Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Prawda nie wybacza. Prawda zabija.
Kacerz to szósta część cyklu o pułkowniku Radosławie Sztylcu, byłym oficerze służb specjalnych. Człowieku, który widział za dużo, by wierzyć w przypadki i polityczne bajki.
Każde z nich jest już głęboko wciągnięte w grę, z której nie ma odwrotu bez zapłacenia ceny — krwią, bólem i czymś znacznie gorszym niż śmierć. Na horyzoncie pojawia się Czarny — dawny towarzysz ze służb. Człowiek naznaczony przeszłością, pełną brudnych spraw i nierozliczonych rachunków. Nieprzewidywalny, bezwzględny, pozbawiony złudzeń. Jego ludzie nie znają litości, a jego zamiary wobec Sztylca pozostają równie mroczne, co niejasne. Czy po latach Czarny wciąż jest sojusznikiem… czy już tylko kolejnym drapieżnikiem?
Kto naprawdę pociąga za sznurki? Jak głęboko sięga układ?
Akcja, jak zawsze, wykracza daleko poza granice Polski — prowadzi przez front ukraiński, Syberię, Morze Śródziemne, Niemcy i odległą Maderę. Wojna przestaje być tłem — staje się bezpośrednim zagrożeniem. Sztylc, Anaba i Rusinek trafiają w sam środek piekła, gdzie kończą się kalkulacje, a zaczyna brutalna walka o przetrwanie. Tam nie ma miejsca na wahanie. Tam strzela się, żeby żyć — albo ginie.
Czy uda im się wrócić w jednym kawałku? To zależy tylko od nich… i od tego, ile jeszcze są gotowi poświęcić.
Nowi wrogowie. Stare demony. Świat, w którym każdy sojusz może być zdradą.
Bo w tej grze nie chodzi o przetrwanie — tylko o to, kim się staniesz, żeby przeżyć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 475
Projekt okładki i stron tytułowych: Paweł Panczakiewicz/ PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN Redaktor prowadzący: Agata Paszkowska-Pogorzelska Redakcja językowa, korekta: Joanna Kłos, Agnieszka Dudek Redaktor techniczny: Marcin Adamczyk Korekta: Joanna Kłos
Copyright © for this edition by Dressler Dublin sp. z o.o., 2026 Copyright © for this edition by Kafir, 2026
Producent: Dressler Dublin sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: sekretariat@dressler.com.pl
Dane do kontaktu: Wydawnictwo Bellona 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 e-mail: biuro@bellona.pl www.bellona.pl www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona
Księgarnie internetowe: swiatksiazki.pl, ksiazki.pl, czytam.pl
Dystrybucja: Dressler Dublin sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-11-18954-6
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
WSTĘP
Radek Sztylc przekręcił klucz w zamku i nacisnął klamkę, by po chwili znaleźć się w swoim dwukondygnacyjnym domu zlokalizowanym na jednej z cichych uliczek Saskiej Kępy, gdzie od jakiegoś czasu mieszkał z córką. W dzielnicy, w której przedwojenna Warszawa wciąż szeptała o dawnych czasach, a nowe budynki starały się nie zakłócać jej delikatnej elegancji. Nieruchomość, którą kupił Radek, wzniesiono w 1938 roku, a zaprojektował ją Mieczysław Michalski. Z zewnątrz kamienica prezentowała się skromnie, w środku natomiast kryła przestrzeń urządzoną tak, by właściciel mógł znaleźć równowagę między bałaganem życia operacyjnego a potrzebą ciepła, którego tak długo mu brakowało. Po wejściu od razu rzucała się w oczy estetyka ciepłego art déco. Drewno o barwie koniaku, miękkie światło lamp z mlecznego szkła, mosiężne detale w stonowanym połysku. Ciemny dąb ułożony w klasyczną jodełkę lśnił na podłodze. Na ścianach dominowały przytulne beże przełamane butelkową zielenią.
Sercem lokalu był zaś salon, który zajmował znaczną część parteru. Pośrodku ustawiono w nim dużą kanapę w kolorze ciemnego karmelu, obitą miękką, lekko postarzaną skórą – naprzeciw biblioteczki i masywnego, eleganckiego kominka z granitu. Właściciel nie palił w nim prawie nigdy, po prostu lubił na niego patrzeć. Na ścianach wisiały stare francuskie grafiki z lat trzydziestych. Sztylc dostał je w prezencie od starca, który twierdził, że kupił je we Francji, będąc tam na wycieczce z Wehrmachtem. Mówił to bez wstydu, niemal z rozbawieniem, można było odnieść wrażenie, że chodziło o zwiedzanie muzeów, a nie marsz przez cudze życie… Grafiki były brutalne i polityczne, dokładnie tak samo nieprzyzwoite jak historia ich zakupu.
Przy oknie stał ciężki fotel klubowy, a obok niego nieduży stolik z intarsją. Było to idealne miejsce, by pić nocą kawę, rozmyślać i patrzeć na leniwy o tej porze ruch uliczny. Radek usiadł więc w fotelu, wyciągnął nogi i upił łyk z filiżanki. Odwrócił głowę w kierunku okna i spojrzał na stolik, na którym leżały teczki Jugowskiego. Wciąż te same, po roku. Światło lampy z masywnym abażurem stojącej obok fotela padało na pożółkły papier, podkreślając każdy szczegół, każde nazwisko, każdą tajemnicę, którą los postanowił wetknąć Sztylcowi w ręce. Radek siedział w fotelu, z papierosem w jednej dłoni i filiżanką w drugiej, a jego myśli krążyły ciężko jak dym.
Warszawa za oknem grzała się w świetle latarni, natomiast umysł Radka wracał do tamtego hotelu pod Alpami, w którym pierwszy raz przejrzał owe dokumenty. Do Jugowskiego, Ryszewskiego, ludzi wciąż uwikłanych mimo upływu czasu w brudną historię. Czuł, że we własnym domu, w tej ciszy Saskiej Kępy, znów dopada go historyczna zmora, przed którą próbował bezskutecznie uciec przez ostatni rok.
Zaciągnął się papierosem i obserwował, jak kłębki unoszą się leniwie w stronę sufitu. Nie powinien tu palić, Anaba nie znosiła tego zapachu… Po raz kolejny otworzył teczkę, której zawartość znał już na pamięć. Zdjęcia agentów, raporty, nazwiska, które zbyt dobrze wryły mu się w głowę i trwały tam niczym hieroglify na obelisku z Karnaku. Opowieść, która nie chciała zdechnąć, a alpejskie powietrze i głos Anaby ją tylko utrwalały.
„Tato, przecież ty nie znosisz zimy”.
Śmiech Jugowskiego, nie ten prawdziwy, tylko ten zbudowany ze wspomnień i domysłów. I gniew Sztylca, kiedy pierwszy raz zobaczył nazwisko Ryszewskiego na raportach. Rok minął, a emocje wciąż były żywe, jak rana, która nigdy nie zdążyła się zamknąć. Radek pamiętał, jak w tamtym hotelowym pokoju jego myśli rwały się jak postrzelone psy. Jak chciał wyrzucić papiery przez okno. Jak chciał zadzwonić do kogoś… kogokolwiek. A potem przypomniał sobie, że nie ma gdzie dzwonić.
Bo niby do kogo? Wszystkie służby trzymał za mordę obecny rząd, a Ryszewski był w nim, kurwa, ministrem, a nie ministrantem. Nawet gdyby Sztylc zadzwonił gdzie trzeba, po kilku godzinach dokumenty z jego domu wyparowałyby szybciej niż szczyny wielbłąda na Saharze w samo południe.
Dlatego postanowił, że da sobie czas. Tak mu się przynajmniej wydawało, że to dobre rozwiązanie. Niestety kwity z dnia na dzień ciążyły mu coraz mocniej, niczym kamień u szyi tonącego walczącego o życie w szambie historii. Teraz, rok później, widział, jak bardzo się oszukiwał.
Przesunął palcem po starej fotografii. Ryszewski spoglądał z niej jak ktoś, kto dawno wygrał partię, której Radek nawet nie chciał rozgrywać. I właśnie wtedy, w tym warszawskim domu, Sztylc zrozumiał coś, czego rok temu zrozumieć nie chciał. Papiery trafiły do niego nie dlatego, że Jugowski mu ufał, tylko dlatego, że wiedział, że Radek nie ucieknie, nie spierdoli za kulisy jak politycy po nieudanej kampanii wyborczej.
– Kurwa… Doskonale wiedział, jak mnie rozegrać – mruknął do siebie Sztylc.
Westchnął ciężko, zgasił papierosa w filiżance po zimnej kawie i oparł się na krześle. Warszawa za oknem zdążyła już dawno zasnąć snem sprawiedliwego, a on? On siedział tu, z dokumentami, które mogłyby wywołać armagedon w całym kraju. Rok temu myślał, że wystarczy je zamknąć z powrotem w bankowej skrytce. Dziś wiedział, że ta skrytka była niczym katakumby, w których on pogrzebie ludzi żywcem, jeśli teraz nic nie zrobi. Spojrzał na opasłe teczki raz jeszcze. Nie jak na historyczny relikt, lecz jak na detonator. I w tym momencie zrozumiał, że cicha i niewidzialna wojna służb, od której uciekał przez rok, właśnie dogoniła go w Warszawie.
Z zamyślenia wyrwał go szczęk zamka w drzwiach. To Anaba wróciła z pracy. Sztylc wstał, wziął dokumenty i przeniósł się do kuchni. Dziewczyna, która też właśnie do niej weszła, postanowiła nastawić czajnik z wodą na herbatę.
Radek spojrzał na swoją córkę, potem na teczkę, którą położył na stole. Ugrzązł w bagnie historii i to po uszy. Przekazanie tych materiałów mogło uciąć łeb przynajmniej jednemu agentowi… oczywiście równie dobrze mogło pociągnąć za sobą niewinnych, i to tych mu najbliższych, nie za takie papiery ludzie zabijali dla ratowania własnej dupy.
– Podjąłeś w końcu decyzję? – spytała Anaba.
– Tak, zrobię to, jak zaplanowałem – oświadczył Radek.
– W końcu, tato! – Dziewczyna uśmiechnęła się z ulgą.
Radek z kolei uśmiechnął się smutno, bo wiedział, że córka chce tego ze względu na pamięć o Jugowskim. Plan, który Sztylc obmyślił, był trudny, lecz wykonalny. Radek jednak nie miał złudzeń. Wiedział, że system jest zbyt przeżarty złem. Mimo to nie mógł odpuścić. Dlatego jego plan składał się z kilku etapów…
***
On sam nie mógł zanieść kwitów do prokuratury. W sekundę podniósłby się rwetes, że „były bandyta z WSI” pewnie wszystko sfabrykował. Media rozszarpałyby Sztylca na strzępy, a Ryszewski, mający znajomych w każdej redakcji i sądzie, śmiałby się ostatni. Pozostawało jedno wyjście. Telewizja, nie ta państwowa, która stała się partyjną tubą obecnego rządu, tylko prywatna, głodna sensacji i gotowa wskoczyć w ogień, byle tylko przebić konkurencję. Radek przygotował starannie paczkę. Teczka, kopia listy sygnatur, lista pokwitowań, kilka meldunków z podpisem Ryszewskiego, a na górze własnoręczna deklaracja współpracy z GRU, ruską służbą znienawidzoną przez Polaków. Potem założył rękawiczki, włożył wszystko do neutralnej koperty i podrzucił ją nocą zaspanej ochronie na parterze redakcji jednej z największych stacji informacyjnych. Bez podpisu, bez śladu.
Kolejnego dnia na antenie zawrzało. Znany z kontrowersyjnych materiałów dziennikarz odpalił temat jak lont przy dynamicie. „Agent SB w szeregach Solidarności?!” – głosił nagłówek na pasku. Przez godzinę pokazywano skany dokumentów, analizowano podpisy, komentatorzy grzali temat jak piec hutniczy.
Ryszewski zareagował szybko. Wyszedł z cienia, żeby uderzyć. Na konferencji prasowej wyzwał dziennikarzy od prowokatorów, groził pozwami, powtarzał jak mantrę, że to fałszywki, „grzebane przez rusofili i postkomunistyczne szczury”.
Radek Sztylc wiedział swoje. Znał tych ludzi na wylot. Polityków, prokuratorów, ekspertów od „ostatecznych prawd”. Znał ich twarze, sposób mówienia i ten moment, w którym kończyła się u nich fachowość, a zaczynał instynkt samozachowawczy. Siedząc w fotelu, ponownie z filiżanką dawno wystygłej kawy, wrócił myślami do sprawy, która była dla niego jak instrukcja obsługi państwa w wersji brudnej i szczerej. Pamiętał historię Lecha Wałęsy i teczek znalezionych po śmierci Czesława Kiszczaka. Dokumentów, które wypłynęły nagle. Można wręcz było odnieść wrażenie, że ktoś celowo otworzył właz w dnie szamba. Na początku wszystko wyglądało poprawnie. Procedury prawne, ścieżki służbowe. Akta trafiły do policji, a grafolodzy na jej usługach mieli zrobić to, co do nich należało. Zbadać podpisy, porównać materiał, opisać wątpliwości, jeśli się pojawią. Bez emocji i bez polityki. Wtem ktoś nacisnął ręczny hamulec tak, że historia w jednej chwili zmieniła kierunek jazdy.
Zanim policyjni biegli zdążyli wydać oficjalną opinię, teczka została im odebrana. Po cichu. Bez uzasadnienia. Dokumenty przekazano do Instytutu Ekspertyz Sądowych imienia profesora Jana Sehna w Krakowie. Instytucji z historią, z autorytetem, podlegającej Ministerstwu Sprawiedliwości i finansowanej z budżetu państwa. Radek wiedział, że w takich miejscach nie potrzeba spisku na dziesięć osób. Wystarczył jeden człowiek, ekspert, kierownik zespołu, szef pracowni albo ktoś, kto akurat czekał na „załatwienie swojej sprawy”. I nieważne, czy miał to być awans, przedłużenie kontraktu, dodatkowe środki lub spokojna emerytura. Cokolwiek, co wisiało w próżni i wymagało dobrej decyzji z góry. Zależności nie trzeba było zapisywać w mailach, one wisiały w powietrzu.
Właśnie wtedy wydarzył się cud, który można by było porównać do nawrócenia ateisty na słuszną wiarę. Instytut nie miał wątpliwości. Ani jednej. Podpisy sprzed kilkudziesięciu lat, z innej epoki, z innych warunków, nagle okazały się w stu procentach autentyczne. Bez marginesu błędu i zastrzeżeń, bez klasycznego języka ostrożności, który normalnie chroni ekspertów przed kompromitacją. Nawet jeśli Wałęsa twierdził, że to nie jego podpisy, ekspertyza była twarda, zamknięta i ostateczna. Jak wyrok.
Sztylc pamiętał, jak mówiono wtedy o nauce, o obiektywizmie, o niezależnych biegłych. Pamiętał też głosy krytyków, którzy próbowali napomykać o ograniczeniach grafologii, o wpływie czasu na pismo, o ryzyku nadinterpretacji. Te głosy utonęły szybko w narracji, która już dawno była gotowa. Pieczątka postawiona, sprawa domknięta.
Teraz widział ten sam mechanizm odtwarzany niemal punkt po punkcie. Ekspertyzy, które nagle brzmiały jak niepodważalne… Radek dawno zrozumiał, że prawda w tym układzie nie miała znaczenia. Liczyła się kolejność zdarzeń i to, kto trzymał długopis w odpowiednim momencie. Pojmował jeszcze jedno. Jeśli w instytucji znajdzie się choć jeden człowiek, na którego obecna władza ma haki lub który ma coś do załatwienia u ministra, ekspertyza zawsze będzie taka, jaka „ma być”. Nie dlatego, że ktoś kazał. Tylko dlatego, że system nagradza tych, którzy rozumieją aluzje. A Ryszewski właśnie stał się kolejnym rozdziałem tej samej historii. Sztylc nie miał pojęcia, jak sprawa zostanie uwalona. Był natomiast pewny, że tak się stanie, na sto procent. Teczka Ryszewskiego nie będzie pozostawiona sama sobie i zapewne zniknie w ten czy inny sposób.
I rzeczywiście, z redakcji szybko trafiła ona do prokuratury. Oficjalnie „celem przeprowadzenia ekspertyz grafologicznych i weryfikacji autentyczności dokumentów”. Radek jednak wiedział swoje. W tym kraju prawda była ostatnią rzeczą, której ktokolwiek szukał.
I tylko jedno pytanie wciąż wisiało w powietrzu. Czy ten ruch był początkiem końca, czy początkiem odwetu?
Do sprawy wziął się prokurator Jacek Barbosa, do tej pory znany jako „łowca skór” mafii paliwowej. Kompetentny, ambitny, wytrenowany w przekręcaniu paragrafów jak karabinowego zamka. Ryszewski kupił go nie za gotówkę, lecz za obietnicę władzy. Barbosa miał zostać nowym szefem Prokuratury Krajowej, jeśli tylko „rozwiąże problem” archiwum z piątego piętra.
Prokurator należał do ludzi, których nie sposób było pomylić z kimkolwiek innym, choć każdy, kto miał z nim do czynienia, chętnie próbowałby zapomnieć jego sylwetkę. Miał nieco ponad sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, a mimo to sprawiał wrażenie, jakby grawitacja ciągnęła go w dół bardziej niż innych. Był gruby, ciężki, zawsze kroczył lekko pochylony, jakby dźwigał na plecach nie tylko swoją masę, ale i wszystkie małe, nikczemne sekrety, które przez lata skrupulatnie zbierał. Był łysy, z wyjątkiem kilku upartych włosków nad uszami, które trzymały się czaszki jak resztki dawnej godności. Jego czoło wiecznie świeciło podejrzanym, lepkim potem, jak gdyby ciało nieustannie pracowało nad wyrzuceniem nadmiaru żółci i jadu.
Miał już pod pięćdziesiątkę, wyglądał natomiast starzej, jak człowiek, którego charakter zużywa szybciej niż czas. Uwagę zwracała jego szeroka, nalana twarz z małymi oczkami świdrującymi spod ciężkich powiek. Oczkami człowieka pamiętającego czasy, w których donos był cnotą, a lojalność walutą. Bo Barbosa pochodził z rodziny starych komunistycznych prawników, tych, których od pokoleń uczono, że prawo można naginać jak papierowy spinacz, byle tylko służyło „słusznej sprawie”. W jego domu nie mówiło się o wartościach, mówiło się o układach, zależnościach i o tym, komu warto zanieść informacje, by dostać coś w zamian. Już jako dziecko był „synem donosicielem”, wiecznie stojącym bliżej nauczycieli niż rówieśników. Dzieciaki go nie lubiły, nie tylko za to, że był chorobliwie otyły. Bardziej za kablowanie, bo każdy wybryk, o którym Barbosa usłyszał – „przez przypadek”, nigdy inaczej – kończył się u dyrektora.
Obecnie jako prokurator nosił szary, przyciasny garnitur, który opinając jego masywne ciało, wyglądał jak worek jutowy naciągnięty na beczkę. Spod kołnierza koszuli często wystawały mokre plamy, bo Barbosa pocił się zawsze. A to z nerwów, a to z wysiłku, a to z nienawiści do ludzi, którzy mieli lżejsze życie od niego. Jego ręce były krótkie, pulchne, o palcach przypominających parówki. Gdy coś podpisywał, zawsze dyszał, jakby każdy ruch był walką o przetrwanie. Najgorsze były jednak jego emocje. Zawiść. Chorował na zazdrość wobec każdego, kto miał coś, czym on nie mógł się cieszyć: szacunek, rodzinę, wygląd, talent, przyjaciół. Dlatego Jacek Barbosa uwielbiał swoją władzę. Małą, lokalną, lecz realną władzę nad ludzkimi życiorysami. Władzę, którą wykorzystywał z paskudnym uśmieszkiem. Tak wyglądał człowiek, którego nazwisko wypowiadano półgłosem, w obawie, że tłuste palce prokuratora mogą się wydostać zza rogu i sięgnąć po kolejną ofiarę.
Szare niebo odbijało się w szybach sześciopiętrowego gmachu prokuratury okręgowej przy ulicy Chocimskiej. Od frontu budynek wyglądał jak sterylna forteca, chłodna, monumentalna, odpychająca. Tylko w jego podziemiach pulsowała nerwowa energia. Ludzie prokuratora Jacka, przysłani przez Ryszewskiego, pojawili się w niedzielny poranek o godzinie, w której gmach zwykle trwał w półśnie. W półmroku korytarzy krzątali się cicho, niemal bezszelestnie, jak cienie wykonujące dawno zaplanowany ruch. Rozmawiali po polsku, z twardym, wschodnim akcentem, którego Barbosa z wyuczoną obojętnością nie słyszał i nie rozpoznawał. Traktował go jak szum w przewodach, jak suchy trzask izolacji pod palcami.
To on ich tu ściągnął. Wcześniej uprzedził ochronę, że na piętrze, gdzie pracuje, doszło do awarii zasilania i że musi pilnie dokończyć dokumenty mimo weekendu. Zgłoszenie brzmiało rutynowo, niemal nudno. Ekipa techniczna pojawiła się więc bez pośpiechu, z narzędziami i identyfikatorami. Ochrona spisała ich dane jak nazwiska, numery dokumentów, firmę serwisową. Wszystko się zgadzało. Przynajmniej na papierze.
Dokumenty były fałszywe, przygotowane starannie i bez pośpiechu. Wpisy w rejestrze wyglądały poprawnie, podpisy nie drżały. W niedzielę nikt nie miał powodu, by przyglądać się im zbyt uważnie. A cisza budynku sprzyjała tym, którzy wiedzieli, co robią.
Niedługo potem rozpinano ostatnie przewody, porządkując instalację tak, by ingerencja nie rzucała się w oczy nawet przy pobieżnej kontroli. W kanałach wentylacyjnych osadzono niewielkie generatory dymu z wkładami pirotechnicznymi o kontrolowanej emisji. Nie po to, by wzniecić ogień, lecz by wytworzyć aerozol o gęstości i składzie wystarczających do zadziałania optycznych czujek dymu. Ukryte w ciągu nawiewnym, miały rozprowadzić dym równomiernie, bez gwałtownych skoków temperatury, które mogłyby wzbudzić podejrzenia biegłego.
Dodatkowo zmodyfikowano grzejnik elektryczny w pomieszczeniu socjalnym. Zmieniono zabezpieczenia termiczne i dołożono element oporowy o zwiększonej mocy, tak by w wyznaczonym dniu urządzenie przekroczyło dopuszczalną temperaturę pracy. Nie chodziło o płomień, wystarczył zapach przegrzanej izolacji i pierwsze smugi dymu unoszące się spod obudowy. Tyle, by czujki temperatury i system sygnalizacji pożaru zareagowały zgodnie z procedurą.
Plan nie przewidywał realnego rozwoju pożaru. Przeciwnie, wszystko miało mieścić się w granicach incydentu, który uruchomi instalację tryskaczową i kaskadę zabezpieczeń. Resztę miała wykonać woda, działająca już nie w trybie symulacji, lecz z bezwzględną fizyką ciśnienia i grawitacji.
Cały system przeciwpożarowy został podkręcony z chirurgiczną precyzją i działać miał teraz nawet na dym z zapałki w mieszczeniu, a woda z niego nawet po odcięciu zasilania miała nadal lać się ze spryskiwaczy, bez opamiętania, jakby budynek sam postanowił się utopić.
Dodatkowym „bonusem” była awaria starej rury kanalizacyjnej. Nadmiar wody, przeciążenie i lata zaniedbań miały sprawić, że pęknie w najgorszym możliwym momencie, rozszczelni się niepozornie, a potem gwałtownie, potęgując zalanie dwóch pięter. Wszystko zostało obliczone: gdzie woda popłynie, gdzie się zatrzyma, gdzie nasiąknie dokumenty i rozmyje tusz. Czyli piętro niżej, do archiwum, i jeszcze niżej tam, gdzie mieściła się kancelaria Barbosy. W tej operacji nie ogień był żywiołem. Ogień miał tylko otworzyć drzwi. Prawdziwą pracę wykona woda, cierpliwa, ciężka i nieubłagana.
Wystarczyła wilgoć, czas i odpowiednie warunki, a najlepsze panowały o dziwo oczywiście u prokuratora prowadzącego tę sprawę, Jacka Barbosy. Chodziło o teczki, które obnażały jednego z najbardziej wpływowych polityków w kraju. Człowieka, o którym media pisały z nabożnym podziwem, o którym mówiono, że był bohaterem stanu wojennego i ikoną opozycji. I na którego znalazł się w końcu niepodważalny dowód zdrady, grożący brutalnym zaprzepaszczeniem legendy.
Jan Ryszewski był niegdyś ministrem bez teki, a faktycznie szarą eminencją resortu spraw wewnętrznych. Jego kariera i fortuna mogłyby w jednej chwili runąć, gdyby światło dzienne ujrzały akta o sygnaturze S-4/11 – i gdyby opinia publiczna uwierzyła w zawartość tych akt. Kilkadziesiąt pożółkłych kartek, z pozoru niegroźnych, skrywało najciemniejszy sekret Ryszewskiego, współpracę z Urzędem Bezpieczeństwa w czasach PRL oraz ściśle tajną notkę o przekazaniu teczki GRU.
Wśród dokumentów znajdowała się własnoręcznie napisana deklaracja lojalności, spisana charakterystycznymi, kanciastymi literami. Dalej dziesiątki pokwitowań, bezdyskusyjne dowody na to, że Ryszewski nie tylko donosił, lecz dodatkowo brał za to pieniądze. W aktach były także szczegółowe meldunki agenturalne, w których donosił na kolegów z „Solidarności”, ich działania, kontakty, prywatne rozmowy. Niektóre z raportów sugerowały, że pisał także donosy na księdza Popiełuszkę, omawiając jego kazania, spotkania oraz kontakty z zachodnim duchowieństwem.
Teczki zdrady Ryszewskiego miały być trzymane w sejfie na piątym piętrze, w archiwum prokuratury. Miejscu, które zwykli urzędnicy omijali szerokim łukiem ze względu na zapach wilgoci, kurz i niekończące się stosy makulatury. Dla prokuratora Barbosy brzmiało to, jak kiepski żart. Sejf, piętro, systemy zabezpieczeń… a on i tak miał wszystko pod kontrolą. Ponieważ prokurator Jacek już dawno pobrał te dokumenty i teraz spoczywały piętro niżej w jego sejfie klasy S1 w służbowej kancelarii. Barbosa włożył najważniejsze akta z teczki „S-4/11” do plastikowego budowlanego wiadra wypełnionego wodą i środkiem chemicznym, który w ciągu czterdziestu ośmiu godzin zamieniał każdy atrament w bezbarwną zawiesinę. Zostawił je tam na dwa dni. Papier rozchodził się pod palcami jak mokry chleb. Litery ginęły, podpisy znikały, czyniąc z historii papierową papkę. Barbosa potrzebował teraz tylko pretekstu, czegoś, co odwróci uwagę, nada pozory losowości.
Dwa dni później, w nocy z wtorku na środę, w pomieszczeniu socjalnym tuż nad archiwum doszło do spięcia. Miniładunki w wentylacji zadziałały bezgłośnie, niemal dyskretnie. Wystarczyła chwila, by w kanałach rozlał się gęsty dym, niegroźny, lecz dostatecznie przekonujący, by czujniki uznały go za zwiastun katastrofy. System alarmowy obudził się natychmiast, jak zwierzę wyrwane ze snu.
Resztę zrobił elektryczny grzejnik. Stał niewinnie, przyczajony pod ścianą, lecz jego rozżarzone spirale podniosły temperaturę dokładnie o tyle, ile trzeba było, by symulacja stała się wiarygodna. Ogień nie musiał wybuchać. Wystarczyło, by budynek uwierzył, że płonie. I dokładnie na to liczył Barbosa. Wiedział, że jeśli jego ludzie delikatnie nadwyrężą zawór czasowy, instalacja nie odetnie się zbyt szybko. Archiwum na piątym piętrze miało sejfy ognioodporne, twarde jak pancerniki, projektowane z myślą o płomieniach i wysokiej temperaturze, niestety zabrakło im wodoszczelności.
Z sufitu lunęła woda. Stare rury wykonały resztę. Strugi spływały po szafach, przez zawiasy, pod uszczelkami. W środku teczki nasiąkały, pęczniały. Metalowa kaseta z aktami S-4/11 w końcu napełniła się jak wanna, na dnie leżała teczka, z której najważniejsze dokumenty Barbosa trzymał już u siebie. Ironią losu było to, że teraz ta państwowa kopia, kompletnie bezużyteczna i rozmazana, dosłownie pływała w brunatnej wodzie.
Prokurator Jacek Barbosa obserwował to wszystko z ciemnego vana zaparkowanego na rogu Madalińskiego. Był spocony, jak zawsze. Tłusty kark błyszczał mu w świetle ekranu policyjnego skanera. Oddychał ciężko, z zadowoleniem, jego czoło lśniło jak polerowana żarówka. W słuchawce słychać było syk radia PSP. Po całej akcji, kiedy straż już zwijała swój sprzęt, ciemny van niespiesznie odjechał z parkingu obok.
„To był fałszywy alarm. Uszkodzone czujniki przeciwpożarowe. Brak strat w archiwum właściwym na piątym piętrze, znajdującym się poniżej strefy objętej fałszywym alarmem”.
Tak brzmiał oficjalny komunikat prokuratury. Barbosa uśmiechnął się krzywo. Oczywiście. Oficjalnie brak strat. W praktyce – kilkadziesiąt stron kluczowych akt zamienionych w mokrą, bezkształtną breję. Dokładnie tak, jak to sobie zaplanował.
Dwa tygodnie później w jego skromnym gabinecie pojawiła się biała koperta. Bez znaczka, bez pieczątek, bez śladów palców. Ktoś po prostu wsunął ją pod drzwi. W środku był niewielki pendrive. Jacek włożył nośnik do portu laptopa. Po chwili na ekranie zaczęły pojawiać się skany akt oznaczonych sygnaturą: S-4/11.
Nie wszystko, jednak wystarczająco dużo, by poczuł zimny dreszcz sunący wzdłuż kręgosłupa. Na końcu ostatniego pliku widniało kilka krótkich zdań, zapisanych prostą, beznamiętną czcionką. „Nie wszystko w ogniu płonie. Nie wszystko w wodzie tonie. To były tylko bardzo dobre kopie. Oryginały są bezpieczne, ty już mniej. Masz czas, żeby przemyśleć swoje postępowanie, Jacku. R.S.”.
Prokurator Barbosa przełknął ślinę. Po raz pierwszy od dawna… spocił się nie ze złości, lecz ze strachu.
Sztylc tymczasem siedział w kuchni od dobrego kwadransa, nieruchomy jak człowiek, który już wszystko przeczytał, mimo to wciąż nie potrafi zamknąć sprawy. Laptop stał otwarty na blacie, ekran jarzył się chłodnym światłem poranka. Nagłówek krzyczał grubą czcionką o pożarze w budynku prokuratury, o zwarciu instalacji, o „prawdopodobnym nieszczęśliwym wypadku”. W tekście powtarzały się te same słowa co zawsze. Brak osób poszkodowanych, trwa ustalanie przyczyn, dokumenty zabezpieczone. Radek prychnął cicho.
– Kurwa, zabezpieczone – mruknął do siebie. Wiedział, co znaczy „zabezpieczone”.
Do kuchni weszła Anaba, jeszcze w bluzie, z włosami związanymi niedbale i z tym spojrzeniem, które mówiło, że dopiero się obudziła, a świat już zdążył ją wkurzyć.
– Cześć, córka – przywitał się Radek, nie odrywając wzroku od ekranu. Po chwili obrócił laptop w jej stronę i przesunął go po blacie.
– To zamiast porannej kawy – dodał z nikłym uśmiechem na twarzy.
Anaba usiadła, nachyliła się nad ekranem. Czytała szybko. Z każdą linijką jej szczęka zaciskała się coraz mocniej.
– A to skurwysyny… – wyrwało jej się, zanim zdążyła pomyśleć.
Radek uniósł wzrok.
– Anaba. Bez przekleństw. Przecież mówiłem ci, jak to się skończy.
– Bez przekleństw? – odparła ostro, wbijając palec w ekran. – Spaliła się prokuratura, tato. Akta, dowody na zdradę, a oni tu piszą, że wszystko jest pod kontrolą. To nie jest bajka, to jakiś serial pod tytułem „Państwo z dykty na ślinę klejone”!
– Właśnie dlatego – odparł spokojnie Radek. – To nie jest bajka.
Anaba oparła się o krzesło, na chwilę zamknęła oczy, po czym z gwałtownym ruchem wstała i spojrzała na ojca z niedowierzaniem.
– To co teraz? – zapytała. – Gdzie jest sprawiedliwość?
Sztylc uśmiechnął się krzywo, bez cienia humoru.
– W książkach dla małych dzieci, skarbie. Na tej samej półce co smoki, rycerze i dobry król oraz zła czarownica zawsze kończąca na stosie.
Zapadła cisza. Taka, która boli bardziej niż krzyk.
– To temat zamknięty, tę sprawę w ten sposób już załatwiono. – Sztylc zamilkł na chwilę. – Tutaj trzeba innych rozwiązań.
Anaba zmrużyła oczy i nachyliła się do przodu w kierunku ojca.
– Jakich?
Radek zamknął laptopa jednym, krótkim ruchem. Spojrzał na córkę uważnie, ważąc każde słowo.
– Wiesz… sprawiedliwość to jedno, zemsta to drugie, a ona nie potrzebuje rozgłosu medialnego. Ponadto, Anabo, dla winowajcy czekanie na wyrok jest czasem gorsze od samego wyroku.
– Mówisz jak ktoś, kto już podjął decyzję – zauważyła cicho.
Radek nie zaprzeczył, tylko się dziwnie uśmiechnął.
Tego samego dnia, kilka pięter wyżej, w sterylnym gabinecie pachnącym jednocześnie nowymi meblami i starym, głęboko skrywanym strachem, na biurko ministra Ryszewskiego trafiła koperta, która z pozoru nie wyróżniała się niczym szczególnym. Była szara, zwyczajna, pozbawiona pieczątek, logo i adresu zwrotnego, a jednak sekretarka położyła ją z ostrożnością, jakby pod cienkim papierem kryło się coś, co mogło ugryźć.
Minister otworzył kopertę sam i już jedno pobieżne spojrzenie wystarczyło, by twarz Ryszewskiego zbielała jak czysta kartka.
W środku znajdowała się kopia jego teczki, nie tej współczesnej ani oficjalnej, lecz tej drugiej, o której istnieniu sam próbował zapomnieć. Pochodziła z czasów, gdy posługiwał się nie nazwiskiem, a pseudonimem, meldunki zaś pisał nocami, z ręką drżącą bardziej ze strachu niż z zimna. Dokumenty mówiły jasno: tajny współpracownik, numer ewidencyjny, donosy, spotkania, pokwitowania.
Na samym wierzchu leżała kartka z jednym zdaniem, napisanym na komputerze, a treść była pozbawiona jakichkolwiek emocji.
„Spokojnie. Nie wszystko płonie. Nie wszystko tonie. Jeszcze przyjdzie czas, by za to wszystko zapłacić, towarzyszu Ryszewski. Czekajcie, nikt o was nie zapomniał, a rachunek już idzie do was”.
Ryszewski opadł ciężko na fotel, poczuł niemal fizyczny ból kogoś, kto nagle stracił kręgosłup. Skóra na jego twarzy ściągnęła się, usta zrobiły się cienkie i sine. W gabinecie panowała cisza, sterylna i martwa, ale w jego głowie dudniło jak podczas alarmu przeciwlotniczego, jednostajnie i bez litości. Serce biło za szybko, za głośno, próbowało wyrwać się z klatki piersiowej i uciec, zanim będzie za późno. Pożar w prokuraturze niczego nie załatwił. To nie był finał, to była tylko zasłona dymna. Barbosa został wykiwany jak amator, a Ryszewski sam właśnie zrozumiał, że nie jest widzem, tylko celem. Zaczynał się gotować od środka. Czuł, jak w brzuchu narasta ciężka, lepka wściekłość zmieszana ze strachem. Ktoś chciał zniszczyć całe jego życie. Nie tylko karierę. Chciał go odrzeć z nazwiska, z uznania, z legendy, którą budował latami, i wypalić na nim piętno zdrajcy.
Dla polityka z takim dorobkiem był to wyrok ostateczny, choć nie miał w sobie nic z gwałtownej egzekucji czy jednego widowiskowego upadku. To był koniec rozpisany na etapy, rozciągnięty w czasie, zaplanowany tak, by bolał dłużej i skuteczniej. Ryszewski wiedział, że takie sprawy nie eksplodują od razu, one pełzną, wżerają się w życiorys i mielą go powoli, aż nie zostaje nic poza nazwiskiem obciążonym wstydem. Wiedział też, że medialnie zostanie skazany natychmiast, jeszcze zanim ktokolwiek zada pierwsze pytanie, wyrok zapadnie na czołówkach portali, w czerwonych paskach stacji informacyjnych i wypowiedziach ekspertów, którzy zawsze wiedzą wszystko pierwsi. Potem to już równia pochyła, na której nie ma hamulców ani punktów zaczepienia. Komisje śledcze, przesłuchania ciągnące się godzinami, kontrolowane przecieki i półsłówka podsuwane dziennikarzom, sugestie rzucane mimochodem, a w końcu gęsta cisza. Dawni sojusznicy przestaną odbierać telefony, a ludzie, którzy jeszcze wczoraj klepali go po plecach, nagle uznają, że nigdy go nie znali. To właśnie w tej ciszy politycy naprawdę umierają.
Pierwszym odruchem Ryszewskiego było sięgnięcie po telefon i skontaktowanie się z Uliewem. Jego palce uniosły się nad biurkiem, zawisły w powietrzu. Ręka zamarła. W tym bowiem momencie dotarło do niego coś jeszcze. W tej chwili stawał się zagrożeniem również dla Rosjan. Człowiek z teczką na wierzchu nie jest aktywem. Jest problemem. Śmieciem, który trzeba zamieść pod dywan albo usunąć na zawsze. A co, jeśli Uliew po usłyszeniu, co się dzieje, uzna, że najbezpieczniejszym rozwiązaniem będzie pozbycie się Ryszewskiego? Martwi nie składają zeznań. Martwych nie ściga polskie prawo. Martwi nie ciągną spraw latami.
Minister Teofil Ryszewski, kawaler Orderu Orła Białego nadawanego przez prezydenta, były bohater walki z komuną, ikona walki o wolność, prawicowy radykał, polityk i polski patriota, który nie uznawał kompromisów i jeszcze trzydzieści lat po upadku systemu walił w młodych lewaków zakurzonymi teczkami ich ojców i dziadków komunistów, poczuł prawdziwy strach. Taki, który nie krzyczy, tylko dusi. Zdawał sobie sprawę, że rycerz w srebrnej zbroi, walczący rzekomo w imię zasad, za sprawą tych materiałów mógł zmienić się w podłego zdrajcę na kremlowskim żołdzie.
Zimny pot spływał mu po plecach, potwierdzając, że ciało zrozumiało szybciej niż umysł, iż to nie łagodny zjazd po stoku w Zakopanem, tylko szybki rajd w dół, prosto na dno szamba historii. A z tego gówna nawet polskie mydło Biały Jeleń nie było w stanie człowieka wymyć.
1.
KIJÓW
Generał major Nikita Siergiejewicz Uliew od kilku miesięcy pracował nad planem obalenia obecnego rządu Ukrainy i przejęcia władzy w Kijowie. Ściśle tajna operacja, określana przez wykonawców Specjalną Operacją Wojskową, była efektem pracy elitarnej grupy starszych oficerów rosyjskich, podległych bezpośrednio prezydentowi Władimirowi Putinowi.
Uliew był wysokim siwiejącym blondynem, dobrze po sześćdziesiątce. Pomimo wieku wciąż imponował posturą, jako mężczyzna wysoki, potężnie zbudowany, o wyraźnie zarysowanej muskulaturze, utrzymywanej dzięki codziennym treningom. Jego ogolona na gładko kwadratowa szczęka oraz chłodne, lodowoniebieskie oczy nadawały mu wygląd człowieka nieznoszącego sprzeciwu. W idealnie skrojonym czarnym garniturze przypominał raczej bohatera amerykańskich magazynów niż typowego rosyjskiego generała.
Tego dnia dopracowywał ostatnie szczegóły zamachu stanu, którego celem było szybkie i brutalne przejęcie kontroli nad stolicą Ukrainy. Rosja zakończyła właśnie przerzut większości sił przewidzianych do operacji. Kreml zaplanował ofensywę na dziewięciu kierunkach. Cztery natarcia miały być skierowane bezpośrednio na Kijów, jedno miało wyjść z Biełgorodu na Charków, a następnie na Krasnohrad. Kolejne zgrupowania miały ruszyć z okolic Doniecka na Dniepr i Zaporoże, a z Rostowa nad Donem na Mariupol i dalej na Melitopol. Dodatkowe siły zaś – ruszyć z Krymu na zachód, w kierunku Chersonia, oraz na wschód – na Melitopol i Mariupol.
Głównym celem strategicznym była szybka likwidacja ukraińskich struktur władzy oraz obalenie prezydenta Wołodymyra Zełenskiego i zdobycie Kijowa. Po osiągnięciu linii Dniepru Rosjanie planowali całkowite przejęcie kontroli nad wschodnią częścią kraju.
W przypadku powodzenia pierwszej fazy operacji druga faza przewidywała uderzenia z Kijowa na Żytomierz i Korosteń, z Dniepru na Kropywnycki i Umań oraz z Chersonia na Odessę i Winnicę. Trzecia faza miała doprowadzić do zdobycia całej Ukrainy. Siły rosyjskie miały wykonać w niej ofensywę z linii Żytomierz–Winnica na zachodnią Ukrainę, dokonując zajęcia miejscowości Sarny, Kowel, Równe, Lwów, Chmielnicki, Tarnopol i Użhorod. Całość operacji wojskowej miała trwać zaledwie trzy dni i zakończyć się defiladą zwycięstwa w Kijowie oraz ustanowieniem marionetkowego rządu, na czele którego miał stanąć były prezydent Ukrainy Wiktor Janukowycz, który został obalony podczas wydarzeń Euromajdanu w 2014 roku i zbiegł w niesławie do Rosji.
Uliew nie odpowiadał za całą agresję. W tym diabelskim planie generał miał swoje zadanie. Jego ludzie mieli przejąć kluczowe obiekty w stolicy. Do wykonania zadania Uliew dostał wsparcie elitarnej 45. Samodzielnej Gwardyjskiej Brygady Specjalnego Przeznaczenia Sił Powietrznodesantowych, na co dzień stacjonującej w Kubince pod Moskwą. Brygada ta była przygotowana do głębokich rajdów i operacji specjalnych, a jej żołnierze wyróżniali się doskonałym wyszkoleniem. To właśnie przy tej jednostce wojskowej działała tajna grupa Uliewa, stuosobowy oddział, składający się z wyselekcjonowanych byłych funkcjonariuszy rosyjskich służb specjalnych, ściśle powiązanych z GRU. W przeciwieństwie do szeroko reklamowanych wagnerowców Prigożyna, ludzie Uliewa działali w cieniu, byli znacznie lepiej wyszkoleni, wyposażeni i opłacani. Ich istnienia świadomych było zaledwie kilku wysoko postawionych ludzi w Moskwie, oficjalnie wchodzili w skład 45. Samodzielnej Brygady.
Już w lutym 2022 roku grupa ta została przerzucona do Białorusi, razem z głównymi siłami desantowymi. Samodzielna Brygada liczyła około tysiąca żołnierzy i przetransportowano ją w dwóch rzutach. W pierwszym rzucie pod koniec stycznia pół tysiąca żołnierzy, drugie tyle tydzień później. Towarzyszyły im również inne elitarne formacje, jak 137. Pułk Powietrznodesantowy z Riazania, będący częścią 106. Dywizji z Tuły, oraz batalion 31. Samodzielnej Brygady Desantowo-Szturmowej z Uljanowska.
W sumie do operacji zajęcia Kijowa przygotowano 16 batalionowych grup bojowych WDW1, każda liczyła około pięciuset żołnierzy i czterdziestu wozów bojowych. 98. i 106. Dywizja Gwardyjska wystawiły po cztery grupy, natomiast 76. Gwardyjska Dywizja Desantowo-Szturmowa z Pskowa – aż sześć. Łącznie na kijowski kierunek wyznaczono niemal dziesięć tysięcy żołnierzy i około siedmiuset wozów bojowych.
Operacja miała rozpocząć się od zmasowanego ataku z terytorium Białorusi oraz z powietrza – poprzez zajęcie strategicznego lotniska transportowego w Hostomelu. Właśnie tam planowano zrzut desantu, który miał zapewnić Rosjanom błyskawiczne przejęcie inicjatywy i zaskoczenie sił ukraińskich.
Generał Uliew odgrywał w tej operacji specjalną rolę. Został wybrany nieprzypadkowo. Był weteranem sowieckich operacji specjalnych, oficerem starej szkoły. Karierę zaczynał w czasach interwencji ZSRR w Afganistanie jako młody oficer pod rozkazami generała porucznika Wadima Aleksiejewicza Kirpiczenki, legendy radzieckiego wywiadu, funkcjonariusza I Zarządu Głównego KGB, a potem Służby Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej.
To właśnie podczas operacji o kryptonimie „Sztorm-333”, kryjącym błyskawiczny atak w Afganistanie na pałac Hafizullaha Amina w Kabulu w grudniu 1979 roku, młody Uliew po raz pierwszy zetknął się z bezpośrednią likwidacją głowy państwa i przejęciem władzy w ciągu kilku godzin. Tam zdobył doświadczenie, które miało stać się fundamentem planowania kijowskiego blitzkriegu.
Tym razem historia miała się powtórzyć, z tą różnicą, że celem był nie afgański pałac, lecz siedziba prezydenta Ukrainy. A wykonawcą stary, lecz wciąż groźny rosyjski generał, Nikita Uliew.
Uliew i jego ludzie mieli w tych planach odegrać kluczową rolę. Generał odpowiadał za fizyczne zlikwidowanie całej wojskowej i politycznej elity ukraińskiej. Ruski oficer prócz swoich stu podwładnych ściśle współpracował i nadzorował oddziały czeczeńskie, które miały być wsparciem w trakcie planowanych czystek i egzekucji.
Generał nie lubił Czeczenów, bo zbyt mocno się panoszyli i byli mało zdyscyplinowani, jednak nie miał wyjścia, to był rozkaz z samej góry. Dowódcą Czeczenów był major Magomed Tuszajew, kierujący 141. Pułkiem Zmotoryzowanym Czeczeńskiej Gwardii Narodowej. To elitarna jednostka czeczeńskiego przywódcy Ramzana Kadyrowa, człowieka Putina rządzącego w imieniu Rosji na Kaukazie, a z takimi protegowanymi Uliew wolał nie zadzierać.
Oficer wywiadu otrzymał od przełożonych z FSB listy proskrypcyjne, na których byli umieszczeni wszyscy urzędnicy i wyżsi dowódcy ukraińscy. Ci ludzie mieli zniknąć całkowicie. I to mieli zrobić podwładni Uliewa. Zaprawieni w boju mordercy, którzy bez mrugnięcia okiem umieli zabić.
Ruski generał nie miał problemu z wykonaniem rozkazu polegającego na mordowaniu, wyrzuty sumienia pożegnał już dawno. Taki był rozkaz i on zamierzał go wykonać. Garstka jego ludzi już przeniknęła do Kijowa, teraz czekali tylko na rozkaz, by zacząć mordować wskazane cele. Sam generał miał znaleźć się w mieście razem z drugim rzutem wojsk desantowych, które miały wylądować na lotnisku w Hostomelu, z podległym plutonem zahartowanych najemników, którzy doświadczenie zdobywali w Syrii i Afryce, mordując na potęgę przeciwników Baszara Al-Asada. Uliew znał osobiście syryjskiego dyktatora. Przez ostatnie kilka lat przebywał bowiem na Bliskim Wschodzie, niejako na wygnaniu, po tym jak fiasko poniosły działania w Polsce, gdy jego ludzie mieli przejąć tajne dokumenty. Akcja skończyła się całkowitą klapą i kilkoma ruskimi trupami, a zastępca Uliewa musiał salwować się szybką ucieczką.
Generał nie zapomniał, komu zawdzięczał to wygnanie, a raczej przez kogo tak się dla niego skończyło. Teraz wrócił, bo był potrzebny Kremlowi do czystek w Ukrainie. A na czym jak na czym, ale na mordowaniu ludzi Uliew i jego podwładni znali się bardzo dobrze.
Jednym z jego podwładnych był pułkownik Riezancew o przezwisku Stakan, który wszedł właśnie do pomieszczenia.
– Wszystko gotowe, generale – zameldował, prężąc się w drzwiach.
– Tylko tego nie spierdol, Stakan, nie ścierpię, jeśli ta ruda kurwa wam ucieknie drugi raz – mruknął zimno Uliew, nie odrywając wzroku od monitora laptopa.
Stakan mimowolnie pobladł. Doskonale wiedział, o kim mówił przełożony. Ruda suka. Ukraińska pułkownik Ałła Kiryłłowa, znana też jako Oksana Skoropadski, była oficerka GRU, która zdradziła i przeszła na stronę wroga. To przez nią rozsypała się operacja w Polsce, a jej nazwisko od dawna widniało na liście osób do likwidacji, i to w pierwszej dziesiątce. Uliew i Riezancew nienawidzili jej szczerze, lecz nie za zdradę, tylko za to, że okazała się od nich lepsza.
Aleksander Jakow Riezancew był niegdysiejszym zastępcą szefa Federalnej Służby Ochrony (FSO), jednej z najbardziej tajemniczych rosyjskich służb specjalnych, od lat broniącej życia i prywatności zwanego nieoficjalnie carem Rosji Władimira Putina.
FSO, podobnie jak większość rosyjskich służb, wywodziła się ze Związku Radzieckiego. Wówczas najważniejszych członków partii komunistycznej i ich rodziny ochraniało dziesięć tysięcy agentów tak zwanej dziewiątki, czyli Dziewiątego Zarządu KGB. Do ich zadań, poza dbaniem o bezpieczeństwo ludzi, należało również zabezpieczanie budynków państwowych, instalacji nuklearnych, parku samochodowego oraz wizyt zagranicznych dygnitarzy. Po pierestrojce służba ta rozrosła się do nawet dwudziestu tysięcy funkcjonariuszy.
Najważniejszym jej celem wbrew pozorom nie była ochrona osobista rosyjskich notabli. FSO pod tym pretekstem nadzoruje rosyjskie elity polityczne i sprawdza ich lojalność. Jej oczy bacznie przyglądają się państwowym koncernom strategicznym. Dzień i noc strzegą dobra głowy państwa, członków rządu, gubernatorów i najwyższych patriarchów Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. FSO ma pod opieką także najważniejsze obiekty, takie jak siedziba Dumy czy Kreml oraz garaże specjalnego przeznaczenia, w których znajduje się grubo ponad sto samochodów dla najważniejszych dygnitarzy z Kremla. W kompetencjach i uprawnieniach oficerów FSO leży też prowadzenie własnych śledztw, pełna inwigilacja, a nawet aresztowanie i przesłuchiwanie podejrzanych bez zgody sądu.
W tej elicie mieści się też superelita, która chroni bezpośrednio kremlowskie korytarze. To liczący pięć tysięcy osób Prezydencki Regiment, w skład którego wchodzą najlepsi z najlepszych funkcjonariuszy. Wymagania, by dostać się do tej jednostki, są drakońskie. Każdy kandydat musi mieć co najmniej metr dziewięćdziesiąt wzrostu i zaliczyć test sprawnościowy oraz specjalne psychotesty, a ponadto wykazać się znajomością języka angielskiego. Właśnie z tej grupy Riezancew wybrał dziesięciu ludzi, którzy teraz pracowali dla niego i Uliewa. Ci zawodowcy kończyli jedną najbardziej renomowanych szkół. Jedyną w swoim rodzaju szkołę FSO. Nauka tam trwa pięć lat, a w tym czasie słuchacze nie tylko poznają zasady ochrony VIP-ów czy sprawdzania pomieszczeń, dodatkowo uczą się prowadzenia samochodu w warunkach ekstremalnych, strzelania do celu z pędzącego po oblodzonej drodze auta, walki wręcz oraz technik przesłuchań. A to tylko niewielka cząstka programu nauczania w ich szkole.
Riezancew, mimo że dość długo pracował jako zastępca szefa FSO, nie był ogólnie znany, gdyż dbał o swoją prywatność. Dlatego w środowisku nazywano go wręcz człowiekiem bez twarzy, a w najbliższym kręgu nosił przydomek Stakan. Słowo to oznacza po rosyjsku szklankę. Na Riezancewa zaś tak mówiono, ponieważ starał się być jak szklanka, wręcz przezroczysty, w trakcie wszelkich oficjalnych działań związanych z ochroną ważnych rosyjskich polityków. A poza tym, gdy za dużo wypił, to zjadał szklankę. Był to jego popisowy numer na wszelkich libacjach.
Pod skrzydła Uliewa Stakan trafił po wpadce, czy jak sam mówił, incydencie, który pozwala zrozumieć, jak pracował on i jego oficerowie. W 2007 roku ówczesny zastępca szefa dziewiątki i jego ludzie ubezpieczali wizytę jakiegoś prezydenta obcego mocarstwa w Petersburgu. Kiedy konwój z dygnitarzami jechał ulicami miasta, snajper FSO obsadzający dachy na trasie przejazdu zwrócił uwagę Riezancewa na okno w jednym z domów. Riezancew spojrzał przez lornetkę i zobaczył mężczyznę, który potrząsał jakimś przedmiotem. Dowódca, przestraszony, że może to być detonator, rozkazał swoim ludziom wejść do domu i zlikwidować podejrzanego osobnika. W ciągu trzech minut agenci pojawili się pod mieszkaniem, wyłamali drzwi, a kiedy weszli do środka i zabili człowieka z miejsca, okazało się, że rzekomy napastnik trzymał w ręce pilota i wymachiwał nim, zmieniając kanały w telewizji. Służba Riezancewa, podobnie jak jego podwładnych, zakończyła się po tym szybkim przeniesieniem do rezerwy, a tu już czekał na niego z otwartymi ramionami Uliew. Miał błogosławieństwo ludzi z Kremla, by ich przejąć, a sam Stakan świetnie się odnalazł jako prawa ręka generała. Uliew potrzebował kogoś takiego, brutalnego, lojalnego i bez hamulców.
– Kurwa, mówiłem, żeby… – Potężna eksplozja zagłuszyła słowa, a pękające szyby przerwały w pół zdania Radkowi, który zasłonił się przed pokruszonym szkłem.
– Mówiłeś, a mimo to przyjechałeś – odparła Anaba.
– Przyjechałem po ciebie! Miałaś się nie ruszać ze Lwowa! Cholera jasna! Prosiłem cię, nie jedź do Kijowa. Przecież Miron przyjeżdżał do ciebie i też cię o to prosił. To nie! Panienka Anaba musiała postawić na swoim! No i gdzie on teraz jest i gdzie jest Rusinek? Szlag by to trafił! Zachciało im się wojaczki! – nakręcał się coraz bardziej Radek.
– Są w Hostomelu przy lotnisku, teraz ruskie orki próbują je zająć – zakomunikowała nadzwyczaj spokojnie Anaba, nie przestając w tym czasie pakować torby sanitarnej.
– No ja pierdolę! – wyrwało się Sztylcowi, który dzień wcześniej rozmawiał z Ałłą właśnie o tym kierunku i prawdopodobnej agresji ruskich jednostek na port lotniczy Hostomel, znany również jako lotnisko Gostomel lub lotnisko Antonowa. Port położony był na północny zachód od Kijowa. Sztylc wiedział, iż to jedno z trzech międzynarodowych lotnisk znajdujących się na terenie obwodu kijowskiego, obok portów lotniczych Kijów-Boryspol i Kijów-Żulany.
Od południa lotnisko Hostomel otacza międzynarodowa trasa samochodowa M07 (E373) łącząca zachodnią granicę państwa z Kijowem. Od północny droga T1011, która łączy się następnie z M07. Na wschód od lotniska przepływa z kolei rzeka Irpień, wzdłuż której w latach trzydziestych dwudziestego wieku wybudowana została linia obrony składająca się z umocnień stałych, polowych oraz przeszkód inżynieryjnych, mająca chronić zachodnią granicę ZSRR.
Port lotniczy był bardzo dobrze skomunikowany ze stolicą, co w razie ataku Rosjan ułatwiało Ukraińcom wysłanie szybkiej pomocy wojskowej. Niestety działało to też w drugą stronę. Rosjanie po opanowaniu lotniska przez wojska desantowe mogli również ruszyć z szybkim atakiem na Kijów. Ponadto zarówno po zachodniej, jak i po wschodniej stronie lotniska znajdowały się tereny zalesione, doskonale nadające się do ukrycia wyrzutni obrony przeciwlotniczej i oddziałów zmechanizowanych. Obiekt został wybudowany w 1959 roku i był wykorzystywany do celów militarnych. Od 1989 roku część kompleksu lotniczego Antonowa stała się lotniskiem typu cargo. W czasach Związku Radzieckiego w miejscu tym budowano superciężkie samoloty wojskowe An-123 „Rusłan”. Oznaczało to, że pas startowy lotniska mógł przyjąć maszyny o dowolnej wielkości. W przeciwieństwie do portu lotniczego Kijów.
Radek doskonale pamiętał, że Hostomel znajduje się po lewej stronie Dniepru. Po tej samej stronie rzeki w Kijowie mieszczą się siedziby najważniejszych instytucji państwowych, między innymi Biuro Prezydenta Ukrainy, Najwyższa Rada Ukrainy czy Ministerstwo Obrony Narodowej. Gdyby Rosjanom udało się opanować port, ich wojska nie musiałyby zdobywać mostów ani forsować Dniepru, żeby zdobyć Kijów.
– Co ty robisz? – nieoczekiwanie zainteresował się Radek.
– Jak to co? Pakuję torbę sanitarną, chłopaki będą potrzebować ratownika medycznego – odparła bez zawahania Anaba.
– Tobie, córka, całkiem się na łeb rzuciło! Nigdzie nie pojedziesz! Zresztą nie przepuszczą was przez posterunki – stwierdził stanowczo, choć już spokojniej Sztylc.
– Pojadę, tato, mam dwadzieścia lat, nie możesz mi zakazać. Jestem od… – Kolejny wybuch wstrząsnął restauracją, tym razem na szczęście słabszy od przedniego.
Na salę weszła Katarina, ubrana w wojskowy uniform z dystynkcjami młodszego podporucznika oraz dużym plecakiem wiszącym na prawym ramieniu. Dziewczyna od roku służyła jako ochotniczka na stanowisku ratownika medycznego w niewielkim oddziale Gwardii Narodowej wchodzącym w skład 4. Brygady, w której też służył Miron.
– Mam przepustkę, przepuszczą nas – oświadczyła z nieznacznym uśmiechem.
– Ja pierdolę – stęknął zrezygnowany Sztylc, ciężko siadając na barowym krześle.
Katarina Szewczuk od dwóch lat był dziewczyną Rusinka. Poznali się właśnie w tej restauracji, zwanej Lwowska Bułka. Kawiarnia znajdowała się w ścisłym centrum Kijowa: przy przystanku metra na ulicy Mykoły Łysenki, niedaleko Złotej Bramy.
Lokal wchodził w skład małej ukraińskiej sieci serwującej rogaliki na słodko i wytrwanie. Radek kupił w niej udziały, a Piotrek nadzorował je z pozycji Lwowa.
Pewnego dnia Piotr był właśnie na kontroli w restauracji, kiedy do lokalu weszło pięciu nacjonalistów ukraińskich i słysząc polski język, zaczęli sobie robić niewybredne żarty. Nie podejrzewali, że Rusinek, mieszkający dobre dwa lata we Lwowie, wszystko rozumie. I na żartach pewnie by się skończyło, gdyby Piotrek odpuścił. Niestety nie odpuścił. Teraz już nikt nie pamiętał, czy to była irytacja spowodowana zmęczeniem, czy nawałem pracy. A może chciał zaimponować Katarinie, która z miejsca wpadła mu w oko. W każdym razie zaczął się odcinać i od słowa do słowa doszło do rękoczynów. W trakcie krótkiej bijatyki Piotrek zdążył pobić dwóch typów i nawet nieźle mu szło z kolejnymi, do momentu, gdy Katarina wpadła między nich z gazem pieprzowym, waląc po oczach wszystkich, włącznie z Rusinkiem. Całą akcję zakończył Miron, który wparował do lokalu, tłukąc, gdzie się dało, pozostałą trójkę i wyzywając po ukraińsku od głupich chujów. To nie zmieniło faktu, że Rusinek zaimponował kobiecie. I tak już z nim została. Z Polakiem o – jak sama mawiała – „krwi gorętszej od lawy”.
– Czym wy tam chcecie jechać? Autobusem podmiejskim? – wtrącił Sztylc z rezygnacją w głosie, w międzyczasie zakładając swoją skórzaną kurtkę.
– No mam starą Ładę – odrzekła Katarina.
– Pojedziemy moim! – zakomenderował zatem Radek tonem nieznoszącym sprzeciwu. – W samo piekło. Kurwa mać! – To ostanie przekleństwo mruknął już tylko i ruszył ku drzwiom. – Ja pierdolę, chyba jestem nienormalny…
– To dobrze! Ojciec ma bzika na punkcie bezpieczeństwa, dlatego jego samochód jest dopancerzony – wyjaśniła Katarinie Anaba, kiedy Sztylc już wyszedł z lokalu.
Radek po chwili siedział w swoim SUV-ie, którym przedwczoraj przyjechał do Kijowa. Powody przyjazdu tu miał trzy. Raz, chciał zobaczyć restaurację, w którą Piotrek zainwestował dobre dwa lata temu pieniądze Radka i o dziwo prowadził ją bez zarzutu. Dwa, jego córka Anaba, będąc na drugim roku studiów, wzięła dziekankę i dwa miesiące temu pojechała do Kijowa. Radkowi oznajmiła to tylko krótkim SMS-em, gdy on przebywał akurat biznesowo we Francji.
Sztylc wiedział, że Anaba jest zakochana w Mironie Drahomanowie. Powodem trzecim było spotkanie z Oksaną Skoropadski vel Ałłą Kiryłłową, z którą wczoraj spędził wspólnie wieczór i noc.
Radek znał Mirona od 2011 roku. Dziewiętnastoletni wówczas chłopak przyjechał do Polski, wypchnięty na emigrację przez ciężką sytuację rodziny w Doniecku, z którego pochodził. Wyróżniał się strzelistą sylwetką, jasnymi włosami i twardo zarysowanymi mięśniami, a jego uroda szybko przyciągnęła uwagę młodszych dziewcząt z okolic Bończy. Był wtedy chłopakiem szukającym jednocześnie pracy i dachu nad głową, który podjął studia w Zamościu, wiedząc, że bez dodatkowego zarobku nie utrzyma się na powierzchni. Pracując u Radka w Bończy, poznał młodą wówczas Anabę i po mniej więcej trzech latach między nimi pojawiło się coś więcej niż zwykła bliskość. Teraz Miron od roku służył w ukraińskiej armii.
Będąc już w samochodzie, Radek wbił koordynaty do nawigacji. Około trzydziestu kilometrów dzieliło restaurację od niewielkiej dzielnicy mieszkaniowej Kijowa, w której znajdowało się lotnisko.
– Szybciej – ponaglał dziewczyny Radek przez otwarte okno swojego mercedesa.
– Tato, ale co ty się tak denerwujesz? – podpuszczała go Anaba.
– Ja? – odparł Sztylc, ruszając z piskiem opon. – Ja się, kurwa, wcale nie denerwuję! – wydusił przez zaciśnięte zęby, wjeżdżając na ulicę Sichowych Stryłców.
– Spokojnie…
– Przecież ja, kurwa, jestem spokojny! Jestem wręcz jebaną oazą spokoju! Pierdolonym kwiatem lotosu, Jezusową miłością i dobrocią. Powiedziałbym, że mam w sobie spokój całego pierdolonego klasztoru medytujących tybetańskich mnichów.
– Aha, jasne, faktycznie się nie denerwujesz! Tato! To nie pomaga! I miałeś tyle nie przeklinać, obiecałeś.
– Nie no, córka, a czym ja mam się denerwować. No niby czym? Jadę se, kurwa, bez broni miękkim autem na linię frontu wśród napierdalających o ziemię ruskich rakiet! Istna idylla! Kurwa, wycieczka krajoznawcza po przedmieściach Kijowa. Najpierw skoczymy sobie na lotnisko. A co potem? Zoo czy wypad na lody?
– À propos broni – przerwała monolog Radka Katarina, grzebiąc w swoim wielkim plecaku, by po chwili wyjąć dwa pistolety i podać jeden przez ramię Radkowi. Był to Glock-17.
– Skąd ty to masz! – prawie krzyknął Sztylc. I mimo początkowego zaskoczenia skwapliwie ułożył sobie pistolet między kolanami. – Załadowany? – spytał już spokojniej, jakby pistolet był smoczkiem, którego potrzebował akurat wrzeszczący dzieciak w wózku.
Terenówka mknęła przez miasto ponad sto kilometrów na godzinę, łamiąc wszelkie przepisy drogowe. W mieście cały czas było słychać ryk syren. Mercedes co raz mijał karetki, wozy strażackie i policyjne, wszystkie pędziły na sygnale w różne strony miasta.
Jechali ulicą Jurija Ilienki. Po prawej minęli Instytut Medyczny, a po pięciu minutach mknęli już Wielką Obwodnicą Kijowską.
Sztylcowi przemknęło przez myśl to, co wczoraj powiedziała mu Ałła w hotelu…
– „Bój się i oczekuj najgorszego” – zacytowała, wstając nago z łóżka. – Taki komunikat ukazał się czternastego stycznia na stronie naszego MSZ. Autorami wpisu byli ruscy hakerzy z grupy „Turla”, którzy włamali się na naszą stronę.
– Spodziewacie się agresji? – spytał Radek.
– Tak i to na dniach, wszyscy są w gotowości. Ruscy chcą przejąć władzę w Kijowie i doprowadzić do zamachu stanu.
Kobieta, dobrze po czterdziestce, w rzeczywistości wyglądała na dziesięć lat mniej. Jej piersi i pośladki były wciąż jędrne, a na twarzy nie było widać ani jednej zmarszczki. Ałła była nadal olśniewająco piękna.
– Czyli ten amerykański think tank, który przewidział atak i opisał w artykule prawdopodobne uderzenie na Ukrainę, miał informacje z pierwszej ręki. Niech zgadnę. Informacje mają od was – stwierdził Radek.
– Tak – zgodziła się jego kochanka. – To prawda. A my mamy informacje od naszej agentury bezpośrednio z Rosji. Będą atakować lotniska, bardzo możliwe, że wszystkie w okolicy Kijowa, no i oczywiście sam Kijów.
– Nie dziwię się, skoro chcą urządzić błyskawiczny zamach stanu w waszej stolicy, to pewnie wykorzystają swoje WDW.
– Niegłupi jesteś, Radku – uśmiechnęła się ironicznie Ałła. – Nasze informacje faktycznie potwierdzają takie plany. Rosjanie najpierw zaatakują Boryspol i Hostomel, bo są po prawej stronie Dniepru. Jak pewnie wiesz, po tej samej stronie rzeki w Kijowie znajdują się siedziby najważniejszych instytucji państwowych. Gdyby ruskim udało się opanować port w Hostomelu, ich wojska nie musiałyby zdobywać mostów ani forsować Dniepru, żeby zdobyć Kijów.
– Wiem. A czy wy już wiecie, które jednostki rosyjskie są przygotowywane do ataku?
– Tak, to też nam się udało ustalić. To rosyjska Jedenasta Samodzielna Gwardyjska Brygada Desantowo-Szturmowa oraz Trzydziesta Pierwsza Samodzielna Gwardyjska Brygada Desantowo-Szturmowa.
Radek, służący niegdyś w rozpoznaniu, a potem w WSI, doskonale znał taktykę rosyjskich wojsk, jak również ich strukturę. Był to nieodzowny element szkolenia dla żołnierza rozpoznania, a potem oficera kontrwywiadu WSI. Rosjanie przynajmniej w tamtych czasach mieli naprawdę dobre wojska powietrznodesantowe – to było oczko w ich głowie. Odgrywały kluczową rolę w rosyjskiej i wcześniej radzieckiej myśli wojskowej od lat osiemdziesiątych XX wieku.
Wówczas dowództwo wojskowe ZSRR zaczęło koncentrować się na przygotowaniu do wojny konwencjonalnej z NATO, traktując uderzenia nuklearne jako ewentualne uzupełnienie rajdów pancerno-zmechanizowanych. Skutkiem tego był duży nacisk na rozwój wyposażenia, rozbudowę struktur i szkolenie tego rodzaju wojsk. W czasie interwencji w Afganistanie formacje desantowo-szturmowe brały udział w ofensywie w dolinie Pandższiru w 1982 i 1984 roku oraz tworzyły pozycje blokujące na strategicznej przełęczy Andżuman. W czasie drugiej wojny w Czeczenii w 2000 roku 6. kompania 104. gwardyjskiego desantowo-szturmowego pułku 76. gwardyjskiej dywizji wzięła udział w bitwie o wzgórze 776, w której zginęło osiemdziesięciu czterech z dziewięćdziesięciu rosyjskich żołnierzy. Do dzisiaj wydarzenie to określane jest mianem kaukaskich Termopil i uroczyście upamiętniane z udziałem najwyższych władz państwowych. Czy dalej Rosjanie byli tak dobrze wyszkoleni? Tego Sztylc już nie wiedział…
– Od kilku dni wzmacniamy obronę Kijowa – kontynuowała Ałła, odgarniając sobie niepokorny kosmyk włosów z czoła. – W okolicach stolicy zgromadziliśmy prawie pięć brygad. Główną siłę stanowi Siedemdziesiąta Druga Brygada Zmechanizowana, której bataliony rozlokowane zostały w samej stolicy i jej okolicach po obu stronach Dniepru.
– To na blokadę – wtrącił Radek.
– Tak – zgodziła się Ałła. – Będą blokować ruskich na kierunku północno-zachodnim. W rejonie dzielnicy Obołoń oraz na kierunku północno-wschodnim w rejonie miejscowości Browary.
– Jaki skład ma ta jednostka? – spytał Sztylc.
– A co ty, do służby wróciłeś, że tak wypytujesz? – zaczepiła go Oksana.
Pułkownik Radosław Sztylc zaśmiał się spazmatycznie i szczerze.
– Nawet przy dużych chęciach z mojej strony, to i tak nie ma dla kogo. Polityczne kurwy rozpieprzyły polskie służby w drobny pył. Ponadto takich jak ja, „bandytów”, nie biorą – skwitował i zarechotał ponownie. – To bardziej zboczenie zawodowe i z ciekawości pytam. Jeśli nie chcesz, to nie mów.
Ałła znała historię Sztylca, więc tylko się uśmiechnęła.
– Brygada składała się z trzech batalionów zmechanizowanych, batalionu piechoty zmotoryzowanej, batalionu czołgów, a dodatkowo z brygadowej grupy artylerii i pomniejszych kompanii tyłowych – wyrecytowała.
– Widzę, że taka wzmocniona ta brygada – zauważył Sztylc, polewając wódkę do szklanek.
– A i owszem – uśmiechnęła się Oksana, biorąc w dłoń napełnione szkło. – Łącznie posiadała czterdzieści czołgów, siedemdziesiąt wyrzutni rakietowych i haubic oraz około stu transporterów.
– To chyba zbyt mało, by bronić Kijowa?
– Spokojnie. W okolicach naszej stolicy są ponadto: Trzydziesta Brygada Zmechanizowana, Sto Dwunasta Brygada Obrony Terytorialnej, Sto Czternasta Brygada Obrony Terytorialnej oraz Czwarta Lekka Brygada Szybkiego Reagowania Gwardii Narodowej i siły specjalne.
– Tam służy Miron, a Rusinek szkoli waszych żołnierzy – wtrącił się Radek.
– Tak, Radku, oni obecnie stacjonują w okolicach lotniska Hostomel.
Sztylc rozmawiał swego czasu z Rusinkiem, który mówił o tej innowacyjnej jednostce, sformowanej w 2015 roku. 4. Lekka Brygada była rewolucyjnym projektem Sił Zbrojnych Ukrainy. Miała formę wzmocnionej brygady lekkiej piechoty, zdolnej do szybkiej reakcji, wyposażonej dodatkowo w czołgi, artylerię, drony oraz dość spore komponenty: rozpoznawczy, łączności i logistyki. Brygadę podporządkowano bezpośrednio dowództwu Gwardii Narodowej. Od samego początku jednostka powstawała według wzorców natowskich. W sztabie każdego batalionu zasiadała zwiększona liczba oficerów. Szkoleniem zajmowali się żołnierze Gwardii Narodowej USA i Sił Obrony Izraela.
No i oczywiście Piotr Rusinek. Jakby nie miał co, kurwa, robić w życiu, tylko do wojaczki się brać – pomyślał lekko tym faktem wkurwiony Radek.
– Dobór do tej jednostki był naprawdę szczególny. – Oksana wyrwała Sztylca z zamyślenia. – Ludzi pozyskiwano według kryteriów takich jak doświadczenie w operacji antyterrorystycznej ATO2. – Przerwała na chwilę, sięgnęła do paczki papierosów, by wyciągnąć jednego i odpalić. Po chwili kłąb dymu wyleciał z jej ust. – Udział w szkoleniach organizowanych przez NATO, znajomość języka angielskiego oraz akceptacja warunków służby podobnych do szeregowych i sierżantów.
– Nie pal – zabronił jej odruchowo Radek tonem, który wyrażał troskę.
– Odwal się. – Ałła vel Oksana zaśmiała się mimo wszystko ciepło i ponownie zaciągnęła, mimo że w hotelu panował całkowity zakaz palenia. Ale jej zawsze było wolno więcej niż innym. – Znam ten hotel lepiej niż własne mieszkanie – dodała, nadal z uśmiechem.
Radek odwzajemnił ten uśmiech, nie odrywając wzroku od swojej rozebranej rozmówczyni.
– Tu, na Placu Świętego Michała, znajdowały się zarówno ukraińskie MSZ, jak i Hotel Intercontinental, w którego wnętrzach zwykliśmy przyjmować wysoko postawionych gości. W marmurowym holu tego przybytku spędziłam wiele godzin na bezruchu i obserwacji. Czekanie nie jest wyłącznym zajęciem kierowców, stanowi również część dyplomatycznego rzemiosła, wpisaną w codzienność ludzi przyzwyczajonych do ciszy, spojrzeń i upływu czasu.
– Czekanie na co?
– Czekanie, aż konferencje się skończą, aż prezydent opuści swój pokój hotelowy lub jego samolot w końcu wystartuje.
– Trzeba coś zjeść, ślicznotko. Z tym nie czekajmy. Zamówiłem kolację. – Radek zmienił temat, powoli wkładając ubranie.
Sztylc też zatrzymał się w Intercontinentalu, w samym centrum zasypanego śniegiem Kijowa. Miasta, które nawet zimą pulsowało napięciem i emanowało dostojeństwem. W tej porze roku biel przykrywała emocjonalne natężenie przed oczekiwaną wojną. Ta zima była surowa, ostra jak brzytwa i zdawała się współgrać z losem ludzi, których los związał z tą ziemią.
Gmach hotelu, zbudowany w stylu neorenesansowym, stał się tymczasową twierdzą Sztylca przed życiem w ciągłym stresie. Luksusową enklawą ciszy i kontroli. Radek, były oficer polskich służb specjalnych, który odszedł, zanim wypaliły go cynizm i zdrady, teraz był człowiekiem majętnym, wpływowym, operującym pieniędzmi i informacją z tą samą precyzją, z jaką niegdyś obsługiwał broń krótką. Mógł wybrać dowolne miejsce na świecie. Los jednak wybrał za niego Kijów, bo tutaj dotarła jego córka Anaba. I tu była Oksana, która dla Radka pozostała chyba na zawsze Ałłą. Dwie kobiety, które w sumie kierowały jego życiem.
Wiedząc, jak subtelnie Ałła traktuje luksus, nie jako cel, lecz przestrzeń, w której nie musi walczyć o szacunek, Sztylc wynajął dla nich przestronny apartament, który bardziej przypominał rezydencję niż pokój hotelowy. Ciepłe światło wpadało do niego przez panoramiczne okna z widokiem na ośnieżone dachy, złote kopuły monasterów i linię Dniepru zamarzniętego gdzieś w oddali. Marmurowa łazienka pachniała cyprysem i świeżym drewnem, a miękki dywan tłumił każdy krok. Ściany zaś każde słowo. Tak jak należało w miejscu, w którym prowadzono rozmowy o treści nie zawsze przeznaczonej dla uszu osób trzecich.
Ałła zjawiła się tego wieczoru w hotelu ubrana w grafitowy płaszcz, który opinał jej zgrabną sylwetkę. Była drobna, lecz nie krucha. Cechowała ją uroda powściągliwa i hipnotyzująca zarazem, jak ikona, którą trzeba rozumieć, a nie tylko oglądać. Oficerka HUR, jedna z najwyżej postawionych kobiet w strukturach ukraińskiego wywiadu wojskowego, miała spojrzenie chłodne i przenikliwe, a jej ruchy zdradzały wewnętrzne napięcie. Takie, które znali tylko ci, których życie wymagało bezwzględnej samokontroli.
Czy Ałła kochała Radka? Tak. Choć nigdy nie usłyszał tego od niej wprost. Czuł to w jej obecności, w tym, jak odsuwała się o krok, by nie być zbyt blisko, i w tym, jak zawsze, nawet na niego wściekła, znajdowała dla niego czas.
Kolację zjedli w przeszklonym salonie na dachu hotelu. Zima rozciągała się za oknami. Śnieg wirował w smugach reflektorów, a światła miasta odbijały się w szybach niczym rozżarzone znaki nadziei. Stół nakryto dyskretnie: biały obrus, srebrna zastawa, delikatne szkło. W tle cicho rozbrzmiewała muzyka fortepianowa, a zapach świeżo wypiekanego chleba mieszał się z aromatem wyrafinowanej kuchni francuskiej. Comme Il Faut nie zawiodło. Na talerzach pojawiły się przegrzebki z musem z selera, pieczony gołąb z sosem z czerwonego wina, zaś na deser parfait z lawendą i miodem z Karpat.
Radek nie odzywał się przez dłuższy czas. Patrzył na Ałłę, która jadła spokojnie, z taką samą godnością, z jaką milczała przy stołach negocjacyjnych. Pomiędzy nimi nie panowała pustka. Dochodziło raczej do zderzenia dwóch równorzędnych sił, które się szanują. Żadna ze stron nie chciała jednak zrobić kolejnego kroku, z powodów zależnych nie tylko od nich. Mimo że Radek nie był już związany ze służbami, w relacji z Ałłą jego przeszłość wciąż ciążyła jak cień, którego nie sposób strząsnąć. Jeszcze silniej odciskała się przyszłość, ponieważ Ałła nadal służyła w ukraińskim wywiadzie, zajmując stanowisko bynajmniej nie drugoplanowe. Ta nierównowaga sprawiała, że ich prywatna więź była, delikatnie mówiąc, skomplikowana. Żadne nie chciało jej zakończyć, żadne też nie miało odwagi pchnąć jej naprzód wbrew rozsądkowi. I w tym układzie jedli kolację w jednym z najlepszych hoteli Kijowa, dzieląc stół, ciszę i myśli, których nie należało wypowiadać.
Mimo takich problemów ten wieczór spędzali razem w zimowym Kijowie. Nad ich głowami zawisła cisza. Oboje nie nazywali uczuć na głos, wiedzieli bowiem doskonale, że tylko to, co nienazwane, może przetrwać w świecie, gdzie wszystko inne bywa zdradliwe.
Sztylc nie planował tego spotkania. Tak naprawdę od pewnej feralnej nocy na Mazurach nie rozmawiali ani razu. Kilka lat milczenia, ciężkiego, pełnego dumy i bólu, którego żadne z nich nie potrafiło przełamać. Aż do momentu, gdy jego córka Anaba wyjechała do Lwowa. Wtedy Radek, działając bardziej instynktownie niż rozważnie, wysłał krótką wiadomość do pułkownik Ałły Kiryłłowej, znanej również pod obecnym nazwiskiem Oksana Skoropadski.
Prosił, by miała oko na Anabę, nie liczył na odpowiedź. Nie po tym wszystkim, co między nimi zaszło. Tymczasem wiadomość przyszła szybciej, niż się spodziewał. Zwięzła, prosta, uderzająca w samo serce.
„Brakuje mi Ciebie, Lachu”.
Od tamtej chwili znów zaczęli rozmawiać. Najpierw ostrożnie, niemal zawodowo. Krótkie wiadomości, sporadyczne rozmowy przez szyfrowane łącza. Z upływem czasu coś się zmieniło, milczenie przestało ciążyć, a każde kolejne słowo zaczęło odbudowywać most, który kiedyś sami spalili.
Podczas kolacji więcej na siebie patrzyli i się uśmiechali, niż jedli i mówili, a te długie chwile milczenia były gęste, nasycone wszystkim, czego nie potrafili lub nie chcieli już wypowiedzieć. Wracając natomiast do hotelowego apartamentu, szli obok siebie również w ciszy, jak dwie równoległe linie, które wreszcie miały się przeciąć.
Zaledwie zamknęły się za nimi drzwi, bez słów, bez zbędnych rytuałów rozebrali się i rzucili na łóżko, traktując seks przed kolacją jako lekki aperitif, podany przed posiłkiem w celu pobudzenia apetytu. Celem zaś było tylko przygotowanie podniebienia na nadchodzącą ucztę. Oboje próbowali nadrobić trzy lata rozłąki tą jedną chwilą. Sztylc całował Ałłę gwałtownie, niemal zachłannie, jak człowiek, który przez długi czas odmawiał sobie czegoś, czego pragnął najbardziej. Pieścił, niemal smakował jej ciało z uwagą i pasją, niczym rzadki przysmak, starannie przygotowane danie, którego smak chciał zapamiętać na zawsze. Ona nie tylko nie protestowała, lecz poszła za swoim instynktem bez cienia wahania. Odpowiadając z tą samą siłą, z tym samym głodem. Niemal walcząc o inicjatywę.
Nie było między nimi żadnych nie, żadnych granic. To nie był seks, to była fizyczna kulminacja wszystkiego, co przez lata w sobie tłumili. Tęsknoty, żalu, gniewu i miłości. Przez godzinę ich ciała mówiły więcej niż jakiekolwiek słowa. W końcu, wyczerpani, bez tchu, zapadli się razem w ciszę, tym razem już inną, ciepłą, czułą i wypełnioną obecnością.
– Zabierz córkę do Polski – zaproponowała Ałła, siadając na brzegu łóżka. Jej głos był spokojny, tylko oczy, ciemne, zamglone i zmęczone, zdradzały powrót do spraw codziennych.
Przez chwilę Radek nie zareagował, leżał z zamkniętymi oczami, rozciągnięty na nieuporządkowanej pościeli. Spocone ciało błyszczało w półmroku pokoju, gdzie tylko przyćmione lampki przy łóżku rzucały ciepłe, bursztynowe światło na ściany. Z sufitu zwisała lekka żyrandolowa konstrukcja, teraz wyłączona i martwa, a za zasłoniętymi kotarami słychać było odległe dudnienie miasta. W końcu Radża otworzył powoli oczy, jakby wybudzony ze snu, którego nie chciał zakończyć. Zmarszczył brwi, podciągnął się na łokciu.
– Nie uwierzysz… – parsknął nerwowo – …jak Anaba jest zakochana w Mironie. Po uszy! – Skrzywił usta w gorzkim półuśmiechu.
– A ty? – zapytała Ałła miękko, mrużąc powieki. Głos miała z pozoru obojętny, ale palce zacisnęła na krawędzi prześcieradła, aż zbielały jej kostki. Radek udał, że tego nie widzi.
– Ja? Ja Mirona nie kocham – odparł i zaśmiał się krótko, z wyraźną intencją ucieczki od tematu rozmowy. Wstał z łóżka, nie przejmując się swoją nagością. Sztylc był grubo po pięćdziesiątce, ale jego sylwetka wciąż wyglądała jak wyciosana w zapaśniczym treningu. Mięśnie miał twarde, gęste i funkcjonalne. Takie, które nie służą do pozowania w lustrze, tylko dźwigania, duszenia i wychodzenia cało z bójek, z których inni wynoszą jedynie zęby w kieszeni. Ruszał się z oszczędną pewnością człowieka, który swoje już przeżył, a mimo to potrafiłby zawstydzić kondycją niejednego dwudziestolatka. To nie było ciało z siłowni i kolorowych magazynów, tylko narzędzie stworzone do walki i przetrwania.
Podszedł do małego stolika pod ścianą, gdzie w metalowym wiaderku wokół butelki wódki topniał lód. Ściany pokoju ozdabiały, blade w tym świetle, obrazy. W powietrzu unosiła się mieszanka zapachu potu i alkoholu, a przez szpary w kotarach wpadało światło nocnego miasta spowitego zimą.
Radek nalał do dwóch szklanek zimną wódkę, której skropliny spływały po przezroczystym szkle, tworząc małe kałuże na drewnianym blacie.
– Dobrze wyglądasz, pułkowniku, jak na swoje pięć dekad – oceniła Oksana, opierając się łokciem o materac. W jej spojrzeniu czaiło się nieco ironii pomieszanej z autentycznym podziwem.
– To tylko skorupa – rzucił bez uśmiechu. – Skorupa, która niedługo się posypie.
– W środku też skorupa? Nie sądzę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. WDW (Wozduszno-diesantnyje wojska) – Wojska Powietrznodesantowe Federacji Rosyjskiej. [wróć]
2. ATO (ukr. Antiterorystyczna operacija) to oficjalna nazwa działań zbrojnych prowadzonych przez władze ukraińskie w latach 2014–2018 przeciwko prorosyjskim separatystom oraz wspierającym ich wojskom rosyjskim na wschodzie Ukrainy, w obwodach donieckim i ługańskim. [wróć]
