Kacerz - Kafir - ebook

Kacerz ebook

Kafir

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Prawda nie wybacza. Prawda zabija.

Kacerz to szósta część cyklu o pułkowniku Radosławie Sztylcu, byłym oficerze służb specjalnych. Człowieku, który widział za dużo, by wierzyć w przypadki i polityczne bajki.

Każde z nich jest już głęboko wciągnięte w grę, z której nie ma odwrotu bez zapłacenia ceny — krwią, bólem i czymś znacznie gorszym niż śmierć. Na horyzoncie pojawia się Czarny — dawny towarzysz ze służb. Człowiek naznaczony przeszłością, pełną brudnych spraw i nierozliczonych rachunków. Nieprzewidywalny, bezwzględny, pozbawiony złudzeń. Jego ludzie nie znają litości, a jego zamiary wobec Sztylca pozostają równie mroczne, co niejasne. Czy po latach Czarny wciąż jest sojusznikiem… czy już tylko kolejnym drapieżnikiem?

Kto naprawdę pociąga za sznurki? Jak głęboko sięga układ?

Akcja, jak zawsze, wykracza daleko poza granice Polski — prowadzi przez front ukraiński, Syberię, Morze Śródziemne, Niemcy i odległą Maderę. Wojna przestaje być tłem — staje się bezpośrednim zagrożeniem. Sztylc, Anaba i Rusinek trafiają w sam środek piekła, gdzie kończą się kalkulacje, a zaczyna brutalna walka o przetrwanie. Tam nie ma miejsca na wahanie. Tam strzela się, żeby żyć — albo ginie.

Czy uda im się wrócić w jednym kawałku? To zależy tylko od nich… i od tego, ile jeszcze są gotowi poświęcić.

Nowi wrogowie. Stare demony. Świat, w którym każdy sojusz może być zdradą.

Bo w tej grze nie chodzi o przetrwanie — tylko o to, kim się staniesz, żeby przeżyć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 475

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Paweł Pan­cza­kie­wicz/ PAN­CZA­KIE­WICZ ART.DESIGN Redak­tor pro­wa­dzący: Agata Pasz­kow­ska-Pogo­rzel­ska Redak­cja języ­kowa, korekta: Joanna Kłos, Agnieszka Dudek Redak­tor tech­niczny: Mar­cin Adam­czyk Korekta: Joanna Kłos

Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin sp. z o.o., 2026 Copy­ri­ght © for this edi­tion by Kafir, 2026

Pro­du­cent: Dres­sler Dublin sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu: Wydaw­nic­two Bel­lona 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@bel­lona.pl www.bel­lona.pl www.face­book.com/Wydaw­nic­two.Bel­lona

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja: Dres­sler Dublin sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-11-18954-6

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Wstęp

WSTĘP

Radek Sztylc prze­krę­cił klucz w zamku i naci­snął klamkę, by po chwili zna­leźć się w swoim dwu­kon­dy­gna­cyj­nym domu zlo­ka­li­zo­wa­nym na jed­nej z cichych uli­czek Saskiej Kępy, gdzie od jakie­goś czasu miesz­kał z córką. W dziel­nicy, w któ­rej przed­wo­jenna War­szawa wciąż szep­tała o daw­nych cza­sach, a nowe budynki sta­rały się nie zakłó­cać jej deli­kat­nej ele­gan­cji. Nie­ru­cho­mość, którą kupił Radek, wznie­siono w 1938 roku, a zapro­jek­to­wał ją Mie­czy­sław Michal­ski. Z zewnątrz kamie­nica pre­zen­to­wała się skrom­nie, w środku nato­miast kryła prze­strzeń urzą­dzoną tak, by wła­ści­ciel mógł zna­leźć rów­no­wagę mię­dzy bała­ga­nem życia ope­ra­cyj­nego a potrzebą cie­pła, któ­rego tak długo mu bra­ko­wało. Po wej­ściu od razu rzu­cała się w oczy este­tyka cie­płego art déco. Drewno o bar­wie koniaku, mięk­kie świa­tło lamp z mlecz­nego szkła, mosiężne detale w sto­no­wa­nym poły­sku. Ciemny dąb uło­żony w kla­syczną jodełkę lśnił na pod­ło­dze. Na ścia­nach domi­no­wały przy­tulne beże prze­ła­mane butel­kową zie­le­nią.

Ser­cem lokalu był zaś salon, który zaj­mo­wał znaczną część par­teru. Pośrodku usta­wiono w nim dużą kanapę w kolo­rze ciem­nego kar­melu, obitą miękką, lekko posta­rzaną skórą – naprze­ciw biblio­teczki i masyw­nego, ele­ganc­kiego kominka z gra­nitu. Wła­ści­ciel nie palił w nim pra­wie ni­gdy, po pro­stu lubił na niego patrzeć. Na ścia­nach wisiały stare fran­cu­skie gra­fiki z lat trzy­dzie­stych. Sztylc dostał je w pre­zen­cie od starca, który twier­dził, że kupił je we Fran­cji, będąc tam na wycieczce z Wehr­mach­tem. Mówił to bez wstydu, nie­mal z roz­ba­wie­niem, można było odnieść wra­że­nie, że cho­dziło o zwie­dza­nie muzeów, a nie marsz przez cudze życie… Gra­fiki były bru­talne i poli­tyczne, dokład­nie tak samo nie­przy­zwo­ite jak histo­ria ich zakupu.

Przy oknie stał ciężki fotel klu­bowy, a obok niego nie­duży sto­lik z intar­sją. Było to ide­alne miej­sce, by pić nocą kawę, roz­my­ślać i patrzeć na leniwy o tej porze ruch uliczny. Radek usiadł więc w fotelu, wycią­gnął nogi i upił łyk z fili­żanki. Odwró­cił głowę w kie­runku okna i spoj­rzał na sto­lik, na któ­rym leżały teczki Jugow­skiego. Wciąż te same, po roku. Świa­tło lampy z masyw­nym aba­żu­rem sto­ją­cej obok fotela padało na pożół­kły papier, pod­kre­śla­jąc każdy szcze­gół, każde nazwi­sko, każdą tajem­nicę, którą los posta­no­wił wetknąć Sztyl­cowi w ręce. Radek sie­dział w fotelu, z papie­ro­sem w jed­nej dłoni i fili­żanką w dru­giej, a jego myśli krą­żyły ciężko jak dym.

War­szawa za oknem grzała się w świe­tle latarni, nato­miast umysł Radka wra­cał do tam­tego hotelu pod Alpami, w któ­rym pierw­szy raz przej­rzał owe doku­menty. Do Jugow­skiego, Ryszew­skiego, ludzi wciąż uwi­kła­nych mimo upływu czasu w brudną histo­rię. Czuł, że we wła­snym domu, w tej ciszy Saskiej Kępy, znów dopada go histo­ryczna zmora, przed którą pró­bo­wał bez­sku­tecz­nie uciec przez ostatni rok.

Zacią­gnął się papie­ro­sem i obser­wo­wał, jak kłębki uno­szą się leni­wie w stronę sufitu. Nie powi­nien tu palić, Anaba nie zno­siła tego zapa­chu… Po raz kolejny otwo­rzył teczkę, któ­rej zawar­tość znał już na pamięć. Zdję­cia agen­tów, raporty, nazwi­ska, które zbyt dobrze wryły mu się w głowę i trwały tam niczym hie­ro­glify na obe­li­sku z Kar­naku. Opo­wieść, która nie chciała zdech­nąć, a alpej­skie powie­trze i głos Anaby ją tylko utrwa­lały.

„Tato, prze­cież ty nie zno­sisz zimy”.

Śmiech Jugow­skiego, nie ten praw­dziwy, tylko ten zbu­do­wany ze wspo­mnień i domy­słów. I gniew Sztylca, kiedy pierw­szy raz zoba­czył nazwi­sko Ryszew­skiego na rapor­tach. Rok minął, a emo­cje wciąż były żywe, jak rana, która ni­gdy nie zdą­żyła się zamknąć. Radek pamię­tał, jak w tam­tym hote­lo­wym pokoju jego myśli rwały się jak postrze­lone psy. Jak chciał wyrzu­cić papiery przez okno. Jak chciał zadzwo­nić do kogoś… kogo­kol­wiek. A potem przy­po­mniał sobie, że nie ma gdzie dzwo­nić.

Bo niby do kogo? Wszyst­kie służby trzy­mał za mordę obecny rząd, a Ryszew­ski był w nim, kurwa, mini­strem, a nie mini­stran­tem. Nawet gdyby Sztylc zadzwo­nił gdzie trzeba, po kilku godzi­nach doku­menty z jego domu wypa­ro­wa­łyby szyb­ciej niż szczyny wiel­błąda na Saha­rze w samo połu­dnie.

Dla­tego posta­no­wił, że da sobie czas. Tak mu się przy­naj­mniej wyda­wało, że to dobre roz­wią­za­nie. Nie­stety kwity z dnia na dzień cią­żyły mu coraz moc­niej, niczym kamień u szyi toną­cego wal­czą­cego o życie w szam­bie histo­rii. Teraz, rok póź­niej, widział, jak bar­dzo się oszu­ki­wał.

Prze­su­nął pal­cem po sta­rej foto­gra­fii. Ryszew­ski spo­glą­dał z niej jak ktoś, kto dawno wygrał par­tię, któ­rej Radek nawet nie chciał roz­gry­wać. I wła­śnie wtedy, w tym war­szaw­skim domu, Sztylc zro­zu­miał coś, czego rok temu zro­zu­mieć nie chciał. Papiery tra­fiły do niego nie dla­tego, że Jugow­ski mu ufał, tylko dla­tego, że wie­dział, że Radek nie uciek­nie, nie spier­doli za kulisy jak poli­tycy po nie­uda­nej kam­pa­nii wybor­czej.

– Kurwa… Dosko­nale wie­dział, jak mnie roze­grać – mruk­nął do sie­bie Sztylc.

Wes­tchnął ciężko, zga­sił papie­rosa w fili­żance po zim­nej kawie i oparł się na krze­śle. War­szawa za oknem zdą­żyła już dawno zasnąć snem spra­wie­dli­wego, a on? On sie­dział tu, z doku­men­tami, które mogłyby wywo­łać arma­ge­don w całym kraju. Rok temu myślał, że wystar­czy je zamknąć z powro­tem w ban­ko­wej skrytce. Dziś wie­dział, że ta skrytka była niczym kata­kumby, w któ­rych on pogrze­bie ludzi żyw­cem, jeśli teraz nic nie zrobi. Spoj­rzał na opa­słe teczki raz jesz­cze. Nie jak na histo­ryczny relikt, lecz jak na deto­na­tor. I w tym momen­cie zro­zu­miał, że cicha i nie­wi­dzialna wojna służb, od któ­rej ucie­kał przez rok, wła­śnie dogo­niła go w War­sza­wie.

Z zamy­śle­nia wyrwał go szczęk zamka w drzwiach. To Anaba wró­ciła z pracy. Sztylc wstał, wziął doku­menty i prze­niósł się do kuchni. Dziew­czyna, która też wła­śnie do niej weszła, posta­no­wiła nasta­wić czaj­nik z wodą na her­batę.

Radek spoj­rzał na swoją córkę, potem na teczkę, którą poło­żył na stole. Ugrzązł w bagnie histo­rii i to po uszy. Prze­ka­za­nie tych mate­ria­łów mogło uciąć łeb przy­naj­mniej jed­nemu agen­towi… oczy­wi­ście rów­nie dobrze mogło pocią­gnąć za sobą nie­win­nych, i to tych mu naj­bliż­szych, nie za takie papiery ludzie zabi­jali dla rato­wa­nia wła­snej dupy.

– Pod­ją­łeś w końcu decy­zję? – spy­tała Anaba.

– Tak, zro­bię to, jak zapla­no­wa­łem – oświad­czył Radek.

– W końcu, tato! – Dziew­czyna uśmiech­nęła się z ulgą.

Radek z kolei uśmiech­nął się smutno, bo wie­dział, że córka chce tego ze względu na pamięć o Jugow­skim. Plan, który Sztylc obmy­ślił, był trudny, lecz wyko­nalny. Radek jed­nak nie miał złu­dzeń. Wie­dział, że sys­tem jest zbyt prze­żarty złem. Mimo to nie mógł odpu­ścić. Dla­tego jego plan skła­dał się z kilku eta­pów…

***

On sam nie mógł zanieść kwi­tów do pro­ku­ra­tury. W sekundę pod­niósłby się rwe­tes, że „były ban­dyta z WSI” pew­nie wszystko sfa­bry­ko­wał. Media roz­szar­pa­łyby Sztylca na strzępy, a Ryszew­ski, mający zna­jo­mych w każ­dej redak­cji i sądzie, śmiałby się ostatni. Pozo­sta­wało jedno wyj­ście. Tele­wi­zja, nie ta pań­stwowa, która stała się par­tyjną tubą obec­nego rządu, tylko pry­watna, głodna sen­sa­cji i gotowa wsko­czyć w ogień, byle tylko prze­bić kon­ku­ren­cję. Radek przy­go­to­wał sta­ran­nie paczkę. Teczka, kopia listy sygna­tur, lista pokwi­to­wań, kilka mel­dun­ków z pod­pi­sem Ryszew­skiego, a na górze wła­sno­ręczna dekla­ra­cja współ­pracy z GRU, ruską służbą znie­na­wi­dzoną przez Pola­ków. Potem zało­żył ręka­wiczki, wło­żył wszystko do neu­tral­nej koperty i pod­rzu­cił ją nocą zaspa­nej ochro­nie na par­te­rze redak­cji jed­nej z naj­więk­szych sta­cji infor­ma­cyj­nych. Bez pod­pisu, bez śladu.

Kolej­nego dnia na ante­nie zawrzało. Znany z kon­tro­wer­syj­nych mate­ria­łów dzien­ni­karz odpa­lił temat jak lont przy dyna­mi­cie. „Agent SB w sze­re­gach Soli­dar­no­ści?!” – gło­sił nagłó­wek na pasku. Przez godzinę poka­zy­wano skany doku­men­tów, ana­li­zo­wano pod­pisy, komen­ta­to­rzy grzali temat jak piec hut­ni­czy.

Ryszew­ski zare­ago­wał szybko. Wyszedł z cie­nia, żeby ude­rzyć. Na kon­fe­ren­cji pra­so­wej wyzwał dzien­ni­ka­rzy od pro­wo­ka­to­rów, gro­ził pozwami, powta­rzał jak man­trę, że to fał­szywki, „grze­bane przez ruso­fili i post­ko­mu­ni­styczne szczury”.

Radek Sztylc wie­dział swoje. Znał tych ludzi na wylot. Poli­ty­ków, pro­ku­ra­to­rów, eks­per­tów od „osta­tecz­nych prawd”. Znał ich twa­rze, spo­sób mówie­nia i ten moment, w któ­rym koń­czyła się u nich facho­wość, a zaczy­nał instynkt samo­za­cho­waw­czy. Sie­dząc w fotelu, ponow­nie z fili­żanką dawno wysty­głej kawy, wró­cił myślami do sprawy, która była dla niego jak instruk­cja obsługi pań­stwa w wer­sji brud­nej i szcze­rej. Pamię­tał histo­rię Lecha Wałęsy i teczek zna­le­zio­nych po śmierci Cze­sława Kisz­czaka. Doku­men­tów, które wypły­nęły nagle. Można wręcz było odnieść wra­że­nie, że ktoś celowo otwo­rzył właz w dnie szamba. Na początku wszystko wyglą­dało popraw­nie. Pro­ce­dury prawne, ścieżki służ­bowe. Akta tra­fiły do poli­cji, a gra­fo­lo­dzy na jej usłu­gach mieli zro­bić to, co do nich nale­żało. Zba­dać pod­pisy, porów­nać mate­riał, opi­sać wąt­pli­wo­ści, jeśli się poja­wią. Bez emo­cji i bez poli­tyki. Wtem ktoś naci­snął ręczny hamu­lec tak, że histo­ria w jed­nej chwili zmie­niła kie­ru­nek jazdy.

Zanim poli­cyjni bie­gli zdą­żyli wydać ofi­cjalną opi­nię, teczka została im ode­brana. Po cichu. Bez uza­sad­nie­nia. Doku­menty prze­ka­zano do Insty­tutu Eks­per­tyz Sądo­wych imie­nia pro­fe­sora Jana Sehna w Kra­ko­wie. Insty­tu­cji z histo­rią, z auto­ry­te­tem, pod­le­ga­ją­cej Mini­ster­stwu Spra­wie­dli­wo­ści i finan­so­wa­nej z budżetu pań­stwa. Radek wie­dział, że w takich miej­scach nie potrzeba spi­sku na dzie­sięć osób. Wystar­czył jeden czło­wiek, eks­pert, kie­row­nik zespołu, szef pra­cowni albo ktoś, kto aku­rat cze­kał na „zała­twie­nie swo­jej sprawy”. I nie­ważne, czy miał to być awans, prze­dłu­że­nie kon­traktu, dodat­kowe środki lub spo­kojna eme­ry­tura. Cokol­wiek, co wisiało w próżni i wyma­gało dobrej decy­zji z góry. Zależ­no­ści nie trzeba było zapi­sy­wać w mailach, one wisiały w powie­trzu.

Wła­śnie wtedy wyda­rzył się cud, który można by było porów­nać do nawró­ce­nia ate­isty na słuszną wiarę. Insty­tut nie miał wąt­pli­wo­ści. Ani jed­nej. Pod­pisy sprzed kil­ku­dzie­się­ciu lat, z innej epoki, z innych warun­ków, nagle oka­zały się w stu pro­cen­tach auten­tyczne. Bez mar­gi­nesu błędu i zastrze­żeń, bez kla­sycz­nego języka ostroż­no­ści, który nor­mal­nie chroni eks­per­tów przed kom­pro­mi­ta­cją. Nawet jeśli Wałęsa twier­dził, że to nie jego pod­pisy, eks­per­tyza była twarda, zamknięta i osta­teczna. Jak wyrok.

Sztylc pamię­tał, jak mówiono wtedy o nauce, o obiek­ty­wi­zmie, o nie­za­leż­nych bie­głych. Pamię­tał też głosy kry­ty­ków, któ­rzy pró­bo­wali napo­my­kać o ogra­ni­cze­niach gra­fo­lo­gii, o wpły­wie czasu na pismo, o ryzyku nad­in­ter­pre­ta­cji. Te głosy uto­nęły szybko w nar­ra­cji, która już dawno była gotowa. Pie­czątka posta­wiona, sprawa domknięta.

Teraz widział ten sam mecha­nizm odtwa­rzany nie­mal punkt po punk­cie. Eks­per­tyzy, które nagle brzmiały jak nie­pod­wa­żalne… Radek dawno zro­zu­miał, że prawda w tym ukła­dzie nie miała zna­cze­nia. Liczyła się kolej­ność zda­rzeń i to, kto trzy­mał dłu­go­pis w odpo­wied­nim momen­cie. Poj­mo­wał jesz­cze jedno. Jeśli w insty­tu­cji znaj­dzie się choć jeden czło­wiek, na któ­rego obecna wła­dza ma haki lub który ma coś do zała­twie­nia u mini­stra, eks­per­tyza zawsze będzie taka, jaka „ma być”. Nie dla­tego, że ktoś kazał. Tylko dla­tego, że sys­tem nagra­dza tych, któ­rzy rozu­mieją alu­zje. A Ryszew­ski wła­śnie stał się kolej­nym roz­dzia­łem tej samej histo­rii. Sztylc nie miał poję­cia, jak sprawa zosta­nie uwa­lona. Był nato­miast pewny, że tak się sta­nie, na sto pro­cent. Teczka Ryszew­skiego nie będzie pozo­sta­wiona sama sobie i zapewne znik­nie w ten czy inny spo­sób.

I rze­czy­wi­ście, z redak­cji szybko tra­fiła ona do pro­ku­ra­tury. Ofi­cjal­nie „celem prze­pro­wa­dze­nia eks­per­tyz gra­fo­lo­gicz­nych i wery­fi­ka­cji auten­tycz­no­ści doku­men­tów”. Radek jed­nak wie­dział swoje. W tym kraju prawda była ostat­nią rze­czą, któ­rej kto­kol­wiek szu­kał.

I tylko jedno pyta­nie wciąż wisiało w powie­trzu. Czy ten ruch był począt­kiem końca, czy począt­kiem odwetu?

Do sprawy wziął się pro­ku­ra­tor Jacek Bar­bosa, do tej pory znany jako „łowca skór” mafii pali­wo­wej. Kom­pe­tentny, ambitny, wytre­no­wany w prze­krę­ca­niu para­gra­fów jak kara­bi­no­wego zamka. Ryszew­ski kupił go nie za gotówkę, lecz za obiet­nicę wła­dzy. Bar­bosa miał zostać nowym sze­fem Pro­ku­ra­tury Kra­jo­wej, jeśli tylko „roz­wiąże pro­blem” archi­wum z pią­tego pię­tra.

Pro­ku­ra­tor nale­żał do ludzi, któ­rych nie spo­sób było pomy­lić z kim­kol­wiek innym, choć każdy, kto miał z nim do czy­nie­nia, chęt­nie pró­bo­wałby zapo­mnieć jego syl­wetkę. Miał nieco ponad sto sześć­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów wzro­stu, a mimo to spra­wiał wra­że­nie, jakby gra­wi­ta­cja cią­gnęła go w dół bar­dziej niż innych. Był gruby, ciężki, zawsze kro­czył lekko pochy­lony, jakby dźwi­gał na ple­cach nie tylko swoją masę, ale i wszyst­kie małe, nik­czemne sekrety, które przez lata skru­pu­lat­nie zbie­rał. Był łysy, z wyjąt­kiem kilku upar­tych wło­sków nad uszami, które trzy­mały się czaszki jak resztki daw­nej god­no­ści. Jego czoło wiecz­nie świe­ciło podej­rza­nym, lep­kim potem, jak gdyby ciało nie­ustan­nie pra­co­wało nad wyrzu­ce­niem nad­miaru żółci i jadu.

Miał już pod pięć­dzie­siątkę, wyglą­dał nato­miast sta­rzej, jak czło­wiek, któ­rego cha­rak­ter zużywa szyb­ciej niż czas. Uwagę zwra­cała jego sze­roka, nalana twarz z małymi oczkami świ­dru­ją­cymi spod cięż­kich powiek. Oczkami czło­wieka pamię­ta­ją­cego czasy, w któ­rych donos był cnotą, a lojal­ność walutą. Bo Bar­bosa pocho­dził z rodziny sta­rych komu­ni­stycz­nych praw­ni­ków, tych, któ­rych od poko­leń uczono, że prawo można nagi­nać jak papie­rowy spi­nacz, byle tylko słu­żyło „słusz­nej spra­wie”. W jego domu nie mówiło się o war­to­ściach, mówiło się o ukła­dach, zależ­no­ściach i o tym, komu warto zanieść infor­ma­cje, by dostać coś w zamian. Już jako dziecko był „synem dono­si­cie­lem”, wiecz­nie sto­ją­cym bli­żej nauczy­cieli niż rówie­śni­ków. Dzie­ciaki go nie lubiły, nie tylko za to, że był cho­ro­bli­wie otyły. Bar­dziej za kablo­wa­nie, bo każdy wybryk, o któ­rym Bar­bosa usły­szał – „przez przy­pa­dek”, ni­gdy ina­czej – koń­czył się u dyrek­tora.

Obec­nie jako pro­ku­ra­tor nosił szary, przy­cia­sny gar­ni­tur, który opi­na­jąc jego masywne ciało, wyglą­dał jak worek jutowy nacią­gnięty na beczkę. Spod koł­nie­rza koszuli czę­sto wysta­wały mokre plamy, bo Bar­bosa pocił się zawsze. A to z ner­wów, a to z wysiłku, a to z nie­na­wi­ści do ludzi, któ­rzy mieli lżej­sze życie od niego. Jego ręce były krót­kie, pulchne, o pal­cach przy­po­mi­na­ją­cych parówki. Gdy coś pod­pi­sy­wał, zawsze dyszał, jakby każdy ruch był walką o prze­trwa­nie. Naj­gor­sze były jed­nak jego emo­cje. Zawiść. Cho­ro­wał na zazdrość wobec każ­dego, kto miał coś, czym on nie mógł się cie­szyć: sza­cu­nek, rodzinę, wygląd, talent, przy­ja­ciół. Dla­tego Jacek Bar­bosa uwiel­biał swoją wła­dzę. Małą, lokalną, lecz realną wła­dzę nad ludz­kimi życio­ry­sami. Wła­dzę, którą wyko­rzy­sty­wał z paskud­nym uśmiesz­kiem. Tak wyglą­dał czło­wiek, któ­rego nazwi­sko wypo­wia­dano pół­gło­sem, w oba­wie, że tłu­ste palce pro­ku­ra­tora mogą się wydo­stać zza rogu i się­gnąć po kolejną ofiarę.

Szare niebo odbi­jało się w szy­bach sze­ścio­pię­tro­wego gma­chu pro­ku­ra­tury okrę­go­wej przy ulicy Cho­cim­skiej. Od frontu budy­nek wyglą­dał jak ste­rylna for­teca, chłodna, monu­men­talna, odpy­cha­jąca. Tylko w jego pod­zie­miach pul­so­wała ner­wowa ener­gia. Ludzie pro­ku­ra­tora Jacka, przy­słani przez Ryszew­skiego, poja­wili się w nie­dzielny pora­nek o godzi­nie, w któ­rej gmach zwy­kle trwał w pół­śnie. W pół­mroku kory­ta­rzy krzą­tali się cicho, nie­mal bez­sze­lest­nie, jak cie­nie wyko­nu­jące dawno zapla­no­wany ruch. Roz­ma­wiali po pol­sku, z twar­dym, wschod­nim akcen­tem, któ­rego Bar­bosa z wyuczoną obo­jęt­no­ścią nie sły­szał i nie roz­po­zna­wał. Trak­to­wał go jak szum w prze­wo­dach, jak suchy trzask izo­la­cji pod pal­cami.

To on ich tu ścią­gnął. Wcze­śniej uprze­dził ochronę, że na pię­trze, gdzie pra­cuje, doszło do awa­rii zasi­la­nia i że musi pil­nie dokoń­czyć doku­menty mimo week­endu. Zgło­sze­nie brzmiało ruty­nowo, nie­mal nudno. Ekipa tech­niczna poja­wiła się więc bez pośpie­chu, z narzę­dziami i iden­ty­fi­ka­to­rami. Ochrona spi­sała ich dane jak nazwi­ska, numery doku­men­tów, firmę ser­wi­sową. Wszystko się zga­dzało. Przy­naj­mniej na papie­rze.

Doku­menty były fał­szywe, przy­go­to­wane sta­ran­nie i bez pośpie­chu. Wpisy w reje­strze wyglą­dały popraw­nie, pod­pisy nie drżały. W nie­dzielę nikt nie miał powodu, by przy­glą­dać się im zbyt uważ­nie. A cisza budynku sprzy­jała tym, któ­rzy wie­dzieli, co robią.

Nie­długo potem roz­pi­nano ostat­nie prze­wody, porząd­ku­jąc insta­la­cję tak, by inge­ren­cja nie rzu­cała się w oczy nawet przy pobież­nej kon­troli. W kana­łach wen­ty­la­cyj­nych osa­dzono nie­wiel­kie gene­ra­tory dymu z wkła­dami piro­tech­nicz­nymi o kon­tro­lo­wa­nej emi­sji. Nie po to, by wznie­cić ogień, lecz by wytwo­rzyć aero­zol o gęsto­ści i skła­dzie wystar­cza­ją­cych do zadzia­ła­nia optycz­nych czu­jek dymu. Ukryte w ciągu nawiew­nym, miały roz­pro­wa­dzić dym rów­no­mier­nie, bez gwał­tow­nych sko­ków tem­pe­ra­tury, które mogłyby wzbu­dzić podej­rze­nia bie­głego.

Dodat­kowo zmo­dy­fi­ko­wano grzej­nik elek­tryczny w pomiesz­cze­niu socjal­nym. Zmie­niono zabez­pie­cze­nia ter­miczne i doło­żono ele­ment opo­rowy o zwięk­szo­nej mocy, tak by w wyzna­czo­nym dniu urzą­dze­nie prze­kro­czyło dopusz­czalną tem­pe­ra­turę pracy. Nie cho­dziło o pło­mień, wystar­czył zapach prze­grza­nej izo­la­cji i pierw­sze smugi dymu uno­szące się spod obu­dowy. Tyle, by czujki tem­pe­ra­tury i sys­tem sygna­li­za­cji pożaru zare­ago­wały zgod­nie z pro­ce­durą.

Plan nie prze­wi­dy­wał real­nego roz­woju pożaru. Prze­ciw­nie, wszystko miało mie­ścić się w gra­ni­cach incy­dentu, który uru­chomi insta­la­cję try­ska­czową i kaskadę zabez­pie­czeń. Resztę miała wyko­nać woda, dzia­ła­jąca już nie w try­bie symu­la­cji, lecz z bez­względną fizyką ciśnie­nia i gra­wi­ta­cji.

Cały sys­tem prze­ciw­po­ża­rowy został pod­krę­cony z chi­rur­giczną pre­cy­zją i dzia­łać miał teraz nawet na dym z zapałki w miesz­cze­niu, a woda z niego nawet po odcię­ciu zasi­la­nia miała na­dal lać się ze spry­ski­wa­czy, bez opa­mię­ta­nia, jakby budy­nek sam posta­no­wił się uto­pić.

Dodat­ko­wym „bonu­sem” była awa­ria sta­rej rury kana­li­za­cyj­nej. Nad­miar wody, prze­cią­że­nie i lata zanie­dbań miały spra­wić, że pęk­nie w naj­gor­szym moż­li­wym momen­cie, roz­sz­czelni się nie­po­zor­nie, a potem gwał­tow­nie, potę­gu­jąc zala­nie dwóch pię­ter. Wszystko zostało obli­czone: gdzie woda popły­nie, gdzie się zatrzyma, gdzie nasiąk­nie doku­menty i roz­myje tusz. Czyli pię­tro niżej, do archi­wum, i jesz­cze niżej tam, gdzie mie­ściła się kan­ce­la­ria Bar­bosy. W tej ope­ra­cji nie ogień był żywio­łem. Ogień miał tylko otwo­rzyć drzwi. Praw­dziwą pracę wykona woda, cier­pliwa, ciężka i nie­ubła­gana.

Wystar­czyła wil­goć, czas i odpo­wied­nie warunki, a naj­lep­sze pano­wały o dziwo oczy­wi­ście u pro­ku­ra­tora pro­wa­dzą­cego tę sprawę, Jacka Bar­bosy. Cho­dziło o teczki, które obna­żały jed­nego z naj­bar­dziej wpły­wo­wych poli­ty­ków w kraju. Czło­wieka, o któ­rym media pisały z naboż­nym podzi­wem, o któ­rym mówiono, że był boha­te­rem stanu wojen­nego i ikoną opo­zy­cji. I na któ­rego zna­lazł się w końcu nie­pod­wa­żalny dowód zdrady, gro­żący bru­tal­nym zaprze­pasz­cze­niem legendy.

Jan Ryszew­ski był nie­gdyś mini­strem bez teki, a fak­tycz­nie szarą emi­nen­cją resortu spraw wewnętrz­nych. Jego kariera i for­tuna mogłyby w jed­nej chwili runąć, gdyby świa­tło dzienne ujrzały akta o sygna­tu­rze S-4/11 – i gdyby opi­nia publiczna uwie­rzyła w zawar­tość tych akt. Kil­ka­dzie­siąt pożół­kłych kar­tek, z pozoru nie­groź­nych, skry­wało naj­ciem­niej­szy sekret Ryszew­skiego, współ­pracę z Urzę­dem Bez­pie­czeń­stwa w cza­sach PRL oraz ści­śle tajną notkę o prze­ka­za­niu teczki GRU.

Wśród doku­men­tów znaj­do­wała się wła­sno­ręcz­nie napi­sana dekla­ra­cja lojal­no­ści, spi­sana cha­rak­te­ry­stycz­nymi, kan­cia­stymi lite­rami. Dalej dzie­siątki pokwi­to­wań, bez­dy­sku­syjne dowody na to, że Ryszew­ski nie tylko dono­sił, lecz dodat­kowo brał za to pie­nią­dze. W aktach były także szcze­gó­łowe mel­dunki agen­tu­ralne, w któ­rych dono­sił na kole­gów z „Soli­dar­no­ści”, ich dzia­ła­nia, kon­takty, pry­watne roz­mowy. Nie­które z rapor­tów suge­ro­wały, że pisał także donosy na księ­dza Popie­łuszkę, oma­wia­jąc jego kaza­nia, spo­tka­nia oraz kon­takty z zachod­nim ducho­wień­stwem.

Teczki zdrady Ryszew­skiego miały być trzy­mane w sej­fie na pią­tym pię­trze, w archi­wum pro­ku­ra­tury. Miej­scu, które zwy­kli urzęd­nicy omi­jali sze­ro­kim łukiem ze względu na zapach wil­goci, kurz i nie­koń­czące się stosy maku­la­tury. Dla pro­ku­ra­tora Bar­bosy brzmiało to, jak kiep­ski żart. Sejf, pię­tro, sys­temy zabez­pie­czeń… a on i tak miał wszystko pod kon­trolą. Ponie­waż pro­ku­ra­tor Jacek już dawno pobrał te doku­menty i teraz spo­czy­wały pię­tro niżej w jego sej­fie klasy S1 w służ­bo­wej kan­ce­la­rii. Bar­bosa wło­żył naj­waż­niej­sze akta z teczki „S-4/11” do pla­sti­ko­wego budow­la­nego wia­dra wypeł­nio­nego wodą i środ­kiem che­micz­nym, który w ciągu czter­dzie­stu ośmiu godzin zamie­niał każdy atra­ment w bez­barwną zawie­sinę. Zosta­wił je tam na dwa dni. Papier roz­cho­dził się pod pal­cami jak mokry chleb. Litery ginęły, pod­pisy zni­kały, czy­niąc z histo­rii papie­rową papkę. Bar­bosa potrze­bo­wał teraz tylko pre­tek­stu, cze­goś, co odwróci uwagę, nada pozory loso­wo­ści.

Dwa dni póź­niej, w nocy z wtorku na środę, w pomiesz­cze­niu socjal­nym tuż nad archi­wum doszło do spię­cia. Mini­ła­dunki w wen­ty­la­cji zadzia­łały bez­gło­śnie, nie­mal dys­kret­nie. Wystar­czyła chwila, by w kana­łach roz­lał się gęsty dym, nie­groźny, lecz dosta­tecz­nie prze­ko­nu­jący, by czuj­niki uznały go za zwia­stun kata­strofy. Sys­tem alar­mowy obu­dził się natych­miast, jak zwie­rzę wyrwane ze snu.

Resztę zro­bił elek­tryczny grzej­nik. Stał nie­win­nie, przy­cza­jony pod ścianą, lecz jego roz­ża­rzone spi­rale pod­nio­sły tem­pe­ra­turę dokład­nie o tyle, ile trzeba było, by symu­la­cja stała się wia­ry­godna. Ogień nie musiał wybu­chać. Wystar­czyło, by budy­nek uwie­rzył, że pło­nie. I dokład­nie na to liczył Bar­bosa. Wie­dział, że jeśli jego ludzie deli­kat­nie nad­wy­rężą zawór cza­sowy, insta­la­cja nie ode­tnie się zbyt szybko. Archi­wum na pią­tym pię­trze miało sejfy ognio­od­porne, twarde jak pan­cer­niki, pro­jek­to­wane z myślą o pło­mie­niach i wyso­kiej tem­pe­ra­tu­rze, nie­stety zabra­kło im wodosz­czel­no­ści.

Z sufitu lunęła woda. Stare rury wyko­nały resztę. Strugi spły­wały po sza­fach, przez zawiasy, pod uszczel­kami. W środku teczki nasią­kały, pęcz­niały. Meta­lowa kaseta z aktami S-4/11 w końcu napeł­niła się jak wanna, na dnie leżała teczka, z któ­rej naj­waż­niej­sze doku­menty Bar­bosa trzy­mał już u sie­bie. Iro­nią losu było to, że teraz ta pań­stwowa kopia, kom­plet­nie bez­u­ży­teczna i roz­ma­zana, dosłow­nie pły­wała w bru­nat­nej wodzie.

Pro­ku­ra­tor Jacek Bar­bosa obser­wo­wał to wszystko z ciem­nego vana zapar­ko­wa­nego na rogu Mada­liń­skiego. Był spo­cony, jak zawsze. Tłu­sty kark błysz­czał mu w świe­tle ekranu poli­cyj­nego ska­nera. Oddy­chał ciężko, z zado­wo­le­niem, jego czoło lśniło jak pole­ro­wana żarówka. W słu­chawce sły­chać było syk radia PSP. Po całej akcji, kiedy straż już zwi­jała swój sprzęt, ciemny van nie­spiesz­nie odje­chał z par­kingu obok.

„To był fał­szywy alarm. Uszko­dzone czuj­niki prze­ciw­po­ża­rowe. Brak strat w archi­wum wła­ści­wym na pią­tym pię­trze, znaj­du­ją­cym się poni­żej strefy obję­tej fał­szywym alar­mem”.

Tak brzmiał ofi­cjalny komu­ni­kat pro­ku­ra­tury. Bar­bosa uśmiech­nął się krzywo. Oczy­wi­ście. Ofi­cjal­nie brak strat. W prak­tyce – kil­ka­dzie­siąt stron klu­czo­wych akt zamie­nio­nych w mokrą, bez­kształtną breję. Dokład­nie tak, jak to sobie zapla­no­wał.

Dwa tygo­dnie póź­niej w jego skrom­nym gabi­ne­cie poja­wiła się biała koperta. Bez znaczka, bez pie­czą­tek, bez śla­dów pal­ców. Ktoś po pro­stu wsu­nął ją pod drzwi. W środku był nie­wielki pen­drive. Jacek wło­żył nośnik do portu lap­topa. Po chwili na ekra­nie zaczęły poja­wiać się skany akt ozna­czo­nych sygna­turą: S-4/11.

Nie wszystko, jed­nak wystar­cza­jąco dużo, by poczuł zimny dreszcz sunący wzdłuż krę­go­słupa. Na końcu ostat­niego pliku wid­niało kilka krót­kich zdań, zapi­sa­nych pro­stą, bez­na­miętną czcionką. „Nie wszystko w ogniu pło­nie. Nie wszystko w wodzie tonie. To były tylko bar­dzo dobre kopie. Ory­gi­nały są bez­pieczne, ty już mniej. Masz czas, żeby prze­my­śleć swoje postę­po­wa­nie, Jacku. R.S.”.

Pro­ku­ra­tor Bar­bosa prze­łknął ślinę. Po raz pierw­szy od dawna… spo­cił się nie ze zło­ści, lecz ze stra­chu.

Sztylc tym­cza­sem sie­dział w kuchni od dobrego kwa­dransa, nie­ru­chomy jak czło­wiek, który już wszystko prze­czy­tał, mimo to wciąż nie potrafi zamknąć sprawy. Lap­top stał otwarty na bla­cie, ekran jarzył się chłod­nym świa­tłem poranka. Nagłó­wek krzy­czał grubą czcionką o poża­rze w budynku pro­ku­ra­tury, o zwar­ciu insta­la­cji, o „praw­do­po­dob­nym nie­szczę­śli­wym wypadku”. W tek­ście powta­rzały się te same słowa co zawsze. Brak osób poszko­do­wa­nych, trwa usta­la­nie przy­czyn, doku­menty zabez­pie­czone. Radek prych­nął cicho.

– Kurwa, zabez­pie­czone – mruk­nął do sie­bie. Wie­dział, co zna­czy „zabez­pie­czone”.

Do kuchni weszła Anaba, jesz­cze w blu­zie, z wło­sami zwią­za­nymi nie­dbale i z tym spoj­rze­niem, które mówiło, że dopiero się obu­dziła, a świat już zdą­żył ją wku­rzyć.

– Cześć, córka – przy­wi­tał się Radek, nie odry­wa­jąc wzroku od ekranu. Po chwili obró­cił lap­top w jej stronę i prze­su­nął go po bla­cie.

– To zamiast poran­nej kawy – dodał z nikłym uśmie­chem na twa­rzy.

Anaba usia­dła, nachy­liła się nad ekra­nem. Czy­tała szybko. Z każdą linijką jej szczęka zaci­skała się coraz moc­niej.

– A to skur­wy­syny… – wyrwało jej się, zanim zdą­żyła pomy­śleć.

Radek uniósł wzrok.

– Anaba. Bez prze­kleństw. Prze­cież mówi­łem ci, jak to się skoń­czy.

– Bez prze­kleństw? – odparła ostro, wbi­ja­jąc palec w ekran. – Spa­liła się pro­ku­ra­tura, tato. Akta, dowody na zdradę, a oni tu piszą, że wszystko jest pod kon­trolą. To nie jest bajka, to jakiś serial pod tytu­łem „Pań­stwo z dykty na ślinę kle­jone”!

– Wła­śnie dla­tego – odparł spo­koj­nie Radek. – To nie jest bajka.

Anaba oparła się o krze­sło, na chwilę zamknęła oczy, po czym z gwał­tow­nym ruchem wstała i spoj­rzała na ojca z nie­do­wie­rza­niem.

– To co teraz? – zapy­tała. – Gdzie jest spra­wie­dli­wość?

Sztylc uśmiech­nął się krzywo, bez cie­nia humoru.

– W książ­kach dla małych dzieci, skar­bie. Na tej samej półce co smoki, ryce­rze i dobry król oraz zła cza­row­nica zawsze koń­cząca na sto­sie.

Zapa­dła cisza. Taka, która boli bar­dziej niż krzyk.

– To temat zamknięty, tę sprawę w ten spo­sób już zała­twiono. – Sztylc zamilkł na chwilę. – Tutaj trzeba innych roz­wią­zań.

Anaba zmru­żyła oczy i nachy­liła się do przodu w kie­runku ojca.

– Jakich?

Radek zamknął lap­topa jed­nym, krót­kim ruchem. Spoj­rzał na córkę uważ­nie, ważąc każde słowo.

– Wiesz… spra­wie­dli­wość to jedno, zemsta to dru­gie, a ona nie potrze­buje roz­głosu medial­nego. Ponadto, Anabo, dla wino­wajcy cze­ka­nie na wyrok jest cza­sem gor­sze od samego wyroku.

– Mówisz jak ktoś, kto już pod­jął decy­zję – zauwa­żyła cicho.

Radek nie zaprze­czył, tylko się dziw­nie uśmiech­nął.

Tego samego dnia, kilka pię­ter wyżej, w ste­ryl­nym gabi­ne­cie pach­ną­cym jed­no­cze­śnie nowymi meblami i sta­rym, głę­boko skry­wa­nym stra­chem, na biurko mini­stra Ryszew­skiego tra­fiła koperta, która z pozoru nie wyróż­niała się niczym szcze­gól­nym. Była szara, zwy­czajna, pozba­wiona pie­czą­tek, logo i adresu zwrot­nego, a jed­nak sekre­tarka poło­żyła ją z ostroż­no­ścią, jakby pod cien­kim papie­rem kryło się coś, co mogło ugryźć.

Mini­ster otwo­rzył kopertę sam i już jedno pobieżne spoj­rze­nie wystar­czyło, by twarz Ryszew­skiego zbie­lała jak czy­sta kartka.

W środku znaj­do­wała się kopia jego teczki, nie tej współ­cze­snej ani ofi­cjal­nej, lecz tej dru­giej, o któ­rej ist­nie­niu sam pró­bo­wał zapo­mnieć. Pocho­dziła z cza­sów, gdy posłu­gi­wał się nie nazwi­skiem, a pseu­do­ni­mem, mel­dunki zaś pisał nocami, z ręką drżącą bar­dziej ze stra­chu niż z zimna. Doku­menty mówiły jasno: tajny współ­pra­cow­nik, numer ewi­den­cyjny, donosy, spo­tka­nia, pokwi­to­wa­nia.

Na samym wierz­chu leżała kartka z jed­nym zda­niem, napi­sa­nym na kom­pu­te­rze, a treść była pozba­wiona jakich­kol­wiek emo­cji.

„Spo­koj­nie. Nie wszystko pło­nie. Nie wszystko tonie. Jesz­cze przyj­dzie czas, by za to wszystko zapła­cić, towa­rzy­szu Ryszew­ski. Cze­kaj­cie, nikt o was nie zapo­mniał, a rachu­nek już idzie do was”.

Ryszew­ski opadł ciężko na fotel, poczuł nie­mal fizyczny ból kogoś, kto nagle stra­cił krę­go­słup. Skóra na jego twa­rzy ścią­gnęła się, usta zro­biły się cien­kie i sine. W gabi­ne­cie pano­wała cisza, ste­rylna i mar­twa, ale w jego gło­wie dud­niło jak pod­czas alarmu prze­ciw­lot­ni­czego, jed­no­staj­nie i bez lito­ści. Serce biło za szybko, za gło­śno, pró­bo­wało wyrwać się z klatki pier­sio­wej i uciec, zanim będzie za późno. Pożar w pro­ku­ra­tu­rze niczego nie zała­twił. To nie był finał, to była tylko zasłona dymna. Bar­bosa został wyki­wany jak ama­tor, a Ryszew­ski sam wła­śnie zro­zu­miał, że nie jest widzem, tylko celem. Zaczy­nał się goto­wać od środka. Czuł, jak w brzu­chu nara­sta ciężka, lepka wście­kłość zmie­szana ze stra­chem. Ktoś chciał znisz­czyć całe jego życie. Nie tylko karierę. Chciał go odrzeć z nazwi­ska, z uzna­nia, z legendy, którą budo­wał latami, i wypa­lić na nim piętno zdrajcy.

Dla poli­tyka z takim dorob­kiem był to wyrok osta­teczny, choć nie miał w sobie nic z gwał­tow­nej egze­ku­cji czy jed­nego wido­wi­sko­wego upadku. To był koniec roz­pi­sany na etapy, roz­cią­gnięty w cza­sie, zapla­no­wany tak, by bolał dłu­żej i sku­tecz­niej. Ryszew­ski wie­dział, że takie sprawy nie eks­plo­dują od razu, one peł­zną, wże­rają się w życio­rys i mielą go powoli, aż nie zostaje nic poza nazwi­skiem obcią­żo­nym wsty­dem. Wie­dział też, że medial­nie zosta­nie ska­zany natych­miast, jesz­cze zanim kto­kol­wiek zada pierw­sze pyta­nie, wyrok zapad­nie na czo­łów­kach por­tali, w czer­wo­nych paskach sta­cji infor­ma­cyj­nych i wypo­wie­dziach eks­per­tów, któ­rzy zawsze wie­dzą wszystko pierwsi. Potem to już rów­nia pochyła, na któ­rej nie ma hamul­ców ani punk­tów zacze­pie­nia. Komi­sje śled­cze, prze­słu­cha­nia cią­gnące się godzi­nami, kon­tro­lo­wane prze­cieki i pół­słówka pod­su­wane dzien­ni­ka­rzom, suge­stie rzu­cane mimo­cho­dem, a w końcu gęsta cisza. Dawni sojusz­nicy prze­staną odbie­rać tele­fony, a ludzie, któ­rzy jesz­cze wczo­raj kle­pali go po ple­cach, nagle uznają, że ni­gdy go nie znali. To wła­śnie w tej ciszy poli­tycy naprawdę umie­rają.

Pierw­szym odru­chem Ryszew­skiego było się­gnię­cie po tele­fon i skon­tak­to­wa­nie się z Ulie­wem. Jego palce unio­sły się nad biur­kiem, zawi­sły w powie­trzu. Ręka zamarła. W tym bowiem momen­cie dotarło do niego coś jesz­cze. W tej chwili sta­wał się zagro­że­niem rów­nież dla Rosjan. Czło­wiek z teczką na wierz­chu nie jest akty­wem. Jest pro­ble­mem. Śmie­ciem, który trzeba zamieść pod dywan albo usu­nąć na zawsze. A co, jeśli Uliew po usły­sze­niu, co się dzieje, uzna, że naj­bez­piecz­niej­szym roz­wią­za­niem będzie pozby­cie się Ryszew­skiego? Mar­twi nie skła­dają zeznań. Mar­twych nie ściga pol­skie prawo. Mar­twi nie cią­gną spraw latami.

Mini­ster Teo­fil Ryszew­ski, kawa­ler Orderu Orła Bia­łego nada­wa­nego przez pre­zy­denta, były boha­ter walki z komuną, ikona walki o wol­ność, pra­wi­cowy rady­kał, poli­tyk i pol­ski patriota, który nie uzna­wał kom­pro­mi­sów i jesz­cze trzy­dzie­ści lat po upadku sys­temu walił w mło­dych lewa­ków zaku­rzo­nymi tecz­kami ich ojców i dziad­ków komu­ni­stów, poczuł praw­dziwy strach. Taki, który nie krzy­czy, tylko dusi. Zda­wał sobie sprawę, że rycerz w srebr­nej zbroi, wal­czący rze­komo w imię zasad, za sprawą tych mate­ria­łów mógł zmie­nić się w pod­łego zdrajcę na krem­low­skim żoł­dzie.

Zimny pot spły­wał mu po ple­cach, potwier­dza­jąc, że ciało zro­zu­miało szyb­ciej niż umysł, iż to nie łagodny zjazd po stoku w Zako­pa­nem, tylko szybki rajd w dół, pro­sto na dno szamba histo­rii. A z tego gówna nawet pol­skie mydło Biały Jeleń nie było w sta­nie czło­wieka wymyć.

1. Kijów

1.

KIJÓW

Moskwa, 20 lutego 2021 roku

Gene­rał major Nikita Sier­gie­je­wicz Uliew od kilku mie­sięcy pra­co­wał nad pla­nem oba­le­nia obec­nego rządu Ukra­iny i prze­ję­cia wła­dzy w Kijo­wie. Ści­śle tajna ope­ra­cja, okre­ślana przez wyko­naw­ców Spe­cjalną Ope­ra­cją Woj­skową, była efek­tem pracy eli­tar­nej grupy star­szych ofi­ce­rów rosyj­skich, pod­le­głych bez­po­śred­nio pre­zy­den­towi Wła­di­mi­rowi Puti­nowi.

Uliew był wyso­kim siwie­ją­cym blon­dy­nem, dobrze po sześć­dzie­siątce. Pomimo wieku wciąż impo­no­wał posturą, jako męż­czy­zna wysoki, potęż­nie zbu­do­wany, o wyraź­nie zary­so­wa­nej musku­la­tu­rze, utrzy­my­wa­nej dzięki codzien­nym tre­nin­gom. Jego ogo­lona na gładko kwa­dra­towa szczęka oraz chłodne, lodo­wo­nie­bie­skie oczy nada­wały mu wygląd czło­wieka nie­zno­szą­cego sprze­ciwu. W ide­al­nie skro­jo­nym czar­nym gar­ni­tu­rze przy­po­mi­nał raczej boha­tera ame­ry­kań­skich maga­zy­nów niż typo­wego rosyj­skiego gene­rała.

Tego dnia dopra­co­wy­wał ostat­nie szcze­góły zama­chu stanu, któ­rego celem było szyb­kie i bru­talne prze­ję­cie kon­troli nad sto­licą Ukra­iny. Rosja zakoń­czyła wła­śnie prze­rzut więk­szo­ści sił prze­wi­dzia­nych do ope­ra­cji. Kreml zapla­no­wał ofen­sywę na dzie­wię­ciu kie­run­kach. Cztery natar­cia miały być skie­ro­wane bez­po­śred­nio na Kijów, jedno miało wyjść z Bieł­go­rodu na Char­ków, a następ­nie na Kra­snoh­rad. Kolejne zgru­po­wa­nia miały ruszyć z oko­lic Doniecka na Dniepr i Zapo­roże, a z Rostowa nad Donem na Mariu­pol i dalej na Meli­to­pol. Dodat­kowe siły zaś – ruszyć z Krymu na zachód, w kie­runku Cher­so­nia, oraz na wschód – na Meli­to­pol i Mariu­pol.

Głów­nym celem stra­te­gicz­nym była szybka likwi­da­cja ukra­iń­skich struk­tur wła­dzy oraz oba­le­nie pre­zy­denta Woło­dy­myra Zełen­skiego i zdo­by­cie Kijowa. Po osią­gnię­ciu linii Dnie­pru Rosja­nie pla­no­wali cał­ko­wite prze­ję­cie kon­troli nad wschod­nią czę­ścią kraju.

W przy­padku powo­dze­nia pierw­szej fazy ope­ra­cji druga faza prze­wi­dy­wała ude­rze­nia z Kijowa na Żyto­mierz i Koro­steń, z Dnie­pru na Kro­pyw­nycki i Umań oraz z Cher­so­nia na Ode­ssę i Win­nicę. Trze­cia faza miała dopro­wa­dzić do zdo­by­cia całej Ukra­iny. Siły rosyj­skie miały wyko­nać w niej ofen­sywę z linii Żyto­mierz–Win­nica na zachod­nią Ukra­inę, doko­nu­jąc zaję­cia miej­sco­wo­ści Sarny, Kowel, Równe, Lwów, Chmiel­nicki, Tar­no­pol i Użho­rod. Całość ope­ra­cji woj­sko­wej miała trwać zale­d­wie trzy dni i zakoń­czyć się defi­ladą zwy­cię­stwa w Kijo­wie oraz usta­no­wie­niem mario­net­ko­wego rządu, na czele któ­rego miał sta­nąć były pre­zy­dent Ukra­iny Wik­tor Janu­ko­wycz, który został oba­lony pod­czas wyda­rzeń Euro­maj­danu w 2014 roku i zbiegł w nie­sła­wie do Rosji.

Uliew nie odpo­wia­dał za całą agre­sję. W tym dia­bel­skim pla­nie gene­rał miał swoje zada­nie. Jego ludzie mieli prze­jąć klu­czowe obiekty w sto­licy. Do wyko­na­nia zada­nia Uliew dostał wspar­cie eli­tar­nej 45. Samo­dziel­nej Gwar­dyj­skiej Bry­gady Spe­cjal­nego Prze­zna­cze­nia Sił Powietrz­no­de­san­to­wych, na co dzień sta­cjo­nu­ją­cej w Kubince pod Moskwą. Bry­gada ta była przy­go­to­wana do głę­bo­kich raj­dów i ope­ra­cji spe­cjal­nych, a jej żoł­nie­rze wyróż­niali się dosko­na­łym wyszko­le­niem. To wła­śnie przy tej jed­no­stce woj­sko­wej dzia­łała tajna grupa Uliewa, stu­oso­bowy oddział, skła­da­jący się z wyse­lek­cjo­no­wa­nych byłych funk­cjo­na­riu­szy rosyj­skich służb spe­cjal­nych, ści­śle powią­za­nych z GRU. W prze­ci­wień­stwie do sze­roko rekla­mo­wa­nych wagne­row­ców Pri­go­żyna, ludzie Uliewa dzia­łali w cie­niu, byli znacz­nie lepiej wyszko­leni, wypo­sa­żeni i opła­cani. Ich ist­nie­nia świa­do­mych było zale­d­wie kilku wysoko posta­wio­nych ludzi w Moskwie, ofi­cjal­nie wcho­dzili w skład 45. Samo­dziel­nej Bry­gady.

Już w lutym 2022 roku grupa ta została prze­rzu­cona do Bia­ło­rusi, razem z głów­nymi siłami desan­to­wymi. Samo­dzielna Bry­gada liczyła około tysiąca żoł­nie­rzy i prze­trans­por­to­wano ją w dwóch rzu­tach. W pierw­szym rzu­cie pod koniec stycz­nia pół tysiąca żoł­nie­rzy, dru­gie tyle tydzień póź­niej. Towa­rzy­szyły im rów­nież inne eli­tarne for­ma­cje, jak 137. Pułk Powietrz­no­de­san­towy z Ria­za­nia, będący czę­ścią 106. Dywi­zji z Tuły, oraz bata­lion 31. Samo­dziel­nej Bry­gady Desan­towo-Sztur­mo­wej z Ulja­now­ska.

W sumie do ope­ra­cji zaję­cia Kijowa przy­go­to­wano 16 bata­lio­no­wych grup bojo­wych WDW1, każda liczyła około pię­ciu­set żoł­nie­rzy i czter­dzie­stu wozów bojo­wych. 98. i 106. Dywi­zja Gwar­dyj­ska wysta­wiły po cztery grupy, nato­miast 76. Gwar­dyj­ska Dywi­zja Desan­towo-Sztur­mowa z Pskowa – aż sześć. Łącz­nie na kijow­ski kie­ru­nek wyzna­czono nie­mal dzie­sięć tysięcy żoł­nie­rzy i około sied­miu­set wozów bojo­wych.

Ope­ra­cja miała roz­po­cząć się od zma­so­wa­nego ataku z tery­to­rium Bia­ło­rusi oraz z powie­trza – poprzez zaję­cie stra­te­gicz­nego lot­ni­ska trans­por­to­wego w Hosto­melu. Wła­śnie tam pla­no­wano zrzut desantu, który miał zapew­nić Rosja­nom bły­ska­wiczne prze­ję­cie ini­cja­tywy i zasko­cze­nie sił ukra­iń­skich.

Gene­rał Uliew odgry­wał w tej ope­ra­cji spe­cjalną rolę. Został wybrany nie­przy­pad­kowo. Był wete­ra­nem sowiec­kich ope­ra­cji spe­cjal­nych, ofi­ce­rem sta­rej szkoły. Karierę zaczy­nał w cza­sach inter­wen­cji ZSRR w Afga­ni­sta­nie jako młody ofi­cer pod roz­ka­zami gene­rała porucz­nika Wadima Alek­sie­je­wi­cza Kir­pi­czenki, legendy radziec­kiego wywiadu, funk­cjo­na­riu­sza I Zarządu Głów­nego KGB, a potem Służby Wywiadu Zagra­nicz­nego Fede­ra­cji Rosyj­skiej.

To wła­śnie pod­czas ope­ra­cji o kryp­to­ni­mie „Sztorm-333”, kry­ją­cym bły­ska­wiczny atak w Afga­ni­sta­nie na pałac Hafi­zul­laha Amina w Kabulu w grud­niu 1979 roku, młody Uliew po raz pierw­szy zetknął się z bez­po­śred­nią likwi­da­cją głowy pań­stwa i prze­ję­ciem wła­dzy w ciągu kilku godzin. Tam zdo­był doświad­cze­nie, które miało stać się fun­da­men­tem pla­no­wa­nia kijow­skiego blitz­kriegu.

Tym razem histo­ria miała się powtó­rzyć, z tą róż­nicą, że celem był nie afgań­ski pałac, lecz sie­dziba pre­zy­denta Ukra­iny. A wyko­nawcą stary, lecz wciąż groźny rosyj­ski gene­rał, Nikita Uliew.

Uliew i jego ludzie mieli w tych pla­nach ode­grać klu­czową rolę. Gene­rał odpo­wia­dał za fizyczne zli­kwi­do­wa­nie całej woj­sko­wej i poli­tycz­nej elity ukra­iń­skiej. Ruski ofi­cer prócz swo­ich stu pod­wład­nych ści­śle współ­pra­co­wał i nad­zo­ro­wał oddziały cze­czeń­skie, które miały być wspar­ciem w trak­cie pla­no­wa­nych czy­stek i egze­ku­cji.

Gene­rał nie lubił Cze­cze­nów, bo zbyt mocno się pano­szyli i byli mało zdy­scy­pli­no­wani, jed­nak nie miał wyj­ścia, to był roz­kaz z samej góry. Dowódcą Cze­cze­nów był major Mago­med Tusza­jew, kie­ru­jący 141. Puł­kiem Zmo­to­ry­zo­wa­nym Cze­czeń­skiej Gwar­dii Naro­do­wej. To eli­tarna jed­nostka cze­czeń­skiego przy­wódcy Ram­zana Kady­rowa, czło­wieka Putina rzą­dzą­cego w imie­niu Rosji na Kau­ka­zie, a z takimi pro­te­go­wa­nymi Uliew wolał nie zadzie­rać.

Ofi­cer wywiadu otrzy­mał od prze­ło­żo­nych z FSB listy pro­skryp­cyjne, na któ­rych byli umiesz­czeni wszy­scy urzęd­nicy i wyżsi dowódcy ukra­iń­scy. Ci ludzie mieli znik­nąć cał­ko­wi­cie. I to mieli zro­bić pod­władni Uliewa. Zapra­wieni w boju mor­dercy, któ­rzy bez mru­gnię­cia okiem umieli zabić.

Ruski gene­rał nie miał pro­blemu z wyko­na­niem roz­kazu pole­ga­ją­cego na mor­do­wa­niu, wyrzuty sumie­nia poże­gnał już dawno. Taki był roz­kaz i on zamie­rzał go wyko­nać. Garstka jego ludzi już prze­nik­nęła do Kijowa, teraz cze­kali tylko na roz­kaz, by zacząć mor­do­wać wska­zane cele. Sam gene­rał miał zna­leźć się w mie­ście razem z dru­gim rzu­tem wojsk desan­to­wych, które miały wylą­do­wać na lot­ni­sku w Hosto­melu, z pod­le­głym plu­to­nem zahar­to­wa­nych najem­ni­ków, któ­rzy doświad­cze­nie zdo­by­wali w Syrii i Afryce, mor­du­jąc na potęgę prze­ciw­ni­ków Baszara Al-Asada. Uliew znał oso­bi­ście syryj­skiego dyk­ta­tora. Przez ostat­nie kilka lat prze­by­wał bowiem na Bli­skim Wscho­dzie, nie­jako na wygna­niu, po tym jak fia­sko ponio­sły dzia­ła­nia w Pol­sce, gdy jego ludzie mieli prze­jąć tajne doku­menty. Akcja skoń­czyła się cał­ko­witą klapą i kil­koma ruskimi tru­pami, a zastępca Uliewa musiał sal­wo­wać się szybką ucieczką.

Gene­rał nie zapo­mniał, komu zawdzię­czał to wygna­nie, a raczej przez kogo tak się dla niego skoń­czyło. Teraz wró­cił, bo był potrzebny Krem­lowi do czy­stek w Ukra­inie. A na czym jak na czym, ale na mor­do­wa­niu ludzi Uliew i jego pod­władni znali się bar­dzo dobrze.

Jed­nym z jego pod­wład­nych był puł­kow­nik Rie­zan­cew o prze­zwi­sku Sta­kan, który wszedł wła­śnie do pomiesz­cze­nia.

– Wszystko gotowe, gene­rale – zamel­do­wał, prę­żąc się w drzwiach.

– Tylko tego nie spier­dol, Sta­kan, nie ścier­pię, jeśli ta ruda kurwa wam uciek­nie drugi raz – mruk­nął zimno Uliew, nie odry­wa­jąc wzroku od moni­tora lap­topa.

Sta­kan mimo­wol­nie pobladł. Dosko­nale wie­dział, o kim mówił prze­ło­żony. Ruda suka. Ukra­iń­ska puł­kow­nik Ałła Kirył­łowa, znana też jako Oksana Sko­ro­pad­ski, była ofi­cerka GRU, która zdra­dziła i prze­szła na stronę wroga. To przez nią roz­sy­pała się ope­ra­cja w Pol­sce, a jej nazwi­sko od dawna wid­niało na liście osób do likwi­da­cji, i to w pierw­szej dzie­siątce. Uliew i Rie­zan­cew nie­na­wi­dzili jej szcze­rze, lecz nie za zdradę, tylko za to, że oka­zała się od nich lep­sza.

Alek­san­der Jakow Rie­zan­cew był nie­gdy­siej­szym zastępcą szefa Fede­ral­nej Służby Ochrony (FSO), jed­nej z naj­bar­dziej tajem­ni­czych rosyj­skich służb spe­cjal­nych, od lat bro­nią­cej życia i pry­wat­no­ści zwa­nego nie­ofi­cjal­nie carem Rosji Wła­di­mira Putina.

FSO, podob­nie jak więk­szość rosyj­skich służb, wywo­dziła się ze Związku Radziec­kiego. Wów­czas naj­waż­niej­szych człon­ków par­tii komu­ni­stycz­nej i ich rodziny ochra­niało dzie­sięć tysięcy agen­tów tak zwa­nej dzie­wiątki, czyli Dzie­wią­tego Zarządu KGB. Do ich zadań, poza dba­niem o bez­pie­czeń­stwo ludzi, nale­żało rów­nież zabez­pie­cza­nie budyn­ków pań­stwo­wych, insta­la­cji nukle­ar­nych, parku samo­cho­do­wego oraz wizyt zagra­nicz­nych dygni­ta­rzy. Po pie­re­strojce służba ta roz­ro­sła się do nawet dwu­dzie­stu tysięcy funk­cjo­na­riu­szy.

Naj­waż­niej­szym jej celem wbrew pozo­rom nie była ochrona oso­bi­sta rosyj­skich nota­bli. FSO pod tym pre­tek­stem nad­zo­ruje rosyj­skie elity poli­tyczne i spraw­dza ich lojal­ność. Jej oczy bacz­nie przy­glą­dają się pań­stwo­wym kon­cer­nom stra­te­gicz­nym. Dzień i noc strzegą dobra głowy pań­stwa, człon­ków rządu, guber­na­to­rów i naj­wyż­szych patriar­chów Rosyj­skiej Cer­kwi Pra­wo­sław­nej. FSO ma pod opieką także naj­waż­niej­sze obiekty, takie jak sie­dziba Dumy czy Kreml oraz garaże spe­cjal­nego prze­zna­cze­nia, w któ­rych znaj­duje się grubo ponad sto samo­cho­dów dla naj­waż­niej­szych dygni­ta­rzy z Kremla. W kom­pe­ten­cjach i upraw­nie­niach ofi­ce­rów FSO leży też pro­wa­dze­nie wła­snych śledztw, pełna inwi­gi­la­cja, a nawet aresz­to­wa­nie i prze­słu­chi­wa­nie podej­rza­nych bez zgody sądu.

W tej eli­cie mie­ści się też super­elita, która chroni bez­po­śred­nio krem­low­skie kory­ta­rze. To liczący pięć tysięcy osób Pre­zy­dencki Regi­ment, w skład któ­rego wcho­dzą naj­lepsi z naj­lep­szych funk­cjo­na­riu­szy. Wyma­ga­nia, by dostać się do tej jed­nostki, są dra­koń­skie. Każdy kan­dy­dat musi mieć co naj­mniej metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu i zali­czyć test spraw­no­ściowy oraz spe­cjalne psy­cho­te­sty, a ponadto wyka­zać się zna­jo­mo­ścią języka angiel­skiego. Wła­śnie z tej grupy Rie­zan­cew wybrał dzie­się­ciu ludzi, któ­rzy teraz pra­co­wali dla niego i Uliewa. Ci zawo­dowcy koń­czyli jedną naj­bar­dziej reno­mo­wa­nych szkół. Jedyną w swoim rodzaju szkołę FSO. Nauka tam trwa pięć lat, a w tym cza­sie słu­cha­cze nie tylko poznają zasady ochrony VIP-ów czy spraw­dza­nia pomiesz­czeń, dodat­kowo uczą się pro­wa­dze­nia samo­chodu w warun­kach eks­tre­mal­nych, strze­la­nia do celu z pędzą­cego po oblo­dzo­nej dro­dze auta, walki wręcz oraz tech­nik prze­słu­chań. A to tylko nie­wielka cząstka pro­gramu naucza­nia w ich szkole.

Rie­zan­cew, mimo że dość długo pra­co­wał jako zastępca szefa FSO, nie był ogól­nie znany, gdyż dbał o swoją pry­wat­ność. Dla­tego w śro­do­wi­sku nazy­wano go wręcz czło­wie­kiem bez twa­rzy, a w naj­bliż­szym kręgu nosił przy­do­mek Sta­kan. Słowo to ozna­cza po rosyj­sku szklankę. Na Rie­zan­cewa zaś tak mówiono, ponie­waż sta­rał się być jak szklanka, wręcz prze­zro­czy­sty, w trak­cie wszel­kich ofi­cjal­nych dzia­łań zwią­za­nych z ochroną waż­nych rosyj­skich poli­ty­ków. A poza tym, gdy za dużo wypił, to zja­dał szklankę. Był to jego popi­sowy numer na wszel­kich liba­cjach.

Pod skrzy­dła Uliewa Sta­kan tra­fił po wpadce, czy jak sam mówił, incy­den­cie, który pozwala zro­zu­mieć, jak pra­co­wał on i jego ofi­ce­ro­wie. W 2007 roku ówcze­sny zastępca szefa dzie­wiątki i jego ludzie ubez­pie­czali wizytę jakie­goś pre­zy­denta obcego mocar­stwa w Peters­burgu. Kiedy kon­wój z dygni­ta­rzami jechał uli­cami mia­sta, snaj­per FSO obsa­dza­jący dachy na tra­sie prze­jazdu zwró­cił uwagę Rie­zan­cewa na okno w jed­nym z domów. Rie­zan­cew spoj­rzał przez lor­netkę i zoba­czył męż­czy­znę, który potrzą­sał jakimś przed­mio­tem. Dowódca, prze­stra­szony, że może to być deto­na­tor, roz­ka­zał swoim ludziom wejść do domu i zli­kwi­do­wać podej­rza­nego osob­nika. W ciągu trzech minut agenci poja­wili się pod miesz­ka­niem, wyła­mali drzwi, a kiedy weszli do środka i zabili czło­wieka z miej­sca, oka­zało się, że rze­komy napast­nik trzy­mał w ręce pilota i wyma­chi­wał nim, zmie­nia­jąc kanały w tele­wi­zji. Służba Rie­zan­cewa, podob­nie jak jego pod­wład­nych, zakoń­czyła się po tym szyb­kim prze­nie­sie­niem do rezerwy, a tu już cze­kał na niego z otwar­tymi ramio­nami Uliew. Miał bło­go­sła­wień­stwo ludzi z Kremla, by ich prze­jąć, a sam Sta­kan świet­nie się odna­lazł jako prawa ręka gene­rała. Uliew potrze­bo­wał kogoś takiego, bru­tal­nego, lojal­nego i bez hamul­ców.

24 lutego 2021 roku, Kijów

– Kurwa, mówi­łem, żeby… – Potężna eks­plo­zja zagłu­szyła słowa, a pęka­jące szyby prze­rwały w pół zda­nia Rad­kowi, który zasło­nił się przed pokru­szo­nym szkłem.

– Mówi­łeś, a mimo to przy­je­cha­łeś – odparła Anaba.

– Przy­je­cha­łem po cie­bie! Mia­łaś się nie ruszać ze Lwowa! Cho­lera jasna! Pro­si­łem cię, nie jedź do Kijowa. Prze­cież Miron przy­jeż­dżał do cie­bie i też cię o to pro­sił. To nie! Panienka Anaba musiała posta­wić na swoim! No i gdzie on teraz jest i gdzie jest Rusi­nek? Szlag by to tra­fił! Zachciało im się wojaczki! – nakrę­cał się coraz bar­dziej Radek.

– Są w Hosto­melu przy lot­ni­sku, teraz ruskie orki pró­bują je zająć – zako­mu­ni­ko­wała nad­zwy­czaj spo­koj­nie Anaba, nie prze­sta­jąc w tym cza­sie pako­wać torby sani­tar­nej.

– No ja pier­dolę! – wyrwało się Sztyl­cowi, który dzień wcze­śniej roz­ma­wiał z Ałłą wła­śnie o tym kie­runku i praw­do­po­dob­nej agre­sji ruskich jed­no­stek na port lot­ni­czy Hosto­mel, znany rów­nież jako lot­ni­sko Gosto­mel lub lot­ni­sko Anto­nowa. Port poło­żony był na pół­nocny zachód od Kijowa. Sztylc wie­dział, iż to jedno z trzech mię­dzy­na­ro­do­wych lot­nisk znaj­du­ją­cych się na tere­nie obwodu kijow­skiego, obok por­tów lot­ni­czych Kijów-Bory­spol i Kijów-Żulany.

Od połu­dnia lot­ni­sko Hosto­mel ota­cza mię­dzy­na­ro­dowa trasa samo­cho­dowa M07 (E373) łącząca zachod­nią gra­nicę pań­stwa z Kijo­wem. Od pół­nocny droga T1011, która łączy się następ­nie z M07. Na wschód od lot­ni­ska prze­pływa z kolei rzeka Irpień, wzdłuż któ­rej w latach trzy­dzie­stych dwu­dzie­stego wieku wybu­do­wana została linia obrony skła­da­jąca się z umoc­nień sta­łych, polo­wych oraz prze­szkód inży­nie­ryj­nych, mająca chro­nić zachod­nią gra­nicę ZSRR.

Port lot­ni­czy był bar­dzo dobrze sko­mu­ni­ko­wany ze sto­licą, co w razie ataku Rosjan uła­twiało Ukra­iń­com wysła­nie szyb­kiej pomocy woj­sko­wej. Nie­stety dzia­łało to też w drugą stronę. Rosja­nie po opa­no­wa­niu lot­ni­ska przez woj­ska desan­towe mogli rów­nież ruszyć z szyb­kim ata­kiem na Kijów. Ponadto zarówno po zachod­niej, jak i po wschod­niej stro­nie lot­ni­ska znaj­do­wały się tereny zale­sione, dosko­nale nada­jące się do ukry­cia wyrzutni obrony prze­ciw­lot­ni­czej i oddzia­łów zme­cha­ni­zo­wa­nych. Obiekt został wybu­do­wany w 1959 roku i był wyko­rzy­sty­wany do celów mili­tar­nych. Od 1989 roku część kom­pleksu lot­ni­czego Anto­nowa stała się lot­ni­skiem typu cargo. W cza­sach Związku Radziec­kiego w miej­scu tym budo­wano super­cięż­kie samo­loty woj­skowe An-123 „Rusłan”. Ozna­czało to, że pas star­towy lot­ni­ska mógł przy­jąć maszyny o dowol­nej wiel­ko­ści. W prze­ci­wień­stwie do portu lot­ni­czego Kijów.

Radek dosko­nale pamię­tał, że Hosto­mel znaj­duje się po lewej stro­nie Dnie­pru. Po tej samej stro­nie rzeki w Kijo­wie miesz­czą się sie­dziby naj­waż­niej­szych insty­tu­cji pań­stwo­wych, mię­dzy innymi Biuro Pre­zy­denta Ukra­iny, Naj­wyż­sza Rada Ukra­iny czy Mini­ster­stwo Obrony Naro­do­wej. Gdyby Rosja­nom udało się opa­no­wać port, ich woj­ska nie musia­łyby zdo­by­wać mostów ani for­so­wać Dnie­pru, żeby zdo­być Kijów.

– Co ty robisz? – nie­ocze­ki­wa­nie zain­te­re­so­wał się Radek.

– Jak to co? Pakuję torbę sani­tarną, chło­paki będą potrze­bo­wać ratow­nika medycz­nego – odparła bez zawa­ha­nia Anaba.

– Tobie, córka, cał­kiem się na łeb rzu­ciło! Ni­gdzie nie poje­dziesz! Zresztą nie prze­pusz­czą was przez poste­runki – stwier­dził sta­now­czo, choć już spo­koj­niej Sztylc.

– Pojadę, tato, mam dwa­dzie­ścia lat, nie możesz mi zaka­zać. Jestem od… – Kolejny wybuch wstrzą­snął restau­ra­cją, tym razem na szczę­ście słab­szy od przed­niego.

Na salę weszła Kata­rina, ubrana w woj­skowy uni­form z dys­tynk­cjami młod­szego pod­po­rucz­nika oraz dużym ple­ca­kiem wiszą­cym na pra­wym ramie­niu. Dziew­czyna od roku słu­żyła jako ochot­niczka na sta­no­wi­sku ratow­nika medycz­nego w nie­wiel­kim oddziale Gwar­dii Naro­do­wej wcho­dzą­cym w skład 4. Bry­gady, w któ­rej też słu­żył Miron.

– Mam prze­pustkę, prze­pusz­czą nas – oświad­czyła z nie­znacz­nym uśmie­chem.

– Ja pier­dolę – stęk­nął zre­zy­gno­wany Sztylc, ciężko sia­da­jąc na baro­wym krze­śle.

Kata­rina Szew­czuk od dwóch lat był dziew­czyną Rusinka. Poznali się wła­śnie w tej restau­ra­cji, zwa­nej Lwow­ska Bułka. Kawiar­nia znaj­do­wała się w ści­słym cen­trum Kijowa: przy przy­stanku metra na ulicy Mykoły Łysenki, nie­da­leko Zło­tej Bramy.

Lokal wcho­dził w skład małej ukra­iń­skiej sieci ser­wu­ją­cej roga­liki na słodko i wytrwa­nie. Radek kupił w niej udziały, a Pio­trek nad­zo­ro­wał je z pozy­cji Lwowa.

Pew­nego dnia Piotr był wła­śnie na kon­troli w restau­ra­cji, kiedy do lokalu weszło pię­ciu nacjo­na­li­stów ukra­iń­skich i sły­sząc pol­ski język, zaczęli sobie robić nie­wy­bredne żarty. Nie podej­rze­wali, że Rusi­nek, miesz­ka­jący dobre dwa lata we Lwo­wie, wszystko rozu­mie. I na żar­tach pew­nie by się skoń­czyło, gdyby Pio­trek odpu­ścił. Nie­stety nie odpu­ścił. Teraz już nikt nie pamię­tał, czy to była iry­ta­cja spo­wo­do­wana zmę­cze­niem, czy nawa­łem pracy. A może chciał zaim­po­no­wać Kata­ri­nie, która z miej­sca wpa­dła mu w oko. W każ­dym razie zaczął się odci­nać i od słowa do słowa doszło do ręko­czy­nów. W trak­cie krót­kiej bija­tyki Pio­trek zdą­żył pobić dwóch typów i nawet nie­źle mu szło z kolej­nymi, do momentu, gdy Kata­rina wpa­dła mię­dzy nich z gazem pie­przo­wym, waląc po oczach wszyst­kich, włącz­nie z Rusin­kiem. Całą akcję zakoń­czył Miron, który wpa­ro­wał do lokalu, tłu­kąc, gdzie się dało, pozo­stałą trójkę i wyzy­wa­jąc po ukra­iń­sku od głu­pich chu­jów. To nie zmie­niło faktu, że Rusi­nek zaim­po­no­wał kobie­cie. I tak już z nim została. Z Pola­kiem o – jak sama mawiała – „krwi goręt­szej od lawy”.

– Czym wy tam chce­cie jechać? Auto­bu­sem pod­miej­skim? – wtrą­cił Sztylc z rezy­gna­cją w gło­sie, w mię­dzy­cza­sie zakła­da­jąc swoją skó­rzaną kurtkę.

– No mam starą Ładę – odrze­kła Kata­rina.

– Poje­dziemy moim! – zako­men­de­ro­wał zatem Radek tonem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu. – W samo pie­kło. Kurwa mać! – To osta­nie prze­kleń­stwo mruk­nął już tylko i ruszył ku drzwiom. – Ja pier­dolę, chyba jestem nie­nor­malny…

– To dobrze! Ojciec ma bzika na punk­cie bez­pie­czeń­stwa, dla­tego jego samo­chód jest dopan­ce­rzony – wyja­śniła Kata­ri­nie Anaba, kiedy Sztylc już wyszedł z lokalu.

Radek po chwili sie­dział w swoim SUV-ie, któ­rym przed­wczo­raj przy­je­chał do Kijowa. Powody przy­jazdu tu miał trzy. Raz, chciał zoba­czyć restau­ra­cję, w którą Pio­trek zain­we­sto­wał dobre dwa lata temu pie­nią­dze Radka i o dziwo pro­wa­dził ją bez zarzutu. Dwa, jego córka Anaba, będąc na dru­gim roku stu­diów, wzięła dzie­kankę i dwa mie­siące temu poje­chała do Kijowa. Rad­kowi oznaj­miła to tylko krót­kim SMS-em, gdy on prze­by­wał aku­rat biz­ne­sowo we Fran­cji.

Sztylc wie­dział, że Anaba jest zako­chana w Miro­nie Dra­ho­ma­no­wie. Powo­dem trze­cim było spo­tka­nie z Oksaną Sko­ro­pad­ski vel Ałłą Kirył­łową, z którą wczo­raj spę­dził wspól­nie wie­czór i noc.

Radek znał Mirona od 2011 roku. Dzie­więt­na­sto­letni wów­czas chło­pak przy­je­chał do Pol­ski, wypchnięty na emi­gra­cję przez ciężką sytu­ację rodziny w Doniecku, z któ­rego pocho­dził. Wyróż­niał się strze­li­stą syl­wetką, jasnymi wło­sami i twardo zary­so­wa­nymi mię­śniami, a jego uroda szybko przy­cią­gnęła uwagę młod­szych dziew­cząt z oko­lic Boń­czy. Był wtedy chło­pakiem szu­ka­ją­cym jed­no­cze­śnie pracy i dachu nad głową, który pod­jął stu­dia w Zamo­ściu, wie­dząc, że bez dodat­ko­wego zarobku nie utrzyma się na powierzchni. Pra­cu­jąc u Radka w Boń­czy, poznał młodą wów­czas Anabę i po mniej wię­cej trzech latach mię­dzy nimi poja­wiło się coś wię­cej niż zwy­kła bli­skość. Teraz Miron od roku słu­żył w ukra­iń­skiej armii.

Będąc już w samo­cho­dzie, Radek wbił koor­dy­naty do nawi­ga­cji. Około trzy­dzie­stu kilo­me­trów dzie­liło restau­ra­cję od nie­wiel­kiej dziel­nicy miesz­ka­nio­wej Kijowa, w któ­rej znaj­do­wało się lot­ni­sko.

– Szyb­ciej – pona­glał dziew­czyny Radek przez otwarte okno swo­jego mer­ce­desa.

– Tato, ale co ty się tak dener­wu­jesz? – pod­pusz­czała go Anaba.

– Ja? – odparł Sztylc, rusza­jąc z piskiem opon. – Ja się, kurwa, wcale nie dener­wuję! – wydu­sił przez zaci­śnięte zęby, wjeż­dża­jąc na ulicę Sicho­wych Strył­ców.

– Spo­koj­nie…

– Prze­cież ja, kurwa, jestem spo­kojny! Jestem wręcz jebaną oazą spo­koju! Pier­do­lo­nym kwia­tem lotosu, Jezu­sową miło­ścią i dobro­cią. Powie­dział­bym, że mam w sobie spo­kój całego pier­do­lo­nego klasz­toru medy­tu­ją­cych tybe­tań­skich mni­chów.

– Aha, jasne, fak­tycz­nie się nie dener­wu­jesz! Tato! To nie pomaga! I mia­łeś tyle nie prze­kli­nać, obie­ca­łeś.

– Nie no, córka, a czym ja mam się dener­wo­wać. No niby czym? Jadę se, kurwa, bez broni mięk­kim autem na linię frontu wśród napier­da­la­ją­cych o zie­mię ruskich rakiet! Istna idylla! Kurwa, wycieczka kra­jo­znaw­cza po przed­mie­ściach Kijowa. Naj­pierw sko­czymy sobie na lot­ni­sko. A co potem? Zoo czy wypad na lody?

– À pro­pos broni – prze­rwała mono­log Radka Kata­rina, grze­biąc w swoim wiel­kim ple­caku, by po chwili wyjąć dwa pisto­lety i podać jeden przez ramię Rad­kowi. Był to Glock-17.

– Skąd ty to masz! – pra­wie krzyk­nął Sztylc. I mimo począt­ko­wego zasko­cze­nia skwa­pli­wie uło­żył sobie pisto­let mię­dzy kola­nami. – Zała­do­wany? – spy­tał już spo­koj­niej, jakby pisto­let był smocz­kiem, któ­rego potrze­bo­wał aku­rat wrzesz­czący dzie­ciak w wózku.

Tere­nówka mknęła przez mia­sto ponad sto kilo­me­trów na godzinę, łamiąc wszel­kie prze­pisy dro­gowe. W mie­ście cały czas było sły­chać ryk syren. Mer­ce­des co raz mijał karetki, wozy stra­żac­kie i poli­cyjne, wszyst­kie pędziły na sygnale w różne strony mia­sta.

Jechali ulicą Jurija Ilienki. Po pra­wej minęli Insty­tut Medyczny, a po pię­ciu minu­tach mknęli już Wielką Obwod­nicą Kijow­ską.

Sztyl­cowi prze­mknęło przez myśl to, co wczo­raj powie­działa mu Ałła w hotelu…

– „Bój się i ocze­kuj naj­gor­szego” – zacy­to­wała, wsta­jąc nago z łóżka. – Taki komu­ni­kat uka­zał się czter­na­stego stycz­nia na stro­nie naszego MSZ. Auto­rami wpisu byli ruscy hake­rzy z grupy „Turla”, któ­rzy wła­mali się na naszą stronę.

– Spo­dzie­wa­cie się agre­sji? – spy­tał Radek.

– Tak i to na dniach, wszy­scy są w goto­wo­ści. Ruscy chcą prze­jąć wła­dzę w Kijo­wie i dopro­wa­dzić do zama­chu stanu.

Kobieta, dobrze po czter­dzie­stce, w rze­czy­wi­sto­ści wyglą­dała na dzie­sięć lat mniej. Jej piersi i pośladki były wciąż jędrne, a na twa­rzy nie było widać ani jed­nej zmarszczki. Ałła była na­dal olśnie­wa­jąco piękna.

– Czyli ten ame­ry­kań­ski think tank, który prze­wi­dział atak i opi­sał w arty­kule praw­do­po­dobne ude­rze­nie na Ukra­inę, miał infor­ma­cje z pierw­szej ręki. Niech zgadnę. Infor­ma­cje mają od was – stwier­dził Radek.

– Tak – zgo­dziła się jego kochanka. – To prawda. A my mamy infor­ma­cje od naszej agen­tury bez­po­śred­nio z Rosji. Będą ata­ko­wać lot­ni­ska, bar­dzo moż­liwe, że wszyst­kie w oko­licy Kijowa, no i oczy­wi­ście sam Kijów.

– Nie dzi­wię się, skoro chcą urzą­dzić bły­ska­wiczny zamach stanu w waszej sto­licy, to pew­nie wyko­rzy­stają swoje WDW.

– Nie­głupi jesteś, Radku – uśmiech­nęła się iro­nicz­nie Ałła. – Nasze infor­ma­cje fak­tycz­nie potwier­dzają takie plany. Rosja­nie naj­pierw zaata­kują Bory­spol i Hosto­mel, bo są po pra­wej stro­nie Dnie­pru. Jak pew­nie wiesz, po tej samej stro­nie rzeki w Kijo­wie znaj­dują się sie­dziby naj­waż­niej­szych insty­tu­cji pań­stwo­wych. Gdyby ruskim udało się opa­no­wać port w Hosto­melu, ich woj­ska nie musia­łyby zdo­by­wać mostów ani for­so­wać Dnie­pru, żeby zdo­być Kijów.

– Wiem. A czy wy już wie­cie, które jed­nostki rosyj­skie są przy­go­to­wy­wane do ataku?

– Tak, to też nam się udało usta­lić. To rosyj­ska Jede­na­sta Samo­dzielna Gwar­dyj­ska Bry­gada Desan­towo-Sztur­mowa oraz Trzy­dzie­sta Pierw­sza Samo­dzielna Gwar­dyj­ska Bry­gada Desan­towo-Sztur­mowa.

Radek, słu­żący nie­gdyś w roz­po­zna­niu, a potem w WSI, dosko­nale znał tak­tykę rosyj­skich wojsk, jak rów­nież ich struk­turę. Był to nie­odzowny ele­ment szko­le­nia dla żoł­nie­rza roz­po­zna­nia, a potem ofi­cera kontr­wy­wiadu WSI. Rosja­nie przy­naj­mniej w tam­tych cza­sach mieli naprawdę dobre woj­ska powietrz­no­de­san­towe – to było oczko w ich gło­wie. Odgry­wały klu­czową rolę w rosyj­skiej i wcze­śniej radziec­kiej myśli woj­sko­wej od lat osiem­dzie­sią­tych XX wieku.

Wów­czas dowódz­two woj­skowe ZSRR zaczęło kon­cen­tro­wać się na przy­go­to­wa­niu do wojny kon­wen­cjo­nal­nej z NATO, trak­tu­jąc ude­rze­nia nukle­arne jako ewen­tu­alne uzu­peł­nie­nie raj­dów pan­cerno-zme­cha­ni­zo­wa­nych. Skut­kiem tego był duży nacisk na roz­wój wypo­sa­że­nia, roz­bu­dowę struk­tur i szko­le­nie tego rodzaju wojsk. W cza­sie inter­wen­cji w Afga­ni­sta­nie for­ma­cje desan­towo-sztur­mowe brały udział w ofen­sy­wie w doli­nie Pandż­sziru w 1982 i 1984 roku oraz two­rzyły pozy­cje blo­ku­jące na stra­te­gicz­nej prze­łę­czy Andżu­man. W cza­sie dru­giej wojny w Cze­cze­nii w 2000 roku 6. kom­pa­nia 104. gwar­dyj­skiego desan­towo-sztur­mowego pułku 76. gwar­dyj­skiej dywi­zji wzięła udział w bitwie o wzgó­rze 776, w któ­rej zgi­nęło osiem­dzie­się­ciu czte­rech z dzie­więć­dzie­się­ciu rosyj­skich żoł­nie­rzy. Do dzi­siaj wyda­rze­nie to okre­ślane jest mia­nem kau­ka­skich Ter­mo­pil i uro­czy­ście upa­mięt­niane z udzia­łem naj­wyż­szych władz pań­stwo­wych. Czy dalej Rosja­nie byli tak dobrze wyszko­leni? Tego Sztylc już nie wie­dział…

– Od kilku dni wzmac­niamy obronę Kijowa – kon­ty­nu­owała Ałła, odgar­nia­jąc sobie nie­po­korny kosmyk wło­sów z czoła. – W oko­li­cach sto­licy zgro­ma­dzi­li­śmy pra­wie pięć bry­gad. Główną siłę sta­nowi Sie­dem­dzie­siąta Druga Bry­gada Zme­cha­ni­zo­wana, któ­rej bata­liony roz­lo­ko­wane zostały w samej sto­licy i jej oko­li­cach po obu stro­nach Dnie­pru.

– To na blo­kadę – wtrą­cił Radek.

– Tak – zgo­dziła się Ałła. – Będą blo­ko­wać ruskich na kie­runku pół­nocno-zachod­nim. W rejo­nie dziel­nicy Obo­łoń oraz na kie­runku pół­nocno-wschod­nim w rejo­nie miej­sco­wo­ści Bro­wary.

– Jaki skład ma ta jed­nostka? – spy­tał Sztylc.

– A co ty, do służby wró­ci­łeś, że tak wypy­tu­jesz? – zacze­piła go Oksana.

Puł­kow­nik Rado­sław Sztylc zaśmiał się spa­zma­tycz­nie i szcze­rze.

– Nawet przy dużych chę­ciach z mojej strony, to i tak nie ma dla kogo. Poli­tyczne kurwy roz­pie­przyły pol­skie służby w drobny pył. Ponadto takich jak ja, „ban­dy­tów”, nie biorą – skwi­to­wał i zare­cho­tał ponow­nie. – To bar­dziej zbo­cze­nie zawo­dowe i z cie­ka­wo­ści pytam. Jeśli nie chcesz, to nie mów.

Ałła znała histo­rię Sztylca, więc tylko się uśmiech­nęła.

– Bry­gada skła­dała się z trzech bata­lio­nów zme­cha­ni­zo­wa­nych, bata­lionu pie­choty zmo­to­ry­zo­wa­nej, bata­lionu czoł­gów, a dodat­kowo z bry­ga­do­wej grupy arty­le­rii i pomniej­szych kom­pa­nii tyło­wych – wyre­cy­to­wała.

– Widzę, że taka wzmoc­niona ta bry­gada – zauwa­żył Sztylc, pole­wa­jąc wódkę do szkla­nek.

– A i ow­szem – uśmiech­nęła się Oksana, bio­rąc w dłoń napeł­nione szkło. – Łącz­nie posia­dała czter­dzie­ści czoł­gów, sie­dem­dzie­siąt wyrzutni rakie­to­wych i hau­bic oraz około stu trans­por­te­rów.

– To chyba zbyt mało, by bro­nić Kijowa?

– Spo­koj­nie. W oko­li­cach naszej sto­licy są ponadto: Trzy­dzie­sta Bry­gada Zme­cha­ni­zo­wana, Sto Dwu­na­sta Bry­gada Obrony Tery­to­rial­nej, Sto Czter­na­sta Bry­gada Obrony Tery­to­rial­nej oraz Czwarta Lekka Bry­gada Szyb­kiego Reago­wa­nia Gwar­dii Naro­do­wej i siły spe­cjalne.

– Tam służy Miron, a Rusi­nek szkoli waszych żoł­nie­rzy – wtrą­cił się Radek.

– Tak, Radku, oni obec­nie sta­cjo­nują w oko­li­cach lot­ni­ska Hosto­mel.

Sztylc roz­ma­wiał swego czasu z Rusin­kiem, który mówił o tej inno­wa­cyj­nej jed­no­stce, sfor­mo­wa­nej w 2015 roku. 4. Lekka Bry­gada była rewo­lu­cyj­nym pro­jek­tem Sił Zbroj­nych Ukra­iny. Miała formę wzmoc­nio­nej bry­gady lek­kiej pie­choty, zdol­nej do szyb­kiej reak­cji, wypo­sa­żo­nej dodat­kowo w czołgi, arty­le­rię, drony oraz dość spore kom­po­nenty: roz­po­znaw­czy, łącz­no­ści i logi­styki. Bry­gadę pod­po­rząd­ko­wano bez­po­śred­nio dowódz­twu Gwar­dii Naro­do­wej. Od samego początku jed­nostka powsta­wała według wzor­ców natow­skich. W szta­bie każ­dego bata­lionu zasia­dała zwięk­szona liczba ofi­ce­rów. Szko­le­niem zaj­mo­wali się żoł­nie­rze Gwar­dii Naro­do­wej USA i Sił Obrony Izra­ela.

No i oczy­wi­ście Piotr Rusi­nek. Jakby nie miał co, kurwa, robić w życiu, tylko do wojaczki się brać – pomy­ślał lekko tym fak­tem wkur­wiony Radek.

– Dobór do tej jed­nostki był naprawdę szcze­gólny. – Oksana wyrwała Sztylca z zamy­śle­nia. – Ludzi pozy­ski­wano według kry­te­riów takich jak doświad­cze­nie w ope­ra­cji anty­ter­ro­ry­stycz­nej ATO2. – Prze­rwała na chwilę, się­gnęła do paczki papie­ro­sów, by wycią­gnąć jed­nego i odpa­lić. Po chwili kłąb dymu wyle­ciał z jej ust. – Udział w szko­le­niach orga­ni­zo­wa­nych przez NATO, zna­jo­mość języka angiel­skiego oraz akcep­ta­cja warun­ków służby podob­nych do sze­re­go­wych i sier­żan­tów.

– Nie pal – zabro­nił jej odru­chowo Radek tonem, który wyra­żał tro­skę.

– Odwal się. – Ałła vel Oksana zaśmiała się mimo wszystko cie­pło i ponow­nie zacią­gnęła, mimo że w hotelu pano­wał cał­ko­wity zakaz pale­nia. Ale jej zawsze było wolno wię­cej niż innym. – Znam ten hotel lepiej niż wła­sne miesz­ka­nie – dodała, na­dal z uśmie­chem.

Radek odwza­jem­nił ten uśmiech, nie odry­wa­jąc wzroku od swo­jej roze­bra­nej roz­mów­czyni.

– Tu, na Placu Świę­tego Michała, znaj­do­wały się zarówno ukra­iń­skie MSZ, jak i Hotel Inter­con­ti­nen­tal, w któ­rego wnę­trzach zwy­kli­śmy przyj­mo­wać wysoko posta­wio­nych gości. W mar­mu­ro­wym holu tego przy­bytku spę­dzi­łam wiele godzin na bez­ru­chu i obser­wa­cji. Cze­ka­nie nie jest wyłącz­nym zaję­ciem kie­row­ców, sta­nowi rów­nież część dyplo­ma­tycz­nego rze­mio­sła, wpi­saną w codzien­ność ludzi przy­zwy­cza­jo­nych do ciszy, spoj­rzeń i upływu czasu.

– Cze­ka­nie na co?

– Cze­ka­nie, aż kon­fe­ren­cje się skoń­czą, aż pre­zy­dent opu­ści swój pokój hote­lowy lub jego samo­lot w końcu wystar­tuje.

– Trzeba coś zjeść, ślicz­notko. Z tym nie cze­kajmy. Zamó­wi­łem kola­cję. – Radek zmie­nił temat, powoli wkła­da­jąc ubra­nie.

Sztylc też zatrzy­mał się w Inter­con­ti­nen­talu, w samym cen­trum zasy­pa­nego śnie­giem Kijowa. Mia­sta, które nawet zimą pul­so­wało napię­ciem i ema­no­wało dosto­jeń­stwem. W tej porze roku biel przy­kry­wała emo­cjo­nalne natę­że­nie przed ocze­ki­waną wojną. Ta zima była surowa, ostra jak brzy­twa i zda­wała się współ­grać z losem ludzi, któ­rych los zwią­zał z tą zie­mią.

Gmach hotelu, zbu­do­wany w stylu neo­re­ne­san­so­wym, stał się tym­cza­sową twier­dzą Sztylca przed życiem w cią­głym stre­sie. Luk­su­sową enklawą ciszy i kon­troli. Radek, były ofi­cer pol­skich służb spe­cjal­nych, który odszedł, zanim wypa­liły go cynizm i zdrady, teraz był czło­wie­kiem majęt­nym, wpły­wo­wym, ope­ru­ją­cym pie­niędzmi i infor­ma­cją z tą samą pre­cy­zją, z jaką nie­gdyś obsłu­gi­wał broń krótką. Mógł wybrać dowolne miej­sce na świe­cie. Los jed­nak wybrał za niego Kijów, bo tutaj dotarła jego córka Anaba. I tu była Oksana, która dla Radka pozo­stała chyba na zawsze Ałłą. Dwie kobiety, które w sumie kie­ro­wały jego życiem.

Wie­dząc, jak sub­tel­nie Ałła trak­tuje luk­sus, nie jako cel, lecz prze­strzeń, w któ­rej nie musi wal­czyć o sza­cu­nek, Sztylc wyna­jął dla nich prze­stronny apar­ta­ment, który bar­dziej przy­po­mi­nał rezy­den­cję niż pokój hote­lowy. Cie­płe świa­tło wpa­dało do niego przez pano­ra­miczne okna z wido­kiem na ośnie­żone dachy, złote kopuły mona­ste­rów i linię Dnie­pru zamar­z­nię­tego gdzieś w oddali. Mar­mu­rowa łazienka pach­niała cypry­sem i świe­żym drew­nem, a miękki dywan tłu­mił każdy krok. Ściany zaś każde słowo. Tak jak nale­żało w miej­scu, w któ­rym pro­wa­dzono roz­mowy o tre­ści nie zawsze prze­zna­czo­nej dla uszu osób trze­cich.

Ałła zja­wiła się tego wie­czoru w hotelu ubrana w gra­fi­towy płaszcz, który opi­nał jej zgrabną syl­wetkę. Była drobna, lecz nie kru­cha. Cecho­wała ją uroda powścią­gliwa i hip­no­ty­zu­jąca zara­zem, jak ikona, którą trzeba rozu­mieć, a nie tylko oglą­dać. Ofi­cerka HUR, jedna z naj­wy­żej posta­wio­nych kobiet w struk­tu­rach ukra­iń­skiego wywiadu woj­sko­wego, miała spoj­rze­nie chłodne i prze­ni­kliwe, a jej ruchy zdra­dzały wewnętrzne napię­cie. Takie, które znali tylko ci, któ­rych życie wyma­gało bez­względ­nej samo­kon­troli.

Czy Ałła kochała Radka? Tak. Choć ni­gdy nie usły­szał tego od niej wprost. Czuł to w jej obec­no­ści, w tym, jak odsu­wała się o krok, by nie być zbyt bli­sko, i w tym, jak zawsze, nawet na niego wście­kła, znaj­do­wała dla niego czas.

Kola­cję zje­dli w prze­szklo­nym salo­nie na dachu hotelu. Zima roz­cią­gała się za oknami. Śnieg wiro­wał w smu­gach reflek­to­rów, a świa­tła mia­sta odbi­jały się w szy­bach niczym roz­ża­rzone znaki nadziei. Stół nakryto dys­kret­nie: biały obrus, srebrna zastawa, deli­katne szkło. W tle cicho roz­brzmie­wała muzyka for­te­pia­nowa, a zapach świeżo wypie­ka­nego chleba mie­szał się z aro­ma­tem wyra­fi­no­wa­nej kuchni fran­cu­skiej. Comme Il Faut nie zawio­dło. Na taler­zach poja­wiły się prze­grzebki z musem z selera, pie­czony gołąb z sosem z czer­wo­nego wina, zaś na deser par­fait z lawendą i mio­dem z Kar­pat.

Radek nie odzy­wał się przez dłuż­szy czas. Patrzył na Ałłę, która jadła spo­koj­nie, z taką samą god­no­ścią, z jaką mil­czała przy sto­łach nego­cja­cyj­nych. Pomię­dzy nimi nie pano­wała pustka. Docho­dziło raczej do zde­rze­nia dwóch rów­no­rzęd­nych sił, które się sza­nują. Żadna ze stron nie chciała jed­nak zro­bić kolej­nego kroku, z powo­dów zależ­nych nie tylko od nich. Mimo że Radek nie był już zwią­zany ze służ­bami, w rela­cji z Ałłą jego prze­szłość wciąż cią­żyła jak cień, któ­rego nie spo­sób strzą­snąć. Jesz­cze sil­niej odci­skała się przy­szłość, ponie­waż Ałła na­dal słu­żyła w ukra­iń­skim wywia­dzie, zaj­mu­jąc sta­no­wi­sko by­naj­mniej nie dru­go­pla­nowe. Ta nie­rów­no­waga spra­wiała, że ich pry­watna więź była, deli­kat­nie mówiąc, skom­pli­ko­wana. Żadne nie chciało jej zakoń­czyć, żadne też nie miało odwagi pchnąć jej naprzód wbrew roz­sąd­kowi. I w tym ukła­dzie jedli kola­cję w jed­nym z naj­lep­szych hoteli Kijowa, dzie­ląc stół, ciszę i myśli, któ­rych nie nale­żało wypo­wia­dać.

Mimo takich pro­ble­mów ten wie­czór spę­dzali razem w zimo­wym Kijo­wie. Nad ich gło­wami zawi­sła cisza. Oboje nie nazy­wali uczuć na głos, wie­dzieli bowiem dosko­nale, że tylko to, co nie­na­zwane, może prze­trwać w świe­cie, gdzie wszystko inne bywa zdra­dliwe.

Sztylc nie pla­no­wał tego spo­tka­nia. Tak naprawdę od pew­nej feral­nej nocy na Mazu­rach nie roz­ma­wiali ani razu. Kilka lat mil­cze­nia, cięż­kiego, peł­nego dumy i bólu, któ­rego żadne z nich nie potra­fiło prze­ła­mać. Aż do momentu, gdy jego córka Anaba wyje­chała do Lwowa. Wtedy Radek, dzia­ła­jąc bar­dziej instynk­tow­nie niż roz­waż­nie, wysłał krótką wia­do­mość do puł­kow­nik Ałły Kirył­ło­wej, zna­nej rów­nież pod obec­nym nazwi­skiem Oksana Sko­ro­pad­ski.

Pro­sił, by miała oko na Anabę, nie liczył na odpo­wiedź. Nie po tym wszyst­kim, co mię­dzy nimi zaszło. Tym­cza­sem wia­do­mość przy­szła szyb­ciej, niż się spo­dzie­wał. Zwię­zła, pro­sta, ude­rza­jąca w samo serce.

„Bra­kuje mi Cie­bie, Lachu”.

Od tam­tej chwili znów zaczęli roz­ma­wiać. Naj­pierw ostroż­nie, nie­mal zawo­dowo. Krót­kie wia­do­mo­ści, spo­ra­dyczne roz­mowy przez szy­fro­wane łącza. Z upły­wem czasu coś się zmie­niło, mil­cze­nie prze­stało cią­żyć, a każde kolejne słowo zaczęło odbu­do­wy­wać most, który kie­dyś sami spa­lili.

Pod­czas kola­cji wię­cej na sie­bie patrzyli i się uśmie­chali, niż jedli i mówili, a te dłu­gie chwile mil­cze­nia były gęste, nasy­cone wszyst­kim, czego nie potra­fili lub nie chcieli już wypo­wie­dzieć. Wra­ca­jąc nato­miast do hote­lo­wego apar­ta­mentu, szli obok sie­bie rów­nież w ciszy, jak dwie rów­no­le­głe linie, które wresz­cie miały się prze­ciąć.

Zale­d­wie zamknęły się za nimi drzwi, bez słów, bez zbęd­nych rytu­ałów roze­brali się i rzu­cili na łóżko, trak­tu­jąc seks przed kola­cją jako lekki ape­ri­tif, podany przed posił­kiem w celu pobu­dze­nia ape­tytu. Celem zaś było tylko przy­go­to­wa­nie pod­nie­bie­nia na nad­cho­dzącą ucztę. Oboje pró­bo­wali nad­ro­bić trzy lata roz­łąki tą jedną chwilą. Sztylc cało­wał Ałłę gwał­tow­nie, nie­mal zachłan­nie, jak czło­wiek, który przez długi czas odma­wiał sobie cze­goś, czego pra­gnął naj­bar­dziej. Pie­ścił, nie­mal sma­ko­wał jej ciało z uwagą i pasją, niczym rzadki przy­smak, sta­ran­nie przy­go­to­wane danie, któ­rego smak chciał zapa­mię­tać na zawsze. Ona nie tylko nie pro­te­sto­wała, lecz poszła za swoim instynk­tem bez cie­nia waha­nia. Odpo­wia­da­jąc z tą samą siłą, z tym samym gło­dem. Nie­mal wal­cząc o ini­cja­tywę.

Nie było mię­dzy nimi żad­nych nie, żad­nych gra­nic. To nie był seks, to była fizyczna kul­mi­na­cja wszyst­kiego, co przez lata w sobie tłu­mili. Tęsk­noty, żalu, gniewu i miło­ści. Przez godzinę ich ciała mówiły wię­cej niż jakie­kol­wiek słowa. W końcu, wyczer­pani, bez tchu, zapa­dli się razem w ciszę, tym razem już inną, cie­płą, czułą i wypeł­nioną obec­no­ścią.

– Zabierz córkę do Pol­ski – zapro­po­no­wała Ałła, sia­da­jąc na brzegu łóżka. Jej głos był spo­kojny, tylko oczy, ciemne, zamglone i zmę­czone, zdra­dzały powrót do spraw codzien­nych.

Przez chwilę Radek nie zare­ago­wał, leżał z zamknię­tymi oczami, roz­cią­gnięty na nie­upo­rząd­ko­wa­nej pościeli. Spo­cone ciało błysz­czało w pół­mroku pokoju, gdzie tylko przy­ćmione lampki przy łóżku rzu­cały cie­płe, bursz­ty­nowe świa­tło na ściany. Z sufitu zwi­sała lekka żyran­do­lowa kon­struk­cja, teraz wyłą­czona i mar­twa, a za zasło­nię­tymi kota­rami sły­chać było odle­głe dud­nie­nie mia­sta. W końcu Radża otwo­rzył powoli oczy, jakby wybu­dzony ze snu, któ­rego nie chciał zakoń­czyć. Zmarsz­czył brwi, pod­cią­gnął się na łok­ciu.

– Nie uwie­rzysz… – par­sk­nął ner­wowo – …jak Anaba jest zako­chana w Miro­nie. Po uszy! – Skrzy­wił usta w gorz­kim pół­u­śmie­chu.

– A ty? – zapy­tała Ałła miękko, mru­żąc powieki. Głos miała z pozoru obo­jętny, ale palce zaci­snęła na kra­wę­dzi prze­ście­ra­dła, aż zbie­lały jej kostki. Radek udał, że tego nie widzi.

– Ja? Ja Mirona nie kocham – odparł i zaśmiał się krótko, z wyraźną inten­cją ucieczki od tematu roz­mowy. Wstał z łóżka, nie przej­mu­jąc się swoją nago­ścią. Sztylc był grubo po pięć­dzie­siątce, ale jego syl­wetka wciąż wyglą­dała jak wycio­sana w zapa­śni­czym tre­ningu. Mię­śnie miał twarde, gęste i funk­cjo­nalne. Takie, które nie służą do pozo­wa­nia w lustrze, tylko dźwi­ga­nia, dusze­nia i wycho­dze­nia cało z bójek, z któ­rych inni wyno­szą jedy­nie zęby w kie­szeni. Ruszał się z oszczędną pew­no­ścią czło­wieka, który swoje już prze­żył, a mimo to potra­fiłby zawsty­dzić kon­dy­cją nie­jed­nego dwu­dzie­sto­latka. To nie było ciało z siłowni i kolo­ro­wych maga­zy­nów, tylko narzę­dzie stwo­rzone do walki i prze­trwa­nia.

Pod­szedł do małego sto­lika pod ścianą, gdzie w meta­lo­wym wia­derku wokół butelki wódki top­niał lód. Ściany pokoju ozda­biały, blade w tym świe­tle, obrazy. W powie­trzu uno­siła się mie­szanka zapa­chu potu i alko­holu, a przez szpary w kota­rach wpa­dało świa­tło noc­nego mia­sta spo­wi­tego zimą.

Radek nalał do dwóch szkla­nek zimną wódkę, któ­rej skro­pliny spły­wały po prze­zro­czy­stym szkle, two­rząc małe kałuże na drew­nia­nym bla­cie.

– Dobrze wyglą­dasz, puł­kow­niku, jak na swoje pięć dekad – oce­niła Oksana, opie­ra­jąc się łok­ciem o mate­rac. W jej spoj­rze­niu cza­iło się nieco iro­nii pomie­sza­nej z auten­tycz­nym podzi­wem.

– To tylko sko­rupa – rzu­cił bez uśmie­chu. – Sko­rupa, która nie­długo się posy­pie.

– W środku też sko­rupa? Nie sądzę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. WDW (Woz­duszno-die­sant­nyje woj­ska) – Woj­ska Powietrz­no­de­san­towe Fede­ra­cji Rosyj­skiej. [wróć]

2. ATO (ukr. Anti­te­ro­ry­styczna ope­ra­cija) to ofi­cjalna nazwa dzia­łań zbroj­nych pro­wa­dzo­nych przez wła­dze ukra­iń­skie w latach 2014–2018 prze­ciwko pro­ro­syj­skim sepa­ra­ty­stom oraz wspie­ra­ją­cym ich woj­skom rosyj­skim na wscho­dzie Ukra­iny, w obwo­dach doniec­kim i ługań­skim. [wróć]