99 osób interesuje się tą książką

Opis

Życie warto poświęcać tylko dla Boga. Bo kiedy Bóg woła, to odpowiadam: "jestem!", nie zważając czy wzywa mnie dla chwały czy dla męczeństwa.

Inkwizytor walczy z pogaństwem i herezją na barbarzyńskiej Rusi!

Ludzie chcący wykorzystać Mordimera Madderdina są zbyt liczni i bezwzględni, by inkwizytor nawet przez chwilę czuł się bezpiecznie. W jaki sposób zakończą się sprawy na Rusi? Kto wróci z tarczą, a kogo zaniosą na tarczy? Czy wrogowie zamienią się w przyjaciół, a przyjaciele we wrogów? Co okaże się silniejsze: miłość czy śmierć?

Umierają idee i marzenia, umierają wrogowie i przyjaciele. Ci którzy przeżyli, żałują że również nie umarli. A w ostatecznym efekcie, w tej wszechogarniającej pustce, pozostaje miłość do Boga i wierność Świętemu Officjum. To one wypełniają serce na tyle, by chciało jeszcze bić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 463

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Cykl Świat inkwizytorów

Płomień i krzyż – tom 1Płomień i krzyż – tom 2Płomień i krzyż – tom 3

Cykl Ja, inkwizytor

Ja, inkwizytor. Wieże do niebaJa, inkwizytor. Dotyk złaJa, inkwizytor. Bicz BożyJa, inkwizytor. Głód i pragnienieJa, inkwizytor. Przeklęte krainyJa, inkwizytor. Przeklęte kobietyJa, inkwizytor. Kościany GaleonJa, inkwizytor. Sługa BożyJa, inkwizytor. Młot na czarowniceJa, inkwizytor. Miecz AniołówJa, inkwizytor. Łowcy dusz

Rozdział pierwszyW obronie domu

Księżna Ludmiła tego dnia w ogóle nie wyglądała jak księżna. Była ubrana w stare futro z postrzępionym kołnierzem, miała suknię uwalaną po kolana w błocie i włosy spięte w niedbałą koronę wokół głowy. Wrzeszczała na kogoś tak głośno i z taką wściekłością, że aż zmieniłem kierunek marszu, by podejrzeć, o co chodzi, gdyż większość tego, co działo się na podworcu, zasłaniała mi ściana. Podszedłem kilka kroków i zaraz zobaczyłem trzech mężczyzn klęczących w błocie i pochylonych tak nisko, że ich skołtunione brody również nurzały się w błotnistej brei. Księżna stała nad nimi z rękami podpartymi na biodrach i przeklinała ich w sposób naprawdę plugawy. To akurat świetnie rozumiałem, bo na Rusi czego jak czego, ale przekleństw cudzoziemiec uczy się najszybciej ze wszystkiego. Poza tym dzięki wrodzonym zdolnościom oraz bystrości umysłu w dużej mierze opanowałem już ten barbarzyński język, pełen miękkiego szeleszczenia, tak jakby słowa wymawiał człowiek z gębą wypchaną mokrymi liśćmi. Ale przyznam też, że chociaż w męskich ustach mowa ta brzmiała raczej groteskowo, tak w kobiecych, a zwłaszcza w ustach mojej Nataszy, ruski język nabierał zdumiewająco czułej miękkości oraz wdzięcznego powabu i przypominał raczej ptasie świergotanie. No ale teraz i tutaj, słuchając przekleństw księżnej, o żadnym świergotaniu, rzecz jasna, mowy nie było. Nie wiedziałem, czym narazili się Ludmile owi nieszczęśnicy, a z szybko i wściekle wypowiadanych zdań nie zdołałem wyłapać niczego poza wyzwiskami. Dostrzegłem, że w jednej z wnęk stoi Andrzej, zaufany dworzanin księżnej, ktoś, kogo mimo młodego wieku mogłem przez długi czas nazywać moim ruskim cicerone. Andrzej obserwował z zainteresowaniem rozgrywającą się scenę, a na jego twarzy wykwitł złośliwy uśmieszek. Zbliżyłem się do niego szybkim krokiem.

– Co się dzieje? – zapytałem po łacinie.

– Mówcie po naszemu, bo nawet całkiem dobrze wam idzie – napomniał mnie. – Ale trzeba stale ćwiczyć, bo na kogo później miłościwa pani będzie zła, że kaleczycie słowa?

– Что здесь происходит? – spytałem już zgodnie z jego życzeniem.

– To dwaj stryjowie i starszy brat buntownika – wyjaśnił, nie odwracając wzroku od rozgrywającej się na dziedzińcu sceny.

– Jakiego znowu buntownika?

– A rozbójnik taki. Napadł na wielki transport futer, obrabował też kupców z Nowogrodu jadących do nas. Księżna właśnie otrzymała wieści. Źle się dzieje... – Pokręcił głową z niezadowoloną miną.

Handel futrami i skórami stanowił jedno z podstawowych źródeł zysków Nowogrodu, a przez zależne od niego Księstwo Peczorskie, będące od niemal roku miejscem mojego nieszczęsnego wygnania i równie nieszczęsnej wegetacji, przechodziły szlaki handlowe prowadzące hen aż za Kamienie. Kamienie były górami ciągnącymi się na tysiące mil z północy na południe i oddzielającymi Europę od azjatyckiej barbarii. To za ich szerokimi, choć niezbyt wysokimi pasmami leżała rozległa, rzadko zamieszkana i diablo bogata Jugra. Od czasów kiedy rządziła Ludmiła, udało się zaprowadzić pokój na tych ziemiach i kupcy oraz łowcy cieszyli się w Jugrze względnym bezpieczeństwem. A przynajmniej mieli większą niż kiedyś szansę, że nie zostaną naszpikowani strzałami przez świetnie znających wszystkie ścieżki wojowniczych tubylców. Zamiast wojny rządził handel i każdy, kto przeszkadzał w owym handlu, każdy, kto podniósł rękę na kupców, ba, każdy, kto nie płacił podatków lub ośmielał się handlować bez wielkoksiążęcego zezwolenia, stawał się natychmiast wrogiem państwa. I jako taki był ścigany z pełną bezwzględnością i karany bez najmniejszej litości. Pamiętałem jeszcze zeszłoroczny spacer z Nataszą, kiedy to natknęliśmy się pod peczorskim lasem na ludzi zakopanych żywcem i skazanych w ten sposób na bolesną, powolną śmierć. Taka to była właśnie kara dla tych, którzy bez książęcego pozwolenia eksplorowali Jugrę czy handlowali z jej mieszkańcami. Podobne nieprzyjemności spotykały kupców podejmujących próby ominięcia podatków.

– Oni co? Wspólnicy? – zapytałem.

– Gdzie tam! – Machnął ręką. – Dawno z nim byli pokłóceni, dałbym sobie głowę uciąć, że nawet nie wiedzieli, gdzie ta kanalia jest i co wyprawia czy co zamierza.

– Co księżna z nimi w takim razie zrobi?

Dworzanin wzruszył ramionami.

– Jaśnie pani wie, że to nie są jego przyjaciele. Ale będą musieli udowodnić swoją przydatność i wierność. Bardziej niż ktokolwiek inny.

– W jaki sposób?

– Publicznie go wykląć i wyrzucić z rodu, to po pierwsze. – Wystawił kciuk. – A po drugie... – Wysunął palec wskazujący. – Wyłożyć dużą sumę na żołnierzy, którzy ruszą, by stłumić tę rebelię.

Skinąłem głową.

– A więc inne rodziny będą tym bardziej pilnować, co robią ich członkowie, nawet jak nie są z nimi w bliskich stosunkach – zauważyłem.

– Otóż to. Księżna twierdzi, że to ich wina, iż nie dopilnowali młodszego krewniaka. Zauważcie jedno: nie ma tu jego młodszego brata, bo wzywać go za winy brata starszego uznano by za niezgodną z obyczajem niesprawiedliwość.

– Rozumiem.

Stojący obok księżnej żołnierz podał jej nahajkę z zasupłanymi rzemieniami z końskiej skóry. Ludmiła, nie przerywając gniewnej, pełnej wyzwisk i przekleństw tyrady, zaczęła chłostać klęczących u jej stóp mężczyzn. Ci nawet się nie przesunęli, tylko ukryli twarze w błocie i osłonili głowy przedramionami. Księżna tłukła bez opamiętania, ale pomimo iż zadawała gwałtowne ciosy, zauważyłem jedno: uderzenia były mocne, dobrze mierzone i bite z impetem, bo zza ramienia. Na pierwszy rzut oka widać było, że Ludmiła ma pewną rękę i raczej nie zmęczy się szybko. Również dostrzegłem, iż żadnego z klęczących nie wyróżniała i każdemu obrywało się mniej więcej po równo. Pytanie oczywiście, na ile mogła wyrządzić tymi smagnięciami krzywdę ludziom grubo ubranym i dodatkowo zasłaniającym się rękami. Podejrzewałem, że trochę siniaków z tego będzie, ale wielkich szkód krewni buntownika raczej nie zaznają. Zdaje się, że prawdziwa odpłata za ich rodzinną niedbałość miała nadejść dopiero z chwilą, kiedy Ludmiła sięgnie pełną garścią do ich skarbców.

Księżna przerwała na chwilę chłostanie. Korona jej włosów rozpadła się, a wiatr rozwiał kosmyki na wszystkie strony. Czerwona, zdyszana, z twarzą skrzywioną gniewem i z batem w ręku wyglądała niczym uosobienie jakiejś ruskiej Furii, która doścignęła wreszcie poszukiwanych grzeszników i wywiera na nich słuszną pomstę. Zaczerpnęła głęboko tchu i zaczęła mówić coś uroczystym głosem. Spojrzałem pytająco w stronę Andrzeja, bo chociaż tym razem księżna przemawiała wolno i z namaszczeniem, to i tak rozumiałem piąte przez dziesiąte.

– Albowiem rządzący są postrachem nie dla uczynku dobrego, lecz dla złego – przetłumaczył. – Władza jest bowiem sługą Bożym i mścicielem dla wywarcia srogiego gniewu na dopuszczającym się zła.

– Słusznie – przytaknąłem. – I ja znam ten cytat.

Księżna skinęła dłonią na jednego z żołnierzy, a ten ujął w ręce kij i zaszedł klęczących mężczyzn od tyłu. Drąg był całkiem solidny. Długi na cztery stopy, gruby na trzy palce i spęczniały na końcu.

– Teraz im się trochę oberwie – zauważył z rozbawieniem Andrzej.

Żołnierz rzeczywiście wyglądał na mocnego. Był wyższy ode mnie, a w barach na tyle szeroki, że i ja, i Andrzej moglibyśmy się razem wtulić w jego pierś, gdybyśmy tylko mieli podobnie zdumiewające życzenie.

– A i tak mają szczęście – dodał mój towarzysz. – Bo powiem wam, że prawdziwie winnych to przepuszcza się u nas nago przez szpaler żołnierzy uzbrojonych w kije. I tłuką ich tak długo, póki ciało nie odpadnie od kości.

Cóż, w Cesarstwie również słyszeliśmy o podobnych praktykach. A jeśli dobrze pamiętałem, to zachłostanie na śmierć przez współtowarzyszy stosowano również w rzymskich legionach i uważano za karę raczej powszednią niż oryginalną. Ferowano ją za tchórzostwo na polu bitwy, niesubordynację, również za przestępstwa wobec kompanów z oddziału. Na pewno ci, którzy tłukli towarzysza na śmierć, wiele się sami przy tym uczyli i wychodzili z podobnej ceremonii z jedną myślą: iż nigdy nie będą chcieli znaleźć się pomiędzy szpalerem legionistów uzbrojonych w pałki. Tak, tak, edukacja to potęga, mili moi...

Żołnierz zamachnął się znad głowy i wymierzył tęgie uderzenie jednemu z klęczących mężczyzn.

– Uhuhu – skrzywiłem się. – To musiało zaboleć nawet przez futro.

– O, ja myślę, że zabolało – zgodził się ze mną rozbawiony Andrzej.

Ostatni z klęczących mężczyzn podniósł głowę, jednak nie na tyle, by zostało to uznane za bezczelność, a jedynie by unieść usta znad błotnej kałuży. Widzieliśmy, że coś mówi, ale nie słyszeliśmy co.

– Prosi o łaskę i obiecuje wsparcie – wyjaśnił mój towarzysz.

Byłem jednak pewien, że również wcale nie słyszał wypowiadanych słów, lecz po prostu wiedział, co w takiej sytuacji każe robić obyczaj. Księżna dała znak żołnierzowi i ten postąpił krok w bok, stając nad środkowym ze skazańców.

– O, widzicie, propozycja na razie nie została przyjęta – zaśmiał się Andrzej. – Negocjacje potrwają dłużej...

Żołnierz grzmotnął kolejnego z mężczyzn tak, że aż jęknęło.

– Wiedzą, że księżna nie chce zrobić im krzywdy, bo gdyby chciała, to kazałaby im zdjąć futra – tłumaczył dalej Andrzej. – Tylko widzicie, jeśli bardzo ją rozsierdzą, to każe pierwszego i najmniej ważnego rozebrać, zanurzyć w lodowatej studni i potem dobrze wytłuc kijami. Wtedy dwóch pozostałych łatwo już zgodzi się zrobić, co księżna zechce...

– Ja myślę – odparłem.

– Ale nikt na razie nie życzy sobie, by doszło do aż takich nieprzyjemności – machnął ręką mój towarzysz. – Księżna doskonale wie, że jest taka kara, która wzbudza szacunek zarówno u ukaranych, jak i u obserwujących, ale jest i taka, która wywołuje tylko nienawiść. Rozumny władca zna granicę pomiędzy tymi karami i stara się jej nie przekraczać...

Tak, to była prawda. Ta zasada obowiązywała również, rzecz jasna, uczciwszy pewne różnice, w naszym błogosławionym Cesarstwie.

– Dlatego uważamy Moskwiczan za barbarzyńców – dodał. – Bo moskiewski Iwan nie szanuje ani prawa, ani obyczajów i sroży się nad ludzkie rozumienie, jedynie dla własnej przyjemności...

Cóż, i na takie kreatury można było się natknąć w Cesarstwie. Bo chociaż prawo mieliśmy powszechne, to tak jak na całym świecie: silne i surowe było ono dla biednych i słabych, a łaskawe dla bogatych i silnych.

– Niech tylko będą mądrzy – dodał Andrzej z zatroskaniem w głosie. – Bo widzicie, najgorzej, kiedy człowiekowi złoty cielec tak przesłoni wzrok, iż nie widzi już spoza niego nawet furtki pozwalającej mu uciec ze świata martwych do świata żywych.

– Ba! – zgodziłem się z nim, gdyż przecież podobnie nierozsądne zachowania znałem z inkwizytorskiej praktyki.

A czyż nie pamiętałem dawnej ludowej opowieści o chciwym rycerzu, który zażądał od króla tak wielkiej zapłaty za usługi, że kiedy unosił worek, ten oberwał się pod jego ciężarem i rycerz skonał na miejscu ku rozweseleniu obserwujących go gapiów? Opowiedziałem Andrzejowi w kilku zdaniach ową historię.

– Na Rusi znamy podobną – ucieszył się mój towarzysz. – Opowiada o Fiodorze, mądrym carze, i o Durakowie, głupim bojarze...

W międzyczasie trzeci z kupców oberwał taki cios w plecy, że aż z powrotem zarył twarzą w błocku.

– Oj, skąpiradła, skąpiradła – pokręcił głową Andrzej. – Nie rozumieją, że księżna dla nich łaskawa jak nikt. Może się to źle skończyć, mówię wam. Po co się z nią przekomarzają? Dla tych kilku monet?

Z całą pewnością nie chodziło zaledwie o „kilka monet”, jak chciał mój towarzysz, ale rzeczywiście zastanawiałem się, co kupcy chcą osiągnąć głupim uporem. Bo że negocjowanie lepszego okupu warte jest tych paru siniaków, to jasne, ale przecież jeśli Ludmiła się zgniewa, będzie to przynajmniej jednego z nich kosztować życie albo co najmniej zdrowie. Rozejrzałem się i dostrzegłem, że rozgrywającej się na podworcu scenie przygląda się już wielu, bardzo wielu żołnierzy, dworzan i służących. Księżna musiała okazać siłę oraz zdecydowanie, zresztą od początku taki właśnie był cel widowiska.

– A co się stało ze złotem? – spytałem.

– Z jakim znowu złotem?

– W waszej bajce. Jak bojar upadł i umarł, co się stało z jego złotem? Zawsze mnie to interesowało, ale tylko raz w jednej wersji tej opowieści usłyszałem odpowiedź na moje pytanie...

– A jaką odpowiedź?

Żołnierz trzymający kij w ręku przesunął się ponownie za plecy pierwszego winowajcy. Ten trzeci, ten, który przedtem odzywał się do księżnej, znowu uniósł twarz nad błoto. Tym razem słyszeliśmy żałośnie brzmiący głos, lecz trudno było rozróżnić choćby jedno słowo. Andrzej aż zmrużył oczy, jednak chyba też nic wyraźnego nie usłyszał.

– Że złoto uznano za przeklęte i zakopano – odparłem.

Andrzej parsknął pogardliwie.

– Niemożebność.

– Bajki nie są od tego, by opowiadać prawdę – rzekłem.

Żołnierz zamachnął się aż zza pleców i spuścił kij na grzbiet pierwszego kupca. Uderzenie niemal rozpłaszczyło mężczyznę w błocku.

– Dobrze bije ten chłopak, co? – ucieszył się Andrzej i pokiwał głową z uznaniem.

Trzeci kupiec przemawiał coraz szybciej, a w jego głosie oprócz błagania pojawiło się coś na kształt niezwykle uniżonego nalegania. Tak przynajmniej rozumiałem ton skomleń, chociaż nadal nie rozpoznawałem słów.

– Wóz czy przewóz? – spytał mój towarzysz.

– Wóz – odparłem, przyglądając się uważnie twarzy Ludmiły.

– Ano też sądzę, że wóz – zgodził się po chwili Andrzej, również wpatrzony w księżną i śledzący jej reakcje na błagania klęczącego mężczyzny.

Ludmiła zbliżyła się do kupca, a ten zasypał jej but pocałunkami, tym razem gadając coś bardzo szybko i bardzo radośnie. Dwaj jego towarzysze również unieśli głowy i wyrzucali z siebie pokorne podziękowania, lecz nie zostali zaszczyceni łaską ucałowania książęcej stopy. Księżna odwróciła się i odeszła w stronę głównego wejścia.

Idąc, spojrzała w naszym kierunku.

– Koniec widowiska – obwieściła. – Wy dwaj, do mnie!

Kupcy pełzli przez podworzec w ślad za nią, a ja patrzyłem, jak ich przepięknie uszyte, kosztujące krocie sobolowe futra pokrywają się warstwą błocka i nasiąkają wodnistą breją. Kiedy Ludmiła przekroczyła próg, oni zostali na zewnątrz, nadal jeden przez drugiego wyśpiewując dziękczynne i pochwalne peany. Zbliżył się żołnierz, ten, który ich okładał kijem, a wtedy najstarszy z mężczyzn sięgnął za pazuchę i obdarował go monetą. Dostrzegłem błysk złota.

– Dlaczego mu płacą? – zapytałem zdziwiony. – Przecież wcale nie bił ich słabo...

– Bił mocno, ale uczciwie, bo w sam środek pleców – wyjaśnił Andrzej. – A mógł celować w głowę czy choćby w dłonie. – Wzruszył ramionami. – Przecież lepiej mieć siniaki na plecach niż połamane palce... No chodźmy, chodźmy, pewnie zjemy posiłek z księżną. – Zaczął iść szybkim krokiem w stronę wejścia.

– Dlaczego posiłek?

– Księżna po wychłostaniu kogoś zawsze jest głodna i łaskawa – odparł.

Pozwolono nam wejść do komnat jednak dopiero dużo, dużo później, bo księżnej wcześniej przyniesiono balię z gorącą wodą i dopiero kiedy Ludmiła się wypluskała, uznała, że może poświęcić nam uwagę. W czasie kąpieli wezwała starego kanclerza, który siedział u niej co najmniej pół godziny, a potem wyszedł z jej pokoju z mocno zafrasowaną miną i nie tylko nie poświęcił nam uwagi, ale nawet nie obdarował nas przelotnym spojrzeniem.

– Niedobrze – mruknął Andrzej.

– Księżna zła?

Pokręcił głową.

– Skoro Makary jest zmartwiony, to znaczy, że księżna wymyśliła coś, co nikomu na pewno się nie spodoba.

Wreszcie kiedy nas wpuszczono, zastaliśmy księżną siedzącą na fotelu, odzianą tylko w długą jasną suknię. Ludmiła włosy miała wilgotne i rozpuszczone, sięgające za łopatki, a dwie dworki ostrożnie je rozczesywały. W komnacie było ciepło, niemal gorąco, bo po pierwsze, dzień był raczej letni niż zimowy, a po drugie, w kominku rozpalono mocno buzujący ogień.

– Jak podobało ci się widowisko, inkwizytorze?

– Wasza Wysokość ma bardzo pewną rękę – pochwaliłem.

Zaśmiała się i spojrzała na mnie życzliwie.

– Wiesz, jakie jest wśród sług porzekadło, którego celem jest okazanie lekceważenia własnemu panu?

– Nie mam pojęcia, Wasza Książęca Mość.

– Powiedz mu. – Spojrzała na Andrzeja.

– „Chłostał tak, że nawet nie zabolało” – odparł szybko mój towarzysz.

– Ano właśnie. Ruski lud rozumie tylko knut... – skwitowała i po wymowie poznałem, że najwyraźniej zacytowała jakąś miejscową sentencję. – Tak, tak, możesz tłumaczyć, możesz wyjaśniać, możesz użyć tej waszej – pstryknęła zgrabnie palcami – o, retoryki... Nic z tego. Posłuchają, głowami pokiwają, obiecają, co zechcesz, a i tak na koniec zrobią wszystko po swojemu. Ale jak skórę jednemu i drugiemu solidnie wygarbujesz, wtedy wykonają co do literki, co kazałeś. Taki nasz lud jest, taki był i taki zawsze będzie...

– Odi profanum vulgus et arceo – powiedziałem.

– Kto to napisał?

– Horacy, Wasza Wysokość.

– Horacy – powtórzyła, lecz nie poznałem, czy wcześniej słyszała to imię, czy też było dla niej nowością. – Może i miał rację ów Horacy jako filozof, ale jak rządzić krajem, trzymając się z dala od motłochu? – westchnęła. – Nie da się i już!

Odchyliła głowę i przymrużyła oczy. Dworka rozczesywała jej włosy delikatnymi, posuwistymi ruchami.

– Ale nie z motłochem mam teraz kłopoty – stwierdziła Ludmiła. – Tylko z kimś, kogo Andrzej zna, a ty, inkwizytorze, nigdy o nim nie słyszałeś. Książę Aleksander Lwowicz – syknęła.

I wtedy jej twarz zmieniła się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jakby z czaszki zdarto przyjazną, uśmiechniętą maskę, by obnażyć to, co kryło się pod nią. Gniew i odrazę.

– Książę – dodała po chwili z pogardą, tak jakby słowo to było nie tylko wyjątkowo podłe, lecz również nieprzyzwoite. – Też mi coś. – Wzruszyła na koniec ramionami.

– Kto to? – spytałem bezdźwięcznie, ale wyraźnie poruszając ustami.

Andrzej tylko pokręcił głową na znak, by teraz o nic go nie pytać. Jednak nieoczekiwanie to Ludmiła zwróciła się w moją stronę.

– Aleksander Lwowicz Kamieński – oznajmiła spokojnym już tonem. – Syn uszlachconego kupca. Buntownik i czarcie nasienie.

– Czemu nazywają go księciem? – zapytałem.

– Książę Dymitr ofiarował mu tytuł kniazia – pospieszył z wyjaśnieniem Andrzej. – I takiego człowieka można z grzeczności nazywać księciem, choć z prawdziwymi książętami krwi niewiele on ma wspólnego.

– Kupcy dają nam swoją pracę i swoje złoto, a my w zamian ofiarujemy im tytuły, które nic nas nie kosztują – uśmiechnęła się Ludmiła. – A ty, Mordimerze, z jakiego pochodzisz stanu? – Jej twarz znowu stała się łagodna.

I księżna chyba była naprawdę ciekawa mojej odpowiedzi.

– Inkwizytorzy nie zwracają uwagi na ród ani na przeszłość – odparłem. – Bycie inkwizytorem w Cesarstwie oznacza więcej niż bycie hrabią, baronem czy księciem. Ale jeśli Wasza Książęca Mość chce wiedzieć, w jakiej wychowałem się rodzinie, to była to bogata, naprawdę bogata rodzina mieszczańska z Koblencji.

– Była?

– Spotkało nas nieszczęście i straciliśmy cały majątek – odparłem. – Święte Officjum dało mi nie tylko nowe życie i nowe imię, ale co najważniejsze: wielki cel w tym nowym życiu.

– Widzisz, Andrzeju, oto człowiek prawdziwej wiary – stwierdziła poważnie Ludmiła. – Niestety, Kamieński również ma w życiu swój cel, a tym celem jest stworzenie wolnej republiki kupieckiej.

– Coś takiego. – Pokręciłem głową. – Bardzo ambitne zamierzenie, jeśli wolno mi wyrazić swoje zdanie.

– Zważywszy, że wiąże się ze zwycięstwem nie tylko nade mną, lecz nad Nowogrodem i Moskwą, naprawdę trzeba przyznać, że jest to, jak powiedziałeś, ambitne zamierzenie – prychnęła Ludmiła. – Kamieński mówi: po co mamy oddawać nasze zyski i płacić podatki na bezsensowne wojny toczone przez książąt, skoro możemy założyć własne państwo i z samego handlu żyć w niewidzianym nigdzie na świecie dostatku – kontynuowała.

Pokiwałem głową.

– Jak sądzę, podobna idea przyświecała powstaniu Republiki Weneckiej – stwierdziłem.

– Co się stało z tą republiką? – zainteresowała się Ludmiła.

– Papiestwo i Cesarstwo mogą się różnić pod wieloma względami, ale w tym akurat temacie, że należy zniszczyć wenecką niezależność, zgodziły się doskonale. Zajęło to wiele lat, z uwagi na niezwykłe położenie miasta, wyjątkowo sprzyjające obronie, jednak w końcu się udało.

Ludmiła uśmiechnęła się nieznacznie.

– Nic tak nie jednoczy gwałcicieli wolności jak nawoływanie, by owa wolność zatriumfowała.

– Nic tak nie jednoczy tych, którzy utracili zyski, jak perspektywa ich odzyskania – dodałem.

Księżna uśmiechnęła się jeszcze wyraźniej. A potem przeciągnęła się w fotelu. Jej wielkie piersi wypchnęły materiał sukni, a ja szybko odwróciłem wzrok. Zauważyłem, że Andrzej również momentalnie uciekł ze spojrzeniem. Tymczasem dworka przestała czesać księżną i znieruchomiała, póki Ludmiła nie nakazała jej gestem, by kontynuowała.

– Czas rozruszać stare kości – oznajmiła. – Wyruszamy na wojnę.

– Wasza Wysokość, ależ... – zaczął Andrzej.

Ludmiła uniosła dłoń.

– Ani słowa – przykazała stanowczo. – Będzie, jak postanowiłam.

– Wasza Wysokość tylko straci czas – burknął Andrzej, nieprzejęty jej decyzją i stanowczością. – Kamieński będzie się krył przed wojskiem na bagnach i po lasach, a jak Wasza Wysokość wróci do Peczory, znowu zaatakuje. I tak na okrągło.

– A ty co o tym myślisz, inkwizytorze? – Ludmiła zwróciła twarz w moją stronę.

– Gdyby to był zwykły buntownik, ośmielam się twierdzić, że Andrzej miał rację, opisując, jak by Kamieński postąpił. Ale Wasza Książęca Mość stwierdziła, że ów kniaź jest człowiekiem, któremu przyświeca wielka idea oraz który ma wielką wizję przyszłości...

Ludmiła skinęła głową.

– Musi więc osiągnąć sukces – kontynuowałem. – Bo jeśli nie uczyni tego przed jesienią, to ludzie mu się rozlezą na wszystkie strony świata. Obecność Waszej Wysokości uzna więc za dar od losu i możliwość rozstrzygnięcia konfliktu w ciągu jednego dnia. Skusi się...

– I co ty na to? – Tym razem spojrzała na Andrzeja.

– Na jego miejscu zdobyłbym któryś z fortów pilnujących szlaku – odparł dworzanin. – I tam spokojnie się umocnił, wyprawiając się na trakty i łupiąc kupców.

Ludmiła spojrzała na mnie, czekając, co ja będę miał do powiedzenia.

– Do pewnego momentu to niezły sposób – przyznałem. – Ale taki fort najpierw trzeba zdobyć, a potem utrzymać. Kiedy Wasza Wysokość wyruszy z wojskiem, wtedy każda taka mała forteca zamieni się w pułapkę. Równie dobrze buntownik może naciągnąć sobie pętlę na szyję. Te zameczki są dobre przeciw bandytom takim jak on sam, ale nie przeciw regularnemu wojsku. A przecież Wasza Wysokość ma nawet armaty...

Ludmiła rzeczywiście dysponowała pięcioma armatami, które służyły jeszcze jej mężowi w czasie jednej z wypraw na Jugrów. Były to cztery nieduże falkonety i jedna nawet dość potężna hufnica. W dodatku księżna miała ludzi, którzy nie tylko umieli o ową broń zadbać, lecz nawet ją obsługiwać. W czasie obrony fortecy podobne armatki mogły narobić wielkiego spustoszenia wśród najeźdźców, a z kolei w czasie prowadzonego przez nas oblężenia wróg byłby przeciw nim zupełnie bezbronny. Oczywiście dopóki starczyłoby prochu do ich ładowania. Księżna skinęła głową.

– On ma rację, Andrzeju – zwróciła się pobłażliwym tonem do oblanego rumieńcem doradcy. – Makary powiedział mi to samo – dodała. – Oczywiście już wtedy, kiedy zdążył nafukać na mnie, że w ogóle takie pomysły przychodzą mi do głowy. – Uśmiechnęła się dobrodusznie.

Nie wyobrażałem sobie, by ktoś w Peczorze mógł nafukać na księżną. Ale rzeczywiście, jeśli kogokolwiek można by podejrzewać o podobne zachowanie, to tylko kanclerza Makarego, który towarzyszył jej od dzieciństwa i był wierny niczym pies. Tymczasem Ludmiła podniosła się z fotela i stanęła kilka kroków od płonącego w kominku ognia.

– Obaj pojedziecie ze mną – zdecydowała.

Można się było takiego postanowienia spodziewać. Z całą pewnością uczestnictwo w wojskowej wyprawie, ścigającej buntowników po lasach i bagnach, w błocku oraz w deszczu, nie było moim marzeniem, ale też rozumiałem, iż w żaden sposób nie wykpię się od udziału we właśnie tym istotnym dla Ludmiły przedsięwzięciu.

– Natasza pojedzie z tobą – nakazała księżna.

No tak, to również było logiczne, zważywszy na to, że miałem odgrywać przy księżnej rolę strażnika, rolę, jaką zwykle odgrywali ruscy czarownicy nazywani wołchami. A więc do pełnej realizacji tego zadania potrzebowałem dziewczyny, gdyż bez niej byłem niezdolny do przeżywania mistycznych wizji, czyli na dobrą sprawę pozbawiony oczu. A może łagodniej mówiąc: pozbawiony koniecznej bystrości spojrzenia.

– Wypytam jeszcze, co rada i oficerowie uważają o tej sprawie, ale nie sądzę, by ktoś mnie przekonał do innego postępowania – rzekła na koniec i zezwoliła, byśmy odeszli.

Już na korytarzu, kiedy upewniliśmy się, że jesteśmy sami z Andrzejem, mój towarzysz rzekł:

– To wielkie ryzyko. – Widziałem, iż jest prawdziwie zasmucony. – Jedna zabłąkana strzała, a nawet jeden upadek ze spłoszonego w bitwie konia i całe księstwo padnie w tej samej chwili.

– Co by się wtedy stało?

– Z Nowogrodu przysłaliby pewnie nowego księcia. A z Moskwy wojsko. Mogłaby się zacząć wojna. Jeszcze jak ktoś tutaj... – obniżył głos – z miejscowych, obwołałby się księciem... – Machnął ręką. – Chaos i rzeź – westchnął.

– Z miejscowych?

– Księżna miała braci, ale pomarli. Został jej tylko stryj. Izjasław. – Andrzej prychnął pogardliwie. – Paskudnie ambitna i nieprzyjemna bestia, mówię wam. A zważcie też – spojrzał na mnie złośliwie – że śmierć księżnej i dla was oznaczałaby pewną zagładę. Może nawet zadaną w dość nieprzyjemny sposób – dodał.

– Inkwizytorzy od początku szkolenia są przygotowywani do śmierci i męczeństwa – odparłem bez zmrużenia powiek. – A tym słodsza jest dla nas wizja śmierci za wiarę, skoro wiemy, że jesteśmy najbardziej umiłowanymi ze stworzeń Pana i będziemy się weselić przy Jego stole i u Jego boku.

Przyjrzał mi się podejrzliwie, ale odpowiedziałem mu szczerym, poważnym spojrzeniem, więc tylko wzruszył ramionami.

– Jak tam sobie chcecie – rzekł wreszcie. – Ja jednak wolałbym żyć, a kiedy księżnej przydarzyłoby się coś złego, Boże Jezu w niebiesiech, zmiłuj się, to i ja jestem zgubiony.

Powszechnym na Rusi gestem nakreślił w powietrzu znak krzyża i zdusił go w pięści.

– A co, nie lubi was ten stryjaszek?

– On nikogo i niczego nie lubi, co należy do księżnej Ludmiły. Zabije mnie dla samej satysfakcji zniszczenia wszystkiego, co do niej należało.

– Ruś – westchnąłem. – Jak ja kocham ten kraj...

– Coś dziwnego jest z tym Izjasławem, bo jak wam mówiłem, tak ten łotr ma na imię. Gadają o nim, że diabłu sprzedał duszę – dodał Andrzej.

– Żeby diabeł tak chętnie chciał kupować dusze, jak mu się to przypisuje... – odparłem.

– Ma miasto otoczone częstokołem, twierdzę na wzgórzu i rozległe uprawne pola, rzecz rzadko spotykana w naszym księstwie, żeby nie powiedzieć: niebywała.

– Czarne żyto – domyśliłem się.

I w tym momencie rzeczywiście uzmysłowiłem sobie, że słyszałem o bogatym grodzie leżącym tydzień drogi od Peczory. Nie wiedziałem tylko, że zarządza nim krewny księżnej. I to tak bardzo niechętny jej krewny.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Przeklęte przeznaczenie  fragment

Armia została przygotowana do wymarszu nawet dość szybko i nawet dość sprawnie, a kiedy pierwsze oddziały zaczęły wychodzić z obozowiska, ujrzeliśmy, jak jery wzlatują w powietrze. Wszystkie co do jednego. Przez chwilę wydawały się gęstą, długą i szeroką burzową chmurą, wewnątrz której kotłuje się nawałnica. I zaraz potem ta chmura pomknęła w stronę peczorskiej fortecy. Nie lotem prostym jak lot strzały, lecz kołując, zawracając, wznosząc się i opadając, zawsze jednak wyraźnie zbliżając się do grodu. Kiedy chmara przelatywała nad naszymi głowami, wydawało się przez tę krótką chwilę, że nastał wieczór. Pomyślałem, że jerów jest jeszcze więcej, niż sądziłem na początku. Niezależnie jednak od ich liczby nadal zastanawiałem się, jakąż krzywdę te małe ptaszki mogą uczynić żołnierzom broniącym fortecy.

Oddziały Ludmiły w wolnym tempie przechodziły pod mury, zatrzymując się jednak w bezpiecznej odległości, tak by strzały wystrzelone przez łuczników nie mogły uczynić wojsku krzywdy. Ale z fortecy nikt nie myślał strzelać. Strażnicy baczniejszą uwagę zwracali nie na podchodzące oddziały, lecz na ogromne stado ptaków nad wieżami. Jery latały, zataczając wielkie koło wokół peczorskiego zamku, tak jakby w centrum fortecy ktoś trzymał linę, a one były uczepionym do niej latawcem. Na mury wychodziło coraz więcej żołnierzy Izjasława i łatwo było się przekonać, nawet z tak daleka, że z całą pewnością nie są zachwyceni niezwykłym nalotem małych ptaków.

Armia Ludmiły cały czas rozkładała się wokół zamku, od rzeki przed podegrodzie i aż w stronę puszczy. Sama księżna wraz z oficerami oraz mną i Andrzejem u boku stała na środku drogi prowadzącej do głównej bramy. Byliśmy doskonale widoczni, i właśnie o to chodziło Ludmile. Aby wszyscy ją widzieli i aby wszyscy wiedzieli, że nadciąga. I aby wszyscy mieli pewność, iż plaga jerów jest jej sprawką.

Zaświdrował mi w nosie smród gnijącego mięsa. Niewyraźny, ledwie wyczuwalny, tak jakby ktoś gdzieś daleko zdjął pokrywę z wiadra wypełnionego starą padliną i wiatr powiał odór w moją stronę.

– Wiedźma tu jest – zwróciłem się do Andrzeja.

Drgnął.

– Skąd wiecie?

– Czasami ją wyczuwam – odparłem. – Najczęściej nie, ale teraz tak...

Dworzanin zaczął kręcić się w siodle i niecierpliwie rozglądać wokoło. Ja tylko oparłem się mocniej na łęku. W jakimkolwiek celu przybywała starucha, nie sądziłem, by chciała nam zaszkodzić. Chociaż sojusze z wiedźmami są niczym kąpiel w głębokiej, mulistej rzece pełnej wirów. My, inkwizytorzy, wiedzieliśmy o tym aż nadto dobrze, mając często do czynienia z ludźmi, którzy nieopatrznie zawarli przymierze z ciemnymi mocami. Nie spotkałem jeszcze nikogo, kto by dobrze na tym wyszedł. Jednak przyznać również musiałem, że na Rusi obowiązywały inne reguły niż w naszym chwalebnym Cesarstwie. Zwłaszcza inne reguły obowiązywały mnie, od kiedy zostałem pozbawiony wsparcia potężnej instytucji, której służyłem. Przecież aby przetrwać w tym nienawistnym świecie, musiałem zyskać sojuszników. A że jednym z nich stała się wiedźma... No cóż, trudno, inkwizytorzy nie na takie poświęcenia są gotowi dla chwały Pańskiej.

Obrzydliwy zapach zelżał, zaraz potem całkowicie ustąpił. Czułem już tylko to, co czuć powinienem: woń końskiego potu i odchodów oraz charakterystyczny zapach wody i rosnących w mule nadbrzeżnych trzcin, przywiewany podmuchami wiatru wiejącego znad rzeki. To jednak wcale nie oznaczało, że wiedźma gdzieś zniknęła czy odeszła. Może po prostu wyczuwałem ją wyraźniej, kiedy rzucała uroki, a teraz rzucać je przestała?

Jery cały czas krążyły wokół fortecy. Wydawało mi się, że jest ich więcej i więcej. Złapałem się na myśli, że niedługo przestaną być przesuwającym się na nieboskłonie kluczem, a zamienią się w obręcz, która zamknie się wokół grodu, ściśnie go i zgniecie. Było to na pewno dziwne, może w jakiś sposób niepokojące (a nawet na pewno niepokojące, jeśli ktoś był przesądny), lecz nadal nie mogłem pojąć, jak ta ptasia inwazja może nam pomóc. Przez chwilę przypomniał mi się los żołnierzy Ludmiły, których czarownica zamieniła w żywe bomby wybuchające piekielnym ogniem, jednak zaraz odrzuciłem myśl, iż może chodzić o coś podobnego. Przecież w takim wypadku nie tylko poginęliby ludzie, lecz również zniszczeniu uległby sam zamek. A Ludmiła była na tyle mądra, by nie chcieć wracać do władzy za cenę zrujnowanej fortecy pełnej trupów. Bo też nie wiadomo, jak długo taka władza by wtedy przetrwała. I można podejrzewać, że raczej krócej niż dłużej.

– Idzie – wykrzyknął stłumionym głosem Andrzej.

Obróciłem się w stronę, w którą patrzył. Mateczka Olga szła ubrana w szary płaszcz z kapturem zarzuconym na ramiona. Jej siwe włosy upięte były na czubku głowy, a w dłoni trzymała kostur. Kij wyglądał całkowicie zwyczajnie, lecz świetnie przecież pamiętałem, że czasem zaczyna drgać tak, jakby jego czubek złożony został z setek maleńkich, ciemnych, szamoczących się robaczków. U boku wiedźmy stąpała Tamara, też ubrana na szaro i też w długim płaszczu, ale ona nie niosła w ręku kostura, lecz bukiecik intensywnie szafirowych irysów. Ogniście rude włosy miała splecione w dwa warkocze. Zahaczyła mnie wzrokiem, uśmiechnęła się i pomachała dłonią wolną od kwiatów.

– Widzę, że całkiem lubią was te wiedźmy – zauważył Andrzej.

– Darujcie sobie – powiedziałem. – Dziewczyna jest miła, a poza tym wychowywała się z Nataszą...

Przypomniałem sobie, jak w nocy oczy przytulonej do mnie Tamary rozbłysnęły czerwienią. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że nie jest to zwykła „miła dziewczyna”, nie widziałem jednak powodów, by opowiadać o tym dworzaninowi Ludmiły. Zresztą on i tak na pewno swoje wiedział.

Dwaj kawalerzyści zeskoczyli z koni i opadli na czworaki, by wiedźmy mogły, jeśli taka ich wola, po ich grzbietach wskoczyć na siodło. Mateczka Olga udała, że nawet tego nie zauważa, i po prostu przeszła pomiędzy wierzchowcami. Natomiast Tamara zaśmiała się perliście i dała takiego susa, że żołnierz, po którego grzbiecie wskakiwała, aż przygiął się do ziemi i jęknął. Nawet dość zgrabnie utrzymała się w siodle. Wykręciłem w jej stronę i chwyciłem za wodze jej rumaka. Ostatnie, czego teraz ktokolwiek by sobie życzył, to spłoszony koń z wychowanicą wiedźmy na grzbiecie.

– Nie umiesz jeździć konno, prawda? – zapytałem cicho.

– Nie umiem – odrzekła z pogodną szczerością.

Przybliżyłem się jeszcze i poklepałem jej wierzchowca po szyi. Co prawda i tak nie sprawiał wrażenia zaniepokojonego, ale lepiej dmuchać na zimne.

– Oj, żebyś mnie tak poklepał. – Błysnęła uśmiechem.

Odpowiedziałem jej również uśmiechem, lecz bacznie przyglądałem się temu, co robi wiedźma. Ona jednak wydawała się nie czynić niczego szczególnego. Wyszła kilka kroków przed szereg jeźdźców i oparła się na kosturze. Stała tak nieruchomo i przypatrywała się peczorskiej twierdzy. Na murach nie tylko ją dostrzeżono, ale jak sądziłem, bardzo szybko dowiedziano się, kim jest. W końcu, jeśli nawet poddani Izjasława nie znali czarownicy z trzęsawisk, to poddani Ludmiły świetnie zdawali sobie sprawę z tego, kim jest postać w szarym płaszczu, i dzielili się tą wiedzą z każdym, kto chciał słuchać. Jak również, sądziłem, raczyli opowieściami nie tylko przerażającymi, lecz też powiększającymi każdy przypisywany wiedźmie uczynek niczym obraz w kapitańskiej lunecie. Tymczasem jery zaczęły kołować coraz niżej i niżej, nadal poruszając się tym samym wirującym kręgiem. Aż wreszcie w ciągu jednej chwili obsiadły wieże, mury i krużganki. Ptaszek przy ptaszku, ciało przy ciele, skrzydło przy skrzydle. Zauważyłem, że żołnierze Izjasława zmykają z murów, lecz nikt nie ośmielił się nie tylko zrobić ptakom krzywdy, ale nawet krzyknąć na nie czy machnąć w ich stronę ręką. Zresztą jery nikomu nie robiły niczego złego. Po prostu siedziały. Nachyliłem się w stronę Tamary.

– Wiesz, co się stanie? – wyszeptałem.

Odwróciła się i mrugnęła do mnie.

– Z tobą i ze mną? Nic. Natasza nie pozwoli.

– A z ptaszkami?

– Przyleciały, to i odlecą. – Wzruszyła ramionami.

Jak widać, wypytywanie jej nie miało sensu, bo albo nie chciała mi nic powiedzieć, gdyż nie było jej wolno, albo z przekory, albo też sama nic nie wiedziała, a wstydziła się do tej niewiedzy przyznać.

I wtedy jery zaczęły, chciałbym powiedzieć, świergotać lub ćwierkać, lecz tak naprawdę wydawane przez nie odgłosy w niczym nie przypominały słodkiego, melodyjnego kląskania. Był to dźwięk przywodzący na myśl pocieranie skrzypiących desek, stukanie kijów jeden o drugi czy też skrzypienie połamanego drzewa. Jery są malutkie, ale ich głos wcale nie jest cichy. Powiedziałbym nawet: jak na takiego niewielkiego ptaszka, bardzo donośny. A tych jerów siedziały na peczorskich budynkach tysiące, może nawet dziesiątki tysięcy. I wszystkie wydawały owe denerwujące dźwięki, pozbawione taktu, melodii i sensu, zlewające się w jeden szarpiący, nieprzyjemny huk. Słyszeliśmy rejwach dobiegający z Peczory (pomimo odległości), ale słyszeliśmy też owe dźwięki bardzo dokładnie dzięki temu, że jedno małe stadko jerów przycupnęło na dachu najbliższego domu. I one również odzywały się krzykliwie, przekrzywiając lub zadzierając łebki, trzęsąc skrzydłami i przestępując z nogi na nogę.

– Przyznam, że to denerwujące – powiedziałem po chwili do Tamary. – Jednak wolałbym włożyć sobie woskowe kulki w uszy, niż oddać zamek i przegrać wojnę, dlatego że denerwują mnie ptasie wrzaski. – Potem wzruszyłem ramionami. – Zresztą jak Izjasław wystarczająco się zgniewa, to każe je przepędzić albo wystrzelać z proc czy łuków.

– Zobaczymy – odparła poważnie Tamara.

– Albo spadnie deszcz i ptaki odlecą, żeby im skrzydła nie zmokły – dorzuciłem jeszcze.

Zwabienie tysięcy ptaków i zmuszenie ich, by usiadły w wyznaczonym miejscu, było niezwykłym wyczynem. Zdumiewającym. Owszem, słyszałem, bo każdy inkwizytor przecież o tym słyszał, że w Mrocznych Wiekach czarownice były wielekroć potężniejsze niż dzisiaj, że potrafiły rozkazywać ludziom i zwierzętom, opętywać ich umysły, że ich biegłość w diabelskiej sztuce była nieporównywalna z niczym, co znamy dzisiaj. Ale sądzę, że nawet na wiedźmach z Mrocznych Wieków popis mateczki Olgi zrobiłby spore wrażenie. Mój Boże, jakżeż ta starucha przydałaby się w Inkwizytorium, pomyślałem, jakież sekrety można byłoby z niej wycisnąć! I jakaż to byłaby rozkosz dobrze spełnionej służby dla każdego funkcjonariusza Świętego Officjum, gdyby kobieta taka jak ona płonęła na stosie, szczerze pogodzona z Bogiem i święcie wierząca, iż najlepsze, co jej się w życiu przydarzyło, to spotkanie z inkwizytorami.

– Grosik za twoje myśli – usłyszałem pogodny głos wiewióreczki.

– Myślę o tym, że takich czarów nie zna już nikt w Cesarstwie.

– Że nie słyszałeś, by ktokolwiek je znał – poprawiła mnie spokojnie.

Milczałem chwilę.

– Tak – zgodziłem się i skinąłem głową. – Tak właśnie brzmi precyzyjna odpowiedź.

A potem już nikt się nie odzywał i trwało to bardzo długo. A ja pomyślałem, w jak zdumiewającej znalazłem się sytuacji. Oto stałem u boku barbarzyńskiej księżnej, pośród jej żołnierzy i naprzeciw zbuntowanego zamku. Oto wokół nas dudnił, świdrował, chrzęścił i męczył uszy utysiąckrotniony wrzask jerów wezwanych mocą pogańskiej wiedźmy. I nic innego się nie działo poza tym, że któryś z koni czasami zarżał, a piesi żołnierze przestępowali z nogi na nogę. Tak dziwna była otaczająca nas atmosfera, że Rusini, zazwyczaj skłonni przecież w każdej chwili odpoczynku sięgać zaraz po jedzenie, piwo lub gorzałkę, tym razem nie tylko stali spokojnie, ale nawet jeśli w ogóle się odzywali, to zaledwie szeptem. Czas mijał, a ja myślałem, że im więcej go minie i nic się nie stanie, tym gorzej dla nas. Przecież w końcu nawet jery zmęczą się i albo pozdychają, albo odlecą, nieutrzymywane mocą wiedźmy. Jakiż to będzie wstyd cofnąć teraz armię z powrotem do obozu, jakby nic się nie stało. Co prawda Jerycho było oblegane aż przez siedem dni i siedem dni dudniły trąby pod jego murami, zanim te mury padły, wiedziałem jednak, że armia Ludmiły spodziewa się, iż coś ważnego zdarzy się już teraz, już dziś. A armia Izjasława – obawia się, że już dziś stanie się coś strasznego. I jeśli nie wydarzy się nic, to ci pierwsi będą przygnębieni i upokorzeni, pełni zwątpienia, a w tych drugich obudzą się śmiałość oraz nadzieja.

Myśli Ludmiły zapewne krążyły podobnymi szlakami, gdyż widziałem, jak coraz bardziej niespokojnie popatruje a to na peczorskie mury, a to na wciąż nieruchomo stojącą czarownicę, a to na coraz bardziej ciemniejące niebo.

– Nie martw się – zaszeptała Tamara.

– Widać, że się martwię?

Zachichotała.

– Trudno, żeby nie było widać – odparła.

I nagle zobaczyliśmy ruch przy murach. Otworzono boczną furtkę, wybiegli z niej ludzie i wyprowadzili przez nią konia. Jednocześnie opuszczono most zwodzony. Z całą pewnością zamek się nie poddawał. Gdyby tak było, otworzono by nie furtkę, lecz główną bramę. Najpewniej wysyłano parlamentariusza. Cóż, nie miałem pojęcia, w którą stronę zaprowadzą nas negocjacje, ale przynajmniej coś zaczynało się dziać. A to już był krok naprzód. Za mur wyszła niewysoka postać w ciemnym płaszczu, której twarzy nie było widać, i zgrabnym ruchem wskoczyła na siodło.

– O mój Boże – westchnąłem.

Ciąg dalszy w książce

Rycerz zamrugał, by pozbyć się spod powiek krwi i łez klęski. Okręcił konia, uniósł przyłbicę i rozejrzał się po polu bitwy. Widział, jak w całej dolinie illicyjskie wojska szły w rozsypkę, próbując ratować się przed doszczętnym rozgromieniem.

Zostali pokonani.

Rycerz czuł na języku słony smak łez. Powinni byli poradzić sobie z armią Opętanych. Powinni byli zwyciężyć – i może by zwyciężyli, gdyby nie pojawił się demon. Ukrył się przed ich oczami, a kryjówkę opuścił dopiero w ostatniej chwili, gdy było już zbyt późno, by przywołać maga bitewnego.

Nie. To była ich bitwa. I przegrali ją.

Nie czuł wstydu, bo tylko nieliczni mogli oprzeć się mocy takiego przeciwnika. A jednak stawili mu czoła. Przez niemal godzinę żołnierze Illicji trzymali szyk. Lecz teraz zbliżał się koniec.

Spojrzał na wroga z wysokości wzgórz. Demon górował nad Opętanymi, wojownikami, którzy byli kiedyś ludźmi. Moc nie z tego świata. Piekielna siła. Rycerz wiedział, że nie zdoła go zabić. Mógł tylko żywić nadzieję, że umrze, zanim pochłonie go strach. Ostatnim wysiłkiem woli popędził wierzchowca naprzód, mając nadzieję, że odwaga nie opuści go, nim przyjdzie koniec. A jednak gdy jechał na spotkanie śmierci, nie myślał o sobie, ale o wszystkich, których zawiódł. Armia Opętanych przebiła się przez illicyjski szyk. Zaraz ruszy w góry, a tam trudno będzie za nią podążyć. Wymknie się spod miecza wojskom Clemoncé i weźmie na cel królestwo Valencji, słynące niegdyś z odwagi i wprawy swoich wojowników, lecz którego siła na przestrzeni ostatnich pokoleń stopniała. Popędzając konia do szarży, zaczął się zastanawiać, czy w ogóle coś jeszcze ostało się z niegdysiejszej chwały królestwa.

Miał nadzieję, że tak.

Przez wzgląd na dusze ich wszystkich.

Copyright © by Jacek Piekara Copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2020

Wydanie I

ISBN 978-83-7964-456-8

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydaniaEryk Górski, Robert Łakuta

Ilustracja na okładce Piotr Cieśliński

Projekt okładki „Grafficon” Konrad Kućmiński

Ilustracje Paweł Zaręba

Redakcja Małgorzata Hawrylewicz-Pieńkowska

KorektaMagdalena Byrska

Skład wersji elektronicznej [email protected]

Sprzedaż internetowa

Zamówienia hurtowe Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91 05‑850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 www.dressler.com.pl e‑mail: [email protected]

WydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: [email protected]/fabrykainstagram.com/fabrykaslow/