Jak żyć, żeby nie umrzeć? - Antonina Zachara-Wnękowa - ebook

Jak żyć, żeby nie umrzeć? ebook

Antonina Zachara-Wnękowa

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Mszanie Dolnej

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 195

Rok wydania: 2011

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Antonina Zachara-Wnękowa

Jak żyć, żeby nie umrzeć?...

Wspomnienia

 

Komitet Redakcyjny wydania dzieł wszystkichAntoniny Zachary-Wnękowej w składzie:ks. Józef Kapcia, Maria Wawryków,Zbigniew Kopytek, Wojciech Kusiak

Wydawca:

Urząd Miasta Rabka Zdrój

Redakcja i opracowanie „Wspomnień”:

Anna Mlekodaj

Rysunki:

Antonina Zachara-Wnękowa

Projekt okładki oraz opracowanie graficzne:Sylwia Bobak

Dzięki uprzejmości Wnuczki Antoniny Zachary-Wnękowejw książce wykorzystano zdjęcia z rodzinnego albumu Autorki,za co redakcja składa serdeczne podziękowania.

Copyright by Zbigniew KopytekCopyright by Wydawnictwo „Zachylina”Copyright by Urząd Miasta Rabka Zdrój

Skład i druk:Wydawnictwo „Zachylina”Wydanie I

ISBN 978-83-931788-1-0

 

 

Mam lat szesnaście, siedemnaście,Sześćdziesiąt, czterdzieści, sto,

I sześć, i dziesięć, i tysiące...Dziwisz się, że tyle mam lat?Żem młoda jak maleńkie dziecko

I stara jak ten wielki świat?Stwórca, gdy życie tworzyłGrudką mię żywej glinyNa ziemi położył.

Dlatego lecąc z nią po złotych szlakachOdczuwam życie,jak je odczuwałpierwszy kwiati pierwszy motyl,i pierwsza gałązka,i pierwszy słowik,pierwsza światła wstążka,i pierwsze dziecko,

i człowiek...

Tamten, którego zasłoniły wieki

i ten

[Jak żyć, żeby nie umrzeć?]

Urodziłam się 16 czerwca 1894 roku w Olszówce koło Rabki. Nie wiem dokładnie, kiedy Rodzice przenieśli się do Poręby Wielkiej. Pobytu w Olszówce nie pamiętam, miałam może wtedy rok, a może mniej. Za to z Poręby Wielkiej mam pełno wspomnień.

Mieszkaliśmy w małym domku naprzeciw szkoły, od której dzieliła nas tylko rzeka. Rodzice wynajmowali go od jakiegoś górala, który, zdaje się, przyjeżdżał tylko raz na rok po czynsz. Razem z nim przyjeżdżała jego żona. Pamiętam, że miała jedną nogę krótszą i gdy szła, bardzo kulała.

Mój najdroższy Tatuś pochodził z Ciężkowic. Czasem coś wspominał o węgierskich protoplastach. Pracował przy budowie kolei żelaznej. Rodzice poznali się w Krakowie. Mama była sierotą. Miała zaledwie trzy miesiące, kiedy umarła jej matka. Brat oddał ją - sześcioletnią dziewczynkę - na służbę najpierw do Skawy, a następnie do Krakowa. Pracowała nad siły, a chleba dostawała na śniadanie i kolację takie kromeczki, że można było przez nie góry zobaczyć. Na obiad dawała jej pani 20 centów. Jednak oszczędna Mamusia odkładała część pieniędzy na kupno pościeli i ubrania. Biedna moja Mamusieńka! Tatusiowi bardzo się spodobała, bo oprócz urody odznaczała się wielką czystością. Ślub wzięli w Krakowie.

Nad ranem w dzień ślubu śniło się Mamie, że stoi nad małym potokiem i pierze jakiś kawałek płótna. Gdy się wyprostowała, żeby je wykręcić, zobaczyła swego nieżyjącego ojca. Stał przed nią i podawał jej bułkę. Głęboko wzruszona jego widokiem pocałował go w rękę i rzekła: - Wiecie wy, tatusiu, że mój ślub jutro?

- Wiem. Niech ci Bóg błogosławi, jak ja ci błogosławię - powiedział i odszedł ścieżką ku bielejącym wśród liści chatom na pagórku. Zaledwie straciła ojca z oczu, zagrała za progiem weselna muzyka. Zbudziły ją drużki i zaczęły ubierać do ślubu.

Ponieważ, jak wspominałam, Tatuś pracował przy budowie kolei, więc Rodzice moi nie mieli stałego miejsca zamieszkania. Moja najstarsza siostra Elzia (urodzona w Krośnie) wielokroć mawiała, że bardzo lubi zapach szyn, bo one były miejscem jej dziecięcych zabaw. Mama tęskniła za górami i namawiała Tatusia, żeby odwiedzili jej rodzinne strony. Przyjechali do Olszówki i Tatuś zakochał się w Gorcach. Zostawił posadę na kolei, sam nauczył się zegarmistrzostwa i pozostał w górach. Brat nie oddał Mamie należnej jej części ziemi. Rodzice nie chcieli nalegać. Po jakimś czasie opuścili Olszówkę.

Ojciec naprawiał zegary, a Matka zajmowała się nami i domem. Rozumna, energiczna i nadzwyczaj pracowita kierowała całym życiem naszej rodziny, a życie to było trudne, bo nie posiadaliśmy ani kawałka własnej ziemi, ani własnego kąta. Wszystko trzeba było opłacać i kupować.

Tatuś okazał się doskonałym zegarmistrzem. Tak solidnie naprawiał zegary, że szły bardzo długo. Podobno jeden szedł bez przerwy 30 lat.

Ogromnie lubiłam słuchać szeptu zegarów.

...jest noc, księżyc ślicznie świeci, a zegary śpieszą się, śpieszą. Czasem któryś albo kilka równocześnie na różne głosy wybijają godzinę i raptem odzywa się głos kukułki...

 

Nasz drogi Ojciec był niezwykle łatwowierny i wrażliwy na cudzą niedolę. Nierzadko sam pożyczał ostatni grosz, a zegarki naprawiał góralom na kredyt nigdy nieuiszczony. Gdyby nie nasza czujna, zapobiegliwa Mateńka, należelibyśmy, można śmiało powiedzieć, do nędzy tego świata. Ale ona umiała rozróżnić prawdę od oszustwa. Równie, a może jeszcze wrażliwsza na nędzę, nigdy nie odmówiła pomocy naprawdę potrzebującym, jednak oszustw nie tolerowała.

Mamusia nasza wstawała bardzo wcześnie. Świt spotykał ją zawsze już zupełnie przygotowaną na przyjście dnia. Noc jeszcze była, gdy śpiewając Godzinki, przy świetle naftowej lampy, obierała kartofle, gotowała śniadanie.

Pożywienie nasze codzienne było bardzo skromne. Jedliśmy przeważnie ziemniaki, kwaśne mleko, kapustę, barszcz, galas, tzn. kompot z jabłek lub śliw, pszenne, ziemniaczane lub jęczmienne placki pieczone na blasze i prażuchę z masłem lub topioną słoniną. Ciasto mieliśmy tylko na święta (w domu nie było piekarnika), ale Mamusia często robiła mi tzw. grzybek, tj. omlet w kształcie grzybka. Ciekawie patrzyłam, jak rósł w garnuszku pod blachą. Za to na niedzielę mieliśmy zawsze mięso i pyszną prawdziwą kawę. Mamusia wspaniale gotowała.

Nigdy nie lubiłam mięsa, przepadałam zaś za mlekiem i owocami. Kochana Mamusia raczyła mię zawsze ciepłym jeszcze mlekiem prosto od krowy, którą głównie dla mnie trzymali. W czasie udoju stałam w pobliżu i czekałam cierpliwie.

- Pij - mówiła Mama, odsuwając stołeczek i podając mi garnuszek z mlekiem. Nie trzeba chyba dodawać, że piłam z rozkoszą ten wspaniały napój.

Owoce przynosił nam nasz kochany Tatuś, gdy wracał z Rabki lub Mszany Dolnej, gdzie często chodził oddawać naprawione zegarki. Oprócz owoców przynosił nam chleb. Jeśliśmy już spali, budził nas i przyniesiony chleb sprawiedliwie rozdzielał.

Zawsze przed wyjściem z domu podawałam mu laskę i kapelusz. Nie umiałam jeszcze wtedy wymawiać wyrazów. Tatusia ogromnie wzruszała troskliwość tak małego dziecka. Nigdzie też nie zatrzymywał się długo. Na każdą prośbę, by jeszcze pozostał, odpowiadał:

- Nie mogę, bo w domu czeka na mnie moja malutka córeczka.

Mamusia bardzo o nas dbała. Ciągle coś nam cerowała lub prasowała. Ubierała nas zawsze bardzo czysto, a na niedzielę bogato. Nawet w batysty i koronki. Pamiętam szczególnie moją różową, atłasową sukienkę w jakiś biały rzucik. Była naprawdę prześliczna. Miałam w niej przywitać biskupa w Niedźwiedziu i podać mu na poduszce klucze. Taki mi obowiązek wyznaczył w szkole mój nauczyciel, Jan Kurleto. Nie wiem, jakim sposobem splamiłam tę suknię atramentem. Rozpacz moja nie miała granic. Wprawdzie Mamusia wywabiła atrament, ale ten wypadek kosztował mię morze łez. Przed przyjazdem biskupa zachorowałam na odrę, jednak myśl o kluczach nawet w chorobie nie opuszczała mię ani na chwilę. W dzień przyjazdu leżałam z wysoką gorączkę. Nie pamiętam, kto mię wtedy pilnował, ale w pewnej chwili, gdy przy mnie nikogo nie było, zerwałam się z łóżka, włożyłam różową sukienkę i wyszłam z domu, spiesząc do Niedźwiedzia, żeby biskupowi podać klucze. W drodze kładłam się co chwila na trawnikach i zapadałam w płytkie omdlenia. Musiałam iść bardzo długo, bo gdy weszłam na rynek w Niedźwiedziu, spotkałam ludzi wracających z kościoła. Była wśród nich Mamusia.

- Co ty tutaj robisz? - zawołała przerażona i zabrała mię pośpiesznie do domu.

Żal, że nie wypełniłam obowiązku nałożonego przez mego nauczyciela, że nie podałam kluczy biskupowi, nie tylko wyrwał mię z łóżka w gorączce, ale też przyczynił się do przedłużenia choroby. To była dla mnie prawdziwa klęska.

 

Od najmłodszych lat całymi godzinami potrafiłam patrzeć na góry i słuchać szumiącej rzeki. Góry tak się lubią okrywać coraz to inną barwą, a górska woda jest tak dźwięcząca i czysta!

.... wiosna, najpiękniejsza jest chyba w górach! Gdy tylko powieje cieplejszy wietrzyk, miły zwiastun wiosny, wilgotne łąki zapełniają się liliowymi krokusami. Czar i świeżość tych kwiatów jest cudem ziemi. Zaraz po tym olszynowe, topolowe i leszczynowe gaje zalewa piana białych zawilców i zjawiają się żółte pierwiosnki o nieokreślonym zapachu czegoś rajskiego...

 

Nauka wydawała mi się czymś bez granic cudownym. Szczególnie każda wzmianka dotycząca przyrody wprawiała mię w zachwyt. Szkołę mieliśmy dużą. Stała za rzeką, naprzeciw naszego domu. Rano wzywał dzieci do pracy dzwonek z małej wieżyczki. Na głos jego rześkiego, mocnego, wesołego dźwięku spieszyły dzieci ze wszystkich stron. Wkoło szkoły rosły śliczne, pachnące kwiaty. Pielęgnował je sam nasz nauczyciel pan Jan Kurleto. Szczególnie piękne były wysokopienne białe róże. Kwitły zawsze tak bujnie i bogato, że aż wśród kwiatów gubiły zielone listki. Na palikach, do których były przywiązane, błyszczały różnokolorowe bańki. Te kwiaty i te błyszczące bańki wydawały się nam cudem piękności! Na szkolnym płocie można było zawsze spotkać rozświergotane wróble.

- Polecimy na pole i zjemy pszenicy ćwierć, ćwierć, ćwierć! Ty jedno zjesz ziarno, on dwa, ja trzy! Trzy, trzy, trzy! Zjem, zjem trzy! Nie, nie tak, nie, nie tak, nie tak! - krzyczały i czasem zaczynały się bić. Rozumieć, co mówią wróble, uczył mię mój kochany Tatuś.

W czasie ważniejszch uroczystości szkolnych, a szczególnie na zakończenie roku, zasypywaliśmy szkołę kwiatami. Po kwiaty biegaliśmy na pozaszkolne pola i nadrzeczne gaje. Ile to było wtedy radości, ile szczęścia! Jakież te polne kwiaty w swych barwach i delikatnym zapachu są śliczne! W tych dniach wieńczenia i zasypywania szkoły kwiatami zdawało się nam, że traci ona swoją powagę i srogość, że się uśmiecha.

Żona naszego nauczyciela była Czeszką i wymawiała wyrazy z czeska. Bardzo pracowita i porządna utrzymywała wszystko w wielkiej czystości. Ponieważ mieszkali w budynku szkolnym, czystość jej mieszkania, aromat ciast i gotujących się potraw przenikały całą szkołę. Z przyjemnością wdychałam ten zapach, niespotykany w żadnej chacie góralskiej.

Pewnego razu przyjechała do państwa Kurletów ich krewna, dziewczynka w moim wieku. Pani Kurletowa poprosiła, żebym się przychodziła z nią bawić. Bardzo się mi tam podobało. Najczęściej bawiłyśmy się lalkami. Między innymi projektami urządzałyśmy dla nich z atłasowej materii malutkie pokoiki na wzór namiotów z dzwoneczkami u wyjścia. Te dzwoneczki to były prawdopodobnie cacka z wigilijnego drzewka. Razem z nami bawił się także jedyny syn państwa Kurletów, Marian. Nawet później, po wyjeździe swej krewnej, Maniek towarzyszył mi czasem w zabawie.

Pewnego razu kazał mi narwać zielonych, długich mchów rosnących na kamieniach na dnie rzeki. Weszłam do wody i narwałam ich cały stos. Zebrał je i po kilku godzinach przyniósł mi pęk różnokolorowych płóciennych skrawków, mówiąc:

- Moja mama ma taką maszynę, która potrafi od razu przerobić te mchy na płótno.

Wzięłam jego słowa poważnie i długo podziwiałam ową maszynę.

Bardzo mi się podobała sukienka krewnej Mańka; czerwona w dość duże, białe plasterki. Powiedziałam to pani Kurletowej, gdy szłyśmy do Niedźwiedzia. Właśnie w tym miejscu drogi przeświecało przez liście słońce i złote kółka słoneczne leżały na ziemi jak te plasterki na sukience. - Powiedz mamusi, żeby mi cię oddała, to ci kupię taką sukienkę - zażartowała pani Kurletowa. Pomyślałam, że za żadne skarby nie potrafiłabym rozstać się z Rodzicami i rodzeństwem. Ile razy spotykam teraz podobny materiał, tylekroć przypominają mi się słowa pani Bożeny Kurletowej.

***

Szkoła miała na dzieci wielki wpływ. Trzy niewielkie książeczki: rachunkowa, katechizm i czytanki, tabliczka i rysik, dwa zeszyty wprowadzały je w świat nauki i czyniły odpowiedzialnymi za czyny. Niechby które co zrobiło, to ostrzeżenie: „Powiem w szkole pani” przyprowadzało je do porządku.

Niektóre wiersze i opowiadania poznane w szkole pozostawiały ślad na zawsze. Na przykład Wolnoć Tomku w swoim domku. Nie, nie można robić nawet w swoim domu, co się chce. Trzeba się zawsze liczyć z bliźnimi i nie wyrządzać nikomu przykrości.

Albo o pasterzu, który dotąd zwodził ludzi, wzywając ich na ratunek, bo mu wilk owce porywa, póki mu naprawdę owcy nie porwał. Wtedy wołał i wołał ratunku, ale nikt nie przybiegł, bo za wiele razy oszukiwał.

Albo ta o pewnej piekarni, do której przychodzili ludzie po chleb. Każdy, bez względu na innych, starał się wybrać jak największy bochenek. Jedna tylko dziewczynka brała jak najmniejszy. Piekarz to zauważył i piekąc chleb włożył do najmniejszego bochenka złoty pieniądz. Tak została nagrodzona dziewczynka za brak chciwości.

Albo ta o zakonnicy, która pewnego razu wędrowała po wsi, prosząc o jałmużnę dla ubogich. Gdy podchodziła ku jednemu z domów, usłyszała wielką awanturę. Jakiś gospodarz ostro krzyczał na kogoś z domowników, że jest marnotrawcą, że nie oszczędza itd. Rozchodziło się o jakiś drobiazg. Zakonnica pomyślała, że tam nie ma po co wstępować; skoro awanturują się o zupełnie nikłą rzecz, na pewno nic nie ofiarują bliźnim. Już chciała ten dom ominąć, gdy ku jej zdumieniu gospodarz zawołał ją i obdarował suto. - Nie pozwalam zmarnować nawet najmniejszej rzeczy, jednak na ratunek dać nie żałuję - powiedział.

To opowiadanie tak mi utkwiło w pamięci na całe życie, że trzęsłam się nawet nad zapałką, żeby jej na próżno nie zapalić. Wszystko, wszystko oszczędzać dla biednych.

***

Ja doprawdy kochałam szkołę. Ani deszcz, ani mróz, ani burza z piorunami i grzmotami nie mogły mi stanąć na przeszkodzie w drodze na lekcje. Gdy Rodzice chcieli mię zatrzymać, kładłam się na ziemi, biłam nogami o podłogę i rozpaczliwie płakałam. Nie było rady! Kochany Tatuś brał Antosine książki i szedł razem z nią do szkoły. Pewnego razu, ponieważ na rzece woda zabrała kładkę (a mostu nie było), musiał wziąć długą belkę i zrobić prowizoryczny mostek. Gdy szłam po tej belce, wysunął mi się pszenny placek, który mi Mamusia dała na drugie śniadanie, i wpadł do wody. Skoczyłam za nim. Woda szybko poniosła placek, ale potrafiłam go dogonić i złapać. Buciki naturalnie przemoczyłam zupełnie i w takich poszłam do szkoły.

W szkole poczęstowałam mokrym plackiem Hadwiczakównę, córkę leśniczego hr. Wodzickich, która uchodziła za wykwintną panienkę. Zrobiłam to dlatego, że Mamusia dając mi placek zażartowała:

- A poczęstuj tam tym plackiem Hadwiczakównę.

A ja ten jej żart wzięłam za poważne zlecenie i zrobiłam, jak kazała. Gdy po powrocie ze szkoły opowiedziałam to Mamusi, śmiała się ze mnie, aż w kuchni dźwięczało.

***

O tej belce na rzece mam jeszcze jedno wspomnienie. Było to w zimie. W szkole, podczas rachunków (nigdy ich nie lubiłam) wyciągnęłam nici i szydełko i zaczęłam robić koronkę pod ławką. Ogromnie lubiłam robić koronki i wyszywać piękne wzory. Raptem krzyknęłam, bo wbiłam sobie szydełko do palca i bardzo mię zabolało. Zawstydziłam się okropnie i przelękłam, ale kochany mój nauczyciel bez zwrócenia mi uwagi, że postępuję niewłaściwie, robiąc koronkę podczas lekcji, wyjął mi szydełko z palca.

Po lekcjach dzieci się rozeszły, każde w swoją stronę. Zadymka była ogromna, wiatr wiał i rzucał masami śniegu, ledwie dotarłam do domu. Po obiedzie zabrałam się znowu do robienia koronki. Wyciągam nici, patrzę - szydełka nie ma! Szukam wszędzie, szukam i szukam, a szydełka jak nie ma, tak nie ma. Zaczęłam się gorączkowo modlić o znalezienie zguby. Martwiłam się, ze moi Rodzice będą musieli wydać pół centa na kupno nowego szydełka. Nie mogłam sobie darować nieuwagi. W nocy nie mogłam ze zmartwienia zasnąć. Słuchałam, jak wichura na dworze szaleje, bije w okno płatami śniegu i ze świstem oblatuje nasz domek. Nazajutrz wszystko ucichło. Śnieg zawiał dróżkę do szkoły, ale na świecie zrobiło się jasno. Na błękitnym niebie świeciło śliczne słońce. Po śniadaniu wzięłam książki i torując w śniegu drogę do szkoły, szukałam wszędzie zgubionego szydełka. Nie mogłam się w żaden sposób pogodzić z tym, że Rodzice przez moją nieuwagę będą musieli wydać znowu pół centa. I co powiecie? Szydełko wisiało uczepione belki nad zaśnieżoną rzeką. Biedne małe moje szydełko za pół centa! Szalejąca wichura nie potrafiła go wyrwać i zrzucić. Czekało na mnie. Ujęłam je zmarzniętą rączką i bez miary uszczęśliwiona pobiegłam do szkoły.

Innego razu o mało nie zamarzłam. Wracając ze szkoły poszłam inną drogą niż zwykle i wpadłam do głębokiego dołu. Mimo rozpaczliwych wysiłków, nie mogłam się z niego wydostać. Gdyby nie dwoje dzieci, które mię uwolniły z pułapki, byłabym prawdopodobnie straciła przytomność i kto wie, czym by się to mogło skończyć. A do domu było tak niedaleko! Rodzicom nigdy nie przyszłoby na myśl, że może mię co złego na tak krótkiej drodze spotkać.

Raz znowu o mało nie utonęłam. Było to w lecie po wielkiej burzy. W górach po burzy lub dłużej trwającym deszczu, każdy potok i rzeka tak wzbierają, że z maleńkiej strużki wody robi się olbrzymia rzeka. Właśnie wezbrała nasza Poręba. Spieniona i ruda huczała potężnie, niosąc kawały drzew z niezmierną szybkością. Ogromnie lubiłam te huczące wody, zawsze patrzyłam na nie jak urzeczona. I wtedy także usiadłam z moim braciszkiem Michasiem na szerokiej ławie pod Posługą, chatą pewnego biednego górala, zarzuconą wysoko nad rzeką. Trzymaliśmy się wprawdzie poręczy, ale bieg wody sprawiał oszałamiające wrażenie. Ława zaczęła w tył uciekać, a woda jakby przystawała. Michaś wypuścił kapelusz z rączki. Bylibyśmy i my powpadali w odmęty, gdybym nie pochwyciła Michasia za rękę i prędko z nim z ławy nie zeszła. Kapelusz Michasia znalazł kochany Tatuś po kilku dniach na olszynowej gałązce w gaju rosnącym poniżej szkoły.

A i w czas pogody trzeba się było mieć na baczności. W śliczny, upalny dzień poszłyśmy się z moją kochaną siostrą Juleczką kąpać. Kamieniec nad rzeką był rozgrzany, a woda przejrzysta jak kryształ skakała z kamyka na kamyk, szumiąc delikatnie. Płytko. Wchodzimy na sam środek rzeki, pluszczemy się, rozkoszując cudowną kąpielą. Nagle zwracam oczy w górny bieg rzeki i widzę z przerażeniem ogromne, mętne fale pędzące na nas z szaloną szybkością. Ledwieśmy zdążyły pochwycić sukienki i uciec spod fal.

 

- Zabiorę Antosię na odpust do Ludźmierza - powiedziała Mama któregoś dnia. I w wigilię Matki Boskiej Zielnej, 14 sierpnia, wyszłyśmy z domu. Szłyśmy powoli, bo Mama bała się, że będę bardzo zmęczona i nie dojdę do celu. Ale ja wcale nie ustawałam. Po drodze wciąż przyłączali się do nas inni pątnicy, aż zebrała się cała kompania. Przewodnik kompanii śpiewał śliczne pieśni, a ludzie je powtarzali. Ja naturalnie też. Jakże cudowna była ta droga! Prześliczne wzgórza okryte lasami, zachwycające trawniki, obszary bujnych, wspaniałych krzaczków borowiny, pełne pysznych borówek.

...Ludźmierz w blaskach zachodzącego słońca - aż w głowie się mąciło od tego piękna!...

 

Weszłyśmy do jakiegoś domu. Mama poprosiła gospodarzy o nocleg. Zaprowadzili nas do stodoły na świeże siano. Ale się spało, ale spało! Jednak zbudziła mię Mama o świcie i poszłyśmy do kościoła. Z głęboką czcią i wielką ciekawością przyglądałam się kościołowi. Po nabożeństwie wyszłyśmy na plac przykościelny. Mama nie miała dużo pieniędzy, kupiła mi tylko gruszek. Ogromnie mi się spodobał Dunajec i nadbrzeżny kamieniec. Po południu zebrała się nasza kompania i przewodnik poprowadził nas w drogę powrotną. Ani na chwilę nie przerywaliśmy śpiewu. Przy pożegnaniu przewodnik podziękował Mamie bardzo serdecznie za piękne śpiewanie, ale i mnie też pochwalił. Już słońce zachodziło, gdyśmy przestąpiły próg domu.

Matce Boskiej w Ludźmierzu

Królowo świata! Gdy byłam mała,

matka mię moja Tobie oddała.

I szłam przez krzaczki het borówczane,

by z bliska poznać tę drugą Mamę.

W słońcu i z pieśnią szłyśmy wciąż górą,

póki nie okrył nas zmierzch purpurą...

Rano o świcie, o Przenajświętsza,

wzięłam Cię całą w objęcia serca.

I wierna Tobie - każdą godzinę

staram się znaczyć promiennym czynem.

Trud ukochałam ten, co mię zbliża

do Ciebie poprzez ramiona krzyża.

Wciąż ducha mego z grzechu wyzwalam,

bo kocham Ciebie, Matko Podhala!

Wszystkie niepowodzenia i przykrości rodzinne przeżywałam bardzo boleśnie. Ile to było rozpaczy, gdy Tatuś poszedł z zegarkami do Rabki i długo nie wracał. Z Mszany szło się równym gościńcem, ale z Rabki trzeba było wędrować górami przez Olszówkę, zawianą w zimie ścieżyną pełną zasp. Zbliżała się wigilia Bożego Narodzenia. Tatuś wyszedł w ten dzień bardzo wcześnie, bo chciał na wieczór wrócić. Gdy zaczęło się zmierzchać, obie z Mamą stałyśmy przy oknie i patrzyły w stronę Olszówki, czy Tatusia nie widać. Pola coraz posępniejsze, zadymka nie do opisania; tumany śniegu pędzą z przeraźliwym świstem. Domek tonie w śnieżycy, a wichura co chwila uderza w okno i ściany. My z Mamą patrzymy przez okno w szalejącą zawieję i modlimy się żarliwie - miałam wtedy cztery albo pięć lat. Byłoby szczytem nierozwagi iść w taką wichurę, toteż Tatuś zatrzymał się w Olszówce. Ja zasnęłam, ale Mama moja kochana czuwała całą noc. Nad ranem, w szronie i śniegu, jakby w białym płaszczu, przyszedł Tatuś. O, jaka radość! Wtedy dopiero jedliśmy wigilię.

***

Rodzice mieli nas ośmioro. Józio, Marynia i Stefcia umarli dużo wcześniej, nim ja ujrzałam świat. Wiem tylko z opowiadań Mamusi, że wszyscy troje byli bardzo ładni, a Marynia wręcz prześliczna. Otruła się surowym grzybem, który wzięła do buzi. Z pozostałych dzieci Elżbieta była najstarsza, po niej Julia, Franciszek, ja i Michał. Elzię i Juleczkę, kiedy skończyły czternaście lat, Mama wysłała do pracy między ludzi.

- A cóż tu będą robiły? - tłumaczyła ojcu. - W Porębie nie nauczą się niczego, niech poznają świat.

Żadne perswazje Tatusia nie pomogły. Mamusia okazała się nieustępliwa i kiedy nadszedł stosowny czas, obie moje nieletnie siostry musiały wyruszyć z domu: Elzia wcześniej, a Juleczka później. Elzia zaczęła pracować najpierw w Krakowie, potem w Zakopanem. Juleczka tak samo. Pracowały ciężko i poznały, co to głód. Biedna Juleczka aż słabła. Zapach pieczywa przyprawiał ją o mdłości, a nie miała za co kupić sobie chleba lub bułki. Jednak nie poskarżyła się nigdy w żadnym do Rodziców liście, nie chcąc ich martwić ani i narażać na koszty. Opowiedziała o tym wszystkim dopiero wtedy, gdy już wyszła za mąż i miała wszystkiego w bród.

Jednego lata Juleczka przyjechała z Krakowa w opłakanym stanie. Miała na głowie mnóstwo strupów i wszy. Przerażona Mamusia natychmiast zabrała się do kuracji. Wyleczyła ją z ran i biedną jej głowinę doprowadziła do poprzedniej czystości. I znowu zalśniły jej śliczne, długie warkocze. Moja ukochana siostrzyczka już więcej nie pojechała do Krakowa. Znalazła dobrą posadę w Zakopanem u doktora Chramca.

***

Pobyt Elzi w domu pamiętam jak przez mgłę. Gdy przyjeżdżała, zbierała się u nas młodzież i tańczyła. Elzia miała ogromne powodzenie. Była śliczna, zawsze w rumieńcach. Kawalerzy się zakładali czy umalowana, czy nie. Synowie najbogatszych gospodarzy chcieli się z nią żenić. O jednym z nich, Jaśku Cichorczyku, mówili, że jego ojciec ma zakopany kotlik z dukatami. Elzia o nikim słyszeć nie chciała, marzyła pewnie o jakim królewiczu z bajki. O królewiczu, jak o królewiczu. Poznała w Zakopanem młodego studenta z politechniki lwowskiej. Ponieważ jednak zaproponował jej wspólne życie bez formalnego ożenku, postanowiła uciec od tego wszystkiego i wyjechać do Ameryki. Rodzice nie sprzeciwiali się temu projektowi.

Elzia przyjechała do domu, zapakowała do kuferka swoje rzeczy i na góralskiej furce pojechała na stację do Mszany Dolnej. Odprowadziłam ją razem z Rodzicami. W Niedźwiedziu zatrzymał furkę ksiądz, pobłogosławił Elzię na drogę i ofiarował jej książeczkę do nabożeństwa z czterolistną koniczynką między kartkami.

***

Co do Juleczki, to każdy jej przyjazd był dla nas cudowną niespodzianką. Ponieważ u nas, jak wspominałam, piekarskiego pieca nie było, Mamusia na święta nosiła ciasto do pobliskiego osiedla Kącików i tam piekła. Któregoś roku przed Świętami Bożego Narodzenia poszłam z Mamą. Już było zupełnie ciemno, gdyśmy wróciły z upieczonymi chlebami. Mamusia zaczęła się krzątać, ja bawić, aż tu nagle zza pieca wychodzi nasza kochana Juleczka! Przybrnęła do nas po śniegu przez góry. Pewnie to było wtedy, kiedy jak mi pisała z Niemiec podczas wojny, wołała jechać na wigilię do domu niż zostać w Zakopanem, chociaż miała na gwiazdkę dostać śliczny góralski kożuszek.

Juleczka nigdy nie przyjeżdżała bez prezentów. Ciułała halerze i centy, żeby nam zrobić przyjemność. I wtedy przywiozła różne drobiazgi, które wydawały się nam nadzwyczajnymi skarbami. Ja dostałam cukierki na drzewko w złotych i srebrnych papierkach, szklane kulki z różnokolorowymi paseczkami w środku i malutką, jasnobrązową świnkę. Gdy się dmuchało w jej ogonek, świnka pęczniała. Gdy uchodziło z niej powietrze, kwiczała i zostawała z niej sama skórka. Dmuchałam w ogonek delikatnie, żeby nie pękła, ale... o, okropności! Franuś nabrał do ust masę powietrza, nadął świnkę i pękła! Nikt nie może sobie wyobrazić mojej rozpaczy.

Podobały mi się także szklane kulki. Potrafiłam je bez końca toczyć po stole. Tak ślicznie migotały w nich kolorowe paseczki. Michaś otrzymał maluśkie, zielone drzewko obwieszone cackami wielkości grochu. Stało na stole przez całe święta. Przechowywaliśmy je z wielkim pietyzmem i każdego roku ustawialiśmy na wigilijnym stole obok opłatków. Juleczka kochała nas bardzo i ogromnie tęskniła za nami, ale do domu wpadała jak po ogień, bo wówczas było bardzo trudno dostać urlop. Całe lata pracowało się bez wolnych dni.

Pewnego razu, po dłuższym pobycie w Zakopanem przyjechała z olbrzymim bukietem goździków i róż jako narzeczona Antoniego Komara, właściciela ziemskiego z Litwy. Skończyła ciężką pracę u ludzi, zaczynała nowy okres życia. Bawiłam się właśnie lalką, gdy weszła do izby w ślicznym zapachu kwiatów. Na twarzy miała rozradowanie, w uśmiechu wyraz szczęścia.

 

Antoni Komar odwiedzał nas często. Przyjeżdżał z Zakopanego na swoim wspaniałym wyścigowym koniu Salcie, a przejeżdżając przez Rabkę, zatrzymywał się we dworze Kadenów. W czasie pobytu w Porębie zajmował izdebkę w sąsiednim osiedlu zwanym Tromem. Konia umieszczał Tatuś nad szkołą u Cichorczyka. Kilka razy Salto wyrywał się ze stajni i wybiegał w przestrzeń. Pędził po drodze, aż grzmiało, ale potem wracał. Tatuś brał do cebrzyka owies i wołał go pieszczotliwie po imieniu. Salto zbliżał się do Tatusia na pewną odległość, zataczał krąg i po wielokrotnym galopie po tym kole podchodził do owsa. Tatuś mówił, że Salto był wychowany w Reitschule, co znaczy, że przeszedł trening dla koni rasowych.

Raz założył się Antoś z kimś, że Salto prześcignie pociąg z Chabówki do Zarytego. I zakład wygrał. Salto nie uznawał obcych ludzi, nikt nie mógł jechać na jego grzbiecie. Pamiętam, jak wybrał się na nim na jakąś wycieczkę mój kochany nauczyciel Jan Kurleto. Po kilku kilometrach drogi Salto zrzucił go z siodła i przygalopował do domu. Mój brat Franuś nigdy nie dał się zrzucić. Często bez siodła, leżąc na jego karku i trzymając się grzywy, pędził jak wicher. Dudnienie ziemi dawało znać, że wracają. Na ten odgłos biegliśmy do okna i patrzyli przerażeni. Ale jakoś nigdy nic się złego Franusiowi nie stało. Podziwialiśmy jego odwagę, bo był przecież jeszcze dzieckiem i nigdy wcześniej nie dosiadał konia. Jeździł za to na baranie i młodym byczku, gdy go pasł.