialnej za prowadzenie polityki wyznaniowej komunistycznego państwa, potrafiła krytycznie ocenić i zweryfikować. Dzięki temu uniknęła sądów uproszczonych i jednostronnych, często natomiast doszła do nowych i ciekawych konkluzji. Potrafiła także dotrzeć do wielu świadków epoki, choć z pewnością ich lista nie została wyczerpana. Jednak i tak udało jej się na przykład porozmawiać z ludźmi, którzy nie doczekają się już nowej edycji jej pracy, a przez całe życie byli blisko prymasa Polski. Wartość ich wypowiedzi, nawet subiektywnych, zabarwionych wielkimi emocjami, nie tylko dodaje książce kolorytu, lecz także wzbogaca ją o nowe, często ważne świadectwa. Z pewnością autorka nie wykorzystała wszystkich źródeł pisanych, bo wtedy potrzebna byłaby dodatkowa ogromna kwerenda nie tylko w archiwach państwowych, ale i kościelnych. Odrębnym zagadnieniem jest dostępność dokumentacji wytworzonej przez Sekretariat Stanu Stolicy Apostolskiej, z pewnością kluczowej dla zrozumienia zarówno wielu działań samego Prymasa, jak i jego pozycji w Kościele powszechnym. Nie ulega bowiem wątpliwości, że postać kard. Wyszyńskiego zasługuje na szersze ujęcie jako osoby w jakimś sensie symbolicznej dla dziejów Kościoła w XX wieku. Przyszło mu bowiem zmierzyć się nie tylko z dwoma totalitaryzmami, ale także stawić czoła wieloletniej, zaplanowanej ateizacji, która była częścią zmagań o duszę narodu i o jego tożsamość. Zdawał sobie też sprawę z tego, jaki kryzys przeżywa chrześcijaństwo na Zachodzie, i chciał Kościołowi nad Wisłą oszczędzić wielu gorzkich doświadczeń. Stąd brała się jego wstrzemięźliwość, jeśli chodzi o natychmiastową i prostą recepcję nauczania Soboru Watykańskiego II w polskich warunkach. Jest kwestią do dyskusji, ile w tym było wyczucia wszystkich zagrożeń i niebezpieczeństw, a ile dystansu wobec niektórych soborowych propozycji, które szybko na Zachodzie zaczęły wydawać owoce inne aniżeli oczekiwano.

W tym sensie do napisania pozostają ciągle rozdziały na temat relacji kard. Wyszyńskiego z kolejnymi papieżami: Piusem XII, Janem XXIII, Pawłem VI, Janem Pawłem I oraz Janem Pawłem II. Mało znana jest rola, jaką prymas Polski odgrywał w kwestiach tzw. polityki wschodniej Stolicy Apostolskiej, a był to jeden z najważniejszych kierunków zaangażowania papiestwa w czasach pontyfikatu Jana XXIII, a przede wszystkim Pawła VI. Wiadomo, że dla Stolicy Apostolskiej przygotowywał specjalne studia na temat sytuacji katolików na obszarze ówczesnego Związku Sowieckiego, interesując się zwłaszcza położeniem Kościoła na byłych Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej. Miał także przekazane mu przez Stolicę Apostolską szczególne uprawnienia jurysdykcyjne w stosunku do katolików na Wschodzie. Niewiele nadal wiemy o udziale prymasa Polski w stworzeniu tam struktur Kościoła podziemnego, czego elementem było tajne wyświęcenie przez niego w Gnieźnie w czerwcu 1967 roku na biskupa ks. Jana Cieńskiego ze Złoczowa z archidiecezji lwowskiej, który przez 25 lat służył wiernym zarówno obrządku łacińskiego, jak i wschodniego. Bez tej posługi odrodzenie Kościoła na Wschodzie w latach 90. byłoby trudniejsze. Dopiero pamiętając o tych faktach, dostrzec można szerszy, nie tylko polski, wymiar posługi kard. Wyszyńskiego, a także jej znaczenie dla Kościoła powszechnego w ubiegłym stuleciu. Napisanie tych rozdziałów wymagałoby jednak kwerendy w archiwach ukraińskich i białoruskich, a także udostępnienia wszystkich dokumentów znajdujących się w archiwach kościelnych w Polsce, a zwłaszcza, notatek i dzienników Sługi Bożego. Na ponadnarodowy wymiar posługi Prymasa autorka wskazuje w uzupełniającym tę edycję rozdziale o udziale kard. Wyszyńskiego w pracach Soboru Watykańskiego II, przy czym – jak się wydaje – jest to temat ciągle wymagający dalszych poszukiwań źródłowych oraz konfrontacji świadectw poszczególnych osób z dokumentami kościelnymi, ale także służby zagranicznej poszczególnych krajów. Sprawa ma wielkie znaczenie. Bez wyjątkowej pozycji prymasa Polski nie byłoby historycznego konklawe jesienią 1978 r. i wyboru Papieża Polaka. Biografowie Karola Wojtyły ciągle – w moim przekonaniu – zbyt słabo akcentują udział kard. Wyszyńskiego w tym historycznym wydarzeniu, choć sam Jan Paweł II podkreślał to wielokrotnie zarówno słowem, jak i gestem.

Autorce udało się w książce naszkicować wizerunek Prymasa żywego, a nie koturnowego bohatera, który nigdy nie popełnia błędów i zawsze ma rację. Pisze także o sprawach kłopotliwych, np. problemach kard. Wyszyńskiego ze zgromadzeniami zakonnymi czy poszczególnymi biskupami oraz różnicy zdań z watykańskimi dyplomatami. Nie zawsze były to relacje wolne od napięć i konfliktów, gdyż choć członkowie episkopatu Polski nigdy nie kwestionowali wyjątkowej roli Prymasa Polski, czasem nie zgadzali się z jego poszczególnymi posunięciami. Było to tym trudniejsze, że uwikłane w świadome działania dezintegracyjne i prowokacje ze strony komunistycznych władz, które starały się Kościół podzielić w ramach różnych operacji dezintegracyjnych, aby w konsekwencji go zniszczyć. Nie ulega bowiem wątpliwości, że mimo wielu taktycznych manewrów zasadniczym celem komunistycznego aparatu władzy była pełna kontrola nad Kościołem, ograniczanie jego wpływów, wykorzenienie wiary i budowa nowego, ateistycznego światopoglądu. W tym sensie czasy PRL były nie tylko próbą politycznego ograniczenia wolności Polaków, przekreśleniem ich dążeń do suwerenności i zmuszeniem do uległości wobec Związku Sowieckiego. Były także zmaganiem o kształt polskiej duszy. Stawką była przyszłość Kościoła. Autorka umiejętnie pokazuje, że kard. Wyszyński, odwołując się do pokładów narodowej tożsamości i religijności, podjął to wyzwanie i zwyciężył w walce o zachowanie żywej wiary Polaków. Narodowi zrozpaczonemu po wojennych klęskach, przesuniętemu brutalnie ze Wschodu na Zachód, wykorzenionemu, Prymas dał poczucie sensu trwania w nowych okolicznościach. Potrafił to trudne, a dla wielu zupełnie niezrozumiałe i tragiczne doświadczenie: utratę ojczyzny na Kresach Wschodnich i przymusowe przesiedlenia na Ziemie Zachodnie i Północne, wpisać w logikę planów Opatrzności Bożej. Odwołując się do piastowskiego dziedzictwa na tym obszarze, przekonywał Polaków do zaproponowanej przez siebie interpretacji sensu narodowych dziejów. Z tego nauczania czerpał konkretne wskazówki do sposobu wytrwania i przetrwania w komunistycznym państwie. Autorka słusznie więc podkreśla uniwersalność nauczania kard. Wyszyńskiego. W każdym bowiem czasie ważne będą prymasowskie pouczenia o naszych obowiązkach wobec Boga, Ojczyzny i nas samych.

Po lekturze książki stawiać można także pytanie, na czym polegała świętość Prymasa Tysiąclecia i dlaczego właśnie jego rodacy obdarzyli tak wyjątkowym tytułem, choć wielkich i świątobliwych hierarchów stojących na czele polskiego Kościoła w przeszłości nie brakowało. Zadaniem odpowiednich gremiów kościelnych było wskazanie wszystkich rysów świętości w życiu i nauczaniu Sługi Bożego, stworzenie jego portretu duchowego, ustalenie, jak realizował w praktyce cnoty kardynalne: roztropność, sprawiedliwość, umiarkowanie i męstwo. Książka Ewy Czaczkowskiej nie jest hagiografią prymasa Wyszyńskiego, tylko bardzo sprawnie i rzeczowo napisaną biografią z ambicjami dzieła naukowego, choć na wiele tych duchowych pytań także stara się odpowiadać.

Z pewnością z wieloma sądami i ocenami autorki można, a może nawet należy się spierać, ale nie umniejsza to w żaden sposób wartości książki. Autorka wyraźnie wskazuje na ważny rys świętości prymasa Wyszyńskiego, nauczyciela i przewodnika, który potrafił przez pryzmat Ewangelii odczytywać znaki czasów. Prowadził naród przez mrok lat komunizmu, nie pozwalając mu w czasach chaosu zapomnieć o Bogu. Samotny wobec dziejów i te dzieje współkształtujący. Można go podziwiać, można się z nim spierać, lecz nie można wobec dzieła jego życia przejść obojętnie, o czym świadczą także wierni modlący się przy grobie Sługi Bożego w warszawskiej archikatedrze.

dr Andrzej Grajewski

Aresztowanie

Był wieczór piątek 25 września 1953 roku. Prymas Stefan Wyszyński leżał już w łóżku w sypialni na pierwszym piętrze pałacu arcybiskupów warszawskich przy ulicy Miodowej w Warszawie. Przed godziną wrócił z kościoła św. Anny, gdzie w dzień bł. Ładysława z Gielniowa, patrona stolicy, odprawił mszę. „Mówcie za mnie różaniec”, prosił na zakończenie. Dochodziła godzina 22.30, gdy jego kapelan ks. Hieronim Goździewicz zameldował, że do bramy pałacu dobija się kilka osób. Przedstawiły się jako delegacja ministra Antoniego Bidy, szefa Urzędu ds. Wyznań1.

– O tej porze? – Prymas domyślał się celu późnej wizyty. Kazał otworzyć bramę. Szybko się ubrał, schodząc na dół, zapalił na piętrze wszystkie światła. To samo zrobił na parterze. – Niech Warszawa wie, co się dzieje w domu prymasa.

W tym czasie grupa funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa (UB) przeskoczyła przez mur okalający pałac od strony ogrodu. Tam spotkał ich bp Antoni Baraniak, sekretarz prymasa.

– Ci panowie chcieli strzelać – zdenerwowany relacjonował prymasowi.

– Szkoda, że nie strzelali, wiedzielibyśmy, że to napad, a tak to nie wiemy, co sądzić o tym nocnym najściu.

Nagle jeden z ubeków krzyknął. Baca, owczarek prymasa, dobrze wyczuł złe zamiary nieproszonych gości. Ugryzł funkcjonariusza w palec. Rana nie była groźna. Prymas polecił siostrze Maksencji, elżbietance, która zawiadywała prymasowskim gospodarstwem, przynieść jodynę i opatrzyć ranę.

„Wreszcie wszystko się wyjaśniło. Jeden z panów zdjął palto, wyjął z teki list i otworzywszy – podał papier zawierający decyzję rządu”, notował później prymas. Z pisma dowiedział się, że rząd zakazuje mu dalszego wykonywania funkcji kościelnych. Ma opuścić Warszawę i zamieszkać w wyznaczonym klasztorze bez prawa opuszczenia go aż do nowego zarządzenia władz.

– Decyzji tej nie mogę się poddać i dobrowolnie tego domu nie opuszczę. Przedstawiciele rządu tyle razy prowadzili ze mną rozmowy – i pan Mazur, i pan prezydent Bierut. Jeśli są niezadowoleni z mojego postępowania, znali drogę, by mi o tym powiedzieć – powiedział prymas.

Na życzenie oficera złożył jednak na dokumencie parafkę i dopisał: „Powyższe przeczytałem”, po czym oddał pismo płk. Karolowi Więckowskiemu, szefowi Departamentu XI Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (MBP), odpowiedzialnemu za walkę z Kościołem. Aresztowanie prymasa przeprowadzili, poza Więckowskim, funkcjonariusze MBP: por. Kazimierz Opara, płk Zbigniew Paszkowski i por. Puchała.

W tym czasie kilkunastu innych funkcjonariuszy UB przeszukiwało pałac. Rewizję prowadzili najpierw w pomieszczeniach służbowych i prywatnych prymasa, a następnie w pokojach innych mieszkańców domu.

Wyszyński nie był zaskoczony nocnym najściem UB. Od miesięcy przygotowywał się na taką ewentualność. Dużo wcześniej polecił siostrze Maksencji skompletować ciepłą bieliznę, skarpety, palto, uszyć dobre buty. Jednak w momencie aresztowania, gdy płk Więckowski zapytał, jakie rzeczy każe sobie zapakować, prymas odpowiedział, że niczego mu nie potrzeba.

– Jak to nie potrzeba, nie rozumiem – zdziwił się płk Więckowski.

– Przyszedłem tu z gołymi rękoma i tak odejdę. Nie mam nic własnego z wyjątkiem książek. Otrzymałem wszystko po kard. Hlondzie – koszule, buty... Wszystko, co tu jest, jest własnością prymasa Polski – odpowiedział prymas.

Siostra Maksencja, przynaglona przez funkcjonariusza, spakowała jednak walizkę. Inny ubek przyprowadził bp. Baraniaka, najbliższego współpracownika prymasa, który kilka godzin później również został aresztowany. Prymas, sądząc, że to bp Baraniak zastąpi go podczas nieobecności, złożył przed nim deklarację: „Jako arcybiskup gnieźnieński i warszawski, prymas Polski, kardynał, legat Stolicy Świętej ze specjalnymi uprawnieniami na wszystkie diecezje i diecezje zachodnie oświadczam, że nie rezygnuję z tych stanowisk. Za konsekwencje mojego usunięcia niech ponoszą odpowiedzialność ci, którzy wydali rozkaz”.

Prymas wziął brewiarz i różaniec. Podano mu płaszcz oraz kapelusz. Siostrze Maksencji zdążył jeszcze powiedzieć, że gdyby został postawiony przed sądem, nie potrzebuje adwokatów. Sam będzie się bronił.

Na chwilę wszedł jeszcze do kaplicy. Potem wsiadł do samochodu, a z nim trzech funkcjonariuszy UB. Było już po północy z 25 na 26 września 1953 roku, gdy samochód z prymasem odjechał sprzed pałacu arcybiskupów. Z ulicy Miodowej skręcił w Długą, gdzie otoczyło go sześć innych aut. Kolumna wjechała na Trasę W–Z, następnie skręciła w stronę Jabłonnej. Jechała przez Nowy Dwór Mazowiecki, Golub-Dobrzyń w kierunku Grudziądza. Tu po krótkim postoju samochody zawróciły do Jabłonowa Pomorskiego. Prymas nie wiedział, dokąd jedzie. W piśmie pokazanym mu kilka godzin wcześniej przez oficera UB przeczytał tylko, że do jakiegoś klasztoru. O czym myślał w czasie tej podróży? Może o tym, że nie jest pierwszym więzionym metropolitą Warszawy. W 1863 roku władze carskie zesłały na 20 lat w głąb Rosji abp. Szczęsnego Felińskiego za nielojalność wobec caratu.

Kilka godzin po północy 26 września 1953 roku samochód zatrzymał się przy bramie klasztoru Kapucynów w Rywałdzie Królewskim, niedaleko Jabłonowa Pomorskiego. Zakonnicy, zupełnie zaskoczeni najazdem nieproszonych gości, mimo agresywnych nalegań ubeków nie wpuścili ich. O piątej rano, gdy kapucyni jak zwykle otworzyli bramy i kościół, funkcjonariusze MBP wtargnęli do klasztoru i zajęli część pierwszego piętra. Według relacji mieszkającego w klasztorze o. Wiesława Sujaka jeden z braci zdołał zauważyć prymasa2.

W pałacu na ulicy Miodowej wciąż trwała rewizja. Do szóstej wieczorem 26 września funkcjonariusze UB sprawdzili wszystkie pomieszczenia – od piwnicy po strych. Wywożenie dokumentów, które prawdopodobnie miały być wykorzystane w procesie pokazowym prymasa, książek i innych przedmiotów trwało jeszcze dwie godziny. Operacja zakończyła się o godzinie 20. Większość materiałów zabranych przez UB prymas odzyskał pod koniec listopada 1956 roku. Jednak część z nich przechowywana w archiwum dawnego MSW została odnaleziona dopiero niedawno w zbiorach Instytutu Pamięci Narodowej (IPN).

Nazajutrz po aresztowaniu prymasa, w sobotę 26 września, w „Trybunie Ludu”, organie prasowym KC PZPR, ukazał się artykuł Edwarda Ochaba, członka Biura Politycznego PZPR, zatytułowany Kto przeszkadza w normalizacji stosunków między Kościołem i Państwem?3. Ochab ostro atakował w nim prymasa. Oskarżył go o politykę antypaństwową i warcholstwo, o dążenie do rozbicia jedności narodu, o działania przeciw utworzeniu stałych diecezji na Ziemiach Zachodnich. „Prymas Wyszyński w pierwszym rzędzie ponosi odpowiedzialność za sabotowanie i łamanie Porozumienia [zawartego między rządem a episkopatem 14 kwietnia 1950 roku], za faktyczną pomoc okazywaną zachodnioniemieckim Krzyżakom i angloamerykańskim wrogom naszego narodu w szkalowaniu i zohydzaniu Polski Ludowej. Wielokrotne ostrzeżenia ze strony rządu i społeczeństwa nie zmitygowały awanturniczego wychowanka Watykanu. Ale Polska Ludowa nie jest Polską szlachecką, w której warcholstwo karmazynów uchodziło bezkarnie, a agenci i zausznicy Watykanu rządzili się jak szare gęsi”.

Słowa Ochaba brzmiały jak wyrok, ale oficjalnej informacji o aresztowaniu prymasa wciąż nie było.

Wiadomość o tym rozchodziła się jednak szybko pocztą pantoflową. Już w sobotę ludzie przychodzili pod pałac na ulicę Miodową w nadziei, że dowiedzą się czegoś więcej. Wieczorem przyjechała przyrodnia siostra prymasa Julia Wyszyńska. Ale pałac był ciemny, nikt się nie pokazywał i nie można się było niczego dowiedzieć. W niedzielę o aresztowaniu prymasa powiedział z ambony w kościele Sióstr Wizytek ks. Jan Zieja, przyjaciel i współpracownik Wyszyńskiego. Apelował o wierność prymasowi i Kościołowi, za co niebawem został przeniesiony poza Warszawę jako „uciążliwy obywatel”4.

Historyk dr Jacek Żurek przypuszcza, że przeniesienie poza Warszawę mogło być wyłącznie inicjatywą kurii warszawskiej.

– Ks. Zieja mówił po latach, że za Warszawę przeniosła go kuria warszawska po to, by go chronić przed represjami władz – podkreśla Żurek. – W materiałach UB zachowały się informacje o tym, że ks. Zieja po aresztowaniu Wyszyńskiego w rozmowach, także w seminarium warszawskim mocno krytykował biskupów, co musiało nie podobać się kurialistom. To był chyba powód wysłania go poza Warszawę przez władze kościelne.

Władze nie ogłaszały informacji o aresztowaniu prymasa w obawie, że taka wiadomość może doprowadzić do wybuchu społecznego niezadowolenia. Musiały najpierw przygotować sobie grunt. Mieli im w tym pomagać działacze PAX. Według informacji uzyskanych przez Jana Nowaka-Jeziorańskiego w noc aresztowania prymasa Bolesław Piasecki i jego najbliżsi współpracownicy zostali o tym uprzedzeni przez Julię Brystygier, dyrektor Departamentu V MBP. Brystygierowa zapoznała ich także z oświadczeniem, które mieli podpisać biskupi. Na jej polecenie działacze PAX 26 września rozjechali się po kraju, aby przeprowadzić poufne rozmowy z biskupami. Mieli ich uprzedzić, że aresztowany zostanie każdy, kto nie podpisze oświadczenia, a także każdy biskup – poza Michałem Klepaczem – który zostanie wybrany na przewodniczącego episkopatu. Pośrednio tę wersję zdarzeń potwierdził Andrzej Micewski, ale zaprzeczył jej Ryszard Reiff, działacz PAX5.

Wiadomo natomiast, że w sobotę 26 września z posłami Stowarzyszenia PAX spotkał się w sejmie Edward Ochab. Jedynie poseł Konstanty Łubieński miał oponować przeciw temu, co się stało. Przekonywał, że aresztowanie prymasa jest błędem, bo wykorzysta go do akcji antypolskiej „propaganda niemiecka i amerykańska”, a rząd polski stracił w episkopacie rozmówcę, który „rozumiał konieczność przemian społeczno-ekonomicznych” i był „najbardziej postępowy z całego episkopatu”. Wreszcie – mówił – trudno będzie ludziom wytłumaczyć, że aresztowanie ma charakter polityczny, a nie walki ideologicznej6. Łubieński z powodu tej wypowiedzi uchodził w oczach swych kolegów za bohatera, co nie zmienia faktu, że organ prasowy PAX „Słowo Powszechne” szedł w tej sprawie ręka w rękę z „Trybuną Ludu”.

Gdy Ochab rozmawiał z posłami PAX-u, wicepremier Józef Cyrankiewicz był już w kontakcie z biskupami. Miał za zadanie zmusić do kapitulacji episkopat. I to szybko. Już w noc aresztowania kard. Wyszyńskiego u biskupa łódzkiego Michała Klepacza, mającego opinię kompromisowego, pojawiła się płk Julia Brystygier. Przekonywała go, by objął funkcję przewodniczącego episkopatu. Klepacz kilka lat później w obecności uwolnionego prymasa wspominał tamtą noc i rozmowę: „ja w tym czasie, też nocą, późną godziną, miałem ten temat rozmowy. I wówczas powiedziałem, że aresztowanie ks. Prymasa rozlegnie się potężnym echem w całym świecie. – Tak, pokrzyczą jak po kardynale Mindszentym, a później ucichną”7, usłyszał w odpowiedzi.

To był dopiero początek trzydniowych rozmów między rządem a episkopatem. Na godzinę 11 do Urzędu Rady Ministrów został wezwany sekretarz episkopatu bp Zygmunt Choromański. Cyrankiewicz chciał się koniecznie dowiedzieć, kto zostanie następcą Wyszyńskiego. Trzy godziny później odbyło się spotkanie wicepremiera z członkami kościelno-rządowej komisji mieszanej – biskupami Michałem Klepaczem, Zygmuntem Choromańskim i Tadeuszem Zakrzewskim. „Takich konferencji odbyło się kilka w niedzielę i poniedziałek”, relacjonował episkopatowi w poniedziałek bp Choromański. „Rząd się spieszy, ale nie ustąpi”, dodał. Komisja Główna Episkopatu, naglona sytuacją, zebrała się już w niedzielę8. Na zebranie plenarne w poniedziałek przyjechało 15 biskupów, w tym 10 ordynariuszy, 5 biskupów pomocniczych oraz 6 wikariuszy kapitulnych. W tym czasie 16 biskupów, łącznie z prymasem, było uwięzionych, internowanych albo wyrzuconych z diecezji9. Między rządem a biskupami trwało nerwowe ustalanie zasad wyboru następcy Wyszyńskiego oraz treści deklaracji, jaką episkopat miał wydać w związku z nową sytuacją. Biskupi nie chcieli się zgodzić, by rząd wskazywał im, kogo mają wybrać na przewodniczącego episkopatu. Cyrankiewicz nie ustępował: wybór nowego przewodniczącego musi być uzgodniony z rządem. Stanęło na tym, że episkopat wybierze dwóch kandydatów na przewodniczącego, a jednego z nich wskaże rząd. Episkopat, istotnie, wybrał dwie osoby: bp. Michała Klepacza i abp. Walentego Dymka, ale ten ostatni propozycji nie przyjął10. W ten sposób przewodniczącym został bp Klepacz, który od początku był wskazywany przez rząd. Dłużej trwało natomiast ustalenie treści deklaracji. Na spotkaniu z biskupami 26 września Cyrankiewicz domagał się, aby w dokumencie biskupów znalazło się „wyrażone stanowisko wobec prymasa, potępienie biskupa Kaczmarka, Stolicy Apostolskiej, »L’Osservatore Romano«, zachodnioniemieckiego duchowieństwa, kanclerza RFN Konrada Adenauera, »imperialistycznych zapędów Ameryki« i by uwypuklono w nim te punkty porozumienia państwa z Kościołem z 1950 r., które mówiły o działalności konspiracyjnej duchowieństwa i wyciąganiu konsekwencji kanonicznych wobec skazanych sądownie księży”11.

Biskupom udało się uniknąć podpisania takiej deklaracji, ale tę wersję episkopatu, w której z dezaprobatą mówiono o niedawnym procesie bp. Czesława Kaczmarka i aresztowaniu prymasa, Cyrankiewicz odrzucił12.

Wreszcie w poniedziałek 28 września biskupi zgodzili się przyjąć deklarację. „Episkopat Polski w trosce o dobro Kościoła i narodu, a zarazem w interesie jedności i zwartości naszego narodu, zdecydowany jest starać się, aby nie dopuścić na przyszłość do wypaczania intencji i treści Porozumienia z kwietnia 1950 roku i stworzyć sprzyjające warunki dla normalizacji stosunków między Państwem a Kościołem”13, brzmiało pierwsze zdanie deklaracji. Bp Choromański widział jej dobre strony: „Deklaracja Episkopatu nic nie mówi o Kardynale Prymasie – może to i lepiej, jeżeli nie może zawierać protestu o tym, co się stało”. To było szukanie światła w ciemności. Akt, zgodnie z intencją rządu, został w społeczeństwie odczytany jako odcięcie się biskupów od prymasa Wyszyńskiego. Episkopat w tej samej deklaracji odciął się również od bp. Kaczmarka, który kilka dni wcześniej został skazany na 12 lat więzienia za rzekome szpiegostwo. I znów sekretarz episkopatu bp Choromański tłumaczył, że przecież nie potępiono biskupa, tylko „fakty ujawnione w procesie”. Biskupi zapowiedzieli też w deklaracji, że będą karać duchownych wkraczających „na drogę szkodzenia ojczyźnie”. Potępili antypolską i rewizjonistyczną działalność części kleru niemieckiego, powołującego się przy tym na Watykan. Bp Choromański wyjaśniał, że deklaracja „nie zajmuje stanowiska wobec Watykanu”, a tylko stwierdza, że odłam duchowieństwa niemieckiego nadużywa autorytetu Stolicy Świętej14. Bp Klepacz przyznał: „deklaracja, którą uchwalił episkopat, jest polityczną wygraną Rządu”. I tłumaczył: „w długofalowym planie Kościoła takie postawienie sprawy było jedynie słuszne”15.

Biskupi działali pod ogromną presją. Przedstawiciele władz sugerowali, że położenie prymasa zależy od ich postawy. Liczyli się z tym, że po prymasie władze aresztują kolejnych członków episkopatu. Być może zastanawiali się, kto będzie następny. Nie brali widać pod uwagę, co później wytknął im prymas, że rząd był w trudnej sytuacji, bo musiał wytłumaczyć przed społeczeństwem jego uwięzienie. A zatem biskupi mogli wykorzystać trudne położenie władz i coś wytargować dla Kościoła. Jednak biskupi zrobili jeszcze jeden poważny błąd. Nie wiedzieli, gdzie jest przetrzymywany prymas. Rozmówcy ze strony rządowej sugerowali, że może być wszczęte przeciw niemu dochodzenie sądowe, dlatego, obawiając się, że prymas siedzi w więzieniu jak bp Kaczmarek, podpisali prośbę do władz o umieszczenie go w jednym z klasztorów16. Intencja zapewne była zbożna, ale efekt w odbiorze społecznym fatalny. Na tej też podstawie komuniści w 1956 roku głosili, że prymas jest izolowany w porozumieniu z episkopatem. Chcieli przenieść odpowiedzialność na biskupów. Tymczasem w 1953 roku biskupi przyjęli jeszcze jeden dokument – apel do wiernych, by kierowali się wytycznymi episkopatu. Był to wyraźny sygnał, aby w związku z aresztowaniem prymasa nie podejmowali żadnych akcji protestacyjnych. Kapłani zostali wprost zobowiązani do przeciwdziałania „wszelkim próbom siania niepokoju, godzącym we wspólne dobro Kościoła i państwa”17. To był tragiczny dzień w historii episkopatu Polski. Biskupi, którzy jeszcze niedawno krytykowali prymasa za zbytnią uległość wobec komunistów, sami skapitulowali na całej linii. Klepacz z biskupami Zygmuntem Choromańskim i Tadeuszem Zakrzewskim, członkami komisji mieszanej, zostali przyjęci przez Bolesława Bieruta w Belwederze. Według relacji bp. Zakrzewskiego premier Bierut po rozmowie utrzymywanej w życzliwym tonie powiedział, że byłoby mu bardzo miło, gdyby biskupi wypili z nim kawę, po czym otworzyły się drzwi do sali ze stołami zastawionymi smakołykami. Wokół stali fotoreporterzy. Biskup Klepacz podziękował, mówiąc: „w chwili, kiedy Kościół w Polsce i cały nasz naród jest w żałobie, nie możemy brać udziału w tym posiłku”18. Bierut nie nalegał.

Dopełnieniem deklaracji było ślubowanie na wierność Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, jakie biskupi złożyli 17 grudnia 1953 roku w Belwederze, który był wówczas siedzibą Rady Państwa. Nie wszyscy będący na wolności biskupi i wikariusze kapitulni się stawili (ale ślubowania dopełnili w wojewódzkich Urzędach ds. Wyznań). Rota przysięgi, zaczynająca się od słów: „Ślubuję uroczyście wierność Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i jej rządowi”, była tą samą, którą 5 maja 1953 roku przedstawił premier Bierut w zarządzeniu do dekretu z 9 lutego. Rota miała charakter ogólny, nie zawierała elementów antykościelnych ani antykatolickich, jednak jej złożenie było – jak zauważa dr Bartłomiej Noszczak – wyrazem słabości episkopatu i jego upokorzeniem. Biskupi dokonali bowiem aktu, który w takiej formie został w maju 1953 roku odrzucony przez Komisję Główną Episkopatu19.

– Biskupi zachowali się strasznie – mówi Bohdan Cywiński. W jego opinii jednak to nie strach przed reakcją komunistów był najważniejszym tego powodem. – Część biskupów była przeciwna niektórym decyzjom prymasa, część mówiła, że się doigrał. W gruncie rzeczy chodziło o to, że on był wybrany na prymasa wbrew opinii większości z nich.

Zdaniem informatorów MBP również księża zbliżeni do kurii warszawskiej uważali, że „cena, za jaką episkopat odciął się od Wyszyńskiego, jest niesłychanie wysoka i osłabi autorytet episkopatu, który przecież mógł mocniej trwać na swoim stanowisku, stawiając – według nich – rząd w bardzo trudnej sytuacji. Przy czym podkreślają, że za rok czy za pół roku Klepacz zostanie również przyparty do muru przez nowe żądania i wreszcie dojdzie do tego, że z episkopatu nikt nie zostanie”20.

Honor episkopatu próbował ratować ks. Wojciech Zink, rządca diecezji warmińskiej i wikariusz generalny prymasa. Zink przyjął pod naciskiem władz wybór na wikariusza kapitulnego, co unormował abp Wyszyński, czyniąc go swoim wikariuszem generalnym. Wdzięczny prymasowi za tę decyzję ks. Zink jako jedyny odmówił rozesłania deklaracji i komunikatu episkopatu do dziekanów, aby ci odczytali go w kościołach 4 października. „Tylko pies Baca i ksiądz Zink upomnieli się o swojego prymasa”, powtarzał później z goryczą Wyszyński. Według innej wersji prymas miał powiedzieć, że upomnieli się o niego tylko pies i Niemiec (ks. Zink był warmińskim autochtonem). Te słowa – mniej poprawne politycznie – lepiej oddają dramat opuszczenia. Ks. Zink drogo zapłacił za swoją postawę. Kilka dni później został aresztowany. W więzieniu spędził 16 miesięcy, ale po wyjściu nie mógł wrócić do diecezji21.

– Publicznie zaprotestował jedynie abp Józef Gawlina, który był członkiem polskiego episkopatu, choć rezydował w Rzymie – mówi Jacek Żurek. – Gawlina po ślubowaniu biskupów Klepacza i Choromańskiego przysłał do episkopatu piękną depeszę, w której sprzeciwiał się zachowaniu biskupów. Odpowiedział mu bp Choromański, ale nie była to ładna odpowiedź.

Wreszcie, po czterech dniach po zatrzymaniu prymasa, władze poinformowały o tym społeczeństwo – 29 września 1953 roku na pierwszej stronie „Słowa Powszechnego” i „Trybuny Ludu” opublikowano dokumenty rządu i episkopatu. Prezydium Rady Ministrów oskarżało abp. Wyszyńskiego o to, że mimo ostrzeżeń uporczywie nadużywał pełnionych funkcji do łamania porozumienia z rządem, podburzał i wytwarzał atmosferę jątrzenia, która sprzyjała wrogiej działalności, „co jest szczególnie szkodliwe w obliczu zakusów na nienaruszalność Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”22. Obok ukazała się deklaracja episkopatu i oświadczenie wicepremiera Cyrankiewicza chwalącego stanowisko biskupów. W odredakcyjnym komentarzu „Trybuna Ludu” pisała, że polska opinia publiczna, „w tym ogół wierzących i szerokie koła duchowieństwa”, od dawna oczekiwały opamiętania ze strony „kierownika episkopatu” (tak komuniści nazywali prymasa) i odcięcia się od jego „zgubnej i szkodliwej linii politycznej”.

– Uwięzienie prymasa było porażką władz państwowych, ale także przegraną polityki Wyszyńskiego. Polityki opartej na nadziei na minimum partnerskiego podejścia komunistów do Kościoła katolickiego – ocenia historyk prof. Jan Żaryn.

Aresztowanie kard. Wyszyńskiego wywołało szok w Polsce i na świecie. Wielu duchownych spodziewało się zaostrzenia represji wobec Kościoła. „Społeczeństwo było dogłębnie wstrząśnięte i oburzone. Wiedzieliśmy o tym z podsłuchów telefonicznych, z przejętej korespondencji i od organów bezpieki”, relacjonował ppłk Józef Światło, wicedyrektor Departamentu X Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, który w grudniu 1953 roku zbiegł na Zachód. Tajne służby zostały postawione w stan gotowości23. Minister bezpieczeństwa publicznego Stanisław Radkiewicz nakazał swoim funkcjonariuszom nie dopuścić do demonstracji, obserwować wszystkie kościoły, księży i wiernych: „wszyscy funkcjonariusze UB w całym kraju otrzymali polecenie uczęszczania na nabożeństwa do kościołów i przysłuchiwania się dosłownie od rana do nocy temu, co się mówi o aresztowaniu prymasa”24.

Według obliczeń MBP komunikat episkopatu nawołujący wiernych do spokoju został odczytany w niedzielę 4 października w większości kościołów (ich liczba wynosiła ok. 85 proc. spośród 6400, w których odbyły się nabożeństwa). Najczęściej czytano list w Olsztyńskiem i Warszawskiem. Natomiast przeczytania go odmówiło najwięcej duchownych (20–25 proc.) w parafiach w województwach opolskim, łódzkim i rzeszowskim. Po przeczytaniu komunikatu 191 księży w całym kraju miało skomentować go pozytywnie, a 98 – negatywnie. Na biurko szefa MBP Stanisława Radkiewicza spływały „gorące” wiadomości: „na terenie woj. warszawskiego wielu księży po odczytaniu z ambon komunikatu episkopatu w sposób pozytywny oceniło posunięcie rządu”, „na Okęciu i w parafii Grabów (Warszawa) szereg księży w czasie kazań ogłosiło żałobę”25. Inni duchowni wzywali do modlitw w intencji prymasa, mówili o prześladowaniu Kościoła w Polsce, o tym, że czytają oświadczenie episkopatu na polecenie władz. 30 września podczas zebrania dekanatu Warszawa -Śródmieście ks. Modzelewski – donosił UB jakiś tajny informator – powiedział, że gdyby „odczytał ten dokument z ambony, to musiałby on uciekać z parafii z powodu dużego oburzenia wiernych, spowodowanego zarówno usunięciem prymasa, jak i deklaracją episkopatu”. Część księży kwestionowała autentyczność deklaracji episkopatu. Za „uprawianie wrogiej propagandy na temat komunikatu Rządowego w sprawie Wyszyńskiego” został aresztowany ks. Henryk Klecicki z Grabowa. Funkcjonariusze UB informowali też, że w Bydgoskiem i w Warszawie „zanotowano sygnały o usiłowaniu spowodowania publicznych wystąpień i zbierania podpisów pod petycjami do Rządu w związku z izolacją Wyszyńskiego”26. Te zamierzenia zostały prawdopodobnie stłumione w zarodku, bo nic nie wiadomo o publicznych protestach. Trudno się dziwić, że do nich nie doszło. Polacy od kilku lat poddawani stalinowskiemu terrorowi żyli w strachu. W sytuacji kiedy aresztowanie groziło za opowiedzenie politycznego dowcipu, publiczne manifestacje w obronie prymasa musiałyby się zakończyć długoletnim więzieniem.

Dlatego nie było protestów na wielką skalę. Wiadomo o co najmniej jednej podziemnej organizacji młodzieżowej, która powstała właśnie w reakcji na aresztowanie prymasa. „Ludu Polski, katolicy, w więzieniu męczy się ksiądz prymas i ks. biskup Baraniak. Żądajcie, aby ich uwolnili, i módlcie się za nich. Piszcie do gazet i do władz – z Bogiem”, takie ulotki znaleziono w centrum Warszawy 30 września. 2 października w podwarszawskich Markach ktoś na murze napisał: „Żądamy zwolnienia księdza prymasa i bpa Baraniaka, Niech żyje Maria Królowa Korony Polskiej”. 5 października w Głogowie znaleziono ulotkę: „Odezwa do Narodu Polskiego – Chłopi i Robotnicy. W obliczu terroru, zdrady narodu, wzywamy was do walki z komunizmem, precz ze zdrajcami narodu, niech żyje wolność. Organ Walki”. Tego samego dnia także w Warszawie rozrzucono ulotki wzywające ludzi, aby w pierwsze piątki miesiąca na znak protestu w miejscach publicznych ustał ruch oraz aby przyjmować komunię świętą w intencji prymasa Wyszyńskiego. MBP znalazło i oczywiście aresztowało inicjatorów tego pomysłu. Ulotki informujące o aresztowaniu prymasa, niszczeniu Kościoła, wyrażające sprzeciw wobec komunizmu i wzywające do walki z nim znajdowano także w innych częściach kraju27.

W obronie kard. Wyszyńskiego protestowano natomiast za granicą. Manifestacje odbyły się w Paryżu, Rzymie i Londynie. 30 września Pius XII nałożył ekskomunikę na wszystkich sprawców uwięzienia prymasa, w tym I sekretarza PZPR i premiera Bolesława Bieruta. 20 listopada do polskiej ambasady w Rzymie wpłynął list protestacyjny papieża. Słowa solidarności z internowanym prymasem i prześladowanym Kościołem w Polsce ogłaszali biskupi i episkopaty wielu krajów, ambasadorzy i posłowie akredytowani przy Stolicy Apostolskiej, Polonia, inne Kościoły chrześcijańskie oraz politycy i parlamenty, na przykład brytyjska Izba Gmin, Izba Reprezentantów USA. W wielu krajach katolicy modlili się o uwolnienie kard. Wyszyńskiego28. W Polsce ludziom pozostały tylko indywidualne modlitwy w intencji uwolnienia prymasa – na Jasnej Górze niebawem zaczęły się modlitewne czuwania – i plotki zamiast informacji. Odzwierciedlały one ówczesny stan umysłów, które opanował wielki strach. W jednym z listów, które przychodziły do Polskiego Radia w październiku 1953 roku, słuchaczka pytała: „Za co pozbawiono władzy księdza biskupa Stefana Wyszyńskiego? Bo u nas to mówią, że rząd chce znieść religię, ma pozamykać kościoły, wymordować księży i zrobić spółdzielnie. I ma być bieda i nędza. A Pan Bóg ześle siarkę z nieba i wybawi naród i upadnie komuna”. Autor innego listu pytał: „Czy jest prawdą, jakoby tow. Cyrankiewicz miał być głową Kościoła katolickiego w Polsce?”29.

Zwycięstwo komunistów wydawało się całkowite. Uwięzienie prymasa Wyszyńskiego miało w ich przekonaniu usunąć ostatnią poważną przeszkodę do podporządkowania Kościoła państwu.

1Moment aresztowania prymasa odtworzony na podstawie wspomnień kard. Wyszyńskiego i innych towarzyszących mu osób, meldunków funkcjonariuszy MBP, ustaleń historyków: Prymas Tysiąclecia Kardynał Stefan Wyszyński, Teki Edukacyjne IPN, Warszawa 2003, s. 29–31; S. Wyszyński, Zapiski więzienne, Warszawa–Ząbki 2001, s. 11–14; M.P. Romaniuk, Życie, twórczość i posługa Stefana Kardynała Wyszyńskiego Prymasa Tysiąclecia, t. 1, Warszawa 1994, s. 659–667; H. Dominiczak, Organy bezpieczeństwa PRL 1944–1990, Warszawa 1997, s. 238; L. Szala, W przededniu aresztowania, w: Wspomnienia o Stefanie kardynale Wyszyńskim. Czas nigdy go nie oddali, red. A. Rastawicka, B. Piasecki, Kraków 2001, s, 91, 92; A. Micewski, Kardynał Wyszyński prymas i mąż stanu, Paryż 1982, s. 135–138; Stefan Kardynał Wyszyński, Prymas Polski w dokumentach aparatu bezpieczeństwa PRL (1953–1956), wyd. i oprac. B. Piec, Warszawa 2001, s. 13–17.

2 W. Sujak, Koszmarna noc, w: Wspomnienia o Stefanie Kardynale Wyszyńskim, dz. cyt., s. 93–97; J. Żaryn przypuszcza, że przez kilka godzin prymasa trzymano w areszcie w Miedzeszynie, skąd przewieziono go do Rywałdu, zob. J. Żaryn, Dzieje Kościoła katolickiego w Polsce (1944–1989), Warszawa 2003, s. 139.

3 E. Ochab, Kto przeszkadza w normalizacji stosunków między Kościołem i Państwem?, „Trybuna Ludu”, 26 IX 1953.

4 J. Żakowski, Mroczne wnętrza. Uwięziony prymas prywatnie w oczach współwięźniów i swojej siostry, Warszawa 2000, s. 95–97; Z. Rostkowski, Ks. Jan Zieja (1897–1991), „Wiadomości Diecezjalne. Pismo Urzędowe Kurii Diecezjalnej w Drohiczynie” 2004, nr 2.

5 J. Nowak-Jeziorański, Wojna w eterze. Wspomnienia, t. 1: 1948–1956, Kraków 1991, s. 231; A. Micewski, Współrządzić czy nie kłamać. PAX i Znak w Polsce 1945–1976, Paryż 1978, s. 60; B. Noszczak, Polityka państwa wobec Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce w okresie internowania prymasa Stefana Wyszyńskiego 1953–1956, Warszawa 2008, s. 76–77.

6 M.P. Romaniuk, Życie, twórczość…, t. 1, dz. cyt., s. 669, 670.

7 K. Gruszczyński, Biskup Michał Klepacz 1893–1967, Łódź 1993, s. 275; A. Micewski, Kardynał Wyszyński…, dz. cyt., s. 59 nn.; M.P. Romaniuk, Życie, twórczość i posługa Stefana Kardynała Wyszyńskiego Prymasa Tysiąclecia, t. 2: 1956–1965, Warszawa 1996, s. 27.

8 Archiwum Prymasa Polski (dalej: APP), Komisja Główna Konferencji Episkopatu Polski (dalej: KEP), protokół z 27–28 IX 1953, s. 1 nn.

9 W.J. Wysocki, Osaczanie Prymasa. Kardynał Stefan Wyszyński jako „podopieczny” aparatu bezpieczeństwa w latach 1953–1956, Warszawa 2002, s. 94. Londyński „Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza”, 8 X 1953, nr 240, informował, że w zebraniu episkopatu uczestniczyło tylko 9 ordynariuszy.

10 Wskazuje na to protokół Komisji Głównej KEP z 27–28 IX 1953. O takim też wyniku głosowania pisał sam prymas Wyszyński: Z Pro memoria, 11 V 1957, w: P. Raina, Kardynał Wyszyński. Czasy Prymasowskie 1956–1961, t. 3, Warszawa 2004, s. 54.

11 B. Noszczak, Polityka państwa…, dz. cyt., s. 78.

12 J. Żurek, Osoba prymasa Stefana Wyszyńskiego w protokołach posiedzeń Komisji Głównej Episkopatu Polski (1953–1956), w: Kościół i Prymas Stefan Wyszyński 1956–1966, red. A. Dziurok, W.J. Wysocki, Katowice–Kraków 2008, s. 9, 13; A. Dudek, Państwo i Kościół w Polsce 1945–1970, Kraków 1995, s. 35, 36.

13W trosce o normalizację stosunków między Państwem a Kościołem, „Trybuna Ludu”, 29 IX 1953.

14 APP, Komisja Główna KEP, protokół z 27–28 IX 1953, s. 1 nn.

15 W.J. Wysocki, Osaczanie Prymasa. Kardynał Wyszyński w operacyjnym „rozpracowywaniu” przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego i Urząd ds. Wyznań, w: Polska prymasa Wyszyńskiego. Materiały z sesji naukowej zorganizowanej w ramach obchodów roku Prymasa Stefana Wyszyńskiego w Tarnowie 26.04.2001, red. B. Wójcik, Tarnów 2001, s. 147.

16 B. Noszczak, Polityka państwa…, dz. cyt., s. 80,81; J. Zabłocki, Prymas Stefan Wyszyński. Opór i zwycięstwo 1948–1956, Warszawa 2002, s. 158.

17Komunikaty Konferencji Episkopatu Polski 1945–2000, wstęp i oprac. J. Żaryn, Warszawa– Poznań 2006, s. 58.

18 K. Gruszczyński, Biskup Michał Klepacz…, dz. cyt., s. 277.

19 B. Noszczak, Polityka państwa…, dz. cyt., s. 94, 95, przyp. 189.

20 W.J. Wysocki, Osaczanie Prymasa, dz. cyt., s. 77 nn.

21 Słowa prymasa przytacza ks. S. Skorodecki, w: J. Żakowski, Mroczne wnętrza, dz. cyt., s. 50. Według innej wersji prymas mówił, że w jego obronie stanął tylko „zakonnik, Niemiec i pies”. Ów zakonnik to salezjanin, od 1948 r. sekretarz prymasa, od 1951 r. biskup pomocniczy gnieźnieński Antoni Baraniak. W więzieniu był torturowany, ale nie powiedział nic przeciwko prymasowi. Ubecy chcieli wydobyć od niego informacje, które mogliby wykorzystać przeciw kard. Wyszyńskiemu w przygotowywanym publicznym procesie.

22W trosce o normalizację stosunków między Państwem a Kościołem, „Trybuna Ludu”, 29 IX 1953.

23 O działaniach operacyjnych podjętych przez MBP w związku z aresztowaniem prymasa Wyszyńskiego pisze obszernie: B. Noszczak, Polityka państwa…, dz. cyt., s. 98–110.

24 Z. Błażyński, Mówi Józef Światło. Za kulisami bezpieki i partii 1940–1955, t. 1, Warszawa 1990, s. 185, 186.

25 Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej (dalej: AIPN), Prymas – meldunki okresowe dot. izolacji Wyszyńskiego (1954–1956), sygn. 1572/288, k. 2–4; zob. dane KW PZPR dotyczące odczytania w kościołach 4 października 1953 r. komunikatu episkopatu, w: B. Noszczak, Polityka państwa…, dz. cyt., s. 87. Tenże pisze obszernie o akcji władz i resortu bezpieczeństwa związanej z odczytaniem w kościołach 4 października komunikatu episkopatu, tamże, s. 82–92.

26 W.J. Wysocki, Osaczanie Prymasa, dz. cyt., s. 73 nn.

27 Tamże, s. 90 nn.; tenże, Osaczanie Prymasa. Kardynał Wyszyński w operacyjnym „rozpracowaniu”..., s. 139 nn.; tenże, Reakcje Warszawy na uwięzienie prymasa Polski, wystąpienie na sesji: W 50. rocznicę powrotu Kardynała Stefana Wyszyńskiego do posługi prymasowskiej, UKSW, 9 X 2006; AIPN, Prymas – meldunki okresowe dotyczące izolacji Wyszyńskiego (1954–1956), sygn. 1572/288 k. 4; B. Noszczak, Polityka państwa…, dz. cyt., s. 98–105.

28 J. Żaryn, Dzieje Kościoła…, dz. cyt., s. 150, 151.

29 D. Jarosz, M. Pasztor, W krzywym zwierciadle. Polityka władz komunistycznych w Polsce w świetle plotek, Warszawa 1995, s. 95–97.

Część pierwsza

Gdzie zostawiłem duszę, serce i wiele zdrowia

W 1938 roku ks. Stefan Wyszyński odwiedził w Skulsku, niedaleko Konina, tamtejszego proboszcza a swojego dawnego wychowawcę i dyrektora niższego seminarium duchownego we Włocławku ks. Antoniego Bogdańskiego. Ten wykształcony w Szwajcarii duchowny, asceta i harcerz, pierwszy naczelny kapelan Związku Harcerstwa Polskiego (ZHP) w II Rzeczypospolitej, miał duży wpływ na rozwój przyszłego prymasa. Uczył go teologii moralnej, katechetyki, liturgiki i języka francuskiego. Bogdański wciągnął młodego ks. Wyszyńskiego do założonego przez siebie Stowarzyszenia Księży Charystów, których celem było doskonalenie życia wewnętrznego i dzielenie się dobrami z innymi.

„Niezapomniany ten człowiek – wspominał wiele lat później prymas – podczas pewnego wykładu liturgii powiedział: »Przyjdzie czas, gdy przejdziecie przez takie udręki, o jakich człowiek naszego wieku nawet myśleć nie umie. Wielu kapłanom wbijać będą gwoździe w tonsury, wielu z nich przejdzie przez więzienie...«”.

Te słowa, a wypowiedział je w 1919 roku, zapadły ks. Wyszyńskiemu głęboko w pamięć. Po wojnie przekonał się, że nie pamiętał ich żaden z kolegów, którzy przeżyli wojnę. Z trzynastu księży z jego roku uwięzionych w obozie koncentracyjnym w Dachau zginęło dziewięciu.

Gdy w 1938 roku ks. Wyszyński odwiedził ks. Bogdańskiego, ten 47-letni wówczas kapłan był umierający. Zdążył jeszcze powiedzieć swemu dawnemu wychowankowi coś, co jeszcze bardziej nim wstrząsnęło. Ks. Bogdański „czytał po prostu w moim przyszłym życiu. Wszystko, co mnie spotyka dziś, już wtedy mi przepowiedział – wspominał prymas 30 lat później, w maju 1969 roku. – Skąd wiedział, to była jego tajemnica, bo jeszcze się na to absolutnie nie zanosiło, ani w myślach, ani w pragnieniach, ani w planach Kościoła Chrystusowego”1.

1 S. Wyszyński, Dzieła zebrane, t. 4: 1958, Warszawa 2002 s. 415–416; M.P. Romaniuk, Życie, twórczość i posługa Stefana Kardynała Wyszyńskiego Prymasa Tysiąclecia, t. 1, Warszawa 1994, s. 62, 63; Człowiek niezwykłej miary. Ojciec Święty Jan Paweł II o kardynale Stefanie Wyszyńskim. Kardynał Stefan Wyszyński o sobie. Kardynał Józef Glemp o kardynale Stefanie Wyszyńskim, Warszawa 1984, s. 19, 20.

Rozdział pierwszy

Z takim zdrowiem to na cmentarz

„Na demokratyczne czasy Prymas Polski nie może być błękitnej krwi”2, tłumaczył kiedyś Wyszyński gorliwej katoliczce, która dopytywała się o jego pochodzenie.

Gdy Stefan Wyszyński został prymasem, miał 47 lat. Był dojrzałym, ukształtowanym człowiekiem i kapłanem. O tym, w jaki sposób pełnił funkcję prymasa, jakich dokonywał wyborów, decydowały nie tylko okoliczności zewnętrzne, ale również to wszystko, co przeżył, czego doświadczył i nauczył się do tego momentu. Nie można więc zrozumieć stylu kard. Wyszyńskiego jako człowieka, duszpasterza i polityka, jeśli nie pozna się tych wcześniejszych kilkudziesięciu lat jego życia. Nie pozna środowiska, w którym się wychował, studiował i pracował; wydarzeń, które na zawsze zostawiły w nim ślad, i ludzi, którzy kształtowali jego osobowość. A nade wszystko nie uwzględni wewnętrznego, duchowego wymiaru życia, który jak zawsze najtrudniej uchwytny, był przecież motorem jego działania.

Los nie oszczędzał Stefana Wyszyńskiego. Można by powiedzieć, że do 1946 roku, gdy został biskupem lubelskim, był poddawany próbie. Urodził się, gdy Polska była jeszcze pod zaborami. Przeżył dwie wojny i powstanie warszawskie, widział śmierć, cierpiał głód i tułaczkę. W dzieciństwie przeżył śmierć matki. Przez długie lata zmagał się z chorobą. Dobrze poznał życie mazowieckiej wsi, gdzie mieszkał kilkanaście lat od urodzenia, i środowisko robotników przemysłowych, wśród których pracował przed wojną.

Wyszyński był synem wiejskiego organisty. Jego dziadowie pracowali na roli. Rodzina wywodziła się z zagrodowej szlachty podlaskiej. Gniazdo rodu leżało w okolicach miejscowości Wyszonki, dzisiaj w powiecie Wysokie Mazowieckie. Nie wiadomo, kiedy dokładnie przodkowie prymasa przeprowadzili się z Podlasia na Mazowsze. Wiadomo natomiast, że w 1822 roku we wsi Skuszew w parafii Kamieńczyk nad Bugiem, czyli już na Mazowszu, urodził się pradziad Stefana Wojciech Wyszyński. Nie jest zatem prawdą to, co podaje się w większości tekstów biograficznych o prymasie, że na Mazowsze przywędrował z Podlasia dopiero jego dziad Piotr (on również urodził się w Skuszewie w 1851 roku). W dodatku – być może dla dorobienia przodkom patriotycznej przeszłości – podaje się, że musiał on uciekać przed carskimi represjami za pomoc powstańcom styczniowym czy unitom. Syn Piotra Stanisław Wyszyński (1876–1970), urodzony we wsi Gać, parafia Kamieńczyk, w 1899 roku ożenił się z Julianną, z domu Karp (1877–1910). Ona również wywodziła się z parafii Kamieńczyk, z tym że wcześnie osierocona, pracowała jako pomoc domowa w Warszawie. W 1900 roku młodzi Wyszyńscy zamieszkali w Zuzeli nad Bugiem, niewielkiej wsi położonej na wschodnich krańcach województwa mazowieckiego, gdzie Stanisław otrzymał posadę organisty. Tu rok później, 3 sierpnia 1901 roku, o trzeciej w nocy, urodził się Stefan Wyszyński, przyszły prymas Polski.

Stefan był ich drugim dzieckiem. Pierwsza urodziła się Anastazja (1900–1974, zamężna z Janem Sułkiem), po Stefanie – Stanisława (1903–1982, żona Józefa Jarosza), Janina (1905–1995, wyszła za mąż za Czesława Jurkiewicza), Wacław (1907–1918, zmarł na tyfus) i Zofia (ur. i zm. 1910)3.

Rodzina Wyszyńskich żyła skromnie, mimo iż w XIX-wiecznej wsi organista stał dość wysoko w hierarchii społecznej. „Organista to był ktoś; nie było tam [w domu] wielkiego bogactwa, ale biedy też nie było”, wspominali mieszkańcy Zuzeli. Pamiętają, że dom Wyszyńskich był czysty i schludny. Bywali tam pewnie dość często, bo Stanisław Wyszyński – który był nie tylko organistą, ale i wiejskim społecznikiem, i takiego bakcyla zaszczepił synowi – współorganizował straż ogniową, teatr ludowy, reorganizował ochronkę parafialną, pisał chłopom urzędowe pisma. Biegał z nimi po zagrodach kilkuletni Stefan4. W domu Wyszyńskich, co na wsi w tym czasie było rzadkością, były książki: religijne – Biblia, żywoty świętych, a także przyrodnicze, historyczne oraz literatura piękna: dzieła Mickiewicza i Kraszewskiego. Ojciec Stefana prenumerował też pismo katolickie „Ziarno”.

Przyszły prymas wychowywał się w tradycyjnym domu, w bardzo religijnej atmosferze. Ojciec Stefana długie godziny spędzał w kościele na kolanach, modląc się. „Nigdy nie siadał w ławce, zawsze klęczał na posadzce, co narażało Go na zaziębienia. Nie lubił, gdy Mu przerywano Jego porządek modlitw”5. Obojgu rodzicom bliski był kult Matki Bożej.

„Mój ojciec z upodobaniem jeździł na Jasną Górę, a moja matka do Ostrej Bramy. (...) oboje odznaczali się głęboką czcią i miłością do Matki Najświętszej i jeżeli co na ten temat ich różniło – to wieczny dialog, która Matka Boża jest skuteczniejsza: czy ta, co w Ostrej świeci Bramie, czy ta, co Jasnej broni Częstochowy...”6, wspominał po latach prymas. To z domu rodzinnego wyniósł on silną pobożność maryjną. Przed obrazami Matki Boskiej Częstochowskiej, Ostrobramskiej i Nieustającej Pomocy codziennie klękała do pacierza i różańca cała rodzina. Rytm życia wyznaczał rok liturgiczny: święta, posty, odpusty, procesje, nabożeństwa.

Religijność łączyła się w domu Wyszyńskich z silnym patriotyzmem. Gdy w urzędach, w szkole językiem obowiązującym był rosyjski, w domu modlono się po polsku. Ojciec Stefana uczył dzieci polskiej historii i kultury w popularnej wówczas formie obrazkowej. W domu Wyszyńskich, najpierw w Zuzeli, a potem w Andrzejewie, dokąd się przeprowadzili wiosną 1910 roku, na ścianach obok obrazów religijnych wisiały portrety bohaterów narodowych – Tadeusza Kościuszki i księcia Józefa Poniatowskiego. Na stole stał wysoki krzyż z pozytywką grającą melodię Jeszcze Polska nie zginęła. Od ojca odebrał też późniejszy prymas pierwsze lekcje patriotyzmu, gdy nocą, w konspiracji, z kilkoma zaufanymi gospodarzami Zuzeli porządkowali w okolicy groby powstańców styczniowych. Na życiu Stefana Wyszyńskiego silnym piętnem odcisnęły się wydarzenia 1910 roku. W kwietniu rodzina Wyszyńskich przeprowadziła się do pobliskiego Andrzejewa, dużej, liczącej ponad 2 tysiące mieszkańców wsi nad rzeką Mały Brok. Ojciec dostał tu posadę organisty i do dyspozycji cały dom (w Zuzeli mieszkali tylko w dwóch izbach). Nie było to bez znaczenia dla rodziny z pięciorgiem dzieci i szóstym w drodze. Matka Stefana Julianna Wyszyńska bała się tej przeprowadzki, źle się czuła i miała złe przeczucia: „Na śmierć mnie tam wieziesz”7, mówiła do męża. W październiku urodziła córkę Zofię. Umarły obie – najpierw matka, tydzień później córka. „Matka moja umierała prawie miesiąc. My – dzieci – siedząc w szkole, z lękiem nadsłuchiwaliśmy, czy nie biją dzwony kościelne. Dla nas byłby to znak, że matka już nie żyje”8, mówił prymas po ponad 60 latach, w 1971 roku.

O silnym charakterze Stefana, wówczas dziewięciolatka, świadczy wydarzenie poprzedzające śmierć matki. Pewnego dnia chłopiec nie wracał ze szkoły, gdyż za jakieś przewinienie został za karę po lekcjach. Umierająca matka chciała mieć wszystkie dzieci przy sobie. Do szkoły przybiegła siostra Stanisława. Nauczyciel nie chciał jednak puścić Stefana do domu. On, zrywając się z ławki, oświadczył, że dziękuje za taką naukę i więcej do szkoły nie przyjdzie. Jak zapowiedział, tak zrobił. Do szkoły w Andrzejewie już nie wrócił. Matka umarła 31 października. Miała 33 lata. „Trudno opisać smutek, pustkę i żałość, gdy po pogrzebie Matki wróciliśmy z Ojcem z cmentarza do pustego domu. Zdawało się, że ustało wszelkie życie”9, wspominał prymas. Zdjęcie matki towarzyszyło mu do końca życia. Widać na nim kobietę o pięknych, regularnych rysach twarzy, z bujnymi włosami zaczesanymi do góry. Stefan Wyszyński nie miał zdjęcia wyłącznie z matką. Jedyna znana taka fotografia jest fotomontażem z lat 60. Po latach prymas wspominał, że matka była wyniosła, nieco dumna, ale spokojna i zawsze starannie ubrana. „Często mi stoi w oczach Jej szczupła, wysoka sylwetka, z ogromnymi włosami, które rozczesywała bardzo starannie i dyskretnie. Matka była bardzo pracowita, zawsze zajęta, troskliwa, przestrzegała starannie porządku domowego, do którego nas wdrażała nawet w drobnych, osobistych sprawach”10.

Rok po śmierci żony Stanisław Wyszyński, wdowiec z pięciorgiem dzieci, ożenił się po raz drugi, z Eugenią Godlewską (1883–1948), przyjaciółką pierwszej żony. W dniu ślubu ojca dzieci cały dzień przesiedziały na cmentarzu przy grobie matki11. Z drugiego małżeństwa Stanisław miał dwoje dzieci: Julię (1913–1995) i Tadeusza (1917–1981).

Prymas do końca życia wspominał matkę, za którą tęsknota była jego, jak mówił, „duchową przestrzenią”. W 70. rocznicę jej śmierci, 31 października 1980 roku, a pół roku przed swoją śmiercią, pisał: „Ojcze Niebieski, zabrałeś nam, dzieciom, matkę Juliannę i zostawiłeś nas sierotami. Wiemy, że wszystko czynisz przez Miłość. Ale związek z matką, którą dałeś, jest tak wielki, że trudno pojąć, że miłość Boża pozbawia nas miłości macierzyńskiej. Fiat Voluntas Tua [niech się stanie wola Twoja]”12.

Wiara Wyszyńskiego od dziecka była silna. Nigdy, jak mówił, nie miał związanych z nią wątpliwości. Śmierć matki umocniła w nim przekonanie o konieczności zgadzania się z wolą Bożą. Niemniej i jemu, wielkiemu prymasowi, zwyczajnie po ludzku trudno było zrozumieć, dlaczego tak się stało.

Utrata matki w dzieciństwie miała głębokie konsekwencje. Przyszły prymas przeniósł miłość do matki na Matkę Bożą. Po święceniach kapłańskich w 1924 roku pierwszą swoją mszę pojechał odprawić na Jasną Górę, aby – jak pisał – mieć Matkę, która „już będzie zawsze, która nie umiera”13. Od tego momentu jeszcze mocniej związał się duchowo z Matką Bożą, stale pogłębiał pobożność maryjną, rozwijając ją stopniowo aż do momentu, gdy w 1953 roku zawierzył jej całe życie. Wierzył też w duchową obecność zmarłej matki: „Nieraz mi się wydaje, gdy stoję na ambonie, że za mną stoi moja przedwcześnie zmarła Matka. Gdy podejmuję i prowadzę jakieś wyjątkowo ciężkie prace, to mam wrażenie, że Ona mi doradza i podpowiada”14.

Ale macochę Wyszyński też zaakceptował, szanował ją i, jak mówią ci, którzy ją znali, pokochał. Nie był na jej pogrzebie we wrześniu 1948 roku, gdyż przechodził rekonwalescencję po operacji wyrostka robaczkowego, lecz jej zdjęcie powiesił obok fotografii matki. Znaczące jest, że – jak wspomina jego przyrodnia siostra Julia – Stefan rzadko przyjeżdżał do domu na święta czy inne uroczystości rodzinne, ale dopóki żyła macocha, zawsze (z wyjątkiem 1944 roku) zjawiał się w domu w dniu jej imienin, 13 września15.

O tym, że zostanie księdzem, Wyszyński wiedział właściwie od zawsze. Od momentu gdy mógł to uchwycić świadomą myślą. Jako dziecko miał związane z tym sny – śniło mu się, że ożeniono go i z tego powodu strasznie płakał, bo myślał, że nie będzie już mógł zostać księdzem – i zabawy. Lubił przesiadywać w konfesjonale i „spowiadać” kolegów oraz chodzić pod baldachimem w procesji. Wiedział dobrze, jak to się robi, bo jako syn organisty mieszkającego obok kościoła bywał tam częściej niż inne wiejskie dzieci. Od piątego roku życia był już ministrantem. Przyszłość Stefana jako kapłana widziała także jego matka. Wyszyński po latach wspominał, że kiedyś – tuż przed śmiercią – matka zwróciła się do dziewięcioletniego syna ze słowami: „»Stefan, ubieraj się«. Ponieważ była jesień, koniec października, zrozumiałem, że mam gdzieś iść. Włożyłem palto. Spojrzała na mnie i powiedziała: »Ubieraj się, ale nie tak, inaczej się ubieraj«”. Po latach syn zrozumiał, a od razu pojął to ojciec, że matce chodziło o strój kapłański16.

Po śmierci matki Stefan Wyszyński w domu, pod okiem ojca, pobierał prywatne lekcje. W czerwcu 1912 roku zdał egzamin do IV Gimnazjum Państwowego im. Mikołaja Reja w Warszawie, ale z powodu ówczesnej polityki narodowościowej nie został przyjęty. Ojciec zapisał go więc do prywatnego gimnazjum męskiego Wojciecha Górskiego, gdzie w przeciwieństwie do szkół rządowych było więcej nauczycieli Polaków i więcej przedmiotów wykładano w języku polskim. „Szkoła Górskiego posiadała tak wielki autorytet społeczny i narodowy, że budziła swoisty patriotyzm szkolny. Zwłaszcza w mieście, które posiadało silne szkolnictwo państwowe. Mijanie na ulicy ucznia w czapce szkoły państwowej zawsze mobilizowało ducha wyższości i satysfakcji”17, wspominał prymas. Jednak po wakacjach 1915 roku, po pierwszym roku wojny światowej, Wyszyński musiał zmienić szkołę. Przeniósł się do gimnazjum męskiego w Łomży, gdyż droga do Warszawy została odcięta przez front rosyjsko-niemiecki. Andrzejewo, gdzie mieszkali Wyszyńscy, zostało spalone – ocalały tylko kościół i ulica z organistówką. W Łomży nie było lepiej. Stefan, jak większość mieszkańców, cierpiał głód. Z kolegami ze stancji jeździł na wieś, by zdobyć coś do jedzenia. Jako harcerz przeżył w Łomży – jak wspominał – „pierwsze cierpienie dla Ojczyzny, a może nawet pasowanie na rycerza”18.

Do harcerstwa Stefan Wyszyński wstąpił jeszcze przed wybuchem wojny, w gimnazjum Górskiego. Ruch skautowski, który na ziemiach polskich miał silną orientację niepodległościową, był zakazany przez zaborcę. Harcerze mieli służyć Bogu i ojczyźnie oraz trwać przy polskości. W 1916 roku, w Łomży, Drużyna im. Tadeusza Kościuszki nawiązała kontakt z Polską Organizacją Wojskową (POW), założoną przez Józefa Piłsudskiego. Za udział w manewrach z peowiakami w 1917 roku Wyszyński został z kolegami ukarany przez Niemców chłostą.

Latem 1917 roku Stefan Wyszyński podjął najważniejszą decyzję w życiu: postanowił wstąpić do seminarium duchownego. Poinformował o tym rodzinę w czasie wakacji, po ukończeniu IV klasy gimnazjum. Ojciec zgodził się, ale nie bez oporów. Prawdopodobnie wspólnie zdecydowali, że Stefan będzie studiować nie w seminarium w Płocku (Andrzejewo należało wówczas do rozległej diecezji płockiej, a od 1925 roku – do diecezji łomżyńskiej), ale we Włocławku. Seminarium włocławskie było najstarszym i wówczas jednym z najlepszych na ziemiach polskich. Uczyli się tam także koledzy Stefana z Andrzejewa, lecz nie to było najważniejsze. Zasadniczym powodem wyboru seminarium w innej diecezji – twierdzi ks. prof. Piotr Nitecki, który zbadał dokładnie okres dzieciństwa i młodości przyszłego prymasa – były prawdopodobnie napięcia między proboszczem w Andrzejewie a organistą, ojcem Stefana. Nie chciał on zapewne, by syn – „organiściak”, jak czasem mówili księża – ucząc się w Płocku, odczuwał skutki tych nieporozumień19. Proboszcz wydał Stefanowi pozytywną opinię, ale rok później wypowiedział ojcu pracę. Wyszyńscy zamieszkali we Wrociszewie koło Warki w znacznie gorszych warunkach mieszkaniowych.

Kiedy we wrześniu 1917 roku Wyszyński przyjechał do Włocławka, było to 40-tysięczne miasto przemysłowe, rozwijające się szybko dzięki m.in. fabryce celulozy. Wyszyński po zdaniu egzaminów z języka polskiego, historii, łaciny, teologii i historii został przyjęty do Liceum im. Piusa X, które było właściwie niższym seminarium duchownym20. Ze wspomnień prymasa wynika, że w tym okresie ogromny wpływ na jego duchowy rozwój oprócz wspomnianego już ks. Antoniego Bogdańskiego miał ks. Bronisław Ostrzycki, ojciec duchowy liceum. „Kapłan ciężko chory, surowy, święty, w sposób niesłychanie zwarty kładł w nasze dusze podstawy życia wewnętrznego, religijnego. Był bardzo trzeźwy. Ilekroć ktoś koloryzował albo wchodził na wyższy stopień doskonałości, niżby wypadało, mówił: Domine, domine, trzeźwo, niżej. Najpierw chodzić po ziemi, a później patrzeć w niebo”21.

W maju 1920 roku, gdy na wschodnich rubieżach Polski od ponad roku toczyła się wojna polsko-bolszewicka, Stefan Wyszyński zdawał we Włocławku maturę. Egzamin składał z wielu przedmiotów: literatury polskiej i powszechnej, matematyki, fizyki, biologii, kosmografii, fizjologii, anatomii, francuskiego i niemieckiego, a prócz tego z historii Kościoła i przedmiotów teologicznych wykładanych w liceum. Latem armia bolszewicka Michaiła Tuchaczewskiego była już pod Włocławkiem, próbując sforsować Wisłę. W wyniku armatniego ostrzału uszkodzone zostały m.in. katedra i pałac arcybiskupi. Wśród kleryków usuwających zniszczenia nie było jednak Stefana Wyszyńskiego, który w domu leczył gruźlicę. Był to efekt złego odżywiania w czasie wojny i latach powojennych.

O czasach seminaryjnych przyszłego prymasa wiemy niewiele. Program czteroletnich studiów obejmował wykłady z Pisma Świętego, teologii – fundamentalnej, dogmatycznej, moralnej, ascetycznej, mistycznej, pasterskiej – prawa kanonicznego, filozofii, historii Kościoła i historii filozofii, etyki, socjologii, pedagogiki, apologetyki, homiletyki, a także zajęcia poświęcone katechizacji oraz higienie. Kleryków uczono języka hebrajskiego i, oczywiście, śpiewu. Wykłady odbywały się częściowo po łacinie. Stefan Wyszyński powiedział kiedyś o sobie: „Byłem chyba na swój sposób »świętym klerykiem«”22.

Z przyszłym prymasem we Włocławku studiował Henryk Ryszewski, który po kilku latach opuścił seminarium. W grudniu 1970 roku przesłał on do Departamentu IV MSW maszynopis swej książki Purpura kardynalska i czerwień, w której wspomina czasy wspólnej z prymasem nauki we włocławskim seminarium. Ryszewski był wówczas emerytowanym dziennikarzem i jak można wnioskować z informacji w nadesłanym liście: „współpracuję z Wami”, informatorem SB. Jego tekst jest grafomański, ale wydaje się, że niektórym fragmentom książki można zaufać. Ryszewski pisał m.in.: „Pamiętasz [zwracał się do Wyszyńskiego], jak twardym było nasze życie (...). Wszak my na śniadanie dostawaliśmy żurek bez kartofli, aby zaoszczędzić na chlebie, a do herbaty maczaliśmy suchary z razowca nadbużańskiego, które nam rodzice przysyłali. Jak bardzo psuliśmy żołądki, wiesz najlepiej, bo przez długie lata odczuwałeś ciągle bóle. Nawiedzała nas wszawica, świerzb i tyfus brzuszny. Jedenastu alumnów zachorowało, czterech zmarło”.

O Wyszyńskim pisał: „Nie był on skłonny do zwierzeń. (...) Najbardziej rzucała się w oczy jego pobożność, daleka jednak od wszelkiej taniej dewocji. Nie modlił się »na pokaz«, by zwrócić na siebie życzliwą uwagę władz seminaryjnych. (...) Czy Stefan miał prawdziwe powołanie do kapłaństwa? Niewątpliwie, że tak, a w miarę upływu czasu powołanie to rozrastało się i piękniało. Był niesłychanie pracowitym, w nauce – ambitny i zapamiętały. Może dlatego, że wiele rzeczy zdobywał z trudem (np. nie miał zdolności językowych). Przysłowiowym »kowalem« jednak nigdy nie był. Po ojcu nie odziedziczył ani muzykalności, ani głosu i do chóru kleryckiego nie należał. (...) Znam go jako dobrego kolegę. Krzywdy nie robił, donosicielstwem, które w szczególny sposób kwitło w seminarium, brzydził się. Lubił się pośmiać, pożartować z kolegami i z kolegów, ale czynił to w ich obecności, nie dopuszczał się nadużyć. Nie powiem, żeby lgnął do szerszego koleżeństwa. Już w seminarium zdradzał się jako samotnik w pracy i w walce”23.

Wyszyński, wbrew tej opinii, angażował się jednak w życie seminaryjnej wspólnoty – był prezesem Bractwa Abstynenckiego, a także szefem gazetki seminaryjnej, o co zresztą według Ryszewskiego mieli obaj ze sobą rywalizować.

Przez cały okres studiów Wyszyński chorował na gruźlicę, która odzywała się jeszcze przez wiele lat. Trudne warunki życia w seminarium – brak właściwego pożywienia, niedogrzane pomieszczenia – nie pozwalały skutecznie się z niej wyleczyć. Władze seminarium wysyłały chorujących kleryków na praktyki wakacyjne do dobrze prosperujących parafii, by tam, lepiej odżywiani, poprawili swoją kondycję fizyczną. Wyszyńskiego wysyłano do Lichenia. Podczas jednego z takich pobytów spisywał cuda i łaski, jakich doznali pielgrzymi za sprawą Matki Bożej Licheńskiej24. Niestety, dokument ten w czasie wojny zaginął. Do Lichenia wysłano go dla podreperowania zdrowia także w lipcu 1924 roku.

Stefan Wyszyński przyjął święcenia kapłańskie 3 sierpnia 1924 roku. Przyjmował je sam. Koledzy z roku zostali wyświęceni 29 czerwca. On musiał czekać do 3 sierpnia, gdyż tego dnia kończył 23 lata. Według ówczesnych przepisów prawa kanonicznego, aby przyjąć święcenia kapłańskie, trzeba było mieć ukończone 24 lata.

– W uzasadnionych przypadkach biskup mógł obniżyć wymagany wiek kandydata o rok – tłumaczy Bronisław Dembowski, emerytowany biskup włocławski.

Tak stało się ze Stefanem Wyszyńskim. I właśnie sprawa wieku, a nie choroby, była w ocenie ks. Piotra Niteckiego powodem przyjęcia święceń o miesiąc później niż jego koledzy z roku25. To, że został dopuszczony do święceń, jest zasługą bp. Stanisława Zdzitowieckiego. Wyszyński, który był chorowitym klerykiem, poważnie zaniemógł tydzień przed święceniami kolegów, pod koniec czerwca 1924 roku. Trafił do szpitala z silnym zapaleniem płuc, które – według innych relacji – początkowo uznano za tyfus. Lekarz, który postawił tę diagnozę, poszedł na urlop, a drugi zorientował się w błędzie poprzednika, i Wyszyński szybko opuścił oddział zakaźny. Po wyjściu ze szpitala wyjechał na rekonwalescencję do Lichenia, a do Włocławka przyjechał dopiero na święcenia kapłańskie. Przyjmował je w kaplicy Matki Bożej z rąk, nota bene też bardzo chorego, bp. Wojciecha Owczarka. Z rodziny towarzyszyła mu tylko siostra Stanisława, z którą był najsilniej związany. Wyszyński był jeszcze bardzo słaby. „Z takim zdrowiem to chyba raczej trzeba iść na cmentarz, a nie do święceń”, zauważył z przekąsem zakrystianin. On natomiast, leżąc na posadzce kościoła, gdy zebrani odmawiali nad nim Litanię do Wszystkich Świętych, bał się, że nie wstanie i nie utrzyma się na nogach. Przez dłuższy czas każdego dnia, gdy odprawiał mszę św., wydawało mu się, że czyni to po raz ostatni. Modlił się, aby być księdzem chociaż przez rok. „Innych ambicji życiowych wtedy nie miałem, bo brak było sił i zdrowia na to, żeby można było kreślić jakieś plany (...)”26. Mszę prymicyjną odprawił 5 sierpnia na Jasnej Górze. Pojechał tam, by, jak wspominał, „mieć Matkę, która nie umiera”, która stanie „w każdej mojej Mszy Świętej, jak stała przy Chrystusie na Kalwarii”27. A pół wieku po święceniach mówił, że Maria szła przed nim jako światło, życie, nadzieja i wspomożycielka, w ciężkiej sytuacji. „I wydaje mi się, dzieci Boże, że stawiając wszystko na Bogurodzicę, nie zostałem zawiedziony”28. Następnego dnia, 6 sierpnia 1924 roku, ks. Wyszyński był już u rodziny we Wrociszewie. Stąd pojechał znów do Lichenia. Został tam do początku września. Podczas tego pobytu objawy choroby ustąpiły. Wyszyński był przekonany, że stało się to za sprawą Matki Bożej. Mówił później, że Maryja go uzdrowiła29.

W ten sposób latem 1924 roku ks. Stefan Wyszyński rozpoczynał życie kapłańskie – z kiepskim zdrowiem, ale z dużym potencjałem intelektualnym, który rozpoznali w nim przełożeni. Dlatego rok później został wysłany na dalsze studia. Do tego czasu pracował jako wikary przy parafii katedralnej we Włocławku. Był również prefektem w szkole przy fabryce celulozy oraz na kursach wieczorowych dla młodzieży pracującej i redaktorem dziennika diecezjalnego „Słowo Kujawskie”. Przyszły prymas miał zamiłowania publicystyczne, które rozwijał w następnych latach. W „Słowie Kujawskim” redagował stałą rubrykę informacyjną „Z życia kościelnego” oraz pisywał teksty, bardzo jeszcze młodzieńcze w formie. Na przykład 14 stycznia 1925 roku pod pseudonimem „idem” opublikował artykuł z okazji 400. rocznicy hołdu pruskiego. W bardzo podniosłym, wręcz pompatycznym stylu pisał, że istnienie Wolnego Miasta Gdańska to znieważenie przez Prusaków godła polskiego, świętości narodowej, to ranienie duszy polskiej. „Ten, który przed wiekami leżał w prochu pod potęgą orła białego, teraz pluje w twarz temu, który go z pyłu podźwignął. Na to umie się zdobyć tylko dusza pruska, bez serca i normalnie działających władz umysłowych”30.

W październiku 1925 roku biskup włocławski Stanisław Zdzitowiecki wysłał Wyszyńskiego na Uniwersytet Lubelski (nazwę KUL otrzymał w 1928 roku). Był to ośrodek naukowy młody – powstał w 1918 roku – ale liczący się, gdyż przejął tradycję i kadrę Akademii Duchownej w Petersburgu.

2 S. Wyszyński, Pro memoria. Zapiski z lat 1948–1949 i 1952–1953, Warszawa 2007, s. 565.

3 Z najnowszych badań genealogicznych rodziny Stefana Wyszyńskiego wynika, że protoplastą „linii prymasowskiej” był Stanisław Wyszyński, który w XVII stuleciu z obawy przed wyrugowaniem przeniósł się z Wyszonek na Podlasiu na Mazowsze, gdzie gospodarował w Skuszewie i Fideście. Te i inne hipotezy opisuje R. Czarnowski, U kolebki życia prymasa Wyszyńskiego, Łomża 2001, s. 36 nn.; P. Raina, Kardynał Wyszyński. Droga na Stolicę Prymasowską, t. 1, Warszawa 2000, s. 7–10, przyp. 26, s. 14; A. Micewski, Kardynał Wyszyński prymas i mąż stanu, Paryż 1982, s. 18 nn.; Z. Peszkowski, Ojciec. Wspomnienie o kardynale Stefanie Wyszyńskim, prymasie Polski, Warszawa 2004, s. 183, 184.

4 R. Czarnowski, U kolebki życia prymasa…, dz. cyt, s. 3, 27.

5 S. Wyszyński, Z Pro memoria, 15 II 1970, w: P. Raina, Kardynał Wyszyński. Czasy Prymasowskie 1969–1970, t. 9, Warszawa 2003, s. 144.

6 A. Micewski, Kardynał Wyszyński…, dz. cyt., s. 17.

7 J. Jurkiewicz, Wspomnienia rodzinne, w: Wspomnienia o Stefanie Kardynale Wyszyńskim. Czas nigdy go nie oddali, red. A. Rastawicka, B. Piasecki, Kraków 2001, s. 11 nn.

8 S. Wyszyński, Sursum corda. Wybór przemówień, Poznań–Warszawa 1974, s. 193; R. Czarnowski, U kolebki życia prymasa…, dz. cyt., s. 44, 45.

9Stefan Kardynał Wyszyński. Biografia w fotografiach, Orchard Lake 1969, s. 23; J. Jurkiewicz, Wspomnienia rodzinne, dz. cyt., s. 10.

10 S. Wyszyński, Pro memoria, dz. cyt., s. 564; tenże, Z Pro memoria, 31 X 1975, w: P. Raina, Kardynał Wyszyński. Czasy Prymasowskie1975, t. 14, Warszawa 2006, s. 157.

11 J. Góra, J. Grzegorczyk, Skrawek nieba albo o Ojcu i Królu, Poznań 2001, s. 173.

12 S. Wyszyński, Z Pro memoria,31 X 1980, w: P. Raina, Kardynał Wyszyński i Solidarność, Warszawa 2005, s. 131.

13 A. Micewski, Kardynał Wyszyński…