Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Wacław Sieroszewski trafił na Syberię w 1878 roku, a owocem jego wieloletniego zesłania było wybitne dzieło etnograficzne Dwanaście lat w kraju Jakutów. Edward Piekarski, zesłany dziesięć lat później, napisał słownik języka jakuckiego. Michał Książek pojechał do Jakucji z własnej woli. Podążając śladem swych wielkich poprzedników, przemierzył tę rozległą, białą krainę, zafascynowany zwyczajami i językiem jej mieszkańców.
Jakucję, kraj o powierzchni dziewięć razy większej od Polski, zamieszkuje niespełna milion osób. Zima trwa przez większą część roku, więc określeń dla różnych rodzajów śniegu i mrozu jest bez liku, a chłód bywa tak dotkliwy, że w języku Jakutów sympatycznego Dziadka Mroza zastąpił Byk Zimy.
Odmieniając jakuckie słowa przez polskie przypadki, Książek pisze swoistą gramatykę tych odległych, a przecież bliskich nam, śnieżnych przestrzeni.
„Jestem przekonany, że Redaktor Giedroyc uradowałby się. Michał Książek zrealizował postulat z ostatnich „Notatek Redaktora”, odbywając fascynującą wędrówkę śladami syberyjskich opowieści Sieroszewskiego i odkrywając nam tego niesłusznie zapomnianego autora. Łącząc zapiski lingwistyczno-etnograficzne z reporterską relacją z doświadczeń własnego życia w Jakucku, Książek kontynuuje w nowoczesny sposób wyśmienitą tradycję polskich badań Syberii. Ba! – takich opisów zimna w literaturze polskiej jeszcze nie było. Szczerze podziwiam!” Mariusz Wilk
„Wróble chowają się do przewodów ciepłowniczych, gołębie są za głupie, żeby przeżyć. Bezpańskie psy nie są głupie, a i tak nic im to nie pomoże. Bo miały pecha i żyć przyszło im w Jakucku. Mieście na skraju ekumeny. Brzmi dobrze, prawda? Pięćdziesięciostopniowe mrozy już gorzej, tak jak i ciemności, pluskwy, karaluchy, krowy kruszejące na balkonach, źrebaki na talerzach, smog, mgła i brak rozkładów jazdy. Mimo to autor zachowuje życiowy i stylistyczny spokój. Spokój wobec bieli, wobec grozy przestrzeni, wobec własnej ogromnej wiedzy o języku i stolicy Jakutów. Wiedzy, która zamiast z niego eksplodować jakimś porażającym gejzerem, jest dawkowana z umiarem. Nigdy nie wiedziałem, że Wacław Sieroszewski miał córkę Jakutkę i że do Polski z zesłania wrócił sam. A słyszeliście o skopcach? A o dwóch facetach stojących z opuszczonymi spodniami nad psem, któremu na ulicy język przymarzł do pomyj? Przeczytajcie, usłyszycie dużo więcej.” Andrzej Dybczak
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 338
Data ważności licencji: 6/17/2031
Seria
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Dedykacja
Jesień 2008
Mapa
Słownik języka jakuckiego I
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Spis treści
Dedykacja
W serii ukazały się ostatnio:
Marta Wroniszewska Matka bez wyboru. O kobietach, które opuściły swoje dzieci
Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe (wyd. 3)
François-Henri Désérable Kruszenie świata. Podróż do Iranu
Martyna M. Wojtkowska W Nowej Zelandii wschodzi słońce. Wojenna tułaczka polskich dzieci
Katarzyna Kobylarczyk Ciałko. Hiszpania kradnie swoje dzieci (wyd. 2)
Patrick Radden Keefe Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej (wyd. 3)
Thomas Orchowski Pasterzy jest coraz mniej. Reportaż z Krety
Karolina Bednarz Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet (wyd. 3)
Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej (wyd. 4)
Agata Komosa-Styczeń Wyspa niechcianych kobiet
Ilona Wiśniewska Hjem. Na północnych wyspach
Nicola Lagioia Ciao amore, ciao. Morderstwo w Rzymie
Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie (wyd. 2)
Tomáš Forró Śpiew syren. W głąb wojennej Ukrainy
Will Storr Nadprzyrodzone. Śledztwo w sprawie duchów
Jacek Hołub Wszystko mam bardziej. Życie w spektrum autyzmu(wyd. 2 zmienione)
Remigiusz Ryziński Dziwniejsza historia (wyd. 2 rozszerzone)
Jack El-Hai Norymberga. Naziści oczami psychiatry
Andrzej Dybczak Gugara (wyd. 2 zmienione)
Marta Madejska Ostatni gasi światło. Przypowieści o transformacji
Tobias Buck Ostatni proces. Niemieckie rozliczenia z nazistowską przeszłością
Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach wPRL-u (wyd. 3)
Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan (wyd. 3)
Patricia Evangelista Niektórych trzeba zabić. Rządy terroru na Filipinach
Helen Garner Woda była strasznie zimna. Rodzinna tragedia i proces o zabójstwo
Marek Szymaniak Młócka. Reportaże o pracy przyszłości
Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja (wyd. 3)
Marek Szymaniak Zapaść. Reportaże z mniejszych miast (wyd. 2)
Ola Synowiec Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk (wyd. 3)
Jacob Kushner Biały terror. Neonaziści w Niemczech
Joseph Cox Anom. Największa operacja FBI przeciwko światowej przestępczości
Jagoda Grondecka Emirat to my. Jak talibowie odbijali Afganistan
Paweł Smoleński Syrop z piołunu. Wygnani w akcji „Wisła” (wyd. 3)
Emilia Sułek Baranie oko. Reportaż z Kirgistanu
W serii ukaże się m. in.:
Mariusz Szczygieł Niedziela, która zdarzyła się w środę (wyd. 4)
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Projekt okładki Liza Korolova na podstawie projektu serii Agnieszki PasierskiejFotografia na okładce © by Sergey Maximishin / Panos Pictures / Forum
Copyright © by Michał Książek, 2013
Copyright for the maps © by www.geoservices.pl
Opieka redakcyjna Łukasz Najder
Redakcja Magdalena Budzińska
Korekty Sandra Trela / d2d.pl, Alicja Listwan / d2d.pl
Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl
Skład Zuzanna Szatanik / d2d.pl
Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl
ISBN 978-83-8396-349-5
Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa
tel. +48 18 351 00 70
e-mail: [email protected]
Wołowiec 2026
Wydanie II
Dla Jasi
Centralna Jakucja, czyli międzyrzecza Wiluja, Leny i Ałdanu, wygląda na mapie jak manowce na końcu świata. Od północy i wschodu zamyka ją klamra szczytów Gór Wierchojańskich, Gór Rzeki Głębokiej i Wielkiej Przeszkody, od południa Grzbiet Dygdy, wierchy Gór Amgińskich i Ałdano-Uczurskich, od zachodu Płaskowyż Przyleński i Wilujski, spod którego wycieka Wiluj. Rzeki jakuckich manowców przypominały zesłanemu tu Wacławowi Sieroszewskiemu bujną koronę drzewa, które pniem Leny uchodzi na północ, póki korzeniami delty nie wrośnie w Ocean Lodowaty. Jak mityczny modrzew w allaraa dojdu, podziemny świat z wierzeń Jakutów. Gałęzie drzewa – idąc za spojrzeniem pisarza – okalają łańcuchy górskie, pod których naporem konary rzek wpadają do Leny. Tylko dzikie witki Olokmy i Witimu kpią sobie z gór i wyrzynają w nich głębokie doliny. A górna Lena zgrabnym pędem wywija się łańcuchom, wytyczając uczęszczaną od paleolitu drogę z Bajkału na północ.
Ja zaś widzę w jej zlewni poroże starego renifera, co ma łeb wielki jak Morze Łaptiewów i wieńcem zaplątał się w zwojach poziomic. W gardzieli szerokości cieśnin Sannikowa i Łaptiewa razem wziętych utknął mu gigantyczny kęs chrobotka rozmiarów Wielkiej Wyspy Lachowskiej. Dalej szeroka szyja i kłąb rozciągają się jak Morze Wschodniosyberyjskie aż po ujście Kołymy i Czukotkę. Byk tratuje północne niebo, galopując do góry nogami, i zabiera się do pożarcia Tajmyru. Żeby jednak zobaczyć go na mapie Jakucji, trzeba parę razy samemu obudzić się z reniferową tyką między żebrami albo mieć mapę sięgającą siedemdziesiątego drugiego stopnia szerokości północnej.
Zaciszną tajgę w środkowym dorzeczu Leny wybrali na swoją ojczyznę Kurykanie, praszczurowie Jakutów, kiedy zaczęli docierać tu znad Bajkału setki lat temu. Czy gnały ich czambuły Czyngis-chana, ciekawość, czy zaraza, nie wie dziś nikt. Nad Leną koczowali już wówczas Tunguzi, protoplaści Ewenów i Ewenków. Gospodarze nazwali przybyszów Jaakoo, od którego blisko już do „Jakut”. Eweński historyk i etnograf Anatolij Afanasjewicz Aleksiejew uważa, że to od pytania „Jeko?”, czyli „Kto to?”. Słowo „Jakuci” można by więc zgodnie z tą tunguską teorią przetłumaczyć jako: „Co to za jedni?”, lecz większość badaczy wywodzi określenie „Jakut” od starotureckiego jaka – brzeg, skraj. Jaka, czyli ci, którzy mieszkają na skraju[1].
Podobnie nazywali Jakutów Jukagirzy, jedyni prawdziwi autochtoni dorzecza Leny, bo wywodzący się jeszcze z miejscowych ludów neolitycznych. Na północ wyparli ich właśnie wojowniczy Tunguzi, którzy przybyli tu z południa. Historia Tunguzów to jedna wielka kpina z przestrzeni, a ich język przechowuje takie słowa jak „nie bać się dalekich odległości”. W Górach Wierchojańskich żywioł tunguski i jukagirski zlały się jak Ałdan z Leną. W ten sposób powstał nowy naród – Eweni, zwani Lamutami, tak często przez podróżników i reporterów myleni z Ewenkami.
Echa spotkania Praewenków z Prajakutami przetrwały w jakuckich eposach olongcho. W jednym z nich jakucki bohater zmaga się z wojownikiem mieszkającym w tajdze, ubranym i uzbrojonym jak Tunguz. Jakuci, pasterze koni i bydła, zwarli się z Tunguzami, myśliwymi i hodowcami renów. Ci pierwsi zajmowali nadrzeczne łąki kytył i jeziorne polany alaas, pozbawiając Ewenków rybackich toni. Potrafili nie tylko osuszać jeziora, ale i wypalać tajgę pod nowe wygony, sprawiając, że ginęły jagielniki, czyli pastwiska renów porośnięte chrobotkiem. Pasterze reniferów uciekali więc w góry, gdzie mieli zwierzynę, chrobotka i ulubiony święty spokój.
Jako ostatni przybyli kozacy, którzy o Jakutach i ich wielkiej rzece dowiedzieli się od zachodnich Tunguzów, gdy dotarli nad Jenisej w początkach XVII wieku. Nic więc dziwnego, że pierwsze carskie dokumenty mienią Jakutów Jakolskimi ludmi bądź Jakolcami (właśnie od tunguskiego Jaakool). Potem była nazwa „Jakuck”, stąd zapewne Jakucja, wówczas Lenskij kraj. O sobie wolą Jakuci mówić Sacha, co w ich języku oznaczało też „człowiek”. Rosjanie zaś nazywają ich Jakutami i mają własną, choć wielce podejrzaną etymologię określenia „Jakut”. Rosyjskie ja i jakuckie kut można od biedy przetłumaczyć jako „ja częstuję, zapraszam”. Miałyby to być pierwsze słowa, którymi Jakolcy powitali tu kozaków. Jednak etymologia sklecona niedbale i w duchu sowieckiej przyjaźni narodów nikogo nie przekonuje. Tym bardziej że żadnych zaprosin nie było.
[1] Słowo jaka we współczesnym jakuckim przyjęło brzmienie sacha i tak właśnie nazywają siebie Jakuci.
Balaghan po jakucku oznacza dom, a dokładniej solidną chatę w kształcie ściętej piramidy o ścianach z bierwion stawianych na sztorc i pochylonych do środka. Stiepan Konstantynowicz Kołodieżnikow, nauczyciel języka jakuckiego na tutejszym uniwersytecie, twierdzi, że nazwa miesiąca pochodzi od prac związanych z przygotowaniem domu do wielkich mrozów. To we wrześniu Sacha obrzucali drewniane jurty krowim nawozem i ogacali ziemią, a z pierwszymi chłodami zamiast muskowitu czy byczych pęcherzy w okna wstawiali tafle lodu. Mieszkający w tajdze myśliwi i pasterze półdzikich tarpanów robią tak do dziś. Słownik języka jakuckiego autorstwa Edwarda Piekarskiego – wyrocznia jakutologów – potwierdza, że nazwa związana jest z okresem powrotów z letnich pastwisk i sianokosów do zimowych balaghanów.
Jest dziesięć razy większa od Polski, a w swoich granicach pomieściłaby aż pięć Francji, sto państw wielkości Belgii, siedemdziesiąt cztery Holandie czy blisko pięćdziesiąt Litw. Czyli tak wielka, że Jakuci muszą używać kilku rodzajów zaimka „tam”. Chociaż z północy na południe Jakucja ma dwa tysiące kilometrów, a ze wschodu na zachód trzeba dodać jeszcze trzysta, to więcej tu zwierząt niż ludzi. A na wschód prowadzą zaledwie dwie drogi. Nie dość, że donikąd, to jeszcze nie zawsze przejezdne. Ta z Amgi do Jakucka to fragment starego szlaku pocztowego nad Morze Ochockie, druga to M-56, czyli osławiona Kołyma. Wiedzie do Magadanu i prosto w fabułę opowiadań Warłama Szałamowa.
Trakt z Amgi do Jakucka, wyjąwszy wiosenne roztopy i powodzie, jest dostępny cały rok. Miejscami tak wąski, że trudno go znaleźć, miejscami szerszy, że starczy akurat na dwa mijające się UAZ-y. Wraz z siecią tajgowych duktów łączy z Jakuckiem jeden posiołek[1] i parę wsi rozrzuconych na terytorium wielkim jak Pomorze. Po godzinie drogi z Amgi zahacza o kilka chatynek z tabliczką „Emissy”, po następnej mija domek i napis „Byrama”, po upływie kolejnych dwóch dociera do dużej wioski Maja, gdzie zaczyna się asfalt i skąd już tylko sześćdziesiąt minut do Leny. Gdzieś głębiej w tajdze pozostały jeszcze Altan, Butejdech, Suola, Abagha i Teligi. Mowa o Zarzeczu, które obok ułusu[2] Nam jest najgęściej zaludnioną częścią Jakucji.
Nikt w jakuckich wioskach nie używa rosyjskiej nazwy „Jakuck” ani nawet jakuckiej „Dżokuuskaj”. Stolicę wszyscy nazywają kuorat – „miasto” – i każdy wie, o które miejsce chodzi. Pomylić się trudno, bo innego takiego miasta w Jakucji nie ma. Jest co prawda Nieriungri, ale Jakuci nie uważają go za swoje, bo mieszkają tam głównie Słowianie. Można wspomnieć o Mirnym, lecz tak naprawdę jest osadą kopaczy diamentów zagubioną w tajdze. Jest też kilka rozległych wsi o statusie miast, są to jednak tylko drewniane osiedla, niektóre hen za kołem polarnym. Często nie prowadzi do nich żadna stała droga i z trudem naliczyć w nich można więcej niż kilka czy kilkanaście tysięcy mieszkańców. Na określenie kuorat zasługuje tylko Jakuck. Tak mówią nad Indygirką w Ojmiakonie, nad Morzem Łaptiewów i nad Wilujem. Nic dziwnego zatem, że w jakuckim istnieje czasownik kuorattaa, który znaczy tyle, co „jechać do miasta”. Do Jakucka oczywiście.
W jego kierunku przestrzeń gęstnieje nieubłaganie. Za oknem UAZ-a coraz więcej ścieżek, śladów kół i tropów ludzi. Między nimi czernieją kleksy moczu i oleju. Widać, jak krzepną powoli kolory, w Amdze jeszcze rozmyte przez odległości. Jednocześnie śmieci zostawione przez podróżnych wnoszą w widok niespotykane w tajdze barwy. Razi głównie czerwień, której plamy w jakuckim borze oglądać można rzadko: gdy gołębiarz rozerwie sójkę, wilk konia albo obficie obrodzą brusznica z poziomką. Za kolorami pojawiają się dźwięki. W gospodzie pod wsią Byrama tłumek podróżnych rozprawia o drodze, błocie i o przeprawie starym promem przez cztery tysiące czterysta kilometrów wody. Na szczęście nie wzdłuż, tylko w poprzek.
Z lewego brzegu Leny kuorat ledwo widać, bo to dziesięć kilometrów, z mostu nie widać w ogóle, bo jeszcze go nie zbudowali. Dopiero płynąc promem, można zacząć odróżniać kształty bloków i kominy. Sto lat temu Jakuck od strony rzeki to była ciemna krecha, tylko trochę grubsza niż horyzont. W miarę przybliżania się transfigurowała w domy, saraje[3], cerkwie. Nad dachami unosił się pył, w którym miasto ginęło jak w chmurze. Wyglądu fatamorgany przydawały mu też dymiące śmietniska rozrzucone pierścieniem wokół zabudowań. W stolicy często panowała dyzenteria, więc w ciepłe dni fetor z przepełnionych wychodków czuć było aż na przystani. Już wtedy mieszkało w Jakucku dziesięć procent wszystkich Jakucjan[4], dziś żyje tu niemal co trzeci z nich. A miasto przyciąga jak dawniej. Każdy chce znaleźć się w centrum. W środku.
Nasze miejsce w Jakucku leży wysoko: na ósmym piętrze nowego wieżowca przy ulicy Lermontowa. Okna małego pokoju wychodzą na wschód, widać z nich blokowiska między ulicami Piotrowskiego i Kalandariszwilego, a dalej Lenę, której bieg powtarzają główne ulice miasta: Lenina, Jarosławskiego, Ordżonikidzego i pobliska Lermontowa. Okna kuchni i dużego pokoju wyglądają na zachód i jak na razie można oglądać z nich plac zabaw w dole, a u góry łańcuch wzgórz i niebo. Wszystko to mocno skadrowane przez dwa dziesięciopiętrowce. Jak na razie, bo naprzeciw powstaje trzeci wieżowiec, którego kolejne piętra zasłaniają już widok tak, że nieboskłon lada tydzień oprze się na ostatniej kondygnacji.
Grubą linę horyzontu widać tutaj cały czas. Za miastem towarzyszy wszędzie; jak ścieżka, którą się idzie, i nic jej nie zasłania. Przekreśla widok na pół na wysokości powiek. Żeby pamiętać, że coś za nią jeszcze jest, i nie zwariować, powiesiłem w kuchni na ścianie wielką mapę Jakucji. Dzięki niej nie ulegam złudzeniu, że otacza nas pustka, gigantyczne nic. Proszę bardzo: na północny wschód stąd są Jana, Kołyma i Ojmiakon, za nimi Morze Ochockie i Kamczatka. Na zachód rzeka Wiluj i miasteczko Mirny z kopalnią diamentów, Dolna Tunguzka z meteorytem, a dalej Jenisej i Nizina Zachodniosyberyjska. Czyli ogromne pustacie, ale przecież nazwane. Otaczają nas nazwy.
A po drugiej stronie Lermontowa ciągnie się szereg dieriewiaszek, czyli drewnianych piętrowych baraków pod eternitem z toaletami na dworze. Za jedną kilka lat temu przewrócił się płotek oddzielający dom od chodnika. Teraz obok już czwarty dzień rozkłada się potrącony pies. Tuż pod oknami mieszkańców parteru.
– Prostitie, mieszkam obok. Może go zakopiemy? – Zdybałem jednego.
– A gdzie ty mieszkasz?
– Tu. Na ósmym.
– I z tej wysokości ci przeszkadza? – odparł szczerze zdziwiony.
W sklepie na dole już tylko ryży kocur reaguje na moje „Dobryj dień”. Wpatruje się przez szybę w schaby, combry i polędwice, umilając sobie czas polowaniem na myszy. Gryzonie teraz intensywnie szukają miejsca na zimę. Dwie okazałe sklepowe moje „Zdrawstwujtie” przyjmują obojętnie, jakby chciały powiedzieć: „Znamy się?”. A ja wciąż zapominam i powtarzam to infantylne powitanie. Dwie zmęczone życiem Słowianki w średnim wieku, ze śladami zaawansowanej maskulinizacji. Ostatnio jakoś bardziej wyluzowane. Pewnie dlatego że spłonął sąsiedni sklep, który był ich jedyną konkurencją w okolicy. To jasne, że w niejasnych okolicznościach.
Maskulinizacja dopada wiele kobiet w mieście na końcu świata. W mieście, które ze wszystkich leży najbliżej pustki. Zdaje się, że mężnienie zaczyna się od spojrzenia, potem tężeje głos, wagi nabierają chód i gesty. W końcu postura staje się całkiem męska: rozwijają się barki i mięśnie ramion. Całości dopełniają mocne jak u dalniebojszczika[5] dłonie. Nie oszczędza ani Słowianek, ani Jakutek. Może wynika z tego, że samotne kobiety, zmuszone odgrywać rolę mężczyzn, po latach przejmują ich cechy? W 2007 roku liczba rozwodów w Jakucku zrównała się z liczbą zawartych małżeństw.
To zmężnienie najbardziej wyraża się chyba w spojrzeniu. Zmęczonym, odważnym, ale niechętnym klientowi. Może cudzoziemcowi? Bywa, że przy ladzie czuję się jak piąte koło u wozu. Albo natowskij szpion, wrogi razwiedczik. Nie masz drobnych? To nie zawracaj głowy. Idź se najpierw rozmień, potem kupuj.
Są słowa, które powinien znać każdy, kto chce w Jakucku spędzić zimę. Albo zamieszkać tu na dłużej. Ale nie ma słownika, w którym można je wszystkie znaleźć.
Balaghan – zdaniem autorów leksykonu Iz istorii ruskich słow jakuckie słowo balaghan jest rzeczownikiem tunguskim i oznacza dom albo szałas myśliwski. Miejsce życia. U Czukczów balaghan to nazwa małego namiotu, który rozpina się w jarandze[6], by mąż i żona mogli pobyć na osobności albo by dzieci zagrzały się w czasie purgi[7]. U Nieńców to kotara oddzielająca w czumie legowisko od ognia. Kozacy i ruscy pionierzy przejęli ten rzeczownik jako synonim nieporządku i nędzy. Od początku XVIII wieku balaghanami nazywano na Rusi objazdowe teatry, które dawały przedstawienia dla jarmarcznej gawiedzi. W jakuckim to słowo do dziś znaczy dom i określa wrzesień. W rosyjskim silnie związane jest z lichą budą, nieporządkiem i brzmi bałagan. W takiej formie przejęliśmy je od Rosjan.
Kuorat (z ros. gorod) – miasto, Jakuck, synonim miejsca i zarazem miejsce najważniejsze. Nie tyle stolica, ile antynomia przestrzeni. Zaprzeczenie pustki, która jesienią jakoś bardziej dojmuje. Może dlatego że modrzewie zrzucają igły, wierzby liście i widok staje się ażurowy? Tylko z miejsca widać, jak nic je otacza i prześwituje przez korony, pędy i krótkopędy niskich drzew.
Kystyk – bezpieczne i ciepłe miejsce, gdzie można przeczekać zimę. Ludzie zimują przy kaloryferach i piecach. Wiewiórki, rosomaki i wilki – w tajdze. Motyle umierają, ale tak jak inne owady mają dziwną ontologię: zimę przeczekują w postaci jaja albo poczwarki. Słońce, podobnie jak ptaki i wriemienszcziki[8], zimuje gdzieś na południu. Ale największym jakuckim kystykiem jest stolica. Mieszka tu dwieście czterdzieści tysięcy ludzi, a zimuje dużo więcej, bo w najsroższe mrozy przyjeżdżają krewni z drewnianych, niedogrzanych ułusów.
Wystarczy spojrzeć za okno, by się przekonać, że to miesiąc domu: temperatura spadła poniżej zera i mieszkańcy Jakucka biorą się do uszczelniania. Stare okno w bloku najlepiej zabić na głucho, a jeżeli jest duże, można zastawić materacem. Drewniane drzwi w stuletnim domku na osiedlu Załog koniecznie trzeba obić filcem, nada się też wiekowy płaszcz. Okna na poczcie i w sklepie dobrze jest uszczelnić pakułami bądź watą. Ciepłe gniazda w rozdzielniach rur ciepłowniczych moszczą już sobie myszy i nieliczni bomże[9], którzy cudem przeżyli poprzednią zimę. Przygotowują się też studenci w akademikach, kierowcy w samochodach i susły Spermophilus parryii w norkach na pastwiskach za miastem. Pluskwy wciskają się głębiej w fotele i za kołnierze swoich gospodarzy. Karaluchy walą hurmem ze strychów i piwnic do kuchni i za kaloryfery. Służby miejskie ku radości wróbli i mazurków szalikiem z pianki owijają rury ciepłownicze: za zwojami izolacji, przytulone do rury z ciepłą wodą, ptaki będą mogły przetrwać minus pięćdziesiąt pięć stopni. Nie sposób nie pomyśleć też o dziewięćdziesięciu tysiącach niedźwiedzi, które zamieszkują Republikę Sacha i właśnie włażą do gawr.
Najwięcej jakucjan zimuje w blokach, głównie w kapiedieszkach, czyli czteropiętrowych prostopadłościanach z wielkiej płyty, które tworzą zasadniczą topografię miasta. Reszta tłoczy się w jednopiętrowych dieriewiaszkach i starych, drewnianych, nierzadko stuletnich domach. Bloki od chałup różni nie tyle budulec, ile kibel i woda: kapiedieszki są błagoustrojennyje, czyli wyposażone w kran i sedes. Mieszkańcy modrzewiowych i sosnowych chałup wychodki mają na zewnątrz, w klimacie kontynentalnym, wodę zaś wytapiają z lodu, który wraz z drewnem składują w pryzmach na podwórku. Zdarzają się też „dieriewiaszki cz/b”, czyli częściowo błagoustrojennyje, z bieżącą wodą pod dachem, ale wychodkiem pod niebem. Ich stuletnie ściany poza rodzinami Popowów, Iwanowów i Pietrowów zamieszkują też rodziny kózkowatych, kołatkowatych i drwionkowatych. Karaczanowate (do których należą karaluchy) można spotkać zarówno na betonowych osiedlach, jak i w drewnianych chałupach. Ba, nawet na ulicy. Do ważnych mieszkańców Jakucka należą też rodzina molowatych i małe chrząszcze Attagenus. Domem jednych i drugich są skórzane szuby, czapki i rękawice, którymi się żywią. Zjadają więc własne miejsce, by żyć.
Pośród dwunogich mieszkańców największej kropki na mapie Jakucji można spotkać budowniczego Trasy Kołymskiej, który siedział z Szałamowem, wydziaranego urkagana[10], co brał udział w chóralnych gwałtach[11] i wojenkach z sukami[12], w końcu sędziwego strażnika z łagru, który ma na sumieniu niejednego zeka. Na bazarze natkniesz się też na potomków polskich zesłańców z czasów carskich, którym zostało już tylko nazwisko, albo tych z czasów stalinowskich, którzy poza nazwiskiem zachowali jeszcze rysy dziadków. W żadnym innym mieście na kontynencie nie ma zapewne tylu łowców niedźwiedzi, poszukiwaczy złota i mamuciej kości, którzy znaczną część życia spędzili na bezdrożach subekumeny. Tropicieli, pasterzy renów i wagabundów różnej maści, mówiących ginącymi językami i wierzących w postaci z eposów, których nikt nigdy w całości nie spisał. Wreszcie zwykłych ludzi, którzy wspominając zmarłych, podają niezwykłe przyczyny ich śmierci: ten zginął w strzelaninie, tamtego zjadł niedźwiedź, ów wpadł kamazem pod lód Leny, inny zginął w walce z rannym rosomakiem. Ale też przyjezdnych wriemienszczików, którzy traktują Jakuck jak zakład pracy i po półrocznej harówie na budowie czy za kierownicą autobusu wracają do Duszanbe, Taszkentu, Osza bądź Erywania. Przyjezdni mają swoje kystyki na dalekim Kaukazie, w Kotlinie Fergańskiej albo nad Morzem Kaspijskim.
W języku Sacha istnieje kilka słów, których desygnatem jest miejsce bądź jakaś jego istotna hipostaza. Jakuck, kuorat, zawiera w sobie po trosze sensu każdego z nich.
Oron – oznacza miejsce do spania, legowisko, ale też po prostu miejsce. W tym ogromnym kraju, gdzie zima trwa większą część roku, do niedawna miejsce utożsamiano z noclegowiskiem. Miejsce, ważna kategoria porządkująca przestrzeń, było tu przede wszystkim punktem postoju i odpoczynku. Ciekawe są wariacje tego starego rzeczownika w innych językach ałtajskich, a więc zbliżonych do jakuckiego: po buriacku oron oznacza miejsce do spania, ale też kraj, czyli miejsce zamieszkania narodu. Podobnie jest w mongolskim.
Sir – miejsce w znaczeniu potocznym, najczęściej dziś używanym. Miejsce zamieszkania. Miejsce wyrąbywania lodu na rzece. Także podłoga. Okolica. A nawet Ziemia.
Sir może oznaczać legowisko pod modrzewiem, ale i obszerny kawał tajgi. Być może właśnie dlatego w jakuckim nazwa wioski często brzmi tak jak określenie całej doliny, uroczyska czy źródlisk rzeki? Od słowa sir pochodzi jakuckie sirdżit, czyli tropiciel. Jakucję zaś nazywają Jakuci Sacha Sire, dosłownie: Miejsce Sacha.
Uhuk – ostrze, ale także czubek noża, grot włóczni, szpic igły. Czyli koniec (ostrego narzędzia). Miejsce, w którym wszystko się zbiega, miejsce, które skupia w sobie to, co najważniejsze. Jest pewnego rodzaju centrum i nierzadko okazuje się początkiem. Uhuk słychać w czasowniku uhuktabyn, to jest „budzę się”. Jak po ukłuciu światłem, chłodem czy dźwiękiem. Z umysłem jasnym i skoncentrowanym. By się zaś skoncentrować, trzeba znaleźć centrum, swoje uhuk. I pobyć w nim trochę.
Na mapie jest punktem, wytłuszczoną kropką, ale jeśli spojrzeć z Wyspy Jesiotrowej albo chociaż z brzegu rzeki, Jakuck wyciąga się w linię Leny i bardziej przypomina odcinek, a więc część drogi, niż punkt, czyli miejsce. Jego ulice powtarzają bieg Leny, bo od początku swej historii miasto żyje rytmem rzeki: przyśpiesza na wiosnę i zastyga w zimie. Główny nurt Babci – jak mówią o niej Jakuci – płynie na wschód od miasta, za wyspami Jesiotrową i Wierzbową, szeroki na jakieś dwa kilometry. Jednak kiedy wzbiera siecią przetok zwanych wnukami, podchodzi aż pod ulicę Czernyszewskiego, która asfaltową wstęgą biegnie nabrzeżem, wyznaczając wątłą granicę pomiędzy miejscem a pustką. Z wysokiego brzegu przyświeca Babci świecznik dziesięciu kopuł soboru Przemienienia Pańskiego i złoty krzyż na pomniku Pietruchy Bekietowa, założyciela miasta. Świątynia, krzyż i słońce iluminują widok tak mocno, że zieleń wierzbowych listków już za chwilę zamieni się w żółcień.
Wyschnięte po lecie łono Babci, pełne łąk i wierzbowych zarośli, to wyborne miejsce odpoczynku dla migrujących na południe ptaków i dla mnie. Częścią leżącą najbliżej miasta jest wielki jak trzy stadiony Zielony Ług. Wróblaki i gęsi muszą tu uważać na jastrzębie i sokoły wędrowne, ja – na głębokie starorzecza i pierwsze fale przyboru. Jesienią przychodzi równie niespodziewanie co ptaki, tyle że z południa, i rok w rok odcina od lądu pastuchów wypasających na wyspach konie, zaskakuje na łachach skacowanych myśliwych. Bywa, że wnuczek Leny, szeroki na skok, po godzinie zamienia się w strugę, którą trzeba przebyć wpław. Lada dzień woda wypełni niemal całe łożysko, lada tydzień zamarznie. Będzie można samochodem przeprawiać się po lodzie na wschodni brzeg zwany Zarzeczem. Marszrutki tratują Lenę aż do maja, póki wyjeżdżone koleiny nie zamienią się w przeręble, w których jak co roku coś lub ktoś utonie. Pierwszy most ma powstać za pięć lat.
Ostatniego dnia kwietnia szliśmy przez rozkisłą rzekę na drugi brzeg z Walerym Aleksiejewiczem, cieślą z Wilujska. Dostał fuchę przy budowie domu we wsi Maja na wschodnim brzegu i bał się wsiąść do jednej z marszrutek, które mimo szlabanów i zakazów milicji wciąż przeprawiały się przez lód. Poznaliśmy się na brzegu i ruszyliśmy: ja z lornetką na szyi i duszą na ramieniu, on z torbą pełną sprzętu ciesielskiego i piwa. Porowaty jak stary pumeks lód to chrupał, to chlupał nam pod stopami, przykryty śniegiem i wodą. Wiosenne światło lało się z nieba jak z kufla, ściekało po oczach do gardła, a my łykaliśmy je haustami, zapijając piwem z zapasów cieśli. Cicho mijali nas podobni nam przechodnie, podpowiadając, którędy bezpiecznie iść, dużo głośniej zaś dzikie gęsi, pokazując, gdzie północ, i migając w lustrach wody jak światełka. Odprowadziłem cieślę pod Biestiach, posiołek na przeciwległej stronie, a sam wróciłem po śladach, wdrapałem się na stromy brzeg Wyspy Jesiotrowej i z odległości kilometra wyglądałem starego Jakucka wojewody Piotra Piotrowicza Gołowina.
W pobliżu soboru Przemienienia Pańskiego, w miejscu, gdzie poznałem cieślę, czterysta lat temu ląd sięgał w rzekę cyplem nazywanym Tabagha. Wojewoda Piotr Gołowin zbudował tam warowny gród, który po dwudziestu latach połknęła Lena. Często wracam na brzeg, by samemu się przekonać, czy rzeczywiście nic z niego nie zostało. Znaleźć tam można jednak tylko kłody dwustuletnich modrzewi, ale te rzeka przyniosła z południa albo zwieźli je robotnicy wyburzający domy pod budowę pobliskiej ulicy Czernyszewskiego. Tabaghę zmyła woda, a kolejny wojewoda – Iwan Wasiljewicz Prikłoński – w 1681 roku przeniósł ostróg w głąb lądu. Jednak już z podgrodzia, które powstało w sąsiedztwie warowni Gołowina, rozwinął się dzisiejszy Jakuck.
Jeśli wespniesz się na brzeg z miejsca, gdzie kiedyś stała warownia, wyjdziesz naprzeciw świątyni Przemienienia Pańskiego. Nabrzeżem można iść stąd na północ, czyli w prawo, w stronę byłego monastyru Zbawiciela, można i na południe, znaczy w lewo, w kierunku Załogu. Warto jednak chwilę postać, bo tu znajduje się początek, a może i środek Jakucka. Cerkiew wznosi się pomiędzy uliczkami Kirowa i Ammosowa, biegnącymi w głąb miasta, gdzie wraz z arteriami Lenina i Jarosławskiego wycinają z przestrzeni kwadrat placu Lenina. Na miejscu drewnianej poprzedniczki świątyni płonie ogień ku pamięci krasnoarmiejców, którzy ją podpalili. Na prawo od cerkwi, tuż za Ammosowa, stoi pięciobok Krużała, czyli odrestaurowanych jakuckich Sukiennic. Wszystko to na tle zwartego szeregu bloków, olbrzymiego parkanu z betonu i blachy. Jakuck jakiś taki wystraszony chowa się za nim. Na mapie wygląda dużo pewniej.
Kiin – najpierw oznaczało pępek, teraz także środek, centrum. Czyli Jakuck. Stolica po jakucku to kiin kuorat, dosłownie: miasto-pępek.
Opisując widok, Jakuci często odwołują się do porównania z częściami ciała – górny bieg rzeki to jej głowa, występ na stoku to wątroba wzgórza, łagodne wzniesienie nad rzeką to jej brew. A lesisty podłużny cypel to tumus, czyli morda, nos, dziób. Pępek zaś jest środkiem.
Köstüü – widok. W interiorze Jakucji kategoria równie ważna jak droga, miejsce, punkt. Środek, peryferie, dal. Początek i koniec. Dopóki ma się przed oczami widok, dopóty nie można się zgubić. Daje wrażenie panowania nad terytorium, podobnie jak mapa. Widok, zbiór wielu małych, efemerycznych miejsc, jest jakąś antynomią przestrzeni, choć pozorną, bo kiedy już w niego wejść, okazuje się pusty i niezamieszkany. Zresztą można go zobaczyć tylko za dnia.
Tuhach – stalowa pętla na zające, którą myśliwi stawiają na zajęczych ścieżkach. Nieświadome zwierzaki wpadają w tuhach i próbując uciekać, same się duszą. Dla mnie tuhach to linia widnokręgu wokół Jakucka. Granica spojrzenia, ale też czarna curva, która często doskwiera, niepokoi i przeszkadza.
Cudzoziemcy i nieliczni turyści dziwią się, czemu pomnik nad Zielonym Ługiem postawiono kozackiemu sotnikowi Piotrowi Bekietowowi, skoro stary Jakuck założył wojewoda Gołowin. Otóż Gołowin przybył nad Lenę dopiero w roku 1641, Bekietow zaś już w 1632. Przed nimi, w 1631 roku, był tu jeszcze Iwaszko Gałkin. Ale żaden z tej trójcy nie był pierwszy.
Jakucję zdobywał dla cara Polak Antoni Dobryński. Działał na polecenie innego Polaka – Samsona Nowackiego. To Dobryński zbudował pierwszy umocniony punkt na ziemi Jakutów, który jednak z racji małych rozmiarów i krótkiego żywota nie został uznany za początek Jakucka. Nowacki i Dobryński byli jeńcami wojennymi, którzy nie skorzystali bądź nie mogli skorzystać z możliwości powrotu do ojczyzny i służyli pierwszemu Romanowowi. W 1628 roku wojewoda tobolski wysłał Samsona Nowackiego na wschód, by wraz z oddziałem śmiałków sprowadził Tunguzów pod carskuju wysokuju ruku. W Turuchańsku pan Samson spotkał grupę kozaków, a wśród nich swojego rodaka, niejakiego Antoniego Dobryńskiego, który przeszedł pod jego rozkazy. Płynąc w górę Dolnej Tunguzki, Nowacki dowiedział się o Lenie i Jakutach. Wysłał do nich Dobryńskiego na czele trzydziestu uzbrojonych ludzi. Z Tunguzki brzegami rzeki Czony oddział dotarł nad Wiluj, największy zachodni dopływ Leny. Zbierając po drodze carski jasak[13], Dobryński zatrzymał się dopiero nad wielką rzeką Jakutów, gdzie zbudował niedużą warownię. W listopadzie 1630 roku napadli na niego wojowniczy Sacha i oblegali aż do maja następnego roku. Do Turuchańska Polak powrócił zaledwie z piętnastoma ludźmi. Przekazał wojewodzie jasak i sprawozdanie, a sam udał się do Tobolska, by starać się o pozwolenie na kolejną wyprawę nad Lenę. Nie wziął już jednak udziału w żadnej eskapadzie: wyszło na jaw, że zbierając podatek, napełniał też własną sakiewkę.
Równolegle z kozakami Dobryńskiego nad Leną pojawił się jenisejski oddział Iwana Gałkina. W 1631 roku Gałkin z rozkazu wojewody jenisejskiego wraz z niewielkim oddziałem dotarł do Jakutów od południa. Spłynął Leną i na wysokości Tujmaady[14] pobił i obłożył jasakiem pięciu jakuckich tojonów[15]. Zamiast wracać ze skórami do Jenisejska albo budować warowny gród, Iwaszko puścił się z nurtem wielkiej rzeki na północ, aż do ujścia Ałdanu, gdzie jego ludzie wybili miejscowych mężczyzn, kobiety zgwałcili, a dzieci wzięli w pęta. W drodze powrotnej w górę rzeki na wysokości Tujmaady jeńców próbował odbić jakucki wódz Tygyn Darchan, ale Iwaszko przebił się i dopłynął do ujścia rzeki Kut, skąd przez Tunguzkę przeprawił się na Jenisej.
W następnym roku wojewoda wysłał spokojniejszego ponoć Pietruchę Bekietowa, ale Jakuci na wieść o tym, że muszą płacić skórami, chwycili za łuki i palmy[16]. Piotr Bekietow walczył z nimi blisko rok, zbudował solidną warownię uważaną za fundament Jakucka, wytrzymał oblężenie i stłumił bunt. Około stu powstańców spalił w drewnianych wieżycach, z których się bronili. Wielu historyków to właśnie zduszenie oporu Jakutów, a nie zbudowanie warowni uważa za datę przyłączenia Jakucji do państwa Romanowów. Warownia Bekietowa stanęła nad Leną dwa dni drogi łodzią w dół rzeki od dzisiejszego Jakucka, na zalewanej wiosną łące. Jednak ledwie tylko obładowany skórami Bekietow latem 1633 roku opuścił Lenskij ostrog [17], ni stąd, ni zowąd zjawił się Gałkin z tuzinem mołojców i gwałtem przejął władzę. Ten, kto ją miał, czerpał zyski z jasaku i handlu niewolnikami. Ataman przeniósł zagrożoną przez Lenę warownię w górę rzeki, ale i on wybrał złe miejsce. Zyskał tyle, że mówiło się o ostrogu Gałkina, a nie Bekietowa. Wolał jednak wojować, niż budować. Kiedy spotkał oddział kozaków mangaziejskich, którzy konkurowali z jenisejskimi o pierwszeństwo nad Leną, uderzył na nich jak wcześniej na Tunguzów. Samowole atamanów w Jakolskiej ziemlicy i gwałty na tuziemcach miał ukrócić dopiero Piotr Gołowin, pierwszy wojewoda kraju. Zaczął od tego, że przeniósł warownię Gałkina na cypel Tabagha. I zbudował dwanaście lochów wraz z izbą tortur.
Śledząc na mapie ruchy kozaków i ich poszukiwania miejsca na przyczółek, trudno oprzeć się wrażeniu, że pierwoprochodcy dość nieporadnie kręcili się tam i z powrotem wzdłuż brzegów Leny. Zwyczajnie nie mogli znaleźć środka. Bardziej niż suchego brzegu szukali jakiegoś centrum czy punctum, z którego mogliby ruszyć dalej i opisać granice przyszłej Jakucji. Znaleźć Kołymę, Ojmiakon, wykreślić bieg Jany, Indygirki, Olenioka, Anabaru i wybrzeże Oceanu Lodowatego. Słowem: początek i koniec.
Okazało się, że Gołowin wybrał dobrze, bo choć Tabaghę zmyło, to z jej podgrodzia wyrósł Jakuck. A nie mógł przecież wiedzieć krwawy wojewoda, że słowo tabagha tłumaczy się „w centrum”. Czy nawet: „u celu”.
Kyrbyj – dosłownie zabijaka, a po polsku pustułka, czyli niewielki sokół. Gnieździ się na dachu jednego z bloków w pobliżu Zielonego Ługu, nad którym poluje. Druga para założyła gniazdo na dachu budynku Rosyjskiej Akademii Nauk na prospekcie Lenina. Trzecia – u wylotu prospektu na nadrzeczne łąki, na gzymsie nowego gmachu uniwersytetu. Zapewne zakładały też gniazda na wieżach warowni Gołowina. Choć pochodzenie nazwy nie jest do końca znane, języki słowiańskie zauważają upodobanie tego sokoła do miejsc pustych, tymczasem Jakuci zwrócili uwagę na jego siłę. Nazwa „pustułka” nie mogłaby tu powstać – tu wszędzie jest pusto.
Inne sokoły, które można zobaczyć nad Zielonym Ługiem, to kobuz, drzemlik, sokół wędrowny i największy z nich, a zarazem najszybszy ptak świata – białozór. Samica białozora wygląda jak latająca biała plama.
Chaas – oznacza gęś i brew. Są to dwa słowa o różnym pochodzeniu i tylko przypadkowo brzmiące tak samo. Ale kiedy klucz gęsi leci nad wschodzącym słońcem, wygląda jak cienka brew ognistego ślepia. Wtedy treść tych słów na krótko się zgadza. Ale dzieje się tak rzadko. Tylko w porze migracji gęsi, wczesnym rankiem, kiedy ptaki podrywają się do lotu, i przed wieczorem, kiedy lądują. Słowniki o tym milczą.
Na Zielonym Ługu najczęściej przysiadują gęsi białoczelne i zbożowe. Rzadziej bernikle i śnieżyce. Te ostatnie przypominają samotne zaspy świeżego śniegu. Z gęsich piór powstawały bełty jakuckich strzał, na które musieli uważać kozacy oblężeni w ostrogu Bekietowa.
Kutujachsyt – to błotniak zbożowy. Skrzydlaty drapieżnik wielkości myszołowa w kolorach, w których właściwie nie powinno go być widać. Jakieś sine smugi, stalowe błyski, błękitne cienie i czarne końce skrzydeł. Często tylko tyle musi starczyć patrzącemu za sens słowa kutujachsyt. Nie przelatuje, lecz się zjawia. Wygląda trochę jak dziura w widoku. Czysty ruch i biel w jakiejś archaicznej, dzikiej postaci. Kozacy musieli znać go z innych części Syberii. Poza tym na północ migruje w tym samym czasie, w którym dotarł tu najpierw Gałkin, a potem Bekietow. W maju.
Kiedy kozackie kocze pojawiły się na Lenie, trwała tu w najlepsze epoka żelaza, a Czukcze i Jukagirzy łupali jeszcze krzemień na groty strzał[18]. Uzbrojeni w palmy i zakuci w zbroje z kościanych płytek Jakuci byli łatwym celem: walcząc, stawali zwartą ławą i można było do nich strzelać jak do kaczek. Długie nosy i brody Rosjan, ich blade twarze i „lodowe” oczy przerażały Jakutów nie mniej niż huk muszkietów. Nic zatem dziwnego, że najeźdźcy dołączyli do panteonu mitologicznych potworów i maszkar, od których nikt ich tam już dziś nie odróżni. Co niektórzy ze starszych Sacha uważają, że jakuckie nuuczcza, tłumaczone jako „Rosjanin”, oznaczało też niegdyś straszydło, czupiradło. Sacha do dziś mówią tak o każdym białym, a dzieci w wioskach z krzykiem uciekają na ich, czyli także na nasz, widok.
Posyłani na wschód kozacy rekrutowali się spośród pospolitych przestępców i wojennych kajdaniarzy, którym karę więzienia zamieniono na służbę na Syberii. Wyruszając na nieopisane na mapach ziemie, nieśli ludom epoki żelaza proch, podatki i syfilis. Towarzyszyli im traperzy, którzy czasem z rozkazu wojewody jenisejskiego, czasem samopas myszkowali po Syberii w poszukiwaniu sobolowych i lisich skórek, które tanio kupiwszy u Tunguzów, mogli drogo sprzedać w Jenisejsku. Ludzi tych gnała na wschód futrzana gorączka, a zapanować nad nimi mógł tylko silny watażka. Nie dziwi więc, że według przekazów ludowych pierwszym nuuczcza, który dotarł nad Lenę, nie był ani Dobryński, ani Bekietow, tylko myśliwy i wagabunda Pantalejmon Pianda, przez niektórych uczonych nazywany niemalże z polska Piendą. Stał na czele stada czterdziestu takich jak on niebieskich ptaków, którzy docierali na nowe ziemie wcześniej niż carskie wojsko.
Opowieść o wizycie Piandy vel Piendy zachowała się w pamięci Jakutów z rodu Kangałas i po trzystu latach, w 1921 roku, kilka jej wariantów zapisał Gawrił Wasiljewicz Ksenofontow. Powtarza się w nich motyw śmierci Tygyna, najznamienitszego z jakuckich tojonów, w którym niektórzy chcieliby widzieć pierwszego króla Jakutów. Otóż wódz spuchł i zmarł po tym, jak jeden z białych dotknął go swoim przyrodzeniem. Syfilis nazywali Jakuci chorobą rosyjską. Rosjanie zaś – polską.
Zbioru wyśmienitych jakuckich legend zatytułowanego Ellejada nie udało się Gawriłowi Wasiljewiczowi wydać za życia, bo po ukazaniu się w 1937 jego Urangchaj Sachalar, znakomitego dzieła o pochodzeniu i historii Jakutów, oskarżono go o nacjonalizm i rozstrzelano. Ellejada ukazała się dopiero w roku 1977, ale bez wstępu, czyli Archaicznej pastuszej biblii Jakutów. W tym obszernym tekście Ksenofontow dowodził, że ludy koczownicze mają większy wkład w historię kultury niż narody osiadłe. A to choćby dlatego, że udomowienie zwierząt wymagało więcej trudu i czasu niż uprawa roślin.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
[1]Posiołek (ros.) – charakterystyczna dla Rosji jednostka administracji terytorialnej, odpowiadająca skupisku większemu niż wieś, ale mniejszemu niż miasto.
[2]Ułus (jak.) – odpowiednik polskiego województwa.
[3]Saraj (ros.) – szopa.
[4] Jakucjanie to wszyscy, także niejakuccy obywatele Jakucji, jakucjanie zaś to mieszkańcy Jakucka.
[5]Dalniebojszczik (ros.) – kierowca ciężarówki.
[6]Jaranga (ros. z czukockiego) – duży namiot w kształcie ściętego stożka kryty skórami renów bądź morsów, budowany przez mieszkańców tundry północno-wschodniej Rosji.
[7]Purga (ros.) – silny wiatr północno-wschodni z zamiecią śnieżną.
[8]Wriemienszczik (ros.) – gastarbeiter, od wriemia (ros.) – okres, czas.
[9]Bomż (ros.) – bezdomny.
[10]Urkagan (ros.) – w gwarze złodziejskiej więzień kryminalista.
[11] „Chór” w języku łagrowym to określenie gwałtu zbiorowego, inaczej kołchoz.
[12] W slangu łagrowym więzień kryminalista, który przystał na współpracę z administracją, na przykład pełnił niższe funkcje obozowe.
[13] Carska danina w naturze ściągana od ludów Północy, z początku płacona futrami, z czasem pieniędzmi oraz bydłem.
[14] Tujmaada – nazwa doliny zalewowej, w której leżą Jakuck i pobliskie wsie.
[15]Tojon (jak.) – dostojnik, bogacz, wódz, dziś ważny urzędnik.
[16]Palma (jak.) – długi nóż osadzony na drewnianym trzonku.
[17] Historyczna nazwa Jakucka.
[18] Obróbka krzemienia na Syberii prawdopodobnie przetrwała aż do XIX wieku.
