Język rzeczy. W jaki sposób przedmioty nas uwodzą? - Deyan Sudjic - ebook
Opis

Czemu wymarzony komputer po dwóch latach wydaje się nam bezużytecznym, tandetnym złomem? Z jakiego powodu niektóre przedmioty stają się fetyszami, a inne archetypami? Co dziś jest prawdziwym luksusem: posiadanie pewnych rzeczy czy raczej rezygnacja z nich? Dlaczego dajemy się wciągać w obłędny trans konsumpcji? Na te, a także wiele innych pytań, odpowiada Deyan Sudjic. Odwołując się do konkretnych przykładów z historii i współczesności (komputer Apple, pistolet Walther PPK, krzesło Aeron), pokazuje, że dizajn to swoisty język, który podlega ewolucji i który warto nauczyć się czytać. Dzięki temu będziemy mogli lepiej zrozumieć otaczający nas świat i staniemy się bardziej świadomymi odbiorcami, a może nawet uda nam się uniknąć niektórych pułapek konsumpcjonizmu. Wciągający, błyskotliwy esej, który zmienia spojrzenie na wiele rzeczy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 204

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



Roz­dział pierw­szy

Ję­zyk

Za­cznij­my od przed­mio­tu znaj­du­ją­ce­go się pod ręką. Lap­top, na któ­rym pi­szę te sło­wa, ku­pi­łem na lot­ni­sku w skle­pie sie­ci Di­xons. Tyl­ko mnie moż­na wi­nić za jego wy­bór. I na­wet to, co Ber­ger na­zy­wa re­kla­mą, nie mia­ło na mnie wpły­wu. Nie­któ­re skle­py są za­pro­jek­to­wa­ne tak, by uwo­dzić swo­ich klien­tów. Inne po­zwa­la­ją im sa­mo­dziel­nie pod­jąć de­cy­zję.

Dior i Pra­da za­trud­nia­ją lau­re­atów Na­gro­dy Pritz­ke­ra do pro­jek­to­wa­nia skle­pów o roz­ma­chu sal ope­ro­wych, ma­ją­cych wpra­wić klien­tów w eks­ta­tycz­ny trans kon­sump­cjo­ni­zmu. Di­xons tego nie robi. Zwy­czaj­ny tani sklep z elek­tro­ni­ką na He­ath­row nie jest miej­scem uwo­dze­nia, ukry­te­go lub jaw­ne­go, cha­rak­te­ry­stycz­ne­go dla bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­nych form sprze­da­ży. Nie pa­mię­tam też, by Di­xons kie­dy­kol­wiek się re­kla­mo­wał, za­chę­ca­jąc mnie do od­wie­dzin, na­wet je­śli ro­bią to fir­my, któ­rych pro­duk­ty sprze­da­je. Lot­ni­sko to nie miej­sce i nie czas na uwo­dze­nie i hip­no­zę ani też na sub­tel­no­ści czy iro­nię. Od­by­wa­ją­ce się tu trans­ak­cje na­le­żą do naj­bar­dziej bru­tal­nych. Nie ma wy­staw skle­po­wych. Nie otwie­ra­ją przed tobą drzwi peł­ni god­no­ści męż­czyź­ni ze słu­chaw­ką w uchu i w ma­ry­nar­kach ze stój­ką. Nikt nie pa­ku­je two­ich za­ku­pów w spe­cjal­ny pa­pier ani nie wy­da­je resz­ty pach­ną­cy­mi świe­żo­ścią bank­no­ta­mi. Zwieść cię może tyl­ko na­tłok pię­trzą­cych się urzą­dzeń, sprze­da­wa­nych nie tak zno­wu ta­nio.

Gdy fale pa­sa­że­rów kla­sy eko­no­micz­nej wzbie­ra­ją i opa­da­ją w dro­dze na star­tu­ją­cy o siód­mej rano lot do Düs­sel­dor­fu, nie­któ­rzy z nich będą bu­szo­wać wśród apa­ra­tów cy­fro­wych i ko­mó­rek, a kil­ku in­nych weź­mie przej­ściów­kę do gniazd­ka elek­trycz­ne­go. Co ja­kiś czas któ­ryś wyj­mie kar­tę kre­dy­to­wą i kupi coś, ner­wo­wo wstu­ku­jąc kod PIN, w oba­wie, że spóź­ni się na sa­mo­lot. Tu­taj kon­sump­cja jest, jak się zda­je, naj­bar­dziej pod­sta­wo­wą z trans­ak­cji – odar­ta z ce­re­mo­nia­łu i kunsz­tu, zre­du­ko­wa­na do su­ro­wych pod­staw. Jed­nak na­wet na lot­ni­sku ku­po­wa­nie nie jest pro­stą, ra­cjo­nal­ną de­cy­zją. Ni­czym ak­tor po­zba­wio­ny ma­ki­ja­żu, łuku pro­sce­nium i ram­py, lap­top, któ­ry osta­tecz­nie prze­ko­nał mnie, że mu­szę go mieć, zro­bił to bez ni­czy­jej po­mo­cy.

Był to za­kup opar­ty na se­rii uwie­dzeń i ma­ni­pu­la­cji, któ­re za­cho­dzi­ły nie w fi­zycz­nej prze­strze­ni, ale wy­łącz­nie w mo­jej gło­wie. Po­jąć, jak lap­to­po­wi uda­ło się spra­wić, że za­pra­gną­łem go na tyle, żeby za nie­go za­pła­cić, to do­wie­dzieć się cze­goś o so­bie sa­mym i może tak­że co nie­co o roli, jaką di­zajn od­gry­wa we współ­cze­snym świe­cie. Z pew­no­ścią nie sku­pia­łem się na tym, że bę­dzie to już pią­ty taki kom­pu­ter, któ­ry ku­pi­łem w cią­gu ostat­nich ośmiu lat.

Za­nim do­tar­łem do kasy, na­wet je­śli o tym nie wie­dzia­łem, ze­sła­łem już mój sta­ry lap­top na ulicz­ną gieł­dę z elek­tro­ni­ką w La­gos, gdzie na han­del or­ga­na­mi idą zbęd­ne dys­ki twar­de. Mój mar­twy lap­top nie był jed­nak wy­two­rem ja­kiejś przed­po­to­po­wej tech­no­lo­gii. W swo­im naj­lep­szym cza­sie, w pierw­szych ty­go­dniach 2004 roku, wy­glą­dał na naj­bar­dziej po­żą­da­ny i prze­my­śla­ny wy­twór tech­no­lo­gii, ja­kie­go tyl­ko mo­głem za­pra­gnąć. Kom­pu­ter spro­wa­dzo­ny do es­te­tycz­nych nie­zbęd­ni­ków. Wy­star­cza­ją­co duży, by zmie­ścić peł­no­wy­mia­ro­wą kla­wia­tu­rę, od­zna­czał się wy­jąt­ko­wy­mi, oszczęd­nie ele­ganc­ki­mi pro­por­cja­mi sze­ro­ko­ści do głę­bo­ko­ści. Obu­do­wa i kla­wi­sze były bia­łe. Dio­da na za­trza­sku po­kry­wy mru­ga­ła od cza­su do cza­su, po­twier­dza­jąc, że chro­ni wspa­nia­ły mózg elek­tro­nicz­ny, na­wet je­śli wła­śnie się nim nie zaj­mo­wa­łeś. Po ob­ró­ce­niu moż­na było do­strzec żół­to­zie­lo­ne bły­ski świa­tła prze­bie­ga­ją­ce przez jego brzuch, in­for­mu­ją­ce do­kład­nie, ile ener­gii po­zo­sta­ło w li­to­wej ba­te­rii. Był to ko­lej­ny po­pis zdob­nic­twa z użyt­ko­wym uza­sad­nie­niem, ale po­ru­szał do­kład­nie tę stru­nę, któ­rą trze­ba – za­chłan­ną chęć po­sia­da­nia.

Pro­jek­tan­ci Ap­ple szyb­ko zro­zu­mie­li, że pierw­sze uru­cho­mie­nie kom­pu­te­ra musi być tak ła­twe jak zna­le­zie­nie włącz­ni­ka. Sta­li się tak samo wpraw­ni w kwe­stii wi­zu­al­nej zu­ży­wal­no­ści urzą­dzeń.

Gdy ku­pi­łem mo­je­go pierw­sze­go lap­to­pa w skle­pie Ap­ple w No­wym Jor­ku w 2003 roku, na­praw­dę wie­rzy­łem, że bę­dzie­my się ra­zem sta­rzeć. To mia­ła być in­we­sty­cja w moją przy­szłość, na­by­tek tak waż­ny, że star­czy na całe ży­cie. Do­sko­na­le zda­wa­łem so­bie spra­wę, że jest to przed­miot pro­du­ko­wa­ny w dzie­siąt­kach ty­się­cy eg­zem­pla­rzy. Mimo to wy­da­wa­ło mi się, że jest za­ku­pem tak oso­bi­stym i in­tym­nym jak gar­ni­tur szy­ty na mia­rę. Oka­za­ło się jed­nak, że to tyl­ko je­den z epi­zo­dów w pro­ce­sie przej­ścia Ap­ple od pro­duk­cji wy­po­sa­że­nia dla na­ukow­ców do nie-tak-znów-trwa­łych dóbr kon­sump­cyj­nych.

Ap­ple przy­jął za­ło­że­nie, że spo­so­bem na prze­trwa­nie w świe­cie zdo­mi­no­wa­nym przez pro­gra­my Bil­la Ga­te­sa i chiń­ski sprzęt bę­dzie wy­ko­rzy­sta­nie di­zaj­nu jako przy­nę­ty, któ­ra zmie­ni jego pro­duk­ty w upra­gnio­ne od­po­wied­ni­ki pro­duk­tów kon­ku­ren­cji. Sprze­da­dzą mniej urzą­dzeń, ale po­li­czą so­bie za nie wię­cej. Wy­ma­ga to nie­ustan­ne­go uwo­dze­nia. Fir­ma musi spra­wić, że więk­szość jej klien­tów bę­dzie na tyle spra­gnio­na no­wych pro­duk­tów, by co dwa lata wy­rzu­cać po­przed­nio na­by­te.

Po­mysł, że tak szyb­ko mógł­bym się po­zbyć cze­goś, co jesz­cze nie­daw­no zda­wa­ło się obie­cy­wać tak wie­le, uznał­bym daw­niej za nie­wia­ry­god­ne mar­no­traw­stwo. Jed­nak o tym wła­śnie ma­rzy­li pio­nie­rzy ame­ry­kań­skie­go mar­ke­tin­gu w la­tach trzy­dzie­stych ubie­głe­go wie­ku. Chcie­li za wszel­ką cenę prze­ko­nać świat, że zwięk­szo­na kon­sump­cja po­ko­na wiel­ki kry­zys. Ear­nest Elmo Cal­kins, pio­nier re­kla­my, ukuł po­ję­cie „in­ży­nie­rii kon­sump­cyj­nej”. W Con­su­mer En­gi­ne­ering: A New Tech­ni­que for Pro­spe­ri­ty [In­ży­nie­ria kon­sump­cyj­na: Nowa tech­ni­ka na rzecz do­bro­by­tu], wy­da­nej w 1932 roku, pi­sał, że „to­wa­ry dzie­lą się na dwie ka­te­go­rie: te, któ­rych uży­wa­my, ta­kie jak auta lub ma­szyn­ki do go­le­nia, oraz te, któ­re zu­ży­wa­my, jak pa­sta do zę­bów czy kra­ker­sy. Za­da­niem in­ży­nie­rii kon­sump­cyj­nej jest spra­wić, by­śmy zu­ży­wa­li tak­że to­wa­ry, któ­rych te­raz po pro­stu uży­wa­my”. Ap­ple wpro­wa­dził te idee w ży­cie, i to w mo­men­cie, gdy za­czy­na­li­śmy ro­zu­mieć, że na­tu­ral­ne za­so­by zie­mi nie są nie­skoń­czo­ne. Nie­usta­ją­ce­mu cy­klo­wi kon­sump­cji przy­dał mod­ne­go blich­tru, cze­mu cy­nicz­nie przy­kla­snę­li nie pa­no­wie w fir­mo­wych gar­ni­tu­rach, ale hip­ste­rzy w czar­nych dżin­sach i T-shir­tach.

Bez­po­śred­nim po­przed­ni­kiem mo­je­go bia­łe­go ap­ple’a była pół­prze­zro­czy­sta, za­bar­wio­na na cy­tru­so­wo fo­rem­ka, dzię­ki któ­rej Jo­na­than Ive zo­stał okrzyk­nię­ty Har­ley­em Ear­lem epo­ki in­for­ma­cji. Earl był pro­jek­tan­tem sa­mo­cho­dów, któ­ry spra­wił, że w la­tach pięć­dzie­sią­tych co se­zon co­raz bar­dziej wy­dłu­ża­no tyl­ne skrzy­dła. Z chro­mem po­tra­fił zro­bić praw­dzi­we cuda. Ive – pro­jek­tant po­cho­dzą­cy z Wiel­kiej Bry­ta­nii, któ­ry w rów­nym stop­niu co Jobs stał się czę­ścią toż­sa­mo­ści Ap­ple – rów­nie spraw­nie ra­dził so­bie z po­li­wę­gla­nem.

Mój nowy lap­top był ku­pio­ny pod wpły­wem im­pul­su, a jed­nak nie do koń­ca. Wie­dzia­łem, że chcę – choć trud­no po­wie­dzieć: „po­trze­bu­ję” – no­we­go sprzę­tu, bo w moim bia­łym kom­pu­te­rze, li­czą­cym za­le­d­wie dwa lata, już raz po­psuł się ekran. Na­pra­wa za­ję­ła nie­wia­ry­god­nie dłu­gie sześć ty­go­dni, w cza­sie któ­rych kom­pu­ter zo­stał wy­sła­ny do Am­ster­da­mu na wy­mia­nę pły­ty głów­nej. Je­śli to samo zda­rzy­ło­by się po­now­nie, kosz­to­wa­ło­by mnie sześć­dzie­siąt pro­cent ceny no­we­go lap­to­pa, a otrzy­mał­bym sprzęt zna­czą­co nie­do­po­sa­żo­ny w sto­sun­ku do naj­now­szych mo­de­li z ka­ta­lo­gu Ap­ple. Cią­gle też jesz­cze pa­mię­ta­łem, że już dwa razy mu­sia­łem wy­mie­nić kla­wia­tu­rę, któ­rej li­te­ry star­ły się z kla­wi­szy w kil­ka ty­go­dni, przez co mój kom­pu­ter stał się jesz­cze bar­dziej mi­ni­ma­li­stycz­ny, niż za­kła­da­łem. Tak więc by­łem psy­chicz­nie go­to­wy na się­gnię­cie do port­fe­la.

Na He­ath­row mia­łem do wy­bo­ru dwa mo­de­le Ap­ple. Pierw­szy – cały bia­ły jak mój po­przed­ni. Dru­gi – czar­ny ma­to­wy. Miał tyl­ko nie­co lep­sze pa­ra­me­try, ale od pierw­sze­go wej­rze­nia wie­dzia­łem, że, choć jest droż­sza, ku­pię wła­śnie tę wer­sję. Wy­glą­da­ła szla­chet­nie, tech­no­kra­tycz­nie i sta­tecz­nie. Pu­ry­stycz­ny bia­ły mo­del zda­wał się rów­nie ku­szą­cy, gdy go ku­po­wa­łem, ale te­raz, w po­rów­na­niu z nim, czar­ny Mac­Bo­ok wy­pa­dał tak spo­koj­nie, god­nie i su­ro­wo. Kla­wi­sze – kwa­dra­ty z za­okrą­glo­ny­mi kra­wę­dzia­mi wto­pio­ne w pod­staw­kę – de­li­kat­nie od­ci­na­ją­cą się od resz­ty obu­do­wy. Ra­zem daje to efekt kunsz­tow­nie rzeź­bio­ne­go ka­wał­ka li­te­go, dziw­nie cie­płe­go czar­ne­go mar­mu­ru, a nie po­kryw­ki na skrzyn­kę z elek­tro­ni­ką.

Za­ini­cjo­wa­na w 1999 roku li­nia lap­to­pów iBo­ok fir­my Ap­ple w cią­gu sied­miu lat obec­no­ści na ryn­ku kil­ka­krot­nie zmie­nia­ła wy­gląd – od lek­kiej for­my przy­po­mi­na­ją­cej cy­tryn­kę po po­waż­ny Mac­Bo­ok w czar­nej obu­do­wie.

Czerń od lat słu­ży­ła wie­lu świa­do­mym zna­cze­nia di­zaj­nu pro­du­cen­tom do wy­wo­ły­wa­nia wra­że­nia po­wa­gi, dla Ap­ple był to jed­nak nowy ko­lor. Nie­przy­pad­ko­wo czar­ny jest ko­lo­rem bro­ni: ucie­le­śnie­niem di­zaj­nu po­zba­wio­ne­go czyn­ni­ka sprze­da­ży. Czar­ny jako nie­ko­lor wy­ko­rzy­sty­wa­ny jest w pro­jek­tach apa­ra­tu­ry na­uko­wej, któ­re mają prze­ko­ny­wać kon­su­men­tów pre­cy­zją wy­ko­na­nia, a nie fa­so­nem. Brak ko­lo­ru su­ge­ru­je, że czy­nisz za­szczyt przy­szłym na­byw­com, trak­tu­jąc ich na tyle po­waż­nie, że nie pró­bu­jesz ma­mić błys­kot­ka­mi. Oczy­wi­ście jest to wła­śnie naj­bar­dziej sku­tecz­na me­to­da uwo­dze­nia. W osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku czar­ny sta­je się tak­że pu­stym zna­kiem, for­mą po­zba­wio­ną ja­kiej­kol­wiek tre­ści.

Le­d­wie mój nowy lap­top opu­ścił pu­deł­ko, sta­ło się ja­sne, że choć ze­spół pro­jek­tan­tów Ap­ple – któ­re­go za­słu­gi w stwo­rze­niu tego cudu od­no­to­wa­no na tyl­nej stro­nie in­struk­cji – bez wąt­pie­nia wy­ka­zał się po­my­sło­wo­ścią, to cze­goś jed­nak za­bra­kło. Uda­ła im się trud­na sztu­ka ukry­cia w ekra­nie kom­pu­te­ra wstęp­nie skon­fi­gu­ro­wa­nej cy­fro­wej ka­me­ry. Taka kon­struk­cja umoż­li­wi­ła nie­za­po­mnia­ny, wręcz pre­sti­di­gi­ta­tor­ski trik, gdy w cza­sie pro­ce­su re­je­stra­cji on-line na ekra­nie po­ja­wia­ła się na­gle two­ja wła­sna po­do­bi­zna. Jed­nak pro­jek­tan­ci z Cu­per­ti­no nie po­świę­ci­li rów­nie wie­le uwa­gi spra­wie tech­nicz­nie dużo mniej wy­ma­ga­ją­cej.

Choć cały kom­pu­ter jest czar­ny, to ka­ble po­zo­sta­ły bia­łe. Bia­ły jest też za­si­lacz – rzu­ca­ją­ce się w oczy pro­sto­kąt­ne pu­deł­ko – i rów­nie na­tar­czy­wa wtycz­ka do kon­tak­tu. Oczy­wi­ście brak ko­or­dy­na­cji ko­lo­ry­stycz­nej w ża­den spo­sób nie za­bu­rza pra­cy kom­pu­te­ra, a jed­nak w mia­rę roz­pa­ko­wy­wa­nia swo­je­go na­byt­ku czu­łem, jak ro­śnie moje roz­cza­ro­wa­nie. Jak to moż­li­we, że te wro­ta do przy­szło­ści mają tak chwiej­ne, nie­spój­ne fun­da­men­ty? To tak, jak­bym na­krył Ala Gore’a za kół­kiem hum­me­ra.

Co jest ta­kie­go w spój­no­ści, że zda­je się przy­da­wać au­to­ry­te­tu lo­gi­ki, ry­go­ru i pre­cy­zji? Źró­dła es­te­tycz­ne­go słow­ni­ka Mac­Bo­oka nie były da­le­kie du­cho­wi Bau­hau­su, któ­ry uświę­cił geo­me­trię wal­ca, kuli i stoż­ka. Dla swo­ich naj­now­szych pro­duk­tów Ap­ple wy­brał for­mal­ny wy­gląd, przy­wo­dzą­cy na myśl no­wo­cze­sność, in­te­gral­ność i wznio­słą po­wa­gę (prze­ciw­sta­wio­ne fi­glar­no­ści cy­tru­so­wych pla­sti­ków, któ­re nie­gdyś sprze­da­wał). Za­sad­ni­czą jego ce­chą jest jed­nak tak­że spój­ność. Ap­ple nie po­ra­dził so­bie z czymś tak oczy­wi­stym jak do­pa­so­wa­nie ka­bli do lap­to­pa, sta­wia­jąc pod zna­kiem za­py­ta­nia in­te­gral­ność ca­łej kon­cep­cji. Drze­wo od­zna­cza się spój­no­ścią: za­rys syl­wet­ki, kształt li­ścia, sło­je na pniu, kształt ko­rze­ni – wszyst­kie ele­men­ty, ukształ­to­wa­ne przez to samo DNA, sta­no­wią część ca­ło­ści. I w pew­nym mo­men­cie chce­my, by stwo­rzo­ne przez czło­wie­ka przed­mio­ty wy­ra­ża­ły czy na­śla­do­wa­ły tę samą ce­chę. Gdy oka­zu­je się, że tego nie ro­bią, je­ste­śmy roz­cza­ro­wa­ni.

Roz­cza­ro­wu­ją­ce w inny spo­sób było wpro­wa­dze­nie przez Ap­ple złą­cza ma­gne­tycz­ne­go w ka­blu za­si­la­ją­cym. Bez wąt­pie­nia chro­ni to przed przy­pad­ko­wym upad­kiem kom­pu­te­ra na pod­ło­gę – je­śli po­tkniesz się o ka­bel, ode­pnie się przy naj­lżej­szym po­cią­gnię­ciu. Ozna­cza to jed­nak, że prze­wód sie­cio­wy i za­si­lacz ze star­szych mo­de­li – ak­ce­so­ria, za któ­re mu­sia­łem za­pła­cić nie­ba­ga­tel­ną kwo­tę stu fun­tów, gdy po­przed­nie zo­sta­wi­łem w we­nec­kim ho­te­lu – są te­raz cał­ko­wi­cie bez­u­ży­tecz­ne.

Co gor­sza, już za­wcza­su wie­dzia­łem, jaki efekt wy­wrze do­tknię­cie gład­kiej po­wierzch­ni tego wy­so­ce po­żą­da­ne­go i upra­gnio­ne­go przed­mio­tu. Gdy po raz pierw­szy wy­ło­nił się z pian­ki, w któ­rą był owi­nię­ty, od­ci­ski mo­ich pal­ców za­czę­ły wy­pa­lać na jego nie­skoń­cze­nie de­li­kat­nym wy­koń­cze­niu nie­usu­wal­ne śla­dy. Pa­nel do­ty­ko­wy po­krył się war­stew­ką tłusz­czu i wkrót­ce za­czął przy­po­mi­nać mi­nia­tu­ro­wą sa­dzaw­kę dla ka­czek. Elek­tro­sta­tycz­na obu­do­wa po­wo­do­wa­ła, że na ekra­nie osia­da­ły wło­sy i łu­pież. Pro­jek­tan­ci, któ­rzy w tak wie­lu spra­wach wy­ka­za­li się po­my­sło­wo­ścią i zręcz­no­ścią, ewi­dent­nie nie chcie­li uznać nie­do­sko­na­ło­ści ludz­kie­go cia­ła w kon­tak­cie z cy­fro­wym świa­tem. Praw­dzi­wi wy­znaw­cy mają jed­nak moż­li­wość ochro­ny swo­ich Mac­Bo­oków. Na ryn­ku do­stęp­ne są po­krow­ce, w któ­re ni­czym w kon­dom moż­na owi­nąć cały kom­pu­ter, by chro­nić go przed wszel­kim kon­tak­tem z ludz­kim cia­łem.

Lap­to­py nie są w żad­nym ra­zie je­dy­ny­mi przed­mio­ta­mi ma­ją­cy­mi wro­gów w swo­ich wła­ści­cie­lach. Przez samo uży­wa­nie mo­że­my znisz­czyć nie­mal wszyst­kie rze­czy, któ­re, jak to so­bie wmó­wi­li­śmy, ko­cha­my. Gdy moja no­kia była nowa, jej po­kry­ta me­ta­lem pla­sti­ko­wa obu­do­wa pró­bo­wa­ła do­wieść, że nie ma so­bie rów­nych pod wzglę­dem tech­no­lo­gicz­nym. W cią­gu kil­ku mie­się­cy, pod nie­ustan­nym na­ci­skiem mo­ich nie­spo­koj­nych pal­ców, zmie­ni­ła się w nie­este­tycz­ną kupę tę­pe­go po­li­wę­gla­nu – spod łusz­czą­ce­go się me­ta­lo­we­go wy­koń­cze­nia wy­ła­niał się zwy­kły sza­ry pla­stik, ukry­ty pod nie­gdyś gład­ką po­wierzch­nią. Co wię­cej, choć fi­zycz­ny kształt te­le­fo­nu wska­zy­wał, że jest to istot­nie pró­ba stwo­rze­nia przed­mio­tu, z któ­rym chcia­ło­by się spę­dzać każ­dy dzień, inne ce­chy były da­le­ce mniej zaj­mu­ją­ce. Cała se­kwen­cja czyn­no­ści na ekra­nie, któ­re na­le­ża­ło wy­ko­nać, aby użyć apa­ra­tu albo po­łą­czyć się z In­ter­ne­tem, była tak nie­wy­god­na jak pró­ba uży­cia kla­wia­tu­ry tego te­le­fo­nu w gru­bych gu­mo­wych rę­ka­wi­cach.

Myśl, że po­sia­da­ne przez nas rze­czy od­zwier­cie­dla­ją upływ cza­su, nie jest oczy­wi­ście nowa. Kie­dyś śla­dy zu­ży­cia przy­da­wa­ły przed­mio­tom zna­cze­nia. Na przy­kład te po­ob­tłu­ki­wa­ne ni­ko­ny, cią­ga­ne przez fo­to­gra­fów z cza­sów woj­ny wiet­nam­skiej przez pola śmier­ci Po­łu­dnio­wo-Wschod­niej Azji, z za­kle­jo­nym logo, by nie przy­cią­ga­ło uwa­gi snaj­pe­rów, i cięż­ką me­ta­lo­wą obu­do­wą wy­ła­nia­ją­cą się spod od­pry­sku­ją­cej czar­nej far­by. Były to przed­mio­ty za­słu­gu­ją­ce na sza­cu­nek. Wy­ro­by rze­mieśl­ni­ków, ge­nial­ne me­cha­nicz­ne wy­na­laz­ki, któ­re po na­ci­śnię­ciu gu­zi­ka pod­no­si­ły lu­ster­ko po­zwa­la­ją­ce pa­trzeć przez obiek­tyw. Przed­mio­ty, któ­rych sam wy­gląd ze­wnętrz­ny był wy­ra­zem ge­niu­szu i ich war­to­ści. Mia­ły za­cho­wać trwa­łość na dłu­gie lata, dzia­ła­jąc z nie­za­wod­no­ścią, któ­rej obiet­ni­ca za­wie­ra­ła się w kunsz­cie opty­ka szli­fu­ją­ce­go ich so­czew­ki i tro­sce, z jaką za­pro­jek­to­wa­no cha­rak­te­ry­stycz­ne me­ta­lo­we blasz­ki prze­sło­ny. Te wła­ści­wo­ści nic nie tra­cą na war­to­ści na­wet po la­tach.

Przed­mio­ty, któ­re po­zo­sta­wa­ły z nami przez dzie­się­cio­le­cia, moż­na było po­strze­gać jako od­bi­cie na­sze­go wła­sne­go do­świad­cze­nia upły­wu cza­su. Dziś na­sze związ­ki z po­sia­da­ny­mi rze­cza­mi wy­da­ją się znacz­nie bar­dziej po­zba­wio­ne zna­cze­nia. To, co nas uwo­dzi i spra­wia, że ku­pu­je­my dany pro­dukt, to jego wy­gląd, któ­ry nie prze­trwa fi­zycz­ne­go kon­tak­tu. Jego atrak­cyj­ność bled­nie tak szyb­ko, że na­mięt­ność wy­ga­sa w mo­men­cie, gdy trans­ak­cja zo­sta­nie skon­su­mo­wa­na. Po­żą­da­nie słab­nie na dłu­go przed­tem, nim przed­miot się ze­sta­rze­je. Pro­jek­to­wa­nie prze­my­sło­we za­czę­ło przy­po­mi­nać chi­rur­gię pla­stycz­ną, coś jak za­strzyk bo­tok­su w czo­ło, któ­ry pro­stu­je zmarszcz­ki, da­jąc ulot­ną ilu­zję pięk­na. Je­dy­nie kar­ty SIM umiesz­czo­ne w na­szych te­le­fo­nach po­tra­fią się od nas uczyć, za­cho­wy­wać na­sze przy­jaź­nie i zwy­cza­je za po­mo­cą nu­me­rów, któ­re na nich za­pi­su­je­my, ukła­da­jąc z nich sen­sow­ne sche­ma­ty.

Ty­tuł ory­gi­na­łuThe Lan­gu­age of Things

First pu­bli­shed in Gre­at Bri­ta­in in the En­glish lan­gu­age by Pen­gu­in Bo­oks Ltd.

Re­dak­cja Ka­mil Bo­gu­sie­wicz

Ko­rek­ta Agniesz­ka Stę­plew­ska

Ad­iu­sta­cja Ka­ta­rzy­na Ja­nu­sik

Pro­jekt okład­ki Prze­mek Dę­bow­ski (prze­mek­de­bow­ski.com)

Kon­wer­sja do for­ma­tów EPUB i MOBI Mał­go­rza­ta Wi­dła

Co­py­ri­ght © Dey­an Su­djic, 2008. All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ghtfor the trans­la­tion © by Adam Pu­chej­da, 2013

ISBN 978-83-62376-46-9

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

ul. Grabowskiego 13/1, 31-126 Kra­ków

ka­rak­ter.pl