43,90 zł
Pędzel poruszał się coraz pewniej. W pokoju panowała cisza. Obraz powoli się wyłaniał. Zocha zdecydowanym ruchem nakładała kolory. Doskonale wiedziała, że prawdziwy artysta nie musi kopiować rzeczywistości, może ją przetwarzać według własnej wyobraźni. Malowała zachłannie. Pogrążona w chaosie i artystycznym szaleństwie.
Nie bez przyczyny nazwano ją legendą, księżniczką sztuki polskiej, niezaprzeczalną gwiazdą Paryża. Zdobyła nazwisko i sławę, o której marzyła. Osiągnęła tak wiele, by później zrządzeniem losu tak wiele stracić.
Jaką matką była Zofia Stryjeńska? Czy Karol był jej wielką miłością czy fatalnym przeznaczeniem? Czy bożki słowiańskie, które tworzyła z takim uporem, były dla niej czymś więcej niż sztuką? Czy Zakopane dało jej upragnione szczęście?
Opowieść biograficzna o życiu i twórczości Zofii Stryjeńskiej. Historia o sztuce i talencie, które mogą stać się przekleństwem. O pragnieniu samotności i obsesyjnym strachu przed nią. O rozdarciu między wolnością a potrzebą stworzenia domu i bycia matką. O wyrywaniu się szaleństwu, w które chciano ją wpędzić.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 267
Data ważności licencji: 10/22/2031
Projekt okładki: Tomasz Majewski
Redakcja: Maria Śleszyńska
Redaktor inicjujący: Barbara Czechowska
Redaktor prowadzący: Magdalena Zabrocka
Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz
Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Beata Kozieł-Kulesza (Lingventa), Katarzyna Szajowska
Zdjęcie okładkowe: Zofia Stryjeńska, 1930 © Narodowe Archiwum Cyfrowe
© for the text by Sylwia Winnik
© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2026
ISBN 978-83-287-3261-2
MUZA SA
Wydanie I
Warszawa 2026
– fragment –
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
© Dorys/oprac. Czesław Czapliński/FOTONOVA
Zocha stała przed lustrem. W ręce trzymała niewielkie nożyczki. Spojrzała w swoje ciemnobrązowe oczy i jednym zdecydowanym ruchem obcięła sięgające ramion włosy. Przeczesała je palcami. Teraz były krótkie, jak u mężczyzny. Przechyliła głowę, przyglądając się sobie raz z prawej, raz z lewej strony. Na jej twarzy pojawił się cień zadowolenia. Dokładnie wiedziała, co robi. W tej chwili w jej oczach można było dostrzec determinację i bunt. Dość tego, pomyślała. Nie zgadzała się na świat, który uważał młode kobiety za istoty poukładane, potulne i przewidywalne. Na świat, w którym miały żyć według zasad wymyślonych przez mężczyzn i grzecznie wypełniać role, które dla nich przygotowano. Pokorne. Marzące tylko po kryjomu. Czekające na swój czas. Ona się na to nie zgadzała.
– Tutaj masz dokumenty – powiedział niepewnie Tadeusz.
Przyglądał się siostrze ostrożnie, czuł narastający niepokój. Widział w niej jednocześnie szaloną dziewczynę i odważną kobietę. Granica między jednym a drugim była cienka. W tej chwili jednak Zocha podchodziła do swoich decyzji świadomie. Skoro ktoś mówił jej „nie wolno”, chciała zrobić na przekór. Nie przemawiał przez nią jednak bunt dla samego buntu. Widziała w nim sens. I rozumiała, że inaczej nie zdobędzie wiedzy, na której tak jej zależy. Że nie stanie się prawdziwą artystką, z którą będą się liczyć.
Tadeusz wyciągnął dłoń z dokumentami przetłumaczonymi na język niemiecki. Były to dokumenty z jego imieniem i jego zdjęciem. Zocha chwyciła je niemal łapczywie i znów stanęła przed lustrem. Spojrzała na fotografię, potem na swoje odbicie.
– Nie widać większej różnicy, prawda? – Spojrzała raptownie na brata i uśmiechnęła się szelmowsko. – Tadeusz Grzymała Lubański – powiedziała półgłosem, jakby chciała oswoić brzmienie nowego imienia.
– Wiesz, co robisz?
Zocha kiwnęła głową i z zadowoleniem spakowała dokumenty do walizki.
– Jeszcze podanie – powiedział ojciec, wchodząc do pokoju. Wręczył jej dokument przygotowany przez notariusza Klemensiewicza. Nie był zadowolony z jej decyzji; nie zdążył się z nią oswoić, bo Zocha trzymała wszystko w tajemnicy niemal do końca.
Zocha położyła podanie starannie obok życiorysu i zaświadczenia o wykształceniu. Do portmonetki wsunęła dziewięćdziesiąt marek. Teraz miała już wszystko.
W drzwiach zatrzymała ją jeszcze matka.
– Uważaj na siebie… – Przytuliła córkę mocno. Zocha nie widziała łez w jej oczach, ale czuła je w drżeniu dłoni.
Tego poranka obudziła się jako Zofia Lubańska. Zocha, bo tak kazała do siebie mówić. A z domu wyszła jako Tadeusz. Inaczej mogłaby zapomnieć o Akademii Sztuk Pięknych w Monachium. Teraz jednak wydawało się, że świat stoi przed nią otworem. O ile nic się nie wyda. O ile nikt się nie zorientuje…
– Dzień dobry, Tadeuszu – usłyszała nagle na ulicy. Nie zareagowała od razu. Dopiero po krótkiej chwili podniosła wzrok i właśnie w tym momencie, gdy ujrzała spokojną twarz sąsiada witającego się z nią, poczuła, że jej życie naprawdę się zmieni.
– Dzień dobry, panie Tobiaszu – odrzekła spokojnie, obniżając głos. Brzmiała jak brat. Nie onieśmielały jej ani męskie spodnie, ani męska koszula. Myślała tylko o tym, żeby Tadek bez przeszkód przesłał na poste restante teczkę z jej pracami. I o tym, czy dobrze zrobiła, każąc spakować wśród nich rysowaną nie tak dawno węglem głowę Holofernesa.
Bogowie
1901–1912
Z głębi mieszkania przy Świętej Gertrudy dobiegały tylko miarowe dźwięki zegarów. Świat na granicy nocy i świtu jeszcze przez krótką chwilę trwał w zawieszeniu. Nie sposób byłoby dostrzec konturów mebli, jedynie tykanie wskazówek wyznaczało kierunek, jak światełko w mroku, prowadząc wzrok ku miejscom, które znało się najlepiej. Można to było wyczuć w napięciu mięśni, w motylach w brzuchu. Wydawało się, że jest się jedynym świadkiem budzącego się dnia. Jedynym obserwatorem świata. Ciepłego światła lamp gazowych na fasadach kamienic, iskrzącego się markotnie na brukowanej ulicy.
Wtem zawód. Pierwsze skrzypnięcie podłogi. Potem drugie i kolejne. Ale zaraz… Jak gdyby ktoś nie chciał zbudzić śpiących ludzi. Szmery zdławione usilnym maskowaniem przedzierały się niczym dźwięki, które zupełnie niechcący wymknęły się z ukrycia. Jakby profanowały ciszę i niezmącony spokój. Ale nie do końca tak było. Jakby ktoś chciał zawładnąć tą chwilą dla siebie – sam na sam – na granicy nocy i dnia. Za późno. Zosia już nie spała. Od tej chwili nie była już jednak samotną obserwatorką.
Ten szmer zawsze zwiastował jedną właściwą poranną rutynę, którą Zosia kochała. Z leniwym uśmiechem odwróciła głowę w stronę drzwi i zmrużyła oczy. Ojciec rozpoczął poranny zestaw ćwiczeń, które zalecał duński gimnastyk Jørgen Peter Müller. Modny „system Müllera” bardzo mu odpowiadał. Wystarczył kwadrans w domowym zaciszu: powolne, niemal taneczne skręty tułowia i plastyczne krążenia ramion przeplatały się z rytmicznym, głębokim oddechem oraz energicznym nacieraniem skóry dłońmi, rozbudzającym w ciele naturalną żywotność. Za chwilę się umyje, będzie pachniał mydłem, a na koniec nałoży bindę na wąsy. W końcu Zosia usłyszy bardzo ciche chrząknięcie. Tuż przy swoich drzwiach.
Nim wyjdzie z pokoju, spojrzy jeszcze przez okno na tonącą w półmroku ulicę. Lampy gazowe rzucające ciepłe refleksy na bruk, a dalej ciemność – gęsta i nieruchoma. Kałuże odbijające światło w drobne, migotliwe wzory. Kroki dobiegające z oddalonych Plant. Szelest liści i odgłosy nocnego miasta układające się w rytm, w którego pulsowaniu Zosia czuje energię, ruch i barwę. W tym rytmie noc i świt tańczą w jej głowie.
W pokoju też panowała nieziemska gra światła i cienia, a chaos łączył się z porządkiem. Łóżko starannie zaścielone, ubrania ułożone jak gdyby od linijki. Na stole rozsypane ołówki, węgielki. Książki, które czytała. Kilka naraz. Otwarty w połowie i czekający na dokończenie Sherlock Holmes. Kant mebla brudny od palców. Na dużym stoliku leżały chaotycznie rozsypane jej rysunki. Jakby rozrzucone w furii, bo Zosia szukała formy, by wyrazić treść, która w niej tkwiła.
Chwyciła za klamkę i delikatnie otworzyła drzwi. Jej matka Anna, bracia Tadeusz i Stefan oraz siostry Marysia, Stefcia i Jańcia jeszcze spali. Franciszek, jej ojciec, nie zbudził nawet służącej. On także lubił zachowywać cząstkę świtu tylko dla siebie i córki. Z mieszkania wyszli bez słowa, by nikomu nie przerywać snu.
Franciszek Lubański był człowiekiem eleganckim. Na co dzień nosił marynarkę z miękkiej wełny w odcieniu ciemnego brązu, dopasowaną w talii, lecz na tyle wygodną, by pozwalała mu swobodnie przemierzać ulice Krakowa. Pod nią kamizelka w subtelny prążek kontrastowała z resztą stroju, a jasna koszula z usztywnianym kołnierzem odsłaniała tylko wąski ciemny krawat, który elegancko obejmował szyję. Szare, starannie wyprasowane spodnie w kant opadały prosto na skórzane półbuty. Zawsze wypastowane i lśniące. Na głowie nosił grafitowy filcowy kapelusz, osłaniający oczy przed wczesnym słońcem, a w ręku trzymał skórzane rękawiczki ze swojego sklepu, gotowe do założenia, gdyby powietrze stało się chłodniejsze. Każdy element jego ubioru mówił o wyczuciu smaku i wskazywał na pozycję w mieście, a przy tym pozwalał mu bez trudu wtopić się w poranny rytm Rynku, gdzie powoli budziło się życie.
Nastoletnia Zosia prezentowała się niemniej elegancko. W coraz wyżej wschodzącym słońcu jej twarz jaśniała, ciemne oczy błyszczały ciekawością, a włosy opadały na ramiona. W jasnej sukience z drobnym haftem, sięgającej za kolana, wyglądała jak zwykła krakowska dziewczynka, ale obdarzona wyraźnym zmysłem obserwacji świata.
Powietrze było rześkie. Pachniało wilgocią napływającą znad pobliskich Plant. Wzdłuż nich biegła wąska, brukowana kamieniami uliczka, którą można było dojść do Rynku. Właśnie tam niemal każdego ranka Zosia towarzyszyła ojcu.
Mijali leżące na ulicach zwały węgla, które robotnicy, zbudzeni do pracy wczesnym świtem, wynosili w koszach do piwnic. Coraz donośniejsze dźwięki zwiastowały zbliżanie się do centrum. Z oddali dobiegał już stukot karet i wozów z towarami nadjeżdżających od strony przedmieść.
Ale dopiero na wysokości ulicy Siennej można było dostrzec, jak szybko zmienia się przestrzeń. Tam dźwięk nie był już pozbawiony obrazu. Miasto odsłaniało swoje oblicze: kamienice mieszkalne z lokalami na parterach, jedna przy drugiej – a w nich małe warsztaty rzemieślnicze, sklepy z tkaninami i zapasami potrzebnymi na co dzień mieszkańcom miasta. Tłumy ludzi, rozmowy, śmiechy, dyskusje i krzyki handlarzy zachęcających do zakupów.
Zosia spojrzała w stronę pomnika Mickiewicza, ku któremu przeciskało się właśnie kilkadziesiąt furmanek z towarami spod krakowskich wiosek. Bogowie słowiańscy, pomyślała. Tutaj zobaczyła ich po raz pierwszy. Chłopi w swoich kolorowych strojach ludowych wyglądali, jakby przywieźli na sobie całe kwietne łąki. Młode dziewczyny w koralach, z kwiatami wpiętymi we włosy. Wszystkie ozdoby i ich barwy nadawały tym kobietom i mężczyznom lekkość i jakiś rodzaj mistyczności, chociaż byli bardziej ziemscy, niż mogło się wydawać.
– Patrz, Zosiu… nie na same kolory, ale na to, jak wyglądają w ruchu – powiedział ojciec, strzepując kurz z rękawa. – Każdy krok zmienia światło i nadaje im zupełnie nowy wyraz, a każdy gest tworzy inne obrazy. Muszę ci powiedzieć, że zachwyca mnie to od zawsze.
Zosia przechyliła głowę.
– Wygląda, jakby ta spódnica naprawdę… oddychała… a ten pas… – Urwała, wpatrując się intensywnie w kobiety niosące na ramionach kosze pełne owoców i jarzyn. W mężczyzn w ciemnych szerokich portkach i kamizelkach, z barwnymi pasami przewiązanymi w talii. W hafty o geometrycznych i kwiatowych motywach, które lśniły na nich w porannym słońcu. W chusty zawiązane na głowach, błyszczące drobnymi wzorami w kontrastujących kolorach, przeplatanych złotą nicią.
– To prawda – odpowiedział tata, ściszając głos, jakby bał się zgubić tę scenę w gwarze Rynku.
Zosia obserwowała każdy detal, bo tata na każdy z nich zwracał jej uwagę. Na falujące fałdy spódnic, na kontrast haftów i połyskujące koraliki na chustach. Czuła, że te obrazy zostaną w jej pamięci, gotowe do przemiany w kolory i rytmy. Świat pulsował w niej wtedy tak mocno, że pragnęła tylko chwycić kartkę i pędzel, by przenieść na papier prawdziwe życie okraszone słowiańskością. Falbany. Kolory. Pląsały, nakładały się na siebie i tańczyły niesfornie. Nieposłusznie. Na wietrze.
W głowie Zosi wirowały, kręciły się jak w tańcu płynącym z wiosek, pachniały czymś nieznanym i nieskalanym: tym, co ludzkie. I nagle… jedna myśl, że to wszystko tak w niej wibruje, że musi oddać to innym.
– Polska stanie się przodownicą Słowian… – Teraz to będzie jej marzenie. Szeptała bardziej do siebie niż do ojca.
Ten, słysząc jej słowa, uśmiechnął się szelmowsko pod wąsem. Nie brał na poważnie jej gryzmołów, jak to miał w zwyczaju mawiać, i zwracał jej uwagę na te wszystkie piękne detale nie tylko dlatego, że lubiła rysować. Przede wszystkim dlatego, że sam kochał barwny świat krakowskiego życia. Wtedy jeszcze nie wiedział, jak wielki wpływ będą miały ich poranne wyprawy i rozmowy na życie Zosi.
W miarę zbliżania się do Rynku mogli podziwiać coraz starsze budynki, bardziej dekoracyjne i masywne. Pojawiały się otwarte przestrzenie, dziesiątki witryn i szyldów lokalnych kupców.
A czego tam nie sprzedawano! Pod Sukiennicami stali handlarze. Handlowali też górale, a ich stoiska kipiały barwnymi przedmiotami, jakby cały świat został tu rozrzucony w przypadkowej kolejności. Brązy, róże i zielenie, pstre granaty z pomarańczami i żółtymi przebłyskami. Garnki i garneczki, kubki i sznury, druty i osełki sterczały w różnych kierunkach, obok nich żelazne kłódki i łapki na myszy, kawałek dalej leżały sterty rękawiczek, chustek i apaszek, nieprzerwanie mieszając się z wachlarzami, parasolkami i torebkami. W powietrzu unosił się zmieszany zapach przypraw, cukru, węgla i wędlin, a od czasu do czasu dochodziła do niego słodkawa woń lokalnych nalewek. Lustra odbijały światło, pierścionki migotały między stertami koralików, kobiety mierzyły płaszcze i chusty, targując się o dobrą cenę. Po drugiej stronie pyszniły się męskie kapelusze z błyskotkami, kołacze z serem i rodzynkami, sita, warząchwie.
Oczy Zosi chwytały każdy pstry detal. Trudno było jej się skupić na jednym elemencie. Zachwycało ją wszystko, wszystko przyciągało uwagę tak mocno, że Zosia z trudem utrzymywała ją w jednym punkcie. Gwar dobiegający z każdej strony zmusił ją w końcu, by zatrzymała się na chwilę. Zamknęła oczy, wystawiając twarz do słońca.
– Mak i kasza! Jaja świeże!
– Śledzie dobre!
– Jabłka z sadu! Jabłka słodkie! – krzyczały przekupki odziane w chusty w krakowską kratę, narzucone na ramiona, a na co któryś głośniejszy okrzyk gołębie zrywały się z przyjemnym łoskotem ku niebu.
– Słyszała pani? – dobiegło do uszu Zosi. – Tam na rogu jajka pięć groszy tańsze.
Między straganami przeciskali się ludzie z koszami i płóciennymi torbami. Ktoś zatrzymał się przy jabłkach i zaczął oglądać je jedno po drugim, ktoś inny targował się o cenę sera, potrząsając z niedowierzaniem głową. Obok przejechał wózek załadowany workami mąki, koła zgrzytnęły na bruku i kilka osób musiało odsunąć się na bok. Przechodzący mężczyzna gwizdał coś pod nosem, niosąc pod pachą zawinięty w papier bochenek chleba. Z eleganckich kawiarni dobiegała muzyka Władysława Żeleńskiego, mieszając się z nawoływaniami sprzedawców, stukotem kroków i cichym gruchaniem gołębi krążących nad Rynkiem. Zosia nie patrzyła, a jednak to wszystko widziała. Tworzyła obrazy ze smaków i zapachów, z dźwięków.
Wśród nawoływań i gwaru rozmów przypomniały się jej poranne wyprawy z ojcem, gdy na Rynku odbywały się uroczyste obchody narodowe. Wtedy to postacie rajców miejskich, ławników ratuszowych i majstrów cechowych powoli przechadzały się po brukowanych alejkach. Ich stroje przyciągały spojrzenia: rajcy w ciemnych kontuszach ozdobionych haftem, z szerokimi pasami i złotymi guzikami, ławnicy w odświętnych czamarach, z aksamitnymi kołnierzami i bogato zdobionymi rękawami, a majstrowie cechowi w barwnych kitlach z emblematami swoich cechów, przypominającymi miniaturowe herby na tkaninach.
Albo gdy w niedzielę przed Kościołem Świętej Barbary ustawiały się procesje. Bębny biły donośnie, a kobiety w krochmalonych spódnicach, bogatych koralach i gufrowanych czepcach podążały za złoconymi wizerunkami świętych. Śpiewały litanie i z majestatem, który przyciągał spojrzenia wszystkich zgromadzonych, dźwigały ciężar feretronów.
Najbardziej niezwykły z nich unosił się nad tłumem, niesiony przez kilku mężczyzn w ciemnych surdutach. Na bogato haftowanym płótnie lśniły złote nici i drobne koraliki, tworząc wyraźny obraz świętej postaci. Świece w mosiężnych świecznikach migotały, rzucając ciepłe światło na twarze wiernych, a dźwięk marszowego kroku procesji mieszał się z modlitwami i cichymi pieśniami odmawianymi przez tłum. Wokół feretronu kobiety w ludowych chustach i spódnicach śledziły każdy ruch, dzieci wychylały się z rąk rodziców, a zapach kadzidła unosił się nad brukowanym Rynkiem, łącząc się z porannym chłodem miasta. A Zosia, nie bacząc na stojących ludzi, szła na równi z obrazem, przeciskając się przez tłum. Nie spuszczała wzroku z postaci świętych.
– Zosiu! Zosiu, czemu stoisz z zamkniętymi oczami? – zdziwił się ojciec. Spojrzała na niego zawadiacko i podeszła, gdy przywołał ją do siebie. – Pójdziemy na Mały Rynek. Kupimy kilka rzeczy, dobrze?
– Tak, tato. Mama wspominała o figach – powiedziała dziewczyna, ruszając w stronę Kościoła Świętej Barbary.
– Dobrze, dobrze. To kupimy mamie figi.
A tam, przed małym straganem, także kłębił się tłum. Może nie tak duży jak na głównym Rynku, ale ludzi było sporo – przychodzili tu po świeże produkty i nie od dziś wiedzieli, że właśnie tu je dostaną.
– Te pomidory są zgniłe! – wrzasnęła jedna przekupka, machając ręką w stronę kosza stojącego obok. Zosia raptownie obróciła głowę w ich stronę.
– Zgniłe? – odburknęła druga, poprawiając korale na szyi. Na dekolcie z gniewu pojawiły się jej czerwone plamy, niemal w kolorze pomidorów. – One są twarde i czerwone, patrz sama! Ludzie widzieli, jak je rano zbierałam.
– A ty tu stoisz na moim miejscu! – warknęła trzecia, przesuwając kosz z kapustą bliżej przejścia. – To najlepszy punkt, a ty zajmujesz go od rana!
– Mój punkt jest mój od wczoraj, nie od dziś – odparła druga. – Niech klienci sami się rozglądają!
– Ziemniaki świeże! – nawoływała pierwsza, podchodząc do tłumu klientów.
– Świeższe niż tamte! – kontratakowała druga.
Zosia widziała ręce wymachujące nad koszami, falujące spódnice, gniewne gesty i gwałtowne przesuwanie stoisk. Wąskie alejki między straganami były wypełnione kupującymi, którzy przeciskali się między koszami i wozami. Każdy krok zmieniał kompozycję tłumu, a nawoływania handlarzy mieszały się ze stukotem kół i śmiechem dzieci. Wtem jedna przekupka niechcący szturchnęła drugą i się zaczęło.
Kiecki fruwały w górę, a grzeszne krągłości, nagość, ich obfite kształty przyciągały wzrok Zosi.
– A całujże mnie, pani! – nawoływały przekupki, wypinając się i doskakując do siebie nawzajem. Dokazywały, wykrzykiwały, nie zwracając uwagi na rozbawiony tłum. W jednej chwili któraś z nich szturchnęła biodrem kosz z jabłkami i jego zawartość wysypała się na bruk. Jabłka potoczyły się między stopami ludzi, turlały się wzdłuż wąskich alei targowych, wywołując okrzyki i śmiech.
Zosia obserwowała każdy ruch. Fruwające kiecki, przewracające się kosze, migotanie owoców w słońcu. Każdy gest i każdy przeskok tworzyły kompozycję, którą później miała odtworzyć w swojej głowie.
– Może… temu się nie przyglądaj – zwątpił ojciec, patrząc z niesmakiem na scenę z targowiska.
– Tatooo! – przeciągając, mówiła rozbawiona Zosia. – Przecież to samo życie.
– Hallo! Świeże bułki! – krzyczał z zadowoleniem ojciec zaraz po tym, jak wysypał do koszyka na stole blisko czterdzieści sztuk pieczywa. Z makiem, z kminkiem, z solą i ziarnami. Bułki, rogale, sztangle, kajzerki, centówki. Okruchy spadały na stół. A w kuchni leżały już garść suszonych moreli, kilo fasoli, garniec kwaśnej śmietany, jabłka, mirabelki. I figi dla mamy. Nagle zamieszanie, rozgardiasz. Zosia z ojcem mogli udawać, że są zaskoczeni, ale przecież dokładnie tak wyglądało to każdego poranka.
Wszyscy się przekrzykiwali, dzieci piszczały, wyrywały sobie bułki, chociaż dla każdego tata przewidział chyba z sześć. Wrzeszczały, parskały śmiechem, trzymając się za brzuchy. Rodzinnie, pogodnie. Dzikie sceny pełne radości działy się przy tych świeżych bułkach. Zosia lubiła patrzeć na ten poranny chaos. Bo za nim kryła się miłość. Była pewna, że drugiej takiej rodziny, troskliwej, zżytej i barwnej, ze świecą można szukać.
I wtedy wpadały mama z gosposią. Mama jednym ruchem rozganiała nieokiełznaną rodzinę. Miała surową minę, gdy spoglądała na bałagan w kuchni, ale Zosia doskonale umiała dostrzec tę niemal niewidoczną nutę docenienia. Że cała rodzina jest odpowiedzialna za ten chaos. Czasami najprostsze rzeczy, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się problemem, są tak naprawdę dowodem szczęścia. To właśnie było szczęście Lubańskich.
– Dosyć tego. Myć się. Ubierać – powiedziała Anna i klasnęła w dłonie.
Kuchnia jeszcze chwilę buzowała. Gdy gosposia zgarniała resztki pieczywa do kosza, mama była już w połowie korytarza.
– Mario! Spódnica. Natychmiast. I włosy popraw.
Maria jęknęła coś pod nosem, ale już znikała za drzwiami. Ojciec tymczasem, rozbawiony, siadał do stołu. Rozkładał gazetę. „Nowa Reforma” szeleściła jak skrzydła ptaka. Mama krążyła między pokojami.
– Szybko pakujemy tornistry. Książki. Kto zostawił zeszyt na kredensie? – Przystanęła przy Zosi. – No dobrze. Wiesz, że lada dzień kończysz kurs szycia białego.
Zosia obojętnie kiwnęła głową. Szycie nic dla niej nie znaczyło. Zatracała się w malowaniu i szkicach i chociaż dorośli nie traktowali tego poważnie, ona myślała obrazami, przenosiła świat na papier…
– Powiedz zatem. Jak wykańcza się brzeg koszuli?
Zosia podniosła głowę.
– Obrębia się drobnym ściegiem – odpowiedziała od niechcenia.
– A mankiet? – nalegała matka i niby to z udawaną złością, niby z ponagleniem spoglądała wyczekująco, lekko przechylając głowę w prawą stronę.
Zosia nie miała ochoty odpowiadać, chociaż dobrze wiedziała, co powiedzieć. Nie lubiła skupiać się na rzeczach, które nie zajmowały jej całym sercem. Westchnęła w końcu, widząc nieugiętą minę matki.
– Podwinięcie. Potem ścieg. Guziki na końcu.
Mama skinęła krótko głową. Już skupiła się na kolejnym dziecku.
– Maria! Buty!
– Szukam! – krzyknęła dziewczyna i przerzuciła kilka par, by znaleźć swoją.
Ojciec zza gazety tylko się uśmiechał. Dom trząsł się od kroków, od śmiechu, od trzaskających drzwi. Ktoś jeszcze chwytał bułkę ze stołu. Ktoś inny szukał zeszytu. A gdy wszyscy wyszli i nagle zapadła cisza, ojciec nakręcał zegarek i sprawdzał pozostałe zegary, czy dobrze chodzą. Robił to pieczołowicie i ostentacyjnie.
Tego dnia miał już wyjść do sklepu z rękawiczkami, ale zajrzał jeszcze do pokoju Zosi. Ogarnął wzrokiem jej chaotycznie uporządkowany świat. Sięgnął wreszcie po szkicownik. Kupił go dla niej sześć lat temu pod choinkę. Nagiął brzeg i z szelestem kartek przewertował stronice. Mała dziewczynka się bawi. Mała dziewczynka leży w łóżku. Mała dziewczynka tańczy. Dziewczynka jest w ogrodzie i zrywa kwiaty. Zosia, pomyślał. To jego mała Zosia. A później, na kolejnych stronach – twarze. Nieostre. Rozmazane. On nie widział w nich sensu, ale widział, że Zosia nadaje sens tej niezbyt jaskrawej formie rysunków. A to było dla niego najważniejsze. Odłożył szkicownik z myślą, że lada dzień przyda się jej nowy… I wyruszył do swojego sklepu przy ulicy Świętej Anny. Miał w zwyczaju chodzić tam na dziewiątą. O ósmej otwierał go zatrudniony przez Franciszka subiekt. Koło trzynastej Lubański wracał na obiad, by wraz z całą rodziną, przy jeszcze większym harmidrze niż podczas śniadania, opowiedzieć sobie nawzajem, jak mijał im dzień w szkole czy pracy.
Pozornie celem tej porannej wyprawy były bułki, choć tak naprawdę przecież wcale nie o nie chodziło…
Koniec darmowego fragmentu książki.
zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
