Idź swoją drogą. Poradnik życia głębokiego - Paweł Kowalski SJ - ebook

Idź swoją drogą. Poradnik życia głębokiego ebook

Paweł Kowalski SJ

0,0

Opis

Trwaj w bliskości z Bogiem

Chcesz poczuć, że Bóg jest przy tobie w każdej chwili, nie tylko na modlitwie, ale także w pracy, w domu czy podczas wykonywania codziennych obowiązków? Święty Ignacy Loyola odkrył, że to możliwe. Tak narodziła się duchowość określana jako „kontemplacja w działaniu”, czyli umiejętność dostrzegania Boga w tym, co zwyczajne i prozaiczne, bliskie każdemu z nas.

Paweł Kowalski SJ w niezwykle osobisty sposób pokazuje, czym jest ta duchowa praktyka. Uczy, jak w znużeniu rutyną odkrywać Bożą obecność, odnajdywać sens w codzienności i czerpać siłę do stawiania czoła życiowym wyzwaniom.

Jeśli tęsknisz za wiernością, to chcę ci opowiedzieć o Bogu, który nie rozczarowuje się tobą, dlatego że bywają w twoim życiu momenty zdrady. O Bogu, który trudzi się, żeby ocalić w tobie to, co najpiękniejsze i najlepsze. O Bogu, który jako jedyny dostrzega twoją prawdziwą głębię, twoje prawdziwe piękno. O Bogu, który właśnie przebaczając, okazuje miłość i wierność.

To zaproszenie, by twoje życie stało się miejscem, w którym Bóg jest naprawdę obecny – tu i teraz.

 

**

Paweł Kowalski – jezuita, rekolekcjonista i kierownik duchowy, duszpasterz grup akademickich i charyzmatycznych. Absolwent filozofii na Uniwersytecie Ignatianum w Krakowie i teologii na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Fascynat pielgrzymek i wędrówek górskich. Obecnie aktywnie działa na Instagramie, TikToku i YouTubie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 198

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



PAWEŁ KOWALSKI SJ

IDŹ SWOJĄ DROGĄ

PORADNIK ŻYCIA GŁĘBOKIEGO

Wydawnictwo WAM

Wstęp

Chcesz mieć świadomość bliskości Boga – być przekonanym, że Bóg jest blisko ciebie i to nie tylko wtedy, kiedy się modlisz, ale nieustannie, obojętnie, czym się zajmujesz? Jeżeli tak, to dobrze trafiłeś. W jezuickiej duchowości taki stan nosi nazwę „kontemplacji w działaniu”. Po raz pierwszy spotkałem się z tym zwrotem, gdy byłem w nowicjacie, a więc w okresie intensywnego poznawania duchowości założyciela mojego zakonu, św. Ignacego Loyoli. Z zapałem czytaliśmy wtedy jezuickie klasyki: książki, które wprowadzały nas w świat tej tradycji duchowej. Rozmawialiśmy o Konstytucjach naszego zakonu, w których Ignacy opisywał między innymi, jaki powinien być idealny generał: „Wśród różnych darów, których życzyć sobie trzeba u Przełożonego Generalnego, pierwszym będzie to, żeby był jak najbardziej zjednoczony i zżyty z Bogiem i Panem naszym zarówno w modlitwie, jak i we wszystkich czynnościach”1. Autor tych słów musiał być w niemałym stopniu zaskoczony, gdy w pierwszych wyborach na generała zakonu uzyskał większość głosów i okazało się, że ma dawać przykład realizowania kontemplacji w działaniu. Zgodnie z zacytowanym punktem Konstytucji jest ona stanem ducha, który polega na tym, że człowiek jest „zżyty z Bogiem i Panem naszym”, ale nie tylko w czasie przeznaczonym na modlitwę. Ta świadomość Jego bliskości nie opuszcza człowieka również podczas podejmowania codziennych aktywności. Innymi słowy, obojętnie, czy w danym momencie idziesz do pracy, czy robisz zakupy w sklepie lub spotykasz się z przyjaciółmi, wszystko staje się modlitwą.

Ignacy nigdy nie użył pojęcia „kontemplacja w działaniu”. Po raz pierwszy pojawia się ono w pismach o. Hieronima Nadala, który znał osobiście świętego założyciela zakonu i próbował opisać najważniejsze elementy jego duchowości. Zażyłość z Bogiem nie była dla Ignacego doświadczeniem, które towarzyszyło mu od narodzin, ale efektem duchowego dojrzewania, dostępnego dla każdego człowieka. Loyola bardzo szybko odkrył, że może do podobnej wędrówki zaprosić również innych, a jej trasę opisał w Ćwiczeniach duchowych. Do dziś można wyruszyć na ten duchowy szlak, jeśli pojedzie się na rekolekcje w milczeniu do któregoś z jezuickich domów rekolekcyjnych.

Niniejsza książka, składająca się z dwóch części, ma na celu nauczyć cię trwania w zażyłości z Bogiem. Pierwsza część podchodzi do tematu od strony praktycznej: proponuje rozważania i modlitwy, które mogą pomóc ci odkryć bliskość Zbawiciela. Jestem przekonany, że dobrze zrobisz, jeśli nie będziesz się śpieszyć podczas jej lektury; pewnie nie raz warto będzie się zatrzymać i przemyśleć to, co przeczytałeś. Tutaj najważniejszy jest proces, który odbywa się w twoim wnętrzu, a nie „zaliczanie” kolejnych stron. Druga część ujmuje temat bardziej teoretycznie. Mówi o dbaniu o relację z Bogiem przez osobistą modlitwę. Obie mówią o tym, jak to jest, kiedy człowiek jest „zżyty z ­Bogiem i Panem naszym”.

Modlić się i działać

Z duchowością Ignacego kojarzonych jest wiele sentencji. Jedną z najbardziej popularnych jest ta, którą można streścić jako: „Tak ufaj Bogu, jakby wszystko zależało od Niego, ale tak pracuj, jakby wszystko zależało od ciebie”. Takie podejście wydaje się bardzo logiczne: chodzi przecież o to, żeby, z jednej strony, w naszej hierarchii wartości postawić Boga na pierwszym miejscu, a z drugiej – żeby nasze zaangażowanie w życie było zdecydowanie większe, niż przeciętnie bywa. Trzeba jednak jasno powiedzieć, że nie mamy świadectw, jakoby Ignacy kiedykolwiek użył tak brzmiącego zdania. Pewne ślady tej myśli można odszukać w rozmowie Loyoli z innym jezuitą, Pedro Ribadeneirą, z 1555. Wtedy to okazało się, że pewna misja jezuitów spaliła na panewce. Ignacy miał wyznać, że nosi w sobie duchowe przekonanie, zgodnie z którym powinno się używać wszystkich godnych środków ludzkich, które ma się do dyspozycji, jednocześnie ufając Bogu, a nie tymże środkom. Ribadeneira pisze: „W rzeczach, które podejmował w służbie Naszego Pana, wykorzystywał wszystkie ludzkie środki, aby odnieść sukces, z całą możliwą starannością i skutecznością, jak gdyby ich sukces [tych rzeczy – przyp. tłum] zależał od tych samych środków; w ten sam sposób ufał Bogu i oddał się Bożej Opatrzności, jak gdyby wszystkie inne ludzkie środki, których używał, były bezskuteczne”2.

Ignacy miał zatem mówić nie tyle o pracy, ile o wykorzystywaniu do niej godnych środków. Ignacjańska maksyma o relacji pracy i zaufania została zapisana już po śmierci Loyoli przez badacza jego duchowości, węgierskiego jezuitę o. Gábora Hevenesiego: „Tak Bogu ufaj, jakby całe powodzenie spraw zależało od ciebie, a nie od Boga; tak jednak dokładaj wszelkich starań, jakby sam Bóg miał wszystko zdziałać, a ty nic zgoła”3. Na pierwszy rzut oka widzimy, że nie chodzi w niej o zaangażowanie i zaufanie Bogu na sto procent.

W tym miejscu pozwolę sobie jednak na słowo komentarza, ponieważ mamy tu do czynienia z dwoma ważnymi spostrzeżeniami. Pierwsze mówi, że nasze zaufanie Bogu winno być równe temu, które pokładamy w naszych czynach. Drugie, że każde nasze zaangażowanie powinno być zakorzenione w całkowitym zaufaniu Bogu.

Kiedy uderzam młotkiem w gwóźdź, wiem, że jeżeli dobrze wyceluję, to gwóźdź wbije się w deskę. Mogę zatem ufać własnym działaniom. W duchowości Ignacego chodzi o podobnie silną wiarę w sprawczość Boga. Trzeba przyznać, że to bardzo wysoki próg zaufania! Kiedyś byłem na kolędzie u starszego mieszkańca naszej parafii. Już od progu z uśmiechem zapytałem, o co możemy się wspólnie pomodlić. W odpowiedzi usłyszałem: „Proszę ojca, ja od Pana Boga nic nie chcę, bo jak sam sobie nie zrobię, to nie będę mieć. Ja chcę od Niego tylko zdrowie, resztę sobie załatwię sam”. Pamiętam, jak te słowa wtedy mną wstrząsnęły. To postawa dokładnie przeciwna tej opisanej u Ignacego. Mój ówczesny gospodarz potrzebował Boga jedynie do tego, czego sam nie był w stanie zrobić, a ponieważ doświadczał już słabości wynikającej z wieku, dlatego prosił o zdrowie. Był jednak przekonany, że tak naprawdę Bóg albo nie jest na tyle potężny, by mógł ingerować w jego życie, albo nie jest nim zainteresowany. Dla Loyoli tymczasem ważna była wiara w Boże oddziaływanie na całe życie człowieka, nie tylko na te jego elementy, których on nie potrafi sam sobie zapewnić i o nie zadbać.

W maksymie ignacjańskiej chodzi również o to, by na początku naszego działania było zawsze rozeznawanie woli Bożej. Mam nieodparte wrażenie, że dużo częściej można spotkać ludzi, którzy wpadają na jakiś pomysł, a potem modlitwami próbują przekonać Boga, aby był im przychylny w realizacji tej idei. Według Ignacego u początku działań nie powinna być wyłącznie ludzka pomysłowość czy innowacyjność, ale przede wszystkim powinno nastąpić złączenie ducha z Bogiem. Chodzi o to, żeby nasza wola była ukierunkowana na to samo, czego On od nas chce, o zespolenie pragnienia ludzkiego z tym Bożym. Tak o tym pisał Ignacy w Konstytucjach, w punkcie, który wyżej cytowałem: „Żeby [generał] był jak najbardziej zjednoczony i zżyty z Bogiem i Panem naszym zarówno w modlitwie, jak i we wszystkich czynnościach”. Człowiek, którego wola jest złączona z Bożą wolą, chce tego, czego chce od niego Bóg. Nie dlatego, że boi się kary za nieposłuszeństwo albo że zasługuje w ten sposób na Jego przychylność. Jedność serca Bożego z ludzkim realizuje się na poziomie wewnętrznych inspiracji, które z kolei wyznaczają kolejne etapy naszych działań.

Według Ignacego Loyoli człowiek modlitwy i działania to ktoś, kogo życie wiary jest przeżywane w głębi jego serca. Tam nieustannie rozeznaje wolę Bożą, a potem zgodnie z tym rozeznaniem podejmuje działania. Zaprzęga do tego wszystkie swoje talenty, ufając, że Zbawiciel będzie prowadzić jego dzieła i nie zostawi go na pastwę burz i trudności, choćby były najbardziej przerażające.

Jak usłyszeć głos Boga?

Przyznam, że bardzo lubię czytać dzieła Ignacego, głównie dlatego, że w bardzo syntetyczny sposób wyrażał skomplikowane myśli. Na początku Ćwiczeń duchowych tak określił cel publikacji: „Ćwiczeniami duchownymi nazywa się wszelkie sposoby przygotowania i usposobienia duszy do usunięcia wszystkich uczuć nieuporządkowanych, a po ich usunięciu – do szukania i znalezienia woli Bożej w takim uporządkowaniu swego życia, żeby służyło dla dobra i zbawienia duszy”4 (ĆD 1).

Spróbuję powiedzieć to samo, choć innymi słowami. Niejednokrotnie, gdy człowiek wyrusza w drogę poznawania włas­nego wnętrza, łatwo może się pogubić, bo napotyka wiele pragnień, pomysłów, pożądań, lęków i zranień. Wszystkie one w jakiś sposób próbują wpłynąć na jego działanie: jedne będą motywować go do ucieczki, inne inspirować do zmiany kierunku i sposobu życia, jeszcze inne – popychać do poszukiwania poczucia bezpieczeństwa i nakłaniać do znalezienia sposobu ich zaspokojenia. To samo widział Ignacy, gdy patrzył w swoje serce. Dostrzegł wtedy, że aby odnaleźć drogę w obecnym w sercu gąszczu impulsów, potrzebujemy rozeznania, a co za tym idzie – uporządkowania naszych wewnętrznych przywiązań, które pomoże nam podejmować dobre decyzje.

Posłużę się przykładem kobiety, która myśli o zmianie pracy. W korporacji, gdzie obecnie jest zatrudniona, bardzo jej doskwiera nieludzka konkurencja między pracownikami. Ponadto od długiego już czasu widzi, że się nie rozwija. Na to nakłada się poczucie, że robi coś, co nie daje jej szczęścia, bo od wielu lat marzy o zupełnie innym zawodzie. Jednocześ­nie myśl o zwolnieniu się i rozpoczęciu nowego rozdziału prowokuje ogromny lęk. „Nie wiem, czy sobie poradzę, przecież moi rodzice zawsze mi mówili, że nic sensownego nie zrobię w życiu” – powtarza sobie. Ignacy w takiej sytuacji zaleciłby naszej bohaterce, aby najpierw ponazywała różne typy myśli, które pojawiają się w jej sercu, a potem spróbowała odnaleźć wśród nich te, w których słyszy głos Zbawiciela, stanowiące Boże zaproszenie do działania.

I tu rodzi się pytanie: jak rozpoznać głos Jezusa? Gdy człowiek patrzy w głąb siebie i odnajduje tam pragnienie pochodzące od Boga, wówczas ma poczucie, że bez problemu udźwignie to wezwanie. Patrząc w przyszłość, czuje nadzieję, nawet jeśli równocześnie widzi związane z tym wyborem trudności. Ma poczucie, że Bóg jak dobry pasterz będzie wyznaczać mu bezpieczną, choć niekiedy krętą drogę. Innymi słowy Zbawiciel nie posługuje się strachem ani nie wprowadza do duszy zamętu. Wprost przeciwnie: zapewnia o swojej opiece i prowadzeniu, inspiruje do coraz głębszego zaangażowania.

Wróćmy do przywołanego przykładu: Bóg nie będzie jej utwierdzać w tym, że jej życie jest bez znaczenia i że nic w nim nie osiągnie. Nie będzie też poniżać naszej bohaterki, wytykając popełnione przez nią błędy. Jego Duch prowadzi do głębszego poznania siebie samego, do coraz piękniejszej służby drugiemu człowiekowi. Jeżeli więc myśl o nowej pracy przynosi tej kobiecie duchowe ożywienie, które pojawia się za każdym razem, kiedy ta myśl wraca, i jest trwałe, wówczas można przypuszczać, że jest to droga, na którą zaprasza ją Bóg. Zmartwienia, lęk o opinię rodziców czy o brak potrzebnych talentów na pewno od Boga nie pochodzą. Wystarczy, że będzie dążyła do coraz większego wewnętrznego uporządkowania, rozeznawała wolę Zbawiciela, a potem działała na chwałę Bożą. Tak odnajdzie odpowiedź na swoje dylematy i jednocześnie stanie się człowiekiem ­kontemplacji.

Uporządkowanie wewnętrzne

Rozmawiałem kiedyś z młodym chłopakiem o tym, dlaczego nie chce wziąć ślubu ze swoją partnerką, choć mieszkali razem już kilka lat. „Proszę ojca, ja jestem jeszcze młody, ja nie chcę się wiązać, ja chcę używać życia!” – tłumaczył. Widziałem przed sobą wysportowanego chłopaka, który co chwila zmieniał pracę, a kiedy tylko coś zarobił, od razu, razem z dziewczyną, ruszał w podróż. Słuchając go, nie miałem jednak poczucia, że w jego życiu panuje jakiś porządek, dostrzegłem, że brakuje tam poczucia bezpieczeństwa. Wyglądał raczej na człowieka łasego na doświadczenia, najlepiej ekstremalne. Pomyślałem wtedy, że on bardzo potrzebuje rekolekcji ignacjańskich. Poleciłem więc je, mówiąc, że służą temu, by „usposobić własną duszę do usunięcia wszystkich uczuć nieuporządkowanych” (ĆD 1). On mówił, że pragnie wolności, ale w istocie był bardzo przywiązany do braku poczucia przywiązania, które mylnie zinterpretował jako wolność. Ucieczka od zobowiązań wbrew pozorom jest trudna, bo trzeba na nią poświęcać wiele sił i zaangażowania. Czas pokazał, że jego plan na życie nie prowadził do sukcesu. Wiele lat po naszej rozmowie usłyszałem, że od miesięcy jest bezrobotny, spędza całe dnie na graniu w gry komputerowe, a utrzymuje go partnerka, matka jego dziecka. Mam wrażenie, że alergicznie uciekając od zobowiązań, w istocie zmarnotrawił istotną część młodzieńczej energii.

Tymczasem, jak wspomina Ignacy, człowiek wewnętrznie uporządkowany nie tyle jest wolny od przywiązań, ile potrafi zbudować ich adekwatną hierarchię. Dlatego jeden ze sposobów na wprowadzenie wewnętrznego ładu to zadanie sobie pytania o własną hierarchię wartości. Wyobraźmy sobie rodzinę, która jest w stanie zaspokoić wszystkie własne codzienne potrzeby. W pewnym momencie małżonkowie podejmują decyzję, że jedno z nich pójdzie do lepiej płatnej pracy, żeby mogli sobie pozwolić na wyższy standard życia. Po paru latach stać ich na to, by co roku pojechać na zagraniczne wakacje, każde jeździ własnym samochodem, a ich kot ma zamówioną specjalną dietę pudełkową. Okazuje się jednak, że to wszystko ma swoją cenę. Tym, co ucierpiało, jest ich relacja: zajęci karierą, coraz rzadziej rozmawiają, a nawet się widują. W pewnym momencie dochodzi do bolesnej wymiany zdań: „Może powinniśmy więcej czasu spędzać razem?” – pada z ust jednej osoby, na to druga stwierdza: „Ale wtedy nie będzie nas stać na poziom życia, do którego się przyzwyczailiśmy”. Pojawiło się napięcie między dwiema wartościami: komfortem i jednością małżonków. Oba te elementy są ważne, ale czy komfort jest istotniejszy od bliskości? Czasami można wpaść w pułapkę myślenia, że w życiu wszystko jest równie ważne. Tymczasem porządkowanie życia polega na hierarchizacji jego elementów, stwierdzeniu, że coś jest mniej, a coś bardziej istotne. Jeżeli wspomniane małżeństwo chce dalej budować swoją jedność, musi sobie jasno powiedzieć, że praca i wynikający z niej komfort życia są mniej istotne od jakości ich relacji.

Sięgnę po kolejny przykład. Wielokrotnie rozmawiałem z małżeństwami, których problem polegał na tym, że gdy pojawiło się dziecko, współmałżonek odszedł na dalszy plan. Zwykle tłumaczenie brzmiało: „Przecież dziecko jest najważniejsze”. Trudno dyskutować z tym, że maluchy są skarbem rodziców. Trzeba jednak też pamiętać, że fundamentem najlepszego środowiska do rozwoju dzieci jest wzajemna miłość rodziców. Jeżeli więc ich obopólna dbałość o bycie blisko będzie w hierarchii wyżej niż opieka nad potomkami, mają największe szanse, by odnieść sukces jako wychowawcy. Nie ma tu oczywiście mowy o zaniedbywaniu opieki nad dzieckiem. Gdyby tak było, wówczas rodzicielstwo nie stanowiłoby dla małżonków żadnej wartości, a więc i budowanie wzajemnej bliskości traciłoby na znaczeniu.

Podobnie jest z pracą. Gdy człowiek cierpi na brak poczucia sensu, wówczas z łatwością osuwa się w pracoholizm: sukcesy zawodowe, awanse, dobra pensja – wszystko to będzie mu sprawiać wiele radości, karmiąc jego potrzebę sprawczości. Cierpieć może jednak w takiej sytuacji rodzina lub związek. Tymczasem praca ma podtrzymywać życie, a nie na odwrót. Zarobkowanie nie może być ważniejsze od wychowania dziecka ani od budowania jedności małżeńskiej.

Jak szukać i znaleźć wolę Bożą

Jeśli chcemy szukać woli Boga, trzeba nam zacząć od tego, co dla Ignacego było oczywiste: naszym powołaniem nie jest ciągłe poszukiwanie woli Bożej, ale jej znajdowanie. Innymi słowy chodzi o to, żebyś był w stanie powiedzieć, do czego konkretnie Bóg cię zaprasza w momencie życia, w którym jesteś. Zdaję sobie sprawę, że ten temat jest bardzo drażliwy, bo niejednokrotnie można spotkać ludzi, którzy pod pretekstem pomocy w rozeznawaniu w istocie będą przejmować kontrolę nad czyimś funkcjonowaniem.

Czasami zdarza się i tak, że jakaś osoba doświadcza tak wielkiego zamieszania w swoim wnętrzu, że pragnie, aby ktoś jasno i konkretnie wyłożył jej, co jest wolą Bożą. Przywodzi mi to na myśl rozmowę z pewną starszą kobietą. Spotkaliśmy się w zakonnej rozmównicy, stanowiącej bezpieczną przestrzeń, w której ludzie mogą odbywać spowiedzi i rozmawiać z kierownikiem duchowym. Podczas tamtego spotkania zapłakana rozmówczyni opowiadała mi o kłótni z przyjaciółką z pracy. Po dłuższym czasie zadałem jej pytanie: „Bogusiu, powiedz mi, jak ja mogę ci pomóc? Czego oczekujesz ode mnie?”. Słuchając bowiem o jej złości, rozczarowaniu, obrażeniu się, a nawet planach zemsty, nie miałem jasności co do mojej roli w tej sytuacji. „Jesteś moim ojcem duchowym, to powiedz mi, co mam robić!” – odpowiedziała. Na takie wezwanie zareagowałem w jedyny właściwy sposób: „Bogusiu, ja ci nie powiem, jak masz żyć. Nie wymagaj też ode mnie, żebym ci dawał takie polecenia. Mogę ci dać jedynie wsparcie i wskazówki, żebyś sama rozeznała, do czego Bóg cię zaprasza”.

Każdy z nas jest powołany do osobistej relacji z Nim, a co za tym idzie, do rozpoznawania Jego głosu we własnym życiu. Wspomniałem wcześniej, że pierwszym elementem tego procesu jest uporządkowanie własnego serca przez zweryfikowanie swojej hierarchii wartości. Drugi krok to umiejętność odczytywania Bożych zaproszeń, czyli rozeznawanie Jego woli. To nie przekracza ludzkich zdolności, choć samo określenie tej aktywności może brzmieć bardzo tajemniczo. Dla Ignacego było jasne, że każdy człowiek ma kontakt z Bogiem, a rozeznanie odbywa się dzięki temu, że patrząc w swoje wnętrze, człowiek rozpoznaje głos Zbawiciela. Całkiem niedawno jeden ze studentów z mojego duszpasterstwa z wypiekami na policzkach dzielił się ze mną duchowym doświadczeniem: „Proszę ojca, chyba usłyszałem Pana Boga!”. Kłócił się z kolegą i w pewnym momencie przyszła mu do głowy myśl, żeby odpuścić. Mimo że patrząc powierzchownie, można było uznać, że przegrał, to wewnętrznie czuł się pewny decyzji i wolny. Było to dla niego nowe doświadczenie. Po raz pierwszy uświadomił sobie, że jest wewnętrznie połączony z Bogiem i że On faktycznie może go do czegoś zainspirować. Gdy podjął współpracę z Jego natchnieniami, zyskał spokój.

Ad Maiorem Dei Gloriam

Gdybyśmy przeglądali korespondencję Ignacego, mogłoby nas uderzyć to, że każdy list kończy się łacińską formułą Ad Maiorem Dei Gloriam – „na większą Bożą chwałę”. Łatwo się więc domyślić, że jest to fundamentalna intencja Loyoli, kierująca wszystkimi jego działaniami. Nie przez przypadek cytowany wcześniej fragment Ćwiczeń duchowych kończy się słowami: „żeby służyło dla dobra i zbawienia duszy” (ĆD 1). Nie chodzi tu jednak o zasługiwanie na zbawienie. Dla Loyoli było jasne, że Boża chwała urzeczywistnia się dzięki temu, że współpracujemy z Bożą łaską.

Ignacy, instruując, jak należy się modlić, pisał, że na początku należy prosić Boga o konkretną łaskę, mianowicie „aby wszystkie moje zamiary, decyzje i czyny były skierowane w sposób czysty do służby i chwały jego Boskiego Majestatu” (ĆD 46). Tym samym efektem działania człowieka zjednoczonego z Bogiem powinno być szerzenie się Bożej chwały. Oznacza to, że mamy patrzeć na nasze zamiary, decyzje i czyny (por. ĆD 46) przez pryzmat Bożej woli, która pozwala odróżnić natchnienia pochodzące od Boga od tych, które pochodzą od nas samych, i od tych, które są w nas efektem działania grzechu i zła. Szukając Bożej chwały i podejmując decyzje z taką motywacją, człowiek będzie rozpoczynał od przywołania podstawowej intencji każdego wierzącego: żeby wszystkie swoje pragnienia zakorzeniać w miłości i do miłości prowadzić.

Zdaję sobie sprawę, że ten język może brzmieć enigmatycznie, sięgnijmy więc po przykład. Załóżmy, że podczas adoracji lub innego momentu skupienia ktoś konfrontuje się z jakimś zranieniem z przeszłości. Dajmy na to, że zostało mu zadane przez rodziców. W konsekwencji odczuwa ogromną chęć zemsty, odegrania się na krzywdzicielach. Czy pójście za takimi inspiracjami będzie wiązało się z rozszerzaniem się Bożej chwały? Śmiem wątpić. Oczywiście, te pragnienia są psychologicznie zrozumiałe i nie chodzi o to, żeby je w sobie zdusić, ale warto podjąć próbę poszukania w nich czegoś głębszego. Może się przecież okazać, że pod chęcią zemsty kryje się tak naprawdę potrzeba zamanifestowania rodzicom prawdy o swojej historii, wyznaczenia granic lub szukania sprawiedliwości oraz pojednania. Każde z tych głębszych pragnień można realizować na Boży sposób, o który warto Go pytać. Jeżeli pójdziemy za Jego natchnieniami, to możemy być pewni, że nasze postępowanie będzie ad maiorem Dei gloriam, będzie bowiem korespondowało z tym, co w naszym wnętrzu powie nam i dokąd przez to poprowadzi nas Duch Święty. Ostatnim elementem będzie oddanie chwały Bogu, a więc modlitewne skierowanie myśli w stronę Tego, od którego pochodzi wszelkie dobro.

Człowiek zdolny do kontemplacji w działaniu jest w stanie spojrzeć na swoje pragnienia oczami Boga, czyli szukać takiej drogi działania, na której zdoła realizować Jego wolę. W ten sposób będzie postępować w zgodzie z własnym wnętrzem, odnajdując w nim Boże inspiracje. Realizując je, odda Mu chwałę. Będzie też mieć świadomość, że początek jego działań, ich przebieg i koniec de facto pochodzą od Boga. Pójście za Jego wolą powoduje zaś, że świat coraz bardziej wypełnia się Jego chwałą.

Często bywa tak, że ludzie dokonują pięknych rzeczy, są jednak motywowani do działania w sposób nieuporządkowany. Rozmawiałem kiedyś z inwestorem prowadzącym wiele interesów w Polsce i za granicą. Opowiadał o swoich przedsiębiorstwach, o wielkich projektach i o tym, jak głęboko jest wierzący. Ja jednak z każdym jego słowem miałem coraz silniejsze wrażenie, że jego zaangażowanie w Kościół, liczne przyjaźnie z biskupami i księżmi w istocie mają mu jedynie zapewnić sukces zawodowy. Traktował je jako kolejną inwestycję. Myślę, że takie życie jest bardzo męczące. Wymaga bowiem nieustannej uważności i ciągłego inwestowania w „Boże obligacje” z założeniem, że przyniesie to finansowe korzyści.

Kiedy poszukujemy w sercu Bożych pragnień, kiedy oddajemy chwałę Bogu, wówczas mamy poczucie wolności. Wtedy bowiem tak naprawdę żyjemy w zgodzie z najgłębszymi naszymi pragnieniami. Jesteśmy dalecy od łamania własnego sumienia czy przemocowego traktowania siebie.

CZĘŚĆ PIERWSZAOD MIŁOŚCI PRZEZ ŚMIERĆ DO ZMARTWYCHWSTANIA

1 Doświadczyć miłości stwórczej

Jednym z najbardziej poruszających momentów życia była dla mnie medytacja nad zwiastowaniem przeprowadzona według wskazówek św. Ignacego. Założyciel Towarzystwa Jezusowego zachęcał w nich, by wyobrazić sobie, jak Bóg w Trójcy Świętej spogląda na świat pogrążony w chaosie i grzechu i widząc, że ludzkość zmierza ku zatraceniu, podejmuje decyzję: Syn Boży stanie się człowiekiem. Trzeba nadmienić, że teologia dzisiaj patrzy na ten moment w historii inaczej niż w czasach Loyoli. Przez wiele wieków teologowie katoliccy mieli przeświadczenie, że głównym celem wcielenia było uzdrowienie ludzkości z grzechu, który dźwiga od wydarzeń w Edenie. Dziś nasze spojrzenie jest dużo szersze. Czy bowiem na pewno grzech może być jedyną motywacją, żeby Bóg miał dokonywać aż tak radykalnego kroku? Przychylamy się raczej do stwierdzenia, że celem całego dzieła stworzenia było to, by Syn Boży stał się człowiekiem, aby człowieka „uczynić uczestnikiem swego szczęśliwego życia” (KKK 1).

Nie przekreślajmy jednak intuicji Ignacego. Oto patrzymy na Boga, dla którego nie jest tajemnicą to, co się dzieje na ziemi. On sam widzi światowe potęgi polityczne, ruchy wojenne mocarstw, wszystkie choroby i tragedie. Żaden wielki, ale i żaden mały prywatny dramat nie uchodzi Jego uwadze. Co więcej, On nie pozostaje wyłącznie obserwatorem stworzenia, ale staje się jego częścią. Posyła więc archanioła Gabriela do małego domku na skraju żydowskiego świata, aby tam zaprosił do współpracy młodą dziewczynę o imieniu Maria.

Wynika z tego ważne przesłanie, które uderzyło mnie, gdy odprawiałem swoje rekolekcje w milczeniu: Bóg widzi nasze cierpienia, każdą strukturę zła, w którą jesteśmy uwikłani. Zna każde nasze zranienie, cierpienie i każdy grzech. Mimo że zły duch może próbować budować w nas obraz Boga zimnego, nieobecnego i osądzającego, któremu każdy nasz ból jest obcy, to jednak zwiastowanie neguje takie podejście. Nie jesteśmy sami. Bóg, stwarzając nas, dobrze wiedział, jak będzie przebiegać nasza droga zmagań ze złem. Nie czuje więc ani rozczarowania, ani gniewu, patrząc na nasz grzech i słabość. Co więcej, sam podejmuje działanie i włącza się w ludzkie sprawy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Przypisy

1 Konstytucje Towarzystwa Jezusowego oraz Normy Uzupełniające, Krakow 2006, pkt 723.
2 S. Bongiovanni, La sfida ignaziana. Un commento alla Sentenza di Hevenesi, „Rassegna di Teologia” 57 (2016), s. 454 (tłum. własne).
3 Na podstawie: I. Loyola, Pisma wybrane. Komentarze, t. 1, oprac. M. Bednarz SJ, Kraków 1968, s. 587–592.
4 I. Loyola, Ćwiczenia duchowe, Kraków 2002.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Wstęp

CZĘŚĆ PIERWSZA: OD MIŁOŚCI PRZEZ ŚMIERĆ DO ZMARTWYCHWSTANIA

1. Doświadczyć miłości stwórczej

Przypisy

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

© Wydawnictwo WAM, 2026

Opieka redakcyjna: Kama Hawryszków

Redakcja: Elżbieta Wiater

Korekta: Klaudia Bień, Katarzyna Onderka

Projekt okładki: Studio Poziomka Emilia Piechowicz

Skład i opracowanie graficzne: Lucyna Sterczewska

ISBN 978-83-277-4973-4

IMPRIMI POTEST

o. Zbigniew Leczkowski SJ

Przełożony Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej TJ,

Warszawa, 31 grudnia 2025 r., l.dz. 2025/11/NO/P/

WYDAWNICTWO WAM

ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków

tel. 12 62 93 200

e-mail: [email protected]

DZIAŁ HANDLOWY

tel. 12 62 93 254-255

e-mail: [email protected]

KSIĘGARNIA WYSYŁKOWA

tel. 12 62 93 260

www.wydawnictwowam.pl

Opracowanie ebooka: Katarzyna Błaszczyk