Wydawca ebooka: Fabryka Słów Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 399 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 12 godz. 32 min Lektor: Janusz Zadura

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 12 godz. 32 min Lektor: Janusz Zadura

Opis ebooka Ja, inkwizytor. Wieże do nieba - Jacek Piekara

Oto On, inkwizytor i Sługa Boży

Człowiek głębokiej wiary

Oto dwie minipowieści, których bohaterem i narratorem jest Mordimer Madderdin, świeżo promowany absolwent Akademii Inkwizytorium.

  • Dziewczyny Rzeźnika

    Piękne dziewczęta giną z ręki okrutnego seryjnego zabójcy. Rozwikłania tajemnicy morderstw podejmuje się mistrz Knotte. Starego i doświadczonego inkwizytora, wspomaga serdecznie go nienawidzący Mordimer Madderdin.

  • Wieże do nieba

    Dwaj słynni architekci rywalizują o to który z nich wybuduje najdoskonalszą katedrę na świecie. Mordimer Madderdin zostaje wezwany, by zbadać, czy jeden z nich nie stosuje czarnej magii w celu pognębienia przeciwnika.

Opinie o ebooku Ja, inkwizytor. Wieże do nieba - Jacek Piekara

Cytaty z ebooka Ja, inkwizytor. Wieże do nieba - Jacek Piekara

– A dlaczego nie ma być piękna i mądra? – zainteresował się Toffler. – Żeby jej pilnować na każdym kroku? Żeby gachów odganiać? – Widzę więc, Mordimerze, że należysz do ludzi, którzy wolą mieć całą porcję łajna od połowy udziałów w torcie – zauważył inkwizytor z Hezu ze złośliwym uśmiechem.
bardziej szczegółowych pytań, okazywało się, że nikt jej bliżej nie znał, rozmowy ograniczały się do ploteczek o pracy i stwierdzeń: „Jakiż to piękny dzień dzisiaj mamy!” albo: „Paskudnie dziś pada, może jutro będzie lepiej?”. O tym, że pozowała Neumannowi, nikt nie słyszał, narzeczonego podobno nie miała,

Fragment ebooka Ja, inkwizytor. Wieże do nieba - Jacek Piekara

IlustracjeDominik Broniek

Lublin 2011

O Mordimerze Madderdinie

Płomień i krzyż – tom 1Ja, inkwizytor. Wieże do niebaJa, inkwizytor. Dotyk złaJa, inkwizytor. Bicz BożySługa BożyMłot na czarowniceMiecz AniołówŁowcy dusz
Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

Dziewczyny Rzeźnika

Upojny zapach leśnych konwalii rozchodził się wszędzie wokół, a słowicze trele pieściły nasze uszy. Wzbijały się dźwięczną kaskadą pod niebo zaróżowione od zachodzącego słońca, którego promienie spijały z liści ostatnie krople rosy”.

Taaak... Zapewne wolałbym w ten sposób rozpoczynać moją opowieść. Ale jestem inkwizytorem, a nasze historie, historie inkwizytorów, zazwyczaj zaczynają się troszkę inaczej...

Krew była wszędzie. Na ścianach, na podłodze, nawet na suficie. Można by pomyśleć, że w tym pokoju pracował szalony lub pijany malarz, który upodobał sobie technikę polegającą na rozbryzgiwaniu przeróżnych odcieni czerwonej farby, od niemal różowego po wpadający w brąz. Można by tak pomyśleć, gdyby nie smród. Smród zastarzałej, zaschniętej krwi i rozprutych wnętrzności. Kto tego rodzaju smród poczuł chociaż raz w życiu, ten nigdy nie pomyli go z niczym innym.

– Jelita – burknął z obrzydzeniem Albert Knotte i trącił czubkiem buta zwinięte na posadzce kłębowisko, przypominające legowisko rozprutych żmij. – A ja wczoraj jadłem krwawą kiszkę... – dodał z jeszcze większym obrzydzeniem i splunął.

Ciało zamordowanej leżało pod ścianą. Głowa wygięta była pod nienaturalnym kątem i dopiero po chwili zorientowałem się, że oprawca niemal oderżnął tę głowę od tułowia. Czy kobieta jeszcze żyła, kiedy ją katowano? Czy na twarzy zastygł grymas przedśmiertnej męki? Tego nie udało mi się dostrzec, gdyż ofiara nie miała twarzy. Morderca zdarł z niej niemal całą skórę, pozostawiając jedynie zakrwawioną maskę, nieprzypominającą już nawet ludzkiego oblicza.

Bujne włosy pokryte były zaskorupiałą czerwienią i zwinięte w grubo spleciony kłąb. W pierwszym momencie pomyślałem, że podobnie musiała wyglądać głowa Gorgony Meduzy, kiedy już odciął ją od szyi miecz Perseusza.

– Jezus Maria! – wystękał Thaddeus Leghorn i wybiegł za próg.

Słyszałem, jak wymiotuje.

– Delikatne żołądki ma nasza szlachta – stwierdził z szyderstwem Knotte.

Towarzyszący nam młody mężczyzna rzeczywiście był szlachcicem, zaufanym margrabiny, do której należało miasto wraz z okolicznymi wsiami. Elżbieta von Sauer wysłała go, by uważnie patrzył nam na ręce.

– To nie nasza sprawa. – Knotte raz jeszcze rozejrzał się po pokoju. – Co nas to wszystko może obchodzić? Tylko apetyt z tego wszystkiego straciłem – westchnął z wyraźnym rozżaleniem.

– Nie dziwię się – mruknąłem, gdyż nie mogłem się zdecydować, czy widok jest gorszy od smrodu, czy smród gorszy od widoku.

– No to dupa w troki, Mordi. – Knotte otrząsnął się niczym mokry pies, a raczej, zważywszy jego posturę, jak taplający się w błocie tucznik. – Zabieramy się stąd.

Co najmniej kilka razy starałem się grzecznie mu wyjaśnić, że mam na imię Mordimer, jednak wydawał się tym faktem zupełnie niezainteresowany. Poza tym był moim przełożonym i od niego zależała moja przyszła promocja, więc jeśli chciał, mógł mnie nawet nazywać swoim słodkim cukiereczkiem, a i tak przymknąłbym na to oczy. Bo i co innego miałbym uczynić?

– Nie radzę – usłyszeliśmy głos naszego towarzysza, który zdołał już opanować wymioty i stał teraz blady niczym śmierć na progu.

– A to czemu?

Knotte spojrzał na szlachcica takim wzrokiem, jakby ten powiedział nie tylko coś wielce niestosownego, lecz wręcz obraźliwego. Zresztą pewnie tak właśnie było, gdyż my, inkwizytorzy, nie potrzebujemy rad szlachetnie urodzonych. Szczerze mówiąc, nie potrzebujemy niczyich rad. Zwłaszcza wypowiadanych podobnie aroganckim tonem.

– Ta dziewczyna pracowała jako bieliźniana pani margrabiny. Ulubiona bieliźniana – mocno zaakcentował słowo „ulubiona”. – Pani chciała ją wydać za jednego z pomniejszych dworzan i ustaliła nawet posag.

– To nas nie obchodzi. – Knotte wzruszył ramionami. – Tu nie ma śladu herezji czy pogańskich lub satanistycznych praktyk. Zwykłe rzeźnictwo. Nieprawdaż, Mordimerze? – Obrócił w moją stronę twarz napuchniętą po wczorajszym pijaństwie.

– Tak jest, mistrzu Albercie – zgodziłem się z nim, ponieważ po pierwsze, moja pozycja nie pozwalała na publiczne oponowanie twierdzeniom przełożonego, po drugie, również uważałem, że Święte Officjum nie ma w tym wypadku nic do roboty. A po trzecie, byłem mu wdzięczny, iż raczył tym razem użyć mojego imienia bez zdrobnień.

– Pozwalam sobie twierdzić, że na tyle znam panią margrabinę, by wiedzieć, że nie oszczędzi sił oraz kosztów, żeby tylko doprowadzić mordercę do kata – rzekł Leghorn pompatycznie.

– W takim razie powodzenia i do widzenia. – Knotte zamachał figlarnie tłustą dłonią, a ja uśmiechnąłem się w duchu, gdyż domyślałem się, jaki będzie dalszy przebieg rozmowy.

– Zaręczam wam, inkwizytorze, że pani margrabina nie będzie zachwycona, słysząc podobną odpowiedź – stwierdził szlachcic lodowato. – A kiedy pani margrabina jest nie w humorze, stara się, by odczuli to wszyscy wokół.

Inkwizytor wydął pogardliwie usta.

– Ojojoj – powiedział sztucznie wysokim głosem, tak niepasującym do jego zwalistej postury. – Już się boję...

Potem roześmiał się chrapliwie.

– Ale widzisz pan, panie Leghorn, to co prawda nie jest robota dla Inkwizytorium, jednak zawsze możemy z twoją panią porozmawiać o prywatnym zleceniu. – Przymrużył porozumiewawczo oko. – A jeżeli jej kiesa jest równie wielka jak gniew i pragnienie zemsty, dogadamy się niczym amen w pacierzu.

Szlachcic skinął głową.

– Pani margrabina na pewno chętnie was przyjmie – powiedział, a jego głos nie ocieplił się nawet na krzynę.

– Teraz. Zaraz – rozkazał Knotte. – A ty, mały – znowu zwrócił się do mnie – zostań i dopilnuj, żeby nic nie rozwłóczyli, nie posprzątali czy co tam...

Wiedziałem, że mistrzowi Albertowi nie tyle chodzi o zachowanie porządku na miejscu zbrodni, ile o to, by się mnie pozbyć na czas rozmowy z margrabiną. Rozmowy, w której zostanie przecież ustalona wysokość honorarium. Knotte był pijakiem i dziwkarzem, ale nawet jego chęć i chuć ustępowały przed jego chciwością. Dlatego nie sądziłem, bym z nagrody, którą przyzna nam margrabina, zobaczył więcej niż jedną dziesiątą. A i to jedynie w wypadku, jeśli mistrz Albert będzie w dobrym nastroju.

Nie zamierzałem oczywiście tkwić wśród tego całego bałaganu oraz smrodu, więc wyszedłem przed dom i przysiadłem na schodach, wcześniej tylko kazałem stanąć przy drzwiach gołowąsowi z miejskiej straży, który nam towarzyszył. Inkwizytorzy, nawet tak niedoświadczeni jak ja, są przyzwyczajeni do widoku krwi, wszelakiego odoru produkowanego przez ludzkie ciała oraz fluidów z niego się uwalniających, lecz nie znaczy to, że mamy się delektować podobnymi widokami czy zapachami. Zwłaszcza że zostałem pobłogosławiony, może lepiej powiedzieć: dotknięty przekleństwem, nadzwyczaj czułego zmysłu powonienia.

Na stopniach wychodzących na wąską uliczkę nie czułem się wiele lepiej niż wewnątrz. Gorące, wilgotne powietrze zdawało się oblepiać całe ciało niewidzialnym, zatykającym dech w piersiach całunem, a złożona z odpadków i nieczystości breja schła w promieniach słońca. Schła i schnąc, nieprawdopodobnie śmierdziała. Wszędzie wokół unosiły się chmary tłustych much o zielonych odwłokach i błyszczących skrzydłach. Bzyczenie, które wydawały, doprowadzało mnie do szału. Już się zastanawiałem, czy nie wrócić do pokoju i nie wybrać jednak towarzystwa martwej kobiety, kiedy podszedł do mnie krępy starszy mężczyzna. Okolona wianuszkiem siwych włosów spocona łysina błyszczała mu w słońcu.

– Jestem ojcem – powiedział cicho i spojrzał na mnie wzrokiem zbitego psa.

– Gratuluję – odparłem ironicznie. – Ale to chyba powód do dumy, nie żalu?

I nagle uświadomiłem sobie, jaką popełniłem niezręczność. Zerwałem się ze schodów.

– Jesteście ojcem tej dziewczyny?

Skinął głową.

– Elżbieta. Miała na imię Elżbieta – wyrzekł głucho. – Elżbieta Holz.

No to nie dość, że dziewczyna była ulubioną służącą jaśnie pani, to jeszcze jej imienniczką. Niedobrze. Margrabina von Sauer naprawdę mogła mieć do sprawy bardzo osobisty stosunek, co oznaczało, że szczególnie intensywnie przyjrzy się pracy zatrudnionych inkwizytorów. Zwłaszcza że mistrz Albert wydusi od niej fortunę.

– Przykro mi.

– Chociaż oczy jej zamknę na wieczny odpoczynek.

Wolałem mu nie mówić, iż w takim celu nie ma po co wchodzić do środka, gdyż jego córka nie tylko nie ma oczu, ale w zasadzie w ogóle nie posiada już twarzy. Uznałem jednak, że byłoby to co najmniej niedelikatne, a w końcu nawet jeśli nie ma się szczególnego szacunku dla ludzkiej boleści, nie warto chociaż okazywać ostentacyjnego lekceważenia.

– Nie wolno – rzekłem stanowczo. – Wybaczcie, to rozkaz jaśnie oświeconej pani margrabiny.

Rozpłakał się. Bezdźwięcznie. Nie zachlipał, nie załkał, nie zaszlochał. Po prostu po jego steranej, pomarszczonej twarzy zaczęły płynąć wielkie jak groch łzy. Jedna za drugą, jakby biły z tego samego źródła, nad którym rozpaczała Niobe, kiedy bogowie raczyli pofatygować się na ziemię i wybić jej potomstwo.

– Moja mała dziewczynka – wyszeptał wreszcie. – Światło moich oczu. Jedyny sens życia.

– Nie macie innych dzieci?

– Miałem. Miałem, ale pomarły w niemowlęctwie. Ona mi jedna została. Taka słodka, taka dobra, taka piękna...

Ująłem starego pod ramię.

– Pozwólcie ze mną, jeśli łaska – poprosiłem. – Na życzenie dostojnej pani margrabiny prowadzę śledztwo w sprawie śmierci waszej córki. Pomóżcie mi, proszę, by można było schwytać i osądzić bestię, która jej to uczyniła.

Dał mi się zaprowadzić do najbliższego szynku, którego właściciel wystawił przed drzwi, na pełne gnijących odpadków podwórko, dwa stoły i dwie ławy. Przysiedliśmy.

– Kto mógł to zrobić? – zapytałem prosto z mostu. – Podejrzewacie kogoś? Może skarżyła się wam na jakiegoś mężczyznę? Może miała wrogów?

– Gdzie tam Elżunia mogłaby mieć wrogów! – nawet się nie oburzył, tylko zdumiał. – A mężczyźni? Ci tak za nią wodzili oczami jak pies za kością. Prawda to jest. Ale to była cnotliwa dziewczyna. Dobrze ją wychowałem. W szacunku dla praw boskich i ludzkich.

No cóż, w podobny sposób najczęściej myślą rodzice o ulubionych pociechach. I często dopiero tragiczne wydarzenia zdzierają im łuskę z oczu. Być może właśnie tak rzecz wyglądała w tym wypadku, ale być może naprawdę Elżbieta była niedoścignionym ideałem piękna, szlachetności oraz niewinności. A może, jak to zwykle bywa, prawda leżała gdzieś pośrodku?

– Wiecie, z kim się przyjaźniła? Miała narzeczonego?

– Mówiłem jej: „Nie idź na dwór. Człowiek powinien znać swoje miejsce, a twoje jest wśród równych stanem, a nie wśród wielkich panów” – nie odpowiedział na pytanie. – Ale ona tylko się śmiała. „A może jakiś szlachcic mnie pokocha i się ze mną ożeni?”, mówiła. „Może będziesz miał herbowe wnuki, tatku?”

Tak, tak, oto marzenia większości panien służebnych. Jednak najczęściej te imaginacje lepszej przyszłości kończyły się na małym poważaniu i wielkim brzuchu. Chociaż od powyższej reguły bywały, rzecz prosta, wyjątki.

– Miała przyjaciółkę? Kochała się w kimś? Ktoś się w niej kochał?

– Urodziłeś się w chlewie, mieszkaj w chlewie, urodziłeś się w stajni, mieszkaj w stajni, urodziłeś się w gnieździe, mieszkaj w gnieździe. Ale jak świnia wdrapie się do gniazda, to jej skrzydła od tego nie wyrosną. A i latać się nie nauczy.

Naprawdę lubię ludzi odpowiadających na zadawane im pytania, a nie ignorujących mnie i wypowiadających banialuki godne wioskowych przygłupów. Rozumiałem, że śmierć córki wstrząsnęła mężczyzną, ale skoro wcześniej pomarły mu inne dzieci, powinien już być bardziej zahartowany.

– Panie Holz – rzekłem ostrzejszym tonem – bądźcie łaskawi odpowiedzieć na moje pytania.

Spojrzał na mnie przestraszony, niczym zabiedzony kundel, któremu pogroziło się kijem.

– A mówiliście coś? Nie dosłyszałem, wybaczcie.

– Pytałem, czy miała przyjaciół. Może narzeczonego? Może ktoś się do niej zalecał?

– Wszyscy się do niej zalecali – westchnął. – Ciągnęli jak pszczoły do miodu. Tak bym chciał mieć chociaż jej konterfekt, malutki jakiś, na pamiątkę... – Znowu się rozpłakał.

– Matko Boska Bezlitosna – szepnąłem do siebie, gdyż powoli zaczynałem tracić cierpliwość.

– A powiedziała, że da mi swój portret, biedactwo. Nie zdążyła...

– Jaki portret? Skąd portret? – uchwyciłem się tego słowa jak pies żebraczej nogawki. – Kto miał ją malować?

– A jakiś tam malarz – tym razem wyjątkowo usłyszał moje pytanie.

– Podejrzewam, że malarz – odparłem jadowicie. – A nie perukarz, łaziebny ani stajenny. Wiecie, o kogo chodziło?

Podniósł na mnie pełne łez oczy.

– Nie krzyczcie na mnie – poprosił zbolałym głosem. – Uszanujcie ojcowską żałość i wiek sędziwy.

Miałem ochotę trzepnąć go w ucho, lecz się powstrzymałem. Przecież miałem zostać inkwizytorem, a inkwizytora musi cechować cierpliwość co najmniej równa żarliwości oraz pobożności.

– Panie Holz, ja tylko próbuję pomóc – powiedziałem najłagodniejszym tonem, na jaki mogłem się zdobyć. – Nie przywrócę życia Elżbiecie, mogę jednak schwytać jej krzywdziciela. Pomóżcie mi, proszę...

– Neubaum – rzekł wyraźnie. – Tak nazywa się ten malarz. Znajdźcie go. – Ucapił mnie za rękaw. – Może skończył portret? Może odsprzeda? Zapytajcie, błagam was... Chociaż popatrzę sobie na moją dziewczyneczkę...

– Zapytam. – Uwolniłem się i wstałem. – Bywajcie, panie Holz. Szczerze wam współczuję.

Zostawiłem go siedzącego przy stole i zraszającego łzami nieheblowane, poplamione deski. Rozstawałem się z nim z ulgą, z jaką zawsze człowiek beztroski żegna się z człowiekiem przytłoczonym nieszczęściem. Miałem nadzieję, że trop, który zostawił, dokądkolwiek mnie doprowadzi. Zatrzymałem się opodal niewielkiego zbiegowiska przy drewnianym kramie.

– „Serce mu przebijem włóczniom, takoż zrobiem jego uczniom” – usłyszałem gromki głos.

Przecisnąłem się przez tłum, pomagając sobie szturchańcami, i zobaczyłem, że ktoś wystawił scenę z kukiełkami. Słowa te wypowiadała potrząsająca zaostrzonym kijem kukła, która zapewne miała symbolizować rzymskiego legionistę. Przynajmniej z ramion zwisał jej kawałek czerwonego płótna, a na głowie tkwiło coś, co przy dużej dozie dobrej woli można było wziąć za hełm.

– „Bedzie Herod bardzo rad, że pódzie Jezus na tamten świat” – przemawiał Rzymianin do widzów.

Za jego plecami wznosił się krzyż z przybitą na belce postacią odzianą jedynie w biodrową przepaskę.

– „Bedzie sanhedryn ucieszona, kiej se Jezus dzisia skona” – opowiadał legionista, a ja skrzywiłem się, bo wedle wszelkiej mojej wiedzy „sanhedryn” był słowem męskiego rodzaju, więc mógł być co najwyżej „ucieszony”, nie „ucieszona”. No ale w wypadku trzymania się reguł gramatyki należałoby wymyślić nowy rym, a tego najwyraźniej nie potrafił wierszokleta przygotowujący sztukę. – „Ja z dziewkami siem zabawie, ten tu niech se gnije w trawie” – Rzymianin podzielił się z publicznością planami na dzisiejszy wieczór, co wywołało gniewne buczenie.

Nagle na tyłach kramu huknęło coś przeraźliwie, a zabrzmiało to tak, jakby uderzono z całych sił dwiema patelniami. W każdym razie mało nie podskoczyłem, a otaczający mnie ludzie zareagowali dużo bardziej gwałtownie. Obsługujący kukły lalkarz wykorzystał tę chwilę dekoncentracji, by błyskawicznie zdjąć ze sceny krzyż z rozpiętą na nim półnagą postacią i zamienić go na kukiełkę rycerza w srebrnej zbroi z obnażonym mieczem w prawej dłoni.

– „Jam jest Bogiem wszytkich ludzi, dam zbawienie, kto za mną pódzi” – wyrecytował odmieniony Chrystus i tak zapalczywie machnął mieczem, że gdyby ostrze wykuto z żelaza, niechybnie odciąłby sobie nim lewe ramię.

– „Moja włócznia się postara, zarżnem cie w imie cezara!” – zagroził Jezusowi legionista, jednak wyraźnie cofnął się w stronę krawędzi sceny, a i głos miał niezbyt pewny.

– Uciekaj, on cię zabije! – krzyknęło stojące pod sceną dziecko, które najwyraźniej widziało już wcześniej sztukę i z nieznanych mi przyczyn wolało ostrzec Rzymianina, niż sprzyjać Jezusowi. Cóż, gdyby był to człowiek dorosły, zapewne zainteresowałbym się, z jakich to powodów postać Zbawiciela nie wzbudza w nim uczuć miłości i szacunku.

Odsunąłem się, ponieważ widziałem już wiele podobnych przedstawień i domyślałem się, co wydarzy się dalej. Zresztą nie trzeba było się domyślać, gdyż nawet byle lalkarze czy wędrowni aktorzy pieczołowicie przestrzegali zgodności swych przedstawień ze świętymi pismami. Tak więc Jezus musiał prosić legionistę lub legionistów, by przyłączyli się do Niego i uznali Go za Boga, a kiedy legioniści wzgardzili tą propozycją, wtedy Jezus nie miał innego wyjścia, jak skrócić ich o głowy. W zależności od tego, jak dobrze przygotowany i jak bogaty był wystawiający widowisko, do Chrystusa bądź przyłączali się apostołowie i część wiernego ludu, bądź też narrator opowiadał o zwycięskiej kampanii Armii Jezusowej i o zdobyciu Rzymu, by przejść do finalnej sceny ukazującej ścięcie cesarza Tyberiusza, którą to zresztą egzekucję nasz Pan raczył przeprowadzić własnoręcznie.

Oczywiście czasami zabawnie było posłuchać dialogów wymyślanych przez aktorów albo lalkarzy, przyjrzeć się strojom, wykonaniu kukiełek czy ich otoczenia. Ale teraz nie miałem czasu na zabawę, choć sądząc po jakości rymów, mogłaby być całkiem udana. Postanowiłem załatwić jeszcze jedną sprawę. Na tyłach kramu stał zażywny jegomość z kapeluszem w dłoni i coś mi powiedziało, że to właśnie on jest właścicielem teatrzyku.

– Jeśli wolno mi wam doradzić – zbliżyłem się do niego i odezwałem uprzejmie. – „Sanhedryn” jest słowem rodzaju męskiego, więc sanhedryn nie może być „ucieszona”, jak mówi wasz aktor.

– A co tacy mądrzy jesteście? – Zmarszczył krzaczaste brwi i spojrzał na mnie takim wzrokiem, jakbym był czymś, co przykleiło mu się do podeszwy.

– Takich i innych rzeczy uczą nas w Akademii Inkwizytorium – wyjaśniłem łagodnie. – Ale wasza rzecz, co uczynicie z moją radą.

– O mój Boże... – Jego twarz sflaczała niczym kiszka, z której wyciśnięto mięso. – Wybaczcie, błagam was, na miłość Chrystusa.

– Nie ma czego wybaczać. Zastąpcie słowo „sanhedryn” słowem „rada Żydów”, a będziecie mieli i rym, i uczynicie grzeczność zasadom gramatyki.

– Oczywiście! – Klasnął i spojrzał mi przymilnie prosto w oczy. – Natychmiast zastosuję się do waszej światłej rady, mistrzu inkwizytorze.

Nie byłem jeszcze co prawda mistrzem Inkwizytorium, jednak nie widziałem też powodu, by prostować słowa tego uprzejmego człowieka. Skinąłem więc głową i odszedłem.

Stary Holz pomylił się lub przejęzyczył. W każdym razie źle zapamiętał nazwisko malarza, gdyż ten nazywał się nie Neubaum, lecz Neumann. Jednak wpadłem na jego ślad bez trudu, ponieważ wystarczyło znaleźć jakiegokolwiek malarza, a ten już bez omyłki wskazał mi, gdzie mieszka Neumann. Przy okazji zresztą zdążył mnie ostrzec, cóż to za beztalencie jest z Neumanna, opowiedział o zawalonych przez niego kontraktach, wyśmiał sposób dobierania kolorów oraz szydził z Neumannowej umiejętności zachowania proporcji ludzkiego ciała. Ha, jak widać, taki to już zwyczaj u artystów, by w podobnie obrazowy i bezpośredni sposób przedstawiać kolegów po fachu. Rzeczony malarz zdążył jeszcze zaproponować mi swe usługi jako portrecista, a gdy nie wyraziłem zainteresowania, dodał, że u niego w pracowni czekają właśnie dwie prześliczne modelki, które za doprawdy niewartą wspomnienia gratyfikacją zechcą umilić mi dzisiejszy dzień. Pożegnałem go w końcu z ulgą przed kamienicą, w której mieszkał Neumann, obiecując, że z całą pewnością pójdę z nim wieczorem na wino.

– Czekaj tatka latka – mruknąłem do siebie i wszedłem do ciemnej sieni, w której wyraźnie śmierdziało uryną.

Neumann wynajmował kwaterę na poddaszu, więc wdrapałem się po stromych schodach, stanąłem przed drzwiami jego mieszkania i zastukałem. Raz, drugi, trzeci, a ponieważ nikt mi nie raczył otworzyć, nacisnąłem klamkę. Zakląłem, bo niemal przykleiły mi się do niej palce, a kiedy na nie spojrzałem, mogłem mieć tylko nadzieję, że to, co je zabrudziło, jest niczym gorszym niż brązową farbą.

Nigdy do tej pory nie odwiedzałem pracowni malarskiej i nie wiedzieć czemu wyobrażałem sobie, że będzie to przestronny, słoneczny pokój o ścianach i meblach z jasnego drewna. Na środku będą stać sztalugi, na nich rozpięte śnieżnobiałe płótno, przed którym ujrzę mężczyznę w czerni badawczym wzrokiem przyglądającego się pędzlowi trzymanemu pomiędzy kciukiem a środkowym palcem. Niestety, w pracowni Neumanna nic nie zgadzało się z moimi wyobrażeniami. Była to izba co prawda obszerna, lecz ciemna, zagracona i śmierdząca. A śmierdziało w niej skiśniętym winem i gnijącymi owocami. Przynajmniej jeśli chodzi o źródło tego ostatniego zapachu, od razu zobaczyłem, w czym rzecz. Otóż na stole stała wielka gliniana patera pełna winogron, jabłek i gruszek. Wszystkie owoce były już pomarszczone i zbrązowiałe, a pochylał się nad nimi złamany, umierający słonecznik. Nad paterą unosiły się całe chmary maleńkich muszek. Kichnąłem, kiedy jedna z nich wpadła mi do nosa.

Chwilę po tym głośnym kichnięciu w rogu poruszyło się coś, co początkowo wziąłem za kłąb odzieży, a co okazało się chudym mężczyzną okutanym w szary płaszcz. Jęknął, uniósł się wpierw na kolana, pomacał dłońmi podłogę, po czym z sapaniem i wysiłkiem wstał na nogi. Zatoczył się w stronę okna i rozwarł okiennice, które uchyliły się z potępieńczym zgrzytem. Potem obrócił się w moim kierunku, spoglądając na mnie nieprzytomnym wzrokiem. Każdy ruch zdawał się sprawiać mu taką trudność, jakby mężczyzna pływał w gęstej mazi. Ale kiedy wpuścił do pracowni trochę dziennego światła, mogłem się wreszcie rozejrzeć. Zobaczyłem między innymi sztalugi z rozpiętym zamalowanym płótnem, na którym pyszniła się soczysta żółciutka gruszka, wielkie winogrona i czerwoniutkie jabłko, któremu z ogonka figlarnie wystawał zielony listek. Zwróciłem wzrok na stół i leżącą na nim paterę, porównując obraz z rzeczywistością. Cóż, teraz winogrona przypominały napuchnięte zgnilizną rodzynki, sczerniała gruszka zapadła się w sobie, a jabłko wyglądało, jakby ścisnął je w palcach ktoś, kto miał dłonie umazane kałem. Wszystko to świadczyło, że pan artysta ładne kilka dni temu przerwał malowanie. Jak mogłem się domyślić po wszechobecnym odorze rozlanego wina, miał lepsze rzeczy do roboty. Na sofie w drugim kącie pokoju zobaczyłem skuloną nagą kobietę. Wypinała w naszą stronę zmięte pośladki i ciastowate białe uda. Najwyraźniej spała, gdyż usłyszałem, że z jej ust wydobywa się coś pomiędzy chrapaniem a bulgotaniem. Ech, artyści...

– Gdybyście namalowali te owoce tak, jak wyglądają teraz, to dopiero okazałoby się interesujące – zauważyłem tonem towarzyskiej pogawędki. – A jednocześnie stanowiłoby jakżeż alegoryczne przedstawienie nieuchronności losu każdego żywego organizmu.

Zamrugał oczami, jakby nie był pewien, czy jestem istotą z krwi i kości, czy zaledwie jego pijackim zwidem. Podejrzewałem, że wolałby tę drugą ewentualność.

Usłyszałem szmer pod ścianą i szybko obróciłem głowę, tylko po to, by dostrzec węszącego szczura. Zdumiewające, że nie umknął, słysząc nasze głosy czy kiedy do pracowni wdarło się słoneczne światło. Trzeba przyznać, że szczury robiły się coraz bardziej bezczelne. Nawiasem mówiąc, przypominały w tym ludzi.

Spokojnie, wolno wyciągnąłem zza pazuchy nóż, zważyłem go w dłoni i cisnąłem.

– Ha! – zawołałem, gdyż udało mi się trafić szczura prosto w tłusty kałdun. Ostrze przybiło zwierzę do drewna.

Malarz podskoczył, jakby czubek noża wbił się w jego własne ciało, i pisnął w zupełnie niemęski sposób. Podszedłem do truchła, wyciągnąłem nóż i chwyciłem martwego szczura za cienki ogon.

– Patrzcie no, jak pasuje. – Uśmiechnąłem się, rzucając ścierwo na paterę ze zgniłymi owocami. – Namalujcie to, mówię wam... Martwa natura jak się patrzy.

– Zabierzcie to coś! – rozdarł się Neumann, na poły wściekły, na poły przerażony. – Zabierzcie!

Zamachał rękoma, potem wycofał się rakiem, najwyraźniej chcąc się znaleźć jak najdalej zarówno od martwego szczura, jak i ode mnie. Wzruszyłem ramionami, jednak posłusznie znowu chwyciłem truchło za ogon i cisnąłem na ulicę przez uchylone okno.

– Albo ją namalujcie. – Odwróciłem się i pokazałem palcem chrapiącą kobietę. – I nazwijcie obraz na przykład... „Odpoczynek portowej ladacznicy”.

– Czy wyście oszaleli?! – jego głos z dyszkantu przeszedł w niemal basowy pomruk. – Co wy mi tu za bzdury opowiadacie? Kto by chciał na obrazach oglądać kurwy? A poza tym to nie żadna ladacznica, tylko moja narzeczona – dodał wyniosłym i obrażonym tonem.

Później wgapił się we mnie, mrużąc oczy, najwyraźniej miał kiepski wzrok.

– A w ogóle, na świętą dupę Belzebuba, kim wy jesteście i co tu robicie?

– Mordimer Madderdin, inkwizytor – przedstawiłem się nie do końca zgodnie ze stanem rzeczywistym, gdyż Bogiem a prawdą oficjalnie nie otrzymałem jeszcze inkwizytorskiej nominacji. Ale przecież nikt nie będzie wnikał w podobne niuanse. Zresztą w duchu, sercu i umyśle czułem się już funkcjonariuszem Świętego Officjum, chociaż nie miałem podpisanych ostatnich dokumentów.

– Inkwizytor – powtórzył już bez złości i opadł na siedzenie. – Wiecie, z tym Belzebubem to tylko takie powiedzonko...

Wiedziałem, ponieważ różne powiedzonka zdobywały popularność w różnych częściach naszego kraju i w różnych środowiskach. Artyści przodowali w wymyślaniu coraz to nowych niedorzeczności, na przykład w zaklinaniu się na części ciała diabłów czy w wysławianiu niesamowitej męskości charakteryzującej jakoby szatańskie pomioty.

– Powiedzonko nie powiedzonko, niemniej grzech – stwierdziłem. – Widziałem już ludzi, którzy za mniejsze przewiny trafiali do naszych lochów.

Mimo półmroku panującego w izbie zauważyłem, że zrobiło mu się naprawdę nieswojo. Zbladł, a dłoń, którą sięgnął po kubek, najwyraźniej drżała.

– No co wy, no co wy, przecież wiecie... – wystękał jedynie.

– Ale nie w tej sprawie do was przyszedłem – oznajmiłem po chwili, kiedy już usłyszałem, jak zęby dzwonią mu o krawędź kubka. – I nie by was oskarżać, lecz uprzejmie prosić o pomoc.

– Dopraw-wdy? – zdołał wyjąkać.

– Malowaliście portret niejakiej Elżbiety Holz, bieliźnianej pani margrabiny, czyż nie?

– Elżbieta, Elżbieta... Nie wiem. Wiecie, naprawdę nie wiem, nie przywiązuję wagi do imion i nazwisk, zapamiętuję, wiecie, same twarze. Pokażcie mi portret, a przypomnę sobie nawet kogoś, kogo nie widziałem od wielu lat.

– Czego kłamiesz, szakalu? – z łóżka zazgrzytał głos narzeczonej Neumanna, która jak widać, właśnie się przebudziła.

Obróciłem się w jej stronę i zauważyłem, że półleży podparta na lewym łokciu i przygląda się nam. Miała podpuchnięte oczy, skołtunione włosy i wyraźne ślady po ugryzieniach na obwisłych piersiach.

– Jakie kłamię, jakie kłamię? – obruszył się malarz. – Idź spać, wywłoko!

– A kogo żeś ujeżdżał, ty kurwisynu, co? Miotłą ją musiałam wyganiać, ledwo suknie zdążyła zabrać...

– Ach! – Neumann z rozmachem klepnął się w czoło. – To to była Elżbieta Holz?! Patrzcie, patrzcie, a ja, wiecie, znałem ją po prostu jako Lizkę.

– Daj wina, szakalu – poprosiła narzeczona malarza zbolałym tonem. – Bo już nie wydolę, tak mnie suszy.

– „Znałem” – powtórzyłem. – Czemuż to, jeśli wolno wiedzieć, użyliście czasu przeszłego?

– C-co takiego? A bo nie widziałem jej od czasu, jak ta tutaj – ruszył podbródkiem, gdzie leżała narzeczona – mi ją przegnała z pracowni. Portretu nie dokończyłem...

– Portretu?! – wrzasnęła kobieta. – Jakiego portretu, ty ochlajmordo?! Cycki i dupę żeś jej malował, nie portret!

– Macie ten obraz?

– Gdzie tam – burknął. – Spaliła mi go, wywłoka. A stworzyłem takie piękne dzieło, wierzcie mi. Bo wiecie, kiedy Lizka wchodziła do pracowni, to miałeś wrażenie, jakbyś wpuścił do niej słoneczne światło – dodał nieoczekiwanie poważnie i z rozmarzeniem.

Cóż, jeśli słowa Neumanna o urodzie zamordowanej były prawdziwe, trzeba przyznać, że dokonał wyjątkowo niekorzystnej zamiany. Ale tak to czasem bywa, że kromka zakalcowatego chleba lepsza jest od pszennych bułeczek, jeśli dają ją za darmo i na każde życzenie.

– Wina – znowu jęknęła kobieta.

Opuściła stopy na podłogę, najwyraźniej usiłując wstać z sofy, lecz kiedy tylko podniosła się na moment, zaraz zad pociągnął ją z powrotem i klapnęła, rozkraczając nogi. Bez żenady podrapała się najpierw po sflaczałym brzuchu, a potem między udami. Odwróciłem wzrok, gdyż narzeczona Neumanna z całą pewnością nie była wcieleniem Wenus i nie przypominała w tym momencie bogini miłości wyłaniającej się z morskiej piany. Nigdy nie czułem sodomicznych zapędów, lecz przysięgam, że gdyby mnie już ostatecznie przycisnęła żądza, wolałbym spędzić upojne chwile ze schludnym młodzieńcem zamiast z tym potworem sprawiającym wrażenie, jakby niewprawna dłoń ulepiła go z rozłażącego się ciasta.

– Każcie jej się wynosić – poleciłem. – Mam z wami do pogadania.

– Wynosić?! – wrzasnęło monstrum z łóżka. – Jakie wynosić?! Póki ja tu płacę czynsz, nikt nie będzie kazał mi się wynosić. Wy sami fora ze dwora!

Śmiało zabrzmiały te słowa, zważywszy na fakt, że kierowano je do inkwizytora, jednak nie miałem zamiaru sprzeczać się lub przepychać z pijaną kurwą. Zresztą Neumann szybko podskoczył w moją stronę.

– Wybaczcie jej, wybaczcie – zamamrotał. – To pijana zdzira jedna, wstydu mi, wiecie, narobiła. Pozwólcie no, proszę, pogadamy sobie przed domem, może gdzieś na winko zajdziemy. – Spojrzał mi w oczy z przestrachem, lecz najwyraźniej bał się nie mnie, a swojej towarzyszki. Ciekawe, gdyż zwykle w towarzystwie inkwizytora ludzie nie lękają się już nikogo innego. Można powiedzieć, że jesteśmy kwintesencją ich bojaźni. Wręcz jej symbolem. A tu proszę bardzo, zostałem na głowę pobity przez skacowaną dziwkę.

– A więc wyjdźmy – zgodziłem się.

Jeszcze na schodach ścigały nas wrzaski kobiety, która na przemian a to groziła malarzowi, a to przyrzekała mu nadzwyczajne łaski, jeśli przyniesie jej butelkę wina.

– Naszczam na ciebie! – zaryczała w końcu, a ja zastanawiałem się, czy to groźba, czy raczej może obietnica nagrody. Wiadomo bowiem, iż ludzie wyczyniają różne rzeczy pod wpływem namiętności, a wszelakiego pokroju artyści są pierwsi, by lubować się w godnych pożałowania perwersjach, odstręczających porządnych obywateli.

Wyszliśmy na rozpaloną słońcem ulicę i Neumann aż się wzdrygnął, kiedy słońce poraziło go w oczy.

– Na kutafona Lucyfera, co za pogoda!

Potem zerknął na mnie szybko i już chciał się kajać, lecz nie dałem mu dojść do głosu.

– Mówcie sobie, co chcecie – zezwoliłem wyrozumiale. – Abym się od was dowiedział czegoś o Elżbiecie.

Obok zaturkotał rozpędzony wóz, zostawiając nas w chmurze dławiącego pyłu.

– Co za w rzyć chędożony! – zajęczał Neumann i zaczął wygrażać woźnicy. – Widzieliście, widzieliście? – zapiszczał, zwracając się do mnie. – O mało nas nie rozjechał! Zróbcie coś z tym, w końcu jesteście inkwizytorem!

Nawet nie chciało mi się skomentować tego żądania, więc chwyciłem malarza za ramię i pociągnąłem w spokojny, wąski zaułek. Domy skłaniały się ku sobie tak, że sąsiedzi z przeciwległych stron ulicy spokojnie mogliby sobie podać dłonie, jeśli wychyliliby się przez okna. Przynajmniej było tu trochę cienia, no i mogłem być pewien, że nie zakończę życia pod kołami wozu kierowanego przez kolejnego szalonego woźnicę.

– Opowiadajcie – rozkazałem.

Przysiedliśmy na schodkach przy jednym z domów. Obok siedziało kilkuletnie dziecko i przyglądało nam się z uwagą, ssąc palec.

– Co by tu tam... – zaczął. – Bo wiecie, tak na sucho trudno mi zebrać myśli...

– Interesuje mnie Elżbieta Holz, nie wasze pragnienie.

Westchnął rozdzierająco, po czym zastanawiał się chwilę.

– Młodziutka była i niedoświadczona, ale wiecie, pełna żaru – cmoknął z uznaniem. – A tak chętna do nauki jak kotka w rui. Aż piszczała do tych zabaw.

Rozmarzył się, lecz tylko na moment, bo zaraz potem machnął ręką i westchnął.

– Co z tego, skoro nawet nie zdążyłem jej porządnie wybatożyć...

– Wybatożyć? – powtórzyłem.

Zerknął na mnie skonfundowany.

– Nie, nie, nie w tym sensie, co sobie pomyśleliście – zastrzegł szybko. – Tym batogiem, co go, wiecie, noszę w portkach. – Klepnął się w przyrodzenie i uśmiechnął, obnażając popsute zęby.

Nie lubiłem Neumanna. Sam nie wiedziałem dokładnie dlaczego, jednak nie lubiłem. Może dlatego, że był artystą, a przecież dobrze wiedziałem, że artysta może być gruby, śmierdzący i głupi, a i tak młodziutkie, piękne dziewczęta aż przebierają nogami, by z nim pobaraszkować. Może pić i bić, a one i tak będą zabijały się, by zostać jego muzą. Tak widać został już stworzony świat i ludzkie charaktery... Może więc po prostu zazdrościłem Neumannowi lekkiego życia bez obowiązków, powinności, służbowej hierarchii. Niczym motyl... Spojrzałem na niego z ukosa. No cóż, akurat Neumann bardziej niż motyla przypominał szarą ćmę.

– Mówicie więc, że nie wiecie, co się z nią stało?

– Wystraszyła ją ta moja – burknął niezadowolony. – Nic to, może się jeszcze rzecz odwróci.

– Elżbieta nie żyje – powiedziałem. – Zamordowano ją.

– No co wy... – Rozdziawił gębę i potrząsnął głową. – Naprawdę czy tak tylko gadacie?

– Oprawca rozkawałkował ją niczym świniaka w rzeźni – rzekłem, przyglądając się uważnie malarzowi. – Nawet zdarł jej skórę z twarzy.

Ku mojemu zaskoczeniu Neumann przeżegnał się zamaszyście.

– Panie, świeć nad jej duszą – wymruczał i znowu potrząsnął głową. – Na gwoździe i ciernie, trzeba by się napić z tego smutku. Za pamięć Lizki – westchnął.

– Wypić zawsze można – zgodziłem się z nim.

– A wy co, szukacie mordercy? Ale zaraz... Przecież jesteście inkwizytorem, to niby dlaczego wy...

Wgapił się we mnie, a na jego twarzy odbił się prawdziwie bolesny proces myślenia.

– Margrabina poprosiła o pomoc mnie i mistrza Knottego ze Świętego Officjum – wyjaśniłem. – Elżbieta była jej służącą.

– Ano tak, ano tak. – Podrapał się po kilkudniowym zaroście, aż zachrzęściło. – Przecież nawet prosiłem ją, żeby rzuciła o mnie na dworze słówko tu i tam. Wiecie, jak jest. Talent talentem, a koneksje koneksjami. Nagrody wygrywają jedynie ci, co mają układy wśród sędziów. Poznasz się z takim, napijesz z nim jak trzeba, postawisz jedną, drugą kolejkę, powiesz, jaki jest zasłużony dla wspierania kultury. – Zaśmiał się chrapliwie. – I już się kanalia topi w twoich dłoniach jak wosk.

Akurat z tym twierdzeniem nie sposób było się nie zgodzić.

– Wiecie o niej coś jeszcze? Z kim się zadawała? Może miała zazdrosnego narzeczonego?

– A gdzie tam. Sam z niej zrobiłem kobietę. – Uśmiechnął się do wspomnień, jak widać, całkiem miłych. – A to w ogóle, wiecie, była dobra dziewczyna. Nie wiem, komu by tak mogła zaleźć za skórę, żeby mordować, i to takim sposobem, jak mówicie.

– Może kogoś wyśmiała? Odrzuciła? Nie mówiła wam o tym? Nie wspominała o jakimś mężczyźnie, który pragnął zyskać jej względy, a którego ona sama lekceważyła?

– Wiecie, myśmy w ogóle mało gadali...

No tak, podobnej odpowiedzi mogłem się spodziewać. Nadal więc nie wiedziałem, czy młodziutkiej bieliźnianej nie zamordował zawistny narzeczony lub odrzucony amant. Zresztą gdybym miał wybierać między tymi dwoma wariantami, wybrałbym właśnie drugi. Któż mógł zmasakrować dziewczynę z takim okrucieństwem i z taką wyraźną chęcią zniszczenia jej urody, jak nie wyśmiany, zlekceważony konkurent? A dziewczyny, nawet młode i niedoświadczone, potrafią przecież używać swych języków na podobieństwo brzytwy i takową brzytwą przerzynać nie tylko męskie serca, ale i męski honor. Może więc z podobnym wypadkiem mieliśmy do czynienia w tej chwili? Tak czy inaczej, ani ojciec, ani malarz nie okazali się szczególnie pomocni przy wyjaśnianiu sprawy.

– Opowiadała wam może o jakiejś przyjaciółce? – zaryzykowałem jeszcze jedno pytanie. – Słyszeliście o kimś, komu się zwierzała?

Neumann zamyślił się, potem pokręcił głową.

– Musicie wypytać na dworze – odparł. – Ja naprawdę nic nie wiem. Tyle z nią znajomości co chędożenia. No i trochę malowania, ale też ledwo zdążyłem szkic zrobić... Nie pomogę wam.

Wydawało mi się, że słyszę w głosie Neumanna prawdziwy żal, jednak nie zamierzałem wykreślać go z listy podejrzanych. Szczerze mówiąc, na razie na tej liście był punktem nie tylko pierwszym, lecz również jedynym.

– Dziękuję wam za pomoc. Jeśli coś mi jeszcze przyjdzie do głowy, odwiedzę was.

– A ten tam, może napijemy się po szklaneczce wina? – ożywił się. – Wiecie, ku pamięci biednej Lizki.

– Napijcie się za siebie i za mnie. – Skinąłem mu ręką i poszedłem, by podzielić się z mistrzem Albertem plonem dzisiejszych rozmów. A plon to był, niestety, co tu dużo gadać, nieszczególny.

Wieczorem zreferowałem mistrzowi Albertowi wszystko, czego zdołałem się dowiedzieć od ojca i od malarza. Knotte wydął usta.

– Niewiele z ciebie pożytku – mruknął niechętnie. – Ale może by przycisnąć tego pacykarza, co? Chociaż narzędzia mu pokazać, na ławie rozpiąć, hmmm...

Wiedziałem, że nie pyta mnie o zdanie, lecz zadaje pytania sam sobie, więc roztropnie postanowiłem się nie odzywać. Zwłaszcza iż widziałem, że dzisiejszego dnia sterowana przez niego łajba musiała żeglować po niezmierzonych wręcz oceanach trunków. Słowa wypowiadał zaskakująco wyraźnie, lecz kiedy wstał z fotela, musiałem skoczyć i go podtrzymać, gdyż inaczej niechybnie by się przewrócił jak długi. Rzecz jasna, nie podziękował mi, jedynie z nerwowym sapnięciem strącił moją dłoń ze swego ramienia. Przy okazji zionął na mnie tak intensywnym oparem wina, że myślałem, iż jeszcze moment, a sam się upiję.

– No nic, z tym zawsze zdążymy – zdecydował.

Pomyślałem, że Neumann nawet nie wie, jakie w tej chwili miał szczęście.

– Wolno mi zapytać, mistrzu – zacząłem grzecznie – czy uzyskał pan jakieś istotne informacje na dworze margrabiny?

– Wolno, czemu nie? – odparł beztroskim tonem Knotte. – Gęś z truflami czy kaczka w słodkim winie i rodzynkach, hmmm? – Spojrzał na mnie badawczo, a raczej chciał spojrzeć badawczo, gdyż nie bardzo potrafił skoncentrować wzrok na jednym punkcie.

Nie miałem do tej pory okazji jeść ani jednego dania, ani drugiego, więc zaproponowałem ostrożnie:

– Może i to, i to?

Mistrz Albert zaklaskał.

– Słuszna uwaga, Mordimerze! Po cóż sztucznie się ograniczać? Na pytanie brzmiące, czy napiłbyś się piwa, czy wina, należy zawsze odpowiadać: i gorzałki. Właśnie tak! Racjonalny punkt widzenia, mój chłopcze.

– Dziękuję, mistrzu.

– No tak. – Potarł palcami podbródek. – To idź i powiedz temu, co czeka w karczmie, że ma być i kaczka, i gęś, i jeszcze niech przygotują mi raki albo polewkę z żółwia, bo w końcu mamy post, a post należy uszanować.

– Tak jest. To w naszej karczmie, jeśli wolno spytać, tak dobrze karmią?

– A gdzie tam! Kazałem, żeby mi przynosili posiłki z kuchni margrabiny. Tutaj łajdak ma je tylko podgrzewać, żebym nie katował brzucha zimnym posiłkiem.

Rozpiął pas, opuścił spodnie i kucnął nad stojącą w kącie cynową miską. Wypróżnił się z wielkim hałasem, a niewiarygodny wręcz fetor rozszedł się po pokoju niczym sztormowa fala.

– Co do pytania, które zadałeś – odezwał się, kiedy już skończył – to nie miałem sposobności i czasu, by przeprowadzić stosowne śledztwo. Pozostawię je na razie twojej roztropności i mam nadzieję, że się nie rozczaruję.

– Na pewno nie, mistrzu – odpowiedziałem, starając się oddychać samymi ustami.

– Wybierzesz się jutro na dwór i pogadasz z kim trzeba. Margrabina przykazała, by wszyscy dworzanie służyli nam informacjami oraz pomocą, więc nikt nie ośmieli się odmówić rozmowy. Rozejrzyj się, pogadaj, posłuchaj, potem zdasz mi raport.

– Oczywiście, mistrzu.

Domyślałem się, że w czasie kiedy będę pracował na honorarium mistrza Knottego, on sam znajdzie sobie bardziej odpowiadające mu zajęcie. Na przykład zajmie się degustacją win lub jeszcze przyjemniejszą degustacją wdzięków miejscowych dziewek. A zapewne zarówno jednym, jak i drugim. W końcu miał co świętować, gdyż byłem pewien, że zdołał wytargować od margrabiny niezłą sumkę za nasze usługi.

Mistrz Albert dopiął pas i odetchnął z głębokim, nieskrywanym zadowoleniem.

– No, zrobiłem miejsce na tę gęś i kaczkę – uśmiechnął się.

Potem zerknął na misę.

– Bądź tak dobry, mój chłopcze, i wylej to na podwórze, a potem przynieś czystą, bo jeszcze pewnie będzie mi dzisiaj potrzebna.

Na koniuszku języka miałem oburzone stwierdzenie, że do obowiązków młodych inkwizytorów nie należy wynoszenie odchodów swoich przełożonych i mycie ich nocników. Ale zmilczałem, gdyż po pierwsze, nie byłem jeszcze inkwizytorem, a po drugie, Knotte mógł się postarać, bym nigdy nim nie został. Dlatego też uśmiechnąłem się, starając się, by ten uśmiech wypadł szczerze oraz naturalnie. Kiedy trzymałem już misę w rękach, mistrz Albert poklepał mnie po policzku. Zapewne uznałbym ten gest za miły, gdyby nie fakt, że tą samą dłonią wycierał sobie przed momentem tyłek.

Śledztwo, które przeprowadziłem na dworze naszej zleceniodawczyni, nie przyniosło żadnych istotnych informacji. Elżbietę, Lizkę, Elkę czy Elunię, bo różnie ją tam nazywali, wszyscy lubili, wszystkim się podobała, dla wszystkich była miła. A przy tym pracowita, porządna i sumienna. No wypisz, wymaluj ideał. Tylko jak przychodziło do bardziej szczegółowych pytań, okazywało się, że nikt jej bliżej nie znał, rozmowy ograniczały się do ploteczek o pracy i stwierdzeń: „Jakiż to piękny dzień dzisiaj mamy!” albo: „Paskudnie dziś pada, może jutro będzie lepiej?”. O tym, że pozowała Neumannowi, nikt nie słyszał, narzeczonego podobno nie miała, nóg podobno przed nikim nie rozkładała, trunków podobno nie piła. Taką na dworze zastałem kopalnię informacji, że pozostawało zakopać się w niej i wyć. W dodatku nie odniosłem wrażenia, iż ktokolwiek stara się przede mną cokolwiek ukrywać, że morderstwo Elżbiety jest spowite jakowąś nieprzeniknioną mgłą tajemnicy, jest sekretem znanym wszystkim przesłuchiwanym, ale niedostępnym dla ludzi z zewnątrz. Dworzan w większości przypadków szczerze zmartwiła śmierć dziewczyny, lecz nie byli w stanie wiele o niej powiedzieć. I tyle.

– Skoro była ładna, porządna i miała miły charakter, czemu nikt się o nią nie starał? – zadałem pytanie ochmistrzyni, która wyglądała na rozsądną kobietę.

– Sama się nad tym zastanawiałam – odparła. – Bo jak jest, tak jest, różni ci mężczyźni są. Jedni jak zwierzaki, aby tylko dopaść nas, niewinne, i upolować, drudzy niby chcą się żenić i przychodzą z ładnymi słowami i narzeczeńskim gościńcem...

– A do niej ani tacy, ani tacy – poddałem.

– No właśnie – przyznała i splotła na podołku pulchne dłonie. – Coś w niej było, co trzymało z dala – powiedziała wolno, jakby dziwiąc się własnym słowom. – Bo ci, co szukali grzesznej rozrywki, wiedzieli, że to nie taka dziewczyna, a ci, co chcieliby ją może do ołtarza, to nie mieli ośmielenia. Że taka piękność i w ogólności...

Pokiwałem głową ze zrozumieniem, gdyż sam niegdyś spotkałem dziewczynę, jedną z pięciu sióstr, która w przypływie szczerości powiedziała mi: „Co z tego, że jestem najładniejsza i najbystrzejsza, skoro mężczyźni się boją, że jestem dla nich za dobra, że ich odrzucę...”. Tak, tak, oto piekło pięknych i mądrych kobiet, będące jednocześnie marzeniem głupich i brzydkich. I jak tu ludziom dogodzić?

Na dworze margrabiny nieoczekiwanie natknąłem się na mistrza Alberta. Siedział w izbie czeladnej roześmiany, spocony i niemal w trupa pijany. Zacinając się, opowiadał jakąś anegdotkę i sam chichotał w momentach, które wydawały mu się najbardziej zabawne. Poza tym usilnie starał się podszczypywać pewną jasnowłosą dziewuszkę, a ta uciekała z piskiem, lecz zdaje się, że nie była aż tak bardzo obojętna na te karesy.

– I właśnie za to pani margrabina płaci – syknął mi zza ramienia Leghorn. – Wstyd! I wam powinno być wstyd, że macie takiego głupca i opoja za towarzysza.

– Ściślej mówiąc, za przełożonego – odparłem. – Więc rozumiecie, że w związku z tym stanowczo zaprotestuję przeciwko wypowiadanym przez was kalumniom.

– A protestujcie sobie, protestujcie – burknął lekceważąco, zwłaszcza iż musiał usłyszeć, że mój ton nie był nazbyt surowy. – Powiedzcie lepiej: doszliście do czegoś?

– Zbieram informacje – odpowiedziałem oględnie.

Zmarszczył brwi.

– Pani margrabina nie będzie zadowolona z takiej odpowiedzi.

– Panie Leghorn, przecież pracujemy nad tą sprawą dopiero drugi dzień – rzekłem pojednawczo. – Nie jesteśmy cudotwórcami, nie można się po nas spodziewać natychmiastowych efektów. Są śledztwa, które ciągną się tygodniami, miesiącami, ba, latami, zanim znajdą satysfakcjonujący finał. Lub nawet nigdy go nie znajdują...

Spojrzał na mnie surowym wzrokiem, potem wystudiowanym gestem przygładził sobie długie włosy, cały czas przypatrując mi się spode łba.

– Wiecie co, inkwizytorze, dla waszego dobra radzę wam, byście nigdy nie używali podobnego argumentu, jeśli kiedykolwiek będziecie mieć szczęście rozmawiać z margrabiną. Zaręczam wam, że nie chcielibyście zobaczyć jej napadu furii.

Pomyślałem, że pewnie ma rację, więc skinąłem głową.

– Zastosuję się do waszej uprzejmej rady.

Trzy dni po zabójstwie Elżbiety Holz znaleziono następnego trupa. Kolejną dziewczynę. I tak samo jak w przypadku Elżbiety, morderca zostawił po sobie zmasakrowane ciało, obryzgane krwią ściany oraz pęta flaków rozwłóczone na podłodze.

– A może to jednak jakiś kultysta? – zamyślił się Knotte.

Przywlókł się na miejsce zbrodni dopiero kilka godzin po mnie, ponieważ odsypiał wesołą noc. O świcie słyszałem, jak wtaczał się do karczmy, zresztą nic dziwnego, musieli go słyszeć chyba wszyscy mieszkańcy dzielnicy. Teraz tępo wpatrywał się w szczątki dziewczyny.

– Może zabijając, oddaje hołd mrocznym bóstwom? Może zabiera... – Z wysiłkiem pstryknął palcami. – Właśnie, Mordi, miałeś sprawdzić, czy zabiera jakieś części ciała. No co tam z tym?

– Nie, mistrzu. Z tego, co zdołałem się zorientować, niczego nie brakowało.

Skrzywił się, gdyż moja odpowiedź najwyraźniej nie pasowała do koncepcji, która właśnie zrodziła się w jego umyśle.

– Nic? Oczu? Serca? Wątroby? Może oderżnął i zabrał kończyny?

Niestety, sprawdziłem wszystko bardzo dokładnie, co, wierzcie mi, nie było zajęciem przyjemnym, zważywszy na stan, w jakim znajdowały się zwłoki.

– Nie, mistrzu – powtórzyłem. – On tylko brutalnie morduje. Nic poza tym.

– A krew? – ożywił się Knotte. – Może potrzebna mu ich krew?

– Nie sądzę – westchnąłem. – Zważywszy na to, ile jest jej wszędzie.

– No tak, no tak. – Potarł usta palcem wskazującym, wyraźnie niezadowolony. – A ślady wokół?

Wiedziałem, co miał na myśli. Gdyby dziewczyny poświęcano w demonicznej ofierze, powinniśmy znaleźć pogańskie czy heretyckie symbole wyrysowane na podłodze lub ścianach, może jakieś świece, jakieś posążki, jakieś wizerunki. No cokolwiek. Tymczasem pokoje, w których zamordowano dziewczyny, wyglądały najzwyczajniej w świecie. A może raczej ujmijmy to tak: wyglądałyby najzwyczajniej w świecie, gdyby nie mnóstwo krwi oraz zmasakrowane zwłoki. Poza tym Knotte był doświadczonym inkwizytorem. Mógł sobie być pijakiem, obżartuchem i dziwkarzem, lecz potrafił, tak jak wszyscy inkwizytorzy, wyczuwać obecność mrocznych sił. Gdyby w miejscach morderstw uprawiano czarną magię, z całą pewnością nie umknęłoby to jego uwadze. Ośmielałem się sądzić, że nie umknęłoby również mojej, chociaż, rzecz jasna, potężni czarnoksiężnicy potrafili zamaskować się przed czujnym wzrokiem nawet najbardziej bystrych funkcjonariuszy Świętego Officjum. Tu jednak mieliśmy do czynienia nie z czarownikiem lub wiedźmą, a ze zwyczajnym zbirem, któremu radość sprawiało obserwowanie, jak życie wycieka z jego ofiar w fontannach krwi, spazmach, krzyku i przerażeniu.

– Niedobrze – podsumował Knotte i przetarł dłonią zszarzałą z niewyspania twarz. – Bardzo niedobrze. Ta suka będzie wściekła.

Domyśliłem się, że mówi w ten sposób o naszej chlebodawczyni, margrabinie von Sauer.

– Przecież nie sądziła chyba, że odnajdzie... – zawahałem się ledwo dostrzegalnie, gdyż najpierw chciałem powiedzieć „odnajdziemy” – ...cie mordercę następnego dnia. Rzecz wymaga czasu.

Mistrz nie skomentował moich słów, w zamian za to postąpił krok do przodu i nachylił się nad zmiażdżoną głową dziewczyny.

– Kim jest ta tutaj?

Oczywiście zdążyłem sprawdzić, jak nazywała się i co robiła zabita. Wiedziałem, że Knottemu nie spodoba się moja odpowiedź.

– Katarzyna Kassel, mistrzu. Jedna ze szwaczek na dworze pani margrabiny.

– Jezusie najsroższy! – westchnął Knotte. – A to się babsko ucieszy.

– Młoda i ponoć bardzo ładna – dodałem. – Zupełnie jak Holzówna.

– Że też nie mógł sobie pochędożyć dziewki jak zwyczajny człowiek – warknął Knotte. – Choćby i siłą zabrać, co chciał i co z męskiej natury mu się należy... Musiał mi tyle kłopotów narobić... Bydlak!

W głosie mistrza Alberta zabrzmiało takie rozżalenie, że z trudem udało mi się pohamować uśmiech. Cóż, najwyraźniej miał knottocentryczne spojrzenie na świat i wszystko rozpatrywał w kategorii własnych korzyści lub piętrzących mu się pod stopami niewygód. Morderca oraz zamordowana byli tymi właśnie przeszkodami. Gdyby nie oni, mógłby zainkasować w spokoju ducha sumę, którą wytargował od margrabiny, i wrócić do Koblencji.

Posapywał jeszcze przez chwilę rozdrażniony, aż w końcu obrócił na mnie spojrzenie przekrwionych oczu.

– Co tu jeszcze robisz, Mordi?

– Czekam na rozkazy, mistrzu Albercie – odpowiedziałem pospiesznie.

– Rozkazy – powtórzył takim tonem, jakby było to słowo nader nieprzyzwoite, które należy wypowiadać ze stosownym obrzydzeniem. – Kiedy będziesz szedł do wychodka, też mam ci dawać rozkazy, jak masz zdejmować portki?

Zmilczałem i pochyliłem głowę.

– Wypytaj sąsiadów, czy czegoś nie widzieli albo nie słyszeli. Wypytaj o nią. Z kim się zadawała, czy ma rodzinę, męża, narzeczonego, czy ktoś ją, na gwoździe i ciernie, chędożył, a jeśli tak, to kto?! Raz-dwa, Mordi! – Utopił we mnie złe spojrzenie. – Bardzo mnie dzisiaj rozczarowałeś, chłopaku.

Po raz kolejny miałem ochotę przywalić kułakiem w tę zapuchłą, naburmuszoną mordę. Wyrażając tym uczynkiem zarówno moje estetyczne obrzydzenie dla stanu, do jakiego się mistrz Albert doprowadzał, jak i czysto prywatną nienawiść, którą budziły jego niesłuszne oskarżenia. Zwłaszcza że przecież pomyślałem, by przeprowadzić śledztwo wśród sąsiadów. Powiedziałem o tym Knottemu. Rzecz jasna, o śledztwie, nie o chęci rozprawienia się z nim samym.

– No tak, nic nie widzieli i nic nie słyszeli, jak zwykle – burknął. – A co to w ogóle za dziura? – dodał, mając na myśli budę, w której znaleziono dziewczynę.

– Ktoś ją wynajmował na mały skład, jednak nie płacił czynszu i właściciel zamknął wszystko na cztery spusty.

– Co to za człowiek?

– Ma tu jeszcze dom niedaleko, też go wynajmuje. Taka najtańsza, zapuszczona czynszówka. Właściciel, kiedy się dowiedział o wszystkim, tak się przeraził, że mało nie narobił w portki.

– Każ straży, żeby go aresztowała – zdecydował Knotte po namyśle.

– Ale...

– Czy ja wydałem ci rozkaz, chłopcze, czy prosiłem o komentarz?

– Wydał pan rozkaz, mistrzu – odparłem ponuro.

Knotte odetchnął głębiej, a jego twarz nieco się rozluźniła.

– Kogoś musimy aresztować, Mordi – rzekł zmęczonym tonem. – Najwyższy już na to czas. Przesłuchaj go potem w lochu, ale nie torturuj. Na razie...

– Tak jest.

– Gdzie ta dziewczyna mieszkała?

– W pałacu. Dostała wolne dwa dni, żeby spotkać się z rodziną. Leghorn mi to powiedział.

– Spotkała się?

– Tego jeszcze nie wiem, mistrzu. Czekałem tu na was i...

Knotte zbliżył się do mnie niezwykle szybko jak na swoją tuszę. Ująwszy za podbródek twardymi palcami, nachylił się nade mną tak, że poczułem jego zgniły oddech.

– Z ciebie to będzie taki inkwizytor jak z koziego kutafona baletnica – warknął. – Dymaj, chłopaku, i dopytaj się o wszystko, bo ciupasem odeślę cię do Koblencji. – Zmrużył przekrwione oczy. – Ze stosowną opinią – dodał.

– Oczywiście, mistrzu. Proszę mi wybaczyć.

Niemal w tym samym momencie pojawił się blady Leghorn, który godzinę temu zdążył już się porzygać na progu, a potem natychmiast pobiegł do pałacu, by donieść swej chlebodawczyni o ostatnich wydarzeniach. Teraz stanął w taki sposób, by nie patrzeć na zwłoki, a do nosa przyciskał uperfumowaną chusteczkę.

– Margrabina pana zaprasza, panie Knotte – obwieścił tonem, który nawet przy dużej dozie dobrej woli trudno było uznać za grzeczny.

– Oczywiście – odparł mistrz Albert. – Jakżeby inaczej.

Położył mi na ramieniu ciężką dłoń.

– Załatw tu wszystko jak trzeba, Mordimerze – przykazał, a potem się odwrócił.

Wyszedł, szurając butami, a kołysał przy tym zadem niczym zdychający ze starości niedźwiedź.

– Czy możemy stąd wyjść? Na słówko? – spytał dworzanin margrabiny, kiedy ucichły już kroki mistrza Alberta.

– Czemu nie...

Opuściliśmy śmierdzącą krwią budę i odeszliśmy w cień rzucany przez ścianę kamienicy. Leghorn wyjął zza pazuchy manierkę i pociągnął z niej solidny łyk. Odetchnął głęboko.

– Jak wy możecie tak tam siedzieć i patrzeć... I ten odór... – wzdrygnął się.

– Kwestia przyzwyczajenia – odparłem.

– No jak to? – Otworzył szeroko oczy. – Dużo takich spraw widzieliście?

– Uczestniczyłem w przesłuchaniach. – Wzruszyłem ramionami. – I wierzcie mi, że to jeszcze gorsze, gdyż macie do czynienia z żywym, cierpiącym człowiekiem, a nie z trupem jak tutaj.

– Mówicie tak, jakbyście współczuli tym, których badacie. – Otworzył oczy jeszcze szerzej.

– Mam nienawidzić grzech, nie grzesznika – wyjaśniłem spokojnie. – A powiedzcie, któż jest bardziej godny litości, jak nie człowiek, który zboczył ze ścieżki Pańskiej?

– Coś takiego – zdziwił się.

– Nie mówmy jednak o mnie, powiedzcie lepiej, czy znaliście tę dziewczynę?

– W pałacu jest tyle służby, że można się pogubić, próbując zapamiętać twarze czy imiona – rzekł. – Ale ją i owszem, pamiętam. Niedawno pani margrabina rozmawiała z nią przy mnie o jakiejś sukni. No, łajała bardziej, niż rozmawiała, bo dziewka coś zepsuła. Aż się popłakała.

Zrozumiałem, chyba słusznie, że popłakała się Katarzyna Kassel, nie margrabina von Sauer.

– Słyszałem, że była ładna i młoda? Prawda to?

Przymrużył oczy, jakby próbował wywołać pod powiekami obraz z przeszłości.

– Z tego, co pamiętam, tak – odpowiedział w końcu. – Chcecie jednak wiedzieć coś bliżej, wypytajcie inne szwaczki. Ja mógłbym wam poopowiadać o pannach z fraucymeru. – Uśmiechnął się. – Co tam mogę wiedzieć o dziewuchach ze szwalni?

– Oczywiście – odparłem.

– Co teraz zamierzacie, jeśli wolno wiedzieć?

– Wydam rozkaz aresztowania właściciela tej rudery, potem go przesłucham.

– Ach! To znaczy, że wreszcie macie podejrzanego?

– Być może.

Oczywiście ten człowieczek był w takim samym stopniu podejrzany co wszyscy obywatele miasta. Może nawet mniej, gdyż miał na karku co najmniej sześćdziesiątkę, nie sięgał mi do ramienia i z wyglądu przypominał żywiącego się korzonkami eremitę. Jakim cudem ktoś o podobnej posturze miałby poradzić sobie z młodymi, silnymi dziewczynami? Jednak mistrz Knotte kogoś chciał i musiał aresztować, więc los padł na tego właśnie nieszczęśnika.

– Wiesz, co to babsko śmiało mi powiedzieć?! – grzmiał Knotte.

Jego policzki pokryły się krwistymi plamami, a ja pomyślałem, że wygląda tak, jakby miał go zaraz na miejscu szlag trafić. Nie żebym miał coś przeciwko podobnemu obrotowi spraw...

– Powiedziała, bym nie ośmielił się aresztować niewinnego, wmówić jej, że to Rzeźnik, i ulotnić się z honorarium. Co za parszywa wiedźma!

– Rzeźnik? Tak go nazwali?

Knotte dyszał ciężko przez chwilę, a purpura powoli odpływała z jego spuchniętej twarzy.

– Ano Rzeźnik – odpowiedział niemal już spokojnie. – W sumie trafnie. Ale żeby tak potraktować mnie, inkwizytora!

Założyłbym się, że mistrz Albert myślał o podobnym rozwiązaniu problemu, na wypadek gdyby sprawy się skomplikowały. Jednak, jak widać, margrabina von Sauer nie była w ciemię bita. Zaczynałem ją szczerze lubić. Zresztą ja to polubiłbym nawet wesz, aby tylko żarła Knottego ile wlezie.

– Myślałem, że załatwimy sprawę jak trzeba, raz-dwa, ale... – urwał na moment i obrócił wzrok na mnie. Jego oczy się zwęziły, a ja domyślałem się, co nastąpi dalej. – Skoro nie mam pomocy od najbliższego współpracownika, jak to ma wyglądać, co?! Obijasz się, łobuzie, od rana do wieczora, a ja zbieram za ciebie obelgi od takiej suki.

Zastanawiałem się, czy sam wierzy w to, co mówi, czy też poprawia sobie jedynie humor, znajdując kozła ofiarnego. Knotte był wyższy ode mnie i cięższy o co najmniej pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt funtów. Ale mogłem się założyć, że skopałbym mu zadek, zanim najbardziej wymowny księżulo zdołałby odmówić zdrowaśkę. Tyle że potem nie miałbym czego szukać w Akademii Inkwizytorium. Musiałem więc zagryźć zęby i położyć uszy po sobie.

– Bardzo mi przykro, mistrzu Albercie, że macie ze mnie tak mało pociechy. – Spuściłem głowę.

– Jesteś leniwy, chłopcze. Leniwy, tępy i bez inicjatywy – mówił, wyraźnie akcentując pojedyncze słowa, tak jakby każde z nich miało być sztychem wbijanym prosto w moje serce.

– Postaram się, mistrzu. Naprawdę się postaram.

Prychnął pogardliwie i machnął dłonią.

– Ze świni orła nie zrobisz.

Odwrócił się ode mnie.

– Idź do karczmarza, niech mi tu zaraz podeśle jakieś dwie dzieweczki i kilka flach – rozkazał. – Człowiek trochę się porusza, to chociaż złe fluidy wypoci.

– Oczywiście.

– Tylko mają być ładne i młode – przykazał.

– Sam tego dopilnuję.

– No! Nadaj się w końcu na coś, nicponiu.

Nieco już rozchmurzony wytargał mnie przyjaźnie za ucho, a potem wypchnął za próg.