39 osób interesuje się tą książką

Opis

Daj się uwieść niespiesznemu rytmowi życia w cichym miasteczku Miłosna.
Zapraszamy do pięknego dworku w stylu angielskim. Wybierz się na przechadzkę parkową alejką i zachłyśnij się zapachem wiosny.

Życie w Miłosnej tylko pozornie wraca na dawne tory. W rzeczywistości pod pozorami spokoju i harmonii aż wrze od skrywanych namiętności. Ada przysięga sobie, że już nigdy nie będzie płakała przez mężczyznę. Igor usiłuje znaleźć równowagę między powinnością a uczuciem. Przyjaźń Dawida i Zuzy zostaje wystawiona na ciężką próbę. Na szczęście wszelkie napięcia łagodzi dobry duch tego miejsca - ogrodnik Antoni.
Jakie sekrety skrywa pamiętnik cioci Bogny? Czy przyjaźń i szczera sympatia wystarczą, by pomóc komuś, kogo dotknęła prawdziwa tragedia?
Jakie zmiany przyniesie mieszkańcom dworku ich pierwsza wiosna w Miłosnej?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 366

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

 

 

Park otaczający dworek pogrążył się w ciszy, zdawał się drzemać pod kożuszkiem śniegu. Ada z westchnieniem usiadła przy biurku, by otworzyć laptopa. Była syta, najedzona świątecznymi pysznościami. Aż za bardzo.

– Nigdy więcej – westchnęła. – Gdybym jeszcze kiedykolwiek po wigilii wzięła dokładkę uszek, daj mi po łapach.

– Masz to jak w banku – obiecał jej syn. – Ale jeżeli będę sobie chciał dokroić keksu, musisz zrobić to samo.

– Też pękasz z przejedzenia?

– Czuję się tak, jakbym już pękł. Nie mogę się ruszać.

– No dobrze, w takim razie jutro robimy sobie dzień postu.

– Wierzysz w to, mamo? – roześmiał się Dawid. – Przecież właśnie jutro wujek wytoczy swoje najcięższe działa. Widziałem w lodowni takie pyszności, że nie masz pojęcia! Jajka faszerowane łososiem, pieczeń rzymska, gęsia szyja nadziewana, bigos z białą kiełbasą… No po prostu cuda! Wiem też z pewnego źródła, że na obiad będzie obłędnie pachnący rosół z domowym makaronem, a dziś w nocy w piekarniku ma się suszyć beza.

– Po co tyle tego?! – jęknęła Ada. – Przecież nawet gdybyśmy przez te dwa dni świąt tylko dojadali resztki z wigilii, już byłoby jedzenia w bród. A on jeszcze coś piecze?

– Przecież to lubi. A skoro lubi, to dlaczego miałby sobie odmawiać? – zapytał filozoficznie jej syn. – Po co otwierasz komputer? – zmienił temat. – Chyba nie zamierzasz pracować w wigilię?!

– Nie, robię sobie trzydniowy odpoczynek. Ale muszę odpisać na maila. À propos, jak planujesz spędzić sylwestra?

– Co?

Dawidowi nawet do głowy nie przyszło, że miałby cokolwiek planować. Nigdy dotąd nie spędzał sylwestra poza domem. Po trosze dlatego, że nie miał paczki przyjaciół, z którymi mógłby witać nowy rok, a po trosze – ponieważ całe to wielkie celebrowanie zmiany daty odrobinę go śmieszyło.

– Nigdy o to nie pytałaś – zauważył, nie kryjąc zaskoczenia. – A skoro tym razem pytasz, to wnioskuję, że sama coś planujesz.

– Inteligentna bestia! – mruknęła Ada z zadowoleniem. – Nie, nie planuję. Ale napisała do mnie ciocia Gosia z Poznania, nie wiem, czy ją pamiętasz…

– Ta, co nie jest ciocią? Ta ze spływów?

– Właśnie ta. Niedawno rozwiodła się z mężem i jeszcze nie radzi sobie z samotnością. Zaproponowała coś w rodzaju zjazdu koleżanek ze studiów. Tyle że zjazd się chyba nie uda, bo pozostałe dziewczyny mają już plany. Ale może przynajmniej ja dotrzymałabym jej towarzystwa. Więc gdybyś na przykład chciał gdzieś wyjść z Zuzią…

– Mamo!

– No co?

– Po pierwsze: Zuza nie jest moją dziewczyną. Dlaczego miałbym gdzieś z nią wychodzić?

– Wydawało mi się, że się przyjaźnicie.

– Jeśli już, to zaprzyjaźniamy. Stopniowo. Nawet wolniej niż stopniowo.

– Jest taka nieufna?

– Nie masz pojęcia jak bardzo. Jakby robiła dwa kroki do przodu, a potem cofała się o trzy.

Chyba też znam kogoś takiego, skomentowała w duchu Ada, mając na myśli Kacpra Majewskiego.

– A poza tym – ciągnął Dawid – przecież wiesz, że ona nigdzie się nie rusza bez brata.

– Więc mogłaby przyjść z Nikodemem.

– Pierwszoklasista miałby spędzić sylwestra poza domem?

– Powinien być w trzeciej klasie, jeśli chodzi o ścisłość.

– Nie chodzi o ścisłość. Chodzi o to, że Nikoś to małe dziecko. O północy powinien już spać.

Chcąc nie chcąc, Ada musiała przyznać synowi rację. Choć bardzo chciała pomóc Zuzie i jej braciszkowi, nie mogła zanadto wtrącać się w ich życie. Jeśli Zuza poprosi o pomoc, na pewno jej pomożemy, tłumaczyła sobie w duchu. Ale zabieranie jej z domu i w święta, i w sylwestra mogło wywołać sprzeciw u matki dziewczyny. Nawet jeśli była to matka alkoholiczka, wciąż miała prawo decydować o tym, jak spędzają czas jej dzieci.

Tak mówił rozsądek. Serce natomiast – przy wtórze intuicji – podpowiadało Adzie, że Zuzia nigdy się nie poskarży i o nic nie poprosi. A także, że matka, której było wszystko jedno, gdzie jej dzieci spędzą wigilię, będzie miała w nosie również noc sylwestrową.

– Tak czy owak, jeśli masz ochotę pojechać do Poznania, to mną się nie przejmuj – dorzucił Dawid, wyrywając matkę z zadumy.

– Chyba żartujesz! To w ogóle nie wchodzi w grę! Nie zostawię cię samego! Po prostu pomyślałam, że gdybyście z Zuzią mieli jakiś pomysł, to ja… nie chciałabym tu siedzieć sama.

– Pewnie wujek z ciocią i tak zaproszą nas do siebie.

– Tak. Pewnie tak.

Myśli Ady poszybowały teraz ku mieszkańcom dworu. Na szczęście Dawid poszedł już do swojego pokoju – na szczęście, bo na policzki jego mamy wypełzł zdradliwy rumieniec. Przypomniała sobie ukradkowy pocałunek z Igorem, tę bliskość, która wróciła na chwilę, gdy zostali sami w kredensie.

Jak mogła tak pochopnie założyć, że to Igor napisał do żony list z prośbą, aby wróciła?! A jak mogłam tego nie założyć, odpowiedziała natychmiast samej sobie. Przecież nie mógł tego zrobić pan Antoni ani mój syn, nie zrobiłam tego ja, a o tym, że Radek już tak świetnie pisze, zwyczajnie nie miałam pojęcia. Czym innym była mozolna nauka literek, a czym innym – samodzielnie napisany list do mamy.

Zupełnie inną kwestią było to, dlaczego chłopczyk taki list napisał. Czy wpadł na ten pomysł zupełnie sam, czy może podsunął mu go kuzyn? A jeśli to drugie (co wydawało się Adzie najbardziej prawdopodobne), w takim razie czy Dawid wpłynął w jakikolwiek sposób na treść listu? Czy zrobił to celowo, bo na przykład nie pochwalał związku matki z wujkiem Igorem? A może po prostu pragnął tego, co najlepsze dla małego Radka?

Ada była mądrą matką, doceniała swojego syna i jego inteligencję. Ufała mu jak samej sobie. Wiedziała, że w żadnym razie nie chciałby, aby cierpiała. Musiała więc założyć, że albo doprowadził do powrotu Moniki w dobrej wierze, aby chronić mamę przed relacją, która przysporzy jej cierpienia – albo naiwnie sądził, że da się to wszystko jakoś pogodzić: po prostu Radek będzie miał dwie mamusie.

Zapewne powinni o tym szczerze porozmawiać. Tylko że to nie było takie łatwe: otworzyć się przed krytycznym nastolatkiem i wyznać mu, że w sprawach sercowych jest się bezradnym jak dziecko. W ogóle przyznawanie się do własnych błędów, do naiwności i słabości zawsze jest trudne. Byłoby takie nawet w rozmowie z przyjaciółką, a co dopiero z synem.

Może kiedyś się na to zdobędę, pomyślała Ada. A tymczasem trzeba wszystko jakoś poukładać, rozplątać cały ten emocjonalny supeł. To dobrze, że Monika wróciła; co do tego nie może być najmniejszych wątpliwości. Radek ma oboje rodziców, jest spokojny, pogodny, a teraz jeszcze, gdy zdarzył się ten długo wyczekiwany cud i chłopczyk przemówił – można mieć pewność, że wszystko jest na dobrej drodze. Jeśli niczego nie zepsujemy, to we wrześniu mały pójdzie do szkoły. Zaprowadzimy go całą rodziną, będzie stał na baczność na apelu, nagle taki dorosły w białej koszuli i pod krawatem…

Rozmarzyła się, odpłynęła myślami w krainę wspomnień. Wciąż pamiętała, jak dziesięć lat temu Dawid składał ślubowanie, że będzie się pilnie uczył i godnie reprezentował szkołę. Z jaką powagą i starannością odrabiał pierwsze zadania domowe, rysował szlaczki i sprawdzał, czy wszystkie kredki w piórniku mają zaostrzone noski.

To taki piękny czas: pierwsze przyjaźnie ze szkolnej ławki, pierwsze psoty na przerwach, najlepsza na świecie pani, która zawsze ma rację… Dawid miał swoją ukochaną panią Milenkę, która potrafiła ni stąd, ni zowąd przebrać się za pszczołę albo za zająca, bawiła się z dziećmi w berka, wraz z nimi malowała sobie nos czekoladą, śpiewała zachrypniętym głosem, tańczyła podczas przerw – i której zawsze było mało kontaktu z dziećmi. A teraz takie przygody czekają Radka. Przyjemnie będzie brać w nich udział jako jego ciocia.

Ada wróciła myślami do Moniki. Jak zareagowałaby, gdyby Igor wyznał, że pokochał jej kuzynkę? Czy jest wystarczająco mądra, tak życiowo mądra – aby powiedzieć mężowi: miałeś do tego pełne prawo, ponieważ cię zostawiłam? Albo gdyby to Ada poprosiła ją o rozmowę i wyznała, że pokochała Igora, że te długie jesienne miesiące spędzone razem, wspólne planowanie posiłków, radzenie sobie z codziennością, a wreszcie choroba, opieka nad panem Antonim, troska o Radka… że to wszystko zbliżyło ich do siebie i teraz nie chcą już żyć osobno? Czy Monika, która przecież wcześniej zwierzyła się Adzie ze swoich miłosnych perypetii – wysłuchałaby tego spokojnie i ustąpiłaby jej miejsca u boku Igora?

Mój Boże, myślała Ada, Igor tyle razy namawiał mnie, abyśmy spróbowali, a ja się bałam. Może teraz pora jednak stawić czoła tej sytuacji? Może trzeba zawalczyć o miłość i własne szczęście?

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 2

 

 

 

 

Dawid zamknął za sobą drzwi i położył się, z wysiłkiem układając zagipsowaną nogę na oparciu łóżka. W dłoni obracał kopertę otrzymaną od Zuzy. Obiecał jej, że otworzy dopiero wieczorem – i szczerze mówiąc, nie miał szczególnych trudności z dotrzymaniem słowa. Wręcz przeciwnie: wzdragał się przed otwarciem listu. Wszystko przez to, że spodziewał się… wyznań. Nie był ślepy ani niemądry: doskonale dostrzegał, że Zuza rumieniła się w jego obecności, że ostatnio zaczęła się inaczej czesać i w miarę swoich możliwości bardziej dbać o siebie.

Problem w tym, że Dawid podkochiwał się w Joannie, blond piękności z trzeciej a. Mimo że był o dwa lata młodszy (co w tym wieku wydaje się przepaścią nie do pokonania), wierzył, że wszystko może się zdarzyć. Wyobrażał sobie rozmaite sceny, z których wprawny filmowiec z pewnością stworzyłby łzawy romans: ona mdleje podczas apelu szkolnego, on akurat stoi obok, bierze ją na ręce, wynosi z auli i cuci. Ona zaprasza go potem na studniówkę. Tańczą ze sobą, patrzą sobie w oczy, rozmawiają o tym wszystkim, czego nigdy dotąd żadne z nich nikomu nie mówiło. Odnajdują w sobie bratnie dusze i obiecują sobie, że będą przyjaciółmi, że nie zepsują tego tymi wszystkimi damsko-męskimi gierkami, nie będzie zazdrości, pożądania… Ale miłość okazuje się silniejsza i pewnego dnia po prostu padają sobie w ramiona…

Dawid śmiał się sam z siebie, kiedy dochodził do tego momentu, bowiem jego wyrobiony gust czytelniczy podpowiadał mu, że oto tworzy w myślach najbanalniejszy z harlequinów. A jednak nadal odtwarzał w wyobraźni kolejne sceny.

Co odpowie Zuzie, jeśli ta wyzna mu miłość? Czy będzie umiał zachować się jak dżentelmen, czy ich rodząca się właśnie przyjaźń nie runie pod wpływem zranionej dumy dziewczyny? Właśnie takie wątpliwości sprawiały, że Dawid kilka razy obrócił kopertę w dłoni i długo patrzył na nią pod światło, zanim wreszcie zdecydował się otworzyć.

 

Cześć! – brzmiał nagłówek.

Wiem, to dziwne, że piszę to wszystko zamiast powiedzieć, ale czasami miewam problemy z wyrażeniem tego, co czuję, więc uznałam, że taka forma będzie bezpieczniejsza. W rozmowie bywa różnie, czasem jedno zdanie wyprowadza mnie z równowagi i zaczynam mówić zupełnie nie to, co bym chciała.

A chciałabym Ci podziękować. Tobie i twojej Mamie, gwoli ścisłości, ale Tobie chyba bardziej, bo przecież nie mam wątpliwości, że to Twoja sprawka. Te święta i ten nastrój – to, że mogliśmy z Nikosiem raz w życiu naprawdę cieszyć się na nadchodzące Boże Narodzenie. Pewnie trudno Ci to sobie wyobrazić, ale taka jest prawda: dotąd druga połowa grudnia była dla nas ponura i smętna. Również wtedy, gdy pani Teresa organizowała wieczór opłatkowy. Nawet Nikodem, z tym swoim małym rozumkiem, doskonale rozumiał, że to tylko substytut. On nie umie nazwać wielu rzeczy, ale odczuwa tak samo jak Ty czy ja.

Tak więc dziękuję Ci za to, że możemy zakosztować prawdziwych świąt. Kiedy piszę te słowa, nie mam pojęcia, jak będzie. Czy się nie rozkleję, czy nie wylezie ze mnie ta słaba, bezradna dziewczynka, którą usilnie staram się chować. Rozpracowałeś mnie, Dawid. Chyba byłbyś dobrym psychologiem.

Jedno wiem na pewno: to będzie niezapomniany wieczór. Jego wspomnienie zabiorę ze sobą w dorosłe życie, które zamierzam zacząć już na wiosnę. Kiedy skończę osiemnaście lat, ucieknę stąd najdalej, jak się da. Nie wiem tylko, jak to zrobić, aby móc zabrać ze sobą Nikodema. Chcę to zrobić zgodnie z prawem, aby nigdy więcej nie musieć się bać. Nikogo ani niczego. Nie masz pojęcia, jak upokarzającą rzeczą jest strach.

Na koniec taki drobiazg – mam nadzieję, że Cię zainteresuje. Poszperałam trochę w sprawie tego Henryka Sadowskiego, o którym kiedyś wspominałeś. Znam z ogniska środowiskowego Kaśkę Sadowską, jej rodzice też chleją, więc można powiedzieć, że jedziemy na jednym wózku. Zainteresowało mnie to, co kiedyś powiedziałeś: że Twoja ciocia miała jakieś pretensje do tego budowlańca. Któregoś dnia przeszłam się do Kaśki, na podwórku był jej starszy brat, od brata trafiłam do kuzyna i trochę ich pociągnęłam za języki. Oni tam bardzo ciepło wspominają tę Twoją ciotkę, mówią o niej „dziedziczka” i wciąż podkreślają, że u niej to była dobra robota, bo świetnie płaciła. Tylko jeden szczegół wydał mi się interesujący: kuzyn Kaśki twierdził, że jak wujek Heniek popił, to wciąż powtarzał, że „pani dziedziczka” zwariowała i uparła się na domurowanie ściany w piwnicy. Tam była już ściana, tak powiedział, a ona kazała stawiać drugą. I to samo w jednym z pokojów. Uznali, że to fanaberie starszej pani, wiesz, na zasadzie: „kto bogatemu zabroni”.

To tak à propos tej Twojej pracy literackiej. Może uda Ci się rozwikłać zagadkę. Pamiętam, że wspominałeś coś o „bezpiecznej skrytce”, może to ma jakiś związek?

Jeszcze raz dziękuję Ci za te święta. A teraz idę się szykować. Zgodnie z Twoją prośbą – dziś nie namaluję sobie barw ochronnych. Wierzę, że w taki wieczór jak ten nie będę musiała się przed nikim chować.

Zuzanna

 

Dawid przeczytał list kilkakrotnie. Było mu wstyd, że spodziewał się wyznań miłości i ckliwych zwierzeń. Zuza okazała się znacznie mądrzejsza i dojrzalsza niż on. Wzruszyła go jej pewność, że wieczór wigilijny spędzony w dworku będzie cudownym przeżyciem. Jak dobrze, że wszystko się udało, myślał. Cała ta zabawa w szukanie Gwiazdora, a potem odkrywanie pod choinką kolejnych prezentów… Pyszności przygotowane przez wujka… Radek po chwilowym płaczu zaczął się uśmiechać, a potem wszyscy usłyszeli, jak cichutko powiedział: „Funia, nie wolno”. Szczęście na twarzy cioci Moniki, wzruszenie pana Antoniego, wujek Igor, który niemal unosił się nad ziemią z dzikiej radości… Tak, było cudownie. Wprawdzie inaczej niż w dzieciństwie, kiedy Dawid spędzał święta tylko z mamą, ale równie magicznie. Cieszył się, że jeśli Zuza ma – jak to określiła – zabrać ze sobą w dorosłe życie wspomnienie świąt, będzie to właśnie takie wspomnienie.

Ale co miała na myśli, pisząc, że zamierza uciec? Wiedział, że jest od niego starsza, że wkrótce skończy osiemnaście lat, ale niby dokąd miałaby się wybrać? Gdzie zamieszka i jak się utrzyma? Jest przecież taka krucha i delikatna – sam siebie zaskoczył faktem, że myśląc o niej, użył takich słów. Ale przecież to była prawda: cały ten list był dowodem, że agresywny makijaż i strój w stylu jakiejś zbuntowanej fanki muzyki heavymetalowej to tylko kostium, za którym ukrywa się wrażliwa dziewczyna, która nade wszystko boi się tego, że ktoś ją zrani.

Jak bardzo musi być nieufna, zadał sobie pytanie Dawid, skoro tak konsekwentnie gra kogoś, kim nie jest? I czy to dobrze, że teraz zaczyna ufać mnie? Czy potrafię być kimś, kto nie zawiedzie tego zaufania? Czy będę dobrym przyjacielem?

Nigdy dotąd nie miał przyjaciela. Owszem, w szkole podstawowej byli koledzy, z którymi bawił się na przerwach, oraz dzieciaki z podwórka na Jeżycach. Ale żadnej z tych znajomości nie nazywał przyjaźnią. Dopiero teraz odkrywał ten szczególny rodzaj więzi, która sprawia, że człowiek może powierzyć komuś najskrytsze myśli. Nagle zapragnął opowiedzieć Zuzie wszystko o sobie – także o tym, czego nie wyznał dotąd nikomu. Wiedział jednak, że nie zdoła jej tego powiedzieć w zwyczajnej rozmowie. Może miała rację, że list to najlepszy sposób na szczerość. Nie ma ryzyka, że powie się coś nieprzemyślanego, nikt nam nie przerwie, nie palnie czegoś, co zbije nas z tropu albo odbierze śmiałość. Właściwie dlaczego ludzie przestali pisać listy?

Wstał z łóżka i z trudem dokuśtykał do biurka. Wyrwał kartkę z dużego zeszytu w kratkę, po czym starannie obciął jej brzeg. Uznał, że od biedy może to posłużyć za papier listowy.

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 3

 

 

 

 

Igor kręcił się bez celu po kuchni. Czuł, że musi nieco ochłonąć, zupełnie jakby był naczyniem, do którego ktoś nalał za dużo płynu i teraz niósł je na tacy. Za chwilę się wyleje. Tyle się wydarzyło, myślał gorączkowo, tyle zmian w jeden wieczór! Radek przemówił – nawet jeśli to były tylko trzy słowa, to przecież właśnie o to chodziło: o tę pewność, że chłopiec potrafi mówić, że to tylko kwestia czasu, kiedy od pojedynczych wyrazów przejdzie do zdań… A potem wszystko się ułoży: mały pójdzie do szkoły, nawiąże pierwsze przyjaźnie, będzie się uczył tabliczki mnożenia, śpiewał, grał w piłkę…! Igor zaśmiał się głośno, choć w pustym pomieszczeniu zabrzmiało to trochę tak, jakby oszalał.

Głos mojego synka, pomyślał i niespodziewanie wprost od śmiechu przeszedł do szlochu. Głos dziecka, które od trzech lat nie widziało powodu, by się odezwać. Igor zapomniał już, jak brzmi głos jego syna. Był dźwięczny, delikatny, jeszcze bardzo dziecięcy i nieco wylękniony, jakby Radek bał się go używać. Czy tak właśnie było? A może kiedy zostawał sam, szeptał do siebie, może czasem rozmawiał z sobą samym? Skoro kiedyś przemówił do pana Antoniego, to mógł również mówić do siebie.

Na schodach rozległy się kroki i po chwili do kuchni weszła Monika. Miała zmęczone oczy i nieco rozmazany makijaż. Widać było, że ona także płakała.

– Zasnął – powiedziała. – Ale legowisko Funi musiałam ułożyć przy jego łóżku i jedną rękę wciąż trzyma na jej grzbiecie.

– Wiedziałem, że ją pokocha.

– Tak – potwierdziła cicho. – Ty wiedziałeś. W ogóle w wielu rzeczach jesteś ode mnie mądrzejszy.

Zrobiła kilka nieśmiałych kroków w jego kierunku.

– Gdyby nie ty… – zaczęła.

– Nie mów tak – przerwał jej szybko. Wciąż czuł we włosach dotyk dłoni Ady, a na ustach smak jej pocałunku. – To nie był mój pomysł. W końcu pies był sugestią tej psycholożki, a jeśli już komuś trzeba dziękować, to twojej kuzynce.

– Tak, wiem. Ada jest cudowna.

Cudowniejsza, niż możesz sobie wyobrazić, pomyślał Igor, ale nic nie powiedział. Odwrócił się i zajrzał do piecyka, w którym suszyła się beza.

– Teraz wszystko będzie inaczej – odezwała się znowu Monika, stając obok męża. W szybie piekarnika widział odbicie jej sylwetki. – Mój Boże, po raz pierwszy od tak dawna znowu mam nadzieję! Znowu cieszę się, że nadejdzie wiosna… Będzie można chodzić na długie spacery. Kupimy Radkowi rower. Patrycja w jego wieku już dawno jeździła, a z nim… Jakoś nam to umknęło. Wiele rzeczy nam umknęło, Igor. Przecież to, że dziecko nie mówi, nie czyni go mniej sprawnym fizycznie. Zupełnie jakby Radek nie rozwijał się normalnie! Dlaczego tak go zaniedbaliśmy?

– Każde z nas zajęło się sobą – odparł gorzko. – Ty zamknęłaś się w tej swojej miłości do… Huberta. – Wypowiadając to imię, nie potrafił powstrzymać skrzywienia, jakby poczuł nieprzyjemny smak w ustach. – Żyłaś jedynie tym. Pamiętasz to jeszcze? Wiecznie nie było cię w domu, twierdziłaś, że umawiasz dodatkowe klientki…

– Proszę, nie rozdrapuj tego, co się zaczyna goić.

– A kiedy wreszcie wracałaś, zachowywałaś się jak robot sprzątający. Wykonywałaś setki czynności; teraz wiem, że jakoś musiałaś zabić czas spędzony bez niego… Wszystko lśniło, każdy drobiazg był odkurzony, każdy na swoim miejscu… A potem kładłaś się w pokoju Patrycji i leżałaś tak, zwinięta w kłębek.

– Było mi źle. Nie masz pojęcia…

– Mnie też było źle.

– I też leżałeś zwinięty w kłębek, też milczałeś. Igor, oboje byliśmy w żałobie.

– Tak. Tylko że ja nikogo nie miałem.

Monika położyła mu rękę na ramieniu, a on drgnął i całą siłą woli powstrzymał się, by jej nie strząsnąć. Chciał, żeby dotykała go Ada. Tylko Ada.

– Czy jest szansa, że kiedyś mi wybaczysz? Dziś jest Wigilia, dzień cudów, Radek przemówił, spędziliśmy taki cudowny rodzinny wieczór… Wiem, że nieprędko, ale czy kiedyś… Potrafisz zapomnieć, że cię zdradziłam? Moglibyśmy zacząć wszystko jeszcze raz. Moglibyśmy… naprawdę być razem. Tak jak tamtego wieczoru, kiedy piliśmy nalewkę… – Przesunęła dłoń na jego tors, a potem niżej, w okolice paska spodni.

Igor nie mógł nic poradzić na to, że jego ciało zareagowało podnieceniem. Odsunął się gwałtownie.

– Moniko… – zaczął. – Ja sam już nie wiem…

Czy to był właściwy moment, aby jej powiedzieć o jego związku z Adą? Teraz, kiedy żona sugeruje, że chce się z nim kochać? Igor nie mógł sobie wybaczyć tego jednego razu, kiedy dał się skusić – bo teraz myślał o tym jak o umiejętnym kuszeniu – i spędził noc z żoną.

Znów zrobiła krok w jego stronę. Była teraz tak blisko, że czuł bijące od niej ciepło, ale tym razem go nie dotknęła, choć uświadomił sobie, że podświadomie tego pragnął. Chciał być kuszony, nawet jeśli rozum podpowiadał mu, że nie przez tę kobietę.

– Rozumiem – szepnęła. – Jeszcze nie jesteś gotowy. Chociaż tamtej nocy… Wydawałeś się nie mieć żadnych wątpliwości, czego chcesz i jak chcesz to robić. – Zaśmiała się cichutko. – Ja także nie wątpiłam, że tego chcę. W każdym razie, gdybyś kiedyś jeszcze…

Urwała, ostatni raz spojrzała na niego przeciągle i wyszła z kuchni. Igor stał przy piekarniku jeszcze dobre kilka minut, wściekły na swoje ciało, które reagowało zupełnie nie tak, jak by sobie życzył. Wreszcie wyłączył grzanie w piekarniku, uchylił lekko drzwiczki, zablokował je złożoną ściereczką, aby beza się dosuszyła, i poszedł na górę.

Długo nie mógł zasnąć, może dlatego, że wziął chłodny prysznic, by zmyć z siebie nadmiar wrażeń tego dnia. Zajrzał jeszcze do Radka i uśmiechnął się na widok małej rączki, od chwili zaśnięcia spoczywającej na polarowym kocyku Funi (bo suczka wpełzła pod okrycie). Potem wrócił do swojej sypialni, zgasił światło i długo wpatrywał się w sufit, myśląc o tym, o co spytała Monika: czy on kiedykolwiek będzie w stanie naprawdę jej wybaczyć.

Gdy wreszcie zasnął, przyśniły mu się obie: Monika i Ada, zupełnie nagie, zbierające dojrzałe maliny. Igor chciał kochać się z Adą, ale Monika wciąż patrzyła, więc tylko przyłączył się i zbierał wraz z nimi, a wówczas żona podeszła do niego i zaczęła wkładać mu do ust napęczniałe od soku owoce. Były słodkie i ciepłe od słońca, ale nie mógł nadążyć z przełykaniem. Wpychała wciąż nowe, zanim on zdołał rozgnieść językiem poprzednie; zaczął się dławić i zachłystywać sokiem, a Ada patrzyła na to wszystko i uśmiechała się jakby z satysfakcją…

Obudził się zlany potem i przez resztę nocy przewracał się z boku na bok, aż wreszcie parę minut po trzeciej wstał i zszedł do kuchni, żeby zająć się szykowaniem smakołyków na świąteczne śniadanie.

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 4

 

 

 

 

Dziękuję Ci za list! – napisał ostatecznie Dawid. – Jest w nim tyle wątków, że muszę pozbierać myśli. Po pierwsze, nie ma za co dziękować. Dla mnie te święta także były wielką niewiadomą. Nie rozmawialiśmy dotąd o mojej rodzinie, więc może pora, abym Ci opowiedział, jak to z nami jest. Zapewne to głupie, że piszę list, zamiast zwyczajnie z Tobą porozmawiać. Robię to z tych samych powodów, o których Ty wspomniałaś. Łatwiej jest pisać niż mówić, gdy ma się do powiedzenia coś emocjonalnego.

Moja mama jest sama z wyboru. Kiedy poznała ojca, była studentką. Zakochała się w nim zupełnie szaloną, beztroską miłością, taką wakacyjną. Tyle że owocem tych paru wspólnych weekendów spędzonych w górach była ciąża, a chłopak zniknął. Mama twierdzi, że mogła go szukać, bo wiedziała, skąd pochodzi, ale uniosła się honorem. Nie chciała go znaleźć tylko po to, aby wywalczyć sobie alimenty. Skoro odszedł bez słowa – widocznie jej nie kochał. Postanowiła, że poradzi sobie sama. I rzeczywiście sobie radzi.

Zaraz potem umarł jej tata, nawet go nie poznałem. Kiedy się urodziłem, byliśmy już sami. Dzieciństwo spędziłem w malutkim mieszkanku w Poznaniu – nie masz pojęcia, jak tam było ciasno. Ja tego nie zauważałem, dopóki nie zamieszkaliśmy tutaj. Teraz jest cudownie, wcale nie dlatego, że mam swój pokój, ale przede wszystkim z powodu tego, co widać za oknem. W Poznaniu, gdy wyjrzałem przez okno, widziałem tylko szare mury i dachy innych budynków. Teraz mam przed sobą przestrzeń, stare drzewa, trawę, a wiosną i latem – nawet nie umiem sobie tego wyobrazić – kwiaty buchną kolorami. Nie mogę się doczekać mojej pierwszej wiosny w Miłosnej.

Ale chcę jeszcze na moment wrócić do tego, co napisałaś o strachu. Wiem, jakie to upokarzające – bać się. Nawet nie masz pojęcia, jak dobrze znam ten rodzaj upokorzenia.

Nigdy nikomu nie mówiłem, co tak naprawdę sprawiło, że zdecydowaliśmy się z mamą na przeprowadzkę do Miłosnej. Mieszkanko w Poznaniu było wprawdzie maleńkie, ale stanowiło taki oswojony, ukochany kawałek świata – i dla mamy, i dla mnie. Mimo to mama podjęła decyzję, że pora na zmiany. Wiem, że zrobiła to wyłącznie dla mnie. To, co teraz napiszę, jest tajemnicą. Szczerość za szczerość.

W gimnazjum byłem szykanowany. Jakiś pacan raz i drugi palnął, że jestem gejem. Bo czy ktoś, kto słucha poezji śpiewanej w dwudziestym pierwszym wieku, może nim nie być? Ktoś, kto ubiera się i czesze inaczej niż wszyscy? Mama mówiła: kupmy ci normalne ubranie, dżinsy z obniżonym krokiem, bluzę z kapturem i jakimś wrzaskliwym napisem; zaczną cię traktować jak swojaka. Obetnij grzywkę, nie prowokuj odmiennością. I wiesz, to nawet nie chodziło o to, że mnie się te moje ubrania po prostu podobają. Pal sześć mój gust! Mógłbym chodzić w dresie, nie zrobiłoby mi to większej różnicy. Rzecz w tym, że poczułem bunt. Dlaczego muszę się przystosować, dlaczego mam cokolwiek zmieniać? Nie jestem gejem. Nie uważam, że byłoby w tym coś złego, ale nie jestem. Wtedy byłem zakochany w Łucji. Teraz w Joannie. Może i nie mam paczki kumpli, ale tak samo nie mam paczki kumpelek. Po prostu zawsze, odkąd pamiętam, trzymałem się na uboczu. Czy to taki grzech? Czy grzywka, koszule, szelki i sztruksy to jakiś problem?

Tak czy owak, tamci „koledzy” uznali, że owszem, to jest problem. Zaczęły się prześladowania. Nie chcę o nich opowiadać, wystarczy, jeśli powiem, że zaczęło się od złych słów, a skończyło na sikaniu na mój plecak, pluciu i biciu. Początkowo wydawało mi się, że to niemożliwe, aby ktoś wreszcie nie zareagował, bo przecież wokół mnie byli też przyzwoici ludzie, moi rówieśnicy, którzy wprawdzie nie byli przyjaciółmi, lecz także nie byli wrogami. Ale albo nikt niczego nie zauważał, albo ci inni, choć w głębi duszy przyzwoici, nic z tym nie zrobili, bo bali się tak samo jak ja. W każdym razie nadszedł dzień, kiedy zrozumiałem, że zacząłem zachowywać się jak ofiara. Ciągle bolał mnie brzuch, miałem taki wieczny przykurcz ramion; chciałem się ukryć. Wreszcie uznałem, że dość już przeżyłem. Życie nieszczególnie mi się podobało. Kiedy mama pojechała do wydawnictwa podpisać jakieś rachunki, ja opróżniłem domową apteczkę. Nie chciałem umierać w domu ani tym bardziej w szkole; zaplanowałem sobie śmierć z błękitem nad głową, więc poszedłem na tory za boiskiem. Ale pod wpływem tych wszystkich tabletek zacząłem zachowywać się jak pijany. Nie mam pojęcia, dlaczego polazłem do szkoły, napisałem na ścianie korytarza cytat ze Stachury: „schemacie, jak ty nie lubisz tych, co ci się wymykają”, po czym wylądowałem w toalecie, zapaskudziłem ją i zemdlałem. Ot, cała historia.

Zrobiła się wielka chryja, ale wreszcie wydało się, kto się nade mną znęcał psychicznie i fizycznie; jeden chłopak trafił przed sąd dla nieletnich, paru moich prześladowców zostało karnie przeniesionych do innych szkół, kilku innych przeprosiło mnie ze łzami w oczach. Bardzo się starałem w tym wszystkim nie czuć nienawiści i pogardy, ale nie do końca mi się to udało. W każdym razie kiedy skończyłem gimnazjum i przyszła pora na wybór liceum, wymyśliłem, że chcę się uczyć gdzieś poza Poznaniem. Akurat umarła ciocia Bogna, właścicielka dworu, a wówczas moja mama, która wciąż była w szoku po odkryciu, że ukochany synek chciał popełnić samobójstwo, zaproponowała, abyśmy zmienili otoczenie i zaczęli od nowa. I tak trafiliśmy do dworku w Miłosnej.

Tyle, jeśli chodzi o mój bilans upokorzeń i strachu. Jak widzisz, niełatwo Ci będzie mnie przebić. Ale w gruncie rzeczy nie chodzi o to, abyśmy się licytowali, tylko wspierali, prawda? Swoją drogą, czy to nie dziwne, że spotkaliśmy się wtedy w bibliotece? Wiesz, nie jestem za grosz religijny, ale czasem myślę, że bawi się nami jakiś Wielki Gracz, przestawia nas na szachownicy życia i dobiera nam przeciwników, ale czasem też tworzy sojusze. W każdym razie myślę, że my dwoje możemy zawiązać taki sojusz, jak sądzisz?

A skoro o sojuszach mowa – dziękuję Ci za odkrycie dotyczące dworku. Nie bardzo jeszcze ogarniam, jakie to ma znaczenie dla mojej historii (objadłem się tak bardzo, że ciężko mi się myśli), ale jutro na pewno wyciągnę z tego jakieś wnioski.

Mam nadzieję, że Boże Narodzenie upłynie Ci w miarę sympatycznie. O ile to w ogóle możliwe. Nie napisałaś nic konkretnego, ale domyślam się, że stworzenie fajnej atmosfery w Twoim domu może być trudne.

Do zobaczenia!

Dawid

P.S. Pisząc ostatnie słowa, uświadomiłem sobie, że spotkamy się dopiero w szkole. Wtedy też przekażę Ci list, bo przecież nie znam adresu. Szkoda.

Za trzy dni jadę z mamą na zdjęcie gipsu. Nie mogę się doczekać!

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 5

 

 

 

 

Pierwszy dzień świąt minął w cudownej atmosferze. Igor wspiął się na absolutny szczyt kunsztu kulinarnego, wskutek czego domownicy niemal nie odchodzili od stołu. Uczta trwała nieprzerwanie od rana do obiadu. Potem wszyscy pojechali na cmentarz do cioci Bogny, by po powrocie raczyć się winem z piwniczki oraz deserami.

Wprawdzie Radek nadal się nie odzywał – a w każdym razie nikomu nie udało się go usłyszeć – ale Antoniego wręcz rozsadzała radość. Złapał się na tym, że ogarnął go dziwny nastrój oczekiwania, zupełnie jak za dawnych lat, kiedy panienka Bogna wyjeżdżała na kilka dni, a potem miała wrócić. Za każdym razem Antek wyobrażał sobie, że tym razem coś się między nimi wydarzy – coś, co odmieni jego życie. Tak było również teraz: kiedy spacerował po alejkach w ogrodzie, trzymając małą, ciepłą rączkę Radka w swojej spracowanej dłoni, ogarniało go przeczucie, że oto nadchodzą zmiany, może nie spektakularne, ale na pewno dobre.

Funia oddaliła się trochę, zniknęła w iglakach rosnących między żywopłotem z ałyczy a wielkim świerkiem. Staruszek wiedział, że jest tam zupełnie bezpiecznie, dlatego pozwolił Radkowi pobiec za suczką. Idąc w ich kierunku, rozmyślał o tym, jak zmieniło się jego życie od śmierci Bogny Horyniec. Z jednej strony jej odejście było dla niego końcem świata. Nie chciał bez niej żyć, czekał na śmierć jak na wybawienie. Jednak z drugiej strony musiał przyznać, że przyjaciółka obmyśliła dla niego dobre zakończenie. Skoro już musiała umrzeć pierwsza – w końcu była o całe siedem lat starsza – to przynajmniej zaplanowała wszystko tak, aby jemu ten czas spędzony na ziemskim padole bez niej, bez ukochanej kobiety, jakoś umilić. Dlatego zapisała dworek Adzie i Monice. Najpierw jednak zaprosiła je na urodziny, aby sprawdzić, czy nie myli się co do nich, a dopiero potem podjęła decyzję. Dziś Antoni już wiedział, że była ona najmądrzejsza z możliwych.

 

Radek na dobre zniknął w krzakach, więc Antoni przyspieszył, aby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Kiedy znalazł się tuż przy zaroślach, stanął jak wryty, bo wyraźnie usłyszał szept. Nie rozróżniał słów, był jednak pewien, że chłopczyk tłumaczy coś psu, jakby go strofował. Tak przynajmniej wynikało z intonacji.

Starszy pan nie znał się na psychologii, nie miał pojęcia, jak powinno się postępować z dzieckiem, które właśnie wychodzi z wielkiej traumy. Intuicja podpowiadała mu jednak, że tak jak z wieloma innymi sprawami – tak i tu potrzebna jest cierpliwość, delikatność i zwyczajna dobroć. Zaszurał nogami, aby nie przestraszyć chłopca, po czym odezwał się cicho:

– Radziu! Gdzie jesteś? Gdzie Funia?

Po chwili zza gałązek tui wyjrzał Radek. Miał szelmowski uśmiech, najwyraźniej cieszył się, że udało mu się schować.

– Ty draniu! – roześmiał się pan Antoni. – Chciałeś mnie przestraszyć?

Malec pokiwał głową z zapałem.

– A jeśli Funia się tego nauczy? – zapytał starszy pan, udając surowość, ale jednocześnie mrugając łobuzersko. – Zacznie się przed tobą chować, a ty będziesz biegał po parku, bojąc się, że uciekła, że wpadła do jakiejś króliczej nory albo do stawu…

Urwał, bo zauważył, że Radek nie wyczuwa żartu. Na jego buzi pojawił się wyraz przerażenia.

– Żartowałem! – dodał szybko Antoni. – Zresztą psa bardzo łatwo nauczyć, aby zawsze przychodził do właściciela. Wiesz, jak to się robi?

Radek pokręcił głową. Staruszek przykucnął, by móc spojrzeć chłopcu prosto w oczy. Jak bardzo inaczej wyglądał świat z tej perspektywy! I pomyśleć, że Radek musi stale zadzierać głowę, gdy do niego mówimy, uświadomił sobie Antoni.

– Wytłumaczę ci – powiedział takim tonem, jakby zdradzał pilnie strzeżony przepis na magiczny eliksir. – Po pierwsze, imię musi służyć tylko do przywoływania. Nie wolno go używać, kiedy na przykład chcesz pieska skarcić. Wtedy najlepiej wołać „nie!” albo na przykład „fuj!”.

Radek zaśmiał się bezgłośnie.

– Pan Iwo znał się na psach i koniach – wyjaśniał dalej Antoni. – I wszystkiego mnie nauczył. Przez jakiś czas mieliśmy nawet sukę ogara, Kaja jej było na imię. Któregoś razu ukąsiła ją żmija. Spuchła cała i nie mogła oddychać. Pan Iwo płakał i ja razem z nim…

Uświadomił sobie, że Radek znów zrobił przerażoną minę, więc czym prędzej wrócił do tematu.

– Pies musi kojarzyć swoje imię z czymś przyjemnym – podjął. – Trzeba na przykład wziąć kawałeczki parówki albo inne smakołyki i wołać. Za każdym razem, kiedy psiak przyjdzie, nagradzać go. Pokazać ci?

Malec przytaknął z zapałem. Starszy pan wyciągnął rękę.

– Chodź – powiedział. – W kuchni mamy chwilowo tyle pyszności, że nic się nie stanie, jeśli skubniemy tego i owego. Potem wrócimy tu z Funią i potrenujemy.

 

Dwie godziny później, kiedy Ada wyszła z kijkami do ogrodu, aby rozgrzać się przed treningiem, zobaczyła na ławce w parku pana Antoniego, który podejrzanie często wycierał oczy. Przestraszyła się, że coś się wydarzyło, i czym prędzej podeszła.

– Cicho! – szepnął. – Niech pani go nie spłoszy!

Ada rozejrzała się, ale nic nie zobaczyła. Dopiero po chwili usłyszała dobiegający zza rabaty z suchymi o tej porze roku trawami dziecięcy głosik.

– Funia! Funia! Chodź!

Potem następowała chwila ciszy, szybkie kroki, a później znów:

– Funia! Chodź!

– Uczy ją przychodzenia na zawołanie – wyjaśnił starszy pan, a z oczu znów pociekły mu łzy. – Pani Ado, mógłbym dziś umrzeć, słowo daję, to najlepszy moment. Nigdy dotąd nie byłem taki szczęśliwy i już pewnie nigdy nie będę. To najpiękniejszy dzień w moim życiu!

– Niech pan tak nawet nie mówi! – ofuknęła go Ada, powstrzymując własne wzruszenie. – Proszę pomyśleć o Radku! On pana bardzo kocha, pan mu jest potrzebny! Nie chce pan przecież, aby znów zamknął się w sobie.

Antoni wyglądał, jakby dopiero teraz przyszło mu do głowy, że po jego śmierci ktokolwiek mógłby płakać.

– Boże mój, rzeczywiście, zapomniałem o tym! – zawołał szeptem. – Co ja wygaduję! Przecież obiecałem! Jestem jeszcze potrzebny …

– Oczywiście! – potwierdziła Ada. – Nigdy i nigdzie nie był pan potrzebniejszy niż tu i teraz, panie Antoni. – Przysiadła na chwilę na ławce i sięgnęła po dłoń starszego pana. Uścisnęła ją mocno. – I nie tylko Radkowi, proszę mi wierzyć. Dla nas wszystkich jest pan ukochanym dziadkiem i najlepszym przyjacielem. Proszę o tym nigdy nie zapominać.

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 6

 

 

 

 

Niełatwo było zmusić się do aktywności po takim obżarstwie, zwłaszcza po degustowaniu tych wszystkich wspaniałych słodkości, które przygotował Igor. Ada doskonale wiedziała, że ze swoją insulinoopornością nie powinna jeść tylu łakoci, jednak nastrój świąt zrobił swoje – w ciągu ostatnich trzech dni złamała wszelkie zasady swojej diety. Teraz czuła się ociężale, pobolewała ją głowa, a co najgorsze – waga wskazywała dwa i pół kilograma więcej.

– Jak to możliwe, że niektórzy jedzą takie rzeczy na co dzień i nie tyją?! – mruknęła rozżalona. – A ja puchnę niczym gąbka zaledwie po trzech dniach.

Rozgrzewka dobiegła końca. Aleja pokryta była białym dywanem śniegu, którego od trzech dni nie zbrukały ślady ludzkich stóp. Ada aż pożałowała, że musi iść tą trasą i poplamić śladami butów tę nieskazitelną biel. Nie odważyła się jednak pójść drugą stroną, przez park za stawem, choć wiedziała, że wiodą tamtędy ścieżki rowerowe. Obiecywała sobie, że na wiosnę pozna tamtą połowę posiadłości. Tymczasem jednak bała się, że zabłądzi.

Było pięknie – drzewa wydawały się wyższe, bardziej majestatyczne niż zwykle, a każdą gałązkę zdobił kołnierzyk sypkiego śniegu. Nawet źdźbła trawy z wysiłkiem dźwigały śniegowe ozdoby. Łatwo było poczuć się szczęśliwym w taki dzień – i Ada właśnie czuła się szczęśliwa. Radek zaczął mówić! – już samo to było wystarczającym powodem, by świętować. A na tym przecież nie koniec! Sprawy między nią a Igorem były na jak najlepszej drodze, po raz pierwszy od początku tej historii mieli szansę na happy end bez poczucia winy, bez szarpaniny moralnej. Wystarczy rozmawiać, mówić prawdę, być uczciwym wobec samego siebie i wobec innych, myślała Ada.

I wreszcie: Funia okazała się cudownym pieskiem, garnącym się do ludzi, choć nieco nieśmiałym. Pomysł, aby nie przygarniać szczeniaka, lecz spokojną, dorosłą suczkę, był znakomity. A wszystko dzięki Kacprowi Majewskiemu, uświadomiła sobie Ada. To on doradził i pomógł wybrać psiaka, to on poświęcił sobotę na wyjazd do schroniska. Trzeba mu się jakoś odwdzięczyć.

Myśl o Kacprze zmąciła nieco jej doskonały nastrój. Ada nie mogła sobie nawet wyobrazić, jak wyglądały tegoroczne święta Majewskiego. Ona sama przywykła do samotności i wigilia w większym gronie była dla niej nowością, jednak jej samotność nigdy nie była stuprocentowa. Ada miała syna – a Kacper nie miał już nikogo. Jak to jest: zasiąść do stołu wigilijnego i nie mieć się do kogo odezwać? Czy ktoś, kto jest sam w taki wieczór, w ogóle szykuje jakiekolwiek tradycyjne potrawy? Ubiera choinkę? Zakłada białą koszulę, kładzie na stole opłatek? Zapewne nie, bo z kim miałby się nim podzielić?

Oczywiście oboje z Igorem wpadli na pomysł, aby zaprosić Kacpra do dworku, ale tak jak się spodziewali – odmówił. W dodatku według relacji Igora zrobił to w przykry, szorstki sposób. Ada spróbowała sobie to wyobrazić. Zapewne uśmiechnął się kpiąco i rzucił jakąś ironiczną uwagę o dobrych uczynkach albo wyrzutach sumienia. Chociaż właściwie dlaczego którekolwiek z nich miałoby odczuwać takie wyrzuty? Nie byli przecież przyjaciółmi, ich relacja nawet nie zmierzała w stronę przyjaźni. Jeśli się nad tym zastanowić, to więcej było w naszej znajomości przykrych słów niż objawów sympatii i życzliwości, uświadomiła sobie, z werwą odpychając się kijkami. A mimo to musiała przyznać, że Majewski budził jej szacunek i zaufanie.

Doszła do końca alei i skręciła w stronę miasteczka. Miała nadzieję, że spotka Igora na treningu. Odkąd sprawa z listem do Moniki się wyjaśniła, ani razu nie byli sam na sam dłużej niż kilka minut. Chciała z nim porozmawiać, jeszcze raz wyjaśnić nieporozumienie, opowiedzieć o tym, co czuła przez długie tygodnie, kiedy wydawało jej się, że została zdradzona. Pragnęła także usłyszeć zapewnienie, że teraz już wszystko będzie dobrze. Że Igor chce być z nią i tylko z nią, że znajdzie odwagę, by szczerze wyznać żonie, co czuje, i zaproponować jakieś rozwiązanie.

Niestety, najwyraźniej tego dnia mąż Moniki nie wybrał się na trening o tej porze co Ada. Specjalnie robiła rozgrzewkę w takim miejscu parku, aby mógł ją zobaczyć z okna swojego pokoju. I celowo szła dość wolno, a po dojściu nad staw miejski nawet usiadła na moment na ławeczce pod pretekstem poprawienia sznurowadeł.

– Dzień dobry! – usłyszała za plecami głos. Rozpoznała go od razu. – Jak święta?

Kacper Majewski wynurzył się zza bezlistnych o tej porze roku zarośli.

– Dlaczego pan nigdy nie trenuje na szlakach? – roześmiała się. – Tylko biega po chaszczach?

– No, może nie nigdy, ale rzeczywiście rzadko. Wolę pozostać niewidzialny dla mieszkańców tego uroczego plotkarskiego miasteczka.

Adę zdumiała taka opinia. Wprawdzie mieszkała w Miłosnej od niedawna i nie znała jeszcze zbyt wielu miejscowych, ale dotychczas jedynie raz spotkała się z tendencją do plotek – gdy w poszukiwaniu kleju dla pana Antoniego odwiedziła sklepik z drobiazgami.

– Naprawdę ma pan takie złe zdanie o tutejszych? – zapytała, wstając z ławki i sięgając po kijki.

– Po prostu stwierdzam fakt – odparł Kacper. – Proszę nie zapominać, że mieszkam tu od urodzenia, niestety. Wszyscy mnie znają i ja znam wszystkich. Ale zawsze uważałem, że to nie uprawnia nikogo do wtykania nosa w moje sprawy. Trenuję czy nie trenuję, piję czy nie piję, rozwiodłem się czy nie, spędzam święta sam czy może zamówiłem sobie panienkę z agencji…

Typowy Majewski, pomyślała Ada. Zgryźliwy, szorstki, zniechęcający do kontaktu gbur.

– Idzie pani wokół stawu? – zapytał, nieświadom niepochlebnej opinii, którą mu właśnie wystawiła.

Nie mogła przecież skłamać, powiedzieć, że jest po treningu i już wraca do dworku. Być może obserwował ją wcześniej zza krzaków i wiedział, że dopiero przyszła do parku.

– Idę – odparła. – A pan już po?

– Nie, jeszcze przed. Jeśli pani pozwoli, to dołączę. Chętnie bym posłuchał o Funi i Radku. Udała się niespodzianka? Polubili się?

W jednej chwili zachowuje się jak niesympatyczny typ, który nie znosi świata i ludzi, by za chwilę stać się wrażliwym facetem, którego obchodzi, czy małemu chłopcu spodobał się piesek… I czy małemu pieskowi spodobał się chłopiec, przemknęło przez myśl Adzie. Dopiero po chwili zorientowała się, że nie odpowiedziała na pytanie i że Kacper mógł jej milczenie zrozumieć opacznie.

– Oczywiście, że może pan dołączyć – odparła. – Choć dla pana moje tempo będzie pewnie ślimacze.

– Owszem – zgodził się. – Ale chodzenie to także doskonała forma aktywności. Nic mi nie będzie, jeśli zamiast biec będę szedł. Zresztą, by być precyzyjnym, chodzenie jest nawet zdrowsze od joggingu.

– A to dlaczego?

– Mniejsze ryzyko urazów. Głównie kolan. No i stopy przy bieganiu jednak dostają nieco w kość. – Zaśmiał się z gry słów. – Dosłownie i w przenośni. Mam na myśli uderzanie o nawierzchnię. Wie pani, jak się tak zastanowić, to szybki marsz jest najbardziej naturalną formą aktywności. Pod względem korzyści dla zdrowia ustępuje jedynie pływaniu.

– Szkoda, że w Miłosnej nie ma basenu – westchnęła Ada. – Uwielbiam pływać. W Poznaniu mieliśmy z Dawidem wykupione karnety na basen…

– A właśnie, jak Dawid? Kiedy zdjęcie gipsu?

– Jutro! – Rozpromieniła się na tę myśl. – Nie może się doczekać. Oboje nie możemy.

Przez chwilę szli w milczeniu, bo od mówienia Adzie spłycił się oddech. Odczekała chwilę, ale ponieważ Majewski się nie odzywał, podjęła przerwany wcześniej wątek.

– Pytał pan o Radka i Funię. Cóż, najpierw byliśmy przerażeni, bo mały zaczął okropnie krzyczeć… Tego się nie da opisać… Jakby pisk, wycie, nie umiem znaleźć słów. Ale potem przerodziło się to w płacz. Zupełnie jakby coś się w nim odblokowało, jakby się… oczyścił… Myśli pan, że to możliwe?

Zerknęła w stronę Kacpra. Miał dziwny wyraz twarzy, jakby sam zamierzał za chwilę zacząć płakać.

– Tak – odezwał się po chwili zduszonym głosem. – Myślę, że to całkiem możliwe. Człowiek czasem… krzyczy z nadmiaru emocji. Kiedy pojawiają się łzy, to już jest ulga. Najgorzej, kiedy nie chcą płynąć.

Znów przez jakiś czas maszerowali w ciszy. Co ten człowiek przeżył, o jakich emocjach mówi? – myślała Ada. Wiedziała, że nie zada tych pytań na głos. Zresztą wątpiła, że on zechciałby odpowiedzieć.

– A potem? – odezwał się wreszcie.

– Potem udało mi się odwrócić jego uwagę. To znaczy nie, właśnie nie odwrócić, tylko raczej przekierować… Przepraszam, mówię tak chaotycznie. Wie pan, ja wciąż to bardzo przeżywam. Więc było tak: Funia leżała w koszyku, pod kocykiem, bo ona uwielbia być przykryta. A Radek płakał. Wtedy powiedziałam, że przy obróżce jest napis „Funia” i że widocznie Mikołaj chce, aby tak ją nazywać.

– Chyba Gwiazdor – mruknął Kacper.

Ada roześmiała się serdecznie.

– Jakie to zabawne, gdy kolejna osoba poprawia mnie w kwestii imienia kogoś, kto nie istnieje – powiedziała. – W Poznaniu też się mówiło „Gwiazdor”, ale mój tata z jakiegoś powodu nazywał go Mikołajem. Jego rodzice pochodzili z Warszawy. Co ciekawe, ciocia Bogna też mówiła „Mikołaj”, a z kolei pan Antoni upiera się przy Gwiazdorze. Pewnie musieli dużo o tym dyskutować.

– A może wcale nie? – zauważył Majewski. – Może po prostu potrafili żyć z tymi różnicami. Wie pani, ja właściwie nie znałem pani Bogny. Pana Antoniego to owszem, znam, bo mój tata się z nim przyjaźnił, Antoni brał od nas miód i bywał często u ojca. Więc nie znałem dziedziczki, ale zawsze wydawało mi się piękne, że tych dwoje potrafiło się tak zaprzyjaźnić.

– Ja myślę, że to nie była tylko przyjaźń – sprostowała Ada. – Jestem przekonana, że Antoni ją kochał.

– Kochał? – prychnął Kacper. – Myśli pani, że to była miłość? Co za bzdura. Już mówiłem: te wszystkie romantyczne bajdy są do chrzanu!

– Tak, ale wtedy rozmawialiśmy o książkach! Chyba nie chce pan powiedzieć, że w życiu też…

– Chcę! – przerwał. – Właśnie to chcę powiedzieć. Jedyna miłość, pani Ado, jaka ma rację bytu, to ta, która wynika z bliskiego pokrewieństwa i z dzielenia ze sobą losu. Dzień po dniu, wzajemne wsparcie, wspólna praca, wspólne posiłki, małe radości i smutki… Zaufanie. Stałość, niezmienność. To, że można na kimś polegać bez żadnych wyjątków. Tak się rodzi miłość.

– Ma pan na myśli miłość ojcowską i matczyną. Miłość syna i córki…

– Tak. Ewentualnie braterską i siostrzaną, ale tego nie wiem, to tylko teoria. Nie mam rodzeństwa.

– A co pan powie o uczuciu, dla którego ludzie ryzykują wszystko, co posiadają?! O poświęceniu, kiedy jedno oddaje życie za drugie…?!

– Jakieś przykłady? Konkrety? Ale nie z książek i filmów, tylko z życia.

Ach, ten jego cyniczny uśmieszek! Ada myślała gorączkowo, ale nie przychodził jej do głowy żaden przykład z historii. Zasapała się; marsz nie sprawiał jej przyjemności, bo zamiast się rozluźnić, była zła i rozczarowana, choć nie umiałaby wyjaśnić dlaczego. Właściwie co ją obchodzi, jakie zdanie ma Majewski na temat miłości?!

– Dobrze, zakończmy ten wątek – powiedziała w końcu. – Nie mam zamiaru dyskutować z panem na takie tematy. Ja wierzę w miłość i dla mnie jest ważne, aby tej wiary nie stracić.

Obeszli już staw dookoła, ale żadne z nich nie zwolniło. Zaczynało się drugie okrążenie. Ada zerknęła na swojego towarzysza, aby sprawdzić, czy nie uśmiecha się drwiąco. O dziwo, był zupełnie poważny.

– Może nikt pani jeszcze nie zawiódł – powiedział cicho. – Może tę wiarę traci się dopiero wtedy, gdy dostanie się od ukochanej osoby w twarz.

Nie miała ochoty opowiadać mu o sobie, a już na pewno nie zamierzała się zwierzać ze spraw sercowych. Szli dalej w ciszy, oddychając miarowo, a gdy drugi raz okrążyli jezioro, Ada po prostu pożegnała się i skręciła w stronę wyjścia z parku. Nie dokończyłam opowieści o Radku, uświadomiła sobie. Chciałam mu powiedzieć, że mały zaczął mówić, a tymczasem zupełnie bez sensu zaczęliśmy się kłócić na jakieś niezwiązane z nami dwojgiem tematy. Dlaczego z tym człowiekiem nie da się normalnie porozmawiać?!

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 7

 

 

 

 

Zazwyczaj w dworku wspólnie jadano jedynie obiady, natomiast śniadania i kolacje pan Antoni oraz Ada z Dawidem jedli u siebie, jako że każdy miał inne upodobania w kwestii menu oraz przyzwyczajenia co do pory spożywania posiłków. Jednak ponieważ Igor naszykował na święta takie ilości jedzenia, że nie zdołali zjeść nawet połowy, ustalono, że aż do Nowego Roku wszyscy będą się spotykać trzy razy dziennie w dworkowej jadalni i – jak to określił Dawid – „dzielnie walczyć z tą klęską urodzaju”.

Dlatego po treningu Ada wzięła prysznic i wraz z synem udała się do dworku na kolację. Powzięła silne postanowienie, że zje tylko to, co było dozwolone na jej diecie, ponieważ miała już dość przybierania na wadze. Toteż grzecznie odmówiła porcji nieco już zeschniętego, ale wciąż pysznego tortu kawowego oraz sałatki z pieczonych buraczków z fetą, poprosiła natomiast o tłusty bigos.

– Muszę jeść tłuszcze, a ograniczać węglowodany – wyjaśniła zdziwionej kuzynce. – Kiedyś ci tłumaczyłam, mam insulinooporność. Choć szczerze mówiąc, wszystkim nam dobrze by zrobiło, gdybyśmy zamiast cukrów jedli zdrowe tłuszcze. To się nazywa dieta ketogeniczna.

– Nie znam się na dietach – odparła Monika. – Ale to mi przypomniało, że jest coś, co chciałabym z wami przedyskutować.

Ada rzuciła czujne spojrzenie Igorowi. Czy to możliwe, że rozmawiał już z żoną na temat ich sytuacji? Ale nie, to przecież niemożliwe. Monika nie zaczynałaby takiej rozmowy przy Radku, Dawidzie i panu Antonim. Musi jej chodzić o coś zupełnie innego.

Pan Antoni podniósł głowę znad talerza z sałatką, wyraźnie zaniepokojony. Igor także przerwał jedzenie. Tylko chłopcy pałaszowali jakby nigdy nic. Radek próbował ukryć przed dorosłymi, że wyławia z bigosu kawałeczki kiełbasy i odkłada na brzeg talerza. Ada doskonale wiedziała, że potem posłużą jako nagrody dla Funi.