Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 181
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
KALEJDOSKOP
· Irena Chawryś · Paweł Ślusarczyk · Hanna Greń · Agnieszka Lis · Krystyna Śmigielska · Anna Kasiuk · MagdaLENA JANKE ·
Copyright © Świat Równoległy FHU Anna Dworak-Stępień, 2026
Projekt okładki: Magdalena Batko
Zdjęcie na okładce: AdobeStock
Redakcja: Ewa Hoffmann-Skibińska – Redaktor Ewa
Korekta: Izabela Smug – Tekstowe Love
Łamanie iskład: Magdalena Batko – Tak się składa
ISBN 978-83-977247-5-4
Wydanie I
Warszawa 2026
Wydawnictwo REBEL ROSE
www.wydawnictworebelrose.pl
Świat Równoległy FHU Anna Dworak-Stępień
ul. Poprzeczna 4, Góra
05-124 Skrzeszew
Dystrybucja: ATENEUM M. KOGUT, A. ZEGIEL SPÓŁKA KOMANDYTOWA
Półłanki 12C, 30-740 Kraków
Tel. 12 263 82 98
Sklep Internetowy Wydawnictwa Rebel Rose
www.wydawnictworebelrose.pl
Tel. 509 173 226
Zapraszamy księgarnie ibiblioteki do składania zamówień hurtowych wsklepie wydawnictwa. Wszelkie informacje dostępne pod adresem: [email protected]
Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie ikopiowanie całości lub części publikacji wjakiejkolwiek postaci zabronione bez wcześniejszej pisemnej zgody wydawcy. Dotyczy to także fotokopii imikrofilmów oraz rozpowszechniania za pomocą nośników elektronicznych. Wydawca zezwala na udostępnianie okładki winternecie.
Irena Chawryś
Pamięci mojej ukochanej Babci
Jesień wybuchła feerią barw, mnóstwem kolorów potęgowanych słońcem, które od tygodni nie znikało znieba, aciepły wiatr dopełniał wspaniałą aurę. Całość skłoniła Warszawiaków do spacerowania ikorzystania zdobrodziejstw parków miejskich, które wypełnione tłumami miłośników świeżego powietrza tętniły życiem od rana do zmierzchu.
Barbara wykorzystywała każdą wolną chwilę, by cieszyć się polską złotą jesienią. Wracała właśnie zpracy przez Park Saski, rozmyślając oswoim małżeństwie, kiedy dzwonek telefonu przywołał ją do rzeczywistości.
– Tak, mamo? – Natychmiast odebrała, widząc, kto dzwoni. – Czy coś się stało? Rozmawiałyśmy przecież jakąś godzinę temu…
– Tak, stało się. Zośka znowu nakładła Buni głupot do głowy!
– Jakich znowu głupot? – zapytała Basia, niepewnie spodziewając się kolejnej rodzinnej dramy.
– Wyobraź sobie, że namówiła Bunię na adopcję psa ze schroniska, wmawiając jej, że to dla ich wspólnego dobra. Pies będzie miał dom, aBunia towarzystwo imotywację do codziennej aktywności.
– Zosia ma rację: wszystkim to wyjdzie na dobre. Sama doskonale wiesz, że babcia od śmierci dziadka nie jest wstanie pogodzić się zsamotnością, która dokucza jej na każdym kroku. Atak będzie miała chociażby zkim porozmawiać, aprzy okazji zrobi dobry uczynek.
– No tak! – żachnęła się Anna. – Wy tylko widzicie wtym dobrą stronę. Aobowiązki, które na Bunię spadną? Karmienie? Weterynarz? Wyprowadzanie okażdej porze? Aco będzie, jak babcia trafi do szpitala? Wjej wieku tyle się może przytrafić! Ico wtedy? Kto się zajmie zwierzakiem?
– Oj, mamo! Nie mów tak, co może się stać? Od razu widzisz przyszłość wczarnych kolorach. Daj im szansę. Babcia kocha zwierzęta, apies będzie dla niej idealnym towarzystwem. Wyluzuj trochę. Mało masz innych zmartwień? Uważam, że Zosia ma bardzo dobry pomysł. – Basia poparła siostrę. – Słuchaj, muszę kończyć, bo wchodzę do apteki. Nie martw się na zapas! Będzie dobrze!
Wracając do domu, Barbara już nie myślała otym, jak naprawić swoje relacje zmężem. Teraz jej głowę zajął pomysł psiej adopcji. Babcia Bunia – bo tak ją Basia nazywała, odkąd zaczęła mówić, co po jakimś czasie przyjęło się wrodzinie inikt nie nazywał babci Krystyny inaczej jak Bunią – kochała zwierzęta nad życie. Wpajała tę miłość swoim wnuczkom, aszczególnie starszej, Barbarze. Dlatego Basia zawsze miała wsobie tyle empatii wstosunku do innych stworzeń, awszczególności do psów. Były dla niej tym, czego brakowało jej wludziach. Mądre, oddane, szczere wswojej bezinteresownej miłości. Rozumiała je bez słów. Iczuła ogromną więź zkażdym czworonogiem, nawet tym spotkanym przypadkowo na ulicy.
„Pies wyczuje dobrego człowieka” – często słyszała od ich właścicieli iwtedy przypominała sobie historię Buni zczasów okupacji Warszawy, jak to, odejmując sobie od ust, dokarmiała zbłąkane psy ikoty. Jej ówcześni sąsiedzi pukali się wczoło imawiali, że to nienormalne, ale ona wiedziała swoje. Zresztą Barbara wiele „życiowych mądrości” czerpała zdoświadczeń swojej ukochanej babci. Od zawsze łączyła je więź totalnie niezrozumiała dla reszty rodziny. No bo jak można podczas wagarów jeździć wodwiedziny do babci? Izbabcią, po kryjomu przed rodzicami, popalać pierwsze papierosy? Albo zwierzać się ze swoich miłosnych kłopotów? Młodsza siostra Zosia zawsze naśmiewała się ztej ich relacji, chociaż Basia doskonale wiedziała, że przemawiała przez nią zazdrość oto wyjątkowe porozumienie. Bunia bardzo kochała jej siostrę, iowszem, ale tylko zBarbarą łączyła ją zaskakująco emocjonalna bliskość pełna miłości, czułości iwzajemnego szacunku.
Szkoda tylko, że tychże uczuć Barbara nie zdołała wzniecić wswoim mężu. Pomimo że kochała go całą sobą, czuła się samotna iniedoceniona. Miłosz zauroczył ją od samego początku. Nie była to może miłość od pierwszego wejrzenia, ale pamiętała, jak się starał, jak onią dbał, rozpieszczał irobił, co wjego mocy, aby Barbara, wówczas zakompleksiona dziewczyna, rozkwitła iprzeobraziła się wspełnioną kobietę. Dlatego kiedy Miłosz włożył na jej palec pierścionek, bez wahania zgodziła się zostać jego żoną. Apotem czar prysł jak bańka mydlana. Musiała zająć się zarabianiem na dom iutrzymaniem codzienności wryzach, bo jej mąż totalnie poświęcił się swojej pasji – grom komputerowym. Ona musiała stać się „facetem wspódnicy”, on zaś cofnął się do czasów dzieciństwa iwszelkie problemy, szczególnie te finansowe, rozwiązywał wspólnie zmamą. Nie zmierzało to wdobrym kierunku, aBarbarze nie wystarczało już pomysłów, jak to poskładać, icoraz częściej myślała otym, aby znaleźć odwagę na zakończenie tej niepoważnej, wjej mniemaniu, relacji.
***
– Duszyczko? Co ztobą? – Zaniepokojona Bunia postawiła przed Basią filiżankę zherbatą. – Widzę, że coś się dzieje. Coś niedobrego…
Basia spojrzała woczy babci inie była do końca pewna, czy powinna się jej zwierzyć. Ale jak nie jej, to komu? Próbowała rozmawiać zsiostrą, ale Zosia szybko skwitowała, że to nie fair; że tak się nie robi. Co prawda powiedziała, że uszanuje jej decyzję, no ale nie wyobraża sobie nie widzieć nigdy więcej Miłosza. Przecież ona tak go lubi?!
Urodziców też nie znalazła wsparcia, szczególnie umamy, co ją ogromnie zabolało. Według niej nie wolno tak sobie się rozwieść. Przecież zięć się nie łajdaczy, nie pije, nie bije iogólnie jest dobrym człowiekiem. Koniecznie trzeba dać mu kolejną szansę. Jego granie na komputerze to nie powód do tak drastycznej decyzji.
– Porozmawiaj, Basiu, ze mną. Wyrzuć to zsiebie. Ulży ci!
– Oj, Buniu, tak mi źle! – Barbara nie wytrzymała izze szlochem rzuciła się wotwarte już ramiona babci. – Już nie wiem, co myśleć, co robić. Próbowałam każdej metody, ale wyczerpałam możliwości…
– Chodzi oMiłosza? – przerwała jej Bunia.
– Skąd wiesz? – zapytała zdziwiona.
– Moja droga, znam cię nie od dziś, aioczy mam, irozumu mi jeszcze nie brakuje. Obserwuję was już od dłuższego czasu izastanawia mnie jedno: dlaczego tak długo zwlekałaś, aby do mnie ztym przyjść? Doskonale zdaję sobie sprawę, że ani Anna, ani Zbyszek nie są inie będą dla ciebie opoką wtej sprawie. Nie wiem, czemu tyle wnich zaściankowości iobawy przed tym, co ludzie powiedzą. Szczególnie nie rozumiem twojej matki. Wpajałam jej tyle wartości, októrych powinna pamiętać, ale widzę, że wpływ jej teściowej jest tak ogromny, że zapomniała otym, czego ją nauczyłam. No ale nie oniej tu mowa. Mów, co ci, skarbie, na duszy leży?
– Wtej chwili to już chyba brakuje mi tylko odwagi do wykonania ostatniego kroku. Nie przypuszczałam, że tak właśnie potoczy się moje życie. Wiem, przyrzekałam przed Bogiem, że zawsze; że bez względu na okoliczności; że wzdrowiu ichorobie. Nawet mi to zostało wypomniane, ale czy przysięga dotyczy tylko jednej strony? Czy tylko kobieta ma być posłuszna isłużyć według ustalonych zasad? Aco zmężczyzną? On może przekraczać wszelkie granice? Może nie dbać ozwiązek, nie liczyć się zuczuciami współmałżonki?
– Dziecko, tylko spokojnie, oddychaj głęboko iuspokój nerwy. – Zamiast udzielić konkretnej odpowiedzi, Bunia głaskała wnuczkę po ramionach. – Najpierw się wycisz ipostaraj zapanować nad emocjami. Wiesz doskonale, że one wtakich chwilach nie są sprzymierzeńcami iczęsto prowadzą na manowce.
– Tak, wiem, Buniu. Wiem. Nieraz mi to powtarzałaś. To chyba ztej wszechogarniającej bezsilności. Wczoraj poczułam nawet wyrzuty sumienia, że może rzeczywiście to ja jestem ta zła ichcę zostawić bezbronnego chłopczyka na pastwę tego okrutnego świata!
– Nie wolno tak ci myśleć! – Babcia podniosła głos, co lekko zadziwiło Barbarę. Dawno nie słyszała takiego tonu uswojej ukochanej babuni.
– Ale…
– Nie, kochanie. Żadne ale. – Bunia zwróciła się do Basi już nieco spokojniej. – Tego nie możesz sobie wmawiać pod wpływem opinii innych osób. Co one mogą wiedzieć? Twoje przyjaciółki, koleżanki czy nawet twoja siostra zrodzicami? One nigdy nie były inie będą na twoim miejscu. Nigdy nie zrozumieją, co TY czujesz.
Zapanowała cisza. Basia ze skulonymi ramionami wpatrywała się tępo wfiliżankę zherbatą, ababcia stała wyprostowana jak strzała, spoglądając za okno, jakby czegoś tam wypatrywała.
– Pamiętasz mojego pierwszego męża? – spytała cicho Bunia.
– Jakże bym mogła zapomnieć, babciu? Tyle onim opowiadałaś, onim ijego bohaterstwie. Otym, jak wczterdziestym czwartym roku poszedł do powstania ijuż zniego nie wrócił. Byłaś taka młoda… Wojnę do końca przetrwałaś sama idopiero po latach spotkałaś dziadka iznim na nowo ułożyłaś sobie życie – odparła wzruszona Barbara.
– Tak, dziecko… Tak. Nie powiedziałam ci jednak, jak go żegnałam: zuśmiechem na twarzy. Inni myśleli, że jestem taka duma itaka silna. Że nie płaczę, tylko dziarsko zagrzewam swojego bohatera do boju, aprawda jest taka, że ja cieszyłam się iwduchu modliłam, aby nigdy ztego powstania nie wrócił…
– Ale jak to…? – przerwała Basia – Dlaczego?
– Ato dlatego, kochana, że życie znim to była gehenna… Nie bił, onie… Do kieliszka też nie zaglądał. Kulturalny, wykształcony, aprzystojny jak sto diabłów! Tylko kiedy drzwi się wdomu zamykały, zamieniał się wdomowego tyrana. Teraz się mówi na to „przemoc domowa”. Wtedy, wtamtych czasach, się tego nie nazywało. Ado tego wojna – każdy myślał tylko oprzetrwaniu… Aja tak często się złościłam, że ominęła mnie łapanka. Chciałam uciec jak najdalej. Nawet obóz czy więzienie wydawały mi się wtedy błahostką wporównaniu ztym, co miałam na co dzień wdomu.
– To straszne! Jak mogłaś milczeć otym tyle lat…?
– Basiu, duszyczko moja. To minęło. To już za mną. Twój dziadek pokazał mi życie, jakiego nie znałam, nauczył od nowa kochać iufać drugiemu człowiekowi. Patrz na świat perspektywicznie, nie zamykaj się wskorupie bólu. Jeżeli wiesz, że nic cię przy twoim mężu nie trzyma, to idź za głosem serca. Uwolnij się ibądź szczęśliwa. Nie podejmę decyzji za ciebie, ale pomogę wprzetrwaniu każdej chwili zwątpienia, która cię dosięgnie.
Po tych słowach podeszła do wnuczki imocno ją utuliła. Dokładnie jak wtedy, kiedy Basia miała sześć lat inie rozumiała złośliwości rówieśników, którzy wyzywali ją od okularnic. Bolało wtedy, boli idziś, chociaż obecny problem nijak się ma do tego zprzeszłości – pomyślała. Ale ramiona babci, jej uścisk imiłość, która zawsze od niej biła, jak zwykle przyniosły ukojenie.
***
Basia wykręciła numer babci iczekała na połączenie. Od ich rozmowy minęło parę dni. Dziś nadszedł wielki dzień iBenek, nowy czworonożny przyjaciel Buni, pojawił się wjej domu.
– Buniu, dzień dobry! Dzwonię zapytać, jak mija wasz pierwszy wspólny dzień. Przykro mi, że nie mogę osobiście przywitać nowego członka rodziny. Obiecuję dotrzeć do was tak szybko, jak to tylko możliwe.
– Och! Benek to cud na cudy! Merda cały czas ogonem inot stop zwiedza kąty. Już znalazł sobie swoje miejsce przy biblioteczce, więc tam mu rozłożyłam posłanie. Wschronisku powiedzieli, że przez parę dni może być nieswój ibać się nowego otoczenia, ale wydaje mi się, że wjego przypadku to niemożliwe. Icoś podejrzewam, że od dziś już nie będę spała sama… Basiu, pokochałam tego psiaka od pierwszego spotkania. Tak się cieszę, że dałam się przekonać Zosi do jej pomysłu, który, nie powiem, zpoczątku wydawał mi się absurdalny. Każda chwila ztym stworzeniem to dodatkowe minuty mojego życia, apierwszy wspólny spacer zapamiętam do końca swoich dni. Jak on pięknie szedł przy nodze idumnie wystawiał pierś, rozglądając się dokoła. Jakby chciał powiedzieć: „Patrzcie, jaki ze mnie szczęściarz. Trafiłem do domu tej wspaniałej kobiety iod teraz razem będziemy żyć icieszyć się każdą chwilą”. Aopiekun adopcyjny obawiał się, że nie będzie umiał spokojnie iść na smyczy!
– Po prostu trafił swój na swego – podsumowała Basia zachwycona szczęściem babci.
– Absolutnie się ztobą zgadzam! – odpowiedziała rozradowana Bunia.
Idylla wdomu Buni trwała nieprzerwanie. Nawet Anna, która obawiała się adopcji psa najbardziej, wkońcu przyznała przed córkami, że to wyśmienity pomysł. Pies dawał mnóstwo radości izajmował tyle czasu, że wnuczki zaczęły robić się trochę zazdrosne. Codzienny harmonogram został zgrany zrytmem psiakowego dnia: spacery, karmienie, zabawy iwspólny odpoczynek, kiedy to Benek wskakiwał na fotel iumieszczał się koło buninych nóg, aby zapaść wspokojny sen. Wtedy ona czule kładła rękę na jego głowie idelikatnie drapała za uszkiem, aby go nie wybudzić. Stali się dla siebie całym światem. Bunia odzyskała radość życia, chociaż nigdy nie narzekała na swój los.
Barbara odwiedzała ich tak często, jak tylko mogła. Pokochała Benka nie tylko za to, że dawał babci tyle miłości. On po prostu okazał się aniołem zesłanym na ziemię, aby czynić wokół siebie dobro. Przy nim zapominała oswoich kłopotach, otym, jak bardzo rozczarowała ją postawa męża. Nie pomagały spokojne rozmowy iburzliwe wymiany zdań – Miłosz był ślepy na uczucia Basi. Cały czas powtarzał jej, że wich relacji nic się nie zmieniło, aona czyta za dużo tych babskich internetowych wywodów izwyczajnie wymyśla sobie problemy.
Te problemy nie sprowadzały się jednak tylko do strefy uczuć. Ich życie intymne przestało istnieć już parę ładnych miesięcy temu. Ziąb, jaki panował wich sypialni, tylko potęgował małżeński marazm. Barbara czuła, jak niewiele brakuje, aby każde poszło wswoim kierunku. Żadne znich jednak nie potrafiło wykonać pierwszego kroku.
Nawet częste rozmowy zBunią nie pomogły Basi wpodjęciu ostatecznej decyzji. Za plecami nieprzerwanie czuła oddech reszty rodziny, która cały czas powtarzała, jakie to teraz młodzi ludzie prowadzą rozwiązłe życie. Nie mają poszanowania dla instytucji małżeństwa iztaką łatwością przychodzi im decyzja orozwodzie.
– Kiedyś to było nie do pomyślenia, aby kobieta, pod swoje widzimisię, wnosiła pozew orozwód. – Usłyszała ostatnio od swojej matki. – Tak, tak, moja droga, życie nie jest usłane różami itrzeba włożyć trochę wysiłku, aby unieść ten ciężar. Czy ty myślisz, że ja ztatą mam zawsze tak kolorowo…?
– Trochę wysiłku? – przerwała jej wtedy Barbara. – Czy uważasz, że przez całe małżeństwo mam się starać, aby utrzymać coś, co nie ma racji bytu? Czy naprawdę życie kobiety polega na ciągłym cierpieniu, bo tak właśnie ma wyglądać ten święty węzeł, jakim zostaliśmy związani? Nie, mamo. Nie. Ja się na to nie zgadzam. Ja chcę być szczęśliwa. Po prostu szczęśliwa! Czy to takie trudne do zrozumienia?
Takich rozmów Basia miała za sobą naprawdę wiele. Nie tylko zmamą czy siostrą, która mimo młodego wieku miała bardzo radykalne zdanie na temat małżeństwa. Większość koleżanek Basi też namawiało ją do próby znalezienia złotego środka, tylko żadna jakoś nie potrafiła powiedzieć, jak znaleźć cudowny kompromis. Przychodziła im do głów tylko terapia małżeńska, ale na dźwięk tego słowa Miłosz reagował jak rażony piorunem.
– Czyś ty już zupełnie oszalała? Jaka terapia? Jaki psycholog? Nie mam zamiaru rozmawiać zobcymi ludźmi omoim życiu intymnym. Może to tobie potrzeba lekarza, bo zachowujesz się jak nienormalna!
Iwtedy zawsze Basię nachodziła ta jedna myśl, wktórej dziękowała losowi, że zMiłoszem nie doczekali się potomstwa…
***
– Dobry wieczór, Buniu. Dzwoniłaś do mnie. Nie słyszałam sygnału. Czy coś się stało?
– Ależ nic się nie stało. Dzwoniłam upewnić się, czy zgodnie zumową będziesz mogła dziś wieczorem posiedzieć zBenkiem. Nie mogę wycofać się zobietnicy imuszę się stawić wdomu kultury. To prawdopodobnie ostanie wtym roku spotkanie Kółka Miłośników Literatury.
– Ależ oczywiście! Nic się nie martw. Będę uwas już oszesnastej. Wypijemy jeszcze razem herbatkę, ajak będziesz chciała, to pomogę wybrać ci kreację na twój literacki wieczorek. Apóźniej już tylko pozostanie mi rozpieszczać Benka na wszelkie możliwe sposoby!
Gdy Bunia wyszła, Basia zabrała psa na długi spacer. Pogoda im sprzyjała mimo niskiej temperatury, która coraz częściej gościła wWarszawie wieczorami. Wymęczeni harcami wparku wrócili do domu ipo szybkiej kolacji zalegli pod kocykiem na kanapie. Ciepło, które rozlało się po nich, momentalnie sprawiło, że zasnęli jak dwa susły.
Barbarze śniły się jakieś wozy pędzące na sygnale uparcie przypominającym dzwonek jej własnego telefonu. Nachalne iniemilknące, jeden za drugim, coraz głośniej igłośniej. Aż wreszcie otworzyła oczy. Wpierwszej chwili nie za bardzo wiedziała, gdzie się znajduje, ale cichutki skowyt Benka przywrócił ją do rzeczywistości. Spojrzała na telefon, by sprawdzić godzinę.
– Okurczę! – wykrzyknęła, widząc dwadzieścia nieodebranych połączeń znieznanego numeru. Zanim zdążyła odblokować klawiaturę, telefon zadzwonił ponownie.
– Halo? – odezwała się niepewnie.
– Pani Barbara Mocarz? Dzwonię ze szpitala zWołoskiej. Karetka przywiozła do nas panią Krystynę Szmigrodzką. To pani babcia? Została pani wskazana jako osoba kontaktowa wrazie wypadku.
– Bunia… Co znią?
***
– Anie mówiłam?! – Tak brzmiały pierwsze słowa Anny, gdy dotarła do szpitala. – Ikto teraz zajmie się psem? Ja nie mam zamiaru. Prawie cały dzień siedzę wpracy, apotem wdomu mam roboty po pachy. Ojciec, ztymi jego problematycznymi nogami, też nie będzie miał siły chodzić na spacery.
– Basia się nim zajmie. – Głos wchodzącej do poczekalni Zosi dobiegł do ich uszu znienacka. – Ona nie ma dzieci, aostatnimi czasy pracuje tylko zdomu.
– Ja? – zapytała Barbara niepewnym głosem.
– No przecież nie ja. Studia ipraca zajmują mnie od rana do wieczora – odpowiedziała natychmiast Zośka, uznając sprawę za zakończoną.
– No właśnie, Basiu. Przecież ty najlepiej znasz Benka. Bunia tylko ciebie prosiła ozajmowanie się nim, jak musiała na dłużej wyjść zdomu. Zatem będziesz wiedziała co ijak. Postanowione!
– Amoże tak któreś zwas zapyta, co zBunią? – powiedziała hardo Basia. Znowu inni zadecydowali, co będzie najlepsze. Wsumie to itak pewnie to ona przygarnęłaby psiaka, wiedząc, jaki stosunek do zwierząt mają jej rodzice, nie mówiąc ohulaszczym trybie życia jej siostry. – Interesuje was to choć trochę?
***
Bunia przeszła rozległy zawał iprzez kilka dni nie opuszczała OIOM-u. Dopiero wkolejnym tygodniu lekarz zezwolił na przeniesienie jej na kardiologię. Wtym czasie Basia dwoiła się itroiła, aby pogodzić opiekę na Benkiem, pracę, dom icodzienne wizyty wszpitalu. Miłosz nie przejawiał chęci udzielenia jej jakiejkolwiek pomocy, co wsumie szybko pomogło Barbarze podjąć decyzję otymczasowej przeprowadzce na Mokotów do mieszkania babci. Benek przynajmniej został usiebie, ailepiej znosił samotność, kiedy Basia pędziła na Wołoską zobaczyć się zbabcią. Ta tłumaczyła, że te codzienne wizyty są zupełnie niepotrzebne. Że przecież Anna ze Zbyszkiem też do niej przyjeżdżają wodwiedziny, Zosia zagląda, kiedy może, ale Basia nie chciała tego słuchać. Wewnętrznie czuła, że tak musi. Coś jej podpowiadało, że nie może inaczej. Ikażdego dnia targała ze sobą nowe książki, bo Bunia pochłaniała je nałogowo jedna za drugą.
– Dobrze, że oczy mam jeszcze zdrowe imogę sama czytać, ale jak ione odmówią mi posłuszeństwa, to wkońcu będziesz musiała mnie nauczyć obsługiwać te aplikacje, co to same czytają – mawiała zprzekąsem.
– Nie one, alektorzy je czytają, ito wcale nie takie trudne. Już wcześniej chciałam ci je zainstalować, ale uparcie się przed tym broniłaś!
– Bo książkę trzeba czuć. Bez zapachu farby drukarskiej, bez dotyku papieru, bez szelestu kartek to nie jest czytanie.
Itak podczas szpitalnych spotkań rozmawiały oliteraturze; otym, czy ostatniemu nobliście należała się ta nagroda idlaczego polskie autorki tworzące literaturę na światowym poziomie nie są częściej doceniane. Bo przecież dzięki Noblowi nazwisko Olgi Tokarczuk zaczęło być rozpoznawalne na świecie.
Przy ostatniej wizycie Bunia dla odmiany zapytała:
– Basiu? Apamiętasz nasze wyprawy nad morze? Jak żeśmy godzinami spacerowały brzegiem, atwoje małe nóżki ledwie nadążały izapadały się wmokrym piachu?
– To akurat przypominasz mi za każdym razem. Bardzo żałuję, bo byłam za mała, ale jak opowiadasz mi otym, to otwiera mi się takie okienko, wktórym jak wkalejdoskopie widzę tę scenę na wzór twoich słów. Iczuję wtedy takie ciepło na sercu ipewność, że byłam wtedy tak beztrosko szczęśliwa. Tęsknię ogromnie do tych chwil, do dni, które płynęły wolniej, gdzie czułam twoją troskę imiłość. Imyślę sobie: jeżeli los mi pozwoli, to chciałabym być taką właśnie babcią dla własnych wnucząt. Otwartą, wspierającą, kochającą bezwarunkowo. Jesteś dla mnie zresztą wzorem nie tylko tego, jak być superbabcią, ale jak być kobietą pewną swoich racji iprzekonań.
Wypowiadając te słowa, Basia mocniej ścisnęła dłoń Buni, która zrobiła się jakby słabsza, wątlejsza ibardziej pomarszczona. Niestety ostatnie wydarzenia odcisnęły mocne piętno na wyglądzie babci, co bardzo zaniepokoiło bliskich. Ichociaż lekarze zapewniali, że silny organizm starszej pani przetrwa tę próbę, to strach ojej zdrowie nie opuszczał rodziny ani na krok.
***
Zmiana nastąpiła przed andrzejkami. Bunia, która kochała lanie wosku, podpytywała lekarza prowadzącego, kiedy będzie mogła wrócić do domu iprzygotować się do wieczoru, który tradycyjnie spędzała zwnuczkami. Odkąd dziewczynki urosły ideklarowały chęć spędzenia weekendu uBuni idziadka Mieczysława, celebrowanie andrzejek stało się corocznym rytuałem. Były wróżby, śpiewanie izabawa, aprzede wszystkim występ artystyczny pieczołowicie przygotowany przez Basię ijej siostrę – łącznie ze scenografią, kostiumami ibiletami, za które dziadkowie musieli słono płacić krówkami ciągutkami. Inna waluta nie wchodziła wrachubę. Był też program, jak wprawdziwym teatrze, który pomagała przygotowywać mama dziewczynek, zanim zmężem wychodziła na bal organizowany wjej zakładzie pracy. Ale to wmieszkaniu na Kieleckiej trwała najlepsza zabawa ito często dwa dni zrzędu. Śmiechom iradościom nie było końca. Gdy przychodził czas pożegnania, pojawiał się smutek iżal, że trzeba wracać do domu. Nawet dziadek, który nie potrafił okazywać uczuć, przy czułym żegnaniu wnuczek nie raz, nie dwa uronił łezkę, bo każdy wspólnie spędzany dzień dawał mu ogromną radość. Bunia skrzętnie chowała pamiątki pochodzące zzabaw, które teraz zalegały wpawlaczu, zajmując całą jego powierzchnię – tyle tego się nazbierało. Pod koniec podstawówki dziewczynki stwierdziły, że są już za duże na takie wygłupy, ale chętnie co roku spędzały ten dzień razem zdziadkami, później już tylko zsamą Bunią, wspominając te dziecięce andrzejkowe imprezy iza każdym razem śmiejąc się przy tym do łez.
Niestety, Buni nie udało się udoktora wynegocjować powrotu do domu. Zasmuciło to starszą panią niebywale. Popadła wmelancholię inie odzywała się do nikogo: ani do personelu, ani do odwiedzającej ją rodziny. Milczała jak zaklęta inawet nie sięgała po swoją ulubioną książkę, októrą poprosiła ostatnio. Basia, widząc, że zakładka wpierwszym tomie Lalki tkwi wtym samym miejscu, zapytała, próbując rozładować atmosferę:
– Buniu? Czyżby Wokulski tak cię zdenerwował, że nie chcesz sprawdzić, jak mu poszło zpanną Izabelą?
– Wokulskiego do tego nie mieszaj, bardzo cię proszę – odpowiedziała natychmiast Bunia zlekką irytacją wgłosie idalej ze smutkiem wpatrywała się wszpitalne okno.
Kolejny dzień nie przyniósł zmiany nastroju babci, Basia przystąpiła do realizacji planu. Niestety wizyta Benka wszpitalu okazała się niemożliwa, chociaż Basia iZosia stawały na głowie. Regulamin to mur nie do obejścia. Nawet zaangażowanie fundacji, która prowadziła terapie behawioralne ipomagała wleczeniu paliatywnym poprzez wizyty zwierząt uich umierających właścicieli, nie przyniosło oczekiwanego skutku. Procedury wszpitalu na Wołoskiej były nie do złamania – przestrzegano ich tu rygorystycznie, jak na szpital MSWiA przystało.
***
Ostatniego listopada wzachowaniu Buni nie odnotowano zmian – była ze wszystkim totalnie na „nie”. Apatia zawładnęła nią już wzupełności. Śniadania nie tknęła, azjedzenia obiadu, zobcą dla niej pogardą w
