Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
66 osób interesuje się tą książką
Ona dopiero walczy o swoje miejsce. On już wie, ile kosztuje strata.
Yasmin miała wszystko: talent, determinację i realną szansę na spełnienie marzeń. Aż do dnia, w którym wypadek odebrał jej sprawność lewej ręki i zatrzymał karierę w połowie zakrętu. Rok później wciąż uparcie walczy o powrót do rajdów, kiedy los stawia na jej drodze Darrena Gallaghera – starszego od niej dawnego mistrza NASCAR Cup Series, samotnego ojca i wdowca, do którego Yasmin kiedyś wzdychała. Jedna nieoczekiwana noc w Nebrasce wywołuje turbulencje w jej uporządkowanym świecie.
Darren, żyjący dotychczas wyłącznie dla syna i swojej fundacji, odkrywa w Yasmin siłę, którą podziwia. Ona boi się, że związek z nim odwróci jej uwagę od rehabilitacji i powrotu do motosportu. On już kiedyś stracił ukochaną kobietę i córkę.
Gdy media podgrzewają temat ich relacji, a wokół fundacji Darrena wybucha kryzys, oboje muszą zdecydować, czy zdołają stawić czoła swoim lękom.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 365
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla Weroniki i Sandry,
bo Wasza obecność rozpędza
najciemniejsze chmury
OD AUTORKI
Jeśli czytał_ś Zaplątanych – młodzieżówkę wydaną nakładem Wydawnictwa Young – to najpewniej doskonale wiesz, kim jest główny bohater Jaśminowego zawrotu głowy. Jeśli jednak ta książka jest Twoim pierwszym spotkaniem z rodziną Gallagherów, ogromnie zachęcam Cię do sięgnięcia najpierw po Zaplątanych. Oczywiście oba tytuły stanowią osobne historie, można czytać je niezależnie, ale w JZG występują spoilery Zaplątanych.
Jaśminowy zawrót głowy zawiera motyw różnicy wieku, który może być dla niektórych czytelników kontrowersyjny, biorąc pod uwagę kategorię wiekową (16+). Z tego też powodu chciałabym wyjaśnić, dlaczego zdecydowałam się na takie ograniczenie.
Książka, którą trzymasz w ręce, to przede wszystkim komfortowy romans i w żadnym stopniu nie jest erotykiem, a sama relacja bohaterów jest zdrowa i bazuje na wzajemnym szacunku. W mojej ocenie kategoria wiekowa nie określa grupy docelowej, do której kieruję książkę, tylko wskazuje zalecaną przeze mnie najmłodszą grupę czytelniczą. Innymi słowy: Jaśminowy zawrót głowy skierowany jest dla fanów, fanek i osób fanowskich, które mają co najmniej szesnaście lat.
Romans ten nie zawiera wątków, które można uznać za wrażliwe i mogące mieć negatywny wpływ na psychikę czytelnika.
Mam nadzieję, że spędzisz przyjemny czas z Yasmin i Darrenem, a ich relacja otuli Cię niczym miękka chmurka. ❤️
Bytom, kwiecień–maj 2025
Rok wcześniej
Fiksuję wzrok na elektronicznej tablicy odliczającej czas i rozgrzewam silnik, który mruczy agresywnie pod maską – ten odgłos sprawia, że się uśmiecham. Mamy z Eriką dobrą passę. Za nami dwa wygrane rajdy, a w pokoju hotelowym leży kontrakt na przyszłoroczny sezon w WRC z zespołem Forda. Pozwalam sobie tylko przez kilka sekund myśleć o tym, jak niewiele mi brakuje, żeby spełnić swoje marzenia, ale gdy na tablicy pojawia się odliczanie… przechodzę w pełny tryb skupienia.
Wyrywam z miejsca w tej samej chwili, w której pojawia się zielone światło. Przed rajdem trzy razy pokonałyśmy tę trasę z moją pilotką i niemal na pamięć znam jej komendy, ale i tak uważnie ich słucham. Erika jest moimi oczami i mózgiem – ja tu tylko kieruję, starając się osiągnąć jak najkrótszy czas przejazdu.
– Sto prostuj.
Tnę, ile fabryka dała, pokonując niewielkie łuki na przestrzał.
– Prawy maks hamuj, lewy cztery pół.
Wchodzę w prawy zakręt na pełnej i wyhamowuję w połowie, wchodząc w lewy na połowie gazu. Dociskam pedał, zmieniam bieg na wyższy i…
– Prawy cztery maks nie ciąć.
Zaciskam mocniej dłonie na kierownicy i pokonuję łatwy zakręt w prawo, pilnując, żeby nie znaleźć się za blisko wewnętrznej krawędzi. O centymetry mijamy głaz leżący na poboczu i wychodzimy na prostą, na której końcu znajduje się wzniesienie.
– Śmiało, lewy maks.
Nigdy nie przyzwyczaję się do nagłej utraty podłoża pod kołami. Nigdy. Mam wrażenie, jakby moja szyja nagle znalazła się blisko lędźwi, żeby po ułamkach sekund wyrwać się w górę. Ledwie opadamy na asfalt, a ja już dociskam stopę do pedału i pokonuję lewy zakręt na pełnym gazie.
– Prawy dwa pół zacisk.
Oddycham głęboko, hamuję, zrzucam biegi i skręcam kierownicą, żeby wjechać w zakręt na tyle wolno, by nie stracić panowania nad autem. Po obu stronach pojawiają się głazy, które zamykają nas w niemal szczelnym uścisku, ale pokonujemy ten odcinek bez żadnego uszczerbku.
Idzie nam tak dobrze, że chociaż adrenalina ciągle krąży po moim ciele, a serce bije w piersi jak szalone, to równocześnie czuję spokój.
I to mnie gubi.
Mnie albo Erikę.
Nie mam pojęcia.
Wiem jedynie, że kiedy pokonujemy kolejny zakręt, któraś z nas popełnia błąd. Jestem prawie pewna, że mówi „lewy maks wcześniej”, przez co wchodzę w niego po wewnętrznej, ale kiedy tylko to robię, orientuję się, że coś jest nie tak. Ułamek sekundy później wbijamy się w wystający fragment głazu, którego z mojej perspektywy nie sposób było dostrzec. Zgrzyt metalu miesza się z odgłosem wściekle rozgrzanego silnika i moim chaotycznym oddechem.
Auto staje dęba.
Powietrze zatrzymuje mi się w płucach, gdy lądujemy z powrotem na kołach. Piekący, rozpierający ból przeszywa lewe ramię, sprawiając, że niemal tracę kontakt z rzeczywistością. Do moich uszu docierają krzyki, nie potrafię jednak rozróżnić słów. Erika dotyka mojego ramienia, pyta o coś, chyba przeprasza. Nie wiem, nie jestem pewna. Robi mi się okrutnie gorąco, chociaż na dworze wcale nie jest tak ciepło. Nie rozumiem…
Co się stało?
Dopiero gdy adrenalina wystrzeliwuje w kosmos, sprawiając, że mój mózg wraca do pracy na najwyższych obrotach, dociera do mnie, skąd pochodzi ból trawiący moje ciało. Metalowy pręt niczym włócznia przebił przednią szybę i przygwoździł mnie do fotela kierowcy. Nie mogę ruszyć lewą ręką.
Nie mogę…
Do diabła.
Nie mogę ruszyć ręką.
Nowy Jork
Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, co mogłabym robić w życiu, gdyby nie udało mi się dostać do WRC. Przyczyna jest prosta – byłam tak skoncentrowana na osiągnięciu sukcesu, że porażka nie wchodziła w grę. Wszelkie przeciwności losu pokonywałam z podniesioną głową, nie pozwalając, aby słowa obcych ludzi jakkolwiek na mnie wpłynęły. Nie obchodziło mnie, że moje marzenia o zostaniu kierowczynią rajdową wydają się komuś śmieszne, żałosne albo niemożliwe do spełnienia. Miałam cel i dążyłam do niego tak zaciekle, jak gdyby zależał od tego sens mojego istnienia. I poniekąd tak było. Od małej zajawki, niewielkiego hobby, które miało być jednym z wielu, rajdy stały się dla mnie całym życiem.
Życiem, które skończyło się rok temu.
Wiem, jak żałośnie to brzmi, ale w tej chwili właśnie tak się czuję – żałośnie. Jakbym straciła ogromną część siebie, niemal sens istnienia.
Trudno, żeby nie, skoro nie usłyszałam dziś od lekarza prowadzącego nic, co mogłoby mnie pocieszyć. Nie jestem naiwna, nigdy nie byłam, i już lecąc do Nowego Jorku na wizytę kontrolną, byłam świadoma, że nie dowiem się nic ponad to, co sama wiem. Czucie w dłoni częściowo wróciło, ale nie jest takie jak przed wypadkiem. Chwyt dalej mam osłabiony, o braku precyzyjnych ruchów palców nawet nie wspomnę. Unoszenie nadgarstka również należy do czynności, których nie potrafię zrobić tak jak drugą ręką. Mimo szybkiej operacji, a potem setek godzin spędzonych na rehabilitacji i ćwiczeniach ręka dalej nie słucha mnie tak, jak bym tego chciała. Nerwy nie zregenerowały się do końca.
Wiedziałam o tym. Wiedziałam, że lekarz mnie nie pocieszy, ale nawet nie przypuszczałam, że spojrzy mi z żalem w oczy i oznajmi, że teraz trzeba już tylko czasu i nadziei, że coś się zmieni. Kiedy zapytałam, jakie mam szanse na powrót do jeżdżenia w rajdach, usłyszałam tylko współczujące westchnienie.
No to pobyłam sobie kierowczynią rajdową… ile?
Cztery lata.
Najwyraźniej wszechświat uznał, że to w zupełności wystarczy, przez co teraz, w wieku dwudziestu ośmiu lat, muszę mocno zrewidować swoje plany na przyszłość.
Cudownie.
Ciągnę za sobą walizkę pokładową, kierując się w stronę terminala, z którego będę odlatywać do San Francisco. Obiecałam mamie, że zajrzę do niej po wizycie u lekarza, chociaż nie mam na to najmniejszej ochoty. Kocham ją, uwielbiam z nią rozmawiać, ale trochę mam już dość jej matczynej troski. Zdaję sobie sprawę, że chce dla mnie jak najlepiej, ale ja po prostu…
Muszę wziąć się w garść i coś ze sobą zrobić. Przede wszystkim znaleźć pracę. Najlepiej związaną z samochodami, żeby nie oszaleć. Tak długo miałam w głowie wyłącznie rajdy, że czuję się, jakby ktoś wyrwał mi serce. Nie potrafię sobie wyobrazić, że coś innego mogłoby mi dać choć w połowie tyle szczęścia i spokoju co motorsport.
Zatrzymuję się na końcu kolejki i opieram prawą dłoń o rączkę walizki, oddychając głęboko. Ułamek sekundy później marszczę delikatnie czoło, gdy wyczuwam w powietrzu zapach męskich perfum. Pieprzne nuty mieszają się z cytrusowymi, tworząc naprawdę przyjemną woń. Podnoszę wzrok na mężczyznę stojącego przede mną. Starannie ułożone ciemne włosy, jasnoniebieska koszula opinająca się na umięśnionych ramionach i plecach oraz granatowe garniturowe spodnie z brązowym skórzanym paskiem sprawiają, że natychmiast uznaję go za biznesmena. Większość sponsorów, z którymi rozmawiałam przed otrzymaniem propozycji kontraktu na sezon w WRC, ubierała się podobnie.
– Czy oni myślą, że mamy cały dzień? Boarding już się powinien zacząć.
Przewracam oczami, gdy słyszę za sobą pełen pretensji damski głos. Gdyby nie to, że wcześniej wypiłam dwie lampki wina, prawdopodobnie odwróciłabym się i zmierzyła tę kobietę wzrokiem. W moim przypadku alkohol wywołuje jednak raczej senność i wydobywa pokłady cierpliwości oraz… sympatii. Na trzeźwo albo zmęczona zwykle o wiele szybciej się irytuję.
Dlatego teraz nawet nie zerkam przez ramię.
Kilka minut później przestępuję jednak z nogi na nogę i przewracam oczami, słysząc za sobą już chyba setne westchnienie. Bywam całkiem empatyczna i prawdopodobnie zrozumiałabym, że babeczka może się wkurzać, gdyby nie to, że zaledwie minutę temu wyświetliła się na tablicy informacja o opóźnieniu w boardingu. Przecież wszyscy czekamy w tej samej kolejce i większość z nas najpewniej ma już dość, ale tylko ona zachowuje się tak, jakby świat się kończył.
– Ile można…
– Zamknij się wreszcie, babo – warczy jakiś facet, na co ona wzdycha głośno z niedowierzania.
Uśmiecham się, usatysfakcjonowana, że ktoś inny nie wytrzymał. Mnie nie chce się wdawać w dyskusje. No i dalej krążą mi we krwi promile, przez co raczej nie byłabym w stanie wykrzesać z siebie choćby krzty wredności.
– No nareszcie – burczy kobieta, gdy przy stanowisku pojawia się stewardessa i odbiera bilet od pierwszej osoby.
Zaciskam palce na rączce walizki i co jakiś czas robię krok przed siebie, przesuwając się bliżej wejścia do rękawa. W końcu nadchodzi cudowny moment, w którym kobieta w granatowej sukience z przypinką Alaska Airlines uśmiecha się do mnie promiennie.
– Dzień dobry – odzywam się pierwsza, podając bilet.
Stewardessa sczytuje kod kreskowy, przytakuje skinieniem i życzy mi przyjemnego lotu. Tuż po tym przechodzę przez bramkę, ciesząc się, że nie włożyłam dziś stanika. Po ostatnim razie, gdy musiałam ściągać go w trakcie kontroli, bo pikałam, stwierdziłam, że nie będę ryzykować.
Boeing jest wyładowany po brzegi nie tylko pasażerami, którzy po prostu próbują zlokalizować swoje miejsce, lecz także tymi niecierpliwymi, niemyślącymi o innych. Zamiast schować się między fotelami, blokują przejście, starając się wepchnąć bagaże do schowków nad głowami. Na domiar złego znowu słyszę za sobą sfrustrowane sapnięcie. Jeszcze mocniej zaciskam pięść na walizce.
Chyba jednak zaczyna brakować mi cierpliwości.
Na szczęście tłum wreszcie się rozrzedza i mogę się ruszyć. Mijam kilka pierwszych rzędów, które tak właściwie są już połową samolotu, i marszczę brwi, gdy w dwudziestym szóstym – tym samym, w którym mam wykupione miejsce – dostrzegam mężczyznę w jasnoniebieskiej koszuli. Jestem pewna, że to on stał przede mną w kolejce do boardingu – pasażer w fotelu również ma skórzany pasek i pasujące do niego buty. Może się jednak pomyliłam i wcale nie jest biznesmenem, skoro leci klasą ekonomiczną…?
Zatrzymuję się tuż obok niego i zerkam przez ramię, a gdy nie dostrzegam za sobą tłoczących się ludzi, decyduję się czym prędzej schować walizkę i usiąść na swoim miejscu. W momencie, w którym się pochylam, żeby ukryć rączkę, mężczyzna wstaje.
– Pomogę pani – proponuje uprzejmie.
– Och. – Podnoszę głowę i… oddech zamiera mi w płucach.
O kurwa.
Wstrząśnięta otwieram szerzej oczy.
Gapię się na pokrytą delikatnym zarostem szczękę, niczym wyciosaną z kamienia, a potem na karmelowe oczy, ciemne brwi i brązowe włosy mężczyzny, którego doskonale kojarzę. Trudno, żeby było inaczej, skoro to Darren-Pieprzony-Gallagher. Były kierowca wyścigowy, do którego wzdychałam jako nastolatka – jeszcze zanim zakochałam się w rajdach.
– Dz-dziękuję – jąkam się zupełnie do mnie niepodobnie i równocześnie jestem wdzięczna genom za to, że łatwo się nie rumienię, inaczej, przysięgam, właśnie spaliłabym buraka.
– Nie ma sprawy. – Uśmiecha się lekko i z równą lekkością podnosi moją walizkę, po czym wsuwa ją do schowka tak płynnie, jakby robił to codziennie.
Czym prędzej, żeby nie przyłapał mnie na gapieniu się, przechodzę pod jego ramieniem i zajmuję miejsce pod oknem, po czym odkładam pod przedni fotel małą torbę, którą do tej pory miałam przewieszoną przez ramię. Jeszcze zanim mężczyzna siada na swoim miejscu, sięgam po pas i sfrustrowana zaciskam szczękę, gdy palce lewej ręki nie chcą ze mną współpracować. Wypuszczam spomiędzy warg długi oddech i przytrzymuję jeden koniec klamry nadgarstkiem, po czym manewruję prawą dłonią, aż wreszcie… sukces!
Nienawidzę, gdy banalne czynności okazują się tak trudne, jakby to była fizyka kwantowa, ale dziś palce zdecydowanie nie chcą ze mną współpracować.
– A już miałem proponować, że pani pomogę.
Przekręcam głowę w bok i marszczę czoło, na co Gallagher uśmiecha się lekko kącikiem ust i kiwa podbródkiem na mój pas.
– Och. – Chrząkam i wykrzywiam wargi w czymś, co miało być uśmiechem, a przypomina raczej niezadowolony grymas. Nie cierpię tego, jak bardzo mają na mnie wpływ niespodziewane wydarzenia. Zwykle robię wtedy z siebie idiotkę, chociaż wcale tego nie chcę. – Dziękuję… – Gryzę się w język, żeby nie dodać: „panie Gallagher”.
Chryste. Dlaczego nie siedzi w pierwszej klasie? I co jest ze mną nie tak, że reaguję na jego obecność, jakby był cholernym księciem? Okej, dobra, przyznaję, wzdychałam do niego jako szesnastolatka, ale bez przesady, żebym nagle zapominała języka w gębie.
Odwracam wzrok w stronę okna, udając, że wcale nie wyczuwam na sobie spojrzenia karmelowych oczu. Żałuję, że związałam włosy w wysoki kucyk. Gdybym zostawiła je rozpuszczone, mogłabym się za nimi ukryć, chociaż wkurzałoby mnie, że dotykają karku i łaskoczą po twarzy.
Boże, wariuję.
Oszalałam.
Ale czy mnie to dziwi?
Po głębszym przemyśleniu dochodzę do wniosku, że nie powinnam być aż tak zaskoczona. Już nawet pomijając nastoletnie zauroczenie, po prostu zbyt niespodziewanie stanęłam oko w oko z człowiekiem, który mógłby być teraz legendą NASCAR, gdyby nie tragiczny wypadek jego żony i córki przed dwunastoma laty, po którym zakończył karierę i skupił się na wychowaniu syna. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.
Nigdy nie byłam wielką fanką wyścigów na torze, a jego karierę śledziłam głównie dlatego, że mieszkał – i dalej mieszka – w San Francisco. Pewnie nawet bym go nie rozpoznała, gdybym wtedy do niego nie wzdychała. Jeśli dodać do tego, że moja mama współpracuje z jego fundacją przy organizacji bankietów charytatywnych, to… no właśnie, chcąc nie chcąc, jego twarz jest mi bardziej znajoma niż jakakolwiek inna ze świata „torowego” motorsportu. Wiem, że ma syna – Killiana – który poszedł w jego ślady. Nie pamiętam dokładnie, o ile jest ode mnie młodszy, ale kojarzę, że często wygrywał w zeszłorocznym sezonie Xfinity Series.
Przymykam powieki i oddycham głęboko, próbując uciszyć myśli. Na całe szczęście chwilę później przez głośniki rozbrzmiewa głos stewardessy i chociaż doskonale wiem, co zaraz powie, to i tak skupiam się na jej twarzy, żeby posłuchać. Muszę się skoncentrować na czymś innym niż Gallagher.
Po szybkim kursie: „Co zrobić na wypadek katastrofy” nie mija wiele czasu i samolot zaczyna kołować po płycie. Wreszcie się rozpędza i unosi, a ja jak szalona przełykam ślinę, żeby nie zatkały mi się uszy. Nienawidzę tego uczucia, gdy serce podchodzi mi do gardła. Zbyt mocno przypomina wybijanie się na wzniesieniu w trakcie rajdów. Wbijam paznokcie w udo, zmuszając mózg do skupienia się na ukłuciu bólu, a nie żalu przepływającym przez moje ciało z powodu prawdopodobnie zakończonej kariery.
Kiedy tylko lot zostaje wyrównany i można już rozpiąć pasy, sięgam pod fotel przede mną i zgarniam torbę. Przez chwilę męczę się z jej otwarciem, na szczęście tym razem palce lewej dłoni wreszcie zaczynają mnie słuchać i zaciskają się na materiale wystarczająco mocno, abym mogła rozsunąć zamek. Wyciągam ze środka czytnik i odkładam go na udo. Pech chce, że kiedy wsuwam torbę pod fotel, samolotem wstrząsa na tyle silna turbulencja, że urządzenie ześlizguje mi się z nóg.
Schylamy się z Gallagherem w tej samej chwili, a kolejna turbulencja sprawia, że zderzamy się skroniami. Nikłe ukłucie bólu to nic w porównaniu z tym, co wypada spomiędzy moich warg:
– Kurwa mać. – Gdyby moja matka usłyszała, że przeklinam, powiesiłaby mnie za uszy. I nie miałoby żadnego znaczenia to, że od dawna jestem dorosła. – Przepraszam – dodaję pospiesznie i spoglądam skruszona na mężczyznę.
Jestem prawie pewna, że spojrzy na mnie z dezaprobatą, dlatego zaskakuje mnie jego wyluzowany wyraz twarzy.
Oraz uśmiech na ustach.
A także łagodne spojrzenie.
Mózg nastoletniej mnie bez wątpienia zmieniłby się właśnie w papkę.
– Nie szkodzi – odpowiada i wręcza mi czytnik.
Przypadkiem stykamy się palcami. Mam wrażenie, że przeszywa mnie prąd, i na krótki moment robi mi się gorąco – co jest niezaprzeczalnie idiotyczne i zrzucam to na wypity wcześniej alkohol. Przełykam ślinę i uśmiecham się po raz ostatni, po czym szybko opadam plecami na fotel i wbijam wzrok w białe chmury, nad którymi lecimy.
Ciekawe, ile razy w ciągu najbliższych sześciu godzin będę musiała go jeszcze przeprosić.
Pięć.
Pierwszy raz – po godzinie, gdy musiałam pójść do toalety, bo mój pęcherz nie chciał współpracować, a chwilę później drugi, gdy znowu przeprosiłam, żeby dostać się na swoje miejsce.
Trzeci – po kolejnej godzinie, gdy zaczęła mi cierpnąć noga i musiałam wstać, żeby trochę pochodzić.
Czwarty, żeby wrócić.
Piąty natomiast mniej więcej w połowie sześciogodzinnego lotu, gdy ponownie musiałam pójść do toalety.
Wychodzę z kabiny i robię dwa kroki, kiedy samolotem znowu wstrząsają turbulencję. Jezu. Przytrzymuję się prawą ręką jednego z foteli i próbuję nie stracić równowagi, bo tym razem wstrząsy trwają odrobinę dłużej niż wcześniej. Gdy wreszcie się uspokajają, żwawym krokiem ruszam w stronę swojego rzędu. Znajduję się zaledwie dwa kroki od celu, gdy lampka o zapięciu pasów się włącza, a z głośników płynie głos kapitana:
– Przed nami burza. Postaramy się ją ominąć, mimo to proszę, aby wszyscy pasażerowie wrócili na swoje miejsca i zapięli pasy. Może nami trochę trząść.
Ledwie docieram do rzędu, a Gallagher już odpina pas, żeby wstać. Nim jednak zdoła się podnieść, samolotem tak zarzuca, że niewidzialna siła popycha mnie do przodu. Żeby nie stracić równowagi i nie wypieprzyć się na środku przejścia, wchodzę w rządek – na szczęście akurat w naszym siedzimy tylko my.
A może jednak nie na szczęście.
Szósty raz z moich ust pada słowo „przepraszam”, gdy niezbyt efektownie ląduję pośladkami na udach Gallaghera, a on – najpewniej kierowany instynktem – obejmuje mnie w pasie.
Proszę, czy ten lot może się już skończyć?
Moja mama od zawsze powtarzała, że czasem nasze życzenia mogą się spełnić zbyt dosłownie i mamy uważać, czego sobie życzymy. Właśnie do mnie dociera, że miała rację, co nie powinno mnie dziwić, skoro matki zazwyczaj ją mają – a przynajmniej tak twierdzą. W każdym razie… moje życzenie spełnia się zbyt dosłownie.
– Ze względu na trudne warunki pogodowe podjąłem decyzję o posadzeniu maszyny na lotnisku Lincolna w Nebrasce.
Uderzam tyłem głowy o zagłówek i wzdycham sfrustrowana, wpatrując się bezmyślnie w fotel przede mną. Świetnie. To znaczy… nic złego się nie dzieje, nigdzie się nie spieszę i w sumie lepiej, że pilot nie zamierza podejmować zbędnego ryzyka, ale – kurde – jesteśmy już w połowie drogi i naprawdę liczyłam na to, że maksymalnie za cztery godziny padnę na łóżko w domu mamy.
Samolot zniża lot, dzięki czemu turbulencje są już niemal niewyczuwalne. Oczywiście kontrolka o pasach ciągle się świeci, ale stewardessy wstają z miejsc i ruszają przejściem z wózkiem. Od razu sięgam po pustą butelkę po wodzie.
Kiedy odwracam się twarzą w stronę korytarza, Gallagher wystawia do mnie rękę.
– Wyrzucę – mówi, jak gdyby był przekonany, że nie zrozumiem jego gestu.
W sumie mu się nie dziwię. To zdecydowanie nie jest mój dzień.
– Dziękuję. – Uśmiecham się szczerze, chociaż to taka pierdoła, że z tyłu głowy od razu pojawia mi się myśl: „Szczerzysz się do niego, jakby wręczył ci prezent wart milion dolarów, a nie wyręczył w wyrzuceniu głupich śmieci”.
Czym prędzej ją uciszam, żeby mój wyraz twarzy pozostał względnie normalny. Moje miny czasem wyrażają więcej niż tysiąc słów, chociaż zupełnie tego nie kontroluję, a gdy zmuszam się do uśmiechu, wyglądam raczej jak ktoś, kto planuje morderstwo idealne.
Chciałabym powiedzieć, że oddycham świeżym powietrzem zaledwie chwilę po wylądowaniu, ale musiałabym wtedy skłamać. Tłoczymy się w korytarzu do wyjścia z samolotu, a ja tak mocno ściskam w prawej ręce rączkę walizki, jakby od tego zależało moje życie. Nie mam pojęcia, dlaczego ludzie tak na mnie prą, przecież każdy kiedyś stąd wyjdzie, ale alkohol już dawno przestał działać, przez co mam ochotę krzyczeć. Nie cierpię tłumów, mam wtedy wrażenie, jakby ściany zamykały się wokół mnie i jakbym się dusiła. Zaczyna mnie drażnić nawet moja koszulka, chociaż jest bawełniana, przyjemna w dotyku i…
Chcę do łóżka.
Jak najszybciej.
Rozdymam nozdrza, zirytowana, gdy czuję mocne pchnięcie w plecy. Dosłownie dwie sekundy później przekręcam głowę, gotowa opieprzyć stojącego za mną człowieka, na szczęście ten ktoś jest ode mnie szybszy:
– Przepraszam.
Karmelowe oczy Gallaghera wpatrują się we mnie ze skruchą, a ja z trudem przełykam ślinę i palącą chęć wyrzucenia z siebie buzującej frustracji.
– Nie szkodzi – zapewniam pospiesznie i jeszcze szybciej wracam do wpatrywania się w rude włosy kobiety przede mną.
Gdyby to był ktokolwiek inny, cały samolot właśnie usłyszałby mój wrzask, bo zaledwie trzy kroki później znowu czuję pchnięcie. A potem ponownie słyszę głos Gallaghera. I czuję jego dłoń na biodrze, gdy mężczyzna stojący obok trąca moje ramię, przez co odrobinę zbyt mocno się chwieję.
Mój szalejący puls uspokaja się dopiero, gdy Gallagher zabiera rękę.
To chyba jakieś pieprzone fatum.
No bo jak inaczej wyjaśnić, że w kolejce do pobrania głupiej karty zapewniającej darmowy nocleg w hotelu po drugiej stronie lotniska ponownie spotykam Gallaghera? Stoi przede mną, a gdy przed chwilą się odwrócił, jego usta wykrzywiły się w rozbawionym uśmiechu. Najpewniej na mój widok.
Fajnie, że go to bawi.
Ja z kolei zaczynam się zastanawiać, dlaczego ze wszystkich samolotów na świecie musieliśmy wybrać ten sam, a do tego dostać miejsca w jednym rzędzie. Wcale nie chodzi o to, że coś do niego mam. Absolutnie. Po prostu zupełnie się tego nie spodziewałam, a ja strasznie nie lubię niespodzianek – tak naprawdę to ich nienawidzę. Do tego dodajmy jeszcze wszystkie moje „przepraszam”, wpadnięcie tyłkiem na jego uda i…
Przesadzam. Wiem, że przesadzam. Nie powinnam tak tego analizować, ale dziś jest mi o wiele trudniej nad tym panować. Ewidentnie jestem rozdrażniona i winę za to ponosi moja niesprawna ręka.
– Dziękuję – zwracam się uprzejmym, choć zmęczonym głosem do kobiety, od której dostaję kartę.
A potem, gdy wychodzę z lotniska – cóż za niespodzianka – wpadam na stojącego na chodniku Gallaghera.
– Przepraszam! Boże… – Potrząsam głową i parskam nerwowym śmiechem, dostrzegając w jego oczach iskierki rozbawienia. – I od razu przepraszam za wszystkie następne wpadki – dodaję, bo to przecież jakaś kpina.
Jedyny plus tej sytuacji jest taki, że on zdaje się zupełnie nie mieć pojęcia, kim jestem, więc przynajmniej nie przynoszę matce wstydu. Nie to, żebym była nie wiadomo jak znana – raczej niewiele mówi się o byłych rajdowczyniach z WRC2.
– Często pani tak wpada na ludzi? – pyta wesoło.
– Pewnie mi pan nie uwierzy, ale nie – odpowiadam z przekąsem. – Zwykle jestem bardziej ogarnięta.
Nawet nie wiem, kiedy ruszamy w stronę przejścia dla pieszych. A potem w kierunku hotelu. Razem. Właściwie idziemy ramię w ramię – aż do holu.
– Panie przodem. – Gallagher wskazuje dłonią miejsce przed sobą.
– Zawsze jest pan taki uroczy?
Nie. Nie powiedziałam tego!
– Mam swoje momenty – odpowiada z czarującym uśmiechem, od którego mogłyby mi zmięknąć nogi, gdybym tylko sobie na to pozwoliła.
Ogarnij się, Yasmin.
Kiedy staję już przed nim w kolejce, z całej siły powstrzymuję się przed zerknięciem przez ramię. Zaciskam również usta, żeby przypadkiem nie rzucić kolejnego głupiego komentarza, którego zdecydowanie nie powinnam wypowiadać.
W głowie już słyszę śmiech mojej siostry Sienny. Gdyby tu była, na sto procent płakałaby teraz z zażenowania. A ja prawdopodobnie razem z nią.
Czy wszechświat daje mi jakieś znaki, czy co? – przemyka mi przez myśl, gdy drzwi już się mają zamknąć, ale pojawia się między nimi ręka.
Karmelowe oczy Gallaghera zdają się śmiać, kiedy mnie zauważa.
– Przysięgam, nie śledzę pani – zapewnia przerażająco poważnym tonem, po czym… zatrzymuje palec nad podświetlonym przyciskiem z numerem sześć.
Tym samym, który niedawno wcisnęłam.
– Niech zgadnę… – mruczy, zerkając na mnie z ukosa. – Pokój numer sześćset dwadzieścia osiem?
– Pudło – odpowiadam i zaciskam mocniej palce na karcie. Winda rusza. – Pomylił się pan o całe dwa numery.
– Dwadzieścia sześć?
– Mhm – potwierdzam mruknięciem i przestępuję z nogi na nogę.
– W sumie… logiczne.
Marszczę czoło.
– Była pani przede mną, więc dali pani niższy numer – wyjaśnia i pokazuje swoją kartę z numerem sześćset dwadzieścia siedem.
Mam ochotę uderzyć się w czoło. Oczywiście, że o tym nie pomyślałam, bo aktualnie zastanawiam się, czy pójść od razu spać, czy może skorzystać z darmowego vouchera na drinka i kolację w barze na ostatnim piętrze. W sumie jestem głodna…
– Racja. – Uśmiecham się delikatnie i gdy winda się zatrzymuje, robię krok do przodu. – Dobranoc – dodaję jeszcze i czym prędzej ruszam w stronę swojego pokoju.
W ten sposób przynajmniej już na siebie nie wpadniemy.
Ledwie godzinę później przekraczam próg baru, a moje spojrzenie natychmiast zatrzymuje się na mężczyźnie w jasnoniebieskiej koszuli, który siedzi przy kontuarze. Jedyne wolne miejsce, jakie mam w zasięgu wzroku, znajduje się właśnie obok niego.
O matko. To jest po prostu… nieprawdopodobne. Odnoszę wrażenie, że znalazłam się w jakiejś komedii romantycznej. Zupełnie tak, jakby reżyser mojego życia stwierdził: „Zróbmy tak, że będą na siebie non stop wpadać, i zobaczymy, co z tego wyjdzie”.
– Przysięgam, że ja również pana nie śledzę – mówię, siadając na wysokim hokerze.
Gallagher parska śmiechem i spogląda na mnie z ukosa, po czym upija łyk bursztynowego alkoholu.
– Dobrze wiedzieć – odpowiada i podnosi rękę, przywołując barmana. – Czego się pani napije?
Otwieram usta, gotowa oznajmić, że sobie poradzę, bo nie jestem damą w opałach, ale szybko przypominają mi się słowa siostry: „Kiedy facet proponuje ci drinka, nie odmawiaj. Kto wie, dokąd cię to zaprowadzi?”. Nigdy nie żyłam zgodnie z tą zasadą – do niedawna właściwie w ogóle nie piłam alkoholu – ale tym razem decyduję się wziąć ją pod uwagę.
– Mojito. Dziękuję. – Uśmiecham się lekko i gdy kelner podaje mi menu, od razu skupiam się na części z daniami.
Mój żołądek chyba już sam siebie zaczął trawić; tak bardzo jestem głodna.
Kusi mnie stek z kością, ale nie ma szans, żebym zdołała go pokroić bez zwracania uwagi na niesprawną rękę, więc ostatecznie decyduję się zamówić carbonarę, a podczas oczekiwania na drinka wyciągam komórkę i sprawdzam wiadomości. Najpierw zaglądam w konwersację z Eriką, ale ciągle nie dostałam od niej odpowiedzi na moją wiadomość sprzed kilku dni, więc nie zaprzątam sobie teraz głowy, żeby wysłać jej aktualizację po wizycie u lekarza. Przechodzę natomiast do SMS-ów z mamą.
Ja: Musieliśmy wcześniej wylądować
z powodu kiepskich warunków pogodowych.
Jeśli wszystko pójdzie dobrze,
jutro o dziesiątej mam lot.
Mama: Co za pech…
Mama: Co powiedział lekarz?
Jeszcze jej nie odpisałam i szczerze powiedziawszy, w ogóle nie mam ochoty tego robić. Nie dlatego, że chcę ukryć stan mojego zdrowia. Przez pierwsze trzy miesiące po wypadku mieszkałam z nią w San Francisco i głównie to ona woziła mnie na rehabilitację. Kocham mamę i po przylocie na pewno wszystko jej opowiem, ale nie teraz. Dziś jestem zbyt… przybita. Najchętniej w ogóle zapomniałabym o kontroli lekarskiej. Jeśli pozwolę sobie na myślenie o tym, już zupełnie się załamię i nie będzie czego zbierać.
Kuchnia nieźle się uwija, zważywszy na to, że bar jest niemal po brzegi wypełniony ludźmi. Po chwili leży już przede mną talerz z obłędnie pachnącym daniem, a zaraz za nim pojawia się wysoka szklanka z drinkiem. Po szkle spływa kilka kropel wody – a ja już po pierwszym łyku czuję, że ze mnie również spływają emocje.
W czasie, gdy nabijam na widelec kęs jedzenia, siedzący obok mnie Gallagher wyciąga komórkę. Widzę to kątem oka i nawet nie próbuję zerknąć na ekran. Wiadomo, to nie moja sprawa. Nic jednak nie poradzę, że kiedy się odzywa, mimowolnie słyszę jego rozmowę:
– Hej, musieliśmy lądować awaryjnie w Nebrasce… Jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, lot będzie kontynuowany jutro o dziesiątej, więc powinienem być w San Francisco o jedenastej czasu miejscowego… – Ktokolwiek jest po drugiej stronie, musiał chyba powiedzieć coś zabawnego, bo Gallagher parska śmiechem. – Tylko nie roznieście domu.
Bezwiednie unoszę brew. Może rozmawia z synem? Ale czy on przypadkiem nie jest teraz w trakcie sezonu Xfinity Series?
Stop.
To nie twoja sprawa, Yasmin.
Ignoruję resztę jego rozmowy i skupiam się na tym, co powinno być dla mnie w tym momencie najważniejsze. Jedzenie, drink, a potem szybki powrót do pokoju, żeby wyspać się w wygodnym łóżku.
Kiedy jakiś czas później sięgam po szklankę i przypadkiem strącam ją wierzchem ręki, przez co połowa zawartości rozlewa się po blacie i spływa na spodnie Gallaghera, w zasadzie nawet nie jestem zaskoczona.
On chyba też nie.
– Prze… – Milknę, gdy wybucha śmiechem, jakby cała ta sytuacja nieziemsko go rozbawiła. – Przepraszam – dodaję szybko i staję na hokerze, po czym sięgam przez bar po papierowy ręcznik w rolce.
Jeszcze zanim barman zdoła do nas podejść, udaje mi się wytrzeć blat, a Gallagher osusza sobie spodnie. Na niewiele się to zdaje; jedyny plus, że materiał jest ciemnogranatowy, więc nie widać na nim mokrych plam.
– Jeszcze raz przepraszam – mówię zażenowana. – Zwykle mi się to nie zdarza.
– Nie przejmuj się. – Przechodzi na „ty” i posyła mi uspokajający uśmiech. Potem wskazuje na mnie i zwraca się do barmana: – Jeszcze raz to samo.
– To raczej ja powinnam postawić drinka tobie – zauważam, spoglądając na niego z przechyloną głową. – Za te wszystkie… – robię cudzysłów w powietrzu zdrową ręką – …wpadki.
– Tylko jednego? – Unosi ciemną brew, a w karmelowych oczach tańczą iskierki wesołości. – Jeśli się nie mylę, słowo „przepraszam” padło dziś z twoich ust jakieś dziewięć razy.
– Dziesięć – poprawiam go i przewracam oczami. – Chociaż, kto by tam liczył.
Mężczyzna mruży oczy, jakby się zastanawiał.
– Faktycznie – przytakuje po chwili. – Nie policzyłem tego pierwszego razu w samolocie.
– Taa… – mruczę pod nosem i zakładam luźny kosmyk blond włosów za ucho, żeby zająć czymś ręce.
– Więc… – Przekręca się na hokerze w moją stronę, lekko ocierając się kolanem o bok mojej nogi, i opiera przedramię o blat. – Co z tym drinkiem?
Chyba zasycha mi w gardle. Być może głównie z powodu tego, że Gallagher nie skupia spojrzenia na moich oczach, tylko przez kilka sekund zawiesza je na wargach. Jestem tym tak zaskoczona, że zapominam, jak się mówi.
Szybko jednak uzmysławiam sobie, że najpewniej w kąciku ust została mi odrobina sosu. Automatycznie ocieram go kciukiem, a Gallagher niemal natychmiast przeskakuje wzrokiem na moje oczy.
– Raczej z dziesięcioma drinkami – szepczę i przywołuję dłonią barmana, po czym raz jeszcze zerkam na Gallaghera. – Co powiesz na kilka szotów?
Co ja robię? Nie wiem.
– Myślisz, że dasz radę wypić je bez uszczerbku na zdrowiu? – W jego głosie rozbrzmiewa nuta zadziorności, której się po nim nie spodziewałam.
Nie tracę jednak rezonu.
– Żeby poznać odpowiedź na to pytanie, będziesz musiał zgodzić się w ciemno – mruczę, powstrzymując uśmiech cisnący mi się na usta.
Gallagher przesuwa językiem po zębach, mruży powieki, po czym uśmiecha się zawadiacko.
– Sprawdźmy to.
Przy pierwszych dwóch szotach miałam jeszcze z tyłu głowy, że powinnam się pilnować z tym, co mówię, ale przy czwartym zapominam, że siedzi obok mnie ten Gallagher. Teraz stał się po prostu facetem, którego kolano co jakiś czas ociera się o bok mojej nogi, a jego oczy śledzą ruchy mojej dłoni za każdym razem, gdy podnoszę szkło do ust. Facetem, z którym naprawdę dobrze mi się rozmawia i przez którego mam ochotę poluzować swoje postanowienia… Może nawet pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa, ponieważ po raz pierwszy od dawna z twarzy nie znika mi uśmiech.
– Chyba idzie mi całkiem nieźle, nie uważasz? – pytam po opróżnieniu kieliszka.
W karmelowych tęczówkach skrzą się iskierki rozbawienia, ale i czegoś jeszcze, czego aktualnie nie potrafię poprawnie nazwać. Nie zamierzam jednak się nad tym zastanawiać, bo prawdopodobnie tak bardzo bym się na tym skupiła, że nie usłyszałabym, co Darren do mnie mówi.
– Powiedziałbym, że nawet lepiej niż tylko „całkiem nieźle” – oznajmia, przesuwając spojrzeniem po mojej twarzy. – Jeszcze nie ześlizgnęłaś się z hokera.
Parskam cichym śmiechem, a gdy wyczuwam na policzku denerwujący mnie kosmyk włosów, od razu zakładam go za ucho. Dopiero po tym przechylam głowę i unoszę kącik ust.
– Gdybym spadła, w ogóle nie byłbyś zaskoczony, co?
– Nie spadłabyś – odpowiada pewnie.
Marszczę czoło.
– Skąd to silne przekonanie?
– To proste. – Uśmiecha się znacząco i przysuwa bliżej, nie odrywając wzroku od mojej twarzy. – Złapałbym cię, zanim zdążyłabyś wylądować na podłodze.
Rozchylam wargi, chwilowo niezdolna do wymyślenia żadnej odpowiedzi, i wpatruję się w jego oczy. Jestem względnie trzeźwa, więc to nie kwestia alkoholu płynącego w moich żyłach, a raczej… zaskoczenia, że Gallagher znalazł się aż tak blisko. I że moje ciało reaguje na to dreszczami przepływającymi wzdłuż kręgosłupa.
– Czyżby? – pytam z uniesioną brwią, próbując nie uśmiechnąć się szeroko.
– Mhm – potwierdza niskim mruknięciem i zjeżdża spojrzeniem na usta, po czym chrząka. – Jak masz na imię?
– Za dużo chciałbyś wiedzieć – szepczę, spoglądając na niego spod rzęs.
Prawdę powiedziawszy, mogłabym mu podać swoje imię, ale wtedy on również by to zrobił, a odnoszę wrażenie, że czar chwili od razu by po tym prysnął. Mimo wszystko jest coś ekscytującego w tym udawaniu, że nie mam pojęcia, kim on jest. Coś mocno elektryzującego i sprawiającego, że wcale nie chcę, aby ta noc się kończyła, chociaż całkiem niedawno marzyłam o szybkiej kolacji i jeszcze szybszym pójściu spać.
Chciałabym powiedzieć, że nie mam pojęcia, dlaczego budzę się naga w hotelowym łóżku Darrena Gallaghera, wtedy jednak musiałabym wierutnie skłamać, a nie zwykłam oszukiwać samej siebie. Wieczór zaczął się tak niewinnie, jak tylko mógł, ale cała reszta nocy… to było istne szaleństwo i coś, czego nigdy wcześniej nie zrobiłam.
Nie kojarzę, które z nas zaproponowało ulotnienie się na szóste piętro hotelu. Doskonale jednak pamiętam, że oboje byliśmy nieco podchmieleni, a gdy wychodziłam z windy – żadne zaskoczenie – prawie zabiłam się o wystający róg dywanu. Darren objął mnie w pasie, zanim zdołałabym upaść, co tylko świadczy o tym, że nadal ma refleks kierowcy wyścigowego.
A potem… wystarczyło jedno moje spojrzenie, które swobodnie ześlizgnęło się z jego oczu na wykrzywione w rozbawieniu usta, żebym objęła zdrową ręką jego szyję i przyciągnęła go do pocałunku. Nie oponował. Nawet się nie zawahał. Rozchylił moje wargi językiem i pogłębił pocałunek, sprawiając, że niemal straciłam dech w piersi. Wpadliśmy do jego pokoju niczym burza i jeszcze szybciej pozbyliśmy się ubrań, a potem była już tylko nieziemska rozkosz.
Boże, nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek czuła się tak… usatysfakcjonowana.
Niechętnie rozchylam powieki i przekręcam powoli głowę, zerkając w stronę śpiącego mężczyzny. Leży na brzuchu, jego umięśnione przedramię oplata mnie w pasie, a oddech łaskocze w bark. Wygląda spokojnie, co w porównaniu z tym, jaką siłą i autorytarnością emanował w nocy, jest zajebiście fascynujące.
Powinnam stąd czym prędzej czmychnąć. Wziąć prysznic we własnym pokoju i jak najszybciej znaleźć się na lotnisku, ale – cholera – znając moje szczęście, dziś również na siebie wpadniemy. Będzie niezręcznie, jeżeli wyjdę bez pożegnania. A jeśli jeszcze kiedyś się spotkamy – w co szczerze wątpię, bo nie zamierzam długo zabawić w San Francisco – to byłoby jeszcze gorzej, gdybym się tak po prostu ulotniła.
– Hej… – szepczę, wyciągając rękę, żeby przesunąć opuszkami po jego policzku.
Nie mija nawet kilka sekund, a marszczy brwi i na moment zaciska powieki. Chwilę później otwiera oczy i spogląda na mnie zaspanym wzrokiem.
– Dzień dobry – mamrocze niskim głosem z poranną chrypką, od której dostaję dreszczy na całym ciele.
Nie chcę myśleć, że ta noc była błędem, bo nie była i niczego nie żałuję, ale już teraz wiem, że stanie się jedną z tych, o których trudno przestać myśleć. I które chce się powtórzyć. To mnie odrobinę przeraża, biorąc pod uwagę pewne moje zachowania z przeszłości.
– Bry. – Uśmiecham się półgębkiem. – Nie wiem, która jest godzina, ale chyba powinniśmy wstać.
– Mhm – mruczy niewyraźnie, po czym najpierw przekręca się na bok, a potem na plecy i wyciąga ramiona nad głowę. – Prawdopodobnie masz rację.
Odrywam od niego spojrzenie i unoszę brwi, rozglądając się po pokoju. Próbuję zlokalizować swoje ubrania i niemal wybucham śmiechem, kiedy mi się to udaje. Leżą wszędzie! Na szczęście majtki zwisają z brzegu łóżka, więc w kilku ruchach udaje mi się je zgarnąć.
Oboje ubieramy się w ciszy. Gallagher nie patrzy na mnie, gdy półnaga poruszam się po jego pokoju, zbierając po drodze ciuchy. Za to ja zerkam na jego umięśnione plecy, na których widnieją ślady po moich paznokciach.
– Przepraszam za… – Milknę, gdy karmelowe oczy spoglądają na mnie pogodnie.
– Który to już raz?
Wzruszam ramionami i parskam śmiechem, po czym wciągam koszulkę przez głowę.
– Nie mam pojęcia – odpowiadam szczerze i sięgam po torebkę. – Pójdę już.
Przytakuje skinieniem i kiedy jestem już prawie pewna, że na tym skończy się nasz mocno niezręczny, cholernie żenujący poranek, on odprowadza mnie do drzwi, układając dłoń na moich lędźwiach. Kiedy chwytam za klamkę, obejmuje łagodnie mój podbródek i spogląda mi w oczy.
– Dalej nie chcesz się wymienić numerami? – upewnia się, skanując uważnie moją twarz.
Przełykam ślinę. Zapytał o to wczoraj w barze, zanim zdecydowaliśmy się ulotnić. Odmówiłam. Byłam pewna, że pyta z grzeczności, a nie dlatego, że naprawdę chciałby utrzymywać ze mną kontakt. Teraz jednak, po tym obłędnie dobrym seksie, od którego dalej mam motylki w brzuchu… Jezu, naprawdę jestem bliska podania mu tego numeru.
Mimo tych myśli ostatecznie tego nie robię. Przecież to nie ma sensu. Prawdopodobnie już nigdy więcej się nie spotkamy, a ja powinnam skupić się na znalezieniu pracy i walce o powrót do pełnej sprawności. Ta noc była nieziemska, ale nie powinna nic zmienić w moich planach na najbliższy rok. Nie chcę się również nakręcać, bo to mogłoby się źle skończyć – nie tylko dla mnie, lecz także dla niego.
– Nie byłeś aż tak dobry. – Puszczam do niego oczko, na co unosi wysoko brew.
– Polemizowałbym, ale pozostanę dżentelmenem i nie będę cytował tego, co mówiłaś w nocy – mruczy rozbawiony i odrobinę się odsuwa. – Do zobaczenia na lotnisku.
– Uważaj na niezdarne pasażerki – rzucam ze śmiechem przez ramię, zanim wychodzę na korytarz i czym prędzej idę do swojego pokoju.
A potem z przerażeniem orientuję się, że jest już ósma piętnaście, więc wrzucam piąty bieg i w ciągu kwadransa udaje mi się umyć, przebrać, zażyć poranną dawkę leku i zjeść przekąskę, którą spakowałam do walizki na czarną godzinę.
– To znowu ty.
Parskam cicho, gdy słyszę za sobą rozbawiony głos Gallaghera. Oczywiście, że w kolejce do boardingu musiał stanąć za mną.
Spoglądam przez ramię i z zaskoczenia aż wciągam powietrze, widząc, że dziś ma na sobie czarną koszulę i wygląda jeszcze lepiej niż wczoraj. Spodnie też są inne – trudno, żeby było inaczej, skoro tamte oblałam mojito. Tym razem wybrał ciemne dżinsy.
– Wyspany? – zagajam, gdy przesuwa się do przodu, żeby stanąć obok mnie.
– Nie – odpowiada szczerze. – Pewna kobieta, która nadal mi się nie przedstawiła, nie dała mi spać. A ty?
– Nie – powtarzam za nim i zerkam z ukosa na jego szczękę. Pokrywający ją zarost jest dłuższy niż wczoraj; Darren nie zdążył się ogolić. – Pewien mężczyzna, któremu nie chciałam podać swojego imienia, straszliwie chrapie.
– Nigdy w to nie uwierzę. – Śmieje się, potrząsając głową.
I dobrze. Bo kłamałam. Wcale nie chrapał.
Dwa tygodnie później, Sonoma, Kalifornia
Za każdym razem, kiedy mam możliwość na żywo oglądać wyścig Killiana, w moim ciele szaleją niepokój i strach o jego życie. Kilka lat temu, gdy próbowałem trzymać go z daleka od toru, pozwoliłem negatywnym emocjom sobą zawładnąć. Zamiast go wspierać, narzuciłem zasadę: „Żadnych wyścigów”. Nie rozmawiałem z nim o nich, udawałem, że nie wiem o jego nocnych eskapadach na tor Rexa. Tym samym popełniłem błąd, bo zamiast być przy synu i mu pomagać, jak na dobrego ojca oraz byłego kierowcę wyścigowego przystało, wywoływałem w nim wyrzuty sumienia i zmuszałem do kłamstwa. Ostatecznie jednak – na szczęście! – poszedłem po rozum do głowy. Lepiej późno niż wcale, jak to się mówi.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Wydawczyni: Olga Gorczyca-Popławska
Redaktorka prowadząca: Olga Gorczyca-Popławska
Redakcja: Jarosław Byczkowski
Korekta:Patrycja Klempas
Projekt okładki i wyklejki: Agata Łuksza
Ilustracje na okładce i wyklejce: Agata Łuksza
Grafiki na stronach rozdziałowych: © Rina Oshi, © trianatio / Stock.Adobe.com
Copyright © Lena M. Bielska, 2026
CCopyright © 2026, Bliss an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie elektroniczne
Białystok 2026
ISBN 978-83-8417-795-2
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Weronika Panecka
Okładka
Karta tytułowa: Lena M. Bielska, Jaśminowy zawrót głowy
PROLOG
ROZDZIAŁ 1
ROZDZIAŁ 2
ROZDZIAŁ 3
ROZDZIAŁ 4
ROZDZIAŁ 5
ROZDZIAŁ 6
ROZDZIAŁ 7
ROZDZIAŁ 8
ROZDZIAŁ 9
ROZDZIAŁ 10
ROZDZIAŁ 11
ROZDZIAŁ 12
ROZDZIAŁ 13
ROZDZIAŁ 14
ROZDZIAŁ 15
ROZDZIAŁ 16
ROZDZIAŁ 17
ROZDZIAŁ 18
ROZDZIAŁ 19
ROZDZIAŁ 20
ROZDZIAŁ 21
ROZDZIAŁ 22
ROZDZIAŁ 23
ROZDZIAŁ 24
ROZDZIAŁ 25
ROZDZIAŁ 26
ROZDZIAŁ 27
ROZDZIAŁ 28
ROZDZIAŁ 29
ROZDZIAŁ 30
ROZDZIAŁ 31
ROZDZIAŁ 32
ROZDZIAŁ 33
ROZDZIAŁ 34
ROZDZIAŁ 35
ROZDZIAŁ 36
ROZDZIAŁ 37
ROZDZIAŁ 38
ROZDZIAŁ 39
ROZDZIAŁ 40
ROZDZIAŁ 41
EPILOG
Karta redakcyjna
Cover
