Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 372 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 11 min Lektor: Janusz Zadura

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 11 min Lektor: Janusz Zadura

Opis ebooka Młot na czarownice - Jacek Piekara

Oto on - inkwizytor i Sługa Boży. Człowiek głębokiej wiary.

Oto świat, w którym Chrystus zstąpił z krzyża i surowo ukarał swych prześladowców. Świat, gdzie słowa modlitwy brzmią: I DAJ NAM SIŁĘ, BYŚMY NIE PRZEBACZALI NASZYM WINOWAJCOM. Świat, w którym nasz Pan i jego Apostołowie wyrżnęli w pień pół Jerozolimy.

*  *  *

Oto drugie spotkanie ze Sługą Bożym. Inkwizytorem z duszą. Wiedzącym, widzącym i umiejącym prześwietlić każdą zbrodnię. Odnaleźć w niej pierwiastki dobra i uchować tych, którzy nie zasłużyli na karę. Targną nami emocje, staną przed oczyma narzędzia kaźni, poleje się krew, a w uszach będą kołatały jęki i zawodzenia ofiar.

Marzena Kowalska, Wirtualna Polska

Opinie o ebooku Młot na czarownice - Jacek Piekara

Cytaty z ebooka Młot na czarownice - Jacek Piekara

Lecz nigdy nie zabiłem dla zabawy. Nigdy nie zadawałem męki bez istotnego powodu. Co zawinił ci pies, który mnie kochał, Vitusie? Zawiązałeś mu pysk sznurem, by nie mógł wyć, ale ja widziałem, jak płacze i patrzy na mnie, nie rozumiejąc, czemu go nie ratuję od bólu.

Fragment ebooka Młot na czarownice - Jacek Piekara

O Mordimerze Madderdinie

Płomień i krzyż – tom 1Ja, inkwizytor. Wieże do niebaJa, inkwizytor. Dotyk złaJa, inkwizytor. Bicz BożySługa BożyMłot na czarowniceMiecz AniołówŁowcy dusz

Obleczcie pełną zbroję Bożą, byście się mogli ostać wobec podstępnych zakusów diabłów. Stańcie do walki przepasawszy biodra wasze prawdą i oblókłszy pancerz, którym jest sprawiedliwość, a obuwszy nogi w gotowość głoszenia dobrej nowiny.

św. Paweł, List do Efezjan

Ogrody pamięci

I wielu fałszywych proroków powstanie, i wielu zwiodą.

Ewangelia według św. Mateusza

Nazywam się Mordimer Madderdin i jestem inkwizytorem Jego Ekscelencji biskupa Hez-hezronu. Dobrotliwym, łagodnym i przepełnionym pokorą oraz bojaźnią bożą człowiekiem, który swe powołanie odnalazł w pocieszaniu grzeszników, w naprowadzaniu ich na drogę wytyczoną przez Boga Wszechmogącego, Aniołów i święty Kościół... – gdybym pisał pamiętniki, tak właśnie powinny one się zaczynać. Ja jednak nie piszę pamiętników i nie sądzę, bym kiedykolwiek zaczął to robić. Nie tylko z uwagi na fakt, iż są takie miejsca w duszy i myślach człowieka, w które zaglądać nigdy nie należy, ale też z powodu nędznej przyziemności mej pracy. Jestem tylko jednym z wielu robotników naszej Świętej Matki Kościoła. Sługą Bożym. Najczęstsze wydarzenia w moim życiu to walka z pluskwami czy wszami w karczmie „Pod Bykiem i Ogierem”, gdzie mieszkam dzięki uprzejmości właściciela, weterana spod Schengen. A my, którzy przeżyliśmy tę masakrę, mamy zwyczaj trzymać się razem i pomagać sobie nawzajem, choćby dzieliły nas różnice w zawodzie, pochodzeniu lub majątku.

Tego dnia leżałem w pokoju na piętrze karczmy i wsłuchiwałem się w jazgot wichury za okiennicami. Lato właśnie odchodziło, zaczęły się pierwsze zimne, dżdżyste dni. I całe szczęście, gdyż wtedy smród rynsztoków i tego największego z nich, umownie nazywanego tu rzeką, wydawał się ustępować. A wasz uniżony sługa ma niezwykle czułe powonienie i odór gnijących odpadków oraz nieczystości budzi jego jakże uzasadniony wstręt. Rozmyślałem nad własnym wysublimowanym poczuciem estetyki, kiedy usłyszałem kroki na schodach. Najbardziej rozchwierutany stopień skrzypnął przeraźliwie, a ja uniosłem się na łokciach i spojrzałem w stronę drzwi. Rozległo się ciche pukanie.

– Wejść – powiedziałem i drzwi się uchyliły.

Wprogu zobaczyłem kobietę okutaną wwełnianą, szarą chustę. Jej twarz była barwy owej chusty, adługi, haczykowaty nos sprawiał, że wyglądała jak czarownica zsabatowych sztychów. Ach, zresztą mylne wyobrażenie, mili moi. Zdziwilibyście się, wiedząc, że ipiękne oraz dobrze urodzone kobiety potrafią oddawać się diabłu. Bo czegóż miałby on szukać uwyschniętych, wyblakłych niewiast jak ta, która odwiedziła mnie wpokoju? Wiadomo, że również diabłu bardziej podobają się urodziwe młódki oświeżych policzkach istromych piersiach. Niemniej kobieta, która do mnie przyszła, miała piękne zielonkawe oczy iczujne spojrzenie ptaka.

– Mistrzu Madderdin – powiedziała, pochylając głowę – czy zechcecie mnie przyjąć?

– Proszę – odparłem i wskazałem zydel, a ona przysiadła na jego skraju. – Czym wam mogę służyć?

– Nazywam się Verma Riksdorf, szlachetny mistrzu, i jestem wdową po kupcu zbożowym Amandusie Riksdorfie, zwanym Żyłą.

– Aż tak był ostrożny w planowaniu wydatków? – zażartowałem.

– Nie, panie. – Zauważyłem, że rumieniec pojawił się na jej policzkach. – Przezwano go z innego powodu...

Chciałem spytać z jakiego, lecz nagle się domyśliłem i roześmiałem.

– Ach tak – powiedziałem, a ona zaczerwieniła się jeszcze bardziej. – Słucham więc, Vermo. Z jaką sprawą przychodzisz?

– Potrzebuję pomocy. – Podniosła wzrok i spojrzała na mnie twardo. – Pomocy kogoś znacznego, niestrachliwego i gotowego, by odbyć podróż.

– Gdybym był znaczny, nie mieszkałbym w tej oberży, odbycie podróży w czasie jesiennych deszczów nie uśmiecha mi się, a dnie i noce spędzam w bojaźni bożej – odparłem. – Źle trafiłaś, Vermo. Do widzenia.

– Ależ, panie – usłyszałem zaniepokojenie w jej głosie. – Polecili mi ciebie przyjaciele przyjaciół. Mówią, że jesteś człowiekiem, którego siła jest równa stanowczości, i że nie masz sobie równych w śledzeniu diabła oraz jego uczynków.

– Przesada. – Ziewnąłem, bo byłem odporny na pochlebstwa. Chociaż... zawsze to grzeczne słowa mile łechcą serduszko.

Nic tak jak początkowa obojętność nie wpływa na zwiększenie kwoty, którą klient zamierza oferować za usługi. A skoro była wdową po kupcu zbożowym, liczyłem, że dysponuje czymś więcej niż tylko wdowim groszem. Chociaż jej strój zdawał się zaprzeczać moim przypuszczeniom. Niemniej widziałem już księżniczki wyglądające niczym żebraczki. Tak, tak, niewiele rzeczy pod szerokim niebem jest w stanie zadziwić waszego uniżonego sługę.

– Nie jestem bogata – powiedziała, a ja wzruszyłem ramionami. Czy klienci nie mogliby wymyślić innej śpiewki? – Jednak jestem w stanie wiele ofiarować w zamian za niewielką przysługę.

Jeśli przysługa byłaby rzeczywiście niewielka, nie szukałabyś drogi do mnie. A gdybyś była piękna, znalazłbym sposób, w jaki możesz się odwdzięczyć, pomyślałem, lecz nic nie odrzekłem. Patrzyłem na nią chwilę w milczeniu.

– Mów – zdecydowałem w końcu. – Ostatecznie i tak nie mam nic do roboty.

Gdyby była uroczą, młodą kobietą, być może zaproponowałbym jej kieliszek wina, ale ponieważ wyglądała, jak wyglądała, więc nawet nie chciało mi się wstać z łóżka.

– Mam siostrę, która mieszka w Gewicht, czterdzieści mil na północ od Hezu – zaczęła. – To mała miejscowość, a siostra przeniosła się tam po ożenku z kupcem bydła Hansem Vosnitzem, zresztą wbrew woli rodziców, ponieważ...

– Nie musisz opowiadać mi historii swojej rodziny. – Uniosłem dłoń. – Lubię tylko zajmujące opowieści.

Zacisnęła wargi.

– Ta będzie zajmująca. Obiecuję – rzekła dopiero po chwili.

– Skoro obiecujesz... – Skinąłem, by mówiła dalej.

– Siostra chowa ośmioletniego synka. I doniosła mi, że dziecko ma pewne... – urwała, nie wiedząc, co powiedzieć, nerwowo zacisnęła dłonie. – Czy mogłabym dostać kubek wina?

Wskazałem ręką stół, na którym stały dzbanek i dwa brudne kubki. Wytarła jeden skrajem chusty – cóż za dbałość o czystość! – i nalała wina.

– A wy, mistrzu? – zapytała i nie czekając na odpowiedź, napełniła drugi. Podała mi.

Usiadła z powrotem na zydlu i spojrzała pod nogi, bo potrąciła stopą leżącą na podłodze książkę. Było to „Trzysta nocy sułtana Alifa”, niezmiernie interesująca opowiastka, którą otrzymałem od mego przyjaciela, mistrza drukarskiego Maktoberta. Znowu zobaczyłem, że się zaczerwieniła. No, no, jeśli ten tytuł coś jej mówił, to musiała nie być taka wyblakła i nieciekawa, na jaką wyglądała. „Trzysta nocy sułtana Alifa” znajdowało się, oczywiście, na indeksie ksiąg zakazanych, ale akurat na tego typu publikacje patrzono przez palce. Sam widziałem ozdobny, wypełniony nad wyraz realistycznymi rycinami egzemplarz u Jego Ekscelencji Gersarda, biskupa Hez-hezronu. Ha, trzysta nocy, trzysta kobiet – ciekawe życie prowadził sułtan Alif! Nawiasem mówiąc, powiastka kończyła się jednak smutno, bo sułtana, pochłoniętego nieustannym chędożeniem i niezajmującego się sprawami państwa, kazał zabić wielki wezyr.

– Po cóż, ach, po cóż swym chuciom hołdowałem,

wobjęciach nałożnic szukając rozkoszy?

Żałuję tych postępków wobliczu Boga,

patrząc na miecz, co mnie wypatroszy

–mówił sułtan pod koniec ibył to monolog tak straszny, że aż zęby bolały. Podobno zresztą dodano go wiele lat po śmierci autora, chcąc opowiastkę doprawić moralizatorskim smaczkiem. Całkiem możliwe, gdyż niezmierzona była zawsze fantazja kopistów oraz drukarzy.

Tak zamyśliłem się nad sułtanem Alifem i kolejami jego życia, że prawie zapomniałem o siedzącej obok kobiecie.

– Czy mogę mówić dalej? – zapytała.

– Ach, wybacz – odparłem i upiłem łyk wina. Czy ja kiedyś nauczę Korfisa, by chociaż zawartości moich dzbanków nie chrzcił wodą?

– Synek siostry ma szczególny dar – mówiła i widziałem, że przychodzi jej to z trudem. – W dni święte przeguby jego dłoni oraz golenie pokrywają się krwawymi ranami...

Uniosłem się wyżej na łóżku.

– Takoż rany robią mu się na czole, gdzie Panu naszemu Rzymianie włożyli cierniową koronę.

– Stygmaty – powiedziałem. – A to ładnie.

– Tak, stygmaty – powtórzyła. – Siostra ukrywała to, jak długo mogła, lecz w końcu rzecz się wydała.

– I...?

– Miejscowy proboszcz pokazuje chłopca w czasie kościelnych świąt. Ludzie zjeżdżają się z daleka, by na niego patrzeć. No i oczywiście...

– Składają hojne datki – dokończyłem za nią.

– Właśnie – westchnęła. – Tyle że, mistrzu Madderdin – wciągnęła głęboko powietrze – sprawa bardzo zajęła miejscowych inkwizytorów.

– Inkwizytorzy? W Gewicht? – zapytałem, bo wydawało mi się, że znam większość lokalnych oddziałów Inkwizytorium, a o takim miasteczku nigdy nie słyszałem.

– Nie, przyjechali z Cloppenburga – wyjaśniła.

I to się zgadzało. Byłem niegdyś w Cloppenburgu i sam widziałem mały murowany budyneczek Inkwizytorium, a nawet spożyłem tam wieczerzę. Bardzo interesującą wieczerzę, jak się potem okazało, ponieważ dzięki niej odnalazłem w mej pamięci dawno wygasłe wspomnienia.

Niespecjalnie się dziwiłem, że inkwizytorzy ruszyli śladem domniemanego cudu. W końcu byliśmy tylko gończymi pieskami, a tu trop był aż nadto wyraźny. Proboszcz nie wykazał się inteligencją, nagłaśniając to, co się działo z dzieckiem. Czy nie uczono go, że w najgorszym wypadku może skończyć na stosie razem z chłopcem i jego matką? My, inkwizytorzy, nie lubimy cudów, bo wiemy, że wiele jest obliczy Bestii, i znamy jej zdradliwe działania. A na torturach każdy przecież przyzna, iż jest konfratrem diabła.

– Przykra sprawa – powiedziałem szczerze, bo żal mi było chłopca. – Ale cóż ja mogę poradzić?

– Jedźcie tam, mistrzu – poprosiła z żarem w głosie. – Błagam was, jedźcie i zobaczcie, co da się zrobić.

– Nie mogę kontrolować pracy miejscowych inkwizytorów.

Była to nie do końca prawda, gdyż mając licencję z Hezu, uzyskiwałem teoretyczną władzę nad wszystkimi szeregowymi inkwizytorami z lokalnych oddziałów Inkwizytorium. Czy zwróciliście uwagę na słowo „teoretyczną”, mili moi? Otóż miejscowi inkwizytorzy bardzo nie lubili, jeśli ktokolwiek wtrącał się w ich sprawy, a niepisany kodeks mówił, że bez polecenia biskupa staramy się nie wchodzić nikomu w drogę. I bardzo słusznie. Mamy dość wrogów na całym świecie, by jeszcze robić sobie następnych we własnym gronie. Ale przecież i u nas trafiały się parszywe owce, które należało eliminować. Lecz to nie było rolą waszego uniżonego sługi, a od tych, którzy się tym zajmowali, wolelibyście się trzymać z daleka. Przypomniałem sobie Mariusa van Bohenwalda – łowcę heretyków – i zrobiło mi się zimno. Choć zwykle nie mam strachliwego serca, a Mariusa mogłem wspominać przecież tylko z wdzięcznością, gdyż uratował mi życie.

– Po prostu zobaczcie, co się dzieje. – Tym razem przybrała niemal płaczliwy ton. – Mam trochę oszczędności...

Uniosłem dłoń.

– To nie tylko kwestia honorarium – powiedziałem. – Ale zrobię dla ciebie jedno, Vermo. Powiadomię o wszystkim Jego Ekscelencję biskupa. Być może zechce, bym przyjrzał się sprawie. Wróć do mnie za dwa, trzy dni, a poinformuję cię, co uzyskałem.

Gersard, biskup Hez-hezronu izwierzchnik Inkwizytorium, miewał kaprysy niczym rozpieszczona kobieta. Czasami kazał mi antyszambrować codziennie wswojej kancelarii (zwykle bez wyraźnego celu), aczasami całymi tygodniami nie zajmował się moją skromną osobą. Co zresztą nad wyraz mi odpowiadało, gdyż mogłem poświęcić się wtedy sprawom tak nieważnym zwysokości biskupiego tronu, jak zarabianie na kęs chleba iłyczek wody. Fakt, że ja sam proszę oaudiencję, musiał go zdziwić na tyle, że zezwolił mi przyjść już następnego dnia rano. Miałem tylko nadzieję, że Jego Ekscelencja nie będzie właśnie cierpiał na atak podagry, ponieważ wtedy konwersacja znim przebiegała wnad wyraz nieprzyjemny sposób. Niedawno usłyszałem plotki, że medycy odkryli uGersarda również hemoroidy, iwiadomość ta nie poprawiła mi humoru. Jeśli Jego Ekscelencję zaatakują jednocześnie ipodagra, ihemoroidy, to życie nas, inkwizytorów, stanie się nad wyraz nędzne.

Ubrałem się, jak przystało człowiekowi mojej profesji: w czarny kubrak z wyhaftowanym złamanym srebrnym krzyżem na piersi, zarzuciłem na ramiona czarny płaszcz i założyłem czarny kapelusz z szerokim rondem. Nie przepadam za służbowym strojem, zwłaszcza że moje zajęcia bardzo często wymagają utrzymywania incognito. Ale na oficjalną audiencję nie wypadało przychodzić w cywilnym ubraniu. Zresztą Gersard potrafił być bardzo nieprzyjemny dla osób naruszających zasady etykiety.

Kiedy dotarłem pod drzwi biskupiego pałacu, byłem już przemoczony niczym bezdomny pies. Z ronda kapelusza spływały mi krople wody, a płaszcz przylegał do ciała jak mokra szmata.

– Psia pogoda, mistrzu Madderdin – powiedział ze współczuciem strażnik, który miał szczęście stać pod okapem. Zerknął, czy nikogo nie ma w pobliżu. – Naleweczki? – mrugnął.

– Synu, lejesz miód na moje serce. – Przechyliłem bukłak do ust.

Piekąca, mocna jak zaraza śliwowica sparzyła mi usta i gardło. Odetchnąłem głęboko i oddałem mu manierkę.

– Ale trucizna – powiedziałem, łapiąc powietrze. – Musisz mi powiedzieć, gdzie robią takie specjały.

– Tajemnica domu. – Uśmiechnął się szczerbatym uśmiechem. – Lecz jeśli pozwolicie, przyślę wam przez chłopaka duży dzbanek.

Poklepałem go po ramieniu.

– Zyskasz moją dozgonną wdzięczność – odparłem i przekroczyłem progi pałacu.

Kancelista czuwający przed apartamentami biskupa tylko westchnął, widząc mój opłakany wygląd, i nakazał, bym usiadł.

– Jego Ekscelencja zaraz was przyjmie, inkwizytorze – powiedział sucho i wrócił do papierów, które w nierównych stosach zaścielały blat biurka.

Kichnąłem i przetarłem nos wierzchem dłoni.

– Boże daj zdrowie – rzekł, nie podnosząc na mnie oczu.

– Dziękuję – odparłem i podałem płaszcz oraz kapelusz służącemu, który pojawił się w kancelarii.

Nie zdążyłem się naczekać, kiedy zza drzwi apartamentów wychynął blady sekretarz Gersarda. Był nowy w pałacu i mogłem mu tylko serdecznie współczuć. Ekscelencja zmieniał sekretarzy jak rękawiczki. Nie żeby był taki wymagający. Najczęściej sami nie wytrzymywali biskupich humorów oraz całych dni pijaństw, przerywanych wieloma godzinami wytężonej pracy. Trzeba przyznać, że biskup mimo podagry, uczuleń skóry oraz hemoroidów (jeśli ta plotka była, rzecz jasna, prawdziwa), starszego wieku oraz lat nadużywania jedzenia i trunków miał zdrowie niczym koń pociągowy.

– Jego Ekscelencja prosi – oznajmił i zauważyłem, że przygląda mi się ciekawie.

Odpowiedziałem spojrzeniem, a on szybko uciekł oczami.

Cóż, niewielu ma ochotę bawić się z inkwizytorem w grę pod tytułem: „Zobaczymy, kto szybciej odwróci wzrok”.

Biurowe apartamenty biskupa były urządzone nader skromnie. W pierwszym pokoju znajdowały się półkolisty stół i szesnaście zdobionych krzeseł. Tutaj odbywały się wszelkie większe narady. Nawiasem mówiąc, odbywały się bardzo rzadko, ponieważ biskup nie znosił rozmawiać w tłumie i wolał krótkie spotkania w cztery, najwyżej sześć oczu. A one odbywały się w drugim pokoju, gdzie tkwiło ogromne palisandrowe biurko. Miało tak wielki blat, że mogłoby być pokładem średniej wielkości łodzi. Biskup zasiadał przy jednym jego krańcu, obok rzeźbionych głów lwów, a swych gości sadzał na drugim. W pokoju znajdowały się jeszcze tylko dwie wypchane papierami sekretery, ciągnący się przez całą ścianę regał pełny ksiąg oraz maleńka przeszklona szafka, w której lśniły kryształowe kielichy i butla lub dwie dobrego wina. Wiadomo było, że biskup lubił często raczyć się winkiem i niekiedy miał kłopoty z wychodzeniem z kancelarii o własnych siłach.

– Witaj, Mordimerze – powiedział serdecznym tonem.

Z ulgą zauważyłem, że siedzi wygodnie rozparty na krześle, a rąk nie ma zawiniętych w bandaże. Oznaczało to, iż dzisiaj nie męczą go ani hemoroidy, ani podagra, co dobrze wróżyło wszystkim pragnącym wyłuszczyć mu swoje prośby. Po uśmiechu i oczach poznałem również, że ani nie ma kaca, ani wyrzutów sumienia związanych z piciem (co również mu się, niestety, zdarzało i kto wie czy nie było gorsze niż ataki podagry). Przed Gersardem stała do połowy opróżniona butelka wina i kielich z resztką trunku, a sam biskup sprawiał wrażenie leciutko podchmielonego. Ot, miał szczęście biedny Mordimer i trafił w dobry czas.

– Co cię sprowadza? – Zamachnął się szeroko, pokazując mi, bym usiadł, a ja posłusznie przysiadłem na brzegu krzesła.

– Weź kieliszek – dodał, machając tym razem drugą dłonią. – Nalej sobie. Przednie wino. – Czknął lekko. – Ci przeklęci doktorzy mówią, że mam wrzody i nie powinienem pić – urwał, przypatrując mi się bystro. – A wiesz dlaczego, Mordimerze?

– Gdyż kwas zawarty w winie drażni chory żołądek? – poddałem.

No, no, zapowiadało się nieźle. Jeśli Jego Ekscelencja będzie miał kompanię chorób złożoną z podagry, hemoroidów i wrzodów, to życie jego podwładnych stanie się nad wyraz żałosne.

– Właśnie. – Zachmurzył się. – Dokładnie tak mówią. Rozmawiałeś z nimi?

– Nie, Wasza Ekscelencjo – zaprzeczyłem gwałtowniej, niż chciałem. – Anatomia i fizjologia oraz pewna biegłość w leczeniu prostszych przypadłości były elementem mojego wykształcenia.

– Prostszych przypadłości, mówisz... No tak, Mordimerze, zapomniałem, jaki jesteś uczony...

Oho, Jego Ekscelencja stawał się zgryźliwy. Niedobrze. A ja popełniłem niewybaczalny błąd, sugerując, iż wrzody są jedynie prostszą przypadłością. Kiedyż ty się nauczysz dworskiego życia, biedny Mordimerze? – zapytałem siebie.

– Każą mi pić takie świństwa – poskarżył się biskup, tym razem dość żałośnie. – Śmierdzi toto jak rzygowiny, a smakuje – machnął znowu ręką – lepiej nie mówić.

– Doradzałbym mleko, Wasza Ekscelencjo – powiedziałem najłagodniej jak potrafiłem. – Kiedy czuć tylko pieczenie, kubek świeżego mleka...

– Mleko? – Spojrzał na mnie podejrzliwie. – Kpisz, Mordimerze?

– Gdzieżbym śmiał – zaprzeczyłem szybko. – Na zgagę, wrzody i przypadłości żołądka mleko jest najlepsze. Proszę mi wierzyć.

– Może i mleko. – Podrapał się w podbródek. – Wolę mleko niż te ich trucizny. A może... – Coś błysnęło niebezpiecznie w jego oku. – Może oni chcą otruć swojego biskupa?

Na miecz Pana, Jego Ekscelencja musiał być bardziej pijany, niż sądziłem! Widocznie opróżniona do połowy butelka nie była pierwszą, która gościła dzisiaj na biskupim stole.

– Nikomu nie można ufać, Wasza Ekscelencjo – powiedziałem – oprócz świątobliwych mężów, takich jak wy. Jeśli Wasza Ekscelencja wyda rozkaz, każę ich wybadać.

– Eee, gdzie ja potem znajdę następnych? – westchnął po chwili i pokręcił głową. – Już ja znam twoje przesłuchania, Mordimerze. Myślisz, że zapomniałem, jak żeś badał kuzyna hrabiego Wassenberga?

Wolałem się nie odzywać, bo sprawa była dawna i już niegdyś za nią zapłaciłem biskupią niełaską. Zresztą kuzyn hrabiego Wassenberga zmarł nie z mojej winy, bo nawet nie zdążyłem go dotknąć, tylko serdecznie i spokojnie wyjaśniałem mu zasady działania naszych narzędzi. A on zatrzepotał powiekami, zachłysnął się powietrzem, poczerwieniał i oddał duszę Bogu. Strasznie delikatna była nasza szlachta, lecz wolałem nie zagłębiać się w dyskusje na ten temat, więc tylko kornie pochyliłem głowę.

– Badał, badał i wybadał – mruczał niezadowolony biskup. – A ja muszę potem tłumaczyć, czemu moi inkwizytorzy mordują szlachtę. Dlaczego ja ci właściwie nie odebrałem wtedy licencji, co, Mordimerze? – zasępił się.

Jeśli spytacie, mili moi, czy wasz uniżony sługa żałował, że poprosił oaudiencję ubiskupa, to zapewne znacie odpowiedź: tak, żałował. Ichętnie znalazłbym się już we własnym pokoju, ponieważ towarzystwo wszy oraz pluskiew było znacznie przyjemniejsze i– co ważne – znacznie bezpieczniejsze niż towarzystwo Gersarda.

– No dobrze – odetchnął głęboko. – Skoro mówisz mleko, spróbujemy mleko. Tylko czy ja nie będę miał po nim sraczki? – zaniepokoił się. – Wsumie jednak lepsza sraczka niż wrzody – dodał zaraz. – Amedykom każę pić te ich driakwie. Niech sami zobaczą, jakie to przyjemne. Aha, aczegoś ty ode mnie właściwie chciał, synu?

– Pozwoliłem sobie poprosić o audiencję, by wyłuszczyć Waszej Ekscelencji pewien problem...

– Problem – przerwał biskup. – Zawsze tylko problemy, które ja – mocno zaakcentował ostatnie słowo – muszę rozwiązywać. No dobrze – westchnął znowu. – Mów, skoro jesteś.

Króciutko, zwięźle i jak najszybciej wyłuszczyłem biskupowi sprawę, z którą przybyła do mnie Verma Riksdorf. Pokiwał głową.

– I co? – zapytał.

– W związku z tym chciałbym prosić o oficjalną delegację do Gewicht – powiedziałem.

– Czyś ty na głowę upadł? – Jego Ekscelencja nie był nawet rozdrażniony, tylko zdumiony. – Czy myślisz, że nie mam większych problemów niż stygmaty jakiegoś gówniarza? Gdybym chciał do każdej podobnej sprawy wysyłać inkwizytora, musiałbym mieć ich całą armię.

Zamyślił się przez moment i zobaczyłem, że sama perspektywa musiała mu się spodobać. Mnie akurat mniej, gdyż każdy zawód jest tym cenniejszy, im bardziej elitarny. Może nie byliśmy elitą w pospolitym tego słowa znaczeniu, ale też inkwizytorem nie mógł zostać byle kto. Miało to również swoje minusy, bo jak mówi Pismo: Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało.

– Ośmielam się tylko przypomnieć Waszej Ekscelencji, że sprawą zajęli się inkwizytorzy z Cloppenburga. Być może więc nie jest ona podobna do innych.

– Niby tak – mruknął, a potem spojrzał na mnie bystrym wzrokiem. – Zaraz, zaraz, Mordimerze, czy wy przypadkiem nie macie jakiegoś cholernego niepisanego kodeksu, który każe nie wtykać nosa w sprawy innych inkwizytorów, chyba że dostało się oficjalne zlecenie?

Zmilczałem, ponieważ inkwizytorski kodeks honorowy nie był tym, o czym chciałbym i mógłbym rozmawiać z biskupem.

– I ty mnie właśnie o takie zlecenie prosisz – powiedział powoli. – O co tu chodzi, Mordimerze? Ta kobieta... Piękna?

– O, nie – roześmiałem się szczerze. – Wręcz przeciwnie.

– Znasz jej rodzinę?

– Nie, Wasza Ekscelencjo.

Upił łyczek wina, skrzywił się i postukał upierścionymi palcami po blacie biurka. Cały czas patrzył na mnie.

– Więc czemu chcesz jechać?

– Stygmaty są niezwykle interesującym zjawiskiem, Wasza Ekscelencjo. I jak przy każdego rodzaju cudzie nie wiadomo, czy bliżej im do świętości, czy diabelstwa. Przyznaję, że ciekawią mnie zarówno z teologicznego, jak i fizjologicznego punktu widzenia. Bo czymże jest świadectwo przebicia rąk i nóg naszego Pana? Grzesznym przypomnieniem chwil, kiedy Jezus był tylko słabym człowiekiem, czy też świętą oznaką siły Chrystusa, który do samego końca czekał, aż prześladowcy zobaczą Jego boskość i oddadzą Mu cześć? Który wydał się na mękę, by jak najdłużej pozostawić nieprzyjaciołom szansę zrozumienia prawdy oraz odkupienia win, zanim zdecydował się w chwale zejść z Krzyża i pokarał ich ogniem oraz mieczem... – przerwałem, by zaczerpnąć oddechu.

– Ty mi tu nie opowiadaj dyrdymałów, synu – rzekł powoli biskup. – Ilu ludzi mamy w Cloppenburgu?

– O ile się nie mylę, trzech, Wasza Ekscelencjo.

– Znasz któregoś?

– Znam – odparłem ostrożnie, bo wpływaliśmy na głębokie wody.

– Aha – oznajmił wkońcu. – Porachunki. Małe animozyjki, awanturki iprzepychanki. Chcesz dopiec koledze, Mordimerze, co? Bardzo nieładnie – roześmiał się.

– Zawsze w onieśmieleniu podziwiałem bystrość umysłu Waszej Ekscelencji. – Pochyliłem głowę. – Lecz zapewniam, że to nie jedyny, ani nawet nie najważniejszy powód.

Nie był to może wyszukany komplement, mimo to biskup uśmiechnął się szeroko.

– Bo ja was wszystkich znam, łajdaki – stwierdził dobrodusznie. – Znam jak zły szeląg. Tylko dlaczego mam płacić za twoje rozrywki? Oświecisz mnie, mój drogi, w tym względzie?

– Ponieważ z Cloppenburga nie zameldowano o sprawie – odparłem. – Sprawdziłem ostatnie raporty i nie znalazłem nic ani o żadnym dziecku, ani o żadnych stygmatach. A jednak kobieta twierdzi, że Inkwizytorium zajęło się problemem. Dlaczego więc nie raczyli poinformować o tym Waszej Ekscelencji?

Książki Jacka Piekary wydane nakładem naszego wydawnictwa

Sługa BożyMłot na czarowniceMiecz AniołówNecrosis. PrzebudzenieŚwiat jest pełen chętnych sukŁowcy duszPrzenajświętsza RzeczpospolitaPłomień i krzyż – tom 1CharakternikJa, inkwizytor. Wieże do niebaAlicjaJa, inkwizytor. Dotyk złaMój przyjaciel KaligulaJa, inkwizytor. Bicz Boży

COPYRIGHT©BYJacek PiekaraCOPYRIGHT©BYFabryka Słów sp. z o.o.,LUBLIN 2009

WYDANIE V

ISBN978-83-7574-408-8

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIAEryk Górski, Robert Łakuta

GRAFIKA ORAZ PROJEKT OKŁADKIPaweł Zaręba

GRAFIKA NA OKŁADCE©Dmytro Konstantynov | Dreamstime.com

ILUSTRACJEDominik Broniek

REDAKCJAKarolina Wiśniewska

KOREKTAMagdalena Byrska

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail:biuro@fabrykaslow.com.pl