Igła - Ken Follett - ebook

Igła ebook

Ken Follett

4,6

Opis

WCIĄGAJĄCY THRILLER SZPIEGOWSKI,
KLASYKA POWIEŚCI SENSACYJNEJ I NAJBARDZIEJ ZNANA POWIEŚĆ KENA FOLLETTA W TYM GATUNKU
Wielka Brytania, rok 1944. Trwają przygotowania aliantów do utworzenia drugiego frontu we Francji, zbliża się termin inwazji na Normandię, gdy tymczasem brytyjski wywiad wpada na trop głęboko zakonspirowanego niemieckiego szpiega o kryptonimie "Igła".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 486

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (123 oceny)
86
27
9
1
0
Sortuj według:
JakubKolacz

Całkiem niezła

Akcja dość przewidywana i miejscami mało wiarygodna, ale w sumie wciąga. Warto przeczytać :)
00

Popularność




O książce

NAJSŁYNNIEJSZY WOJENNY THRILLER SZPIEGOWSKIPowieść, która przyniosła rozgłos autorowiFilarów Ziemi, po części za sprawą ekranizacji z doskonałą kreacją aktorską Donalda Sutherlanda

Rok 1944 r. Alianci szykują się do inwazji. Niemcy otrzymują od swoich szpiegów informacje, że lądowanie nastąpi w Calais, i to wkrótce. To, czego wywiad Hitlera nie wie, to tego, że większość ich agentów w Wielkiej Brytanii została wyłapana, a napływające „od nich” meldunki są częścią starannie zaplanowanej akcji dezinformacyjnej – mistyfikacji, jakiej dotąd nie widział świat.

Tylko jeden człowiek przejrzał plan aliantów. Genialny niemiecki szpieg o kryptonimie Igła, cieszący się zaufaniem samego Führera, ma dowód, że doradcy Hitlera się mylą. Jeśli uda mu się dotrzeć z nim do Berlina, może zapobiec klęsce Niemiec.

Brytyjskie służby wywiadowcze mobilizują wszystkie siły, by temu zapobiec. Cały kraj przeciwko jednemu człowiekowi. Nierówny pojedynek, który zakończy się na małej wyspie na Morzu Północnym, gdzie siły się wyrównają i Igła będzie miał przeciwko sobie tylko starca, kalekę i kobietę… piękną kobietę.

KEN FOLLETT

Światowej sławy brytyjski pisarz, urodzony w Walii w 1949 r. Po ukończeniu studiów filozoficznych na University College w Londynie podjął pracę jako reporter w małej gazecie. Publikował powieści sensacyjne pod pseudonimem. Jedenasta z kolei, Igła, wydana w 1978 r., przyniosła mu światową sławę. Kolejne tytuły, m.in. Klucz do Rebeki, Trzeci bliźniak, Zabójcza pamięć, Lot Ćmy, Zamieć, Świat bez końca, Upadek gigantów, Zima świata oraz najnowsza, Krawędź wieczności, utrwaliły jego pozycję jako autora bestsellerów. Choć książki odwołujące się do wydarzeń z okresu II wojny światowej dominują w jego twórczości, autor nadal za swoje najważniejsze dzieło uważa Filary Ziemi – sagę napisaną pod wpływem zainteresowania średniowieczem. Na podstawie powieści Folletta nakręcono filmy oraz seriale, m.in. Igłę, Lwy Pansziru, Klucz do Rebeki, Na skrzydłach orłów, Zamieć, Trzeciego bliźniaka orazFilary Ziemi.

www.ken-follett.com

Tego autora

Powieści historyczne

UCIEKINIERNIEBEZPIECZNA FORTUNACZŁOWIEK Z SANKT PETERSBURGA

Filary Ziemi

FILARY ZIEMIŚWIAT BEZ KOŃCA

Stulecie

UPADEK GIGANTÓWZIMA ŚWIATAKRAWĘDŹ WIECZNOŚCI

Thrillery wojenne

IGŁAKRYPTONIM KAWKILOT ĆMYKLUCZ DO REBEKINOC NAD OCEANEM

Thrillery

MŁOT EDENUZABÓJCZA PAMIĘĆTRÓJKAZAMIEĆSKANDAL Z MODIGLIANIMTRZECI BLIŹNIAKLWY PANSZIRUPAPIEROWE PIENIĄDZE

Literatura faktu

NA SKRZYDŁACH ORŁÓW

Tytuł oryginału: EYE OF THE NEEDLE

Copyright © Ken Follett 1978All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Janusz Ochab 2015

Redakcja: Maciej Fliger

Zdjęcia na okładce: © Moviestore/MJS

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-217-8

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Podziękowania dla Malcolma Hulke’a– za nieocenioną i hojnie udzielaną pomoc.

Wstęp

Na początku 1944 roku niemiecki wywiad gromadził coraz więcej informacji na temat olbrzymiej armii stacjonującej w południowo-wschodniej Anglii. Samoloty zwiadowcze przywoziły znad zatoki Wash zdjęcia koszar, lotnisk i okrętów; widziano generała George’a S. Pattona, w charakterystycznych różowych bryczesach, spacerującego ze swoim białym buldogiem; znacząco wzrosła liczba sygnałów radiowych, jakie przesyłały między sobą poszczególne pułki. Wszystko to potwierdzali meldunkami niemieccy szpiedzy działający w Wielkiej Brytanii.

W rzeczywistości nie było tam żadnej armii. Atrapy okrętów wykonano z drewna i gumy, koszary mogły służyć co najwyżej za scenografię do filmu, Patton nie miał pod swoją komendą ani jednego żołnierza, sygnały radiowe nie zawierały żadnych sensownych informacji, a szpiedzy byli podwójnymi agentami.

Wszystko to miało przekonać wroga, że wojska sprzymierzonych zamierzają dokonać inwazji przez Cieśninę Kaletańską, najwęższy odcinek kanału La Manche, by lądowanie w Normandii dało im przewagę zaskoczenia.

Było to przedsięwzięcie zakrojone na ogromną skalę, a jego powodzenie do samego końca wisiało na włosku. W mistyfikacji brały udział dosłownie tysiące ludzi. Gdyby nie dowiedział się o niej żaden ze szpiegów Hitlera, należałoby to uznać za cud.

Czy byli tam w ogóle jacyś szpiedzy? W owym czasie ludzie uważali, że otaczają ich dywersanci, zwani wówczas piątą kolumną. Po wojnie narodziła się legenda głosząca, że MI5 – brytyjski kontrwywiad – ujęło ich wszystkich jeszcze przed Bożym Narodzeniem 1939 roku. Wydaje się, że w rzeczywistości było ich bardzo niewielu, a MI5 istotnie schwytało niemal wszystkich.

Wystarczyłby tylko jeden…

Dziś wiemy, że Niemcy widzieli to, co mieli zobaczyć we wschodniej Anglii. Wiemy też, że podejrzewali oszustwo. I wiemy, że bardzo starali się odkryć prawdę.

To wszystko należy już do historii, a ja nie odkryłem niczego, co nie trafiłoby już do książek historycznych. Przedstawiona tu opowieść jest fikcją.

Mimo wszystko myślę, że coś podobnego musiało się wydarzyć…

Camberley w hrabstwie Surrey

Niemcy dali się niemal całkowicie oszukać – tylko Hitler domyślał się prawdy, ale bał się zaufać intuicji…

Alan J.P. Taylor – Historia Anglii 1914–1945

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

To była najsurowsza zima od czterdziestu pięciu lat. Śnieg odciął od świata wiele angielskich wiosek, lód skuł Tamizę. Któregoś styczniowego dnia pociąg z Glasgow do Londynu przyjechał na dworzec Euston z dwudziestoczterogodzinnym opóźnieniem. Śnieg i obowiązkowe zaciemnienie sprawiły, że jazda samochodem stała się wyjątkowo niebezpieczna: podwoiła się liczba wypadków, a ludzie żartowali, że łatwiej jest przejechać czołgiem przez Linię Zygfryda niż austinem 7 przez plac Piccadilly nocą.

Po srogiej zimie nadeszła piękna wiosna. Balony zaporowe kołysały się majestatycznie na tle błękitnego nieba, a żołnierze na przepustce flirtowali z dziewczynami w sukienkach bez rękawów.

Londyn nie wyglądał na stolicę państwa prowadzącego wojnę. Oczywiście jednak były pewne oznaki, a Henry Faber, który jechał właśnie na rowerze ze stacji Waterloo w stronę Highgate, nie mógł ich nie zauważyć: sterty worków z piaskiem ułożonych przed ważnymi urzędami, schrony w podmiejskich ogrodach, plakaty propagandowe dotyczące ewakuacji i zachowania podczas nalotów. Faber zwracał uwagę na takie rzeczy – był znacznie bardziej spostrzegawczy niż przeciętny pracownik kolei. Kiedy zobaczył tłum dzieci w parkach, od razu się domyślił, że próba ewakuacji zakończyła się fiaskiem. Zauważył też, że choć paliwo jest racjonowane, po ulicach Londynu jeździ całkiem sporo samochodów; czytał również o nowych modelach aut i motocykli, wprowadzanych na rynek przez firmy motoryzacyjne. Wiedział, jakie znaczenie ma fakt, że tłumy robotników ciągną do fabryk na nocki, choć jeszcze kilka miesięcy wcześniej brakowało pracy dla jednej zmiany. Przede wszystkim jednak śledził ruchy wojsk korzystających z sieci kolejowej Wielkiej Brytanii – wszystkie dokumenty dotyczące tych działań przechodziły przez jego biurko. Można się z nich było sporo dowiedzieć. Nawet i dziś podstemplował plik formularzy wskazujących na to, że armia gromadzi nowe siły ekspedycyjne. Był pewien, że w sumie będą liczyć około stu tysięcy żołnierzy, a ich celem jest Finlandia.

Owszem, nie brakowało oznak wojny, ale w całym tym zamieszaniu było też coś komicznego. W audycjach radiowych wyśmiewano biurokratyczny ton wojennych rozporządzeń, w schronach śpiewano chóralnie wesołe piosenki, a modnisie nosiły maski gazowe w designerskich pojemnikach. Znów używano określenia „dziwna wojna”. Wojenna rzeczywistość wydawała się spektakularna i trywialna zarazem, niczym film. Wszystkie alarmy bombowe, bez wyjątku, okazywały się fałszywe.

Faber miał odmienny punkt widzenia – ale nie był też przeciętnym Brytyjczykiem.

Skręcił w Archway Road i pochylił się nieco nad kierownicą roweru, by wjechać na zbocze wzgórza. Jego długie nogi poruszały się niezmordowanie jak tłoki lokomotywy, w równym rytmie. Był bardzo sprawny jak na swoje trzydzieści dziewięć lat, choć pytany o wiek, zazwyczaj kłamał – właściwie na wszelki wypadek kłamał w większości kwestii.

Zaczął się pocić, gdy podjeżdżał do Highgate. Budynek, w którym mieszkał, należał do najwyższych w Londynie – dlatego właśnie zdecydował się tam wprowadzić. Była to ceglana wiktoriańska kamienica stojąca na krańcu szeregu sześciu podobnych budowli. Wszystkie były wysokie, wąskie i mroczne niczym umysły ludzi, dla których je wzniesiono. Każda miała trzy piętra i sutereny z oddzielnym wejściem dla służby – członkowie angielskiej warstwy średniej w dziewiętnastym wieku domagali się wejścia dla służących, choć wcale ich nie mieli. Faber miał do Anglików cyniczny stosunek.

Kamienica numer sześć należała do pana Harolda Gardena z Garden’s Tea and Coffee, małej firmy, która zbankrutowała podczas wielkiego kryzysu. Jako że pan Garden zawsze uważał niewypłacalność za grzech śmiertelny, nie pozostawało mu w tej sytuacji nic innego, jak umrzeć. Kamienicę otrzymała w spadku wdowa, która zobowiązana była przyjąć nowych lokatorów. Właściwie podobała jej się rola gospodyni, choć ze względu na etykietę jej kręgów społecznych musiała udawać, że trochę się tego wstydzi. Faber wynajmował pokój z lukarną na ostatnim piętrze. Mieszkał tam od poniedziałku do piątku i mówił pani Garden, że weekendy spędza u swojej matki w Erith. W rzeczywistości wynajmował inny pokój w Blackheath, u gospodyni, która znała go jako pana Bakera i była przekonana, że jest przedstawicielem handlowym fabryki materiałów papierniczych, w związku z czym przez cały tydzień podróżuje.

Przejechał ścieżką przez ogród, odprowadzany surowym spojrzeniem wysokich okien kamienicy. Wstawił rower do szopy i przypiął go kłódką do kosiarki – prawo wymagało, by każdy pojazd był należycie zabezpieczony. Sadzeniaki w skrzynkach rozstawionych po całej szopie wypuszczały nowe kiełki. Wspierając działania wojenne ojczyzny, pani Garden zamieniła swe rabaty kwiatowe na ogródek warzywny.

Faber wszedł do domu, odłożył kapelusz na wieszak, umył ręce i poszedł na herbatę.

W salonie siedziało już trzech innych lokatorów: pryszczaty młodzieniec w Yorkshire, który próbował dostać się do wojska, mężczyzna w średnim wieku, o jasnych, rzednących włosach, zajmujący się obwoźną sprzedażą słodyczy, oraz oficer marynarki wojennej w stanie spoczynku, który, zdaniem Fabera, był degeneratem. Faber pozdrowił ich skinieniem głowy i usiadł.

Komiwojażer opowiadał właśnie dowcip.

– Więc dowódca dywizjonu mówi: „Szybko ci poszło!”, a pilot odwraca się do niego i odpowiada: „Tak, zrzuciłem ulotki w paczkach, to chyba nic złego, prawda?”. A dowódca na to: „Dobry Boże, mogłeś zrobić komuś krzywdę!”

Oficer marynarki zarechotał, a Faber uśmiechnął się pod nosem. Do pokoju weszła pani Garden z herbatą na tacy.

– Dobry wieczór, panie Faber. Zaczęliśmy bez pana, mam nadzieję, że się pan nie obraził.

Faber rozsmarował cienką warstwę margaryny na kromce razowego chleba. Przez moment miał ochotę na kawałek tłustej kiełbasy.

– Pani warzywa są już gotowe do sadzenia – poinformował gospodynię.

Faber popijał pospiesznie herbatę. Pozostali toczyli dyskusję o tym, czy Chamberlain powinien odejść i ustąpić miejsca Churchillowi. Pani Garden co jakiś czas wypowiadała swoje zdanie, po czym spoglądała na Fabera, ciekawa jego reakcji. Była nieco otyłą, zaniedbaną kobietą mniej więcej w jego wieku, choć nosiła się jak ktoś o dziesięć lat młodszy. Faber przypuszczał, że szuka sobie nowego męża. Sam nie zabierał głosu w dyskusji.

Pani Garden włączyła radio. Z głośnika dobiegały przez chwilę jakieś szumy i trzaski, potem spiker oznajmił:

– Tu radio BBC. Nadajemy audycję To znów ten mężczyzna!

Faber znał to słuchowisko, w którym regularnie pojawiał się niemiecki szpieg o nazwisku Funf. Pożegnał się grzecznie i poszedł do swojego pokoju.

Po zakończeniu audycji pani Garden została sama: oficer marynarki poszedł do pubu z komiwojażerem, a młodzieniec z Yorkshire, który był bardzo pobożny, wybrał się na spotkanie modlitewne. Gospodyni siedziała w salonie ze szklaneczką ginu w ręce, patrzyła na czarne zasłony na oknach i myślała o panu Faberze. Żałowała, że ten lokator spędza tak dużo czasu w swoim pokoju. Potrzebowała towarzystwa, i to właśnie takiego.

Tego typu rozważania budziły w niej poczucie winy. By udobruchać jakoś sumienie, rozmyślała o byłym mężu. Wspomnienia o panu Gardenie były miłe, ale rozmyte, niczym stary film o porysowanej błonie i niewyraźnym dźwięku. Choć doskonale pamiętała, jak czuła się w jego obecności, choćby w tym salonie, nie mogła wyobrazić sobie jego twarzy, ubrań, które mógłby nosić tego dnia, ani komentarzy, jakie wygłosiłby, słysząc wiadomości z frontu. Był drobnym, eleganckim mężczyzną, który dobrze radził sobie w interesach, gdy dopisywało mu szczęście, i ponosił klęski, kiedy szczęście go omijało. W towarzystwie zachowywał się skromnie, a w łóżku był namiętny i nienasycony. Bardzo go kochała. Jeśli ta wojna kiedyś wreszcie się skończy, wiele kobiet znajdzie się w takiej samej sytuacji jak ona. Ponownie napełniła szklaneczkę.

Pan Faber był niezwykle spokojny i ułożony – na tym właśnie polegał problem. Wydawało się, że nie ma żadnych wad. Nie palił, nigdy nie wyczuła alkoholu w jego oddechu, wieczory spędzał w swoim pokoju, słuchając muzyki klasycznej z radia. Czytał dużo gazet i chodził na długie spacery. Przypuszczała, że jest bardzo inteligentny, zajmował skromne stanowisko; kiedy włączał się do rozmów w salonie, jego uwagi zawsze były nieco wnikliwsze niż opinie pozostałych lokatorów. Z pewnością mógłby dostać lepszą pracę, gdyby tylko zechciał. Wydawało się, że nie daje sobie szansy, na jaką zasługuje.

To samo dotyczyło jego wyglądu: był postawnym, szczupłym, szerokim w barach mężczyzną o długich nogach i umięśnionych ramionach. Miał twarz o silnych, męskich rysach, wysokim czole i wydatnej szczęce, a do tego jasnoniebieskie oczy; nie była to ugładzona uroda gwiazdy filmowej, ale z pewnością przyciągała uwagę kobiet. Wyjątek stanowiły małe i wąskie usta, które przywodziły na myśl grymas okrucieństwa. Do czego nie byłby zdolny jej mąż.

Mimo to na pierwszy rzut oka pan Faber nie wydawał się szczególnie atrakcyjny. Nie prasował spodni swojego starego znoszonego ubrania – pani Garden chętnie by to dla niego zrobiła, ale nigdy nie poprosił. Do garnituru zawsze nosił sfatygowany płaszcz i kaszkiet. Nie miał wąsów, a włosy przycinał krótko, regularnie co dwa tygodnie. Wydawało się, że po prostu zależy mu na tym, by nie wyróżniać się z tłumu.

Potrzebował kobiety, pani Garden nie miała co do tego wątpliwości. Zastanawiała się przez moment, czy nie jest, jak to mówią ludzie, „zniewieściały”, ale szybko odrzuciła to przypuszczenie. Potrzebował żony, która przydałaby mu elegancji i obudziła w nim ambicję. Ona zaś potrzebowała mężczyzny do towarzystwa i do… cóż… do miłości.

A jednak nigdy nie wykonał choćby najmniejszego ruchu w tym kierunku. Czasami miała ochotę krzyczeć ze złości. Była pewna, że jest atrakcyjna. Ponownie napełniła szklaneczkę i spojrzała w lustro. Miała ładną twarz i jasne kręcone włosy, nie brakowało jej też tego, na czym lubią zawiesić oko mężczyźni… Zachichotała pod nosem na tę myśl. Chyba była już trochę wstawiona.

Upiła kolejny łyk ginu i zaczęła się zastanawiać, czy to ona nie powinna wykonać pierwszego ruchu. Pan Faber najwyraźniej był nieśmiały – chronicznie nieśmiały. Nie należał do oziębłych mężczyzn – widziała to w jego oczach dwukrotnie, gdy miał okazję zobaczyć ją tylko w koszuli nocnej. Być może gdyby sama zachowała się nieco odważniej, on zdołałby przezwyciężyć tę nieśmiałość. Co miała do stracenia? Próbowała wyobrazić sobie najgorszy scenariusz, by przekonać się, jakie to uczucie. Załóżmy, że ją odrzuci – cóż, to byłoby krępujące, nawet upokarzające. Boleśnie zraniłoby jej dumę. Ale nie wiedziałby o tym nikt prócz ich dwojga. A pan Faber musiałby się wyprowadzić.

Myśl o odrzuceniu zniechęciła ją do tego planu. Podniosła się powoli z fotela, myśląc: Ja po prostu nie umiem być nachalna. Zrobiło się już późno. Jeśli w łóżku wypije jeszcze jedną szklaneczkę ginu, uda jej się zasnąć. Zabrała butelkę na górę.

Jej sypialnia znajdowała się pod pokojem pana Fabera. Gdy pani Garden rozbierała się do snu, z góry dochodziła ją muzyka smyczkowa. Włożyła nową koszulę nocną – różową, z haftem wokół dekoltu, a nikt prócz niej nie mógł tego podziwiać! – i zrobiła sobie ostatniego drinka. Zastanawiała się, jak wygląda pan Faber nago. Na pewno miał płaski brzuch i owłosioną klatkę piersiową, pewnie widać mu było żebra, bo był naprawdę szczupły. Musiał też mieć mały tyłek. Pani Faber znów zachichotała, nazywając się w myślach „bezwstydnicą”.

Zabrała szklaneczkę do łóżka i sięgnęła po książkę, ale nie mogła skupić się na tekście. Poza tym nudziło ją już czytanie o romansach innych kobiet. Opowieści o niebezpiecznych przygodach miłosnych są wciągające tylko wtedy, gdy sama prowadzisz bezpieczne i ułożone życie u boku męża, ale samotna kobieta potrzebuje czegoś więcej niż historii wymyślonych przez Barbarę Cartland. Pani Garden upiła łyk ginu i pomyślała, że jej lokator mógłby już wyłączyć radio. Równie dobrze mogłaby próbować zasnąć na potańcówce!

Oczywiście miała prawo go poprosić, żeby wyłączył radio. Spojrzała na zegar ustawiony przy łóżku: minęła dziesiąta. Mogłaby włożyć szlafrok, dopasowany kolorem do jej koszuli nocnej, uczesać się trochę, założyć kapcie – całkiem zgrabne, z wzorkiem w róże – wejść piętro wyżej i po prostu zapukać do jego drzwi. Faber otworzy, ubrany, być może, w spodnie i podkoszulek, a potem spojrzy na nią tak jak wtedy, gdy w drodze do łazienki zobaczył ją tylko w koszuli nocnej…

– Stara idiotka – powiedziała głośno. – Szukasz sobie tylko powodu, żeby tam pójść.

W tym momencie zaczęła się zastanawiać, dlaczego właściwie potrzebuje pretekstu. Była dojrzałą kobietą, a to był przecież jej dom. Przez ostatnie dziesięć lat nie spotkała odpowiedniego mężczyzny, a chciała w końcu, do diabła, poczuć przy sobie kogoś silnego, twardego i owłosionego, kto ściskałby jej piersi, dyszał jej do ucha i rozsuwałby jej nogi silnymi, szerokimi dłońmi, bo jutro mogą spaść na nich niemieckie bomby gazowe, a wtedy zginą w cierpieniach, krztusząc się i dławiąc, ona zaś straci swą ostatnią szansę.

Opróżniła więc szklaneczkę, wstała z łóżka i włożyła szlafrok. Potem przyczesała nieco włosy, założyła kapcie i zabrała pęk kluczy, na wypadek gdyby drzwi pokoju Fabera były zamknięte, a on nie słyszał jej pukania.

Na korytarzu nie było nikogo. Wypatrzyła w ciemności schody. Chciała przestąpić nad stopniem, który wyjątkowo głośno skrzypiał, potknęła się jednak o brzeg dywanu i opuściła ciężko nogę. Wyglądało na to, że nikt jej nie usłyszał, wyszła więc na górę i zapukała do drzwi. Nacisnęła lekko klamkę. Były zamknięte na klucz.

Radio przycichło, a pan Faber zawołał:

– Tak?!

Miał miły, neutralny głos, pozbawiony londyńskiego akcentu.

– Czy mogłabym zamienić z panem słówko? – spytała.

– Jestem rozebrany – odpowiedział po chwili wahania.

– Ja też. – Zachichotała, po czym otworzyła drzwi zapasowym kluczem. Stał przed radiem z jakimś śrubokrętem w dłoni. Miał na sobie tylko spodnie. Był blady jak ściana i wydawał się śmiertelnie przerażony.

Weszła i zamknęła za sobą drzwi. Nie wiedziała, co powiedzieć. Nagle przypomniała sobie kwestię z jakiegoś amerykańskiego filmu i spytała:

– Postawisz drinka samotnej dziewczynie?

To było naprawdę głupie, wiedziała przecież, że Faber nie ma w pokoju nic do picia, a ona nie wyglądała tak, jakby wybierała się do miasta. Brzmiało jednak drapieżnie.

Wydawało się, że ta zaczepka przyniosła zamierzony efekt. Faber podszedł do niej powoli, w milczeniu. Rzeczywiście, miał włosy na piersiach. Pani Garden zrobiła krok do przodu, a on objął ją wpół. Zamknęła oczy i odchyliła głowę do tyłu. Kiedy ją pocałował, poruszyła się lekko w jego ramionach, a potem poczuła straszliwy, niewyobrażalny ból w plecach i otworzyła usta do krzyku.

□ □ □

Usłyszał, jak potknęła się na schodach. Gdyby poczekała jeszcze chwilkę, schowałby nadajnik do walizki, książki kodowe do szuflady; wtedy nie musiałby jej zabijać. Nim jednak zdołał ukryć dowody, klucz zazgrzytał w zamku. Gdy pani Garden przekroczyła próg pokoju, trzymał już w dłoni sztylet.

Ponieważ przesunęła się lekko w jego ramionach, Faber nie trafił przy pierwszym uderzeniu w serce i musiał wepchnąć jej palce do gardła, by stłumić krzyk. Uderzył ponownie, ale i ona znów się poruszyła, więc ostrze ześlizgnęło się z żebra, przecinając jedynie skórę. Z przebitej klatki piersiowej tryskała krew, a Faber wiedział już, że nie będzie to czyste, fachowe zabójstwo – sprawa zawsze się komplikowała, jeśli nie trafiłeś idealnie za pierwszym razem.

Szamotała się teraz zbyt mocno, by można ją było zabić pchnięciem. Wciąż wpychając palce w jej usta, przytrzymał żuchwę kobiety kciukiem i pchnął ją mocno. Uderzyła głową w drewniane drzwi. Żałował teraz, że ściszył radio, ale skąd miał wiedzieć, że dojdzie do czegoś podobnego?

Zawahał się przed zadaniem ostatecznego ciosu, bo byłoby o wiele lepiej, gdyby pani Garden umarła na łóżku – to ułatwiłoby mistyfikację, którą zaczął już planować – ale nie wiedział, czy zawlekłby ją tak daleko, nie czyniąc hałasu. Zacisnął mocniej dłoń na jej żuchwie, przytrzymał nieruchomo głowę i zamachnął się szeroko sztyletem, wyrywając ofierze większą część gardła. Sztylet nie nadawał się do zadawania tego rodzaju ciosów, a Faber wolał zwykle atakować inne części ciała.

Odskoczył w ułamku sekundy do tyłu przed tryskającą gwałtownie krwią, po czym ponownie zrobił krok do przodu, by złapać upadające ciało. Przeciągnął kobietę na łóżko i ułożył ją tam, starając się przy tym nie patrzeć na jej gardło.

Zabijał już wcześniej, wiedział więc, jakiej reakcji powinien teraz oczekiwać. Nadchodziła zawsze w chwili, gdy czuł się już bezpiecznie. Podszedł do zlewu w rogu pokoju i czekał. Widział swoją twarz w małym lusterku do golenia. Była biała, jego oczy wydawały się nienaturalnie szeroko otwarte. Spojrzał na siebie i pomyślał: Morderca. Potem zwymiotował.

Kiedy było już po wszystkim, poczuł się znacznie lepiej. Teraz mógł zabrać się do pracy. Wiedział, co musi zrobić: obmyślił szczegóły, kiedy ją szlachtował.

Umył twarz, wyczyścił zęby i wyszorował umywalkę. Potem usiadł przy stoliku obok radiostacji. Spojrzał na notes, odszukał właściwe miejsce i zaczął nadawać. To była długa wiadomość, dotycząca gromadzenia wojsk, które miały trafić do Finlandii – był już w połowie, gdy mu przeszkodzono. Wiadomość opatrzył podpisem „Pozdrowienia dla Williego”.

Nadajnik pasował idealnie do specjalnie dla niego zaprojektowanej walizki. Do drugiej walizki Faber spakował resztę swoich rzeczy. Zdjął spodnie, zmył gąbką plamy krwi, a potem umył się cały.

W końcu spojrzał na zwłoki.

Teraz mógł już podejść do tego spokojnie. Trwała wojna, zewsząd otaczali go wrogowie: gdyby jej nie zabił, doprowadziłaby do jego śmierci. Stanowiła zagrożenie, a teraz czuł jedynie ulgę, że zagrożenie zostało wyeliminowane. Nie powinna go była tak wystraszyć.

Niemniej jednak czekało go tu jeszcze odrażające zadanie. Rozchylił jej szlafrok i podsunął koszulę nocną w górę, do pasa. Miała na sobie majtki. Rozerwał je tak, by było widać włosy łonowe. Biedaczka – chciała go tylko uwieść. Nie zdołałby jednak wyprowadzić jej z pokoju tak, by nie zauważyła radiostacji; brytyjska propaganda do absurdalnego wręcz stopnia wyczulała swoich obywateli na szpiegów: gdyby Abwehra miała tylu szpiegów, o ilu pisano w tutejszych gazetach, Wielka Brytania już dawno przegrałaby wojnę.

Cofnął się o krok, przekrzywił głowę i przyjrzał się krytycznie swojemu dziełu. Czegoś tu brakowało. Starał się myśleć jak maniak seksualny. Gdybym chorobliwie pożądał kobiety takiej jak Una Garden i zabiłbym, by potem móc robić z nią, co tylko zechcę, czego na pewno bym sobie nie odpuścił?

Oczywiście: taki szaleniec chciałby spojrzeć na jej piersi. Faber pochylił się nad ciałem, zacisnął dłonie na dekolcie koszuli nocnej i rozerwał ją aż do pępka. Jej duże piersi zwieszały się na bok.

Policyjny lekarz z pewnością odkryje, że nie została zgwałcona, ale, zdaniem Fabera, nie miało to większego znaczenia. Skończył szkolenie kryminalistyczne w Heidelbergu i wiedział, że wiele napaści seksualnych nie kończy się stosunkiem. Poza tym nie byłby w stanie tego zrobić, nawet dla Ojczyzny. Nie był esesmanem. Niektórzy z nich ustawiliby się pewnie w kolejce, by zgwałcić trupa… Odsunął od siebie tę myśl.

Umył ponownie ręce i ubrał się. Dochodziła już północ. Pomyślał, że poczeka i wyjdzie dopiero za godzinę. Wtedy będzie bezpieczniej.

Usiadł, by przeanalizować tę sytuację i zastanowić się nad jej przyczynami.

Bez wątpienia popełnił gdzieś błąd. Gdyby zadbał o wszystko, byłby całkiem bezpieczny. Gdyby był całkiem bezpieczny, nikt nie odkryłby jego tajemnicy. Pani Garden poznała jego sekret – a właściwie poznałaby, gdyby żyła kilka sekund dłużej – więc nie był całkiem bezpieczny, więc nie zadbał o wszystko, więc popełnił błąd.

Powinien był zamontować na drzwiach zasuwę. Lepiej uchodzić za chorobliwie nieśmiałego, niż martwić się, że do pokoju może w każdej chwili wejść gospodyni w koszuli nocnej, z zapasowym kluczem w ręku.

To był mniejszy błąd, skutek błędu poważniejszego, polegającego na tym, że Faber był zbyt atrakcyjną partią, by pozostawać kawalerem. Myślał o tym z irytacją, a nie pychą. Wiedział, że jest miłym, przystojnym mężczyzną i że nie istnieje żaden oczywisty powód, dla którego miałby stronić od kobiet i małżeństwa. Musiał wymyślić coś, co tłumaczyłoby taki stan rzeczy i nie prowokowało różnych pań Garden tego świata do zalotów.

Powinien znaleźć taki powód w swojej prawdziwej osobowości. Dlaczego właściwie był sam? Skrzywił się z niechęcią, pomyślał o tym, że nie lubi luster. Odpowiedź była oczywista: Był sam ze względu na swoją profesję. Jeśli kryły się za tym jakieś inne, poważniejsze powody, wolał ich nie znać.

Będzie musiał spędzić noc na dworze. Highgate Wood będzie odpowiedni. Rano zaniesie walizki do przechowalni bagażu na dworcu kolejowym, a wieczorem pojedzie do swojej kwatery w Blackheath.

Na razie będzie korzystał jedynie ze swojej drugiej tożsamości. Nie obawiał się policji. Komiwojażer, który w weekendy wynajmował pokój w Blackheath, w niczym nie przypominał urzędnika kolei, który zamordował swoją gospodynię. Mężczyzna z Blackheath był hałaśliwy, wulgarny i zarozumiały. Nosił krzykliwe krawaty, pił jak szewc i czesał się zupełnie inaczej niż Faber. Policja opisze w liście gończym zahukanego zboczeńca, który nie zabije nawet muchy, dopóki chuć nie odbierze mu rozumu, nikt więc nie będzie go kojarzył z przystojnym komiwojażerem w prążkowanym garniturze, który bez wątpienia nie hamował swoich żądz i nie musiał zabijać kobiet, by zobaczyć ich piersi.

Będzie trzeba stworzyć nową tożsamość – zawsze posługiwał się co najmniej dwiema. Potrzebował nowej pracy i nowych dokumentów – paszportu, dowodu tożsamości, kartek na żywność, świadectwa urodzenia. Wszystko wiązało się ze sporym ryzykiem. Cholerna pani Garden. Dlaczego nie mogła się po prostu upić i zasnąć, jak miała w zwyczaju?

Była pierwsza w nocy. Faber rozejrzał się po pokoju. Nie przejmował się śladami zbrodni – jego odciski palców były wszędzie, a nikt nie będzie miał wątpliwości co do tożsamości zabójcy. Nie czuł też szczególnej więzi z miejscem, które przez ostatnie dwa lata było jego kwaterą – nigdy nie myślał o nim jako o domu. Właściwie nie miał na świecie przystani, którą tak właśnie by traktował.

Ten pokój pozostanie w jego pamięci jako miejsce, gdzie nauczył się, że należy montować na drzwiach zasuwę.

Zgasił światło, podniósł walizki, zszedł na dół i zniknął w ciemnościach nocy.

2

Henryk II był niezwykłym władcą. W czasach gdy nie istniało jeszcze pojęcie „krótkiej wizyty państwowej”, przemieszczał się między Francją i Anglią tak szybko, że przypisywano mu magiczną moc, czemu król oczywiście nie zaprzeczał. W roku 1173 – w czerwcu lub wrześniu, zależnie od tego, któremu ze źródeł chcemy wierzyć – przybył do Anglii i wyjechał z powrotem do Francji tak szybko, że nie dowiedział się o tym żaden ze współczesnych mu kronikarzy. Dopiero wiele lat później historycy odkryli w archiwum państwowym opis wydatków przeznaczonych na tę podróż. W tym czasie synowie króla atakowali jego państwo od północy i południa, zza szkockiej granicy i z Francji. Co właściwie było celem tej błyskawicznej wizyty? Z kim się spotkał? Dlaczego cała rzecz została utajniona, choć mit dotyczący jego magicznej prędkości wart był więcej niż cała armia? Co dzięki temu osiągnął?

Te pytania dręczyły Percivala Godlimana latem 1940 roku, gdy armie Hitlera w błyskawicznym tempie zajmowały Francję, a Brytyjczycy w pośpiechu i chaosie przeciskali się przez wąskie gardło Dunkierki.

Na całym świecie nie było nikogo, kto wiedziałby o średniowieczu więcej niż profesor Godliman. Jego książka o Czarnej Śmierci przewróciła do góry nogami wszystkie dotychczasowe wyobrażenia i stereotypy dotyczące wieków średnich – była też bestsellerem i została wydana w popularnej serii Pingwina. Podbudowany tym sukcesem profesor zajął się jeszcze wcześniejszym i jeszcze mniej znanym okresem historii.

O dwunastej trzydzieści, w piękny czerwcowy dzień w Londynie, sekretarka zastała Godlimana pochylonego nad iluminowanym manuskryptem, pochłoniętego przekładaniem tekstu na angielski i sporządzaniem notatek, które ze względu na charakter jego pisma wydawały się jeszcze mniej czytelne niż średniowieczna łacina. Sekretarka, która zamierzała zjeść lunch w ogrodzie przy Gordon Square, nie lubiła sali manuskryptów, bo zawsze unosił się tutaj zatęchły trupi zapach. Żeby się tu dostać, trzeba było użyć tylu kluczy, że równie dobrze mógłby to rzeczywiście być grobowiec.

Godliman stał przy pulpicie na jednej nodze, niczym ptak. Oświetlony nikłym blaskiem wpadającym przez małe okienko, wyglądał jak duch mnicha, który napisał tę księgę, a teraz pełnił przy niej straż. Dziewczyna odchrząknęła głośno i poczekała, aż naukowiec ją zauważy. Profesor był niskim, pięćdziesięciokilkuletnim mężczyzną o przygarbionych plecach, ubranym zwykle w tweedowy garnitur. Jak większość jego kolegów po fachu miał słaby wzrok. Sekretarka wiedziała, że potrafi być bardzo miły i rozsądny, gdy tylko wyciągnie się go z otchłani średniowiecza. Odchrząknęła i odezwała się:

– Profesorze Godliman?

Podniósł wzrok i uśmiechnął się na jej widok. Teraz nie przypominał już ducha, wyglądał raczej jak lekko zbzikowany tatulek.

– Dzień dobry! – powiedział zdumionym tonem, jakby spotkał właśnie swojego sąsiada na środku Sahary.

– Prosił pan, żebym przypomniała, że jest pan umówiony na lunch w Savoyu z pułkownikiem Terrym.

– Och, tak. – Wyjął z kieszonki kamizelki zegarek i spojrzał na niego. – Jeśli mam zdążyć tam na piechotę, to powinienem już chyba wychodzić.

Skinęła głową.

– Przyniosłam panu maskę gazową.

– Co ja bym bez ciebie zrobił! – Uśmiechnął się ponownie, a sekretarka doszła do wniosku, że wygląda całkiem ładnie. Wziął od niej maskę i spytał: – Będę potrzebował płaszcza?

– Rano pan go nie wkładał. Jest dosyć ciepło. Mam tu wszystko pozamykać?

– O tak, dziękuję bardzo, dziękuję. – Wcisnął notatnik do kieszeni marynarki i wyszedł.

Sekretarka rozejrzała się, wzdrygnęła i ruszyła jego śladem.

□ □ □

Pułkownik Andrew Terry był ogorzałym Szkotem o ciemnoblond włosach, rzednących i wysmarowanych obficie brylantyną. Przez całe dorosłe życie palił jak smok i z tego zapewne powodu wciąż był chudy jak szczapa. Godliman znalazł go w restauracji Savoy Grill, przy stoliku w rogu sali. Pułkownik był w cywilnym ubraniu. W popielniczce leżały już trzy niedopałki papierosów. Wstał i podał rękę profesorowi.

– Dzień dobry, wujku Andrew – powiedział Godliman. Terry był młodszym bratem jego matki.

– Jak się miewasz, Percy?

– Piszę książkę o Plantagenetach. – Godliman usiadł przy stoliku.

– Twoje manuskrypty ciągle są w Londynie? Dziwne…

– Dlaczego?

Terry zapalił następnego papierosa.

– Przenieś je gdzieś na prowincję, na wypadek bombardowania.

– Naprawdę powinienem?

– Połowę Galerii Narodowej upchnięto w jakimś wielkim wyrobisku, gdzieś w Walii. Młody Kenneth Clark działa szybciej niż ty. Może nie byłoby głupio, gdybyś ty też się stąd wyniósł. Pewnie nie zostało ci zbyt wielu studentów, co?

– To prawda. – Godliman wziął menu od kelnera i powiedział: – Nie chcę nic do picia.

Terry nawet nie spojrzał na jadłospis.

– Pytam całkiem poważnie, Percy. Dlaczego jeszcze nie wyjechałeś z miasta?

Spojrzenie Godlimana nabrało wyrazistości niczym wyostrzony obraz na ekranie, jakby po raz pierwszy od wejścia do restauracji musiał włączyć myślenie.

– Nie mam nic przeciwko temu, żeby wyjeżdżały stąd dzieci czy instytucje narodowe, takie jak Bertrand Russell, ale ja… Cóż, wyglądałoby to tak, jakbym uciekał i zostawiał walkę innym. Wiem, że nie jest to całkiem logiczny argument. To raczej kwestia moich odczuć niż logiki.

Terry odpowiedział mu uśmiechem człowieka, który usłyszał dokładnie to, czego oczekiwał. Porzucił jednak ten temat i spojrzał w końcu na kartę dań.

– Dobry Boże – powiedział po chwili. – Placek lorda Wooltona!

Godliman uśmiechnął się szeroko.

– Jestem pewien, że to tylko ziemniaki z warzywami.

Kiedy złożyli już zamówienie, Terry spytał:

– Co myślisz o naszym nowym premierze?

– To dupek. Ale z drugiej strony, Hitler jest głupkiem, a spójrz tylko, jak dobrze mu poszło. A ty?

– Jakoś się dogadamy z Winstonem. Przynajmniej chce walczyć.

Godliman uniósł lekko brwi.

– My? Wróciłeś do gry?

– Wiesz, że tak naprawdę nigdy jej nie opuściłem.

– Ale mówiłeś…

– Percy, czy nie przychodzi ci do głowy departament, w którym wszyscy pracownicy mówią, że nie pracują dla wojska?

– A niech mnie! Przez cały ten czas…

Kelner przyniósł pierwsze danie, otworzyli butelkę białego bordeaux. Godliman w zamyśleniu jadł łososia.

W końcu Terry się odezwał:

– Myślisz o poprzedniej wojnie?

Godliman skinął głową.

– Stare czasy. Okropne czasy. – W jego głosie pobrzmiewała jednak nuta tęsknoty.

– Ta wojna jest zupełnie inna. Moi chłopcy nie wyprawiają się za linie wroga i nie liczą namiotów, jak kiedyś wy. A właściwie może i liczą, ale to nie ma już takiego znaczenia jak kiedyś. Dziś przede wszystkim słuchamy radia.

– Nie szyfrują swoich wiadomości?

Terry wzruszył ramionami.

– Szyfr można złamać. Prawdę mówiąc, teraz wiemy prawie wszystko, co powinniśmy wiedzieć.

Godliman rozejrzał się ukradkiem, w pobliżu nie było jednak nikogo, kto mógłby ich podsłuchać. Poza tym profesor nie uważał się za kogoś, kto powinien pouczać pułkownika, że nieostrożna gadanina może kosztować kogoś życie.

Tymczasem Terry kontynuował:

– Właściwie moim zadaniem jest dopilnować, by to do nich nie dotarły ważne informacje o nas.

Obaj zamówili na drugie danie potrawkę z kurczaka. W menu w ogóle nie było dań z wołowiną. Godliman umilkł, ale Terry mówił dalej:

– Muszę ci powiedzieć, że Canaris to zabawny facet. Admirał Wilhelm Canaris, szef Abwehry. Poznałem go, zanim jeszcze to wszystko się zaczęło. Lubi Anglię. Przypuszczam, że wcale nie przepada za Hitlerem. Tak czy inaczej, wiemy, że kazano mu przygotować dużą operację wywiadowczą przeciwko nam, wiesz, na wypadek inwazji, ale właściwie niewiele robi. Aresztowaliśmy ich najlepszego człowieka w Anglii dzień po wybuchu wojny. Jest teraz w więzieniu w Wandsworth. Szpiedzy Canarisa to banda nieudaczników: starsze panie w pensjonatach, szaleni faszyści, drobni przestępcy…

– Posłuchaj, staruszku, tego już za wiele – przerwał mu Godliman. Drżał lekko, przepełniony złością i zdumieniem zarazem. – To są przecież tajne informacje, nie chcę ich znać!

Terry wcale się tym nie przejął.

– Zjesz coś jeszcze? – zapytał. – Ja wezmę lody czekoladowe.

Godliman wstał od stołu.

– Dziękuję, najadłem się już. Wrócę do swojej pracy, jeśli nie masz nic przeciwko.

Terry zmierzył go chłodnym spojrzeniem.

– Świat może poczekać na twoją ocenę Plantagenetów, Percy. Trwa wojna, mój chłopcze. Chcę, żebyś popracował trochę dla mnie.

Przez chwilę Godliman wpatrywał się w niego w milczeniu.

– Co takiego miałbym robić? – spytał wreszcie.

Terry uśmiechnął się drapieżnie.

– Łapać szpiegów.

□ □ □

Pomimo pięknej pogody Godliman wracał na uczelnię przygnębiony. Zamierzał przyjąć propozycję pułkownika Terry’ego, to nie ulegało wątpliwości. Jego ojczyzna prowadziła wojnę – sprawiedliwą wojnę – i choć był już za stary, by walczyć na frontach, wciąż mógł pomóc w inny sposób.

Przygnębiała go jednak myśl o rezygnacji z pracy – kto wie na jak długo. Uwielbiał historię i oddał się całkowicie badaniom nad średniowieczną Anglią, odkąd dziesięć lat temu zmarła jego żona. Lubił rozwiązywać zagadki, odkrywać tajemnice sprzed wieków, wyszukiwać drobne wskazówki, godzić pozorne sprzeczności, demaskować kłamstwa, propagandę i mity. Jego nowa książka byłaby najlepszym opracowaniem tego konkretnego tematu od stu lat i prawdopodobnie nic nie dorównałoby jej przez kolejne stulecie. Wypełniała jego życie od tak dawna, że myśl o porzuceniu tego projektu wydawała mu się niemal nierzeczywista, równie trudna do zaakceptowania jak odkrycie, że jest się sierotą, niespokrewnioną w żaden sposób z ludźmi, których zawsze nazywało się mamą i tatą.

Z rozmyślań wyrwało go nagle wycie syren ostrzegających przed nalotem. Zastanawiał się przez moment, czy nie zignorować tego alarmu: robiło tak wielu ludzi, a od uczelni dzieliło go już tylko dziesięć minut marszu. Z drugiej jednak strony nie miał po co wracać do swojego gabinetu – wiedział, że dziś już i tak nie popracuje. Zszedł więc na stację metra i dołączył do tłumu londyńczyków, stojących na schodach i na brudnym peronie. Przystanął obok ściany i pomyślał: Ale nie chodzi tylko o rzeczy, które muszę zostawić.

Przygnębiała go również perspektywa powrotu do gry. Owszem, lubił niektóre jej elementy, choćby odkrywanie znaczenia pozornie nieważnych szczegółów, rolę bystrości umysłu, skrupulatność, dociekanie. Nienawidził jednak szantażu, zdrady, oszustw, desperacji i podstępnych, perfidnych ataków.

Na peronie zbierało się coraz więcej ludzi. Godliman znalazł wolne miejsce i usiadł obok mężczyzny w uniformie kierowcy autobusu. Nieznajomy się uśmiechnął.

– Och, być teraz w Anglii, gdy lato rozkwita. Wie pan, kto to powiedział? – spytał.

– Gdy kwiecień rozkwita – poprawił go Godliman. – Browning.

– A ja słyszałem, że Adolf Hitler – odparł kierowca. Kobieta siedząca po jego drugiej stronie parsknęła śmiechem. Mężczyzna odwrócił się do niej. – Słyszała pani, co powiedział wysiedleniec do żony rolnika?

Profesor przestał go słuchać. Myślami wrócił do pewnego dawnego kwietnia, kiedy to, stęskniony za Anglią, kucał wysoko na gałęzi platana i wbijał wzrok we mgłę zalegającą we francuskiej dolinie za niemieckimi liniami. Nawet przez lunetę widział jedynie niewyraźne, ciemne kształty i miał już właśnie zejść na ziemię, by wrócić na odległe o mniej więcej półtora kilometra pozycje angielskie, gdy nagle w pobliżu pojawili się, nie wiadomo skąd, trzej niemieccy żołnierze. Usiedli pod drzewem i wypalili po papierosie, a potem wyjęli karty i zaczęli grać. Młody Percival Godliman zrozumiał, że oddalili się nielegalnie od swojej jednostki i zamierzają spędzić tu cały dzień. Tkwił nieruchomo na drzewie, aż zaczęły łapać go skurcze, a pęcherz był tak rozdęty, jakby miał lada moment pęknąć. W końcu wyjął rewolwer i zastrzelił wszystkich trzech, jednego po drugim, mierząc w czubki ich ogolonych głów. Trzej ludzie, którzy jeszcze przed momentem się śmiali, przeklinali i przegrywali w karty swój żołd, po prostu przestali istnieć. Zabił wtedy po raz pierwszy, a w jego umyśle pobrzmiewała wówczas nieustannie jedna myśl: Tylko dlatego, że musiałem się wysikać.

Godliman poprawił się na zimnej betonowej posadzce peronu i odsunął od siebie to wspomnienie. Z wnętrza tunelu wypłynął podmuch ciepłego powietrza, a po chwili na peron wjechała kolejka. Ludzie, którzy z niej wysiedli, dołączyli do czekających na odwołanie alarmu. Godliman wsłuchiwał się w ich głosy.

– Słyszałeś Churchilla w radiu? Słuchaliśmy go w pubie, w Duke of Wellington. Stary Jack Thornton się popłakał. Stary głupi pedał…

– Podobno syn Kathy mieszka w rezydencji i ma własnego służącego! Mój Alfie doi krowy…

– Już tak długo nie jadłem porządnego steku, że zapomniałem, jak to smakuje… Komitet wina widział, że zanosi się na wojnę, i kupił dwadzieścia tysięcy, Bogu dzięki…

– Tak, skromny ślub, ale po co czekać, skoro nie wiadomo, co przyniesie następny dzień?

– Nazywają to wiosną, mamo, i mają ją tutaj co roku, mniej więcej o tej samej porze…

– Znów jest w ciąży… tak, trzynaście lat po ostatniej… Myślałem, że już wiem, skąd się to bierze!

– Nie, Peter nie wrócił z Dunkierki…

Kierowca autobusu poczęstował go papierosem. Godliman podziękował i sięgnął po swoją fajkę. Ktoś zaczął śpiewać:

„Zasłaniaj okna, panno miła”,

Raz krzyknął w noc pan władza.

„Za dużo wszystkim pokazujesz”.

A komu to przeszkadza?

W górę kolana panno Brown…

Tłum błyskawicznie podchwycił piosenkę, po chwili śpiewali ją już wszyscy. Godliman również się przyłączył, świadom, że tak naród przegrywający wojnę próbuje ukryć swój strach, podobnie jak mężczyzna, który pogwizduje głośno, gdy idzie nocą przez cmentarz; świadom również, że ten nagły przypływ sympatii dla Londynu i londyńczyków, który czuł w tej chwili, jest czymś ulotnym, podobnym do histerii tłumu. Nie ufał wewnętrznemu głosowi, który mówił: „Właśnie o to chodzi w wojnie, właśnie dlatego warto walczyć”, ale nie przejmował się tym, bo po raz pierwszy od wielu lat odczuwał fizyczną niemal przyjemność płynącą z poczucia więzi z rodakami – i podobało mu się to.

Kiedy w końcu rozległ się sygnał odwołujący alarm, wszyscy ruszyli ze śpiewem na ustach w górę schodów i na ulice, a Godliman przeszedł do najbliższej budki telefonicznej i zadzwonił do pułkownika Terry’ego, by spytać go, kiedy może zacząć.

3

Wiejski kościółek był bardzo stary i bardzo piękny. Kamienny mur okalał stary cmentarz, porośnięty polnymi kwiatami. Sam kościół – a właściwie jego fragmenty – stał tutaj już w czasie ostatniej udanej inwazji na Brytanię, prawie tysiąc lat temu. Północna ściana głównej nawy, gruba na kilka metrów, z dwoma tylko wąskimi okienkami, mogła pamiętać tę inwazję; zbudowano ją w czasach, gdy kościoły zapewniały ochronę zarówno duchową, jak i fizyczną, a wąskie okienka lepiej sprawdzały się jako szczeliny strzelnicze niż otwory wpuszczające do budynku światło Pana. Właściwie ochotnicy z Obrony Terytorialnej zamierzali wykorzystać kościółek jako punkt obrony, gdyby barbarzyńcy pustoszący teraz Europę zdołali przeprawić się przez kanał La Manche.

Ale w sierpniu 1940 roku o wykafelkowaną podłogę kościoła nie stukały jeszcze podkute żołnierskie buty. Promienie słońca prześwitywały przez witraże, które przetrwały ikonoklastów Cromwella i chciwość Henryka VIII, a dach drżał w rytm dźwięków wydawanych przez organy, które jak dotąd skutecznie opierały się kornikom i murszowi.

To był piękny ślub. Lucy oczywiście była ubrana na biało, jej pięć sióstr w morelowych sukniach odgrywało role druhen. David szedł do ołtarza w mundurze pilota RAF-u, Królewskich Sił Powietrznych, nieskazitelnie czystym i gładkim, bo włożył go właściwie po raz pierwszy. Śpiewali Psalm 23, Bóg pasterzem i gospodarzem.

Ojciec Lucy pękał z dumy, czemu trudno było się dziwić – każdy mężczyzna czułby się podobnie w dniu, w którym jego najstarsza i najładniejsza córka wychodzi za mąż za porządnego chłopaka w mundurze. Był rolnikiem, ale minęło już mnóstwo czasu, odkąd siedział ostatnio na traktorze: wydzierżawił swoją ziemię uprawną i zajął się hodowlą koni, choć w tym roku oczywiście jego pastwiska miały zostać zaorane i obsadzone ziemniakami. Był raczej ziemianinem niż rolnikiem, ale przeczył temu jego wygląd: miał ogorzałą cerę, potężny tors i duże twarde dłonie człowieka przywykłego do pracy na roli. Większość gości siedzących po tej samej stronie kościoła wyglądała podobnie: byli to dobrze zbudowani mężczyźni o czerwonych od słońca i wiatru twarzach. Niektórzy zamiast fraków włożyli na tę okazję tweedowe garnitury i mocne buty.

Śladów podobnej surowej urody można się było dopatrzyć również u druhen, typowych wiejskich dziewcząt. I tylko panna młoda przypominała raczej swoją matkę. Miała długie, ciemnokasztanowe włosy, gęste i lśniące, oraz bursztynowe oczy, osadzone szeroko w owalnej twarzy. Kiedy spojrzała z powagą na kapłana i wyrzekła sakramentalne „Tak”, duchowny nie mógł wyjść ze zdumienia. Boże, ona naprawdę w to wierzy! – pomyślał, co w tej sytuacji było dość dziwnym spostrzeżeniem.

Rodzina po drugiej stronie nawy również miała dość charakterystyczny wygląd. Ojciec Davida był prawnikiem; groźny grymas, który nieustannie wykrzywiał jego twarz, stanowił w rzeczywistości element pozy przypisanej do jego zawodu i skrywał pogodną naturę. (Podczas ostatniej wojny służył w wojsku, w stopniu majora, i uważał, że całe to gadanie o RAF-ie i wojnie w powietrzu to jedynie przelotna moda, która wkrótce odejdzie w przeszłość). Nikt jednak nie był do niego podobny, nawet jego syn, który stał teraz przed ołtarzem i przysięgał kochać swą żonę do samej śmierci, możliwe, że – uchowaj Boże – całkiem rychłej. Nie, wszyscy przypominali matkę Davida, która siedziała teraz obok męża, kobietę o niemal czarnych włosach, śniadej skórze i długich, szczupłych kończynach.

David był najwyższy z nich wszystkich. W zeszłym roku pobił rekord w skoku wzwyż na Uniwersytecie w Cambridge. Wydawał się aż nazbyt urodziwy jak na mężczyznę – jego twarz mogłaby uchodzić za kobiecą, gdyby nie wyraźny, zawsze obecny ślad zarostu. David golił się dwa razy dziennie. Miał długie rzęsy i wyglądał na inteligentnego, bo taki był w istocie, oraz wrażliwego – choć taki nie był wcale.

Była to prawdziwie idylliczna scena – dwoje szczęśliwych, pięknych ludzi, dzieci z porządnych, dobrze sytuowanych i prawdziwie angielskich rodzin, bierze ślub w wiejskim kościele, w najpiękniejszy letni dzień, jakiego można oczekiwać w Wielkiej Brytanii.

Kiedy kapłan ogłosił ich mężem i żoną, żadna z matek nie uroniła nawet łzy, a obaj ojcowie płakali.

□ □ □

Lucy pomyślała, że całowanie panny młodej to barbarzyński zwyczaj, gdy kolejna para w średnim wieku przywarła do jej policzków ustami wilgotnymi od szampana. Była to zapewne pozostałość po jeszcze bardziej barbarzyńskich zwyczajach rodem ze średniowiecza, gdy każdy mężczyzna należący do plemienia mógł… nieważne, tak czy inaczej byłby już czas się ucywilizować i całkiem zrezygnować z takich rytuałów.

Wiedziała już wcześniej, że ta część uroczystości nie przypadnie jej do gustu. Lubiła szampan, ale nie przepadała za pieczonymi udkami z kurczaka i zimnymi tostami z kawiorem, nie wspominając już o przemowach, zdjęciach i dowcipach na temat podróży poślubnej… Ale mogło być gorzej. Gdyby nie wojna, ojciec wynająłby Albert Hall.

Dotąd dziewięć osób życzyło im jak najmniej kłopotów, a jedna, odrobinę tylko oryginalniejsza, powiedziała: „Mam nadzieję, że niedługo zobaczymy się na chrzcinach”. Lucy ściskała niezliczone dłonie i udawała, że nie słyszy uwag w rodzaju „Chciałbym być dziś w nocy na miejscu Davida”. David wygłosił przemowę, w której dziękował rodzicom Lucy, że oddali mu swą córkę, jakby ta była jakimś cennym przedmiotem owiniętym w biały atłas i przekazanym temu z kandydatów, który najbardziej sobie na niego zasłużył. Ojciec Lucy popisał się prostacką uwagą, twierdząc, że nie traci córki, lecz zyskuje syna. W sumie była to jedna wielka szopka, ale czego nie robi się dla rodziców…

Od strony baru podszedł do nich chwiejnym krokiem jeden z dalszych krewnych Lucy. Panna młoda wzdrygnęła się ukradkiem i przedstawiła go mężowi:

– Davidzie, to wuj Norman.

Wuj Norman zamknął w żelaznym uścisku drobną dłoń Davida.

– Jak tam, mój chłopcze, kiedy musisz stawić się w jednostce?

– Jutro, proszę pana.

– Jak to, więc nie będziesz miał miesiąca miodowego?

– Tylko dwadzieścia cztery godziny.

– Ale podobno dopiero co skończyłeś szkolenie.

– Owszem, ale już wcześniej umiałem latać. Nauczyłem się w Cambridge. Poza tym teraz każdy pilot jest na wagę złota. Przypuszczam, że już jutro zacznę regularne loty.

– Davidzie, przestań – poprosiła cicho Lucy, ale jej mąż puścił to mimo uszu.

– Czym będziesz latał? – dopytywał się wuj Norman z chłopięcym entuzjazmem.

– Spitfire’em. Widziałem go wczoraj. Piękny latawiec. – David celowo posługiwał się slangiem pilotów RAF-u, mówił o latawcach, gruchotach, słonej kałuży i bandytach na drugiej. – Ma osiem karabinów, wyciąga sześćset pięćdziesiąt kilometrów na godzinę i potrafi zawrócić prawie w miejscu.

– Cudownie, cudownie. Dajecie nieźle popalić tym dupkom z Luftwaffe, co?

– Wczoraj strąciliśmy sześćdziesiąt, a straciliśmy tylko jedenaście – odparł David z dumą, jakby to on sam własnoręcznie zestrzelił wszystkie wrogie maszyny. – Przedwczoraj, gdy zaatakowali Yorkshire, tak im dokopaliśmy, że uciekali do Norwegii z podkulonymi ogonami – a nie straciliśmy przy tym ani jednego latawca!

Wuj Norman z pijacką żarliwością pochwycił Davida za ramię.

– Nigdy jeszcze tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym – wyrecytował z zadęciem. – Niedawno powiedział tak Churchill.

David uśmiechnął się z fałszywą skromnością.

– Chodziło mu pewnie o drinki w kantynach.

Lucy nie znosiła, gdy ktoś trywializował w podobny sposób ludzkie cierpienie i zniszczenia.

– Davidzie, powinniśmy się przebrać – ponagliła męża.

Pojechali dwoma oddzielnymi samochodami do domu Lucy. Mama pomogła jej zdjąć suknię ślubną i powiedziała:

– Kochanie, nie wiem, czego właściwie spodziewasz się po dzisiejszej nocy, ale powinnaś wiedzieć…

– Och, mamo, nie bądź śmieszna – przerwała jej Lucy. – Spóźniłaś się z tym wykładem o jakieś dziesięć lat. Mamy rok tysiąc dziewięćset czterdziesty, wiesz?

Matka lekko poczerwieniała.

– Doskonale, moja droga – odparła spokojnie. – Ale gdybyś chciała jednak o czymś porozmawiać, wiesz, później…

Lucy uświadomiła sobie, jak trudno przychodzi matce mówić takie rzeczy, i zrobiło jej się trochę wstyd, że tak ostro ją potraktowała.

– Dziękuję – powiedziała znacznie już łagodniejszym tonem. Dotknęła dłoni matki. – Będę o tym pamiętała.

– W takim razie zostawiam cię samą. Zadzwoń, gdybyś czegoś potrzebowała. – Matka pocałowała córkę w policzek i wyszła.

Lucy, ubrana tylko w halkę, usiadła przy toaletce i zaczęła się czesać. Doskonale wiedziała, co czeka ją tej nocy. Poczuła przyjemny dreszczyk, wspominając inny wieczór.

To było starannie przygotowane uwiedzenie, choć wtedy nie przyszło jej do głowy, że David mógł wcześniej zaplanować każdy ruch.

Stało się to w czerwcu, rok po tym, jak poznali się w pubie Glad Rag Ball. Spotykali się wtedy już co tydzień, a David spędził część świąt wielkanocnych u rodziny Lucy. Jej rodzice go akceptowali: był przystojny, bystry i dobrze wychowany, a do tego pochodził dokładnie z tej samej warstwy społecznej co oni. Ojciec narzekał co prawda, że jest trochę zbyt pewny siebie, ale mama stwierdziła, że ziemiaństwo mówi tak o ludziach z miasta od sześciuset lat. Ona uważała, że David będzie dobry dla swojej żony, a na dłuższą metę właśnie to liczyło się najbardziej. W czerwcu Lucy pojechała więc na weekend do rodziny Davida.

Ich rezydencja była wiktoriańską kopią osiemnastowiecznej rezydencji. Dom na planie kwadratu miał dziewięć sypialni i taras z widokiem. Największe wrażenie zrobiło na Lucy odkrycie, że ludzie, którzy zakładali tutejszy ogród, musieli robić to ze świadomością, że nim osiągnie on swój docelowy kształt, oni dawno już pomrą. W posiadłości panowała bardzo swobodna atmosfera, w sobotę siedzieli razem na tarasie i popijali piwo w popołudniowym słońcu. Właśnie wtedy David powiedział jej, że został przyjęty na szkolenie dla oficerów w RAF-ie, podobnie jak czterej jego koledzy z uniwersyteckiego aeroklubu. Chciał być pilotem myśliwca.

– Umiem całkiem nieźle latać – mówił. – A kiedy już ta wojna zacznie się na dobre, będą potrzebowali ludzi. Mówią, że tym razem wszystko rozstrzygnie się w powietrzu.

– Nie boisz się? – spytała cicho.

– Ani trochę – odparł. Potem zakrył oczy dłonią i dodał: – Owszem, boję się.

Pomyślała, że jest bardzo odważny, i ujęła go za rękę.

Chwilę później włożyli kostiumy kąpielowe i poszli nad jezioro. Woda była chłodna i przejrzysta, ale słońce wciąż mocno prażyło. Pluskali się radośnie, jakby wiedzieli, że to już koniec ich dzieciństwa.

– Dobrze pływasz? – spytał David.

– Lepiej od ciebie!

– W porządku. Kto pierwszy na wyspie.

Przysłoniła dłonią oczy, by popatrzeć pod słońce. Stała w tej pozie przez jakąś minutę, udając, że nie wie, jak kusząco wygląda w kostiumie kąpielowym, z podniesionymi rękami i odciągniętymi do tyłu ramionami. Wyspa, a właściwie niewielka kępa krzewów i drzew, znajdowała się na środku jeziora, jakieś trzysta metrów od brzegu.

Opuściła ręce, krzyknęła „Start!” i popłynęła szybkim kraulem w stronę wyspy.

Oczywiście wygrał David, za sprawą swych długich nóg i rąk. Lucy opadła z sił, gdy od wyspy dzieliło ją jeszcze pięćdziesiąt metrów. Z kraula przeszła w żabkę, ale nadal czuła się zbyt zmęczona, przekręciła się więc na plecy i zaczęła unosić się swobodnie na wodzie. David, który siedział już na brzegu i sapał jak mors, wszedł z powrotem do jeziora i popłynął do niej. Wsunął się pod nią, objął rękami, przyjmując pozycję ratowniczą, i powoli zaczął holować ją do brzegu. Jego dłonie były tuż przy jej piersiach.

– Podoba mi się to – powiedział, a Lucy zachichotała, wciąż ogromnie zdyszana.

Chwilę później David dodał:

– Chyba mogę ci to zdradzić.

– Co? – wysapała.

– To jezioro ma tylko metr dwadzieścia głębokości.

– Ty draniu! – Wyswobodziła się z jego objęć, parskając i śmiejąc się, po czym stanęła na dnie.

Wziął Lucy za rękę i wyszedł z wody, a potem zaprowadził ją między drzewa. Wskazał na starą, nieco już spróchniałą łódź wiosłową, leżącą do góry dnem pod krzakiem głogu.

– Kiedy byłem chłopcem, przypływałem tutaj tą łódką. Zabierałem ze sobą jedną z fajek taty, zapałki i trochę tytoniu w bibułce. Tu mogłem spokojnie zapalić.

Znaleźli się na polanie otoczonej gęstwiną krzaków. Darń pod ich stopami była czysta i miękka. Lucy usiadła na ziemi.

– Z powrotem będziemy płynęli powoli – powiedział David.

– Na razie jeszcze o tym nie rozmawiajmy – odparła.

Usiadł obok niej i pocałował ją, a potem pchnął lekko, aż położyła się na ziemi. Delikatnie głaskał jej biodro i całował szyję, dopóki nie przestała drżeć. Gdy niepewnie położył dłoń na miękkim wzgórku między jej nogami, wygięła ciało w łuk, pragnąc, by naciskał mocniej. Przyciągnęła jego głowę i zamknęła mu usta w długim, wilgotnym pocałunku. Jego dłonie sięgnęły do pasków jej kostiumu, zaczął je zsuwać powoli w dół ramion Lucy.

– Nie – powiedziała.

Schował twarz między jej piersiami.

– Lucy, proszę.

– Nie.

Podniósł na nią wzrok.

– To może być moja ostatnia szansa.

Odsunęła się od niego i wstała. A potem, z powodu wojny, z powodu błagalnego wyrazu jego młodej, rozpalonej twarzy i z powodu przyjemnego ciepła, które wypełniło jej ciało i nie chciało zniknąć, jednym szybkim ruchem zdjęła kostium, ściągnęła z głowy czepek, rozrzucając na ramionach gęste kasztanowe włosy, a potem uklęknęła przed nim, ujęła jego głowę w dłonie i przyciągnęła ją do swych piersi.

Straciła dziewictwo bezboleśnie, entuzjastycznie i tylko odrobinę zbyt szybko.

Poczucie winy wcale nie odbierało temu wspomnieniu uroku, wręcz przeciwnie, czyniło go jeszcze przyjemniejszym. Jeśli rzeczywiście David uwiódł ją z premedytacją, działając według przygotowanego wcześniej planu, to Lucy była uległą, by nie rzec chętną, ofiarą, szczególnie pod koniec.

Zaczęła się ubierać do wyjścia. Tamtego popołudnia na wyspie zaskoczyła go co najmniej dwukrotnie: raz, gdy chciała, by całował jej piersi, a drugi, gdy dłońmi pomogła mu w nią wejść.

Najwyraźniej w książkach, które czytał, takie rzeczy się nie zdarzały. Lucy, podobnie jak większość jej przyjaciółek, szukała informacji o seksie w książkach D.H. Lawrence’a. Wierzyła w to, co pisał o choreografii, ale opisy odgłosów uznała za przerysowane. Owszem, rzeczy, które ludzie robili sobie w jego powieściach, wydawały się miłe, ale nie aż tak miłe. Nie oczekiwała fanfar, anielskich chórów, dzwonów i trzęsienia ziemi w chwili swojego seksualnego przebudzenia.

David miał o tym jeszcze mniejsze pojęcie niż ona, ale był delikatny i czerpał przyjemność z przyjemności dziewczyny, co w jej mniemaniu musiało być bardzo ważne.

Od tamtego czasu robili to tylko raz. Dokładnie na tydzień przed ślubem kochali się ponownie, co doprowadziło do ich pierwszej kłótni.

Tym razem stało się to w domu jej rodziców, rankiem, gdy wszyscy wyszli. David wszedł do jej sypialni w szlafroku i położył się obok niej. Omal nie zmieniła wtedy zdania w kwestii anielskich chórów i dzwonów. Zaraz potem wstał z łóżka.

– Nie idź – poprosiła.

– Ktoś może tu wejść.

– Zaryzykuję. Wracaj do łóżka.

Była rozgrzana, rozkosznie zmęczona i oszołomiona, chciała, by pobył z nią jeszcze trochę.

David włożył szlafrok.

– Denerwuję się.

– Pięć minut temu nie byłeś zdenerwowany. – Wyciągnęła do niego rękę. – Połóż się ze mną. Chcę lepiej poznać twoje ciało.

– Boże, jesteś bezwstydna.

Spojrzała na niego ze zdumieniem, przekonana, że żartuje. Gdy zrozumiała, że mówił całkiem poważnie, wpadła w złość.

– Co to miało znaczyć, do diabła?

– Po prostu kobiecie nie wypada mówić takich rzeczy!

– Co za bzdura…

– Zachowujesz się jak… jak… dziwka.

Wyskoczyła z łóżka, naga i wściekła, jej piękne piersi falowały gwałtownie.

– A co ty właściwie wiesz o dziwkach?

– Nic!

– A co właściwie wiesz o kobietach?

– Wiem, jak powinna zachowywać się dziewica!

– Jestem… byłam… dopóki nie poznałam ciebie…

Usiadła na skraju łóżka i wybuchnęła płaczem.

To był oczywiście koniec kłótni. David objął ją ramieniem i powtarzał:

– Przepraszam, przepraszam, przepraszam. Ty też byłaś dla mnie pierwsza, i nie wiem, czego oczekiwać, mam mętlik w głowie… No wiesz, nikt nie mówi ci wcześniej o takich rzeczach, prawda?

Chlipnęła i pokiwała głową. Pomyślała jednocześnie, że tak naprawdę niepokoi go świadomość, że za osiem dni będzie musiał wsiąść do samolotu i walczyć o życie nad chmurami. Wybaczyła mu, a on otarł jej łzy, po czym oboje położyli się na łóżku, mocno przytuleni, nawzajem dodając sobie otuchy.

Zwierzyła się z tej kłótni swojej przyjaciółce Joannie, powiedziała jednak, że chodziło o suknię, którą David uważał za bezwstydną. Joanna twierdziła, że młode pary zawsze kłócą się przed ślubem, zwykle w poprzedzający go wieczór: to ostatnia próba siły ich uczucia.

Była już niemal gotowa. Przyjrzała się swemu odbiciu w dużym stojącym lustrze. Jej kostium przypominał nieco mundur, miał szerokie ramiona i epolety, ale bluzka dla równowagi była bardzo kobieca. Włosy Lucy, przykryte od góry szykownym toczkiem, opadały gęstymi lokami na ramiona. Nie wypadało jej wychodzić do miasta w olśniewającej kreacji, nie w tym roku, uważała jednak, że udało jej się skomponować praktyczny, a zarazem atrakcyjny strój, a właśnie takie stawały się coraz modniejsze.

David czekał na nią w holu. Pocałował ją i powiedział:

– Wygląda pani cudownie, pani Rose.

Zawieziono ich z powrotem na przyjęcie, by mogli się ze wszystkimi pożegnać, stamtąd mieli pojechać do Londynu i spędzić noc w hotelu Claridge. Potem David miał się udać do Biggin Hill, a Lucy wrócić do domu. Zamierzała zamieszkać na razie u rodziców, a podczas przepustek Davida korzystać z domu letniskowego.

Przez kolejne pół godziny znów ściskali dłonie i wymieniali pocałunki, aż wreszcie przeszli do kabrioletu MG. Kilku kuzynów pana młodego przywiązało do zderzaków jego auta puszki i stare buty, przyozdobili stopnie, wysypując na nie confetti, i wykaligrafowali na lakierze jasnoczerwoną szminką wielki napis „Para młoda”.

Odjechali z pompą, śmiejąc się i machając do gości, którzy wyszli za nimi na ulicę. Kilometr dalej zatrzymali auto i posprzątali samochód.

Robiło się już ciemno, gdy ponownie wyruszyli w drogę. Reflektory ze względu na obowiązujące zaciemnienie były przysłonięte, ale David i tak jechał bardzo szybko. Lucy czuła się naprawdę szczęśliwa.

– W schowku jest butelka szampana – powiedział David.

Lucy otworzyła skrytkę i znalazła w niej butelkę oraz dwa kieliszki owinięte starannie w bibułkę. Szampan był jeszcze chłodny. Korek wystrzelił głośno i odleciał w noc. David palił papierosa, podczas gdy Lucy napełniała kieliszki.

– Spóźnimy się na kolację – powiedział.

– A jakie to ma znaczenie? – odparła, podając mu kieliszek.

Właściwie była już zbyt zmęczona, by pić. Zrobiła się senna. Miała wrażenie, że samochód jedzie okropnie szybko. Pozwoliła Davidowi wypić większość szampana. Zaczął pogwizdywać głośno St Louis Blues.

Jazda przez zaciemnioną Anglię była niesamowitym doświadczeniem. Dopiero teraz człowiek uświadamiał sobie, jak bardzo brakuje mu świateł, których wcześniej nawet nie dostrzegał: rozjaśnionych nimi werand i okien wiejskich domów, lamp na wieżach kościołów, szyldów i – przede wszystkim – tysięcy punktów rozświetlających widoczne daleko na horyzoncie miasto. Zniknęły także wszystkie podświetlone znaki i drogowskazy – usunięto je, by utrudnić zadanie niemieckim spadochroniarzom, których spodziewano się tutaj lada dzień. (Zaledwie kilka dni wcześniej w środkowej Anglii znaleziono kilka spadochronów, radiostacje i mapy; ponieważ jednak w pobliżu nie było żadnych śladów prowadzących do tego miejsca, uznano, że w rzeczywistości nikt tutaj nie wylądował i że była to jedynie kiepska prowokacja nazistów, która miała wywołać panikę wśród miejscowej ludności.) Poza tym David dobrze znał drogę do Londynu.

Wjeżdżali na długie zbocze. Lekki sportowy samochód bez trudu poradził sobie z tą przeszkodą. Lucy wpatrywała się spod półprzymkniętych powiek w ciemność. Zbocze po drugiej stronie wzgórza było strome i kręte. Lucy słyszała warkot silnika nadjeżdżającej ciężarówki.

Opony MG piszczały głośno, gdy David pokonywał w zawrotnym tempie kolejne zakręty.

– Jedziesz chyba trochę za szybko – zauważyła Lucy spokojnym tonem.

Tyłem auta zarzuciło na poboczu zakrętu w lewo. David zredukował bieg, by nie hamować i nie wpaść w poślizg. Blade światła przysłoniętych reflektorów wydobywały z mroku żywopłoty po obu stronach drogi. Na kolejnym, ostrym zakręcie, tym razem w prawo, David znów stracił panowanie nad tyłem auta. Wydawało się, że zakręt nie ma końca. Samochód przesunął się na bok i obrócił w miejscu o sto osiemdziesiąt stopni, jechał przez chwilę tyłem, a potem znów zaczął się obracać.

– David! – krzyknęła przeraźliwie Lucy.

Nagle zza chmur wyszedł księżyc i oboje zobaczyli ciężarówkę. Wspinała się na zbocze w żółwim tempie, wyrzucając z siebie kłęby dymu, które w blasku księżyca okrywały się srebrzystą poświatą. Lucy widziała twarz kierowcy, nawet jego czapkę i wąsy – a także usta otwarte w niemym okrzyku przerażenia, gdy naciskał z całych sił hamulec.

Ich samochód znów jechał do przodu. Mieli dość miejsca, by wyminąć ciężarówkę, gdyby tylko Davidowi udało się odzyskać panowanie nad autem. Obrócił gwałtownie kierownicą i dodał gazu. To był błąd.

Sportowy samochód uderzył z impetem w przód ciężarówki.

4

Cudzoziemcy mają szpiegów, Wielka Brytania ma Military Intelligence, czyli wywiad wojskowy. Ta nazwa to eufemizm, ale i tak skraca się ją jeszcze do enigmatycznego MI. W 1940 roku MI należało do struktur Ministerstwa Wojny. Rozrastało się wówczas jak perz – czemu trudno się dziwić – a poszczególne jego oddziały oznaczano różnymi numerami: MI9 organizowało trasy przerzutowe dla jeńców wojennych uciekających z obozów na terenie okupowanej Europy; MI8 kontrolowało łączność radiową wroga, a jego działalność warta była więcej niż siła bojowa sześciu pułków; MI6 wysyłało agentów do Francji.