Jerzy Dziewulski o kulisach III RP - Jerzy Dziewulski, Krzysztof Pyzia - ebook
Opis

Niecenzurowana opowieść o początkach III RP.

Niewygodna prawda o negocjacjach z udziałem Kościoła przy Okrągłym Stole. Kulisy werbowania księży przez esbecję. "Most", największa operacja w historii światowych służb specjalnych, w relacji dowódcy - Jerzego Dziewulskiego. Sekrety ochrony najważniejszych osób w naszym państwie i najważniejszych osób na świecie. Noc teczek z 4 na 5 czerwca 1992 roku w polskim Sejmie. Prawda o Anastazji P. i seksaferach w polityce. Największa afera szpiegowska III RP.

Szokująca opowieść, po której przyznasz, że naprawdę mało wiedziałeś o Polsce po 1989 roku.

Opisuję to, co wywarło na mnie największe wrażenie. Ot, gliniarz, pierwszy w historii Polski, dostaje się do parlamentu i widzi świat polityki od środka, a nie jak dotychczas - z "krawężnika", kiedy obserwował na ulicy przejeżdżające czarne limuzyny. Nagle znalazł się w ich środku, nieco zagubiony, zdumiony i rozczarowany tym, co zobaczył.

Jerzy Dziewulski

Jerzy Dziewulski - były gliniarz, antyterrorysta, poseł na Sejm I, II, III i IV kadencji. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Pracę zaczynał w Milicji Obywatelskiej w wydziale służby wywiadowczej na Żoliborzu. Później był m.in. oficerem wydziału kryminalnego, a następnie dowódcą jednostki antyterrorystycznej na lotnisku Okęcie w Warszawie. Szef osobistej ochrony prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, jego osobisty sekretarz oraz doradca do spraw bezpieczeństwa. Szkolony w USA, w Izraelu i we Francji. Twórca sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych. Ranny na służbie. Jako jedyny policjant w Polsce został trzykrotnie odznaczony Medalem za Ofiarność i Odwagę. Odznaczony również Krzyżem Oficerskim i Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Krzysztof Pyzia - absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Autor bestsellerów, m.in. "Jerzy Dziewulski o polskiej policji", "Jerzy Dziewulski o terrorystach w Polsce" i wywiadu rzeki z Wojciechem Pokorą "Z Pokorą przez życie". Producent programu "Dzień Dobry Bardzo" w Radiu ZET, w przeszłości dziennikarz tygodnika "Angora" i "Playboya". Autor bloga KtoPyziaNieBladzi.pl. Interesuje się historią i tematyką dotyczącą służb specjalnych i terroryzmu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 350

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

Copyright © Jerzy Dziewulski & Krzysztof Pyzia, 2019

 

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

 

Zdjęcie na okładce

© Piotr Oleś

 

Zdjęcia na wkładce

© Prywatne archiwum Jerzego Dziewulskiego; Mariusz Szyperko/PAP;

Jan Morek/Forum; Adam Chelstowski/Forum; Thomas Samson/AFP/East News; Tomasz Gawalkiewicz/Forum; Jakub Ostałowski/Forum;

Andrzej Iwańczuk/Reporter; Wojtek Olkusnik/Forum; Krzysztof Wójcik/Forum; Jacek Marczewski/Forum; Tomasz Wierzejski/Fotonova;

Andrzej Iwańczuk/Reporter; Maciej Figurski/Forum;

Konrad Kalbarczyk/Forum

 

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

 

Redakcja

Bohdan Sławiński

 

Korekta

Grażyna Nawrocka

 

ISBN 978-83-8169-637-1

 

Warszawa 2019

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

SŁOWEM WSTĘPU

Ta książka kończy praktycznie moje wspomnienia z przeszłości. Nie jest próbą oceny zdarzeń, jedynie relacją czasów nie tak dawnych, ale minionych. To są moje wspomnienia, opisane tak, jak je widziałem, bez jakichkolwiek upiększeń.

 

Dzięki Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, Leszkowi Millerowi, Zbigniewowi Sobotce czy Januszowi Zemkemu i wielu innym kolegom miałem szansę uczestniczyć w wydarzeniach historycznych. Często ludzkimi losami rządzi przypadek i on zdecydował, że dostałem się do Sejmu, ot tak, dla żartu, by po krótkim czasie przekonać się, że tu żartów nie ma. Walka polityczna jest brudna, nie uznaje żadnych zasad. Słowo dane dziś jutro nie ma żadnego znaczenia, liczy się wyłącznie cel i albo robisz wszystko, żeby go zrealizować, stosując wszystkie możliwe, nawet niehonorowe chwyty, albo znikniesz z pola widzenia. Widziałem wiele takich zachowań i nawet nie usiłuję o nich opowiadać, bo byłem tylko przypadkowym politykiem, choć pamiętliwym obserwatorem.

 

Opisuję to, co wywarło na mnie największe wrażenie. Ot, gliniarz, pierwszy w historii Polski, dostaje się do parlamentu i widzi świat polityki od środka, a nie jak dotychczas z „krawężnika”, kiedy obserwował na ulicy przejeżdżające czarne limuzyny. Nagle znalazł się w ich środku, nieco zagubiony, zdumiony i rozczarowany tym, co zobaczył. Ale pozostaną wspomnienia, które pozwalają mi dziś patrzeć na polityków inaczej, z rezerwą, z dystansem. Często te dobre strony wspomnień zawdzięczam jednak, o ironio, samym politykom.

 

Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, Prezydentowi RP, że pozwolił mi uczestniczyć w sercu wydarzeń Jego kampanii wyborczej, że pozwolił mi być swoim doradcą i szefem ochrony i że miał do mnie zaufanie, często jednak potrzebne w polityce.

 

Leszkowi Millerowi, Premierowi RP, że pozwolił mi uwierzyć, iż dla niego liczy się także przeszłość człowieka, któremu proponuje się wysokie stanowisko w Policji, i wierzy w to, że ten wywiąże się z obowiązków. Ale także to, że był mężczyzną, który dotrzymywał słowa.

 

Januszowi Zemkemu i Zbigniewowi Sobotce dziękuję za przyjaźń i wiele lat wspólnej pracy.

Dziękuję, Panowie!

Jerzy Dziewulski

NAJWIĘKSZA OPERACJA SŁUŻB SPECJALNYCH W HISTORII ŚWIATA

Pod koniec lat 80. w ZSRR mieszkało blisko 2 mln osób pochodzenia żydowskiego. To właśnie w tamtym momencie premier Izraela Icchak Szamir otrzymuje raport, z którego wynika, że ZSRR może się rozpaść. Konsekwencją rozpadu supermocarstwa mogą być antysemickie nastroje, resentymenty z czasów caratu, prowadzące, być może, nawet do krwawych pogromów. W związku z tym premier Izraela postanawia działać. Poprzez amerykańskie kanały dyplomatyczne zaczyna namawiać przywódcę ZSRR Michaiła Gorbaczowa, by zgodził się na pospolitą emigrację Żydów do Izraela. Ostatecznie Gorbaczow przystaje na to. Warunek jest tylko jeden. Opuszczający ZSRR Żydzi mają zostawić tam majątek, a ten ma przejść na własność państwa.

Na początku emigracja odbywa się przez stolicę Austrii i węgierskie porty lotnicze. Wiedeń jednak dość szybko odpada, bowiem ruch na tym lotnisku jest za duży, by zagwarantować bezpieczną przeprawę. Węgry również wycofują się z dalszych działań po tym, jak w trakcie konwojowania grupy emigrantów z ZSRR zostaje zabity policjant, a sprawców nie udaje się złapać.

W tej sytuacji do współpracy namawiane zostają władze rumuńskie. Gdy te odmawiają, a sytuacja międzynarodowa zmienia się jak w kalejdoskopie, bo nadchodzi czas demokratycznych przemian, taki tranzyt emigrantów z ZSRR proponuje się „młodziutkiej”, odrodzonej Rzeczypospolitej, gdzie 24 sierpnia 1989 roku powstaje pierwszy demokratyczny rząd z Tadeuszem Mazowieckim na czele. Dalej dochodzi do nieformalnych rozmów, których finał ma miejsce 26 marca 1990 roku. Wówczas Tadeusz Mazowiecki spotyka się z przedstawicielami Amerykańskiego Kongresu Żydów w nowojorskim hotelu. Tego dnia premier RP zobowiązuje się do pomocy w emigracji Żydów z terenów ZSRR. Zaraz po wizycie premiera Mazowieckiego w USA nasze służby starają się wyciszyć wszystkie publikacje o tym spotkaniu, by nie podgrzewać niepotrzebnie zainteresowania i mieć wolne ręce w tej trudnej operacji.

Cztery dni później samochód z Bogdanem Serkisem, przedstawicielem handlowym polskiej ambasady w Libanie, zostaje ostrzelany z kałasznikowów. W wyniku tego Serkis zostaje trafiony między innymi w głowę, a żona Serkisa, Ewa, zostaje dwukrotnie raniona w nogi; na szczęście udaje im się przeżyć atak. Do zamachu przyznaje się niejaka Organizacja Akcji Rewolucyjnej1. Analiza wywiadowcza jasno wykazuje, że przesłanie tego, co się wydarzyło, jest czytelne. Polska ma sobie dać spokój z pomocą Żydom. Jakby tego było mało, dwa dni później inna grupa, tym razem Islamski Front Militarny, zapowiada, że jeśli Polska nie zrezygnuje z obietnicy pomocy w tranzycie Żydów z ZSRR – ataki na Polaków się nasilą. Co więcej, w Polsce wciąż są obecni najgroźniejsi terroryści na świecie2! W tym momencie na horyzoncie pojawia się między innymi Jerzy Dziewulski, wówczas dowódca policyjnych komandosów na warszawskim lotnisku Okęcie… Czas na odkrycie kulis jednej z największych i najbardziej tajnych operacji służb specjalnych na świecie, od której de facto rozpoczęła się współpraca polskich służb specjalnych z wywiadami zachodnimi.

– Operacja „Most”, którą dowodziłeś, jest uznawana za największą operację służb specjalnych w historii. W końcu jest okazja, by o tym porozmawiać.

– Przede wszystkim nie mam wątpliwości, że z punktu widzenia rozległości była to największa operacja służb specjalnych na świecie. Jej zakres, skala, szerokość działania, nadto zaangażowanie służb z jednej i z drugiej strony, czynią całe przedsięwzięcie monumentalnym. Polski kryptonim operacji to „Most”, żydowski „Alija”. A wszystko zaczęło się niewinnie w 1990 roku. Na początku kwietnia dzwoni do mnie zastępca komendanta głównego policji i pyta, czy byłbym w stanie podjąć się zabezpieczenia, no wiesz… dużej operacji. Dopytuję, o co chodzi, nie znając skali zjawiska… On dawkuje mi wiedzę: Chodzi o przerzut niemałej liczby obywateli pochodzenia żydowskiego ze Związku Radzieckiego przez Warszawę do Izraela. Proszę o konkrety, ilu? Kiedy wreszcie mój rozmówca podaje liczbę ludzi, których trzeba będzie przerzucić, najpierw dosłownie zbieram swoją szczękę z podłogi, ale po chwili… tak, godzę się podjąć tego zadania, wchodzę w to! Stawiam jednak kilka warunków, dotyczących między innymi sprzętu bojowego, środków osłony itd. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Komenda Główna Policji przystają na te warunki.

– Kilka dni później dzwonią do ciebie z MSW, gdzie masz iść na jakieś spotkanie.

– Spotkaniu przewodniczy wiceminister spraw wewnętrznych, jest też licznie reprezentowany nasz wywiad i kontrwywiad. I tu zaskoczenie. Wśród przedstawicieli służb są oficerowie Wydziału IV Departamentu II MSW zajmującego się zwalczaniem szpiegostwa arabskiego i izraelskiego! Dla laika pozorna sprzeczność, jak ci, co dotychczas przeciwdziałali – bo trzeba pamiętać, że PRL miał z ZSRR kurs raczej antyizraelski – mają teraz wspierać? Ale to tylko pozorne naiwności, przecież ci ludzie najlepiej wiedzieli, jak to się wtedy mówiło, z czym to się je, znali realia Bliskiego Wschodu, spektrum resentymentów i napięć. Wracając do spotkania. Poza Polakami są przedstawiciele izraelskich służb. Jeden z nich jest z izraelskiej ambasady, drugi specjalnie przyjechał z Tel Awiwu. Zapewne to ludzie Mosadu i Szin Betu3. Rozmawiamy po polsku.

– Ci ludzie z ramienia Izraela również mówią po polsku?

– Tak. Świetnie znają nasz język i dobrze wiedzą, czego chcą. Mówią nam, że zależy im na jak najszybszym rozpoczęciu operacji. Przywożą ze sobą informacje na temat zagranicznych ugrupowań terrorystycznych. Dodają, że z ich strony wszystko jest gotowe, a termin rozpoczęcia akcji zależy tylko i wyłącznie od nas. Dociekam, kiedy dokładnie chcieliby zacząć. W odpowiedzi słyszymy, że najlepiej w ciągu najbliższych kilku tygodni. Dopytuję, jak długo ma trwać cała operacja. Panowie z ramienia Izraela przyznają, że może nawet i dwa lata. Jestem zszokowany. Dopiero w tym momencie uświadamiam sobie, jak trudne będzie to przedsięwzięcie…

– No tak, jak u narodowego wieszcza, którego przypomniałeś: Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, ja z synowcem na czele… i jakoś tam będzie.

– Nie wyobrażasz sobie nawet, ile bezsennych nocy mnie czekało, kiedy mówiłem sobie, czyś ty nie porwał się z motyką na słońce. Można bez końca wymieniać zagrożenia, które wiązały się z tą operacją. Ludzie z Izraela dopytują, czego potrzebujemy, jaki sprzęt, jak mogą pomóc. Zapewniają, że pieniądze nie grają roli, pomogą na wszelkie możliwe sposoby. Tamto spotkanie trwa jakieś półtorej godziny. Wiceminister daje mi zgodę na bezpośrednie kontakty z przedstawicielami Izraela. Na koniec ustalamy, że za trzy dni spotkamy się ponownie – ja i ta dwójka Izraelczyków. Do spotkania oczywiście dochodzi, tym razem widzimy się na lotnisku. Jestem ja, ta dwójka Izraelczyków oraz oficer jednostki Matkal.

– Uściślijmy. Chodzi o tajną jednostkę Sajjeret Matkal, o której Izrael przez długi czas mówił, że nie istnieje, mimo że powstała ona w 1957 roku.

– Dokładnie tak, to zresztą normalna praktyka służb, przede wszystkim zaprzeczać, czego oficjalnie nie ma, to nie istnieje. Co więcej, w szeregach Matkalu był między innymi premier Izraela Beniamin Netanjahu. Ale mniejsza, wróćmy do spotkania na lotnisku. Ja i panowie z Izraela rozważamy, jak przeprowadzić operację, żeby była skuteczna, a zarazem bezpieczna. Rozpatrujemy dwa warianty. Pierwszy z nich zakłada przerzucenie emigrantów ze Związku Radzieckiego do Warszawy samolotami. Drugi jest kombinowany, najpierw opiera się na transporcie kolejowym, czyli wieziemy pociągami emigrantów z ZSRR do konkretnej stacji – Warszawy Gdańskiej, bo tam zatrzymywały się pociągi ze Związku Radzieckiego. A z Warszawy tworzymy most powietrzny do Izraela. Tak z grubsza, w każdym razie mamy do wyboru dwa warianty operacji. Teraz dajemy sobie chwilę na zastanowienie.

– Okazuje się, że wariant lotniczy na trasie ZSRR – Polska odpada. Dlaczego?

– Z powodu służb rosyjskich, które chcą akcję zamieść pod dywan i jak najmniej się w całą sprawę angażować. Wychodzą z założenia, że „koczowanie” na lotniskach dziesiątków tysięcy Żydów, często rodzin z całym majdanem, to dla nich za dużo, że tego nie da się ukryć. Jak to, jednym rejsowym samolotem do Warszawy miałby lecieć swojski Wania czy Sasza Iwanowicz i cała masa Żydów, którzy, od razu widać, nie wybierają się do Warszawy ani w sprawach handlowych, ani bynajmniej na wakacje? Tak to sobie zapewne tłumaczyli. Dlatego transport ma się odbywać pociągami. Jak mówiłem, Rosjanie działają wówczas w myśl zasady, że im mniejsze zaangażowanie z ich strony, tym lepiej. Pamiętajmy, że Izrael dla schyłkowego ZSRR z politycznego punktu widzenia jest wciąż tak zwanym gorącym kartoflem, w końcu Sowieci tradycyjnie popierali państwa skonfliktowane z Izraelem, w tym Palestyńczyków.

– Jak wygląda to wszystko z perspektywy ZSRR?

– Żydzi w ZSRR zgłaszają się do tamtejszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych o zgodę na wyjazd z kraju. Odpowiedź oczywiście jest pozytywna. Tamtejsze służby podobno mają w nosie, jak sobie Żydzi na emigracji poradzą. Dla nich najważniejsze było, żeby tylko wyjechali z Rosji.

– A wy mieliście choć listę nazwisk, wiedzieliście, kto przyjeżdża?

– Na początku, przyznam, był kompletny bałagan. Wiedzieliśmy tylko, że emigranci do Izraela, via RP, przyjadą. Znaliśmy kilka, kilkanaście nazwisk, nic więcej. Nie wiedzieliśmy, czy na dworcu wysiądzie dziesiątka czy może setka Żydów. Z czasem izraelskiemu Szin Betowi uda się poprzez kanały dyplomatyczne dogadać sprawę, i ambasada izraelska w Moskwie będzie przesyłać nam dane ludzi, którzy dostali paszporty i zamierzają „na dniach” opuścić ZSRR.

– Uporządkujmy wszystko. Powoli pojawia się plan przerzutu. Najpierw Żydzi mają przyjeżdżać do Polski z ZSRR pociągami, a dalej lecieć samolotami do Izraela.

– Spotykam się z przedstawicielami Izraela po raz kolejny. Zastanawiamy się, jak zabezpieczyć miejsca, w których będą w Polsce przebywać Żydzi. Wiemy, że mają być specjalne pociągi z emigrantami, ale część przyjedzie zgodnie z rozkładem, zazwyczaj pociągiem relacji Moskwa – Paryż. Co więcej, Żydzi-emigranci, którzy do nich wsiądą, będą mieli tylko paszport w jedną stronę. To znaczy, że będą mogli przekroczyć granicę, ale nie będą już mogli wrócić do ZSRR, który za moment odmieni się w Rosję.

– Kto ma wydawać te paszporty? Ambasada izraelska w ZSRR?

– Nie. Mają być one wydawane przez ZSRR. Najciekawsze jest to, że samo wydanie paszportu nie gwarantowało trafienia do ziemi obiecanej. Gwarantowało tylko przekroczenie granicy. Kontrwywiad izraelski bardzo intensywnie pracował nad każdym nazwiskiem. Trzeba było udowodnić swoje motywacje, pochodzenie, prawa do obywatelstwa Izraela. Więc to nie była taka prosta sprawa. Aspirant na emigranta musiał przedstawić dokumenty już w ZSRR, więc tam, gdzie mu wydawano paszport. Rosjanie przygotowywali odpowiednią listę z danymi personalnymi i przekazywali to stronie izraelskiej. Strona izraelska akceptowała to po dokonaniu tak zwanego sprawdzenia. Rosjanie wysyłali do Polski tylko tych ludzi, których Izrael miał na liście. Tu następowała weryfikacja dokumentów, co dalej… Praktyka pokazała, że samolotów wylatujących z Polski do Izraela nie może być za wiele. Trzeba to robić stopniowo, żadnej gwałtowności działania, wzbudziłoby to zbyt wiele podejrzeń, wiesz, zbędne w pracy operacyjnej zainteresowanie tak zwanej opinii publicznej. Na co nam to. Dochodzimy do wniosku, że z Warszawy do Izraela mogą odlatywać jeden, góra dwa samoloty dziennie.

– Czyje to będą samoloty?

– Niczyje.

– To znaczy?!

– Nieoficjalnie będą to samoloty linii izraelskich, ale tego tak na oko nie da się ustalić, maszyny będą miały zamalowane numery identyfikacyjne. Ustalamy co trzeba i wracamy do przygotowań. Kilka dni później odzywa się do mnie jeden z Izraelczyków i mówi, że musimy wstrzymać na miesiąc przygotowania. Mocno mnie to zaskakuje. Dosłownie wczoraj operację chcieli rozpoczynać na gwałt. Co się dzieje? Ale problem nie leżał po ich, tylko po mojej stronie… Usłyszę, że póki nie poznam zasad działania izraelskich służb, współpraca nie będzie idealna. Mam „poczuć” ich system myślenia?! Wtedy mi się to trochę nie mieściło w głowie, ale przyszłość pokazała, że mieli rację… Człowiek, który mi to mówi, zostanie później szefem Szin Betu na Europę, ale mniejsza o personalia… Był wtedy sekretarzem ambasady, świetnie mówił po polsku. Miał tutaj pewną oficjalną funkcję, paszport dyplomatyczny, a jednocześnie było wiadomo, że jest oficerem Szin Betu, kontrwywiadu izraelskiego. Przedstawił mi się na naradzie u ministra, a później nawiązaliśmy kontakt. On miał carte blanche na poruszanie się wśród naszej MSW i policji. Nie musiał wszędzie prosić o zgody. Jako przedstawiciel dyplomatyczny był akredytowany, nadto, co było wielką zaletą, nikt nie mógł powiązać go z tą operacją, którą de facto dowodził. Co mogę o nim jeszcze powiedzieć: facet konkretny, bezpośredni, wyjątkowo kontaktowy. Świetnie rozumiał niełatwą sytuację polityczną, cały szereg międzynarodowych i miejscowych uwikłań, historycznych i bieżących antagonizmów i oczekiwał od nas konkretnych zachowań. Rzecz rozbijała się o jedną arcydoniosłą sprawę, czyli o wyjątkowe standardy bezpieczeństwa strony izraelskiej. Widzisz, Izrael z założenia nie współpracuje z ludźmi, którzy nie znają ich zasad i nie wkładają serca w robotę. Czyli w gruncie rzeczy wszystko jest poświęcone robocie. Nie ma słowa „nie” lub „niemożliwe”, bo wszystko jest możliwe i do zrobienia. Problem polega na tym, jak to zrobić. Od momentu kiedy moje rozumienie sprawy, jej doniosłości, pokryło się z rozumieniem sprawy drugiej strony, zostałem awansowany na szefa tej operacji ze strony polskiej. Oficer Szin Betu, który wtajemniczał mnie w „system myślenia”, by wszystkie mechanizmy operacji zadziałały jak w zegarku, dowodził ze strony izraelskiej. Był ode mnie starszy stopniem, ja byłem wtedy w stopniu majora. Uzgodniliśmy jedną, podstawową rzecz: wszelkie wnioski, sugestie mojego kolegi z Izraela będą absolutnie realizowane, mają najwyższy priorytet. Ale to nie tak, że trzeba było literalnie wykonywać jego polecenia. Jeśli tylko zgłaszałem jakieś wątpliwości, szukaliśmy razem najlepszego rozwiązania, w końcu chodziło o dobro sprawy, a nie o jakieś narodowe czy resortowe partykularyzmy. W każdym razie w końcu wybiła godzina zero i okazało się, że dzień, w którym wysiadła na Dworcu Gdańskim pierwsza partia emigrantów, był dniem sygnalnym, że operacja się rozpoczęła i będzie trwała tyle ile trzeba. Naszym zadaniem było tak zorganizować pododdział antyterrorystyczny, by emigranci w drodze do Izraela mieli w Warszawie gwarancję bezpieczeństwa.

– Wcześniej jednak w związku z bezpieczeństwem lecisz do Izraela na tajne szkolenie, prowadzone przez, hm, odpowiednie służby.

– Kilka dni później biorę paszport, dostaję wizę, pakuję się i lecę. Najpierw do Frankfurtu, a stamtąd do Izraela. Na miejscu przechodzę szczegółowe szkolenie. Myślenie, zasady, cele, techniki likwidacji przeciwnika, jak posługiwać się ich bronią, jak przesłuchiwać pasażerów. Mnóstwo cennej wiedzy.

– Dobrze. To wróćmy do operacji „Most”. Twoje szkolenie się kończy, co dalej?

– Kiedy ja poznaję niezbędne techniki działania i myślenia w Izraelu, równolegle moi ludzie z Okęcia przechodzą szkolenie na poligonie pod Warszawą. Ot, kolejne rutynowe przeszkolenie, które nie ma nic wspólnego z „Mostem”. Zresztą nie ma powodu, by jakoś specjalnie przygotowywać się do „Mostu”, bo przecież jednostka, którą dowodziłem, była stworzona specjalnie do ochrony samolotów.

– Kto ich szkoli, skoro ty jesteś w Izraelu?

– Nikt! Chłopaki sami się szkolą, każdy z nich doskonale wie, co ma robić. Pamiętajmy, że rzecz się dzieje na początku lat 90., czyli w momencie, gdy w Polsce nikomu się jeszcze nie śniło o instruktażu bezpieczeństwa antyterrorystycznego. Pracowało się wtedy w oparciu o materiały Wydziału Zabezpieczenia Komendy Stołecznej Policji, a dalej to już była improwizacja. Takie to były ciekawe czasy, w każdym razie wracam z Izraela, dopracowujemy ostatnie szczegóły i 14 czerwca 1990 roku wybija godzina zero. W akcji ze strony polskiej bierze udział może kilkadziesiąt osób. Na warszawski Dworzec Gdański przyjeżdża pociąg relacji Moskwa – Paryż, wśród pasażerów jest wielu żydowskich emigrantów z ZSRR, może setka ludzi czekających na tranzyt do Izraela… Zespół autobusów jest już podstawiony. W okolicach dworca rozlokowane są także nieoznakowane wozy oraz pojazdy naszego pododdziału antyterrorystycznego. Autobusy eskortują dwa nieoznakowane auta, w każdym wozie czwórka przeszkolonych komandosów, dwóch moich ludzi i dwóch Izraelczyków. Chłopaki wiedzą, że w razie zagrożenia mają interweniować. Emigranci z ZSRR wysiadają z pociągu i kiedy ustalamy, że lista się zgadza, słowem, że tyle samo osób opuściło Związek Radziecki, ile przybyło do Warszawy, wówczas rozlokowujemy ludzi w autobusach.

– Nie ma żadnych spontanicznych antysemickich protestów? W końcu wysiada z tego pociągu kilkaset osób pochodzenia żydowskiego.

– Dzisiaj to byłby problem, bo jak jest wolność i demokracja, to ludziom się wydaje, że wszystko można, a wolności trzeba przecież rozsądnie używać, żadne tam polityczne róbta, co chceta, bo skutki mogą być opłakane, gdy ów wolny obywatel odbiera wolność innym… Dzisiaj taka operacja byłaby niemożliwa, zaraz by jakieś organizacje faszyzujące, jakieś naszości rojące sobie o tym, co rodzime i obce,wtrąciły swoje trzy grosze pod wymachiwaniem biało-czerwoną chorągiewką…

– Tak, ojciec Polak, matka Polka…

– Kto wie, czyby nie poleciały kamienie… Inna sprawa, że wtedy ludzie bali się występować przeciwko władzy… W każdym razie dzisiaj taki tranzyt byłby raczej niemożliwy, i nawet jeśli nie przerodziłoby się to w jakiś pogrom, z pewnością jak Polska szeroka i długa podniósłby się tradycyjny wrzask z roku 1968: „Syjoniści do Syjonu”...

– Oni są kontrolowani po wyjściu z pociągu? Przecież mogli chcieć dać nogę i rozpłynąć się w polskim krajobrazie…

– Nie. Nie chcieli uciec, chcieli jechać dalej, Warszawa to była stacja przesiadkowa. Nie przypominam sobie takiego przypadku, że ktoś chciał zostać. Kontrolowano ludzi, którzy wchodzili do autobusów. Identyfikowano na podstawie listy izraelskiej. Chodziło o to, by wsiadł tam człowiek odpowiedni, zweryfikowany, a nie jakiś przypadkowy cwaniaczek, który w nadziei kilku szekli podszywa się pod cudzą tożsamość, czy, co gorsza, ktoś godzący w bezpieczeństwo państwa Izrael. Jak już był komplet, pruliśmy bez zatrzymywania się na lotnisko albo na miejsce tymczasowego noclegu. Później często stosowaliśmy metody typowo konwojowe, na przykład radiowozy na sygnale.

– Nie ułatwia to śledzenia konwoju?

– Możliwe, ale coś za coś, z tyłu konwoju mieliśmy filtr, który odcinał możliwość śledzenia – rozpoznawał i zatrzymywał jadące za nami samochody.

– Niby jak? Czyli jak ktoś jechał za długo, to twoi ludzie go zatrzymywali?

– Tak. Nie pozwalali jechać i kierowali na inną trasę.

– No dobrze, a gdzie jechały te autobusy?

– Ambasada Izraela i mój partner z Szin Betu załatwili miejscówki w obiektach Legii Warszawa na stołecznym Bemowie. W tamtych czasach nie było tam specjalnych wygód, chodziło o spędzenie nocy, dwóch… Emigranci nie mieli prawa opuszczać tego miasteczka. Kiedy autobus docierał na miejsce, otrzymywali ciepły posiłek, co dalej… Instrukcja była prosta. Musieli się uzbroić w cierpliwość i czekać, aż przyleci po nich samolot.

– Ile osób może pomieścić to minimiasteczko?

– Spokojnie, plus minus ze dwieście osób.

– To mało, czytałem, że samoloty przewoziły po trzysta osób.

– Może i trzysta. Pamiętaj, że mówimy o wstępnym okresie operacji.

– Potem udało wam się dopracować system?

– Tak. Zdradzę ci, że starano się tak koordynować ruch, aby emigranci do Izraela jak najkrócej siedzieli w Polsce. Chodziło o to, by pojawiało się jak najmniej plotek, przecieków. Wiedza o tej operacji była ściśle strzeżona, zapewne tylko dlatego mogliśmy tak długo pracować. Dopiero po roku, może nieco dłużej, ktoś z mediów zaczął węszyć. Ale przez kilka miesięcy to właśnie obiekty Legii były schronieniem. Później Żydzi doszli do wniosku, że ten szlak ma swoje wady, a poza tym Legia chciała już się rozbudowywać. Z Dworca Gdańskiego było dość blisko na Bemowo, ale daleko na lotnisko. Wtedy nie było jeszcze cząstkowej obwodnicy, trasy AK, trzeba było przez centrum jechać z Bemowa, czyli kawał drogi, często blokować całe miasto, interweniować, a tym sposobem zwracało się uwagę – jedzie konwój autobusów. Poza tym emigrantów do Izraela wysyłano tylko z lotniska krajowego, kiedy nie było zwyczajnych odpraw. Zazwyczaj późno w nocy, ale zdarzało się, że i wcześnie rano. Konwój zajeżdżał na Okęcie, na płytę lotniska, emigranci wchodzili do hali. Tam były odczytywane nazwiska, a potem, po kolei, na pokład samolotu. Ale ten system kontroli okazał się bardzo kłopotliwy. Po pierwsze, wolno. Po drugie, kolejna kontrola. Po trzecie, ciągła obserwacja. Po czwarte, zaczęły się tym interesować wrogie wobec Izraela państwa, takie jak Libia czy Syria. Oni wiedzieli, że coś się tu rozgrywa. Wywiad syryjski wykonywał takie numery, że na przykład przedstawiciele tamtejszej ambasady podjeżdżali pod lotnisko, stawali pod płotem samochodem oznaczonym „korpus dyplomatyczny”. Opuszczali szybę i filmowali lotnisko. I tak naprawdę g… można było im zrobić.

– Musicie być szczególnie ostrożni, dosłownie dmuchać na zimne. W końcu Polska nie jest pierwszym krajem, poprzez który ma być wykonywana operacja „Most”. Najpierw był Wiedeń i Budapeszt. Działo się tak do momentu, aż na Węgrzech dokonano zamachu bombowego na konwój. Zginął węgierski policjant. W tym momencie Węgry wycofują się z akcji, a sprawcy nie udaje się znaleźć. Polska jednak się nie boi ewentualnych konsekwencji operacji „Most”. Polski wywiad ma odpowiednie rozpoznanie w tej kwestii, czy raczej jest to, delikatnie mówiąc, hurraoptymizm, że nic złego się nie zdarzy?

– Oczywiście, że jesteśmy przygotowani, chociaż niewielu jest wtajemniczonych w tajniki tej operacji. Polski wywiad miał doskonałe rozpoznanie, jeżeli chodzi o państwa muzułmańskie, które były w konflikcie z Izraelem. Wiesz, Syria, Jordania, Libia. To były kraje, w których Polska miała doskonałe źródła osobowe. Podam przykład, nasze kontakty operacyjne dopomogły na przykład Amerykanom, kiedy to zwrócili się o wyprowadzenie pracowników CIA ze strefy zagrożonej. Inna sprawa, że ta operacja była na rękę Żydom i niosła realne korzyści. Nie mówię tylko o korzyści zwiększenia populacji Izraela, otoczonego przecież przez państwa arabskie, gdzie tak zwana dzietność jest bardzo wysoka, ale także o podniesieniu obronności państwa przez zastrzyk ewentualnego rekruta. Widzisz, w kołach niesprzyjających państwu żydowskiemu uważano, że operacja „Most” to chytry myk, który pozwoli z zasobów Związku Radzieckiego zasilić izraelską armię. W ten sposób Izrael miał jakoby pozyskać kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy, ot, mięso armatnie, które rzuci na front. Ale jak to z takimi rewelacjami bywa, po weryfikacji okazało się, że to gry informacyjne, po prostu wiadomym czynnikom zależało na obrzydzeniu współpracy z Izraelem, który rzekomo się militaryzuje, wybacz, ale jak w tym tradycyjnie gorącym rejonie zapominać o obronności… Zresztą ja z tymi emigrantami naprawdę wiele miałem do czynienia, co z nich za wojacy…

– Nie nadawali się do armii?

– Rzecz oczywista. To była operacja o charakterze humanitarno-politycznym, a nie militarnym. Wśród uchodźców z ZSRR było wielu ludzi starych, schorowanych, którzy nierzadko pragnęli w Ziemi Świętej dokonać żywota… Nadto sytuacja polityczna była akurat korzystna, ZSRR się pomału rozpadał, i można było umożliwić rzeszy obywateli powrót do kraju, o którym dotąd marzyli. Dziwić się Izraelowi, że pamięta o swoich obywatelach? Oczywiście było też niemało młodych ludzi, ale materiału na przyszłych komandosów to ja tam za dużo nie widziałem.

– Ryzyko zamachu terrorystycznego w Polsce w tamtej chwili jest ogromne. Dostajesz sygnały, że coś jest planowane?

– W pewnym momencie do jednego z moich ludzi podchodzi znajomy przedstawiciel arabskiej linii i pyta:

– O której godzinie przylatują samoloty?

– Jakie samoloty?

– No wiesz, El Al.

– Ale o co ci chodzi? Jakie El Al?

– No, nie udawaj, nie wygłupiaj się, stary. O której są planowane?

– Ja nic nie wiem.

– Słuchaj, przecież wiem, że się zajmujecie tymi ludźmi ze Związku Radzieckiego.

Piekielnie ich to interesowało.

– Za informacje dostaniesz dziesięć tysięcy dolarów.

On oczywiście wywalił gały, bo dziesięć tysięcy dolarów to była fura forsy. Nie zmienia to postaci rzeczy, że błyskawicznie przyleciał do mnie.

Pewne siły były bardzo zainteresowane nie tylko tym, kiedy emigranci z ZSRR przylatują, ale konkretnymi nazwiskami. Godziną odlotu i stanowiskiem samolotu. Na szczęście facet okazuje się lojalny i nie wydaje im tych informacji. Za to nasz kontrwywiad co rusz dostaje sygnały o tym, że przedstawiciele państw arabskich planują zamach. Sytuacja momentami jest naprawdę nerwowa. Przecież w każdej chwili w ramach odwetu mogą na lotnisku odpalić bombę!

– Masz podejrzenia, kto może pracować dla państw arabskich?

– Nie trzeba być wielkim znawcą, by to wiedzieć. Arabowie bez żadnej krępacji kręcą się wokół terenu lotniska. Między innymi ludzie ze wspomnianej syryjskiej ambasady. Czasem przyjeżdżali, pamiętam, piaskowym mercedesem na niebieskich blachach, innym razem spacerowali sobie w pobliżu lotniska, niby to zainteresowani, ach, z jaką gracją na niebie maszyny kreślą smugi kondensacyjne. Nie przejmują się tym, że mamy na nich oko. Co więcej, często filmują okolice. Doskonale zdają sobie sprawę z tego, że znamy ich nazwiska, wiemy, kim są. Nie oburzają się, gdy legitymujemy ich na terenie lotniska. Widocznie chcą wysłać jasny sygnał Izraelowi – strzeżcie się, mamy was na oku. Wiedzą, że nic im nie możemy zrobić. Deportacja ani aresztowanie nie wchodzi w grę – mają status dyplomatyczny. Informacje o przylocie były z punktu widzenia taktyki bardzo istotne. Samoloty izraelskie przylatywały w nocy. Maszyny były stawiane na uboczu, chodziło o to, żeby zawsze były z każdej strony osłonięte, przesłonięte hangarem czy innym samolotem. To były zazwyczaj boeingi 747. Kiedy samolot izraelskich linii lądował, to oczywiście z miejsca go przejmowaliśmy. Robiliśmy osłonę, czyli pilnowaliśmy ogona, boków maszyny.

– Lądował pusty?

– Tak. Pierwszy bodajże około pierwszej po południu. Na pokładzie poza dwoma pilotami są cztery stewardesy, trzech stewardów, lekarz i dwie lub trzy pielęgniarki plus kilku żołnierzy z Matkalu. Dwie godziny przed przylotem moje transportery opancerzone plus radiowozy z załogą polsko-izraelską patrolują płytę lotniska. Do tego antyterroryści obstawiający lotnisko. Poza tym ciągle w gotowości są jeepy i helikopter Mi-2. Kiedy izraelska maszyna ląduje, przejmujemy ją na głównym pasie lądowania , dalej UAZ-ami jedziemy obok i za samolotem, kontrolujemy, by nikt nie wykręcił jakiegoś numeru, nie spowodował lotniczej katastrofy. Specjalnie maszyna nie staje na odludziu, żeby utrudnić ewentualny ostrzał. W momencie kiedy samolot trafi już na stojankę, naszym zadaniem było go ogrodzić. Wiesz, liny, słupki, różnego rodzaju taśmy itd. Nikt nie mógł się do tej maszyny zbliżać. W samolocie otwierały się drzwi, opuszczały się schody, wychodziło kilku oficerów ochrony z jednostki Sajjeret Matkal. Ich zadaniem było pilnować samolotu. Jeden siedział z przodu samolotu, drugi pilnował ogona. Do samolotu nie można było podejść, był jakby eksterytorialny… Jego bezpośrednią ochroną zajmowały się izraelskie służby specjalne. Zaznaczaliśmy pracownikom LOT-u, że strefa jest około 30–50 metrów, żeby jej, broń Boże, nie przekraczać. Nikt nie mógł wejść do samolotu. Nikt nie mógł podjechać, powiedzieć, że ma jakiś transport. Nikt nie mógł powiedzieć, że chce coś tu sprawdzić albo naprawić. Każdy ruch był kontrolowany. Wieża kontrolna musiała wiedzieć o wszystkich ruchach na płycie lotniska. Jeśli pilot nie wzywał kogoś czy czegoś, a jakiemuś wścibskiemu się w tamten rejon lotniska zbłądziło, z miejsca interweniowaliśmy. Kto chce jechać, skoro nie był wzywany?! Myśmy otaczali wianuszkiem radiowozów samolot z każdej strony, byliśmy gotowi do interwencji w każdej sytuacji. W momencie kiedy samolot stał, to przeważnie ludzie byli już po odprawie. Stał godzinę czy dwie, a myśmy umożliwiali emigrantom wejście na pokład. Zdarzały się sytuacje, że maszyna stała i dłużej, bo były jakieś problemy personalne. W pewnym momencie doszło do sytuacji, w której strona izraelska i my zaczęliśmy się zastanawiać, w jaki sposób skrócić ten czas odprawy, żeby to było, jak to się mówi, rach-ciach.

– Ile było stanowisk odpraw?

– Nie było żadnych stanowisk odpraw. Odprawialiśmy ich w terminalu, żeby ograniczyć ryzyko ataku terrorystycznego. Widzisz, kwestie personalne były tak zwanym wąskim gardłem. Było kilku ludzi, którzy dokonywali sprawdzenia. Każdy, kto wchodził na teren portu lotniczego, był osobą już zweryfikowaną. Wychodzi z autobusu, jest kontrola, potem dany delikwent czeka w hali na swój lot. Rozumiesz, noc, cisza na lotnisku. Dyżurne stewardesy, które pomagały w dokonywaniu odprawy, dawały emigrantowi z ZSRR taką tymczasową kartę pokładową…

– To nie prościej było robić odprawę w hotelu?

– Mądry Polak po szkodzie. Wtedy nikt na to nie wpadł i przy odprawie na lotnisku tworzył się niebezpieczny korek. Dopiero z czasem do hotelu zaczęły przyjeżdżać stewardesy i dokonywały odprawy. Autobus z hotelu jechał prosto na płytę lotniska, podjeżdżając pod samą maszynę. Tych zmian, doskonalenia procedury było coraz więcej, bywało, że samoloty przylatywały nocą, kiedy na lotnisku był mniejszy ruch, nie przyciągało to tak bardzo uwagi osób postronnych. To znowu implikowało kolejne korekty… Wiesz, samolot chce odlecieć jak najszybciej, my na akord przygotowujemy ludzi do odprawy, a pośpiech bywa złym doradcą. Nie mówię, że tam popełniano jakieś zasadnicze błędy, staraliśmy się dostosować do najlepszej służby specjalnej świata, której credo brzmi: szybko – tak, ale systemowo, świadomie. Po kilku miesiącach doszliśmy do wniosku, po pierwsze, że trzeba zmienić „noclegownię”, obiekty Legii nie były już odpowiednie, nadto są położone za daleko. Po drugie, odprawa, która okazała się zbyt ślamazarna. No i poszliśmy po rozum do głowy… Ambasada izraelska wynajęła do swojej dyspozycji biurowiec w miejscu, gdzie teraz stoi Galeria Mokotów. Żadnego napisu, żadnych informacji. Gliniarze po cywilnemu, czasem jakiś mundurowy, ale to z rzadka. Rzecz działa się w odległości stu pięćdziesięciu metrów od ruchliwej alei Wilanowskiej. Co tam się dzieje, nikogo nie interesowało, obiekt miał dobrą przykrywkę, w świadomości postronnego obserwatora był tylko biurowcem… Zmieniliśmy całą technologię, mianowicie autobusy przejmowane z Dworca Gdańskiego jechały bezpośrednio w konwoju do tego obiektu przy Wilanowskiej. Tam dokonywało się dalszej identyfikacji pasażerów oraz przekazywało im się informację, o której godzinie będzie dokonywana odprawa. W końcu właśnie tam zorganizowaliśmy odprawę do samolotu. Skróciliśmy ten proces. Jak była zgoda oficera izraelskiego, to dany emigrant z miejsca dostawał kartę pokładową. Więc nie bezpośrednio na lotnisku, coś co było dotąd nie do pomyślenia. Gdzie indziej dostawałeś kartę i gdzie indziej odlatywałeś… Dostawałeś kartę pokładową, która uprawniała cię do wejścia na pokład i dawała ci status „zidentyfikowanego”.

– To mogło wiązać się z ryzykiem, że taka karta mogła zmienić właściciela?

– Nie było takiej możliwości. Ci, którzy dostawali kartę na pokład, wsiadali od razu do autokaru. Autokarem przyjeżdżał bezpośrednio na płytę lotniska, że tak powiem, pod sam nos samolotu.

– Wjeżdżał na pas?

– Oczywiście. Dzisiaj to jest nie do pomyślenia! Ale wtedy było inaczej. Autobus wjeżdżał na lotnisko konwojowany przez moje radiowozy i dwa transportery opancerzone. Moi chłopcy mieli uprawnienia do wykonywania przejazdów przez pasy startowe, drogi kołowania. Mieliśmy specjalną łączność z wieżą kontrolną, która wyrażała zgodę lub nie. Autobusy podjeżdżały bezpośrednio pod samolot. I z autobusu bezpośrednio pakowano ludzi do samolotów. Tak było aż do końca operacji. Chyba że psuło się coś w koordynacji, na przykład samolot się opóźnił. Różne bywały sytuacje. Trudno było wtedy trzymać ludzi w autobusie, chociaż i tak się zdarzało. Więc jak nie było pasażerów odlatujących i operacja była w nocy, ludzi wsadzało się na halę odlotową i tam czekali na swój lot. Czekali z godnością, wielu, jak już mówiłem, było tam ludzi starych, wręcz niedołężnych, dla których był to może ostatni w życiu lot… Przyznam, że patrzeć na tych staruszków, którzy w późnej jesieni życia decydowali się wszystko odmienić i ruszyć do ziemi przodków, było to bardzo wzruszające. Pamiętam, nierzadko konieczna była pomoc lekarska, czasem wzywana była karetka pogotowia. Pomagaliśmy, jak umieliśmy. Na szczęście obyło się podczas tej operacji bez ofiar. Bywały jednak też przypadki mniej radosne, nie wszystkim było łatwo rozstać się z krajem, jakikolwiek by on był, w końcu spędziło się w nim całe życie…

– Ale rozumiem, że można było odmówić?

– Można było. Ale czym innym jest rzucać wyzwanie światu, gdy ma się dwadzieścia lat, a co innego, gdy w wieku biblijnego Matuzalema rozpoczynasz wszystko na nowo.

– Ale za to wracasz na łono ojczyzny…

– Tak, ale ojczyzny… duchowej, której nigdy nie znałeś, w której nigdy nie byłeś i nie wiesz, jak tam jest. Wciąż widzę starca na wózku inwalidzkim, który trzyma prawosławną ikonę. Drugi trzyma jakieś pudełko, w którym znajdują się różnego rodzaju pamiątki. Przyciska je do serca. Trzeci zadziwił mnie najbardziej. Miał ze sobą, wyobraź sobie, wyświechtany stołek. Pozwolono mu go zabrać.

– Rozmawiałeś z nim?

– Nie, nie rozmawiałem. Stołek, stołeczek… na którym, widać, siadywały pokolenia. Wytarty do bólu, dosłownie świecący drewnem. Pytam jednego z ochroniarzy izraelskich: – Pozwalacie mu z tym wejść? – Tak, bo to jest stołek… trzeciego pokolenia. To jest stołek, którego używał jego pradziad.

Rozumiesz, to była relikwia. Nie rodzinne zdjęcie, nie ikona. Zwykły stołek z sękami, którego, gdybyś nie znał osobistego kontekstu, być może użyłbyś na podpałkę w kominku.

– Oni w ogóle mogli ze sobą jakieś bagaże zabierać?

– Tak, mieli bagaże, określone mniej więcej wymiary, ciężar. Mniej więcej jedna walizka na osobę. Niektórzy mieli jakieś tobołki, inni tylko zawiniątka z osobistymi rzeczami. Uciekali z ZSRR w obawie… ale nie wiedzieli, co ich czeka tu, w Warszawie, a zwłaszcza jak już dotrą do Ziemi Obiecanej. Wcześniej patrzyłem na to ze sporym dystansem. Ale później zrozumiałem, jaka to była dla tych ludzi przemiana, niby jechali do lepszego świata, posłuszni woli przodków, ale nie wiedzieli, co tam ich naprawdę czeka. Nie wiedzieli, w jakim rejonie Izraela przyjdzie im żyć, jak tam będzie, tyle było spraw spornych… Ale z drugiej strony dostawali tam przyzwoite warunki, rząd Izraela budował dla nich osiedla. Więc jechali tam z pewną nadzieją, ale też z niepokojem, z poczuciem zerwania swoich związków z krajem, gdzie się urodzili i wychowali. Pamiątką tego jest ten zniszczony stołek, który ściska drżąca dłoń starca… W ogóle, co ciekawe, Żydzi zwracali się do siebie „olim”, co po hebrajsku znaczy emigrant, a wszystko odbywało się w ramach tak zwanej alii, czyli wielkiego powrotu Żydów do Ziemi Świętej.

– W końcu dochodzi do tego, że Żydzi docierają do Polski już nie tylko koleją, ale autobusami i samolotami.

– Tak. Ale 80 procent emigracji nadal obsługują pociągi. Co więcej, bywało, że strona rosyjska robiła takie numery, że nie informowała nas na czas o tym, że dany samolot leci do nas z emigrantami na pokładzie. Dopiero gdy maszyna wkraczała w polską strefę powietrzną, dowiadywaliśmy się o „ładunku”. Trzeba było się szybko organizować. Na szczęście takich tak zwanych ładnych kwiatków, czy to z powodów politycznych, czy też z zaniedbań, w końcu ZSRR walił się już wtedy na łeb na szyję, nie było zbyt wiele.

– Ktoś mi opowiadał, że planowano siedemnaście lotów tygodniowo, z czego jedenaście miały wykonywać linie El Al, a sześć – LOT?

– Z tego co pamiętam, to były tylko papierowe plany. W „Moście” brały udział jedynie samoloty izraelskich linii lotniczych. Rzeczywiście były planowane loty z użyciem PLL LOT, ale widocznie nie doszło to do skutku. Być może były to tylko rozwiązania na wypadek wariantu awaryjnego, czyli gdyby izraelskie linie miały jakąś awarię, to nasz LOT podjąłby się transportu emigrantów z ZSRR.

– Kto za to wszystko płacił?

– My nie ponosimy kosztów, oczywiście poza naszą robotą i częściowo poza obsługą lotniska. Zapotrzebowanie na sprzęt składamy oficjalną drogą, prosząc o wszystko Komendę Główną Policji. Ta zaś przekierowuje nasze prośby do Izraelczyków, którzy kupują ze swoich pieniędzy wszystko co trzeba.

– W pewnych kręgach mówiło się, że ta operacja leży u źródeł powstania jednostki GROM. Zresztą sama nazwa jakoby miała być skrótem waszego zespołu roboczego Grupa Realizacyjna Operacji Most. Ten sprzęt został później wykorzystany i efektem tego było powstanie jednostki GROM. Prawda to?

– Ludzie różne rzeczy mówią… Przyczyną powstania jednostki GROM była decyzja ówczesnego ministra spraw wewnętrznych, dziś już nieżyjącego, Krzysztofa Kozłowskiego. Nie ma to żadnego związku z operacją „Most”. Po akcji cały sprzęt został na lotnisku. Dzięki temu miałem jako druga jednostka – zaraz po Wydziale Zabezpieczenia Komendy Stołecznej Policji – dwa transportery opancerzone na własnym wyposażeniu. Do tego pierwszy sprzęt osłonowy – tytanowe kamizelki kuloodporne. Długo by wyliczać, miałem pierwszy w Polsce specjalny koc antywybuchowy szwajcarskiej firmy TIG. Tak samo pierwszy w Polsce otrzymałem noktowizory pasywne. A GROM, o ile mnie pamięć nie myli, powstał przy okazji wywożenia sześciu agentów CIA z Iraku – akcji dowodzonej przez Gromosława Czempińskiego. Tego nie chcieli się podjąć ani Francuzi, ani Anglicy.

– À propos CIA. Zaangażowane w „Most” były ponoć MI6, CIA, FBI…

– O tym można tylko plotkować, bo żadnych oficjalnych informacji na ten temat nie ma. Im więcej rzekomo w danej akcji zaangażowanych służb, tym dla mediów jest bardziej atrakcyjnie. MI6 maczał palce w czym innym, jeżeli chodzi o powiązania z wywiadem polskim. Były to specyficzne kwestie finansowe, znam pewne pikantne szczegóły, ale… to trudna sprawa. Chodziło o pewien rodzaj pożyczki, której udzielono polskiemu wywiadowi.

– Na stworzenie GROM-u?

– Nie, to nic wspólnego z GROM-em nie miało. Raczej z infrastrukturą. Ale to jest nie do dyskusji. Zresztą ówczesne chwyty polskiego wywiadu wobec brytyjskich kolegów przypominały nieco wolną amerykankę. Polacy nie wywiązywali się z pewnych zobowiązań w stosunku do wywiadu brytyjskiego. To był czas, kiedy polski wywiad potrzebował środków finansowych, ale o tym nie mogę nic mówić. Byłem wtedy doradcą prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego do spraw bezpieczeństwa i moja wiedza wynika właśnie z tego umocowania. Gdybym zdradził szczegóły…

– …ktoś by za to beknął.

– No comments.

– Podsumujmy operację „Most”, która dobiega końca w roku 1992.

– Tak. Ostatni lot w ramach akcji „Most” to bodajże kwiecień albo maj roku 1992. Ostatnia setka uchodźców i… Tak kończy się „Most”, ostatni, którzy po nim przeszli na drugą stronę… Choć tak naprawdę samoloty z emigrantami do Izraela już od początku roku 1992 bardzo rzadko latały. Wszystko dlatego, że od stycznia 1992 roku Żydzi do Izraela mogli latać bezpośrednio z Petersburga i Moskwy. Pomimo kilku incydentów, przypadkowych czy celowych numerów rosyjskich służb, operacja kończy się happy endem, zważywszy na wielkość operacji, według niektórych źródeł przerzucono do Izraela nawet i dwieście tysięcy osób. Ile dokładnie? Nie wiadomo. Żadnego oficjalnego dokumentu na ten temat nie widziałem.

– Jak myślisz, patrząc na „Most” z perspektywy czasu, dlaczego nie było zamachu?

– Powody są dwa. Pierwszy – uważam, że zabezpieczenie całej akcji było naprawdę bardzo dobre. Razem z Izraelczykami włożyliśmy mnóstwo pracy w to, by każdy element był perfekcyjnie przemyślany.

– A drugi?

– Powiedzmy sobie szczerze – znaczenie naszego kraju na globalnej mapie nie było wielkie. Dla pewnych sił bardziej spektakularne wobec międzynarodowej opinii publicznej byłoby „załatwić” jednego Żyda czy Amerykanina niż, powiedzmy, tuzin Polaków. Wiem, wiem, wiele sił trzymało wtedy Izrael na muszce. Widocznie jednak ostatecznie nikt nie odważył się pociągnąć za spust. Po wszystkim zapytałem ludzi z izraelskiego wywiadu, dlaczego akurat wybrali nasz kraj. W odpowiedzi usłyszałem, że u nas, mówiąc oględnie, nieuzasadniona niechęć do tak zwanych „obcych”, w tym wypadku Żydów... jest jakby atawistyczna, trudno ten podświadomy, jakby odzwierzęcy odruch nawet zrozumieć. Na hasło „Żyd” zaraz zaczyna się polowanie na czarownice… Trudno im się dziwić, Żydzi doskonale pamiętają wydarzenia z marca 1968 roku, kiedy opętańczo darto się o syjonizmie... Mówiąc krótko – najciemniej jest pod latarnią. Kolejny powód – mieliśmy na swoim koncie odbijanie samolotów z rąk terrorystów. Jednostka, którą kierowałem, miała dobrą opinię za granicą, pisano o moich ludziach w prasie francuskiej, niemieckiej, a nawet we włoskiej4. Po trzecie podobno generał Jaruzelski, angażując się w operację „Most”, liczył, że będzie to zadośćuczynienie za rok 1968, a zupełnie przy okazji poprawi sobie na Zachodzie swój wizerunek. Czy mu się to udało, inna sprawa… W każdym razie decyzję w sprawie „Mostu” podejmował wyłącznie premier Tadeusz Mazowiecki. Ja wiem jedno – ta operacja była najtrudniejszą, w jakiej wziąłem udział w swoim życiu. To były dwa lata kompletnie wycięte z życia.

– Od operacji „Most” upłynął szmat czasu. Dlaczego do tej pory tak niewiele mówiono na jej temat? Jedna z podstawowych zasad służb specjalnych mówi, by działać jak najbardziej dyskretnie.

– I zapewne to jest odpowiedź na twoje pytanie. Czy Rosjanom zależało na chwaleniu się tą akcją? Nie. Czy Żydom zależało? Nie, bo przecież nie chcieli prowokować. Czy Polakom zależało? No też nie, bo i po co się wychylać i drażnić niemało miejscowych, którzy nie lubią Żydów? Mówiąc krótko, nikomu nie zależało na tym, by opowiadać o „Moście”. Tym sposobem dzisiaj przeciętny Polak nie ma pojęcia o tym, co się działo pod jego nosem. I mało kto ma świadomość, że Polacy, z moją skromną osobą na czele, byli odpowiedzialni za największą operację służb specjalnych w historii świata.

– Masz za złe naszym władzom, że w ogóle się tym nie chwaliły?

– Absolutnie nie. Razem z wieloma osobami, których tu nie będę wymieniał, by kogoś przypadkowo nie pominąć, wykonaliśmy tytaniczną pracę. Stąpaliśmy po cienkiej linie, gdzie niepowodzenie oznaczało klęskę, a sukces dla pewnych decydentów był oczywistą oczywistością. Bo co w tym trudnego… I choć kosztowało nas to wiele zdrowia, to wiem, że lepiej było dla naszego kraju, że świat za wiele o tym nie wiedział. Owszem, były jakieś przecieki, chociażby w amerykańskim tygodniku „Time”. Na szczęście ostatecznie wszystko zakończyło się dobrze – Żydzi wyjechali do Izraela, a żadnemu Polakowi w trakcie operacji „Most” nie spadł nawet włos z głowy. A że mało kto o tym pisał? Nawet to i dobrze. Dzięki temu mogę o tym teraz opowiadać i nikt nie skomentuje tego słowami, że powtarzam jakieś truizmy, klepię powszechnie znane pacierze… Podsumowując – straciłem na tej akcji wiele zdrowia. To była najcięższa operacja w moim życiu. I to nie dlatego, że najcięższa fizycznie, ale ona po prostu dłużyła się jak makaron, jak jakaś telenowela, w której powtarzana w kółko jest jedna scena… Trwało to blisko dwa lata, w trakcie których praktycznie nie miałem kontaktu z rodziną, że o kumplach nawet nie wspomnę. Po prostu całe noce i dni poświęcałem na pracę. Ale wiem, że sprawa była słuszna, i jeśli dzięki mnie ten staruszek, który przyciskał do serca stary stołek, mógł cieszyć się ze stąpania po ziemi przodków, to dla mnie najlepsza zapłata5.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

SŁOWEM WSTĘPU

NAJWIĘKSZA OPERACJA SŁUŻB SPECJALNYCH W HISTORII ŚWIATA

AGENTURA W KOŚCIELE

HRABINA I KOCHANKI W SEJMIE

AGENCI POŚRÓD POSŁÓW I MINISTRÓW. NOC TECZEK

KULISY OCHRONY ALEKSANDRA KWAŚNIEWSKIEGO

AGENT W SZTABIE ALEKSANDRA KWAŚNIEWSKIEGO

CZY POLSKI PREMIER BYŁ AGENTEM? NAJWIĘKSZA AFERA SZPIEGOWSKA III RP

POLSKIE WATERGATE. ALEKSANDER KWAŚNIEWSKI NA PODSŁUCHU

PREZYDENCKIE WIZYTY ZAGRANICZNE

BORYS JELCYN I MISJA NIEMOŻLIWA

POCZĄTKI PREZYDENTURY ALEKSANDRA KWAŚNIEWSKIEGO. KULISY

PREZYDENT W POWAŻNYCH OPAŁACH

ROLLING STONES, ABBA, ELTON JOHN I PREZYDENT NIXON W POLSCE

OCHRONA NAJWAŻNIEJSZYCH OSÓB NA ŚWIECIE

OCHRONA POLSKICH POLITYKÓW

PODZIĘKOWANIA – KRZYSZTOF PYZIA

1 Pisał o tym Andrzej Federowicz, magazyn „Focus”, nr 12/2012, https://www.focus.pl/artykul/most-tajna-operacja-mossadu-w-polsce.

2 Więcej o tym w książce Jerzy Dziewulski o terrorystach w Polsce.

3 Izraelski kontrwywiad.

4 Więcej o porwaniach samolotów w Polsce przeczytasz w książce Jerzy Dziewulski o terrorystach w Polsce, m.in. w rozdziale Bezradni. Dziewulski po raz pierwszy odbija samolot.

5 Gwoli uzupełnienia: W „Moście” ze strony izraelskiej udział wzięły: Mosad, Sajjeret Matkal i Szin Bet. Z polskiej strony – wywiad, kontrwywiad Urzędu Ochrony Państwa, policyjni komandosi i specjalnie powołana Grupa Realizacyjna Operacji Most.