Wydawca: Bellona Kategoria: Humanistyka Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 294 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kampania Langiewicza 1863 - Wojciech Kalwat

Opisując przebieg kampanii Langiewicza, autor skupił się na jej aspektach militarnych, pobieżnie traktując kwestie polityczne. Starał się przedstawić w miarę pełny przebieg walk oddziałów podległych drugiemu powstańczemu dyktatorowi. Jednak prócz bitew i potyczek nie sposób było pominąć nastawienia ludności cywilnej. Jej postawa była niezmiernie istotna dla prowadzenia działań powstańczych. Stanowiła ona zaplecze dla powstańczego żołnierza, który żył przecież kosztem i zasobami mieszkańców terenów, na których akurat toczyły się działania zbrojne.

Stosunek ludności do powstania determinował więc często działalność powstańczych oddziałów. W niektórych obszarach ludność życzliwie przyjmowała i wspierała insurgentów. Gdzie indziej wyczuwało się nie tylko obojętność wobec powstania, ale i zdecydowaną wrogość. Sporo miejsca poświęcono także ukazaniu wojennej i obozowej codzienności, radości, zajęć i problemów z jakimi musieli się mierzyć powstańczy żołnierze. Do szczególnej rangi urastają kłopoty z aprowizacją i wyczerpujące marsze.

Opinie o ebooku Kampania Langiewicza 1863 - Wojciech Kalwat

Fragment ebooka Kampania Langiewicza 1863 - Wojciech Kalwat

Okładka

Strona tytułowa

Wojciech Kalwat

Kompania Langiewicza 1863

Strona redakcyjna

ul. Bema 87

01-233 Warszawa

Internet: www.bellona.pl

e-mail: biuro@bellona.pl

Wydanie II poprawione i uzupełnione

Ilustracja na okładce: Barbara Kuropiejska-Przybyszewska

Redaktor: Tomasz Kompanowski

Redaktor prowadzący: Zofia Gawryś

Redaktor techniczny: Beata Jankowska

Korekta: Sylwia Piecewicz

© Copyright by Wojciech Kalwat, Warszawa 2012

© Copyright by Bellona Spółka Akcyjna, Warszawa 2012

ISBN 9788311125308

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.

WSTĘP

Powstanie styczniowe to jeden z największych i najbardziej tragicznych polskich zrywów narodowych. Pamięć o nim, żywa w okresie międzywojennym, odżyła z okazji stulecia jego wybuchu. Przyczynili się do tego głównie znakomici historycy ze Stefanem Kieniewiczem na czele [1]. Jednak w ostatnich latach zainteresowanie insurekcją lat 1863-1864 zmalało; szkoda, ponieważ powstanie to miało wielkie znaczenie dla przekształceń społeczno-gospodarczych oraz rozwoju świadomości narodowej.

Powstanie 1863 r. zostało wywołane przez stosunkowo niewielką grupę konspiratorów, ale przekształciło się w ruch masowy. Nie chodzi tu wyłącznie o liczbę biorących udział w walkach, ale o zaangażowanie szerokich rzesz społeczeństwa, i to w wymiarze trójzaborowym. Na fali rewolucji moralnej, jaka miała miejsce w latach poprzedzających zryw, młodzi, nieskażeni piętnem klęski 1831 r. zapaleńcy, często młokosi, rzucili wyzwanie carskiemu imperium. Przeciwko armatom nastawiali kosy i drągi. Przeciwko karabinom – myśliwskie strzelby, rzadziej belgijskie sztucery. Ofiarność i moralne podporządkowanie pieczątce, symbolizującej zakonspirowany Rząd Narodowy, były odpowiedzią na machinę wojenną i administracyjną potężnego mocarstwa carów.

Na pierwszy rzut oka była widoczna dysproporcja sił i środków. A jednak wielu Polaków zdecydowało się walczyć w powstańczych szeregach. Nie zrażały ich słowa listopadowych romantyków załamanych klęską. Mieliśmy armię, arsenały, państwo i organizację, a ponieśliśmy klęskę – mawiali. A powstanie z kijami i kosami to szaleństwo. To porywanie się z motyką na słońce [2]. Słów tych zdawali się nie słyszeć synowie i córki dawnych insurgentów. Wychowani w romantycznym kulcie zbrojnych zrywów, bohaterów i miłości do ojczyzny, pragnęli wolnej Polski. Zbudzeni przedpowstaniowymi manifestacjami, ożywieni wolnościowymi ideami, szli, by walczyć. Pełni marzeń, śnili o obozach, zwycięskich bitwach, wyzwolicielskich pochodach, narodowych sztandarach i mundurach. Zapał ten nieco przygasał w obliczu powstańczej rzeczywistości, która aż nazbyt jaskrawo kontrastowała z wyobrażeniami. Brakowało broni, mundurów, wojskowych baz, a często i jedzenia. Zamiast triumfalnych pochodów, były ciągłe ucieczki i mniej lub bardziej planowe odwroty. O otwartym starciu ze znakomicie uzbrojonym przeciwnikiem nie było mowy, a jeżeli do niego dochodziło, to zazwyczaj kończyło się ono krwawą porażką powstańców. Pozostała więc jedyna forma walki, jaką była wojna szarpana.

W początkowym okresie powstania polscy dowódcy liczyli jeszcze na zorganizowanie stałych baz i regularnego wojska. Realia pola bitwy szybko zweryfikowały te plany. Próbował je realizować jeden z najgłośniejszych insurekcyjnych wodzów – Marian Langiewicz. Przez dwa miesiące toczył on nierówną walkę z przeważającymi siłami wroga. Kilkakrotnie wymykał się z obław, a choć nie raz bity i rozbijany, odbudowywał niezłomnie swój oddział.

Odnosił nawet zwycięstwa, które kazały upatrywać w nim męża opatrznościowego. Przyniosły mu sławę, a także kilkudniową dyktaturę. Jego szlak bojowy rozpoczął się od nieudanego ataku na Szydłowiec, a zakończył krwawą i zwycięską bitwą pod Grochowiskami, po której nastąpił rozpad jego korpusu. Po drodze zanotowano krwawe starcie pod Małogoszczem, które przeszło do powstańczego i literackiego mitu kreowanego przez Stefana Żeromskiego.

Dziejom powstania styczniowego na południu Królestwa Polskiego poświęcono wiele prac, jednak kampania wojskowa Langiewicza jak do tej pory nie doczekała się kompleksowego opracowania. Najpełniej została ona opisana przez Helenę Rzadkowską [3]. Biografka powstańczego dyktatora skupiła się jednak głównie na działaniach politycznych i należytym naświetleniu „przyciemnionego” wizerunku powstańczego dyktatora, a akcję militarną potraktowała nieco pobocznie. Działaniom wojskowym naczelnika województw sandomierskiego i krakowskiego poświęcili swe prace Józef Długosz i Anna Borawska [4]. Przebiegiem pierwszej powstańczej nocy w województwie sandomierskim zajął się Witold Dąbkowski [5], a najpełniejszy obraz batalii pod Grochowiskami przedstawił Stefan Orzeł [6].

Baza źródłowa nie przedstawia się tak dobrze jak dla późniejszego okresu powstania. Przeważają zdecydowanie pamiętnikarskie wspomnienia, a nie akta urzędowe. Wynika to ze specyfiki powstawania i zachowywania tych ostatnich. Są one dużo liczniejsze dla drugiej części insurekcji, a na dodatek uległy one rozproszeniu lub zniszczeniu, w dużej mierze dzięki konspiratorom, którzy nie chcieli, by dostały się w niepowołane ręce. Pozostało opierać się na pamiętnikach. Niektóre z nich zawierają wiele zapożyczeń, przeinaczeń czy zgoła fantazji. Wynika to po części z tego, że były pisane z reguły nie bezpośrednio po powstaniu, ale dopiero po kilkudziesięciu latach. Mimo to pozwalają one wejrzeć w sam środek pola bitwy. Z reguły jednak ich widnokrąg ogranicza się do oddziału, w którym ich autorzy bezpośrednio służyli. Widzimy w nich więc bardzo zindywidualizowane przeżycia powstańców, rzadko kuszących się o naszkicowanie całości.

Opisując przebieg kampanii Langiewicza, autor niniejszej publikacji skupił się na jej aspektach militarnych, traktując pobieżnie kwestie polityczne. Starał się przedstawić w miarę pełny przebieg walk oddziałów podległych drugiemu powstańczemu dyktatorowi. Jednak prócz bitew i potyczek nie sposób było pominąć nastawienie ludności cywilnej. Jej postawa była niezmiernie istotna dla prowadzenia działań powstańczych. Stanowiła ona zaplecze dla powstańczego żołnierza, który żył przecież kosztem i zasobami mieszkańców terenów, na których akurat toczyły się działania zbrojne. Stosunek ludności do powstania determinował więc często działalność powstańczych oddziałów. W niektórych obszarach ludność życzliwie przyjmowała i wspierała insurgentów. Gdzie indziej wyczuwało się nie tylko obojętność wobec powstania, ale i zdecydowaną wrogość.

Sporo miejsca poświęcono także ukazaniu wojennej i obozowej codzienności, radości, zajęciom i problemom, z jakimi musieli się mierzyć powstańczy żołnierze. Do szczególnej rangi urastają kłopoty z aprowizacją i wyczerpujące marsze po bezdrożach guberni radomskiej. Bez tego opisu tylko w niepełnym stopniu można zrozumieć charakter powstania styczniowego i duże roszady w składzie nie tylko, co ważne, korpusu Mariana Langiewicza.

Tematyka powstania styczniowego jak dotychczas nie była podejmowana w ramach serii „Historyczne bitwy”. Wpływ na ten stan rzeczy miało przekonanie, że stosunkowo niewielkie bitwy nie mogą mierzyć się z wielkimi bataliami. Może i tak. Skala jest zupełnie inna. Na bitewnych polach insurekcji 1863 r. walczyło najwięcej po kilka tysięcy żołnierzy. Najczęściej były to potyczki niewielkich oddziałów rosyjskich z partyzanckimi partiami. Taka mała wojna pozwala jednak lepiej dostrzec pojedynczego żołnierza i jego rolę na polu walki oraz przeżycia. A czy zostały należycie zaprezentowane, oceni Czytelnik.

MANIFESTACJE PATRIOTYCZNE NA TERENIE GUBERNI RADOMSKIEJ

ŻADNYCH MARZEŃ PANOWIE!

Śmierć „żandarma Europy” cara Mikołaja I i wstąpienie na tron Aleksandra II dawały nadzieję na zmianę położenia Polaków w Królestwie Polskim. Liczono, że nowy władca Rosji ogłosi amnestię polityczną, przywróci działalność Uniwersytetu Warszawskiego, zgodzi się na reformę administracji i wprowadzenie w życie Statutu organicznego z 1832 r. Warszawa uroczyście powitała Aleksandra II. Ten jednak szybko ostudził oczekiwania. „Żadnych marzeń, panowie! Co mój ojciec zrobił, dobrze zrobił!” – tymi słowami zdeptał polskie marzenia, zanim one na dobre wykiełkowały. Samodzierżawca nie chciał działać pod presją poddanych. Nie dopuszczał myśli, że inicjatywa może wyjść z dołu. Wszelkie reformy miały być traktowane wyłącznie jako monarszy gest łaskawości i jego dobrej woli. Otoczenie cara obawiało się, by spełnienie polskich postulatów nie przyniosło kolejnych roszczeń. Mimo to w Królestwie dało się odczuć powiew posewastopolskiej odwilży. W dużej mierze było to efektem zobowiązań ulżenia doli Polaków, jakie zaciągnęła carska dyplomacja w zamian za niepodnoszenie przez Francję i Wielką Brytanię sprawy polskiej na forum międzynarodowym. Pozwolono więc na założenie Towarzystwa Rolniczego pod przewodnictwem Andrzeja Zamoyskiego. Powstały Akademia Medyko-Chirurgiczna, Instytut Agronomiczny oraz Szkoła Sztuk Pięknych. Zelżała także cenzura. Zawieszono, jakże dotkliwy, pobór do wojska. Wspomniane ustępstwa nie wystarczały jednak polskiemu społeczeństwu. Zaczęły powstawać organizacje spiskowe. Najpierw zorganizowali się polscy studenci na uniwersytecie w Kijowie, później w Petersburgu rozpoczęło działalność kółko Zygmunta Sierakowskiego i Jarosława Dąbrowskiego, grupujące polskich słuchaczy Akademii Sztabu Generalnego i innych petersburskich uczelni. W ślad za nimi ruszyły środowiska studenckie Warszawy, a następnie młodzież gimnazjalna na prowincji, której kosmetyczne ustępstwa caratu absolutnie nie zadowalały. Zapatrzeni w jednoczącą się Italię, chcieli iść zwycięskim śladem Garibaldiego; pod przewodem nawołującego do powstania Ludwika Mierosławskiego. Pragnęli dokonywać rzeczy niemożliwych. Dla romantycznych zapaleńców niepodległość była realna, na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło tylko chcieć. Nie można było jednak demonstrować tego jawnie. Sprytnie wykorzystano więc kościół – jedyną przestrzeń wolną od jawnej obecności zaborcy.

Pierwszą okazją do wielkiej manifestacji był pogrzeb Katarzyny Sowińskiej, wdowy po bohaterskim obrońcy Woli z czasów powstania listopadowego. Rozpoczęto agitację wśród warszawskich rzemieślników, którzy wkrótce zgodnie atakowali policję z okrzykiem „Garibaldi, bij, zabij salcesonów!”. Presja patriotów była tak wielka, że już tylko nieliczni mieszkańcy witali trzech zaborczych monarchów w październiku 1860 r. Ci, którzy zdecydowali się na oficjalne uroczystości i bale, byli narażeni na wybijanie szyb, obelgi i oblewanie ubrań witriolem. Objawy jawnego już buntu zostały nieroztropnie lekceważone przez szefa rosyjskiej dyplomacji, Aleksandra Gorczakowa, który stwierdził, że zabór rosyjski „dostał taką lekcję w czasie ostatniej rewolucji, iż niełatwo się znowu ruszy”. Niedługo okazało się, jak bardzo się mylił.

REWOLUCJA MORALNA

W rocznicę wybuchu powstania listopadowego zorganizowano manifestację przy kościele karmelitów na Lesznie w Warszawie. Modły za ojczyznę i śpiewy patriotyczne, zaintonowane w stolicy, wkrótce były słyszalne w całym kraju. Zaczął się czas wielkich manifestacji. 25 lutego 1861 r. policja rozbiła demonstrację zorganizowaną z okazji rocznicy bitwy grochowskiej. Nie obeszło się bez użycia siły i licznych zatrzymań. Dwa dni później miała miejsce kolejna manifestacja, która z Leszna ruszyła na plac Zamkowy. Tu drogę demonstrantom zagrodzili carscy żołnierze, a kozacy ruszyli do szarży, tratując demonstrantów, a także krzyże i obrazy przez nich niesione. Tłum zaczął się bronić. W ruch poszły brukowe kamienie, cegły, grudy zamarzniętego błota. Wojsko otworzyło ogień, zabijając 5 manifestantów i raniąc kilkunastu. Przestraszony namiestnik Gorczakow uległ presji i zezwolił nie tylko na pogrzeb poległych, ale także wycofał wojsko z ulic. Pogrzeb był wielką demonstracją nie tylko uczuć patriotycznych, ale i jedności narodowej. Za trumną kroczyli katolicy, protestanci i Żydzi. Andrzej Zamoyski, rozmawiając z rabinem Ber Meiselsem, rzekł do niego, że uważa starozakonnych za rodaków, braci i dzieci jednej ziemi. Meisels odrzekł: „Wdzięczny jestem [...], że nas przypuściliście do wspólnego braterstwa. Bo i my czujemy, że jesteśmy Polakami, i my polską ziemię kochamy jak panowie” [7]. Rozpoczął się okres niezwykłego tak wcześniej, jak i później zbliżenia polsko-żydowskiego.

Władze przestraszyły się wydarzeń lutowych i poszły na ustępstwa wobec Polaków. Zdymisjonowano znienawidzonego Pawła Muchanowa, kuratora Okręgu Naukowego Warszawskiego. Przywrócono instytucję Rady Stanu oraz Komisji Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego z wybijającym się na czoło polskich polityków Aleksandrem Wielopolskim. Obiecano także założenie Szkoły Prawa i przeprowadzenie wyborów samorządowych. Nie zadowoliło to Polaków, zwłaszcza że rozwiązano powszechnie szanowane Towarzystwo Rolnicze. W jego obronie manifestowano 7 kwietnia, zapowiadając wielką demonstrację następnego dnia. Postanowił temu przeciwdziałać Wielopolski, wydając prawo przeciwko zbiegowiskom, sankcjonujące użycie siły wobec nielegalnych demonstracji. Mimo to manifestacja się odbyła. Późnym popołudniem na plac Zamkowy wyszedł 1300-osobowy oddział rosyjskich żołnierzy. Wtem nadjechał pocztylion i zaczął grać na trąbce Mazurka Dąbrowskiego. Wezwań do rozejścia nie posłuchał nikt. Żołnierskie kolby i kozackie nahajki spadły na nieustępliwych demonstrantów, ale nie mogły poradzić sobie z oporem tłumu. Manifestanci padli na kolana i zaczęli głośno się modlić. Wydano rozkaz „ognia!” – pięć kompanii rozpoczęło ogień rotowy w stronę klęczącego tłumu, wzmacnianego nadciągającymi kolejno procesjami. Padali ranni i zabici. Najbardziej dramatyczna walka rozegrała się o krzyż, który niczym znak oporu wznosił się nad manifestantami. Dzierżył go pewien zakonnik, ale wnet padł ranny. Wówczas ten już nie tylko religijny symbol, ale i powstańczy znak uniósł młody Żyd Michał Landy. Ale i on po chwili legł pod rosyjskim pałaszem. Demonstranci zaczęli wznosić prowizoryczne barykady, zza których rzucano kamieniami i kawałkami drewna. Te punkty spontanicznego oporu szybko i brutalnie zostały rozbite przez interweniujące wojsko. Pod wieczór na dziedzińcu zamkowym złożono 100 ciał – niektóre źródła mówią nawet o 200 zabitych i kilkuset rannych.

„Nauka silnie poskutkowała; wszystko teraz cicho i drży ze strachu” – raportował carowi zadowolony Gorczakow. Nie przypuszczał zapewne, że bezwzględna przemoc nie uspokoiła emocji. Co więcej, wzmocniła tylko niechęć do krwawego zaborcy i była katalizatorem, który doprowadził do wybuchu. Nie na darmo pisał przewidująco Andrzej Zamoyski do namiestnika, że „krew wzywa krwi, krew utrwala tylko nienawiść”. Nie było już szans na porozumienie, a pozbawiony zaplecza politycznego Wielopolski został skompromitowany. Na nic się zdały ukazy carskie o oczynszowaniu chłopów i równouprawnieniu Żydów, otwarciu Szkoły Głównej w Warszawie, reforma administracji i wybory samorządowe. Coraz bardziej krystalizujący się obóz „czerwonych” parł do konfrontacji, a profanacja warszawskich kościołów przez carskich żołdaków i wprowadzenie stanu wojennego wywołały jeszcze większą zawziętość Polaków. Szybkimi krokami zbliżał się wybuch, zwłaszcza że na czele organizacji spiskowej stanął energiczny Jarosław Dąbrowski – „Łokietek”, bo taki pseudonim przyjął ze względu na niewielki wzrost – późniejszy wódz naczelny Komuny Paryskiej.

Rok 1862 przyniósł szybką rozbudowę organizacji spiskowej, której przewodniczył Komitet Centralny Narodowy. Dużą stratą było aresztowanie Dąbrowskiego, którego zastąpił na stanowisku naczelnika miasta Warszawy Zygmunt Padlewski. Rozwijały się struktury podziemnego państwa, wykorzystujące zaborczą administrację i pocztę. Pobierano podatki, a pieczątka tajnego rządu otwierała większość drzwi.

Otoczenie cara nie zdawało sobie sprawy z wzbierających nastrojów rewolucyjnych w Królestwie. Aby je rozładować i pozyskać umiarkowane stronnictwo „białych”, do Królestwa wysłano wielkiego księcia Konstantego Mikołajewicza z misją objęcia stanowiska namiestnika, wspierania oraz nadzorowania poczynań margrabiego Aleksandra Wielopolskiego. Środowiska radykalne nie doceniły jednak tego gestu. Na dworcu kolejowym w Warszawie dwóch czeladników oczekiwało w tłumie na przybycie wielkiego księcia Konstantego z zamiarem dokonania zamachu na jego życie. Ludwik Jaroszyński i Edward Rodowicz odstąpili wszakże od zamachu na księcia, ponieważ wielkiemu księciu towarzyszyła ciężarna małżonka. Nazajutrz, 3 lipca 1862 r., Jaroszyński dokonał nieudanego zamachu na księcia przed gmachem Teatru Wielkiego. Pięć dni później literat Ludwik Ryll próbował zamordować Aleksandra Wielopolskiego, a tydzień później Jan Rzońca usiłował zasztyletować jadącego w powozie margrabiego. Wszystkich zamachowców schwytano, a wyrok mógł być tylko jeden – kara śmierci. Ogromny tłum asystował w milczeniu egzekucji, a wkrótce Warszawę obiegł anonimowy wiersz pt. „Cześć wisielcom”oddający ducha patriotycznej stolicy:

Jeszcze Polska nie zmarniała, Kiedy w jednym dniu wydała Tak obfity plon. Trzech młodzieńców – dzieci gminu Wybujałych kwieciem czynu, Gotowych na skon. Ich kolebką była chata, Niemym świadkiem kazamata Ich ostatniej chwili. A na krwawej tarczy słońca Trzy imiona błyszczą: Rzońca, Jaroszyński, Ryll.

Narodziła się nieznana dotąd forma walki politycznej – terror indywidualny, polowanie na głowy wrogich przywódców. Miał się o tym przekonać Aleksander II, będący w przyszłości wielokrotnym celem zamachów.

SZALEŃCZE PLANY

Wybitny badacz dziejów powstania styczniowego Stefan Kieniewicz stwierdził, że w okresie manifestacji patriotycznych „wychowywano polityków, a nie szkolono żołnierzy”. Zaniedbano przygotowania wojskowe, nie zgromadzono odpowiedniej liczby broni i materiałów wojskowych. Nie było kadry oficerskiej, należycie przeszkolonych żołnierzy ani realistycznych planów działania, zwłaszcza w pierwszym okresie po wybuchu insurekcji. Ludwik Mierosławski opracował plan prosty i szaleńczy. Na wiosnę 1861 r. zamierzał wtargnąć na czele „kolumny poświęceńców” na warszawski zamek, uwięzić namiestnika i zmusić go do otwarcia bram Cytadeli. W ten sposób 30 tys. karabinów wpadłoby w ręce powstańców, którzy następnie uderzyliby na rozsypane po kraju garnizony wroga. Wobec upadku tego scenariusza opracował następny. „Legion zewnętrzny”, czyli wyszkoleni za granicą powstańcy, dostarczyliby zakupioną za granicą broń i stanęliby na czele „wojny masowo-ludowej”, która znalazłaby rozstrzygnięcie nie w Królestwie, ale nad Dnieprem i Dźwiną.

Nieco więcej szans powodzenia miał plan opracowany przez Dąbrowskiego. Zakładał on opanowanie Cytadeli i twierdzy w Modlinie przez warszawską organizację spiskową – przy czynnej pomocy wtajemniczonych oficerów armii carskiej. Zajęcie obu twierdz umożliwiałoby zdobycie około 100 tys. karabinów. Ten pomysł miał pewne szanse powodzenia, ale śmiałą koncepcję „Łokietka” unicestwił Centralny Komitet Narodowy, co więcej, Dąbrowski został aresztowany przez Rosjan. Nowy plan zakładał koncentrację powstańczych oddziałów w południowo-zachodniej oraz północnej części Królestwa i marsz na Warszawę, a także przerzucenie działań wojennych na Litwę. Jednocześnie miała być prowadzona „mała wojna” w celu absorbowania rozrzuconych w terenie rosyjskich oddziałów. Ten ostatni pomysł miał być realizowany w momencie wybuchu powstania. Zastanawiające, że żadna z tych koncepcji nie przewidywała poważniejszych kroków ze strony Rosjan, którzy nie zamierzali przecież biernie przyglądać się rozwojowi wypadków. Zarówno koncentracji, jak i terminowi powstania przeszkodził pomysł branki, czyli przymusowego poboru do wojska, przedstawiony przez Aleksandra Wielopolskiego. Branka miała doprowadzić do rozbicia organizacji spiskowej bądź zmusić do przedwczesnego wystąpienia.

Zagrożeni poborem do wojska spiskowcy podjęli decyzję o przyspieszeniu rozpoczęcia powstania i wyznaczyli datę wybuchu na 22/23 stycznia 1863 r. Wybór daty był ze wszech miar fatalny. Zima nie sprzyjała wojnie partyzanckiej. Las nie dawał należytego schronienia, a śnieg pomagał raczej Rosjanom niż insurgentom. Samo wystąpienie miało charakter improwizacji, a nie zaplanowanego z góry działania.

W REFEKTARZU OJCÓW BERNARDYNÓW

Warszawskie wydarzenia z lutego i kwietnia 1861 r. zbudziły z letargu prowincję Królestwa Polskiego. Ruch patriotyczny od razu przybrał charakter manifestacji narodowo-religijnych. Nie bez wpływu na ten stan rzeczy miał okólnik abp. Antoniego Melchiora Fijałkowskiego, wzywający do przywdziania na czas nieograniczony żałoby i odprawienia mszy za poległych w Warszawie. Odprawiano je nie tylko w kościołach katolickich, ale także świątyniach protestanckich i synagogach żydowskich.

Na prowincji najżywiej zareagowały ziemie kaliska i lubelska, choć nie brakowało wystąpień w innych częściach Kongresówki. Bardzo szybko echa wydarzeń warszawskich odbiły się w Radomiu [8]. Do pierwszego z serii patriotycznych wystąpień doszło 29 listopada 1860 r. W kościele bernardynów odbyło się wówczas nabożeństwo z udziałem weteranów powstania listopadowego. Wieczorem w refektarzu doszło do dużo ważniejszego wydarzenia. Po wystąpieniu wysłannika organizacji warszawskich po raz pierwszy odśpiewano hymn Boże coś Polskę oraz powołano zalążki radomskiej konspiracji. O ich sile można się było przekonać już podczas manifestacji wielkotygodniowych, które były mocnym poparciem ruchu narodowego i sprzeciwem wobec postępowania Rosjan w Warszawie. Wkrótce młodzież gimnazjalna zaczęła urządzać „kocie muzyki” i wybijać okna osobom skompromitowanym. W maju rozpoczęły się nabożeństwa i patriotyczne śpiewy w ramach tzw. nabożeństw majowych, które wskutek interwencji władz przeniosły się spod figur i krzyży do świątyń. Na ulicach zagościły polskie stroje i kolory żałoby narodowej. Przy kościele bernardynów usypano kopiec z okazji rocznicy zawarcia unii lubelskiej. Księża wygłaszali płomienne kazania, a w ręce radomian wpadały nielegalne druki. Coraz więcej osób zamykano w aresztach. Dochodziło do starć z wojskiem, a radomianie masowo pisali skargi na zachowanie gubernatora gen. Leontyna Oppermana. We wrześniu wydarzenia przybrały już niebezpieczne rozmiary. Manifestacje wymykały się spod kontroli. Sytuację uspokoiły dopiero restrykcyjne zarządzenia stanu wojennego, który został wprowadzony w guberni radomskiej 17 października 1861 r.

WIELKI ODPUST

Za przykładem gubernialnej stolicy ruszyły Kielce. Tak jak w przypadku Radomia, wpływ na to miało duże skupisko młodzieży gimnazjalnej, urzędników oraz robotników i rzemieślników. 4 kwietnia 1861 r. doszło do pierwszych, ale od razu dramatycznych wydarzeń. Dwóch rosyjskich żołnierzy poturbowało jadącego z sakramentem ks. Józefa Zajdlera [9]. Wywołało to spontaniczne, kilkudniowe rozruchy przeciwko władzom miasta i doprowadziło do powołania Komitetu Bezpieczeństwa. W następnych miesiącach powtarzał się scenariusz z Radomia, choć na mniejszą skalę. Do najbardziej dramatycznych ekscesów doszło 14 lipca, kiedy to w odpowiedzi na religijne śpiewy przy kolegiackim ogrójcu płk Paweł Zwierow nie tylko ustawił naprzeciw kościoła orkiestrę wojskową, ale nakazał jej grać skoczne melodie. Ponadto dwóch żołnierzy wtargnęło do ogrójca. Na uwagi o niestosownym zachowaniu zareagowano po żołdacku. Kolby i pięści spadły na zgromadzonych ludzi. Skargi skierowane do gen. Uszakowa odniosły ten skutek, że nie używano już wojska do rozpędzania tłumu. Bez przeszkód więc odbyły się obchody żałobne z okazji śmierci Adama Czartoryskiego i rocznicy zawarcia unii lubelskiej.

Niedługo potem ruszyła pielgrzymka z Kielc do Jędrzejowa, aby wziąć udział w uroczystościach ku czci Wincentego Kadłubka. Po drodze nastąpiło zbratanie kielczan z chęcińskimi Żydami, Jędrzejów zaś zaczął rozbrzmiewać patriotycznymi śpiewami i bojkotem towarzyskim osób związanych z władzami [10]. Po „zbudzeniu” Jędrzejowa kielczanie przystąpili do sypania kopca, z okazji rocznicy unii polsko-litewskiej.

Największe znaczenie dla narodowego przebudzenia w Świętokrzyskiem miały jednak uroczystości odpustowe z okazji Podwyższenia Krzyża Świętego 14 września 1861 r. na Świętym Krzyżu. Odpust przygotowali patriotycznie nastawieni księża na czele z Ignacym Zakrzewskim z Opatowa i Kacprem Kotkowskim z Ćmielowa [11]. Niepoślednią rolę w przygotowaniach odegrali również spiskowcy z Warszawy, którzy licznie przybyli na tę uroczystość. Czterystuosobowa kompania pielgrzymów ze stolicy, złożona z młodzieży szkolnej i rzemieślniczej, była wedle określenia świadka tamtych wydarzeń Walerego Przyborowskiego „wyprawą rewolucyjną w celu przebudzenia i zrewolucjonizowania wsi i miasteczek”. Inną równie imponującą kompanią była grupa z Tarczka. Na jej czele jechał konno były powstaniec listopadowy ks. Sebastian Zborowski, który niczym chorąży dzierżył w ręku krzyż. W sumie odpust zgromadził około 30 tys. ludzi, w tym 300 księży. Nastrój był podniosły. Na wieży kościelnej powiewał olbrzymi sztandar z Orłem i Pogonią, grała orkiestra, a nad wiekowymi jodłami unosiły się patriotyczne śpiewy. Nabożeństwo odprawił bp sandomierski Józef Juszyński, a homilię wygłosił ks. Zakrzewski, która wedle pamiętnikarza Władysława Zapałowskiego „tak wielkie sprawiła wrażenie na słuchaczach, że lud mało powiedzieć płakał, płacz zamienił się w jeden ciągły jęk i ryk, a echo daleko rozniosło te jęki po lesie” [12]. Jakież to słowa wywołały taki efekt? Ksiądz Zakrzewski zwracał się głównie do chłopów. Wzywał ich do sprzeciwiania się Moskalom i niedawania im wiary, że szlachta nie chce oczynszowania chłopów i nie dąży do przywrócenia pańszczyzny po wyzwoleniu. Przeczył plotkom o zmowie księży i panów, którzy rzekomo chcą większego wyzysku chłopa. „Kiedy wiemy – mówił Zakrzewski – że w zgodzie, jedności jest jedyna ufność wyswobodzenia naszego spod ciężkiego jarzma niewoli, więc łączmy się, kochajmy, wspomagajmy, przebaczajmy jedni drugim, cośmy sobie zawinili wspólnie” [13]. Jak się okazało, słowa solidarności społecznej wzruszyły tylko część słuchaczy. Ludność wiejska, wezwana do złożenia przysięgi, że będzie się biła za ojczyznę do ostatniej kropli krwi, w znacznej mierze uciekła do lasu. Czyn ten zwiastował nastawienie włościan do powstania w pierwszej jego fazie.

Po wspomnianej uroczystości odbyła się narada ziemian i duchowieństwa, ale już bez bp. Juszyńskiego, który przerażony rozmiarami ruchu, opuścił Święty Krzyż. Rozmawiano o tworzeniu tajnych organizacji i pracy agitacyjnej, a zwłaszcza o nawoływaniu z ambon do zgody narodowej. Rok później uroczystości powtórzyły się, lecz nie zebrały już tak wielkiej rzeszy ludzi. Prócz omawianych manifestacji, podobne zgromadzenia, choć na mniejszą skalę, miały miejsce w innych miastach guberni radomskiej: Bodzentynie, Będzinie, Busku, Chęcinach, Czeladzi, Ćmielowie, Gowarczowie, Jędrzejowie, Klimontowie, Kunowie, Miechowie, Olkuszu, Opatowie, Pilicy, Siewierzu, Skale, Solcu, Stopnicy, Szydłowcu, Włoszczowie, Wolanowie, Wolbromie, Zawichoście.

Rozwijał się ruch konspiracyjny. W październiku 1862 r. utworzono struktury podziemnego państwa. W Radomiu powstał Komitet Województwa Sandomierskiego [14], a 29 października 1862 r., na zjeździe w Świętomarzu, duchowieństwo zdecydowało się poprzeć narodowe dążenia.

PATRIOCI W SUTANNACH, CZYLI REWOLUCJA MORALNA W MIASTECZKU

Namiestnik Michał Gorczakow pisał 25 maja 1861 r.: „Ten piekielny kler katolicki doprowadzi mnie do pasji” [15], i tak też się stało. Tego samego dnia padł rażony atakiem apopleksji. Na prowincji to właśnie kler, zwłaszcza ten niższy rangą, przewodził manifestacjom patriotycznym. Tak było w Bodzentynie, małej mieścinie w samym sercu Gór Świętokrzyskich. Wielkie manifestacje w dużych miastach są powszechnie znane i opisane, warto więc przyjrzeć się, jak okres przedpowstańczy wyglądał w liczącym zaledwie około 1,3 tys. mieszkańców miasteczku [16]. Działało tu trzech księży: proboszcz Antoni Chłuda i dwóch wikariuszy: Antoni Omiński i Izydor Ciągliński, przez matkę spokrewniony z Wincentym Migurskim, sportretowanym w opowiadaniu Za co? przez Lwa Tołstoja. Wikariusze byli ludźmi burzliwego ducha, z bogatą przeszłością i powiązaniami ze spiskowcami.

Właśnie na przykładzie Bodzentyna można zaobserwować, jaki przebieg miały manifestacje religijno-patriotyczne na prowincji i jak ważny był w nich udział zarówno duchowieństwa, jak i „czerwieńców” oraz samej ludności. Pozwoli to lepiej zrozumieć wydarzenia powstańczej nocy oraz pierwszych tygodni powstania, a także udział miejscowej ludności w niepodległościowym zrywie.

W miasteczku działała silna grupa sprzysiężonych powiązana z „czerwonymi”. Do spiskowców należeli urzędnicy magistratu bodzentyńskiego, wśród których znalazł się urzędnik Szadkowski, kontaktujący się zapewne z wywodzącym się z Bodzentyna kancelistą w Rządzie Gubernialnym Radomskim Antonim Drążkiewiczem [17]. Ważną rolę odegrali przedstawiciele tutejszego mieszczaństwa: Stefan Bogdański, Kazimierz Szermentowski [18] i Karol Zygadlewicz [19], a także współpracujący z ks. Kacprem Kotkowskim miejscowi księża.

Bodzentyńscy mansjonarze na wieść o wydarzeniach warszawskich włączyli się w ogólnopolski ruch żałoby narodowej. Zbierali i kolportowali wiadomości oraz patriotyczne pieśni, przesyłane im przez „czerwonych” z Warszawy. W kościele wygłaszali rewolucyjne kazania, w których Moskali nazywali nieprzyjaciółmi, barbarzyńcami i zbrodniarzami. Szerzyli kult Tadeusza Kościuszki, odprawiając msze żałobne za jego duszę w rocznicę śmierci, przypominając o kosynierach służących pod rozkazami Naczelnika. Zadbali również, aby przedstawić w odpowiednich barwach zawiłości międzynarodowej polityki, podłoże i przebieg manifestacji w odległej stolicy oraz profanację warszawskich świątyń. Wskazywali nieprawości, jakich dopuszczali się Rosjanie, którzy zniszczyli i obdarli Polskę podatkami, zakazali wszelkich oznak polskości, a nawet ubioru narodowego. Starali się ukazać wszelkie prześladowania i cierpienia Polaków. „Przebieżcie dzikie stepy choć myślą samą – pisał jeden z wikariuszy – zajrzyjcie w krainy śniegiem i lodem pokryte, zapuśćcie się choć duchem w głębokie kopalnie, a ujrzelibyście braci naszych obciążonych kajdanami [...]. Matki polskie pozbierajcie kości z synów waszych na wybrzeżach Kaukazu poległych, dokąd ich ci barbarzyńcy na niechybną śmierć zapędzili”. Wzorem innych miast wzniesiono krzyż „na pamiątkę poległych braci, którzy niewinnie od tyranów, morderców, wrogów naszych, na ulicach Warszawy zamordowani zostali” [20]. Na krzyżu umieszczono napis „Za poległych w 1861-1862”. Świątynię przystrojono barwami żałoby i „symbolami politycznych dążności”, takimi jak dwie chorągwie. Jedna przedstawiała Matkę Boską i polskiego orła, druga zaś Matkę Boską Bolejącą i ukrzyżowanego Jezusa Chrystusa na tle barw narodowych. Prócz tego kościół przyozdobiono w kolory żałoby narodowej, której nie zdjęto nawet w okresie świąt Bożego Narodzenia. W latach 1861-1862, czarny welon wisiał przed ołtarzem głównym, a świece i aparaty kościelne były udekorowane czarnymi kokardami.

Sprawiono również dwudziestojednokilogramowego żeliwnego orła w koronie, trzymającego w szponach krzyż (symbol wiary) i cierniową koronę (symbol cierpienia). Orzeł był noszony na drewnianych drążkach jako feretron w czasie patriotycznych procesji.

W kościele oraz przy przydrożnych krzyżach odprawiano modły i głośno śpiewano pieśni o charakterze religijno- -patriotycznym, m.in. Boże coś Polskę, Pieśń do Matki Boskiej, Pieśń do Serca Pana Jezusa, Z dymem pożarów, Anioł pokoju, Hymn na rocznicę unii Litwy z Koroną, Pieśń do Zbawcy Świata, Zorza, Modlitwa Izraelitów, Modlitwa Polaków czy Hymn do Boga.

Władze carskie, zaniepokojone rozmiarami ruchu w Królestwie, wprowadziły stan wojenny. Naczelnik wojenny powiatu kieleckiego, płk Ksawery Czengiery, nakazał usunięcie emblematów narodowych ze sztandarów kościelnych, cechowych oraz zakazał wszelkich zgromadzeń pod krzyżami i figurami oraz procesji kościelnych. Burmistrzowie i wójtowie gmin zostali obarczeni obowiązkiem dopilnowania wypełniania poleceń władz. Czy dokonywali takich rewizji? – trudno dociec. Jednak składali raporty, w których informowali, że nie znaleźli godeł i chorągwi z godłami. Uczynili tak burmistrzowie: Wodzisławia, Jędrzejowa, Kurzelowa, Chęcin, Secemina, Włoszczowy i Małogoszcza [21].

W Bodzentynie sztandary znikły, żałobę zdjęto z dużym opóźnieniem, usuwane zaś tablice trzykrotnie zawieszała na pierwotnym miejscu „niewidzialna ręka” [22]. Manifestacje z czasem zanikały, jednak coraz aktywniej działały koła konspiracyjne. „Czerwoni” umacniali swe wpływy w terenie, zwłaszcza w Kielcach, Suchedniowie i Bodzentynie.

NOC STYCZNIOWA

WYBUCH POWSTANIA

W nocy z 22 na 23 stycznia do walki przeciwko blisko 100 tys. carskich żołnierzy, dysponujących 176 działami, przystąpiło około 7 tys. powstańców [23]. Broń strzelecka w szeregach insurgentów należała do rzadkości. Idąc do ataku, powstaniec zamiast karabinu, ściskał w ręku kosę, okuty drąg, siekierę, a czasem wyrwaną z płotu sztachetę. Widok ten był niestety regułą, a nie wyjątkiem. Na żale dowódców partyzanckich oddziałów przywódcy ruchu doradzali szukać broni u wroga. Leon Frankowski wołał: „Pięściami zdobędziemy karabiny, a karabinami armaty”. Jeśli celem ataku podczas nocy styczniowej było zdobycie broni, to nie został on osiągnięty. Nie opanowano także żadnego większego ośrodka miejskiego, a spośród 24 napadów na garnizony rosyjskie tylko część zakończyła się sukcesem powstańców. Mimo to Rosjanie poważnie się przestraszyli i zwinęli małe garnizony, koncentrując siły w większych miastach. Powstańcy na krótki czas stali się panami terenu, ale nieprzyjaciel szybko zrozumiał, że przecenił siły powstańców i z biegiem czasu coraz śmielej wykorzystywał swoją przewagę w uzbrojeniu, organizacji i liczebności.

Na początku lutego w kilku rejonach kraju zorganizowano powstańcze obozy wojskowe, m.in. w lasach Bolimowskich i Gąbińskich, w Ojcowie, Wąchocku, Białej, Kazimierzu, Siemiatyczach i Węgrowie, gdzie intensywnie szkoliło się kilkanaście tysięcy powstańców. Niestety zostały one szybko rozbite przez nieprzyjaciela, a pierwszy dyktator powstania, Ludwik Mierosławski, po dwóch porażkach (Krzywosądz, Nowa Wieś) wyjechał do Paryża „leczyć chore gardło”. Następnym dyktatorem ogłoszono Mariana Langiewicza, który po dwumiesięcznych walkach w Sandomierskiem i Krakowskiem wycofał się do Galicji. Rozbito także oddział Apolinarego Kurowskiego pod Miechowem oraz największe polskie ugrupowanie powstańcze pod Węgrowem na Podlasiu. Zniweczono w ten sposób plany opanowania dwóch rejonów, mających posłużyć jako baza do dalszych działań. Nie mogło już być mowy o organizowaniu wielkich oddziałów i prowadzeniu regularnej wojny. Pozostała tylko – partyzantka.

GUBERNIA RADOMSKA

Omawiana kampania wojenna Mariana Langiewicza w całości rozgrywała się na terenie guberni radomskiej. Warto więc przyjrzeć się terenowi, tak istotnemu dla wyniku zmagań.

Gubernia radomska, która była terenem intensywnych walk, nie tylko w pierwszych miesiącach powstania, obejmowała dwa powstańcze województwa: krakowskie i sandomierskie. W jej skład wchodziło 8 powiatów: kielecki, miechowski, olkuski, opatowski, opoczyński, radomski, sandomierski i stopnicki. Rozciągała się ona na obszarze około 24 tys. km kw. Była ograniczona rzekami Wisłą i Pilicą, jedynie w południowo-zachodniej części miała granice sztuczne. Rzeki te, a zwłaszcza bariera Wisły, były bardzo istotne. W początkowym okresie powstania Wisła stanowiła zabezpieczenie przed ruchami wojsk rosyjskich, które mogłyby operować ze wschodu. Jej nurty utrudniały także manewrowanie oddziałom powstańczym. Dużą część granic guberni stanowiły granice zewnętrzne Królestwa Polskiego. Sąsiedztwo Śląska, a zwłaszcza Galicji i nieodległego Krakowa, odgrywało w planach powstańczych kluczową rolę. Liczono na pomoc i ochotników zza kordonu. Stąd też w zamyśle przywódców powstania właśnie województwa krakowskie i sandomierskie miały stać się przyczółkiem powstania, w którym nastąpi organizacja powstańczego wojska i skąd wyjdzie uderzenie w głąb kraju.

Nie bez znaczenia na powstańcze plany miało wpływ ukształtowanie terenu. Północną część guberni tworzyła podmokła Nizina Radomska – zwłaszcza w widłach Wisły i Pilicy oraz wzgórzach iłżeckich. W jej środkowej części piętrzą się poprzecinane dolinami Góry Świętokrzyskie, z dominującym pasmem Łysogór, których szczyty dochodzą do 600 m n.p.m. Porośnięte gęstym lasem, niezbyt wysokie i dosyć płaskie, w niektórych rejonach wznoszą się gwałtownie ku górze, niekiedy przechodzą w skalne rumowiska. Były one więc dosyć trudną przeszkodą do sforsowania, zwłaszcza dla regularnej armii. Góry Świętokrzyskie stopniowo obniżają się ku południowi, ku Wyżynie Sandomierskiej. Cały obszar był wówczas urozmaicony licznymi wąwozami, parowami i uskokami. Krajobraz przecinały doliny rzeczne oraz potoki o różnej wielkości. Stanowiły one niejednokrotnie duże utrudnienie dla przeprawiających się wojsk. Tak było zwłaszcza podczas przedwiosennego przyboru wód. Spokojne zazwyczaj rzeki zamieniały się wtedy w rwące potoki.

Trzecia część guberni była porośnięta gęstymi, trudnymi do przebycia lasami. Na północy znajdowała się Puszcza Radomsko-Kozienicka, ciągnąca się od Pilicy po Zwoleń. Drugi kompleks leśny rozciągał się w Górach Świętokrzyskich, zwłaszcza w jego najwyższych pasmach. Gęste lasy porastały tereny od Końskich, poprzez Suchedniów i Wąchock, po Iłżę i Ćmielów. Nie brakowało również wiele mniejszych lasów i zagajników.

Spiskowcy wiedzieli, że las będzie – przynajmniej w pierwszym etapie insurekcji – schronieniem, miejscem skrytej koncentracji i ewentualnych akcji bojowych. Ze znaczenia kompleksów leśnych zdawały sobie również sprawę władze carskie. Już 20 stycznia 1863 r. Fiodor Berg, w obawie przed zasadzkami na drogach leśnych, wydał rozkaz wycinki lasów położonych wzdłuż dróg i traktów na szerokości 100 sążni – po 50 sążni po każdej ze stron drogi. Zadanie to miało być przeprowadzone w dwa miesiące. Nie zważano już na zwalczane uprzednio chłopskie praktyki, polegające na samowolnym wyrębie lasu. Teraz chłopi, w zamian za uczestnictwo w rządowym nakazie, mogli zabierać wycięte drzewa. Była to zachęta nie lada ze względu na niedawne zakazy i restrykcje oraz wartość materialną drewna. Nic więc dziwnego, że chłopstwo masowo ruszyło z piłami i siekierami ku przydrożnym zaroślom. W samym leśnictwie Iłża pracowało 600 ludzi dziennie, wywożąc 349 furmanek drzewa. Nie wszędzie jednak chłopi chcieli brać udział w wyrębie. Nie bez znaczenia była tu obawa przed zemstą buntowników. Lęk trapił włościan zwłaszcza w ekonomii suchedniowskiej i samsonowskiej. Tam jednak do akcji wkroczyli prywatni przedsiębiorcy, np. Majer Kuperman z Szydłowca i Jankiel Miodecki z Suchedniowa [24]. Spiskowcy liczyli w przedpowstaniowych rachubach nie tylko na leśne schronienie, ale także na współpracę ze strony zaangażowanych w konspirację pracowników lasów rządowych: leśniczych, strzelców i strażników. Znali oni doskonale teren i co ważne – dysponowali tak cenną bronią. Zdawały sobie z tego sprawę także władze rosyjskie. Nieufnie odnosiły się do leśnej administracji i rozkazały zdanie broni. Mimo tego część strzelb i tak dostała się w ręce powstańców.

Na tym trudnym terenie brakowało dobrych dróg. Zarówno trakty, jak i drogi polne przemieniały się jesienią i wiosną w trudno przejezdne trzęsawiska. Stan ten podkreślali zarówno podróżnicy, jak i styczniowi powstańczy. Jednak brak dróg dawał bardzo istotną korzyść powstańcom, gdyż uniemożliwiał szybkie przemarsze regularnego wojska, które operowały na głównych szlakach. Najważniejszą drogą gubernialną była szosa Warszawa-Kraków. Węzłowy punkt komunikacyjny stanowiły tu Kielce, ze względu na krzyżowanie się dróg na osi Radom-Miechów i Piotrków-Stopnica. Bez opanowania Kielc plany powstańcze były skazane na niepowodzenie.

Wielkim atutem guberni radomskiej było rozwinięte kopalnictwo: żelaza, miedzi, ołowiu i galmanu oraz przemysł. Główne ośrodki przemysłowe skupiono w Zagłębiu Staropolskim – wokół Kielc (Białogon, Kuźniaki, Samsonów), dorzeczu rzeki Kamiennej (zakłady Suchedniowa, Wąchocka, Brodów, Nietuliska, Kunowa i Ostrowca Świętokrzyskiego) oraz Zagłębia Dąbrowskiego. Zakładano, że stworzy się z nich główny arsenał powstania, który będzie dostarczał broń – zwłaszcza sieczną (głównie kosy) oraz materiały wojenne. Prócz tego liczono na robotników w nich pracujących, którzy w dużej mierze byli związani z ruchem narodowym.

Gubernię radomską zamieszkiwało – wedle danych z 1861 r. – 960 633 mieszkańców. Choć gęstość zaludnienia wynosiła 44 osoby na kilometr, co stanowiło wskaźnik wyższy niż dla całego Królestwa, to rozmieszczenie ludności było bardzo nierównomierne. Dla przykładu powiat olkuski zamieszkiwało 161 411 mieszkańców, opoczyński – 142 638, ale kielecki już tylko 90 508. Miasta w guberni radomskiej były w większości małe lub bardzo małe, liczba mieszkańców nie przekraczała tysiąca osób, a ich ludność trudniła się nie tyle rzemiosłem, co uprawą roli. Na miano dużego miasta zasługiwał tylko Radom, zamieszkany w 1863 r. przez 9359 mieszkańców. Drugie miasto w guberni – Kielce liczyło już tylko 5151 osób [25]. W większości były to więc miasta małe, w których mieszkańcy utrzymywali się z zajęć rolniczych. Spory odsetek ludności miejskiej stanowili Żydzi [26], niewielki procent zaś prawosławni i ewangelicy.

Zdecydowana większość mieszkańców guberni radomskiej to utrzymujący się z pracy na roli chłopi o jednoznacznej przynależności narodowościowej i religijnej. Tylko promil mieszkańców wsi stanowili osadnicy niemieccy.

ROZMIESZCZENIE SIL ROSYJSKICH

Do kwietnia 1861 r. gubernia radomska podlegała jednemu naczelnikowi wojennemu, jednak wskutek manifestacji patriotycznych i wzrostu napięć z nimi związanych władze carskie zdecydowały się na reaktywację funkcji naczelnika wojennego, któremu podlegał powiat kielecki. W przeddzień wybuchu powstania naczelnikiem wojskowym radomskim był gen. Aleksander Uszakow, kieleckim zaś płk Ksawery Czengiery. Podlegały im pułki piechoty: halicki i mohylewski, a także częściowo pułki smoleński i połocki – czyli 9 batalionów piechoty, wspieranych przez 4 szwadrony jazdy, 3 sotnie kozaków oraz 16 dział. Łącznie siły stacjonujące na terenie guberni wynosiły 14,5 tys. żołnierzy [27]. Największe garnizony rozlokowano w Radomiu i Kielcach. Mniejsze oddziały stały w: Białaczowie, Bodzentynie, Brzozie, Chęcinach, Chmielniku, Głowaczowie, Iłży, Jedlni, Jędrzejowie, Końskich, Klimontowie, Korczynie, Książu Wielkim, Łagowie, Miechowie, Opatowie, Opocznie, Pińczowie, Ryczywole, Sandomierzu, Skaryszewie, Słomnikach, Stopnicy, Sulejowie, Szydłowcu i Zawichoście.

NACZELNIK WOJSKOWY WOJEWÓDZTWA SANDOMIERSKIEGO

Plany Komitetu Centralnego Narodowego zakładały opanowanie terenów województw sandomierskiego i krakowskiego, czyli tzw. trójkąta granicznego, położonego między granicami Prus i Austrii, skąd spodziewano się napływu ochotników i pomocy. Opanowanie tego dogodnego do obrony obszaru mogłoby doprowadzić do powstania bazy wojennej, skąd ruszyłaby ofensywa w głąb Królestwa. Nie bez znaczenia było funkcjonowanie tutaj ośrodków przemysłowych mogących produkować przynajmniej broń białą, jak to miało miejsce podczas powstania listopadowego. Na dowódcę tego obszaru wyznaczono Mariana Langiewicza.