"Jestem bo Jesteś" Z księdzem Janem Twardowskim rozmawia Helena Zaworska - Jan Twardowski, Helena Zaworska - ebook

"Jestem bo Jesteś" Z księdzem Janem Twardowskim rozmawia Helena Zaworska ebook

Jan Twardowski, Helena Zaworska

0,0

Opis

 

 

jestem bo Jesteś 
na tym stoi wiara 
nadzieja miłość spisane pacierze [...] 
bo gdy sensu już nie ma to sens się zaczyna 
jestem bo Jesteś. Wierzy się najprościej 
wiary przemądrzałej szuka się u diabła 
(ks. Jan Twardowski "Jesteś") 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Wągrowcu
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 117

Rok wydania: 1999

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

 

Z księdzem

Janem Twardowskim

rozmawia

Helena Zaworska

Wydawnictwo Literackie

 

© Copyright by Jan Twardowski

© Copyright by Helena Zaworska

© Copyright by Wydawnictwo Literackie,

Kraków 1999

Projekt okładki i stron tytułowych

Jacek Szczerbiński

Na okładce wykorzystano zdjęcie autorstwa

Macieja Leśniaka

Układ typograficzny, redakcja techniczna

Bożena Korbut

 

Wydanie pierwsze

Printed in Poland

Wydawnictwo Literackie 1999

31-147 Kraków, ul. Długa 1

http://www.wl.interkom.pl

e-mail: [email protected]

Skład i łamanie: Studio Verbis

Druk i oprawa:

Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego

Kraków, ul. Czapskich 4

ISBN 83-08-02942-6

 

Jestem bo Jesteś

na tym stoi wiara

nadzieja miłość spisane pacierze (...)

bo gdy sensu już nie ma to sens się zaczyna

jestem bo Jesteś. Wierzy się najprościej

 

wiary przemądrzałej szuka się u diabła

(Jan Twardowski: Jesteś)

Wiara dziecięca

H.Z. Mam wielką prośbę: zrób coś takiego, żeby teraz, w Twoim obecnym pokoiku, pojawił się przed nami Janek Twardowski, liczący sobie lat dziewięć, dziesięć, może jedenaście. Jaki był, a raczej kim wówczas był? Pytam dlatego, że w Twoim życiu i w Twojej poezji tak ważna, najważniejsza, jest „wiara malutka”, doświadczana przez dzieci oraz przez takich szczęśliwych dorosłych, którzy potrafili ocalić w sobie dziecięctwo jako cechę osobowości. Chciałabym pojąć, na czym polega psychiczny fenomen tej wiary, jak ona się w dziecku rodzi, rozrasta, umacnia. Dlatego próbuję sobie wyobrazić, jakim chłopcem był ów Janek. Grzeczny czy urwis, posłuszny czy buntujący się, bardzo pobożny czy tylko w miarę? Czy chodziłeś po drzewach, skakałeś przez płoty, miałeś procę, kopałeś piłkę? Byłeś choć trochę szaławiłą?

J.T. Szaławiłą na pewno nie byłem. Miałem trzy siostry, dwie starsze ode mnie, jedną młodszą. To była duża rodzina, wraz z matką otaczały mnie cztery kobiety. Od wczesnego dzieciństwa pasjonowałem się przyrodą, wszystko mnie w niej interesowało, najdrobniejsze szczegóły. Brat mojej matki miał niewielki mająteczek pod Warszawą, wyjeżdżałem tam na wakacje, nieraz dłuższe, zdarzało się, że wracałem dopiero pod koniec września. Byłem ogromnie przejęty wszystkim, chmurami, słońcem, deszczem, zwierzętami, ptakami, owadami, mrówką i biedronką, no, całym Bożym światem. W tym świecie czułem się swobodny, bo jeśli chodzi o ludzi, byłem od zawsze strasznie nieśmiały, niepewny, w ogóle uważałem, że jestem takie brzydkie kaczątko, zresztą do teraz tak uważam.

H.Z. Religia była na pewno wielką pociechą dla tamtego małego kaczątka?

J.T. Była nadzieją. Bo żeby nie wiem jak brzydkie, nieudane i nieśmiałe, dla Pana Boga jest ważne. Może spotkać się z łaską Bożą, ze szczęściem obcowania z wielkością Tego, kto stworzył ten świat, którym się tak zachwycałem. Po dziecięcemu czułem Boga w tych wszystkich drobiazgach przyrody, które mnie pasjonowały. Ale i w wielkich drzewach, w lesie, na polu. Zdumiewałem się wszystkim, dziwiłem się, że wszystko jest, jakie jest, i że nawet brzydota w przyrodzie jest piękna.

H.Z. Z Twoich wierszy wynika, że dzieci są takie dobre, miłe, urocze. Nieraz biedne, bo chore, kalekie, ale zawsze bardzo szlachetne małe osoby. A przecież wiadomo, że dzieci wcale nie są tylko dobre, że bywają złośliwe, agresywne, nieraz wręcz okrutne wobec siebie nawzajem, wobec zwierząt. Często są nieszczęśliwe z tego właśnie powodu, nie lubią własnej złości. Powiedz, jakie bajki podobały Ci się najbardziej? Zapewne Andersen, o którym później napisałeś wiersze, w roku 1937 wydałeś przecież u Hoesicka tomik zatytułowany Powrót Andersena.

J.T. Oczywiście, Andersen. Był dla mnie najpogodniejszy, chociaż w dzieciństwie był taki nieszczęśliwy. Ale smutne dzieci umiał swą twórczością pocieszać. Braci Grimm nie znosiłem, bo to takie okropne, straszne wilki, szarpanie, zabijanie.

H.Z. Psychoterapeuci wieku XX uważają, że bajki braci Grimm są bezcenne dla dzieci, które dręczy lęk przed własną złością, niemożność sprostania ideałowi zawsze grzecznego chłopczyka. Dobry Andersen nie tłumaczył im zła, czuły się wyrzucone poza obręb normalnego świata. Tymczasem bracia Grimm pokazują, że świat bywa bardzo niedobry, że niekiedy trzeba umieć się przed nim obronić. Poczciwy Jaś ze słodką Małgosią muszą jednak wsadzić Babę Jagę do pieca, żeby ona ich nie upiekła. Trzeba przyznać się do zła w sobie, bo jeśli się założy, że jest się tylko szlachetnym, to żadnej moralności z tego się nie wyprowadzi, z niczym nie trzeba będzie walczyć, niczego naprawiać. To dotyczy i dzieci, i dorosłych.

J.T. Jest takie powiedzenie: „Nie spotkałem złych ludzi. Poznałem człowieka dobrego. Straszny był”. To taki paradoks. Człowiek dobry też ma swoje winy. Jeśli chodzi o dzieci, dla mnie dziecko to jednak przede wszystkim zaufanie: jestem grzeczny i niegrzeczny, ale mam ojca, matkę, nic mi się nie stanie. Ta dziecięca ufność nie oznacza infantylizmu, głupoty. Ona jest bardzo ważną cechą psychiki. Dziecku potrzebne jest poczucie bezpieczeństwa. Potrafi zawierzyć Bogu, że jest, że wie o nim, że je obroni.

Zło, które dziecko nabywa, zależy od otoczenia, wychowania, od rodziców. Ja miałem dobrych rodziców, dobre siostry, więc to trochę inaczej wyglądało. Patrzę na swój tak odległy w czasie dom i nie widzę w nim okrutnych ludzi. Nie wyrastałem w strachu przed złem, nie ścigało mnie ono w dzieciństwie ani na jawie, ani we śnie.

H.Z. No tak, „wiara malutka” Janka z klasy 3 b była czysta jak łza. Ale czy będąc nastolatkiem, miałeś poczucie, że jesteś tylko dobry, że nie ma w Tobie żadnej złości?

J.T. A nie, to niemożliwe, zawsze miałem poczucie różnych win.

H.Z. Jak to zawsze? Więc byłeś potworem?

J.T. Aż tak to nie, ale nie uważałem się za „anioła”.

H.Z. „Wiara malutka” jest w Twojej poezji opoką, z niej wyrasta właściwie wszystko. Wiążesz ją z dobrocią i bezwzględną ufnością dziecięcą. I tu ja z Tobą kłócę się od dawna, odkąd czytam Twoje wiersze. Bo pamiętam ze swojego dzieciństwa istne dramaty zwątpienia. Miałam dziewięć lat, byłam po pierwszej spowiedzi, biała sukienka gotowa, loki nakręcone, nastrój podniosły. I nagle dopada mnie straszliwa pewność, że nie będę szczęśliwa w niebie, bo mój niewierzący tatuś będzie w piekle, a ja kocham go bardziej niż Pana Boga! O przystąpieniu do Komunii nie ma więc mowy, moja gorąca „wiara malutka” wali się, w nocy nie śpię z rozpaczy. Jestem dziewięcioletnim człowiekiem niewierzącym. Więc w każdym momencie życia zagraża nam zwątpienie.

J.T. Ja trochę inaczej rozumiem „wiarę malutką”. Dorosła, pełna wiara, wszystkie dogmaty, teologia, religia to skomplikowana sprawa. Żądają tej wiary wielkiej. A „mała wiara” dziecka w to wszystko się nie wdaje, nie jest w stanie. Dziecko wierzy, że jest Bóg, wierzy, że nie jest samo. Bez tej oprawy teologicznej, filozoficznej. Nie zna ani świętego Tomasza, ani Augustyna. Wie, że urodziło się, choć nie chciało, i ma umrzeć, choć nie chce; tak się budzi świadomość dziecka zaczynającego myśleć. Zostało wrzucone w świat, małe, biedne, brzydkie kaczątko, które wierzy, że jednak nie jest samo, bo jest Bóg. To wystarczy na całe człowiecze życie, nie jest konieczna wiara pogłębiona, wiara z dyplomem. Przecież Jezus w Ewangelii kazał uczonym w Piśmie brać przykład właśnie z dzieci. Dzieci nie były wówczas szczególnie cenione, nie miały żadnych praw, były poniżane. A On je wyróżnił.

H.Z. Ale co powiesz o dzieciach, które wątpią?

J.T. To nieraz bywa tak, jak z tymi pytaniami: Czy kochasz mamusię? Dziecko kocha, ale nie potrafi na to pytanie odpowiedzieć. W dzieciach jest mnóstwo cech nieuświadomionych. Ich zło bywa także nieświadome.

Dziecko może być dobre lub złe, takie czy inne, ale potrzebuje matki i ojca. Także Ojca w niebie, który sprawi, że ono na zawsze nie umrze, będzie istniało. Dziecko na ogół ma wielką potrzebę ufności. I to się traci potem. Chociaż na przykład Bruno Schulz w swojej twórczości zawsze żył problemem ojca, tego ziemskiego i tego metafizycznego, Niepojętego.

H.Z. Czemu to się z wiekiem traci i bywa nieraz, że nawet wierzący nie odczuwa obecności Boga w swoim życiu?

J.T. Wciąż spotykam się z tym, że człowiek od Boga odchodzi, potem znów powraca, raz jest taki, potem inny.

H.Z. Wiara nie jest darem danym raz na zawsze, chociaż pewnie zdarza się i taka. Często jest ona zmiennym procesem, następują w życiu fale gorącej wiary i fale niedowiarstwa. Czy uważasz to za naturalne?

J.T. Dla mnie wiara nie jest problemem intelektualnym, który można rozwiązać. Wiara jest zaufaniem, że jestem w rękach Kogoś mądrzejszego, lepszego. Można mieć strasznych ziemskich rodziców, tylu jest przecież pijaków, nawet okrutników. Ale tym bardziej potrzebna jest ufność, że istnieje Ktoś ponad tym cierpieniem. Znam opowieść o dziewczynce z takiego złego domu, która pisała pamiętnik i zawarła w nim nie tylko swoje nieszczęście, ale i swoją wiarę w Dobrego Boga. Podobno rodzice nawrócili się, gdy po jej śmierci ten pamiętnik wpadł w ich ręce.

H.Z. Powiedziałeś, że wiara dziecięca jest jakby bezpośrednim, spontanicznym talentem wierzenia.

J.T. Tak, jest Łaską Ufności. Życie jest przecież tajemnicą, niczego nie można zrozumieć w pełni, dziecko nieustannie się dziwi. Jest pochłonięte niepojętym cudem, że kręcimy się w kosmosie, nie spadamy z ziemi na głowy w otchłań itd. Na starość człowiek często odzyskuję tę Łaskę Ufności, gdy już jest opuszczony przez bliskich, jest sam, ogołocony, zostaje mu jedyna, największa nadzieja: Bóg. Mogą to być dawni straszni grzesznicy, ale na starość oni doszli do tego, że zostali sami i że jest to nie do udźwignięcia bez obcowania z Bogiem. W pełni życia człowiek często chce sobie zastąpić Boga kimś innym albo czymś innym, na przykład nauką albo sztuką. W końcu jednak okazuje się, że to nie wystarcza.

Nauka, wbrew utartemu mniemaniu, jest raczej ciągłą, twórczą niepewnością, a nie zbiorem pewników. Wcale nie okazuje się opoką, nie mówiąc już o tym, że bywa wykorzystywana do strasznych rzeczy, na przykład do wyprodukowania bomby atomowej. Więc trudno bezgranicznie zaufać nauce. A sztuka? Samo słowo „sztuka” jest sztuczne, ma w sobie coś z gry, z udawania. Trzeba przezwyciężyć sztukę, żeby być prawdziwym. Więc może najważniejszy jest Człowiek? Może on wypełni to puste miejsce po Bogu, o jakim mówi się w wieku XX? Ale tu zaraz przypominają się nam takie potworne postacie, jak Hitler, Stalin, masy ludzi, które ich uwielbiały jak zamroczone, i ogarnia nas przerażenie, a nie ufność.

Ktoś kocha kogoś, miłość może wypełnić pustkę. Jednak to też nie jest proste ze stu powodów. Nie tylko dlatego, że poznaje się czyjeś słabości, wady, może złość, ale dlatego, że w miłości cierpi się i wątpi. Miłość jest, potem jej nie ma, to wszystko bardzo boli. Miłość i samotność — dwie siostry, nie da się ich rozdzielić. Przecież wciąż słucham, jak wielu ludzi jest poranionych przez miłość...

H.Z. Toteż mówimy o Bogu, że jest Miłością Doskonałą, podczas gdy miłości ludzkie bywają tak często obolałe, zmienne, nieudane. W swoich wierszach piszesz, że skoro już doprawiono naszemu osobowemu wyobrażeniu Boga ludzką brodę, może by jeszcze dołożyć mu uśmiech. Mówisz w wierszu Suplikacje: „gdy mi tak smutno i duszno, i ciemno — / uśmiechnij się nade mną”. Powtarzam często ten wiersz jak modlitwę.

Ale powiedz, jak Niepojęty Bóg może istnieć w nas jako bliski człowiek, jedyny, który umie kochać i nigdy nie zawiedzie? Przecież Bóg jest Tajemnicą, przecież wiadomo, że nic nie wiadomo, że żadnym pojęciem ani słowem Go nie określimy. Wiemy to, a jednocześnie czujemy co innego, obcujemy z Nim poprzez uczucie, wrażliwość, oczywiście poprzez serce, a nie dzięki rozumowi.

J.T. Tak Boga odbieramy, bo On, w osobie Jezusa, wszystko przebył także jako człowiek: i cierpienie, wzgardę, i ból. To ktoś, komu nic się nie udawało. Nie nawrócił ani faryzeuszy, ani Piłata. Miał uczniów, szli za Nim gromadami, ale nawet najbliżsi, Piotr, wyrzekł się go w godzinie próby. Owszem, uzdrowił cudownie ileś osób, mijał zaś rzesze trędowatych, chromych, ślepych. Wyprowadził z grobu Łazarza, ale wciąż słyszał lament po innych zmarłych. Umarł jako nieudany człowiek, jakby przegrał walkę o Prawdę. I ten nieudacznik, to biedne, ludzkie „kaczątko”, zmartwychwstaje jako Bóg. Żadne inne wyznanie czegoś takiego nie zna, tylko chrześcijaństwo. Bo jeżeli odejmę Jezusa i zostanie tylko sprawa pomiędzy Bogiem-Tajemnicą a mną, to ja się wtedy gubię.

H.Z. Poprzez Jego miłość dociera do nas wiedza o miłości Boga do człowieka.

J.T. Nieraz powtarzamy, że Pan Jezus umarł z miłości do nas. Co to znaczy? Co to znaczy „umrzeć z miłości”? Znałem pana, który był tęgi, i z miłości do pewnej pani zaczął się odchudzać, żeby się jej podobać. Robił to tak gwałtownie, że rozchorował się i umarł. Czyli umarł z miłości. Znałem panią, która bardzo męczyła się tym, że jej nikt nie kocha, że jest sama, wpadła w ciężką depresję, umarła. To niby brzmi niepoważnie, a jest poważne, jest dramatyczne.

Ale miłość Pana Jezusa była czymś zupełnie niezwykłym, czymś innym od ludzkich miar. On umarł z miłości także do tych, którzy Go zabili, modlił się za nich, ginął za nich. Jezus jako człowiek modlił się do Boga, żeby nawet na najgorszego grzesznika spojrzał miłosiernym okiem. To solidarność człowieka z człowiekiem, największa, jaka może być.

H.Z. Ludzie umierają przecież za siebie, poświęcają swoje życie w walce o dobro innych, idą na wojnę, giną za ojczyznę!

J.T. Tak, oczywiście, matka, ratując dziecko, gotowa jest wskoczyć w ogień, powstańcy umierają za wolność na barykadach. Ale oni nie umierają za wrogów, tylko za „swoich”, natomiast Jezus umiera za tych, którzy Go zniszczyli, i mówi do Boga, że jego prześladowcy nie wiedzą, co czynią, prosi, żeby im wybaczył. Tego nie ma w innych religiach, żaden z wielkich mędrców nie wymyślił tak niezwykłej miłości, jaką czuje Jezus. Dlatego jest On postacią zupełnie nieporównywalną. A najgorsze, że tego nie rozumieją sami chrześcijanie, potrzebują koniecznie wroga, żeby go nienawidzić, zlustrować, walczyć ząb za ząb.

Pamiętasz z Ewangelii taki opis, jak to uczniowie Jezusa nocą łowią ryby, nic nie mogą złowić i potem, raptem, cud: Jezus sprawia, że wyciągają pełne sieci. I On mówi do Piotra: odtąd ludzi będziesz łowił. Co to znaczy, w jakim momencie to zostało powiedziane? — wtedy, kiedy Piotr był zupełnie bezradny, nie sprawdził się jako zwykły rybak, a tu zapowiedź jego ogromnego znaczenia w przyszłości. Więc człowiek jest wielki właśnie wtedy, gdy jest nikim, gdy opiera się tylko na Bogu, nie na sobie. Jezus w swoim ludzkim życiu ukazywał wymiary miłości i wielkości wówczas nieznane. Po dziś dzień trudno zrozumiałe, nawet wśród chrześcijan.

H.Z. Niestety, nienawiść do wrogów jest w świecie wciąż popularniejsza od miłości do bliźnich, która jest wzniosłym postulatem, a nie codzienną praktyką. Bóg jest Miłością Doskonałą, ale cóż my możemy o niej wiedzieć, jak ją rozumieć? Obcuję z Bogiem osobowym. Natomiast Bóg Niepojęty, Nieskończony jest odległy, niewysławialny.

J.T. Bóg jest przecież osobowy. Judaizm, chrześcijaństwo oraz islam wierzą w Boga osobowego. Indie nie wierzą w takiego Boga. Bóg chrześcijański jest osobowy, ponieważ ma wolną wolę i świadomość.

H.Z. A my nie mamy pojęcia, czym jest ta Boża świadomość.

J.T. Nie mamy. On nie musi nam jej tłumaczyć, to jest Jego sprawa. Przedstawia się nam jako Tajemnica. Wielki artysta nigdy do końca się nie ujawnia. Zresztą każdy człowiek jest tajemnicą, ty także nią jesteś. Czy znamy kogokolwiek naprawdę, do końca, na pewno? — nie! Nie znamy nawet siebie.

H.Z. W jednym z najpiękniejszych swoich wierszy napisałeś: „boję się Twojej miłości / że kochasz zupełnie inaczej tak bliski i inny jak mrówka przed niedźwiedziem”. Więc nic nie wiemy o Jego miłości?

J.T.