Kamień w lustrze - Opracowanie zbiorowe - ebook
Opis

 

We wstępie do niniejszej Antologii profesor Lidia Kasarełło posłużyła się metaforą owoców, często o gorzkim i cierpkim smaku, które „zazwyczaj lśnią jak wypolerowane lustra, odbijając refleksy otaczającego świata, choć nie brak wśród nich matowych i groteskowych form”. Ten doskonały obraz oddaje zarówno złożoność rzeczywistości chińskiej XX i XXI wieku – z całym ogromem i gwałtownością zachodzących w niej przemian ‒ jak i charakteru prezentowanych tu utworów. Pastoralna liryczność sąsiaduje tu z niestroniącą od wulgaryzmów ironią, konwencjonalna nowela z surrealistycznym obrazem, wzruszenie z oskarżeniem, przesycone czułością wspomnienia z brutalną wizją psychicznego okaleczenia.

 

Mierząc się z trudnością zbudowania poprawnej reprezentacji całego bogactwa chińskiej literatury tego okresu wybraliśmy autorów cenionych i nagradzanych, choć w różnym stopniu znanych. Całość rozdzieliliśmy na utwory prozy narracyjnej, poezję i dramat, choć tych pierwszych jest najwięcej – od form krótkich po bardzo długie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 928

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Wstęp

W ogrodzie chińskiej literatury rosną drzewa, które rodzą niezwykłe owoce. Wydają się egzotyczne, ponieważ rzadko trafiają do naszych księgarń… Zazwyczaj lśnią jak wypolerowane lustra, odbijając refleksy otaczającego świata, choć nie brak wśród nich matowych i groteskowych form. Wiele ma gorzki i cierpki smak. Zwłaszcza gdy wyrosły w minionym stuleciu. Próżno pośród nich szukać opowieści o walecznych rycerzach, pięknych konkubinach, cesarskich satrapach, konfucjańskich uczonych, mędrcach i poetach recytujących wiersze przy blasku księżyca.

Cały wiek XX i początek XXI, z którymi się mierzymy w tej Antologii, to epoka przełomów, wstrząsów, reform, nadziei i traum. To czas odmierzany przez wiele pokoleń Chińczyków, Tybetańczyków, Ujgurów, Mongołów, Mandżurów, ludów Miao, Naxi, Bai, Liao…, które razem i osobno wyznaczają kulturową przestrzeń dla swoich opowieści. Łatwo więc zgadnąć, że to, co chińska literatura tego okresu utkała na swoich krosnach, musi być barwne, choć nie zawsze pastelowe, ekscytujące i radosne. Patrząc uważnie na wzory i symbole wyłaniające się z tej literackiej tkaniny XX i XXI wieku, bez trudu dostrzeżemy, że nicią splatającą całość jest zmaganie się tradycji z nowoczesnością oraz poszukiwanie własnej drogi i nowej tożsamości w zmieniających się realiach Azji.

Najpierw na próbę został wystawiony dawny porządek konfucjański wraz z silnymi wpływami taoizmu i buddyzmu, patriarchalno-hierarchicznym modelem społeczeństwa i utrwaloną estetyką. Stanowił on część procesu modernizacyjnego, pełnego turbulencji i zaangażowania młodej inteligencji podczas Ruchu 4 Maja 1919 w okresie Republiki Chińskiej (1911–1949). Na czas jej rządów przypadały także lata bratobójczej walki między partią narodową – Kuomintangiem – i rosnącą w siłę Komunistyczną Partią Chin, z Mao Zedongiem na czele, które podczas wojny z Japonią (1937–1945) zeszły na drugi plan. Ostatecznie konflikt skończył się w 1949 roku zwycięstwem KPCh i utworzeniem Chińskiej Republiki Ludowej.

Pomimo wygranej komunistów walka ideologiczna trwała nadal. W imię utrzymania totalitarnej władzy nie tylko ziemię, ludzi, ale i całą kulturę uczyniono sobie poddanymi. Miejsce wolności i prawdziwej sztuki zajęły propaganda i represje. Były wszechobecne w czasach kolejnych, brutalnych kampanii politycznych, w latach strachu i głodu Wielkiego Skoku i wreszcie krwawego pogromu rewolucji kulturalnej (1966–1976). Po śmierci Mao Zedonga, dzięki proklamowaniu przez Deng Xiaopinga programu czterech modernizacji w roku 1978, Chiny po raz drugi w historii XX wieku otworzyły drzwi i okna na świat. Władze, zaniepokojone żarliwością i tempem, w jakim artyści i intelektualiści przyswajali myśli i zdobycze zachodniej cywilizacji, znowu próbowały ograniczyć polityczną wolność i swobody twórcze. Przez kolejne trzydzieści lat czyniły to z różnym skutkiem, w zależności od momentu historycznego. Po okresie buntu, zakończonym masakrą na placu Tiananmen (1989), nadszedł czas stagnacji i emigracji wewnętrznej wielu twórców chińskich, którzy stopniowo zaczęli ulegać fetyszowi komercjalizacji. Schyłek lat dziewięćdziesiątych, przełom wieku i początki nowego przyniosły ogromne zmiany, charakterystyczne dla wielkich procesów transformacji.

Po „stu latach poniżenia” (bainian guochi) i ustanowieniu własnej drogi rozwoju, której przyświecała wizja spełnienia „chińskiego marzenia” (Zhonguo meng), Chiny znowu z dumą spoglądają na swoje dziedzictwo. Deklarowany dzisiaj przez przywódców państwa wielki renesans Chin wiąże się z odrodzeniem rodzimej kultury. Wydaje się, że powróciła znowu sinocentryczna retoryka kulturowa. Jej zmienne koleje losu – od obrazoburczego zanegowania tradycji podczas Ruchu Nowej Kultury (1919–1922) po obecną rehabilitację cywilizacyjnej spuścizny – rezonują w subtelny sposób z historią literatury chińskiej w XX i XXI wieku. Jej rozwój nosi wszelkie znamiona typowego, wspomnianego już azjatyckiego procesu modernizacyjnego.

Pod wpływem intensywnych kontaktów z Zachodem na początku XX wieku w literaturze chińskiej dokonała się rewolucja w sferze funkcji, gatunków, stylu, języka i poetyki. W piśmiennictwie młodych pojawiła się nowa tematyka – walka o emancypację i zaangażowanie społeczne. Realizm przeplótł się z sentymentalizmem i nową tonacją liryczną. Trudno w jednym zdaniu zdefiniować twórczość choćby tylko tych najsłynniejszych autorów, takich jak Lu Xun, Ba Jin, Mao Dun, Lao She, Shen Congwen czy Qian Zhongshu. W schematycznym i może nieco przestarzałym ujęciu klasyfikuje się ich jako liryków tradycjonalistów, realistów, subiektywistów, naturalistów, fabularzystów lub modernistów, co w pewnym sensie oddaje różnorodność ich oglądu świata i jego artystycznej sublimacji.

Choć wydawało się, że rodzimy porządek epistemologiczny i estetyczny został całkowicie zmieciony z chińskiej sceny, to w rzeczywistości w okresie republikańskim rzecznicy nowoczesności zmagali się nie tylko z pozostałościami klasycznej stylistyki i dawnymi kanonami artystycznymi, ale także z koniecznością ideologicznego wyboru między interesem narodowym i klasowym. Zwycięstwo Mao Zedonga przyniosło usankcjonowanie tego drugiego. Przemówienia jenańskie z 1942 roku zapoczątkowały erę „literatury i sztuki w służbie robotników, chłopów i żołnierzy”. Ideałem socrealistycznej, całkowicie zuniformizowanej twórczości stało się łączenie „rewolucyjnego romantyzmu z rewolucyjnym realizmem”. Zalew czerwonej literatury skończył się wraz z upadkiem „bandy czworga” w roku 1976, który formalnie wieńczył koniec dekady rewolucji kulturalnej.

Prawdziwy przełom dokonał się dopiero w latach osiemdziesiątych XX wieku. To wtedy otwarcie na świat i burzliwe debaty intelektualne zwane gorączką kulturową (wenhua re) doprowadziły do gruntownego przewartościowania myślenia o sztuce. Utrata przekonania co do przewagi treści nad formą doprowadziła do zachwiania dotychczasowej, utylitarnej funkcji sztuki, także literatury. Miejsce prostej, realistycznej narracji zajęła sfera subiektywnych wrażeń i odczuć, strumień świadomości i dialog wewnętrzny. Po okresie rozliczeń („literatura ran i blizn”) oraz refleksji („literatura introspekcji”) nastał czas eksperymentowania i odkrywania zalet symbolizacji i intertekstualności, logiki absurdu, sarkazmu, realizmu groteskowego i magicznego. Scenę literacką w latach osiemdziesiątych zalała nowa fala, na której unosiły się „literatura poszukiwania korzeni”, awangardowa literatura czystej formy oraz „nowa proza historyczna”, zrodzona z przekonania o iluzoryczności obiektywizmu w historii. Scenę zaludnili prawdziwi mistrzowie pióra: Mo Yan, Su Tong, Han Shaogong, Gao Xingjian, Ma Jian oraz poeci poezji mglistej (np. Bei Dao, Gu Cheng). Urodzeni w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku należeli do pokolenia zhiqingów, którym rewolucja kulturalna usiłowała wykarbować umysły. Rywalizowali z nimi o dekadę młodsi Yu Hua, Can Xue i Gefei – nazywani bękartami Borgesa, m.in. dlatego, że zmagali się z traumą przeszłości, odważnie eksperymentując z formą. Literaturę następnych pokoleń charakteryzował pluralizm formalno-treściowy, pozbawiony wyraźnej, spójnej koncepcji ideowo artystycznej. Z jednej strony autorzy odważnie poszukiwali nowych form ekspresji (np. Wang Shuo, Meng Jinghui), z drugiej – widoczny stał się powrót do realizmu, który miał wiernie odzwierciedlać problemy młodego wielkomiejskiego pokolenia, kochającego sukces i pieniądze (np. Wang Shuo, Wei Hui, Mian Mian, Muzimei, Han Han). O literaturze XXI wieku krytycy mówią, że jest niejednorodna, płynna, chaotyczna i przede wszystkim podporządkowana wartościom konsumpcyjnego świata.

W zasobach chińskiej literatury XX i XXI wieku znajduje się niezliczona ilość opowiadań, powieści, wierszy, dramatów, esejów i reportaży, w których zamknięto tysiące historii, doświadczeń, wspomnień, refleksji, emocji, barw i dźwięków. Układali je pisarze, poeci i dramaturdzy negujący stary porządek, otwarci na świat i zafascynowani zachodnią twórczością, wciąż jednak myślący po chińsku. Dlatego w utworach większości z nich nadal widoczne są ślady rodzimej tradycji literackiej, znanej z dydaktyzmu, zamiłowania do porządku, symetrii i paralelizmów, aluzji, nawiązań, analogii, alegorii, swoistego liryzmu, rytmu i muzykalności (chiński jest językiem tonalnym). Tradycyjny jest też szacunek dla faktu, detalu i konkretu i równoczesna skłonność do wyrażania sensu okrężną drogą. Wydaje się, że niektóre z tych cech mogą drażnić naszą współczesną wrażliwość estetyczną, zwłaszcza przywiązanie Chińczyków do słynnego postulatu wenyizai dao – „literatura wehikułem dao” – nakładającego na pisarzy powinność moralno-edukacyjną i rygor poznawczy, wyrażane chwilami zbyt patetycznie.

W jednej antologii nie sposób zbudować poprawnej reprezentacji całego urodzaju chińskiej literatury XX i XXI wieku. Wybór nie był łatwy. Mając do dyspozycji kosze pełne owoców: gorzkich, kwaśnych, słodkich, dojrzałych i surowych, wyrafinowanych w smaku i o bardzo niewybrednym aromacie, zdecydowaliśmy się na autorów cenionych i nagradzanych, choć w różnym stopniu znanych i poważanych. Nie uwzględniliśmy przekładów już istniejących w polskiej przestrzeni, odłożyliśmy na bok twórczość Lu Xuna, Mao Duna, Lao She, Ba Jina, Ding Ling, Gu Hua, Zhang Xianlianga, Mo Yana, Gao Xingjiana, Bei Dao, Ma Jiana, Liao Yiwu. Jednocześnie świadomie pominęliśmy dziewiętnaście lat (1949–1968) dorobku podporządkowanego komunistycznej ideologii, którego tłumaczenia na język polski można wciąż znaleźć w zapomnianych wydawnictwach ze – słusznie minionych – lat pięćdziesiątych. Pozostałość rozdzieliliśmy między utwory prozy narracyjnej, poezję i dramat, choć tych pierwszych jest najwięcej – od krótkich opowiadań po bardzo długie, które wydaje się w Chinach jako minipowieści lub średniej długości opowiadania (zhongbian xiaoshuo).

Spośród autorów tworzących w okresie Republiki i zaliczanych do tzw. literatury nowoczesnej (xiandai wenxue) wybraliśmy wybitnych prozaików: Shen Congwena, Qian Zhongshu, trochę zapomnianego Mu Shiyinga oraz renomowanych poetów: Xu Zhimo i Wen Yiduo. Literaturę współczesną (dangdai wenxue) reprezentują znani już polskiemu czytelnikowi: Yu Hua, Su Tong, Han Shaogong i Oser. Pozostali debiutują w Polsce. Są to nieżyjący już Wang Xiaobo i Shi Tiesheng; pisarze Zhang Chengzhi, Can Xue, Yan Ge, poeci: Sun Wenbo, Yi Sha, Ge Mai, Gu Cheng, Zhou Lunyou Xu Chuan oraz dramaturdzy: Meng Jinghui w towarzystwie Huang Jinganga, Shi Hanga i Wang Xiaoli.

Graniczne miasto, opublikowane w 1934 roku i uznawane za jedno z najwybitniejszych dzieł Shen Congwena, nawiązuje do tradycji kultury Miao, która stanowi tło historii życia Cuicui, jej dziadka przewoźnika oraz dwóch braci, rywalizujących o rękę dziewczyny. W nowoczesnej liryczno-pastoralnej poetyce Shen Congwena utopia miesza się z dystopią. Szczególną wartość zyskuje w utworze obecność sztuki i obrzędowości ludowej, ale zwłaszcza opisy przyrody, służące do zbudowania cyklicznego obrazu literackiej rzeczywistości, nadają dziełu wysoką rangę.

Pamiątka Qian Zhongshu ze zbioru Ludzie, zwierzęta, duchy z 1946 roku to dosyć konwencjonalna nowela, pozornie najmniej typowa dla wyjątkowego języka tego pisarza, pełnego ciętej riposty, satyry, aluzji i metafor. To historia romansu młodej kobiety z kuzynem męża, ginącym tragicznie pilotem. Utwór uważany jest za przykład wykorzystania podejścia transsubiektywnego w relacjonowaniu zachowania bohaterów, przedkładającego ogląd obiektywny i uniwersalny nad subiektywnym i indywidualnym.

Pierrot Mu Shiyinga osadzony w realiach przedwojennego, kosmopolitycznego Szanghaju otwiera możliwości interpretacyjne na wielu poziomach. Przede wszystkim jest to rodzaj fresku malującego szanghajską inteligencję i jej przedstawiciela, tytułowego pierrota, Pan Helinga – pisarza-romantyka, który w końcu zostaje rewolucjonistą. Niestety i w tej roli bohater ponosi klęskę, ponieważ nie urzeczywistniają się jego romantyczne fantazje na temat walki o sprawiedliwość. Pan Heling trafia do więzienia, a kiedy po pół roku wychodzi na wolność, nikt już o nim nie pamięta.

Cały tekst można uznać za rodzaj autoironicznej karykatury samego Mu Shiyinga, narcystycznego pisarza, ukrytego za maską karnawałowego pierrota.

Gwiazda dla babci Shi Tieshenga to rodzaj lirycznego wspomnienia autora, który pisze je w 1983 roku, a więc w okresie wielkiej odwilży po rewolucji kulturalnej. Tytułowa babcia nieco przypomina postacie Lu Xuna, niezwykłe w swej oczywistości. W czułą opowieść o losach kobiety – od momentu jej wyjścia za mąż, poprzez lata posługi małżeńskiej w rodzinie Shi, po lepsze czasy po wyzwoleniu – została wpleciona historia: brutalne kampanie i rewolucja kulturalna, uświadamiając czytelnikowi znaczenie empatii, miłości i przywiązania, łączących bliskich. Wyraża je także centralna myśl utworu o tym, że po śmierci na niebie pojawia się nowa gwiazda, która oświetla drogę wędrowcom.

Trzydzieści lat, wiek samodzielności Wang Xiaobo to jedna z tych niezwykłych opowieści pokolenia zhiqingów, które w czasie rewolucji kulturalnej musiało przeżyć na zesłaniu, z dala od domu, w trudnych warunkach chińskiej wsi. Głównym bohaterem historii o Wang Erze – mikrobiologu i kierowniku uczelnianego laboratorium – jest pamięć. Przeszłość zakotwiczona w obrazach z późnego dzieciństwa w domu i szkole, a potem młodości na wsi narusza linearnie odtwarzaną teraźniejszość. Fragmentaryczność świata przedstawionego, wymieszanie opisów pełnych absurdu, przesady, ironii i wulgaryzmów z intelektualnie wyrafinowanymi przemyśleniami na temat kondycji współczesnego człowieka i jego seksualności przywołuje luźne skojarzenia z dziełami Itala Calvina czy nowej powieści francuskiej.

W znanym utworze Yu Hua 1986, opowiadającym o pamięci, obłędzie, traumie i bezprawiu również powraca temat rewolucji kulturalnej. Fragmenty życia głównego bohatera wyświetlają się bezpośrednio na ekranie jego umysłu, poranionego traumą, błąkającego się między przeszłością straszliwych wydarzeń a teraźniejszością w rodzinnym miasteczku, do którego wrócił i gdzie nikt go nie poznaje. W szaleństwie rozbitego podmiotu kryje się metafora psychicznego okaleczania ludzi żyjących w Chinach rządzonych przez Mao.

W długim opowiadaniuEra tatuażu miłośnicy prozy Su Tonga odnajdą typowe dla jego twórczości oskarżenie najnowszej historii Chin o przemoc, chaos i cierpienie. Obraz rywalizujących ze sobą młodocianych gangów jest pretekstem do ukazania, w jaki sposób system patriarchalny i wydarzenia polityczne mogą zmieniać postawy młodych ludzi w okresie dojrzewania. Pisarz tworzy rodzaj estetycznego napięcia poprzez łączenie obrazu brutalnego świata z perspektywą dziecięcej wyobraźni i swoistej atmosfery nostalgii.

Biały koń to wzruszająca opowieść młodej, mniej znanej, współczesnej pisarki, Yan Ge. Bohaterką historii jest mała Yun Yun, żyjąca w niewielkim miasteczku z owdowiałym ojcem, utrzymująca bliski kontakt z ciotką, wujkiem i starszą kuzynką. Dziewczynka, próbując zrozumieć świat dorosłych, odkrywa kłamstwo łączące obie jej rodziny.

Uroda całego opowiadania polega na przedstawieniu codzienności oglądanej oczyma dziecka. Pełno w niej nieco infantylnej ciekawości, sekretów, delikatności i swoistej magii.

W Ta-ta-ta Han Shaogong przenosi czytelnika na peryferie Hunanu Zachodniego, w lata 40. XX wieku. Jednocześnie powracając pamięcią do prastarej kultury Chu i obrzędowości plemiennej ludu Miao, rekonstruuje świat zbiorowości, reprezentującej myślenie pierwotne, z typowymi dla światopoglądu mitycznego konserwatyzmem i sakralnością. Akcja utworu rozgrywa się we wsi Kurzy Łeb, a najważniejszą postacią, wokół której koncentrują się wydarzenia, jest głęboko upośledzony Bing Zai.

Według niektórych krytyków świat przedstawiony jest gorzką metaforą kultury chińskiej, według innych zaś – wyłącznie alegorią pierwotnej społeczności, w której nie wykształciły się wyższe formy cywilizacji.

Zarówno Chatka na górze, jak i Pył stanowią doskonały przykład pisarstwa Can Xue, mistrzyni groteskowch i surrealistycznych obrazów chaosu, lęku, wyobcowania i zagubienia. Wizje pojawiają się nieoczekiwanie. Niezależnie od tego, czy towarzyszymy narratorom w podroży między szufladami i zjawami, czy też wirujemy niczym pył na wietrze, Can Xue niezmiennie konfrontuje nas ze swoim światem literackim, wykreowanym w estetyce absurdu.

W utworze Na północ od Wielkiego Muru Zhang Chengzhi ustami narratora opowiada historię Drugiego Brata Dinga z Yangyuanu, typowego bohatera lokalnej ludności, zamieszkującej rozległe stepy północno-zachodnich Chin. Kolejne sceny z trudnego i surowego życia w komunie Sajchan-nor na terenie Mongolii Wewnętrznej rozgrywają się w latach 1965–1981. Na tle zmieniającego się pejzażu polityczno-społecznego, lokalnych obyczajów i zdarzeń ze swoistym poczuciem humoru i serdecznością odmalowano barwną postać bohatera, opierającego się przeciwnościom losu.

Pod tytułem Tybetańskie strofy kryje się kilka opowiadań Oser (Tsering Woeser), przetłumaczonych na prośbę autorki z tajwańskiego wydania, z zachowaniem jego struktury. Zdanie zamieszczone w Posłowiu – „Chcę być naocznym świadkiem, zobaczyć, odkryć, pokazać innym, a dodatkowo rozpowszechnić tę [tybetańską] tajemnicę” – najlepiej opisuje charakter różnorodnych pod względem gatunkowym tekstów: Lhasa? Lhasa!, Saga Dała. Tybetańskie święto ubogich, Opowieść o Karmapie w Tybecie, W klasztorze Drepung, Przedstawienie trudnej sytuacji Tybetu. Są wśród nich zarówno dziennikarskie zapiski, emocjonalne rozważania na temat obecności Chińczyków w Tybecie, opisy wierzeń religijnych, relacje na temat ważnych wydarzeń i postaci współczesnego Tybetu, jak i poetyckie refleksje dotyczące wewnętrznych przeżyć pisarki.

Ja kocham XXX określa się jako jeden z nielicznych manifestów postdramatycznych we współczesnym teatrze chińskim. Autorzy: Meng Jinghui, Huang Jingang, Wang Xiaoli i Shi Hang, rezygnując z klasycznego modelu dramatycznego, próbują zrealizować postulaty sztuki postmodernistycznej, w której brak centralnego spoiwa narracyjnego zastępują tzw. małe narracje. Podzielony na cztery akty palimpsestowy tekst, pełen cytatów i aluzji odwołuje się do chińskiego doświadczenia młodych ludzi, dorastających w rzeczywistości otwarcia i reform Deng Xiaopinga. Pełne zrozumienie sensu utworu, który dotyczy także rozliczenia z XX wiekiem, wiedzie poprzez uważne dekodowanie znaczeń, ukrytych w licznych kolażach, pastiszach, literackich remiksach oraz kulturowych trawestacjach.

Odrębną część Antologii stanowi kilkanaście wierszy, starannie wybranych i bliżej omówionych przez tłumaczkę w notach biograficznych.

Wszystkie zaproponowane tu teksty otwierają przed czytelnikiem możliwość odkrywania różnorodności form, stylów, przede wszystkim jednak poznawania wewnętrznych splotów kulturowych, politycznych i społecznych, stanowiących kanwę wielowymiarowego obrazu Chin, namalowanego słowem.

Przekłady nie tylko zostały poddane redakcji naukowej, uzupełnione biogramami pisarzy, ale także opatrzone szczegółowymi przypisami eksplikacyjnymi, ułatwiającymi zrozumienie chińskich realiów. Autorami tłumaczeń z języka chińskiego są wyłącznie sinologowie, w większości związani ze światem nauki.

Lidia Kasarełło

proza

Shen Congwen

Urodził się jako Shen Yuehuan w roku 1902 w Hunanie, w rodzinie o wojskowych tradycjach i mieszanym rodowodzie: jego babka ze strony ojca pochodziła z ludu Miao, a matka z ludu Tujia. Przez większość życia identyfikował się jako Han, dopiero w późnych latach zmienił swoją przynależność narodowościową na Miao. Początkowo pobierał nauki w domu, a w roku 1915 poszedł do szkoły podstawowej w Fenghuangu, którą ukończył dwa lata później. Wstąpił wtedy do oddziałów lokalnej milicji, gdzie pełnił funkcje urzędnicze. W 1922 r. wyjechał do Pekinu. Fakt ukończenia tylko szkoły podstawowej uniemożliwił mu formalne przyjęcie na studia, został więc wolnym słuchaczem na Uniwersytecie Pekińskim. Od roku 1924 zaczął publikować w ważnych czasopismach związanych z Ruchem Nowej Kultury. Poznał wybitne postaci ówczesnej sceny literackiej, takie jak Xu Zhimo czy głośna pisarka Ding Ling i jej mąż, dramatopisarz Hu Yepin. W roku 1928 razem z Ding Ling i Hu Yepinem we troje wyjechali do Szanghaju, gdzie założyli wydawnictwo i czasopismo literackie „Czerwone i Czarne” (Honghei). Dzięki wstawiennictwu wybitnego działacza Ruchu Nowej Kultury i filozofa Hu Shi Shen Congwen otrzymał posadę wykładowcy w Instytucie Chińskim Wusong w Szanghaju. Rok później rozpoczął pracę w Uniwersytecie Qingdao, w którym pracował przez następne dwa lata, a w 1933 po powrocie do Pekinu został redaktorem dodatku literackiego jednej z najważniejszych ówczesnych gazet „Dagongbao”. Po wybuchu wojny z Japonią w 1937 r. opuścił Pekin, a w roku następnym rozpoczął pracę w Zjednoczonym Narodowym Uniwersytecie Północnozachodnim. W roku 1946 wrócił do Pekinu, gdzie podjął pracę w Uniwersytecie Pekińskim, z którego został usunięty w roku 1949. Po powstaniu ChRL całkowicie zarzucił karierę pisarską i swoje zainteresowania skupił przede wszystkim na badaniach historycznych. Na skutek ataków politycznych w roku 1950 usiłował popełnić samobójstwo. W tym samym roku rozpoczął też pracę w Chińskim Muzeum Narodowym, w którym pracował do roku 1978, kiedy został oficjalnie „zrehabilitowany” politycznie, po okresie prześladowań w czasie rewolucji kulturalnej. W roku 1980 wyjechał na zaproszenie do Stanów Zjednoczonych, a rok później opublikował Studia nad historią stroju chińskiego, nad którymi pracował przez piętnaście lat. Zmarł na atak serca w roku 1988 – tym samym, w którym został nominowany do nagrody Nobla.

Shen Congwen uważany jest za jednego z najważniejszych i najwybitniejszych pisarzy okresu republikańskiego w Chinach. W swoich utworach stronił od kwestii politycznych i skupiał się na opisie ludzkich postaw w różnych sytuacjach, od codziennych do skrajnych. Akcję swoich powieści, nowel i opowiadań często umieszcza w rodzinnym Hunanie.

NowelaMiasto graniczne uważana jest za najdoskonalsze dzieło Shen Congwena.

Miasto graniczne

| 1 |

Na trasie z Syczuanu do Hunanu po wschodniej stronie znajduje się tzw. droga urzędnicza. Ta droga, zbliżając się do granic Hunanu Zachodniego, natrafia na małe górskie miasteczko, które nazywa się Chadong. Jest tam rzeczka, nad rzeczką stoi biała pagoda, a pod pagodą mieszkała kiedyś samotna rodzina. W tej rodzinie był tylko starzec, dziewczynka i żółty pies.

Rzeczka okrąża wzgórze i mniej więcej po trzech milach1 wpada do dużej rzeki, płynącej przez Chadong. Ale droga do miasta wyniesie zaledwie jedną milę, jeśli przeprawić się przez rzeczkę i przejść dalej wzgórzem. Ta różnica w odległości bierze się stąd, że rzeczka płynie łukiem, a droga przez wzgórze stanowi jego cięciwę. Rzeczka ma około dwudziestu zhangów2 szerokości, dno utworzone z wielkich płaskich kamieni, a jej spokojny nurt jest miejscami tak głęboki, że tyczką nie sięgnie się dna. Wszędzie jednak jest bardzo przejrzysta – można w niej policzyć pływające ryby. Ponieważ łączy Syczuan z Hunanem, poza tym często przybiera i opada, a nigdy nie starczało pieniędzy na budowę mostu, umieszczono na niej łódź z płaskim dziobem, kursującą jak prom. Prom przewoził ludzi i zwierzęta. Za jednym razem mógł pomieścić około dwudziestu osób, a jeśli pasażerów było więcej, obracał kilka razy. Na dziobie znajdował się bambusowy słupek, na którym wisiało ruchome żelazne kółko, a między dwoma brzegami rzeki przeciągnięto kawał starej liny. Gdy ktoś się przeprawiał, zaczepiano o nią kółko, przewoźnik mocno chwytał się liny i powolutku przeciągał prom na drugą stronę rzeczki. Kiedy dobijał do brzegu, pokrzykiwał: „Ostrożnie, ostrożnie!”, żwawo wyskakiwał na ląd i ciągnął za kółko, a wtedy ludzie z towarami i zwierzętami schodzili z promu i po chwili znikali za wzgórzem.

Prom był własnością publiczną i pasażerowie nie musieli płacić za przeprawę. Niektórzy czuli się z tym nieswojo, więc i tak rzucali na pokład garść miedziaków, ale przewoźnik zbierał wtedy monety jedną po drugiej i z powrotem wciskał je ludziom do ręki, tłumacząc gorąco:

– Ja mam co jeść, dostaję trzy garnce3 ryżu i siedemset qianów4, wystarczy! Nie potrzeba!

Niektórym sumienie wciąż nie dawało spokoju, bo jak to tak, praca bez zapłaty? Zawsze zdarzył się ktoś uparty, kto – choćby nie wiem co – i tak zostawił pieniądze. Z tym to znowu przewoźnik nie mógł się pogodzić i dla spokoju ducha prosił kogoś, żeby za te grosze kupił w Chadongu herbaty i tytoniu. Wiązki najlepszego tytoniu z miasteczka wieszał sobie przy pasie i hojnie częstował potrzebujących. A czasem, kiedy zauważył, że podróżny z dalekich stron przyglądał się tytoniowi u jego pasa ze szczególną uwagą, wkładał mu garść do torby i mówił:

– Bracie, a może to byś zapalił? Ten jest dobry, najlepszy! Niby nie najpiękniejszy i liście ma takie wielkie, ale świetnie smakuje i dobry na prezent!

Liście herbaty zaś w najgorętszym okresie wrzucał do wielkiego słoja, zalewał wrzątkiem i zaparzał, żeby przechodnie mogli ugasić pragnienie.

Przewoźnikiem był właśnie ten staruszek spod pagody. Przeżył już siedemdziesiąt lat, a odkąd skończył dwadzieścia, pracował na promie i kto wie, ilu ludzi już przewiózł przez te pół wieku. Był stary i powinien odpocząć, ale niebo się na to nie godziło i nie mógł jakoś rozstać się ze swoją pracą. Nigdy nie zastanawiał się nad jej sensem, po prostu żył sobie cicho i uczciwie. Ale to nie niebo sprawiało, że o wschodzie nabierał sił, aby żyć, a o zachodzie nie myślał nigdy, by odejść razem ze słońcem – sprawiała to dziewczynka, którą miał przy sobie. Jego przyjaciółmi byli tylko prom i ten żółty pies, a z krewnych miał tylko dziewczynkę.

Matka dziewczynki była jedyną córką starego przewoźnika. Kiedy skończyła siedemnaście lat, zakochała się w pewnym żołnierzu z Chadongu, ukrywając to przed swym dobrym i uczciwym ojcem. Gdy zaszła w ciążę, żołnierz chciał, żeby z nim uciekła w dół rzeki, ale to oznaczałaby, że on porzuci swój żołnierski obowiązek, a ona zostawi samotnego ojca. Mężczyzna zobaczył, że dziewczynie brak odwagi do dalekich wędrówek, a sam nie chciał też zbrukać swego żołnierskiego honoru, pomyślał więc sobie, że choć razem żyć nie mogą, to umrzeć razem, nikt im nie przeszkodzi. I pierwszy zażył truciznę. Dziewczyna jednak martwiła się o to, co rosło już w jej brzuchu, żal jej było i nie mogła się zdecydować. Ojciec przewoźnik był świadom wszystkiego, nie powiedział jednak ani jednego złego słowa i – jakby o niczym nie wiedział – spokojnie żył jak dawniej. Choć córkę dręczył wstyd, przez miłosierdzie została przy boku ojca, zaczekała, aż dziecko się urodzi, a potem poszła nad rzeczkę, napiła się zimnej wody i umarła. A wtedy zdarzył się niemal cud. Zostawiona przez matkę sierota przeżyła i urosła, a że lata płyną szybko, miała już trzynaście lat. Ponieważ mieszkali przy wzgórzach porosłych bambusami i wszystko tu tonęło w pięknej nefrytowej zieleni, stary przewoźnik nazwał to swoje osierocone kurczątko Cuicui – Nefrytka.

Cuicui dorastała na słońcu i wietrze, skórę miała ciemną, a jej oczy, zapatrzone w zielone góry i lazurowe wody, były przejrzyste i lśniły jak kryształ. Wykarmiona i wychowana przez naturę była niewinna i żywa jak młode zwierzątko. Łagodna jak górski jelonek nie miała w sobie nic z okrucieństwa, smutku czy złości. Kiedy jakiś nieznajomy na promie przyciągnął jej uwagę, wpatrywała się w niego błyszczącymi oczami, gotowa w każdej chwili poderwać się i uciec w góry, ale gdy rozumiała, że obcy nie ma wobec niej złych zamiarów, dalej spokojnie bawiła się na brzegu.

Czy słońce, czy deszcz, stary przewoźnik czuwał przy promie. Jak trzeba było kogoś przewieźć, pochylony, z obiema rękami na linie, przeciągał prom w poprzek rzeczki. Czasami, kiedy się zmęczył, kładł się na wielkim kamieniu na brzegu i zasypiał. Gdy po drugiej stronie ktoś krzykiem i machaniem domagał się przeprawy, Cuicui nie pozwalała dziadkowi wstać, tylko sama wskakiwała do łodzi i z wielką zręcznością, gładko i bez błędu przewoziła pasażera. A czasem byli na promie we troje, z żółtym psem, wtedy Cuicui i dziadek razem ciągnęli linę, a gdy zbliżali się do brzegu i dziadek wołał swoje „Ostrożnie, ostrożnie!”, Żółty chwytał linę w pysk, pierwszy wyskakiwał na brzeg i zupełnie jakby rozumiał, na czym polega ta praca, z całej siły ciągnął prom do brzegu. Ludzie ze wsi koło Chadongu nie tylko znali dziadka przewoźnika i jego wnuczkę, ale też bardzo lubili ich psa.

W ładne dni, jeśli nikt nie chciał się przeprawiać i mieli wolny czas, dziadek i Cuicui siadali na wielkim kamieniu przed drzwiami pagody i wygrzewali się w słońcu albo rzucali do rzeczki drewienka, a pies skakał z kamienia i przynosił je z powrotem. Albo też Cuicui i Żółty nadstawiali uszu i słuchali dziadkowych opowieści o wojnie sprzed wielu lat. A czasem dziadek i wnuczka robili z bambusa fujarki i wygrywali na nich weselne melodie. Kiedy pojawił się ktoś do przeprawy, stary przewoźnik odkładał fujarkę, wsiadał na prom i przewoził pasażera, a Cuicui patrzyła z kamienia i wołała swym cienkim głosikiem:

– Dziadku, dziadku, ja zagram, a ty zaśpiewaj!

Dziadek na środku rzeki chętnie zaczynał śpiewać, a gdy jego ochrypły głos wraz z melodią fujarki niósł się w cichym powietrzu, na rzece robiło się weselej. (W rzeczywistości zaś przez tę piosenkę wszystko jakby stawało się cichsze).

Czasami przez rzeczkę przeprawiano cielęta, owce albo weselną lektykę z panną młodą. Cuicui zawsze upierała się wtedy przewozić i stojąc na promie, ciągnęła linę leniwie, żeby łódź poruszała się jak najwolniej. Kiedy cielęta, owce czy lektyka schodziły już na brzeg, Cuicui szła jeszcze chwilę za nimi, a potem stawała na górce i długo za nimi patrzyła. Dopiero kiedy były już daleko, wracała na prom i przeciągała go w stronę domu. Sama dla siebie po cichutku naśladowała muczenie krów i beczenie jagniąt albo wpinała we włosy polne kwiaty i udawała pannę młodą.

Górskie miasteczko Chadong oddalone było od promu tylko o jedną milę. Jeśli dziadek nie szedł sam do miasta po olej, sól albo na kieliszek wódki w Nowy Rok, Żółty i Cuicui wyruszali razem po zakupy. Grube wiązki makaronu sojowego, wielkie słoje z białym cukrem, sznury petard, czerwone świece w sklepiku z różnościami zawsze robiły na Cuicui wielkie wrażenie i kiedy wracała do dziadka, długo mu o wszystkim opowiadała. W mieście były też barki, które przypłynęły tu z dolnego biegu rzeki, i dziesiątki marynarzy rozładowujących towary. Te barki były dużo większe i ciekawsze niż prom, o nich także Cuicui długo nie mogła zapomnieć.

| 2 |

Chadong to miasto warowne położone w górach nad wodą. Od strony gór jego mury niczym wąż wiły się po zielonych wzgórzach, od strony rzeki, za murem zostało trochę wolnej przestrzeni. Zbudowano tu przystanie, a w zatoczkach cumowały małe łódki. Barki płynące w dół rzeki wiozły olej tungowy, sól ze słonych jezior, sumakowe barwniki. Te zaś, które podążały w górę rzeki, niosły bawełnę, przędzę bawełnianą, różne płótna i suszone ryby. Przystanie łączyła nadrzeczna ulica, na której domy w połowie znajdowały się na lądzie, a w połowie wysunięte były nad rzekę. Miejsca było mało, więc wszystko to były tzw. domy brodzące, o przedniej ścianie wspartej na palach. Gdy na wiosnę rzeka przybierała i woda zalewała ulicę, ludzie z Nadrzecznej brali długie drabiny, jednym końcem opierali je na dachu, a drugim na miejskim murze i tak, złorzecząc i wyrzekając, dźwigając różne tobołki, pościel i garnki z ryżem, po drabinach przechodzili do miasta wewnątrz murów, a kiedy wody się cofnęły – wracali. Czasami, gdy szczególnie gwałtowny przybór zalewał część domów na Nadrzecznej, ludzie na murach byli bezsilni, mogli się tylko przyglądać. Sami poszkodowani patrzyli tak samo bezradnie, machnąwszy już ręką na poniesione straty – tak to przecież bywa we wszelkich przypadkach naturalnych nieszczęść, na które nic nie można poradzić. W czasie powodzi z murów można też było zobaczyć, jak nagle poszerzoną rzeką, w jej rozlanym, potężnym nurcie woda idąca z gór niosła ze sobą domy, woły, owce, wielkie drzewa… Przed nieruchomą barką celną, gdzie prąd był spokojniejszy, pojawiały się małe sampany, a wioślarze, widząc niesione wodą zwierzę, drewno albo łódź z płaczącą kobietą czy dzieckiem, wiosłowali ze wszystkich sił w dół rzeki i tam wypływali naprzeciw upatrzonego obiektu, przywiązywali go długim sznurem i holowali do brzegu. Ci odważni śmiałkowie – tak jak wszyscy miejscowi – kierowali się i dobrocią serca, i pragnieniem zysku. Jeśli nawet nie chodziło im o ratowanie dóbr czy ludzi, a jedynie o samą przyjemność podejmowania ryzyka, to wykazywali się taką zręcznością i odwagą, że obserwujący ich z brzegu widzowie nie mogli powstrzymać się od wiwatów.

Ta rzeka, znana w historii pod nazwą Youshui, nazywała się tutaj Baihe – Biała. W swym dolnym biegu, dopływając do Chenzhou, Biała zlewa się z Yuanshui i tam staje się już trochę mętna, jak woda z górskich źródeł, kiedy wypłynie z gór. Ale jeśli popłynąć Białą w górę, natrafi się na kilkumetrowe głębiny tak przejrzyste, że można zobaczyć dno. Gdy prześwietlone są słońcem, na dnie wyraźnie widać białe kamyki i barwne, prążkowane agaty, a pływające w wodzie ryby wydają się unosić w powietrzu. Po obu brzegach wznoszą się wysokie góry, porosłe cienkimi bambusami, z których wyrabia się papier. Z upływem lat te rośliny nabierają głębokiej, szmaragdowej barwy.

Domy położone przy rzece otoczone były zwykle morelowymi sadami i kiedy wiosną widziało się kwitnące morele, wiadomo było od razu, że są tam ludzkie siedziby – a tam, gdzie ludzkie siedziby, zawsze można było dostać dobrej wódki. Latem to suszące się w blasku słońca, błyskające fioletem płócienne spodnie niczym chorągwie znaczyły ludzkie osady. A znowuż jesienią i zimą wzrok przyciągały położone na zboczach lub przy rzece wsie, takie jak Wangcun, Baojing, Liye czy inne niezliczone, bezimienne górskie wioseczki. Ich żółte, gliniane ściany i czarne dachówki, prześlicznie ulokowane, w harmonii i zgodzie z otaczającym je krajobrazem, robiły na ludziach radosne wrażenie. Żaden przybysz, jeśli trochę był czuły na poezję i malarstwo, choćby podróżował miesiąc i dłużej, skulony w swej łódeczce na środku rzeki, tutaj nigdy nie czuł się znudzony, bo wszędzie napotykał cuda natury, fascynujące i zachwycające swą zuchwałością lub niezwykłym artyzmem.

Źródła Białej wypływają z granic Syczuanu i łódź płynąca w górę rzeki może w czasie wiosennego przyboru dopłynąć prosto do Xiushan w Syczuanie, ale w granicach Hunanu Chadong stanowi jej ostatni port. Szerokość Białej w Chadongu wynosi około pół chińskiej mili, a kiedy jesienią i zimą wody opadają, nurt szeroki jest zaledwie na niepełne dwadzieścia zhangów, resztę zaś koryta pokrywają zielone kamienie. Żadna barka, która tu dopłynie, nie da rady pójść dalej w górę rzeki, dlatego też wszystkie towary – dowożone i wywożone ze wschodniego Syczuanu – tutaj się przeładowuje. Ładunki z Syczuanu tragarze przynoszą do Chadongu w dźwiganych na ramionach nosidłach, towary do Syczuanu tutaj się pakuje i transportuje dalej także ludzkimi siłami.

W mieście znajdował się garnizon osiadłych żołnierzy, przekształcony z dawnej qingowskiej Armii Zielonej Chorągwi, i mieszkało tu około pięciuset rodzin. Poza drobnymi kapitalistami, którzy posiadali w górach pola i olejarnie albo na kredyt sprzedawali olej, ryż i bawełnę, większość tych rodzin wywodziła się od osiedlonych tu wcześniej wojskowych. Znajdował się tu także urząd ceł rzecznych, ulokowany poza murami miejskimi, w dolnej części ulicy Nadrzecznej. Mieścił się w małej świątyni, na której zawieszono długą chorągiew, a sam poborca mieszkał wewnątrz miasta. Żołnierze kwaterowali w starym urzędzie wojskowym, ale tylko dzięki trębaczowi, który codzienne wspinał się na mury i wygrywał hejnał, ludzie wiedzieli, że stacjonuje tu wojsko, żołnierzy jakby wcale tu nie było.

W zimowe dni, przed drzwiami wszystkich domów w mieście widziało się suszące się ubrania i warzywa. Pod okapami wisiały czerwone pataty, w brązowych płaszczach z palmowych włókien, także zawieszonych u okapów, niczym w torbach zebrane były kasztany, orzechy i im podobne owoce w twardych skorupkach. Za węgłami domów gdakały kury i kurczęta. Wśród tego wszystkiego zawsze jakiś mężczyzna stał przed progiem i piłował deski albo rąbał siekierą drewno, a polana układał na podwórku w pryzmy podobne do pagód. Widziało się też kobiety w średnim wieku, które w upranych, nakrochmalonych niebieskich ubraniach i białych, płóciennych fartuchach, pochylone w słonecznym blasku, pogrążone były w pracy i rozmowie. Zawsze panował tu ten sam spokój i ludzie pędzili swoje dnie cicho i zwyczajnie. Taki spokój pobudza do rozmyślań nad ludzkim losem i do marzeń. Żyjąc w tym małym miasteczku, gdzie każdy naturalnie pozostawał na swoim miejscu, ludzie mieli też różne oczekiwania wobec losu. Ale o czym marzyli? Kto wie.

Ci, którzy mieszkali w miejscach położonych wyżej, stając przed drzwiami, mieli przed sobą piękny widok na rzekę i wszystko, co się na niej działo. Gdy przypływały barki, z daleka przyglądali się burłakom. Niektórzy z nich przywozili znad dolnego biegu drobne słodycze i różne cudzoziemskie cukierki, przybiwszy do brzegu, nieśli je do miasta na sprzedaż. Gdy przypływały barki, to ci właśnie ciągnący je ludzie najbardziej pobudzali wyobraźnię dzieci. A dorośli brali świeżo wyklute kurczęta, ze dwie odchowane świnki i z płynącymi w dół marynarzami wymieniali je na parę złotych kolczyków, kilka metrów ciemnego płótna albo słój dobrego sosu sojowego czy podwójny klosz do lampy naftowej – na to, co wypełniało zwykle serca gospodyń.

Chociaż miasteczko było tak ciche i spokojne, znajdowało się przecież na zbiegu dróg handlowych, dlatego poza jego murami, na ulicy Nadrzecznej sytuacja przedstawiała się inaczej. Tu znajdował się hotelik, w którym zatrzymywali się kupcy, tu też – zawsze na posterunku – był fryzjer. Poza tym, ubarwiając tę nadrzeczną uliczkę, ulokowały się tutaj: gospoda, sklep z różnościami, sklep olejarski, skład soli i sklep bławatny. Ponadto był tu sklep z drewnianymi kołami łopatkowymi do barek, bambusowymi linami, słojami i garnkami, a także byli tacy, co zajmowali się kompletowaniem marynarskich załóg i żyli z portu.

Przed gospodą na długim stole stała zwykle płytka miska z usmażonym na złoto tofu z karpiem przybranym czerwonymi paskami ostrej papryki, a koło miski bambusowa tuba z wetkniętym w nią pękiem czerwonych pałeczek. Kto miał chęć wydać trochę pieniędzy, mógł usiąść przy długim stole i wziąć pałeczki, a wtedy zjawiała się przy nim kobieta z cienkimi, wyskubanymi brwiami, twarzą pokrytą białym pudrem i pytała:

– Szanowny bracie, panie oficerze, słodkiej wódki czy białej?

Mężczyzna co bardziej ognisty, dowcipny i taki, który miał oko na karczmarkę, niezmiennie odpowiadał z udawanym gniewem:

– Słodkiej wódki? A co ja dziecko jestem, żeby słodką wódkę pić?

Wtedy natychmiast w glinianej misce pojawiała się przed nim na stole mocna, paląca, biała wódka, zaczerpnięta bambusową warząchwią z wielkiego garnca.

W sklepiku sprzedawano zagraniczne lampy naftowe, naftę, świece i papier. W sklepie z olejem – olej tungowy, w składzie soli – zieloną sól z Huojin. W bławatnym można było kupić białą przędzę bawełnianą, grube sukna, surową bawełnę i czarną krepę na zawoje. W sklepie ze sprzętem do łodzi rozłożone były rzeczy najróżniejsze – czasem na ulicy czekała na kupca wystawiona przed drzwi, ważąca ponad sto jinów5 kotwica.

Kompletowanie załóg i omawianie różnych spraw portowych odbywało się w jednym z domów na Nadrzecznej, którego brama była szeroko otwarta całymi dniami. Wchodzili i wychodzili przez nią i właściciele barek, w długich kaftanach z niebieskiego jedwabiu, i niedbale ubrani marynarze. To miejsce było trochę jak herbaciarnia, choć nie sprzedawano tu herbaty; nie była to też palarnia, ale można tu było zapalić. Bywający tu ludzie twierdzili, co prawda, że przyszli omawiać sprawy barek, ale wśród właścicieli i ich pracowników, wioślarzy i burłaków stawki były stałe i nie trzeba było ich negocjować. Spotykali się tu w większości towarzysko. W centrum zgromadzeń znajdował się „przewodniczący”, a rozmawiano o różnych sprawach lokalnych, o warunkach handlu w obu prowincjach, a także o nowinach znad dolnego biegu. Tu też najczęściej odbywały się wszelkie zebrania, tu gromadzono fundusze i rzutem kości ustalano kolejność przewodniczenia. Częstym przedmiotem transakcji bywały dwie sprawy: kupno i sprzedaż łodzi oraz kupno i sprzedaż żon.

Potrzeby kupców i marynarzy sprawiły, że profesja, która powstała razem z handlem w wielkich miastach, nawet i na tej maleńkiej nadrzecznej uliczce miała grupę swych przedstawicielek, zgromadzonych w niektórych brodzących domach. Kobiet tych nie sprowadzono tu z okolicznych wsi, przywędrowały do Hunanu same, za syczuańską armią. Ubierały się w stroje z podróbek zagranicznych materiałów i buty z zadrukowanego płótna, brwi wyskubywały w cienkie kreseczki i wysoko upinały włosy, skropione mocno pachnącym olejkiem. Za dnia nie miały co robić, siedząc więc przed drzwiami, szyły buty, czerwoną i zieloną nicią wyszywając na ich noskach parę feniksów. Albo też haftowały szerokie pasy dla ukochanych marynarzy i przypatrywały się przechodniom – tak spędzały długie dnie. Czasem stawały w oknach wychodzących na rzekę i przyglądały się rozkładającym towary marynarzom albo słuchały ich śpiewu, gdy wspinali się na maszty. A gdy zapadł wieczór, kolejno przyjmowały kupców i marynarzy i jak należy wypełniały swoje zawodowe obowiązki.

Prostota przygranicznych obyczajów udzieliła się nawet prostytutkom, które także umiały okazać szczodrość: od obcego opłatę przyjmowały z góry i dopiero wtedy, za zamkniętymi drzwiami, transakcja dochodziła do skutku, ale kiedy już kogoś poznały, pieniądze nie były konieczne. W większości utrzymywały się dzięki kupcom z Syczuanu, ale ich serca zwykle należały do marynarzy. Zakochani gryząc sobie nawzajem wargi i karki, przysięgali, że w rozłące żadne nie będzie się łajdaczyć. Po czterdziestu czy pięćdziesięciu dniach oboje – i ten płynący na barce i ta, która została na brzegu – wypatrywali końca długich dni rozłąki, a ich serca były ze sobą związane niczym sznurem. Szczególnie kobiece serca były wierne, odurzone niewysłowioną miłością. Kiedy wybrany mężczyzna nie pojawiał się w umówionym terminie, kobiety śniły o przybijającej do brzegu łodzi i ukochanym, zeskakującym z rozkołysanego pokładu i biegnącym wprost do nich. Ale jeśli któregoś dnia w serca kobiet wkradło się zwątpienie, we śnie widziały najdroższego, jak na maszcie śpiewa dla innej, obojętny wobec dawnej ukochanej. Te ze słabszym charakterem w tym samym śnie rzucały się do wody albo truły opium, te o twardszej naturze chwytały w rękę tasak i od razu pędziły za zdrajcą. W chwilach, kiedy wielkie uczucie wypełniło je łzami lub radością, to choć ich egzystencja tak się różniła od zwykłego życia, jak wszystkie młode istoty na świecie, również te kobiety całą duszą i ciałem oddane były miłości i nadziei, która pozwala o wszystkim zapomnieć. Jeżeli się czymś różniły od innych, to może tym tylko, że były od większości uczciwsze i może trochę mniej sprytne – ot, i tyle. Prostoduszność miejscowego ludu sprawiła, że wszystkie interesy związane z kobiecym ciałem – te krótko- czy długotrwałe związki kontraktowe albo te jednorazowe sprawy, odbywane za zamkniętymi drzwiami – dla tych dziwczyn, które były ich przedmiotem, nie były nigdy ani występne, ani przynoszące wstyd. Miejscowi też nigdy nie przejmowali poglądów ludzi wykształconych, które kazały wytykać te kobiety palcami i je lekceważyć. One były szlachetne, bezinteresowne i uczciwe, i nawet trudniąc się tym zawodem, były wciąż bardziej godne zaufania niż pruderyjni i wiele mówiący o moralności ludzie z wielkich miast.

Na czele portu stał niejaki Shunshun, człowiek, który za Qingów6 pędził życie żołnierza, a w czasie rewolucji był kapralem w słynnym czterdziestym dziewiątym regimencie. Niektórzy jak on kaprale dzięki rewolucji7 zyskali sławę i pozycję, choć – rzecz jasna – byli i tacy, których ścięto i poćwiartowano. On jednak z powodu wcześnie nabytej podagry wrócił w rodzinne strony, za odłożoną odrobinę pieniędzy kupił drewnianą łódź na sześć wioseł i wynajął ją ubogiemu kapitanowi do transportowania towarów między Chadongiem a Chenzhou. Miał szczęście, w ciągu pół roku nie przydarzyło się nic złego i za zarobione pieniądze ożenił się z posiadającą niewielki majątek młodą wdową o białej twarzy i czarnych włosach. Po kilku latach miał już na rzece cztery mniejsze i większe łodzie, a także sklep i dwóch synów.

Dobrze mu się wiodło, ale ponieważ ten szczodry i pogodny człowiek łatwo się zaprzyjaźniał, był wielkoduszny i chętny do pomocy, nie mógł wzbogacić się tak jak handlarze olejem. Sam, będąc już znany w okolicy i mając stały dochód, świetnie rozumiał gorycz tułaczego życia i wiedział, jak smakuje strata w interesach, więc gdy jakiś zbankrutowany właściciel łodzi, zdemobilizowany żołnierz albo wędrowny bakałarz zwrócił się o pomoc, nie odszedł nigdy z pustymi rękami. W ten właśnie sposób Shunshun niefrasobliwie rozdawał pieniądze zarobione na rzece. Chociaż z nogą miał kłopot, nadal był w stanie pływać. Chodząc, nie trzymał się prosto, lecz jako człowiek był prostolinijny i wielkoduszny. Sprawy na rzece ze swej natury są proste i wszystko rozwiązuje się zgodnie z obyczajem. Jeśli łódź zderzy się z inną, jeśli uszkodzi cudzą lub jakkolwiek narazi kogoś na straty, zawsze istnieje zwyczajowe rozwiązanie. Do tego jednak potrzebny jest w centrum człowiek o nieposzlakowanym charakterze, w odpowiednio zaawansowanym wieku, żeby wszelkie konflikty rozwiązać według obyczaju. Jesienią taki właśnie naczelnik zmarł i Shunshun został jego następcą. Miał zaledwie pięćdziesiąt lat, ale ponieważ znał się na rzeczy, był człowiekiem uczciwym, sprawiedliwym i pozbawionym chciwości, nikt nie zgłaszał obiekcji co do jego wieku.

Starszy syn Shunshuna miał osiemnaście lat, a młodszy szesnaście. Obaj młodzieńcy byli krzepcy jak dwa młode byczki, umieli kierować łodzią i pływać, byli też świetnymi piechurami. Znali się na tym, na czym zwykle znają się młodzieńcy ze wsi i miasteczek, a wszystko robili znakomicie. Starszy, podobny do ojca, był z natury szczodry i wielkoduszny – nie zaprzątał sobie głowy drobiazgami. Młodszy, z charakteru bliższy ich czarnowłosej, ślicznej matce, nie lubił wiele mówić, ale starczyło spojrzeć na jego piękną twarz, by w niej rozpoznać inteligencję i bogactwo uczuć.

Bracia byli już dorośli i trzeba było zacząć ich przyuczać do jakiegoś fachu, toteż ojciec powierzał im co raz to inne zadania. Czasem wysyłał ich do pracy na rzece – zwykle na własną barkę, na której dzielili wszystkie trudy z resztą załogi. Gdy trzeba się było brać do wioseł, to im przypadały najcięższe, gdy trzeba było holować – ciągnęli liny na przedzie. Jedli suszone ryby, paprykę i ostro pachnące marynaty, spali na twardym jak kamień pokładzie. Gdy ojciec wysyłał ich w drogę lądem, o świcie wyruszali z towarami do wschodniego Syczuanu i szli przez Xiushan do Longtan i Youyang, zawsze – gorąco czy zimno, śnieg czy deszcz – w słomianych łapciach na nogach. Przy pasach mieli krótkie noże i potrafili, gdy trzeba, szybko je wyciągnąć, stanąć na wolnej przestrzeni i czekać na przeciwnika, żeby sprawę rozwiązać w walce. Postępowali według tamtejszego powiedzenia: „Wroga powala się nożem i przyjaźń zaczyna się nożem”. Nie cofnęli się nigdy, gdy trzeba było noża użyć. Uczyli się handlu, uczyli się manier, uczyli się, jak żyć w obcych stronach i jak bronić życia i dobrego imienia. Ostatecznym celem tej edukacji było wychowanie ich na ludzi odważnych i porządnych. Stali się silni jak tygrysy, ale też zgodni, skromni i uczynni. Nic dziwnego, że w Chadongu imiona Shunshuna i jego synów wszędzie spotykały się z szacunkiem.

Kiedy synowie byli jeszcze mali, ojciec zauważył, że starszy we wszystkim jest do niego podobny, a jednak skłaniał się ku młodszemu. Przez tę nie całkiem uświadomioną stronniczość starszego nazwał Tianbao – Chroniony przez Niebo, a młodszego Nuosong – Zesłany przez Bogów. Rzecz w tym, że będącego pod ochroną nieba mogą w życiu spotkać różne rzeczy, ale – wedle tutejszych pojęć – ten, którego zesłali bogowie, zawsze będzie otoczony szacunkiem. Nuosong był wyjątkowo pięknym młodzieńcem. Ludzie z Chadongu, starając się oddać słowami podziw dla tej urody, nadali mu przydomek Yue Yun8. Co prawda żaden z nich nie widział nigdy Yue Yuna na żywo, ale wszyscy się zgadzali, że na scenie młody Yue Yun miał podobny urok.

| 3 |

Dzięki dobrym rządom od kilkunastu lat na styku prowincji Syczuan i Hunan panował spokój i nie dochodziło tu do żadnych wstrząsów. Ani konflikty zbrojne, ani bandyckie napady nie zakłócały handlu rzecznego ani lądowego i wszystko szło zgodnie z porządkiem. Lud też był tu spokojny i zadowolony. Zdawało się, że poza zwykłymi życiowymi nieszczęściami – gdy na przykład komuś zdechnie bawół, łódź się przewróci czy przydarzy się śmierć lub choroba w rodzinie – tutejszych ludzi nie dotkną nigdy konflikty szalejące w innych częściach Chin.

W tym mieście najbarwniejsze dni w roku to Duanwu – Święto Podwójnej Piątki9, Święto Środka Jesieni i Nowy Rok. Te trzy święta od dziesięcioleci emocjonowały miejscowych i nawet teraz były dla nich najważniejszymi wydarzeniami.

W dzień Podwójnej Piątki wszystkie kobiety i dzieci wkładały nowe ubrania i na czołach realgarowym10 winem rysowały sobie znak wang – król. Tego dnia we wszystkich rodzinach jadło się mięso i ryby. Mniej więcej o jedenastej cały Chadong był już po południowym posiłku i wszyscy, którzy mieszkali wewnątrz murów, ryglowali drzwi, żeby całą rodziną wyruszyć nad rzekę, oglądać wyścigi łodzi. Jeśli mieli znajomych na Nadrzecznej, mogli to robić z bram brodzących domów, a jeśli nie – zajmowali miejsca przed wrotami urzędu celnego i na każdej przystani. Start smoczych łodzi odbywał się na Długiej Głębi, a meta znajdowała się przed urzędem celnym. Tego dnia oficerowie, urzędnicy celni i wszyscy znaczący ludzie z okolicy przed drzwiami urzędu przyglądali się widowisku. Wszelkie przygotowania do wyścigu zaczynały się kilka dni wcześniej – ustalano skład załóg i dobierano silnych i sprawnych młodzieńców, którzy trenowali na środku Głębi. Smocze łodzie różniły się kształtem od używanych na co dzień drewnianych łódek – były długie i wąskie, z zadartymi do góry dziobem i rufą oraz z czerwoną linią namalowaną na burtach. Normalnie przechowywane były w suchych jaskiniach nad rzeką, a kiedy nadeszła pora, wyciągano je na wodę. Każda łódź mieściła od dwunastu do osiemnastu wioślarzy, jednego bębniarza, jednego uderzającego w gong i jednego sternika na dziobie. Każdy z wioślarzy trzymał krótkie wiosło i wiosłując w tempie zgodnym z rytmem bębna, pchał łódź do przodu; na dziobie człowiek w czerwonym zawoju trzymał w rękach dwie chorągiewki i machając nimi w lewo lub prawo, wyznaczał łodzi kierunek. Bębniarze siedzieli zwykle pośrodku i gdy łódź ruszała, natychmiast zaczynali z hukiem uderzać w bębny, podając rytm wiosłującym. To oni wyznaczali tempo, więc zawsze gdy rywalizacja dwóch łodzi była szczególnie zacięta, hałas stawał się ogłuszający, a razem z zagrzewającymi do walki okrzykami, rozlegającymi się na obu brzegach przywodził na myśl huczenie bębnów, gdy Liang Hongyu11 prowadziła bitwę na Laoheshui albo kiedy Niu Gao12 na rzece pochwycił Yang Yao. Zwycięzcy wyścigu otrzymywali w urzędzie celnym nagrodę – belę czerwonego sukna i srebrny medal. Niezależnie od tego na czyjej szyi zawisł, medal zawsze był symbolem chwały i współpracy całej załogi. Żołnierze, którzy lubili, jak coś się działo, na cześć każdej zwycięskiej łodzi puszczali pięćset petard.

Po wyścigu komendant garnizonu – by wszystkim dostarczyć radości i dodać jeszcze świątecznej rozrywki – kazał wrzucać do rzeki trzydzieści zielonogłowych kaczorów z czerwonymi wstążkami na długich szyjach, a wszyscy dobrzy pływacy pośród żołnierzy i cywilów skakali do wody, żeby ptaki łapać. Kto złapał kaczora, zostawał jego właścicielem. Cała Długa Głębia wyglądała wtedy zupełnie inaczej – wszędzie pływały kaczki, a za nimi ścigający je ludzie.

Wyścigi łodzi i wyścigi ludzi z kaczorami trwały cały dzień, aż do wieczora.

Stojący na czele portu Shunshun w młodości był znakomitym pływakiem i kiedy skakał po kaczki, nigdy nie wracał z pustymi rękami. Ale w roku, w którym Nuosong skończył dwanaście lat, chłopiec wszedł do rzeki, przykrył się płachtą i cichcem podpłynął do kaczora, po czym nagle wyprysnął z wody i już miał go w rękach. Wtedy ojciec, jakby trochę zawstydzony, rzekł:

– No dobrze, to od dzisiaj wy się tym zajmijcie, ja już do wody nie wchodzę.

I od tamtej pory rzeczywiście nie wszedł nigdy do rzeki ścigać się o kaczki. Ale gdyby miał skoczyć na głębinę, żeby ratować człowieka – to już inna sprawa. Żeby człowieka ratować z opresji, skoczyłby nawet w ogień. Miał to za swój obowiązek, z którego nic by go nie zwolniło, choćby nawet stuknęła mu osiemdziesiątka.

Tianbao i Nuosong zawsze brali udział i w zawodach łodzi, i w zawodach o kaczki.

Znów nadeszło Święto Podwójnej Piątki i – razem z nim – wyścigi smoczych łodzi. Pierwszego dnia piątego miesiąca księżycowego na Nadrzecznej odbyło się zebranie, na którym zdecydowano, że łódź reprezentująca ulicę w oznaczonym dniu znajdzie się na wodzie. Tak się złożyło, że piątego Tianbao był w podroży – razem z kupcami poszedł lądem w górę do Longtan we wschodnim Syczuanie, zanieść świąteczne towary. W wyścigu uczestniczyć miał tylko Nuosong. Szesnastu silnych jak byczki młodzieńców wzięło kadzidła, świece, petardy i wysoki bęben ze skóry wołu, z namalowanym czerwonym symbolem Taiji13 i wyruszyło do górskiej jaskini w górze rzeki, gdzie składowana była łódź. Tam zapalili świece i kadzidła, spuścili łódź na wodę, wsiedli, by z hukiem petard i biciem w bęben szybko jak strzała pomknąć w dół rzeki, na Długą Głębię.

Było to jeszcze przed południem świątecznego dnia, a gdy południe minęło, smocza łódź rybaków z przeciwnego brzegu też pojawiła się na wodzie i na obu jednostkach zaczęto ustalać strategię. Pierwsze uderzenia w bębny na rzece przyniosły ludziom zapowiedź świątecznej radości. Mieszkanki brodzących domów znad rzeki miały nadzieję zobaczyć od dawna wypatrywanych wędrowców i każda z nich na dźwięk bębna wspomniała swego ukochanego. W czasie święta wiele łodzi wracało, inne zatrzymywały się tylko na chwilę, by wziąć udział w uroczystości. I na tej nadrzecznej uliczce w górskim miasteczku dla jednych był to dzień radości, a dla innych – smutku.

Kiedy huk bębnów, niosący się po wodzie i górach dotarł do promu, pierwszy zwrócił nań uwagę Żółty. Zaczął szczekać i biegać jak szalony wokół domu. Razem z przeprawiającym się pasażerem przedostał się na wschodni brzeg, popędził na wzgórze i stamtąd szczekał w stronę miasta.

Cuicui siedziała akurat na wielkim kamieniu przed drzwiami i bawiła się wyplataniem świerszczy i stonóg z bambusowych liści. Widząc, że Żółty, który dotąd spokojnie spał na słońcu, nagle obudził się i biegając jak wariat, dwukrotnie przeprawił się przez rzekę, krzyknęła do niego:

– Piesku, piesku, co ty robisz?! Nie wolno tak!

Ale za chwilę i ona usłyszała tamten dźwięk. Ona też obiegła dom naokoło i razem z psem przeprawiła się przez rzeczkę, stanęła na szczycie górki i długo, długo słuchała, a ten wabiący ją tak mocno głos bębnów przeniósł ją w święto z przeszłości.

| 4 |

To było dwa lata wcześniej, w dzień Podwójnej Piątki. Dziadek przewoźnik znalazł dla siebie zastępcę i razem z Cuicui i Żółtym poszli wszyscy do miasta, żeby nad dużą rzeką oglądać zawody. Na brzegu stały tłumy, a po Długiej Głębi sunęły cztery długie, czerwone łodzie. Woda w tym miejscu, zwana smoczą, niedawno przybrała i była zielona jak groszek. Dzień był słoneczny i pogodny, huczały bębny, a Cuicui zagryzała usta i słowem się nie odzywała, jej serce przepełniała niewypowiedzialna radość. Ludzi na nadbrzeżu było mnóstwo i wszyscy wpatrywali się w rzekę. Po niedługim czasie Żółty ciągle był przy dziewczynce, ale w ścisku zniknął gdzieś dziadek.

Cuicui przyglądała się łodziom i myślała sobie: „Dziadek się za chwilę znajdzie”. Ale czas mijał, a dziadka nie było, i Cuicui zaczęła się niepokoić. Dzień wcześniej byli razem z Żółtym w mieście i dziadek powiedział do niej:

– Jutro na wyścigach będzie dużo ludzi, bałabyś się pójść sama?

A Cuicui odpowiedziała:

– Ludzi bym się nie bała, ale samej byłoby nudno.

Wówczas dziadek pomyślał chwilę i przypomniał sobie pewnego starego znajomego z miasta. Nocą poszedł do niego i poprosił, żeby na jeden dzień zastąpił go na promie, gdy on pójdzie z Cuicui do miasta. Ponieważ tamten był nawet jeszcze bardziej samotny niż stary przewoźnik, w ogóle nie miał nikogo bliskiego, nawet psa, umówili się, że przyjdzie wcześniej coś zjeść i napić się realgarowego wina. Przybył następnego dnia rano, dziadek przekazał mu obowiązki i po śniadaniu poszedł z Cuicui do miasta. Po drodze, jakby coś sobie nagle przypomniał, zapytał wnuczkę:

– Cuicui, tam będą takie tłumy, tyle zgiełku, nie bałabyś się iść sama?

– A czego się bać? Ale samej byłoby nudno – odparła Cuicui.

Kiedy doszli nad rzekę, cztery czerwone łodzie tak bardzo zajęły uwagę Cuicui, że dziadka przy niej mogłoby wcale nie być. Przewoźnik pomyślał sobie, że jest jeszcze wcześnie i miną co najmniej trzy godziny, zanim rzecz się skończy. Zdąży więc jeszcze wrócić na prom, żeby na jakiś czas zamienić się z tamtym starym przyjacielem, który też powinien popatrzeć na rozrywki młodych. Powiedział do Cuicui:

– Strasznie dużo ludzi. Stój tu i nie ruszaj się nigdzie. Ja muszę jeszcze pójść coś załatwić, ale na pewno wrócę tu po ciebie.

Cuicui wpatrzona w idące dziób w dziób dwie łodzie, nie słuchając uważnie, co mówi dziadek, skinęła głową. Ten wiedział, że jest z nią Żółty, a z psem dziewczynka może nawet jest bezpieczniejsza niż z nim samym, poszedł więc do domu zająć się promem.

Kiedy przyszedł nad rzeczkę, jego zastępca stał pod białą pagodą i wsłuchiwał się w daleki dźwięk bębnów. Dziadek zawołał, obaj przeprawili się na drugi brzeg i razem stanęli pod pagodą. Kiedy przyjaciel zapytał, czemu stary przewoźnik wrócił z miasta, odpowiedział, że chciał go na chwilę zmienić, zostawił Cuicui i wrócił. Teraz zastępca też może pójść popatrzeć na święto. I dodał jeszcze:

– Jak ci się tam spodoba, to zostań. Ale jak zobaczysz gdzieś Cuicui, spytaj, czy może sama wrócić do domu. Jeśli dziewuszka będzie się bała, to ją kawałek odprowadź.

Ale jego zastępcy nie interesowały już wyścigi smoczych łodzi, wolał zostać z przewoźnikiem na kamieniu nad rzeczką i wypić ze dwa kieliszki. Stary przewoźnik ucieszył sie, wyciągnął tykwę i poczęstował przyjaciela. Pili i rozmawiali, jak to dawniej bywało w święta. Zmożony wódką przyjaciel wkrótce padł na kamień. Był tak pijany, że nie mógł wrócić do miasta, a dziadek przez wzgląd na obowiązek nie mógł opuścić promu. Zostawiona na brzegu rzeki Cuicui coraz bardziej się niepokoiła.

Po zakończeniu zawodów komendant rozkazał ludziom wypłynąć w małych łódkach i wypuścić na Głębię stadko kaczek. Dziadek ciągle nie przychodził. Cuicui przestraszyła się, że może czeka na nią w jakimś innym miejscu, zawołała psa i zaczęła przepychać się przez tłum, ale dziadka nigdzie nie było. Wkrótce potem żołnierze, którzy wcześniej wynieśli z miasta długie ławki, żeby pooglądać widowisko, teraz – widząc, że za chwilę się ściemni – zaczęli kolejno odnosić je z powrotem. Na wodzie zostało tylko kilka kaczek i coraz mniej było chętnych do ich łapania. Słońce skłoniło się już na stronę domu Cuicui i wieczór zasnuł rzekę mgłą. Cuicui patrzyła na ten krajobraz i nagle w jej głowie pojawiła się przerażająca myśl: „A jeśli dziadek umarł?”.

Przypomniało jej się, że dziadek kazał jej zostać na miejscu. Żeby pozbyć się jakoś tamtej strasznej myśli, powiedziała sobie, że dziadek jeszcze po nią nie przyszedł, bo wybrał się do miasta albo do jakiegoś znajomego, tam pewnie zatrzymali go na kieliszek i dlatego jeszcze go nie ma. Ponieważ było to całkiem możliwe, a ona nie chciała wracać z Żółtym przed zmierzchem, nie zostało jej nic innego, jak stanąć przy kamiennym pomoście i czekać.

Po chwili znikły długie łodzie cumujące po drugiej stronie rzeki, widzowie też już się właściwie rozeszli. W brodzącym domu, w którym mieszkały prostytutki, wywieszono już lampy i któraś z kobiet zaczęła śpiewać przy wtórze bębenka i księżycowej lutni yueqin. Z innych domów dochodziły rubaszne odgłosy pijackich gier. W zacumowanych pod brodzącymi domami łodziach słychać było przygotowania do kolacji: rozstawiano wódkę, gotowano, skwierczały wrzucane na gorący olej warzywa. Kontury rzeki zaczęły się zacierać i wydawało się, że nad wodą unosi się pas bieli. Tylko jeden człowiek polował jeszcze na pojedynczą kaczkę. Cuicui nadal nie ruszała się z pomostu, pewna, że dziadek zaraz po nią przyjdzie i wrócą razem do domu.

Śpiew w brodzącym domu zrobił się głośniejszy i na którejś łodzi odezwał się głos marynarza:

– Jinting, słyszysz? Ta twoja pije i śpiewa jakimś kupcom z Syczuanu. Dam sobie palec uciąć, że to jej głos!

Drugi odpowiedział:

– Może z nimi pije i może dla nich śpiewa, ale w sercu ma tylko mnie. Wie, że tu jestem na łodzi!

Ten pierwszy rzekł na to:

– Ciałem zabawia innych, a w sercu dalej ma ciebie? A niby skąd wiesz?

– A stąd – odrzekł tamten i zagwizdał jakiś dziwny sygnał, a wtedy śpiew na górze się urwał. Obaj marynarze roześmiali się i zaczęli dalej rozprawiać o tej kobiecie, używając różnych wulgarnych słów. Cuicui nieprzyzwyczajona do takiego słownictwa nie mogła jednak odejść i usłyszała jeszcze, jak któryś powiedział, że ojca tej kobiety zabito na Bawełnianym Wzgórzu, godząc go nożem aż siedemnaście razy. Nagle w sercu Cuicui znów pojawiła się tamta dziwaczna myśl: „A jeśli dziadek umarł?”.

Marynarze rozmawiali dalej, a biała kaczka na Głębi powolutku podpływała w kierunku pomostu i Cuicui pomyślała sobie: „Podpłyń jeszcze bliżej, to cię złapię!”. Czekała nieruchomo, ale gdy kaczka zbliżyła się na parę metrów, nagle rozległ się śmiech i ktoś zawołał do marynarzy na łodzi. W wodzie ktoś był! Złapał już kaczkę i wolno dopływał do brzegu. Tamci na łodzi, rozpoznawszy głos, odkrzyknęli z ciemności:

– Ejże, drugi paniczu, zuch z ciebie, dziś to już chyba piąta!

Człowiek w wodzie odrzekł:

– Ten kaczor to kawał spryciarza, ale złapałem drania!

– Dzisiaj kaczki łapiesz, a w przyszłości kobity też tak będziesz łapał!

Ten w rzece nic już nie powiedział, tylko rękami i nogami młócąc wodę, zbliżał się do pomostu. Kiedy ociekając wodą, wygramolił się na brzeg, pies przy boku Cuicui szczeknął kilka razy ostrzegawczo. Wtedy tamten zauważył Cuicui. Na pomoście nie było już nikogo więcej. Spytał:

– Kto tu?

– Cuicui.

– A Cuicui to kto?

– Wnuczka przewoźnika z Zielonej Strugi.

– A co tutaj robisz?

– Czekam na dziadka. Mamy razem wrócić do domu.

– Czekasz i pewnie się nie doczekasz. Twój dziadek pewnie poszedł do garnizonu, tam się upił i już go odnieśli do domu!

– Na pewno nie! Obiecał, że przyjdzie, to na pewno przyjdzie.

– Ale tu czekać nie możesz. Chodź do nas, to tam na górze, gdzie świecą lampy. Tam poczekasz, aż dziadek po ciebie przyjdzie. Dobrze?

Cuicui nie zrozumiała życzliwości zapraszającego. Pamiętała wszystkie obrzydliwe rzeczy, które marynarze mówili o jakiejś kobiecie, i pomyślała, że on chce ją zabrać do tamtego domu, tam gdzie śpiewały te kobiety. Była bardzo już zdenerwowana długim czekaniem na dziadka i pomyślała, że ten człowiek chce jej zrobić krzywdę. Chociaż nigdy nikomu nie wymyślała, mruknęła pod nosem:

– Głowę ci utną, łachmyto!

Choć powiedziała to cichutko, on to usłyszał, a poznawszy po głosie jej wiek, roześmiał się i powiedział:

– Co to, ludzi łajesz? Nie chcesz iść na górę, to nie, ale jak tu zostaniesz i wielka ryba cię chapnie, to nie wołaj o pomoc!

– Jak mnie ryba chapnie, to tobie nic do tego.

Żółty, zrozumiawszy, że Cuicui dzieje się krzywda, znowu zaczął szczekać. Tamten podniósł trzymaną w ręku białą kaczkę, postraszył nią psa, a potem ruszył Nadrzeczną. Żółty sam poczuł się pokrzywdzony i chciał za nim pognać, ale Cuicui zawołała:

– Piesku, na kogo ty szczekasz?!

Cuicui chodziło o to, że na takiego bezczelnego ladaco nawet szczekać nie warto, ale tamten zrozumiał: „Nie wolno szczekać na dobrych ludzi!”. Roześmiał się beztrosko i odszedł.

Znowu minęła chwila i z Nadrzecznej nadszedł jakiś człowiek z pochodnią ze starej liny. Wołał Cuicui po imieniu, ale kiedy pojawił się przy niej, okazał się całkiem obcy. Powiedział, że dziadek jest już w domu i nie może po nią przyjść, a jak on się przeprawiał promem, dziadek kazał przekazać Cuicui, żeby zaraz wracała do domu. Usłyszawszy, że dziadek go przysłał, Cuicui poszła za mężczyzną, który pochodnią oświetlał im drogę. Żółty biegł raz z przodu, raz z tyłu za nimi i tak doszli razem wzdłuż murów do miejsca przeprawy. Cuicui spytała swego przewodnika, skąd wiedział, że była nad rzeką, a ten odpowiedział, że od drugiego panicza. On sam był pracownikiem w rodzinie drugiego panicza i jak ją odprowadzi, wraca na Nadrzeczną.

– A skąd drugi panicz wiedział, że ja jestem nad rzeką? – spytała Cuicui.

Tamten roześmiał się:

– Wrócił z łapania kaczek i widział cię na pomoście. Z dobrego serca zaprosił cię do domu, żebyś tam mogła poczekać na dziadka, a ty go jeszcze zwymyślałaś!

Zdziwiona Cuicui zapytała cicho:

– A kto to jest drugi panicz?

Tamten się zdumiał:

– Nawet drugiego panicza nie znasz? No, drugi panicz Nuosong z Nadrzecznej! Ten, co go nazywają Yue Yun. To on chciał, żebym cię odprowadził do domu.

Imię Nuosonga znane było wszystkim w Chadongu.

Cuicui, przypomniawszy sobie, jak mu przygadała, poczuła się trochę zaskoczona a trochę zawstydzona. Nic już nie powiedziała, tylko w milczeniu szła za człowiekiem z pochodnią.

Kiedy minęli pagórek, mogli już dojrzeć blask ognia na drugim brzegu, a ponieważ stamtąd też już było widać płomień ich pochodni, stary przewoźnik od razu wsiadł na prom i przeciągając go, wołał ochryple:

– Cuicui, Cuicui, to ty?

Cuicui nie odpowiedziała, tylko mruknęła pod nosem:

– Wcale nie Cuicui. Cuicui już dawno wielka ryba zjadła!

Wsiadła na prom, wysłany przez drugiego panicza człowiek z pochodnią odszedł, a dziadek znowu zapytał:

– Cuicui, czemu nie odpowiadasz, gniewasz się na mnie?

Cuicui stała na promie i wciąż się nie odzywała. Ta odrobina żalu, który miała do dziadka, zaraz zniknęła, kiedy w domu zobaczyła pijanego staruszka – zastępcę. Ale inna sprawa, która dotyczyła tylko dziewczynki i nie miała żadnego związku z dziadkiem, sprawiła, że Cuicui milczała cały wieczór.

| 5 |

Minęły dwa lata.

W ciągu tych dwóch lat dwukrotnie obchodzono Święto Środka Jesieni, ale że dni były pochmurne i nie mogły się wydarzyć zwykłe w tej okolicy historie całonocnych miłosnych serenad pod księżycem, oba te święta nie zrobiły na Cuicui wielkiego wrażenia, pozostawiając nijakie i bezbarwne wspomnienie. Dwukrotnie też nadszedł Nowy Rok i można było jak zawsze obejrzeć w garnizonie tańce lwów i smoków, a na małym placyku do ćwiczeń dwa razy rozlegał się łoskot bębnów i gongów witających wiosnę. Wieczorem piętnastego dnia pierwszego miesiąca żołnierze z Zhenganu z obnażonymi ramionami szli w tańcu lwa i smoka, wszędzie witani petardami i fajerwerkami. W garnizonie wewnątrz murów, w siedzibie urzędu celnego i we wszystkich znaczniejszych firmach na Nadrzecznej zawczasu przygotowano przecięte bambusowe rury albo wydrążone pnie palmowe, wsypano do nich saletrę zmieszaną z siarką, węglem drzewnym i żelaznym śrutem i ubito potężnym stufuntowym młotem. Odważni i weseli żołnierze, obnażeni do pasa szli, niosąc bębny i lampiony, a zawieszone na szczytach długich tyczek sznury petard strzelały i opadały jak deszcz na ramiona. Bębny i gongi wybijały gwałtowny, frenetyczny rytm i wszyscy byli tym bardzo podnieceni. Gdy wystrzelano już petardy, do nóg długiej ławki przywiązano wielką rurę z fajerwerkami i na drugim końcu placu podpalono lont. Najpierw z sykiem pojawiło się białe światło, powoli zaczęło buczeć i świstać, a wreszcie rycząc jak smok albo tygrys, wzbiło się do góry, wysoko na kilkadziesiąt metrów i opadając, poczęło rozpryskiwać się w świetliste wzory na niebie. Wykonujący taniec żołnierze szli kręgiem pod deszczem fajerwerków, nic sobie z nich nie robiąc. Cuicui z dziadkiem też oglądali te widowiska i Cuicui była pod wrażeniem, ale z jakiejś przyczyny to wrażenie nie było ani tak piękne, ani tak słodkie jak wspomnienie tego, co wydarzyło się wtedy w Święto Smoczych Łodzi.

Ponieważ Cuicui nie mogła o tym zapomnieć, rano w Święto Podwójnej Piątki znów razem z dziadkiem poszła oglądać zawody. Kiedy wszyscy świetnie się bawili, nagle spadł deszcz i przemokli do suchej nitki. Uciekając przed ulewą dziadek, wnuczka i Żółty, pobiegli za węgieł brodzącego domu Shunshuna i schowali się w kącie. Jakiś człowiek z ławką przechodził obok nich i Cuicui rozpoznała w nim mężczyznę, który wtedy odprowadził ją z pochodnią do domu. Powiedziała do dziadka:

– Dziadku, to on mnie w zeszłym roku odprowadził do domu. Jak tak szedł wtedy z tą pochodnią, wyglądał zupełnie jak rozbójnik!

Dziadek nie odpowiedział, ale gdy tamten się zbliżył, chwycił go za ramię i śmiejąc się zawołał:

– Ejże, tuś mi! Nie chciałeś do mnie przyjść na kieliszek, co to, bałeś się, że wódka zatruta? Że przyszłego cesarza chcemy otruć?

Tamten rozpoznał przewoźnika, spojrzał na Cuicui i też się roześmiał:

– Cuicui, aleś urosła! Drugi panicz mówił wtedy, że cię ryba zje, a teraz już żadna ryba u nas nie dałaby ci rady!

Cuicui nie odezwała się, tylko zagryzła wargi i się uśmiechnęła.

Tym razem nie mieli okazji zobaczyć drugiego panicza, którego „rozbójnik” wspomniał. Z rozmowy dziadka z nim Cuicui wywnioskowała, że drugi panicz spędza święto w Qinglantang, położonym sześćset li w dół rzeki. Nie spotkała wtedy Nuosonga, ale poznała starszego panicza Tianbao i samego słynnego Shunshuna. Gdy Tianbao wrócił do domu ze złapaną kaczką, stary przewoźnik dwukrotnie wychwalał jej tłustość, więc Shunshun kazał synowi ofiarować ją Cuicui. Dobrze wiedział, że dziadek i wnuczka muszą zaciskać pasa i nie stać ich nawet na lepienie zongzi14, więc dał im też w prezencie wiele tych trójkątnych przysmaków.

Kiedy dziadek rozmawiał z tym znanym na rzece człowiekiem, Cuicui udawała, że podziwia widoki, ale dobrze słyszała każde zdanie. Shunshun mówił, że wyrosła na śliczną pannę, pytał o jej wiek i o to, czy ma już narzeczonego. Dziadek z wielką radością ją chwalił, ale tak jakby nie chciał, żeby obcy wtrącali się do spraw jej małżeństwa, na ten temat nie powiedział nic.

W drodze do domu dziadek niósł kaczkę i inne pakunki, a Cuicui oświetlała drogę pochodnią. Szli wzdłuż miejskiego muru, po jednej stronie mieli ścianę, po drugiej rzekę i dziadek rzekł nagle:

– Shunshun to dobry człowiek. Tianbao też. W tej rodzinie wszyscy są dobrzy!

– Wszyscy w rodzinie są dobrzy? A znasz wszystkich? – spytała Cuicui.

Dziadek nie wiedział, co Cuicui ma na myśli, a ponieważ był w szczególnie dobrym nastroju, rzekł:

– Cuicui, a jakby tak Tianbao chciał cię za żonę i przysłał do nas swatów, zgodziłabyś się?

Cuicui odparła natychmiast:

– Dziadku, zwariowałeś! Jak będziesz o tym mówił, pogniewam się!

Dziadek nie odezwał się więcej, ale najwyraźniej ta niedorzeczna myśl wciąż go nie opuszczała. Cuicui ze złością zaczęła wymachiwać pochodnią i rozdrażniona ruszyła przed siebie.

– Cuicui, nie dokazuj! Jak wpadnę do rzeki, to kaczka ucieknie!

– A po co komu ta kaczka!

Dziadek poznawszy, że Cuicui jest nie w humorze, zaczął śpiewać piosenkę o wioślarzu, co szybciej wiosłuje przy brzegu, i choć głos miał drżący, słowa brzmiały wyraźnie i czysto. Cuicui szła i słuchała, a nagle zatrzymała się i spytała:

– Dziadku, czy ta łódka dobija już do Qinglangtan?

Dziadek nie odpowiedział, tylko śpiewał dalej. Oboje pamiętali jak Shunshun mówił, że Nuosong popłynął na święto do Qinglangtan, ale nie wiedzieli, co dla drugiego z tej informacji wynika. Gdy dziadek i wnuczka w milczeniu doszli do promu, zastępca dziadka już na nich czekał przy łodzi. Przeprawili się razem, dali mu kilka zongzi, a gdy chciał wracać do miasta, Cuicui zapaliła dla niego pochodnię, żeby oświetlił sobie drogę. Przewieźli go na drugi brzeg i kiedy był już na wzgórzu, Cuicui i dziadek z promu odprowadzali go wzrokiem. Cuicui rzekła:

– Dziadku, patrz, rozbójnik wchodzi na górę!

Dziadek z rękami opartymi na linie patrzył na lekką mgiełkę unoszącą się nad wodą i jakby coś tam zobaczył, westchnął lekko. Powoli przeciągnął prom z powrotem, kazał Cuicui zejść na brzeg, a sam został na miejscu, bo wiedział, że w świąteczny dzień wielu ludzi ze wsi poszło do miasta oglądać wyścig smoczych łodzi, a teraz będą wracać po ciemku.

| 6 |