Iwa - Krzysztof Swoboda - ebook
Opis

Kobieta z trudną przeszłością, emocjonalnie uzależniona od koleżanki pracoholiczka i mężczyzna ze złamaną karierą. Co ich łączy, jak powiązane są ich losy?

Iwa” to opowieść o tym, że nie ma osób idealnych i niewinnych, a pozornie błahy gest czy zachowanie każdego z nas, jest w stanie wywołać nieprzewidywalną lawinę zdarzeń, która może obrócić cały świat w pył. Tylko… co z tego pyłu się wyłoni?

Krzysztof Swoboda: 30-letni obserwator, który stara się przedstawić chłodną, szarą rzeczywistość w krzywym zwierciadle, dodając jej nieco ironii i jakże potrzebnego ludziom  poczucia humoru, w kraju, gdzie lato trwa zazwyczaj niecałe dwa miesiące. Mąż swojej żony, wielki sympatyk literatury science-fiction, związany emocjonalną więzią z komputerem i klawiaturą, facet, który lubi pisać. O czym tylko się da.


Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 371

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Krzysztof Swoboda

Iwa

© Copyright by Krzysztof Swoboda & e-bookowo

 

Korekta: Patrycja Żurek

Grafika na okładce: shutterstock

Projekt okładki: e-bookowo

 

ISBN 978-83-7859-410-9

 

 

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2014

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

 

 

Siedział w towarzystwie dwójki kolegów, obgryzając nerwowo paznokcie. Dość wysoki, odrastający od ziemi na niecałe 180 centymetrów chudzielec ze standardową, nie wyróżniającą się z tłumu fryzurą, zachodzącą w ciemny blond. Obserwował przeszklony gabinet redaktora naczelnego. Szef zazwyczaj stawał po stronie pracowników i wręcz emanował otwartością, jaka tutaj symbolicznie przekuwała się na zawsze odsłonięte żaluzje biurowe i lekko uchylone drzwi, zza których często dało się słyszeć konkretne, rockowe kawałki napisane i wyśpiewane przez gwiazdy lat 80. Dzisiejszego dnia, za sprawą trójki smutnych panów w drogich, czarnych garniturach, legitymujących się siejącymi popłoch legitymacjami, na widok których nawet największe wygi z policyjnej drogówki spuszczają wzrok i potulnie wracają do niebieskiego pojazdu, drzwi zostały zamknięte, a żaluzje opuszczono. Wtedy też ostatni raz widział skwaszoną minę przełożonego, poczciwego tłuścioszka pod krawatem, mającego jakiś bliżej niezidentyfikowany pociąg do szelek, które od kilku dobrych lat, towarzyszyły „rednaczowi” każdego dnia.

Ledwie dwa razy drzwi gabinetu otworzyły się, raz, gdy próg przekroczyła sympatyczna sekretarka, niosąca na plastikowej tacy cztery, świeżo zaparzone kawy. Po raz drugi, kilka sekund później, gdy zamknęła je za nią wielka, wymuskana dłoń, otulona czarną, sprawiającą wrażenie drogiej, tkaniną.

Mimo że sprawa mogła wyglądać na zagadkową, to jednak solidni dziennikarze śledczy, a takich w budynku włącznie z Sikorskim znajdowało się w tym momencie kilkoro, wiedzieli o co chodzi. Po prawdzie wszyscy, od wiecznie niezadowolonego ze swojej sytuacji działu sportowego, przez blogerów po dziennikarzy terenowych i fotoreportera wiedzieli, że smutni panowie pojawili się w związku z Aferą Binieckiego: rozdmuchaną przez Darka sprawą, wedle której w jednym ze strategicznych ministerstw w kancelarii premiera wielokrotnie miano dopuszczać się nadużyć finansowych i przyjmowania łapówek.

Niestety, mimo udanej prowokacji dziennikarskiej, podczas której wręczono ważnej, ministerialnej figurze pokaźny plik banknotów, ktoś zdołał w odpowiednim momencie pociągnąć za sznurki i zaalarmować wyżej postawionych przełożonych. Przy wyjściu z eleganckiego budynku zaczepili go, niby przypadkowo, uprzejmie prosząc, aby poddał się krótkiemu przeszukaniu. Nie usłyszał podstawy prawnej, bowiem wprawny, ledwie co widoczny dla postronnych cios w splot słoneczny sprawił, że zgiął się w pół. Czyjaś ręka przytrzymała wątłego mężczyznę. Z daleka wcale nie wyglądało na to, że dwaj umięśnieni, krótko ścięci faceci w ciemnych okularach trzymają go teraz z całej siły za wątłe ramiona, usiłując zadać jak najwięcej bólu.

Zniknął w niedużej, ulokowanej przy głównym wejściu wnęce, prowadzącej wprost do kanciapy szefa ochrony. Tam też po raz ostatni widział dyktafon i niedużą kamerę szpiegowską, jaką za pieniądze wydawnictwa nabył dla Dariusza Sikorskiego główny przełożony. Spędził w zaciemnionym pomieszczeniu kilka godzin, odpowiadając na dziesiątki pytań. Pytali o wyjazdy zagraniczne, o zmarłego ojca i jego pracę, przeglądali kontakty w telefonie, aby po dłuższym czasie, po nitce do kłębka dokopać się studiów i kariery zawodowej. Wypuścili go, zdezorientowanego, późnym popołudniem. Od razu pojechał do biura, jednak na pasach, oddzielających go od wejścia do budynku, zaparkowany pojazd mrugnął długimi światłami kilka razy stronę. Gdy zza przyciemnianej, opuszczającej się szyby wyłoniła się dobrze znana, wyprana z emocji twarz, przezornie zawrócił i cały czas czując na sobie wzrok udał się do domu, aby późną nocą zasnąć.

Teraz, ledwie kilkanaście godzin po tej cholernej wpadce z uwagą obserwował, jak po blisko godzinnej rozmowie drzwi gabinetu naczelnego otwierają się. Trójka postawnych mężczyzn szybko opuściła budynek. Zza otwartych drzwi wyłoniła się głowa szefa. Przez moment ich spojrzenia spotkały się. Skinięciem zaprosił go do siebie. Spojrzał po kolegach, którzy uśmiechali się tępo w jego stronę, usiłując przekonać Darka i siebie samych, że wszystko będzie w porządku. Powoli wstał i ruszył na spotkanie przeznaczenia.

– Jestem.

– Widzę. Zamknij drzwi i siadaj.

Usłuchał. Sfatygowany fotel lekko zaskrzypiał pod ciężarem.

– Co zrobimy z tą sprawą, szefie? Ciągle mogę napisać o tym, co mnie tam spotkało. Mam swoje kontakty i…

– Zwalniam cię ze skutkiem natychmiastowym.

Z trudem zmusił się do zamknięcia ust, które mimowolnie otworzył.

– Jak to?!

– Nie ma wyjścia. Pozbieraj rzeczy, dostaniesz odprawę i takie tam. To nic osobistego, Darek, ale zamiast na gniazdo pszczółek, trafiłeś na pierdolone szerszenie.

– Nie z takimi se damy radę, szefie!

Mężczyzna gałkami ocznymi wskazał na jakiś bliżej niezidentyfikowany punkt na szczycie szafki, pełnej jakichś akt i papierów.

– Nie. Nie z takimi – ostro zaakcentował ostatnie słowo, dodając: – Wynoś się.

– Ale…

– Darek, wypierdalaj. – Wstał, z kwaśną miną, pokazując palcem drzwi wyjściowe. – Dobrze nam się pracowało, ale to już przeszłość. Zostaw to wszystko i znajdź sobie jakiś plan na życie, bo obawiam się, że nawet moja najlepsza i najszczersza rekomendacja już ci w branży niewiele da. Wyciągnął rękę w stronę ciągle niedowierzającego mężczyzny. Po chwili odwzajemnił gest i po raz ostatni uścisnął dłoń przełożonego.

W godzinę później żegnał się z kolegami, którzy pomagali mu znosić cały dobytek w naprędce zorganizowanych kartonach – zupełnie jak w amerykańskich średniej klasy filmach, – do samochodu. Udawane uśmiechy, poklepywanie po ramionach i kilka poważnych ofert wstawiennictwa w jego sprawie nie były jednak w stanie rozładować toksycznej atmosfery, która czule objęła redakcję, deklarując szybkie odejście – wraz ze zwolnionym z roboty dziennikarzem. Oddał kilka uśmiechów, w milczeniu pożegnał się z większością kolegów i koleżanek, po czym wespół z kilkorgiem z nich ruszył w ostatnią trasę, wprost ku samochodowi. Po ostatnim transporcie, na jaki składał się nieduży, pluszowy miś, jakiego dostał w podziękowaniu od dzieciaków jednego z przedszkoli za ujawnienie bicia podopiecznych przez wychowawczynie, opadł na siedzenie kierowcy i odetchnął głęboko. Kątem oka dostrzegł, że kilkoro towarzyszących mu osób uznało, że symboliczne wyprowadzenie zwolnionego dobiegło właśnie końca. Wolnym krokiem, starając się unikać zerkania w jego stronę ruszyli ku siedzibie redakcji, jak ku ziemi obiecanej, do której on nie będzie miał już nigdy wstępu.

Klient poczty w smartfonie alarmował o niemożności połączenia z redakcyjną skrzynką. Zrozumiał, że jego konto oraz historia korespondencji została zablokowana, być może nawet skasowana. Wątpił, aby jacyś skurwiele z ministerstwa chcieli dokopać mu jeszcze bardziej. Zarówno on, jak i jego koledzy wiedzieli, że zabierając mu tę robotę i dając na odchodne wilczy bilet i gówno wartą garść uśmiechów zabrali mu niemal wszystko to, co kochał.

– Skurwysyny – syknął po cichu, zamykając drzwi pojazdu. Przekręcił kluczyk w stacyjce, uchylił szybę i powoli ruszył w stronę szlabanu. Stylowe, odpicowane czerwone Audi 80 po raz ostatni opuszczało prywatny, redakcyjny parking. Na odchodne uśmiechnął się do ciecia i jak gdyby nigdy nic się pożegnał.

Młody facet z dziewiczym wąsikiem, miłośnik komiksów, które mógł w tej budce czytać cały czas, ledwie kącikami ust odwzajemnił gest. Cholera tam wie, co robił w tej klitce, gdy żaden samochód akurat nie żebrał o podniesienie szlabanu. W slangu jego byłych kolegów, ze względu na ciekawe epizody, jakie organizował tam przez dobre dwa lata były stróż, klitka nosiła miano „zielonej ruchawki”. Nie, budka nie była koloru zielonego. Była szara, jak szare i monotonne było życie wszystkich tych, którzy w niej zasiadali. Tylko Śruba, masywny, oblepiony tatuażami, o wielkim ego, koziej bródce i dochodzie 1300 złotych na rękę, mężczyzna, uczynił z fuchy ciecia coś, o czym inni mogli jedynie marzyć.

Wielkolud zagrał na nosie całemu wydawnictwu i nieformalnie ośmieszył wszystkich śledczych z Sikorskim włącznie. Najpierw, pod pozorem przerwy na papieroska uczynił niewielką kanciapę sympatycznym miejscem, gdzie w ciągu jednej zmiany był w stanie uwolnić od migreny nawet dwie, najbardziej zrzędliwe (a jednocześnie najbardziej ponętne) sekretarki. Nikogo nie dziwiło, że często wracają jakieś takie dziwnie spocone, z odrobinę poszarpaną odzieżą czy nieposkromioną fryzurą. O ile budka była całkiem wysoka, to jednak miejsca wszerz było stosunkowo niedużo, toteż Śruba musiał męczyć się z nimi na jeźdźca, gdzie chociaż przez chwilę dwa rudzielce od papierkowej roboty mogły poczuć się tak, jakby miały tego krzepkiego skurwiela w garści. Nikt nie pytał, mało kto plotkował, bo roboty było wiele, to też korzystny dla obydwu stron proceder kwitł w najlepsze.

Życie Śruby było jednak zbyt monotematycznym: ruchał w pracy, ruchał poza pracą, nawet na urlopie spędzanym na koszt rodziców, ruchał. Z czasem, na co dzień sympatyczny paker po trzydziestce, po zawodówce o specjalizacji ogrodniczej doszedł do wniosku, że potrzebuje czegoś więcej, urozmaicenia i adrenaliny, której monotematyczne pieprzenie wszystkiego wokół przestało dostarczać. Śruba zapragnął więcej zarabiać. Korzystając z kontaktów, angażując w plan spory metraż strychu w domu, który odziedziczył po dziadkach, zajął się tym, do czego miał predyspozycje zawodowe: podlewał, nawadniał, dbał o minerały, wilgotność i temperaturę, a w odpowiednim momencie ścinał, pakował w strunowce i w niedużej aktówce nosił do pracy, gdzie szybko zaczęli schodzić się dziwni, młodzi ludzie.

Przez dwa lata śledczy, którzy mijali się z grubasem nawet i paręnaście razy dziennie ani razu nie zastanowili się, dlaczego spaślak zamienił wilgotne cipki sekretarek na jakichś anonimowych facetów i laski, które stały pod tym pieprzonym szlabanem od godzin porannych aż do późnego popołudnia, gdy cieć kończył pracę.

Śruba powoli spełniał marzenia. Nowe tatuaże, kupił mobilną konsolę do gier i pełen pakiet sportowy telewizji kablowej. Obkupił się firmową odzieżą, na tęgiej klacie pojawiały się co rusz nowe łachy o wartości paruset złotych. Wpadł, bo popełnił grzech zaniechania. O ile wcześniej kochał tylko i wyłącznie kutasem, tak przez jakiś czas, sporadycznie częstując skrętem, ciągle posuwał sekretarki. Gdy jednak popadł w zakupoholizm i manię ogrodnictwa na skalę zbliżoną do przemysłowej, rudowłosa piękność, Dominika, która znana była w redakcji z pociągu do tego, co każdy z jej kolegów nosił w gaciach, nie wytrzymała i postawiła mu ultimatum: solidne pieprzenie jak dawniej, albo pożałuje. Większość facetów bez chwili zawahania wybrałaby wariant, nazwijmy to, ugodowy. Zaślepiony żądzą nabijania sakiewki wysokimi nominałami Śruba, po szybkiej kalkulacji, ile w tym czasie zdoła stracić klientów, rzucił w jej kierunku jednoznaczne: wypierdalaj.

Nie minęły trzy godziny, gdy zapłakana kobieta zawezwała policję, która znalazła przy cieciu ponad 30 gram wysokiej jakościowo marihuany i kilka porcji LSD. Kolejnego dnia nie przyszedł do pracy. Ani następnego. Po tygodniu ciągle otwartych szlabanów na wakat po Śrubie przyszedł właśnie on: zapryszczony fan komiksów. Prezes postawił na wariant bezpieczny: jedną decyzją uciął zarówno pieprzenie się pracownic w godzinach pracy, jak i dilerkę o której, mimo że krążyły u konkurencji legendy, to jednak żaden szanujący się redaktor z firmy nie zająknął się ani słowem.

Teraz, ten niepewny emocjonalnie młodzian właśnie zamykał szlaban, aby wrócić do pochłaniającej lektury W oddali majaczyły stare, czarne tablice wiekowej audicy.

 

***

 

Stała przed wielkim lustrem. Dobrze oświetlona łazienka, utrzymana w ciepłych, zachodzących w pomarańcz kafelkach i kremowym suficie od godziny była jej królestwem. Na niedużym metrażu kobieta zdołała całkiem sprawnie ulokować sporą wannę z funkcją hydromasażu, niedużą – bo trawiącą odzież ledwie jednej osoby pralkę z podajnikiem umieszczonym na górze, oraz trzy długie, ciągnące się po całej długości ściany półki z kosmetykami znanych i renomowanych firm.

Co jakiś czas z wyraźną irytacją przecierała ręką zaparowane lustro, zza którego tylko bardzo wprawne oko obserwatora zdołałoby dostrzec nieduży, ale działający na każdy rodzaj facetów figlarny biust, szczupłą szyję z charakterystycznym, czarnym pieprzykiem ulokowanym zaraz pod linią żuchwy, nieduże, wąskie usta, które w tej chwili uśmiechały się lekko do odbicia oraz czarne, powabne oczy, skupiające się właśnie na jak najlepszym ułożeniu ciągle nieposkromionej, niby rudawej, ale mieniącej się w odcieniach złota fryzury.

Gdyby jednak obserwator stał za nią, bowiem musimy tu dopowiedzieć, że jako samotna lokatorka kobieta nie musiała zamartwiać się takimi detalami, jak otwarte na oścież drzwi, zobaczyłby długie, smukłe nogi zdradzające, że kobieta spędza sporo czasu na powietrzu, najpewniej uprawiając jogging; ładnie zarysowaną pupę, sylwetkę w kształcie klepsydry oraz wątłe, chudziutkie rączki, które w tej chwili układały krótką fryzurę, w całości odsłaniającą jakby odrobinę przygarbioną szyję.

Słowem: było na co popatrzeć, jednak mieszkanie tajemniczej kobiety, zasługiwało co najmniej na takie samo zainteresowanie, jak figura.

Za łazienką rozciągał się nieduży, ładnie urządzony przedpokój, którego dominującym elementem była wielka szafa z dębowego drewna, utrzymana w tonacji ciemnego brązu. Nieopodal znajdował się pokój gościnny, pełniący w mieszkaniu funkcję nieproporcjonalnie dużej, jednoosobowej sypialni. Ogromne, rozłożone łóżko pełne było nieposkładanych łaszków, porozrzucanych wzdłuż i wszerz. Nawet nieopodal stolika, na jakim postawiony był płaski telewizor i odtwarzacz DVD walały się jeansowe spodenki. Jeśli spojrzeć w prawo można dostrzec wielkie okno z panoramą na otulone zmierzchem blokowisko. Nudne, szare wieżowce, pełne anonimowych, tlących się światełek zmieniających natężenie, jakby błyskających. To tylko zmęczeni pracą i życiem ludzie, usiłujący zapomnieć o problemach dnia minionego oglądają zapewne jakieś odgrzewane programy, jakie raz za razem serwuje telewizja. Obok okna, drzwi balkonowe, a obok nich, na niedużej, wolnej przestrzeni, tuż przy betonowej ścianie, szafka nocna z kilkoma książkami i czytnikiem e-booków. Na lewo kuchnia. Zwykła, niewyróżniająca się ze zlewem, piekarnikiem, zapchanym koszem na śmieci, tosterem i kuchenką mikrofalową. Cofając się do przedpokoju i stawiając kilka kroków natrafimy na prawdziwy rarytas, coś, dla czego warto było męczyć się przez ten opis mieszkania: gabinet, pełen nowoczesnych technologii, jaki na twarzy niejednego informatyka wywołałby niekontrolowany ślinotok. Pokój zaciemniony, odgrodzony od świata zewnętrznymi roletami, z fachowo rozmieszczonym oświetleniem, równolegle padającym na trzy wielkie, ulokowane obok siebie monitory. Obudowa komputera z ledwie co słyszalnym chłodzeniem zdradzała, że wnętrzności peceta skrywają wydajne, cholernie drogie podzespoły, gdzie za samą tylko kartę graficzną można by z łatwością nabyć ze dwa gotowe komputery z hipermarketu. Nad monitorami szafka pełna płyt, na biurku awangardowa, rozwijana klawiatura, koło której drzemał mieniący się w odcieniach fioletu gryzoń komputerowy, wbrew obecnej modzie uwiązany do konstrukcji na sznurku, kończącym bieg w porcie USB. Przed biurkiem fotel, a obok okna kolejne biurko z lampką wykorzystywaną do rysunków technicznych. A na biurku profesjonalny szkicownik. Zerknijmy.

Ołówkiem naniesione linie, łączące się w kwadraty, czasem jakieś odrobinę zaokrąglone kształty. Dużo tabelek, rysunki prezentujące animacje otwieranego menu, fachowo napisane, zgodne z formatem HTML oznaczenia kolorów. Widać było, że dziewczyna woli działać metodycznie niż bawić się w całodniowe siedzenie na krześle i kolorowanki, które zapewne i tak zostałyby odrzucone przez kolejnego klienta. Cóż, los grafika komputerowego projektującego layouty wcale nie należał do łatwych, mimo że praca była dobrze płatna. Dzięki możliwościom narracji, przywróćmy teraz pomieszczeniu czas. Dziewczyna wyszła z łazienki, kątem oka zerkając na ekran telefonu. Uśmiechnęła się lekko, ruszając ku szafie z ubraniami. Po chwili na co dzień niepozorna, zamknięta w sobie lokatorka, do której nieraz szczerzyli się mężczyźni, bez względu na to, czy zaobrączkowani, czy jeszcze poszukujący drugiej połówki, zaczynała kompletować swoją kreację na dzisiejszy wieczór. Wzięła w dłoń wieszak ze stylową małą czarną, którą założyła. W chwilę później, dołączyła elegancki wisiorek oraz kolczyki.

Trzeba tu oddać, że efekt końcowy był powalający i spora ilość czasu spędzona w łazience opłaciła się. Zniecierpliwiona, nie chcąc pognieść sukienki, usiadła na łóżku, przeglądając historię wiadomości od kogoś podpisanego jako „Mój Tomek”. Przesuwając palcem po dotykowym ekranie, uśmiechała się lekko.

W dziesięć minut później usłyszała pukanie do drzwi. Czarne oczy otworzyły się szeroko. Westchnęła usiłując ukryć napierającą górę emocji, kilkoma susami pokonała odległość dzielącą ją od drzwi. Szczęk zamka. Po chwili z trudem ukrywając emocje, wpuściła do mieszkanka przeciętnego wzrostu, barczystego faceta o bujnej, pełnej czarnych loków czuprynie, gęstych brwiach i ciekawie wystylizowanej bródce, która łączyła dwa nieco przydługawe względem całości bokobrody. Miał na sobie sztruksową marynarkę, lnianą koszulę z kołnierzykiem, jeansy oraz brązowe, wyjściowe buty.

Facet nazywał się Tomek i był zwykłym mechanikiem samochodowym. Dla niej zaś był to Tomuś, narzeczony, ojciec garści jej przyszłych dzieciaków, wierny, idealny przyszły mąż, który, gdyby tylko sobie tego zażyczył, mógłby spędzić całe wspólne życie, leżąc do góry brzuchem.

Znali się ledwie trzy miesiące, spotykali nieczęsto. Jednak wiedziała o Tomeczku o wiele więcej, niż ten mógłby się spodziewać. Znała jego byłą dziewczynę, wiedziała, gdzie mieszkał wcześniej, co robił, a dzięki nienormowanym godzinom pracy z dużą dokładnością, niby przypadkowo kręcąc się koło jego niedużego domku, znała godziny wyjść i powrotów, które skrupulatnie porównywała z godzinami pracy.

Tego wieczoru po raz pierwszy zabierał ją do eleganckiej restauracji, ulokowanej nieopodal malowniczego, romantycznego deptaka, gdzie o każdej porze roku bez względu na pogodę, można było spotkać jakąś zakochaną parę, trzymającą się za ręce.

Po chwili wsiedli do windy, aby niespełna dwie minuty później odjeżdżać w stronę centrum. Nie rozmawiali. Czuła, że Tomuś się krępuje, bo ma jej coś ważnego do zakomunikowania i ubiera właśnie myśli w słowa, on zaś nie za bardzo chciał o czymkolwiek z nią rozmawiać, kątem oka zerkając w stronę ślicznej, podenerwowanej, uśmiechającej się co jakiś czas do niego, kobiety.

Trasa, mimo że stylowa alfa romeo pokonała ją w ledwie kwadrans cholernie im się dłużyła. Wkrótce zasiedli w restauracji i złożyli zamówienie.

– Iwuś… – zaczął, pociągając łyk wody mineralnej.

Patrzała wyczekującym spojrzeniem, chłonąc dosłownie każde słowo, jakie dobywało się z jego ust.

– Eee… widzisz, uważam… że to wszystko, to…

Konsternację przerwała kelnerka, która podeszła do ich stolika.

– Dla pana, de– volaille, tak?

Wyrwany z transu przytaknął, przecierając dłonią czoło, na które zaczęły napływać pierwsze krople potu. Przed jego towarzyszką wyrósł wielki talerz brokułów, skąpanych w sosach, finezyjnie zmieszany z liśćmi rukoli i potartą marchewką.

– No, to… może zjedzmy, co? – silił się na uśmiech.

Małomówna towarzyszka, mierząc go ciepłym spojrzeniem skinęła głową, biorąc się za pałaszowanie swojej porcji.

– Jak ci minął dzień, skarbie?

Mężczyzna podskoczył lekko, zupełnie, jakby ktoś zapytał go, gdzie schował worek ze zwłokami. Spojrzał czujnym spojrzeniem.

– Dobrze, dziękuję.

– Gdzie dzisiaj byłeś? – rzuciła melodyjnym, ciepłym głosem, zerkając na Tomusia zza niknącej szybko porcji. Czy to za sprawą zdolności kucharza do de volaille’a, czy też z jakichś innych względów jemu posiłek szedł jak po grudzie.

– W pracy, no. Wiesz sama, taki dzień jak co dzień. Idzie jesień, ludzie powoli robią przeglądy samochodów to, eee, ruch w interesie mamy.

Dopiero po dłuższej chwili odpowiedziała.

– To chyba dobrze. Nie ma nic gorszego niż nuda w pracy. Zresztą – wzięła do ust kolejny brokuł – nie tylko w pracy, Tomuś, skarbie.

– Jak, że nie tylko w robocie?

– No w życiu, kochanie. Nuda to jest, jak jesteś w pojedynkę, jak nie masz z kim spędzać wieczorów – kątem oka zauważyła, jak jego oczy robią się coraz większe. Postanowiła przystopować – przynajmniej tak uważam, kochanie – uśmiechnęła się ciepło.

– Ach. A u ciebie jak, Iwuś? Działo się coś ciekawego od…

– Tęskniłam za tobą. Nawet nie wiesz jak bardzo! Tomuś, ja… z trudem wytrzymałam te kilka dni. My… powinniśmy zamieszkać razem!

– Razem?

– No tak, przecież po to tu jesteśmy, prawda?

– No…

– To naturalny następny krok przecież. Chciałam poczekać, co byś się zebrał w sobie, ale trema cię chyba, kochanie, zjadła. No, powiedz co masz do powiedzenia!

Kilka par oczu spojrzało na nich, spodziewając się, że postawny elegant zaraz padnie przed nią na kolana i poprosi o rękę. Ona też się tego spodziewała. On natomiast miał nieco inny plan na ten wieczór.

– Iwuś, to nie jest dobry pomysł, ja…

– No, wyrzuć to z siebie, skarbie! – rozejrzała się po restauracji, czując na sobie spojrzenia.

Wszystko było niemal tak, jak sobie to obmyśliła. Już od pierwszego spotkania, gdy reperował jej samochód czuła, że tym razem będzie inaczej. Że może nie jest arcymistrzem szachowym, nie dorównuje jej intelektem, ale za to jest silny, czuły i od tej pory zawsze będzie bronił i strzegł ich ogniska domowego. Kolejne spotkania w myśl jej planu, który zresztą wypalił, były dziełem przypadku, jednak Tomuś po jakimś czasie chwycił bakcyla i w stroju fachmana, szefa zmiany w firmie, podpierając się zabrudzonymi łapami o ścianę nośną zaprosił ją na niezobowiązującą kawę. Jeszcze zanim o tym pomyślał, wiedziała, że tak będzie. W głębi snuła już zaawansowane plany związane z weselem, na własną rękę wyciągając od Tomusia,niby pod pozorem zwykłej ciekawości, najważniejsze informacje o jego krewniakach. Na komputerze od kilku dni miała projekty zaproszeń na ślub oraz wstępne rozeznanie w zakresie sal, gdzie mogłoby się odbyć wesele. Zresztą nie musiała wiele szukać, bowiem od czasu jej ostatniego narzeczonego, z którym również wiązała wielkie nadzieje minęły ledwie cztery miesiące. Tamten skurwiel jednak nawet nie umywał się do Tomusia, tak samo jak poprzedni, dobrze sytuowany kierownik jednego z rozpoznawalnych internetowych portali, dla którego przygotowywała nowy design strony.

– No! – powtórzyła.

Mężczyzna wstał. Czuła, jak grawitacja ściąga ją coraz bardziej w głąb krzesła, które jakby zaczęło zapadać się w podłogę.

– Przejdźmy się – rzucił, podając jej rękę.

Plan zaczynał drżeć, niebezpiecznie ściągając ją nad przepaść negatywnych emocji, które kotłowały w głowie.

– No dobrze – wstała. Uśmiech znikł z twarzy. Teraz czarne, skupione spojrzenie dręczyło po kolei każdego, kto jeszcze ledwie minutę temu obdarzał tę sympatyczną parkę ciepłym spojrzeniem, licząc na to, że będzie wreszcie świadkiem spektakularnych oświadczyn w drogiej i gustownej restauracji. Gdyby ktoś dał jej teraz broń, zapewne odstrzeliłaby jednego starego, siwego skurwiela, który ciągle się do niej szczerzył. Dla przykładu, byle reszta tej jebanej swołoczy zajęła się wpierdalaniem posiłków.

Po chwili poczuła na twarzy powiew chłodnego, wieczornego powietrza. Instynktownie wystawiła dłoń w prawo, usiłując natrafić na silną łapę Tomusia, którego – najwyraźniej – zjadła trema, jednak nie znalazła jej tam. Szybkim spojrzeniem oceniła, że jego dłonie znajdują się w kieszeniach marynarki.

– Weź, wyciąg łapy, brzydko tak wyglądamy!

– Iwa, koniec – zatrzymał się, rozglądając , czy nikt nie interesuje się ich rozmową.

– No, powiedz to – uśmiechnęła się, ledwo zauważalnie wyciągając prawą dłoń w jego stronę.

Zdezorientowany odsunął się o krok. Sroga mina powoli ustępowała politowaniu.

– Iwa, jak myślisz, po co to wszystko? To dzisiaj?

– Nie chcesz sam?

– Nie. Odpowiedz, proszę – zawahał się – skarbie.

– Cóż – powiedziała drgającym z emocji głosem – od dawna nad tym myślałam i to wszystko, kolacja, to jak jesteśmy ubrani, ta cała otoczka – malowniczo wskazała rękoma od lewej do prawej, za horyzont – to jest to, o czym rozmawialiśmy niedawno, że trzeba postawić następny krok, zaręczyć się i zaplanować ślub i wesele i całe życie…

Nie dokończyła, czując na ustach jego palec wskazujący.

– Jesteś pojebana – rzucił półgłosem.

– Co… proszę? Tomeczku, nie możesz tak do mnie mówić!

– Dlaczego według ciebie tu dziś przyszedłem?

– No bo…

– Bo za mną łaziłaś i dzwoniłaś, wariatko! Zobacz – wyciągnął z kieszeni telefon, pokazując naprędce kilka wiadomości, które zaczął czytać – „przyjdź, bo się zabiję”, „Widziałam, jak później wracasz z roboty, gdzie i Z KIM BYŁEŚ, DZIWKARZU???”, „Jutro w Cafe Rubin i koniec z nami”, „Napisz, że też mnie kochasz”, lecz się, babo!

Poczuła, jak jej głowę zaczyna wypełniać dziwny szum, przechodzący powoli w złowrogi pisk, który rozlewał się po całym ciele, przywracając smutne wspomnienia i momenty, jakie od ponad trzech tygodni z uporem wypierała ze świadomości. Wróciły migawki o tym, jak uderzyła go w pysk przed jakąś dziewczyną, z którą wdała się w szarpaninę, mignęła zapłakana twarz, jaką widziała w lusterku samochodu, gdy przy akordach śmiechu pracowników warsztatu z piskiem opon odjeżdżała, zamajaczył widok jego twarzy, gdy zza okna domu patrzył na nią, z niedowierzaniem i wyraźną irytacją kręcąc głową.

Zniknął sympatyczny, elegancki mężczyzna. Miała przed sobą twarz typowego, tępego drwala, którego debilna bródka gryzła ją, irytowała i nie mogła od niej oderwać wzroku. Patrzała na zdrajcę, oszusta, który krzywdził ją, nie odpowiadając na telefony, e-maile i wiadomości na portalu randkowym, gdzie zobaczyła go po raz pierwszy.

– To nie ma już nas? – rzuciła łamiącym się głosem.

Paker o dziwnej, nieznanej twarzy rzucił jednoznacznie:

– Nigdy nie było. Daj mi wreszcie spokój i zniknij z mojego życia, wariatko.

Uśmiechnęła się lekko, mierząc go silnym spojrzeniem.

– Zgoda, ale mam jeden warunek…

– Nie, żadnego seksu. Jakoś nie wierzę w tę bajkę z pigułkami, sorry, Iwa.

– Nie chodzi o to. Chociaż posłuchaj, no!

Głęboko westchnął, ostentacyjnie rozkładając dłonie, gotów do przyjęcia ostatniego wyzwania od obłąkanej dziewczyny.

– Chodź, pójdziemy na kieliszek do jakiejś speluny, porozmawiamy po raz ostatni, jak przyja… jak znajomi, którzy więcej się nie zobaczą i koniec. Masz ode mnie spokój na zawsze.

Filował ją uważnym spojrzeniem, długo trawiąc przekaz. Po chwili pochylił lekko głowę, głośno wypuścił powietrze i skinął głową.

– Dobra. Znam taką jedną stylową lokację. Ale to na pewno koniec? Odpuścisz na dobre?

– Na dobre. Słowo – klepnęła go lekko w masywny bark.

Po chwili szli w milczeniu, aby w niespełna kwadrans dotrzeć do knajpki ulokowanej obok niedużego jeziora, na środku którego była nieduża wysepka z domkiem dla łabędzi. Zamówiła flaszkę solidnego, kopiącego alkoholu o stężeniu 40%, na widok którego Tomek od razu się rozpromienił.

Po kilku głębszych, przeprosił ją na moment, idąc – jak to lubił mówić – odcedzić kartofelki. Dobrze wykorzystała ten czas.

Na twarzy Iwy nie malowały się żadne emocje. Siedziała, wpatrując się nieobecnym spojrzeniem w kieliszek z wódką. Był pełen do połowy, czy też może w pięćdziesięciu procentach pusty? Nie miało to teraz żadnego znaczenia. Po kilku następnych kolejkach Tomek poczuł, że wysokoprocentowa ciecz zaczyna na dobre uderzać mu do głowy. Łypał na nią, z niedowierzaniem patrząc, jak wyciszona, ledwie co jakiś czas mierząca go wzrokiem kobieta, trzyma się zauważalnie lepiej niż on, pomimo tego, że pijąc z kumplami zazwyczaj odpadał jako jeden z ostatnich.

– Masz mocną głowę – rzucił, walcząc z plączącym się językiem. – Kończmy, ja… jutro rano do pracy muszę.

– Co ty, chodź, jeszcze jeden!

– Nie– e. Ja już wysiadam…

Zirytowana postanowiła sprawdzić, czy jest samcem czystej krwi. Ignorując usiłującego wstać, niedoszłego męża, wprawnym ruchem sięgnęła po jego kieliszek, napełniając go wódą. To samo uczyniła ze swoim.

– Co ty, ze mną się nie napijesz?

Ostentacyjnie wystawiła szkło ku niemu. Ego, z pewnymi oporami przekonało otumaniony mózg Tomasza, aby postanowił przyjąć wyzwanie czarnookiej piękności. Po trzech kolejkach i jednym toaście „za rozstanie”, ku uciesze kilku bywalców speluny wzięła go pod ramię i zaczęła prowadzić w stronę wyjścia. Na moment jej uwagę przykuł zbity z tropu, pijący do barmana wysoki chudzielec w sfatygowanej koszuli w paski, jednak miała w tej chwili większe problemy niż tajemniczy nieznajomy.

Wlokła go, wprost w stronę parku, położonego nieopodal niedużego stawu, który jeszcze godzinę temu, był dla niego ciekawym urozmaiceniem w wielkomiejskiej dżungli, o jakim z pasją, nie podobną do mechanika samochodowego opowiadał jej, gdy obalali pierwszą butelkę. Nie był w stanie się jej teraz przeciwstawić, ledwie co jakiś czas majacząc, że samochód zaparkował gdzie indziej i że trzeba zawrócić. Z trudem zdołała oprzeć go o niewysoką, żeliwną barierkę, z której roztaczał się piękny widok na podświetlone wielokolorowymi lampami, jeziorko które tak ubóstwiał.

– No, panie kochany, opieramy się. O, właśnie tak – poprawiła jego dłonie – grzeczny chłopiec. Spojrzała za niego, w dół, wprost na jakieś kamienie, które w różnych wariantach kolorystycznych i wielkościowych, oddzielały jeziorko i jego mieszkańców od zabrudzonej, zapewne powstałej na skutek działalności służb komunalnych, plaży, na której jednak nie zmieściłoby się więcej, niż kilkanaście osób.

Cały czas zerkając na otumanionego, niemal wiszącego na barierce mężczyznę, znikła na chwilę w chaszczach, aby powrócić z niedużym zawiniątkiem, które dzierżyła w dłoni.

Tomuś widział tylko zamazaną sylwetkę jakiejś kobiety. Uśmiechnął się tępo w jej stronę, eksponując triumfującemu na nieboskłonie, sierpowatemu księżycowi szereg białych zębów. Usiłował podeprzeć się odrobinę, aby przy tajemniczej diwie pokazać się z jak najlepszej strony. Dostrzegł, że kobieta wpatruje się w niego uważnym, skupionym spojrzeniem. Jej prawa ręka była nieproporcjonalnie wysoko uniesiona ku górze.

– Heloł – wybebłał, robiąc dzióbek, jakby to miało przyspieszyć otrzymanie od niej odpowiedzi. Ta nadeszła już po chwili…

– Good bye.

… a wraz z nią, mocny cios czymś ostrym, wymierzonym wprost w jego skroń. Poczuł, jak ta wątła babeczka, cały czas nie wyjmując z jego skroni tajemniczego przedmiotu, który zadawał mu teraz tyle bólu, naparła na niego swoim ciałem. Gdy spadał, na moment dotarło do niego, co się właśnie wydarzyło. Poczuł z tyłu głowy i na łopatkach potężny, penetrujący jego ciało ból. Stęknął głośno, z trudem łapiąc powietrze. Był w stanie poruszać rękoma, jednak nogi nie chciały się go słuchać. Po serii jęków, stanęła nad nim tajemnicza, czarna postać o wątłych ramionach. Tym razem, rozpoznał ją od razu.

– Iwa…

Uśmiechnęła się, kucając w bezpiecznej odległości, mierząc go ciepłym, niemal pełnym miłości, spojrzeniem.

– Ty kurwo – wyszeptał.

Wątła dziewczyna znikła sprzed jego oczu. Jak szalony ruszał gałkami ocznymi, jednak nigdzie nie był w stanie jej namierzyć. Z trudem oddychając, nagle poczuł, jak ktoś z impetem chwyta go za rękę i ciągnie. Usłyszał głośny, kobiecy jęk. Poczuł pod szyją coś twardego. Z trudem zmusił się do zachowania świadomości.

– Nie musi tak być…

Kobieta znowu znalazła się w zasięgu jego wzroku. Na szybko analizował swoje opcje, jednak w głębi serca doskonale wiedział, że jest teraz całkowicie zdany na jej łaskę. Poczuł na czole dotyk jej ciała, jednak otumaniony mózg cały czas widział z oddali jej charakterystyczną, blond fryzurę. Zrozumiał, że trzyma na jego czole swoją stopę, którą miarowo, powoli, dociska jego kręgosłup coraz bardziej do kamienistego podłoża.

– Nie musiało – dobiegł melodyjny, ciepły głos z góry.

Gdzieś w sobie usłyszał głośny trzask. Ból nie zdążył rozlać się po jego ciele. Łapczywie złapał ostatni oddech, usiłując domyślić się, dlaczego cały świat nagle gaśnie.

Kobieta rozejrzała się, po chwili przykucnęła nad nim i przyłożyła palec do jego tętnicy szyjnej. Ta jednak nie pompowała już krwi w tym ciele. Wygrzebała jego telefon, który schowała do torebki. Ostrożnie wstała, trzymając w dłoniach swoje szpilki. Kilka razy sycząc z bólu, przeszła po ostrych kamieniach, wyłaniając się z mroku na opustoszałej ścieżce z antypoślizgowych płytek chodnikowych. Metodycznie, pod najbliższą latarnią, sprawdziła, czy żadna z jej rzeczy nie została przy byłym już narzeczonym. Założyła buty i spokojnym, wolnym krokiem ruszyła w stronę widocznego za parkiem postoju taksówek.

Kątem oka dostrzegła, że skądś jej znana, pasiasta koszula, podpierając głowę ręką, odjeżdża właśnie w wysłużonym, ale ciągle eleganckim BMW, prowadzonym przez jakiegoś wiekowego, siwego taksiarza. Podeszła do najbliższego, patrzącego na nią z nadzieją już od dobrej minuty, kierowcy Forda Galaxy. Opuścił szybę, szczerząc się.

– Wolny?

– Ma się rozumieć. Pani wsiada.

 

***

 

Para, dobywająca się z ust Darka zdradzała, że pogoda, nawet jak na polską złotą jesień, była sroga. Miał przed sobą nieduży, biały domek w zabudowie szeregowej. Zapłacił sympatycznemu mężczyźnie, któremu zdołał już po drodze z centrum na obrzeża wytłumaczyć, na czym polega sens życia. Po pijaku zawsze budził się w nim niskich lotów filozof, który na nowo odkrywał wszystko to, co zostało już odkryte, przebadane a nawet udowodnione behawioralnie. Mądrzył się, Sikorski o tym, że nie można wynaleźć już nic nowego, że wszystko już powstało i ten cały komercyjny śmietnik, jakim nas zasypują, to te same, co kilka lat temu produkty, tylko w ładniejszych opakowaniach. Stary taksiarz litościwie przytakiwał a poczciwy Charles Duell, który wyprzedził z tą tezą wyrzuconego z roboty, dziennikarza, zapewne przewracał się właśnie w grobie.

Sunąc powoli, niczym zombie, w stronę drzwi wejściowych, zauważył, że w pokoju na górze tli się jeszcze niemrawo lampka nocna. Przeklął pod nosem, z trudem pokonując zamek do drzwi. Rozbłysło światło w przedpokoju. Starając się nie hałasować, zdjął buty i wolnym krokiem udał się w stronę schodów. Zdziwił się, widząc w połowie drogi swoją kołdrę, szczoteczkę do zębów i właśnie dołączającą do tego grona z rąk żony, poduszkę. Zmusił się do uśmiechu.

– Cześć, skarbie.

– Cześć. Rano muszę szybko wstawać do roboty a ty po pijaku chrapiesz. Śpisz na kanapie – obwieściła, mierząc go spokojnym, ale stanowczym spojrzeniem.

– A nie chcesz wiedzieć, z-z-a co piłem?

– Nie dzisiaj. Jutro mamy sprawozdanie, Dariusz i naprawdę, muszę być w pełni sił. Znieś swoje rzeczy i widzimy się jutro, a właściwie, to już dzisiaj – wskazała na podświetlany zegar kuchenny, który informował, że północ minęła dwanaście minut temu.

– Ty to zimnokrwista jesteś…

– Ja ciebie też. Dobranoc – ucięła, pokonując wolnym krokiem kilka schodków. Szczęk zamykanych od wewnątrz drzwi przekreślił jego szanse na komfortowy sen.

– Małpa – szepnął pod nosem, znosząc na raty swój dobytek ku kanapie. Kilka minut później, tulił się do swojej poduszki, usiłując zapomnieć o minionym dniu.

 

Cztery miesiące później…

Zaniedbana czupryna i niezbyt imponująca, żeby nie powiedzieć, kompromitująca go broda, zerkały na Darka z lustra. Podkrążone oczy, blada cera i fakt, że dopiero o godzinie 13 zdołał wstać z łóżka, zdradzały, że zgodnie z prognozą jego poprzedniego pracodawcy, mimo godnej pozazdroszczenia ścieżki zawodowej, cały czas był dla wielkich firm, niczym zakazany owoc. Codziennie sprawdzał skrzynkę mailową, odbył nawet kilka rozmów z redaktorami, jednak poza łaskawymi, wyuczonymi uśmiechami, tępym przytakiwaniem głową i wypranym z emocji „dziękuję, skontaktujemy się z panem wkrótce”, nic nie wskórał. Teraz, spokojnym, nieco wyrwanym z kontekstu spojrzeniem, przyglądał się sobie, starając się odepchnąć irytujące go myśli, jakoby zawodowa kwarantanna miała potrwać o wiele, wiele dłużej. Założył jakąś koszulkę i czarne, dresowe spodnie, po czym wolnym krokiem przespanego, znudzonego nadmiarem wolnego czasu, faceta, ruszył w stronę swojego gabinetu, gdzie czekał już na niego włączony komputer, koło którego stała letnia kawa i rozpoczęta drożdżówka. Ekran emanował dziesiątkami barw, które składały się na jakieś prostokąty i kwadraty, których kolejne skupiska zamieniały się w farmy i zwierzęta gospodarskie. Oparł się o biurko, pociągnął łyka kawy, głośno go przełykając, poczym z zauważalną wprawą, zaczął zbierać wirtualne plony i sadzić jakieś nowe warzywa i zboża. Po dwudziestu minutach, gdy Sikorski zakończył obchód po swoich wirtualnych włościach, w drugiej karcie przeglądarki włączył radio internetowe, odgrywające przeboje muzyki pop z ostatniej dekady XX wieku. Kręcąc się powoli na obrotowym fotelu, dojadał drożdżówkę. Gdy kończył się z nią rozprawiać, położony obok, na starej atramentowej drukarce telefon zaczął dzwonić.

Odruchem, jednym z niewielu, jakie zostały mu jeszcze po udanym życiu zawodowym, odebrał po dwóch sygnałach, fachowym, chłodnym tonem rzucając:

– Sikorski, słucham.

Nie sprawdzał, kto dzwoni. Nigdy, od czasu, gdy stracił pracę. Po prostu liczył na to, że pewnego dnia, nie rozczaruje go żaden pieprzony konsultant czy zawsze troskliwa, stara znajoma, mieszkająca w Hiszpanii, telefonująca tylko i wyłącznie po to, aby poopowiadać, jak to wspaniale się jej teraz wiedzie. W głębi serca, Darek nienawidził tych pogaduszek, jednak przez wzgląd na stare, dobre czasy, wysłuchiwał jej monologów, myślami krążąc zupełnie gdzieś indziej.

– Cześć!

Tlący się w oczach przez kilka sekund blask, zgasł tak szybko, jak się pojawił.

– No co tam, skarbie, co mam kupić?

– Zrób coś na obiad, znajdź w sieci. Jakieś lekkie z czym sobie zdołasz poradzić – silny głos żony z trudem przebijał się przez zgiełk i harmider. Gdzieś w tle usłyszał ryk silnika.

– Aga, gdzie ty jesteś?

– Jedziemy z Olką odebrać ważnego klienta. Co do tego obiadu…

– Nie mogła sama? Rączki ujebało?

– Darek!

Zorientował się, że jest na głośnomówiącym. Zaklął pod nosem, obwiniając się w serii słów za tę wpadkę. Trzeba było ratować, co tylko się da, zanim po raz kolejny zafunduje mu niewyszukany językowo opierdol. W czym – z racji ścieżki zawodowej – była cholernie dobra.

– Przepraszam, nie to chciałem powiedzieć. Coś zrobię. Na którą ten obiad?

– Na 19?

– Co tak późno, wychodziłaś przecież o ósmej, Aga!

– Taka praca.

Do rozmowy włączył się drugi, kobiecy głos, który jednak zupełnie go ignorował.

– Daj mu kieszonkowe!

Słuchawkę wypełnił rechotliwy śmiech. Słyszał, że jego Aga z trudem powstrzymywała się, aby stłumić w sobie podobną reakcję, co po chwili jej się udało. Spokojnie przyjął ten policzek.

– Chcesz…

– Mam. Dzięki.

– Muszę kończyć…

– Kocham cię – rzucił, jednak w tej chwili nie był przekonany, czy aby na końcu nie należy postawić znaku zapytania.

– Pa.

Odwrócił się na fotelu, w stronę monitora. Zerknął na leżący w dłoniach telefon, gdzie na tapecie znajdowało się zdjęcie Agnieszki a historia połączeń wskazywała, że ostatni numer, jaki doń dzwonił, został zapisany jako „żona :)”. Po chwili zawahania, wszedł w tryb zarządzania kontaktami i przemianował ją na „Agnieszka Sikorska”. W polu informacji, dopisał naprędce „pracoholiczka”. Wypuścił głośno powietrze nosem i zmazał dopisek, przypominając sobie nagle, że głównie dzięki sytej pensji żony może siedzieć tu, o takiej a nie innej godzinie i grać w głupią, odmóżdżającą, sieciową grę, czekając, aż ktoś postanowi wyrwać go z zawodowej pustyni i przygarnie, choćby na trzymiesięczny okres próbny, nawet gdyby musiał zajmować się najbardziej gównianymi, ale jednak ogólnokrajowymi, tematami.

– Jebać to – rzucił, wyłączając przeglądarkę. Wraz z wielką, wirtualną farmą, ucichła także muzyka, jakąś wyrzucały z siebie głośniki.

Pół godziny później, ciepło ubrany, ze względu na srogi mróz, jaki od kilku dobrych tygodni ani myślał odpuszczać, ruszył powoli w stronę centrum, gdzie jego celem był między innymi sklep mięsny, ulokowany w górnej pierzei starego, zapewne znowu nie odśnieżonego, rynku oraz nowopowstałe, a zupełnie przypadkowo otwarte 20.grudnia, przed świętami, centrum handlowe. W rozmowach ze znajomymi, zawsze gardził tym komercyjnym trybem życia, wyśmiewając go, jednak w głębi siebie, wiedział, że gdyby miał taki łeb do interesów i takie wyczucie, jak ci cholerni spece, którzy niemal zawsze, rzucając nowy punkt handlowy na pożarcie wystrzelanych z kasy ludzi i tak wychodzili na swoje, zapewne nie poszedłby wtedy do tego pieprzonego ministerstwa w pojedynkę i dalej cieszyłby się ze swojej roboty. Ach, cholerni dyrektorzy zarządzający, pieprzeni kierownicy i gówno warci popychacze, rozwieszający plakaty na każdym możliwym słupie ogłoszeniowym. Działali według planu, dlatego wszystko szło tak dobrze. On zaś, zaryzykował i poszedł na żywioł. Wyszedł bez przebieżki na ring i solidnie dostał w ryj.

Śnieg skrzypiał mu pod nogami, gdy pogrążony w gąszczu myśli, z kwaśną miną rozmyślał nad tym, dlaczego stopniowo oddala się od ukochanej. Czy wina leży tylko po jego stronie? Co jest takiego ekstra w pracy w korporacji, że w ledwie rok od awansu, który razem z nim i ich wspólnymi znajomymi, opijała, tak bardzo się zmieniła. Wprawny, wyćwiczony w takim toku myślenia mózg pismaka podrzucał coraz to lepsze rozwiązania, jednak większość ścieżek prowadziła do – jak ją nazywał – pizdOli, czyli Aleksandry Warzechy, jej przełożonej, 42– letniej rozwódki, która w ledwie kilka miesięcy owinęła sobie jego Agę wokół palca i stopniowo, niczym zaawansowany nowotwór, zaczęła wpływać na każdy aspekt jej życia.

– Szmata – syknął pod nosem, wieszając w myślach, na suchej gałęzi, pizdOlę, za to wszystko, co odebrała ich małżeństwu.

Zmarznięty, obładowany dwiema ciężkimi siatkami, docierał właśnie do centrum handlowego. Z ulgą dostrzegł, że w czekoladziarni, ulokowanej na parterze trzykondygnacyjnego obiektu, zwalnia się właśnie jedna sofa, opuszczana przez jakąś uśmiechającą się do siebie, młodą parkę. Ach, synuś, pilnuj sobie tej niuni. Niech tańczy w balecie, uczy w liceum dla dorosłych a nawet sprząta sracze po bogatych gościach z zagranicy, byle ani ty, ani ona, nie trafili do HKS-Incho Company – jego nienawiść do miejsca pracy żony rosła w tempie wprost proporcjonalnym do ukrytego długu publicznego. Uśmiechnął się lekko do rozpromienionego młodzieńca i ostrożnie balansując siatkami, między gęsto zastawionymi stylowymi fotelami, zajął upatrzone miejsce. Zdjął kurtkę, czapkę uszatkę i szalik, poczym zerknął na zegarek. 14:30 – spokojnie ma jeszcze z godzinę, może półtorej. Niskotłuszczowe leczo, sałatka wielowarzywna, do tego samodzielnie przygotowany sok z buraków i może wkupi się w jej łaski, choćby na jakiś czas. Nago widywał ją już tylko na zdjęciu, jakie nosił w komórce. Seks w ramach podziękowania za jego wysiłek wydawał się nie brzmieć w tej chwili do pewnego stopnia dlań upokarzająco.

– Co dla pana? – z zamyślenia wyrwała go smutna twarz z wielkim, czerwonym nochalem, zapewne walczącej z przeziębieniem, kelnerki.

– Gorącą czekoladę z mlekiem i gazetkę – uśmiechnął się, w myślach już teraz planując zażycie uderzeniowej ilości witaminy C.

Gdy tak siedział, delektując się smacznym napojem, regionalną prasówką i obecnością wokół wielu ludzi – od czego ostatnio zdążył odwyknąć – poczuł, jak telefon w jego kieszeni zaczyna wibrować. Zgodnie ze zwyczajem, odebrał szybko, nie zerkając nawet na wyświetlacz.

– Sikorski, sł…

– Już nieaktualne, Darek.

– Co nieaktualne?

– Obiad.

Westchnął ostentacyjnie do słuchawki.

– Gdzie jesteś, dlaczego? Coś się stało?

– W firmie. Nie, nic nic, po prostu my… mamy zmianę planów.

– Tak nagle?!

– Zdarza się.

– A co się stało, powiesz?

– E, takie tam…

Dobrze znał ten charakterystyczny, niby ciepły głosik, jakim zamierzała zbagatelizować całą sprawę i go kupić.

– Gdzie idziecie tym razem?

– A, no…

– No gdzie? Znowu joga?

Ledwie słyszalne „yhy” dobiegło z drugiej strony słuchawki.

– Aga, zlituj się. A… a ja?!

Poczuł na sobie zirytowany wzrok jakiegoś faceta przykutego do laptopa. Gestem dłoni, przeprosił, powtarzając nieco ciszej.

– A ja?

– Coś tam sobie znajdziesz.

– A może chciałbym z tobą pobyć? Film jakiś możemy czy coś?

– Darek, kiedy indziej, ja muszę!

– Aga…

– No to…

– Czekaj! – ciągle słyszał w słuchawce jej oddech. Nie rozłączyła się.

– O