Helena, Halina, Hala. Oblicza powstania - Paweł Brol - ebook
NOWOŚĆ

Helena, Halina, Hala. Oblicza powstania ebook

Brol Paweł

5,0

Opis

Warszawa płonie, a białe opatrunki przesiąkają czerwienią. Sanitariuszka Helena Sobiecka robi, co może, żeby ograniczyć żniwo śmierci. To jej osobista wojna, która nie zaczęła się wraz z wybuchem powstania. I nie zakończy się, dopóki kobieta nie odzyska tego, z czego została ograbiona przed laty. Najpierw musi jednak przeżyć i nie utracić wiary w sens walki. Walki, która zmusza do stawiania sobie wielu trudnych pytań.
Historia inspirowana wspomnieniami Heleny Kamerskiej (ps. Halina, Hala), sanitariuszki Armii Krajowej, uczestniczki Powstania Warszawskiego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 337

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
elena1122
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna, wielowymiarowa książka. Aż trudno uwierzyć, że jedna osoba może doświadczyć tak wiele, a z tego co doczytałam tytułowa Helena wciąż żyje i niedawno obchodziła 101 urodziny. Dobry balans między wartką akcją, emocjami bohaterów i ciekawie zobrazowaną wojenną stolicą.
10



RedakcjaBarbara Kaszubowska

WspółpracaRobert Ratajczak

KorektaMonika Ratajczak

Projekt okładki, skład i łamanieNatalia Jargieło

Konsultacja historycznadr Mirosław CzadoHelena Kamerska

Autor zdjęćPaweł Szpala

© Copyright by Paweł Brol© Copyright by Wydawnictwo Vectra

Przygotowanie wydania e-bookArtur Kaczor, KompART

Wydanie I

ISBN e-book 978-83-68293-67-8(wydanie elektroniczne e-book)

ISBN 978-83-68293-63-0(wydanie papierowe)

WydawcaWydawnictwo VectraCzerwionka-Leszczyny 2026www.arw-vectra.pl

Helenie Kamerskiej (Sobieckiej) i wszystkim, którzy nie są obojętni

Prolog

– Agatko, byłaś wspaniała!

Helena lubiła, jak mama zwracała się do niej drugim imieniem. Zresztą, wszyscy w rodzinie tak ją nazywali, chyba że coś przeskrobała. Wtedy Agatkę zastępowała poważna Helena – którą wkrótce miała się stać. Zbyt wcześnie i zbyt młodo.

Nie było jednak wiele okazji, by rezygnować z pieszczotliwego zawołania. A już na pewno nie tego dnia, kiedy całą rodziną wracali z akademii szkolnej.

– Pani Natalia pozwoliła mi nawet zaśpiewać i zatańczyć Tango milonga! – ekscytowała się Helena.

– Z Petersburskiego wolę utwór To ostatnia niedziela – wtrącił tata i natychmiast dostał kuksańca od mamy.

– Przestań, Andrzej. To piosenka dla dorosłych.

– Niech się nasza Agatka uczy życia. Jej głos doskonale by współbrzmiał z barytonem Mieczysława Fogga.

Helena zrobiła kilka kroków tanga, z miejskiego chodnika na Woli tworząc estradę. Miała głowę pełną muzyki i marzeń, których nie był w stanie zagłuszyć hałas robotniczej dzielnicy. Wizja przyszłości urastała do kształtu modlitwy lecącej do niebios podobnie jak dym z kominów okolicznych fabryk.

– Wiecie co? – Mama spojrzała na wszystkich zalotnie. Niewielki pukiel czarnych włosów opadł jej na czoło. – Zróbmy sobie dzisiaj święto melodii. Pojedźmy do ciotki na Marymont. Tam na pewno znajdą się chętni na koncertowanie.

Natychmiast podniosła się wesoła wrzawa głosów pełnych aprobaty. Stefan nawet zaimprowizował taniec, wprawiając kilku przechodniów w osłupienie.

– Szybko, bo tramwaj robi już pętlę! – popędzała mama. – Urządzimy sobie przejażdżkę, a potem poszukamy autobusu.

– Bylebym zdążył wieczorem do teatru – powiedział tata, niezbyt chętnie zajmując miejsce.

– Pójdziesz, gdzie dusza zapragnie. Ja mam nocny dyżur w szpitalu – odparła mama.

Tego dnia nad Warszawą nie było ani jednej chmury. Jeśli ktoś bujał w obłokach, to tylko Stasia, starsza siostra Heleny, która ewidentnie zadurzyła się w jakimś kawalerze i nie chciała rodzeństwu zdradzić, kim on jest. Siedziała przy oknie z uśmiechem na ustach, wpatrzona gdzieś nieobecnym spojrzeniem. Helena nie rozumiała, czemu tyle czasu zajmują ją myśli o chłopaku, skoro świat ma do zaoferowania tak wiele ciekawych rzeczy.

– Pilnuj mi tylko Tadzia, żeby się nie zgubił – poprosiła mama, kiedy przesiadali się z tramwaju na autobus.

Dziewięcioletni Tadeusz był oczkiem w głowie rodziny, a szczególnie Heleny. Urodzony jeszcze w poprzednim mieszkaniu na Bema, kiedy siostra miała pięć lat. Powiedziano jej, że dzieci przynosi bocian, więc gdy usłyszała płacz nowo narodzonego braciszka, dobiegający zza ściany, od razu wbiegła do pokoju, żeby przyłapać ptaka na gorącym uczynku. Zastała jedynie noworodka, którego z miejsca pokochała. Tak zostało do dziś, zatem nie trzeba jej było specjalnie namawiać do przypilnowania brata.

Marymont jak zawsze obfitował w muzykalne dusze. Ciocia, siostra mamy – równie uzdolniona co cała familia – od progu zaintonowała kilka pieśni. Wspólne geny manifestowały się nie tylko w uzdolnieniach muzycznych, lecz także w czarnych kręconych włosach i ciemnych oczach. Na mandolinach akompaniowały kuzynki. Gwar ściągał sąsiadów, chętnych na dołączenie do chóru. Grano do późnych godzin popołudniowych.

Dzieciom trudno było powrócić do codziennych zajęć. Zbliżał się koniec roku szkolnego, ale jeszcze trochę nauki czekało każde z pięciorga rodzeństwa, zwłaszcza Stasię, która w następnym roku miała zdawać małą maturę. Coraz wyższa temperatura dawała przedsmak wakacji. Helena bardzo na nie czekała, bo tata zapisał ją na obóz harcerski. Miała pojechać już rok wcześniej, ale przeszkodził w tym atak wyrostka robaczkowego. Dzięki interwencji mamy szybko trafiła na stół operacyjny Szpitala Starozakonnych, gdzie żydowscy lekarze uratowali jej życie.

Powodów do wyczekiwania kolejnych miesięcy było więcej. Helena kończyła podstawówkę i od września miała rozpocząć naukę w gimnazjum. Trochę szkoda jej było opuszczać dotychczasową szkołę, tym bardziej że rok wcześniej przeniesiono lekcje z Brylowskiej na Karolkową do nowo wybudowanego budynku. Z domu na Dworskiej miała nieco dalej, ale za to wraz z koleżankami i kolegami nie gnieździła się już w kamienicy mieszkalnej ze stromymi schodami. Na Karolkowej do dyspozycji był nawet basen. Do tego panią Natalię, wychowawczynię, traktowała jak drugą mamę, która podchodziła do uczniów z miłością, czego nie można było powiedzieć o wiecznie surowym nauczycielu geografii. Dla tych, którym brakowało pieniędzy, pani Natalia organizowała rzeczy pilnej potrzeby. Zupełnie jak rodzona matka Heleny, Teodora, wiecznie pomagająca dzieciom z sąsiedztwa.

– Nie ma Marysi? – zagadnęła dziewczyna rodziców pewnego czerwcowego dnia.

Mama krzątała się po kuchni, przebierając wiśnie, tata zaś szukał marynarki na wyjście do kina. Dziewczyna wiedziała, że ma godzinę na własne przyjemności, i chciała spędzić ten czas z młodszą siostrą.

– Jest w klubie na zajęciach gimnastycznych – odpowiedział tata, przemykając pomiędzy pokojem a kuchnią. – Agatko, mam jeszcze chwilę. Powtórzmy polski.

Helena niechętnie przystała. Tata usiadł przy niej, z bliska widziała blizny po ospie na jego policzkach. Był elegancko ostrzyżony i pachnący wodą kolońską. Promieniał, zadowolony z poziomu wiedzy córki. Na naukę nigdy nie skąpił czasu, uważał, że jest przyszłością dla kolejnych pokoleń.

– Tobie też by się przydało trochę oleju w głowie – rzucił sarkastycznie do Stasi, która szukała czegoś w szufladzie.

– Andrzej, nie mów tak do niej – zainterweniowała mama, po czym zwróciła się do najstarszej córki: – Dziecko, tata ma trochę racji. Jeszcze przyjdzie czas na ślub, kiedy skończysz szkołę. Mietek poczeka, przecież świata poza tobą nie widzi.

Stasia nie skomentowała, więc tata machnął ręką i wrócił do poszukiwań marynarki.

Helena zainteresowała się tym, co robi siostra. Ta nachylała głowę do pamiątek rodziców, ukrytych pod stertą dokumentów. Pucołowate policzki czerwieniały od reakcji z kurzem, a jej skośne oczy jeszcze bardziej schowały się pod powiekami. Stasia fizycznie była podobna do taty, choć usposobienie przejęła po matce.

– Nie mogę znaleźć… Pomożesz mi, siostrzyczko? – zwróciła się do Heleny.

– Dobrze, a czego szukamy?

– Ojciec miał taki medal… Mietka on bardzo ciekawi, chciałam mu pokazać.

– Czyli to jednak Mietek jest tym tajemniczym chłopakiem? – dopytała Helena, choć wcześniej mama już zdradziła tę informację.

– Tak – odpowiedziała Stasia. – Ale nie powiesz nikomu?

– Będę milczała jak grób.

– O, jest.

Siostra w końcu znalazła odznaczenie. Od medalu odchodziła piękna, czerwona wstążka z białymi paskami. Stasia wstała, przypięła go sobie do piersi, którą dumnie wypięła. Helena nie mogła się napatrzeć na biało-czerwony laur. Wyglądał jak skarb wydobyty po latach z ziemi. Zapragnęła go mieć na swojej bluzce, więc zaczęła odpinać medal siostrze. Stasia nie chciała jednak oddać znaleziska. Chwilę wyrywały go sobie z rąk, aż do pokoju wkroczył tata.

– Co wy robicie? – zdenerwował się. – Oddajcie mi to natychmiast. Panienki w waszym wieku nie powinny interesować się takimi rzeczami. W ogóle niech wam nie przychodzi do głowy myśleć o takich sprawach.

– Dostałeś go za służbę w wojsku, prawda? – zapytała Stasia.

– Tak. Służba w wojsku przyniosła mi też to – odpowiedział, odsłaniając klatkę piersiową, która nosiła blizny po poważnym poparzeniu.

– Andrzej, one są za młode. – Mama chwyciła tatę za ramię.

– Jeśli już się tym zainteresowały, to może są na tyle duże, żeby zrozumieć. Wojna jest okrutna dla każdej ze stron – zwrócił się znów do córek. – Nie ma na niej wygranych i przegranych. Są sami przegrani. Też byłem w waszym wieku, dokładnie w takim jak Stanisława, pełen nadziei i bohaterskich ambicji. Wyrywałem się do walki. Owszem, patriotycznej, pod wodzą Piłsudskiego. Owszem, mamy dzięki niej wolność, ale okupioną ogromnym cierpieniem. Poświęciliśmy się, żebyście wy nigdy nie musiały doświadczyć męczeństwa. Ten medal jest zarówno zaszczytem, jak i przestrogą. Proszę go więcej nie ruszać – wyraził się stanowczo i schował odznaczenie z powrotem do szuflady.

W Helenie wzbierał tłumiony gniew. Medal był piękny i nie zdążyła go przypiąć do piersi.

– Jak doszło do poparzenia? – odważyła się zapytać Stasia.

– Artyleria – odpowiedział krótko nieco zmieszany tata.

Schodziła z niego złość, a zawsze, gdy odtajał, szukał ucieczki od towarzystwa. Wyszedł do kuchni. Mama poszła za nim. Wtedy Helena nie wytrzymała.

– Jak urosnę, pójdę na wojnę, dostanę taki medal i nikomu nie oddam! – krzyknęła w stronę każdego i nikogo.

Tadziu i Stefan na chwilę przerwali zabawę kulkami, żeby zobaczyć, skąd to wzburzenie u siostry. Helena z załzawionymi oczami podeszła do okna, które wychodziło na podwórko.

Tata zatrzymał się w progu, niepewnie odwrócił głowę, po czym ruszył dalej do kuchennego pieca. Przysiadł na krześle i milczał. Mama wróciła do pokoju, przytuliła siostry. Obiecała, że jeśli pomogą jej wieczorem w przygotowywaniu przetworów, to dostaną kieszonkowe.

– Jak taty nie będzie, porozmawiamy sobie o tym twoim Mietku – dodała ściszonym głosem do Stasi. – Ale o ślubie nie ma mowy.

Dziewczyny zachichotały, a mama wróciła do obowiązków. Helena zauważyła, że tata przymknął drzwi od kuchni. Podeszła bliżej, zachowując niewielki dystans, w razie gdyby trzeba było szybko schować się za ścianą.

– Andrzej, to przypadek, że akurat teraz szukały twojego medalu. – Głos mamy był ledwo słyszalny.

– No nie wiem – odpowiedział tata. – Nastroje wojenne w Europie przybierają na sile. Mówi się nieoficjalnie, że Hitler miał grozić Francji. Kilka miesięcy temu zajął Czechosłowację. Do Polski nie odważy się wejść, mamy swoją siłę i jesteśmy związani sojuszami. Do młodzieży docierają jednak czasem niektóre informacje, słuchają opowieści swoich rodziców z czasów odzyskiwania niepodległości. Szukają bohaterstwa, to naturalne dla ich wieku. Naszą rolą, starszych, jest uchronić młode pokolenia przed powtórzeniem doświadczeń z przeszłości.

Helena usłyszała szelest gładzonej koszuli. Cmoknięcie.

– Powiedz, że dziś wcześnie wrócisz – poprosiła mama. – Jutro masz poranną zmianę w gazowni.

– Do pracy mam rzut beretem, ulicę dalej – odpowiedział wymijająco tata.

– Tutaj jest twoja marynarka, Andrzej. Przewieszona przez krzesło przy stole.

– Wiedziałem, żeś ją wyniosła. Zawsze zostawiam ją w szafie na pierwszym wieszaku.

Helena prędko wycofała się do pokoju. Udała, że pilnuje Tadzia i Stefana. Tata założył marynarkę, na starannie ułożone ciemne blond włosy nasunął kaszkiet i wyszedł.

Czas na przyjemności minął.

 

Rozdział 1

Wybuch.

Silny i głośniejszy od tego, który słychać było tuż po świcie. Tamten obudził Helenę, dochodził jednak z oddali, jakby zza szklanej szyby. Nie była pewna, czy jej się przyśnił, czy doszło do niego naprawdę. Teraz wiedziała, że huk jest realny, przerażający nawet jak na warunki ćwiczebne. Towarzyszące mu wycie syren alarmowych wcale nie uspokajało.

– Nie stójcie tak. Ojciec mówił, że mogą być ćwiczenia i są. Szykujcie się do śniadania. Im szybciej zjemy i skończymy obowiązki, tym więcej czasu będziemy mieli na swoje sprawy – poganiała braci Stasia.

– Nie idziemy dzisiaj do szkoły? – zapytał Tadeusz.

– Nie, rozpoczęcie roku szkolnego przesunięto na poniedziałek. Dzisiaj piątek, więc nacieszmy się jeszcze weekendem.

Chłopcy stali jak wryci, spoglądając w stronę okna wychodzącego na podwórze. Nie byli przekonani, czy mogą podejść, chociaż widoczny skrawek nieba, błękitnego z białymi chmurami, obiecywał spokój. Po chwili niepewnie wrócili do zapinania guzików koszuli.

– Dlaczego lata tyle samolotów? – zainteresował się Stefan.

Faktycznie – pomyślała Helena – w kakofonii dźwięków coraz wyraźniej przebija się ryk silników.

– To normalne – uspokajała brata. – Wojsko musi wiedzieć, jak reagować w sytuacji zagrożenia.

– Antek mówił, że będzie wojna. Słyszał, jak rodzice rozmawiają. – Stefan zdawał się nie słyszeć Heleny.

Stasia spojrzała na siostrę i klęknęła przed Stefanem.

– Antek pewnie coś źle zrozumiał – wyjaśniła. – Przecież zapowiadano ćwiczenia. Mamusia i tata poszli normalnie do pracy. Gdyby miała wybuchnąć wojna, byliby tu razem z nami.

Rodzeństwo w końcu odpuściło i wszyscy zaczęli szykować śniadanie. Stasia kroiła chleb, Marysia donosiła to masło, to wędlinę, to mleko. Stefan z Tadeuszem rozkładali talerze, szklanki i sztućce.

Helena w tym czasie zajrzała przez okno na podwórze. W rogu gromadziło się coraz więcej sąsiadów. Goldbergowie stali oparci o podmurówkę, rozprawiając o czymś z Nowakami. Wskazywali na niebo. Helena zauważyła w powietrzu kilkanaście wyraźniejszych punktów. Maszyny eskadrą leciały w szyku, lecz nie dało się rozpoznać, do kogo należą, więc założyła, że to polskie wojsko.

Coraz częściej skrzypiał drewniany strop, sygnalizując wzmożone kroki lokatorów z góry. W całej kamienicy czuć było nienaturalne poruszenie.

Sobieccy zasiedli do stołu. Zazwyczaj było wesoło i gwarnie, a teraz nikt nie pisnął ani słówka. Jedli w milczeniu, wymieniając jedynie spojrzenia.

Syreny nie przestawały wyć.

Kiedy koniec tych ćwiczeń? – zastanawiała się Helena, nerwowo stukając nogą.

Naraz dał się słyszeć klucz przekręcany w zamku. Do mieszkania wbiegł tata, cały zdyszany. Rozejrzał się po pokoju. Podszedł do okna i wodził dłonią po szybie, jakby sprawdzał, czy aby na pewno nigdzie się nie ukruszyła.

Energicznie odwrócił głowę w kierunku dzieci. Nie wiedział, jak zacząć, więc zaczął najgorzej, jak mógł:

– Wybuchła wojna.

Przy stole wciąż panowało milczenie, ale doszła do niego nieznana rodzeństwu dotąd emocja: przerażenie. Gonitwa myśli Heleny, ukierunkowana wcześniej na plany dotyczące ostatniego weekendu przed pójściem do gimnazjum, ustała. Ważne było tu i teraz. Świat skurczył się do troski jedynie o ten dzień. I do kołaczących pytań: może wojna zgaśnie, zanim na dobre zapłonie? Czy mama zdoła wrócić do domu?

– Idę do szpitala – powiedział tata, jakby odgadując myśli córki. – Muszę zawiadomić mamę. A wy w tym czasie uszczelnijcie okna kocami. Jeśli bomba spadnie na gazownię, to wszyscy się potrujemy.

Tadeusz zaczął się trząść. Łzy spływały mu po policzku. Helena przytuliła go najczulej, jak potrafiła. Tata niezgrabnie położył mu rękę na ramieniu.

– Na pewno sojusznicy nas nie zostawią. Nie damy się Niemcom – rzekł niemrawo, sam nie dowierzając temu, co mówi.

I wyszedł.

Rodzeństwo wciąż siedziało w osłupieniu, dopóki Stasia nie zarządziła:

– Słyszeliście, co ojciec powiedział? Działamy.

Każdy chwycił za koce leżące na łóżkach. Stefan ściągnął nawet poszewki ze swoich poduszek. Helena ze Stasią przyciskały tkaniny do szpar w drewnianych ramach okien. Pomagała im Marysia, która zawsze starała się być uczynna. Koców było za dużo jak na dwa okna: w pokoju i w kuchni. Odłożono je na bok, żeby czekały w pogotowiu.

Kolejne minuty trwały wieczność. Wydawało się, że po godzinie Helenie przybyło lat. W gęstych, lekko kręconych czarnych włosach, sięgających do ramion, dostrzegła siwego. Pomyślała, że to niemożliwe. Miała przecież dopiero czternaście lat. Skrupulatnie ukryła go w starannie ułożonej fryzurze. Popatrzyła na odbicie w lustrze. Smukłą, dziewczęcą twarz o jasnej karnacji, z wąskimi ustami, niebieskimi oczami pod delikatnie zarysowanymi brwiami, znaczył teraz ślad sfrasowania. Mama kiedyś jej powiedziała: „Agatko, nosisz w sobie światło i to widać”. Niezależnie od tego, czy była to prawda, czy przenikliwe spojrzenie matki na córkę, Helena wierzyła w te słowa.

Rodzice wpadli do mieszkania. Od razu sprawdzili stan uszczelnionych okien. Mama podeszła do dzieci i mocno przytuliła każde po kolei. Tadeusz i Marysia się rozpłakali.

– Mamo, ten huk… – zagadnęła Helena.

Mama wzięła córkę na bok. Dołączyła do nich Stasia.

– Bomba trafiła w budynek mieszkalny na Obozowej – odparła cicho. – Rannych przywieziono do naszego szpitala.

– Co teraz z nami będzie? – zapytał Stefan.

Rodzice wymienili spojrzenia.

– Nie wiemy, ale spodziewamy się, że niedługo będzie po wszystkim – odpowiedział tata. – To kwestia kilku dni. Niemcy prędzej czy później się wycofają.

Uznał, że powinien wyjść na zewnątrz, by zdobyć więcej informacji i – na wszelki wypadek – zaopatrzyć rodzinę w zapasy żywności. Wychodził tak przez kolejne dni wielokrotnie. Na początku jedzenie było dostępne w normalnych cenach, ale z biegiem czasu znalezienie podstawowych produktów, takich jak masło, mięso, chleb czy ziemniaki, wymagało większego wysiłku. Wzrosły też ceny. W sklepie mięsnym, obok którego mieszkali Sobieccy, lady szybko pustoszały.

Tymczasem bombardowania nie ustawały – to przybierając na sile, to słabnąc w zależności od warunków atmosferycznych, które determinowały działania niemieckiego lotnictwa. Bywało, że gęste chmury bądź dym z pożarów utrudniały widoczność pilotom bombowców. Wtedy mieszkańcy stolicy na krótko odpoczywali od ryku silników, huków wybuchających pocisków i hałasu syren alarmowych. Cały czas jednak towarzyszyło im napięcie oczekiwania na kolejny cios. Szybko się okazało, że jeden z głównych celów nalotów – jak określał ich tata – szwabów dotyczył lotniska Okęcie. Bombardowano także Rakowiec i Pragę.

– Co z naszą szkołą? – zapytała w kolejnym tygodniu Helena, kiedy rodzice wybierali się do pracy na poranną zmianę.

Gazownia i szpital funkcjonowały normalnie. Szczególnie personel tego drugiego pracował ponadwymiarowo, bo z frontu przybywało rannych. Mama starała się dzielić czas pomiędzy pielęgniarstwo a opiekę nad dziećmi.

– Na razie odwołano rozpoczęcie roku i wszystkie zajęcia – odpowiedziała, zakładając biały fartuch.

– Z lekcji śpiewu też nici? – Córka posmutniała.

– Już niedługo… – wtrącił tata, który tego dnia był wyraźnie pobudzony.

– Co masz na myśli? – zapytała mama.

– Francja i Wielka Brytania wypowiedziały szwabom wojnę. Staną z Polakami ramię w ramię przeciwko Hitlerowi.

Instynktownie wszyscy zaczęli bić brawo. Nadzieja wstąpiła w serca Sobieckich. A szybko miała czemu dawać odpór, już bowiem po kilku minutach nastąpiła seria wybuchów. Wydawały się rozbrzmiewać tak blisko, że Helena i Stasia automatycznie padły na podłogę, tata zaś i mama osłoniły pozostałych. Na szczęście budynkiem tylko lekko zatrzęsło, w okolicy też nie było zniszczeń.

Mama poprawiła włosy, nałożyła czepek, który spadł jej z głowy, i powiedziała:

– Do tego czasu różne rzeczy mogą się zdarzyć. Nie jesteśmy tu bezpieczni, Andrzej – dodała przyciszonym głosem, żeby tylko mąż ją usłyszał.

– Tak, ale mamy blisko do pracy i możemy doglądać dzieci. Pracuję na gorących piecach, muszę być w pogotowiu.

– Rozmawialiśmy o tym… Mieszkamy niedaleko Dworca Zachodniego, który w końcu stanie się celem ataków. Sam mi o tym powiedziałeś.

– Dobrze, wrócimy do tego po pracy – zakończył rozmowę tata.

Pocałował każdego w czoło, co było dla niego nietypowe, i wyszedł. Nim mama zrobiła to samo, dodała, żeby opiekowali się sobą nawzajem.

Nie minęło dziesięć minut, gdy ktoś zapukał do drzwi.

– Spodziewasz się kogoś, Stasiu? – zapytała Helena.

– Może – odparła starsza siostra, a na jej policzkach wykwitły rumieńce. – Otworzę.

Helena zrobiła kilka kroków w stronę korytarza, ciekawa, czy dobrze wytypowała gościa.

– Dzień dobry, Mietku. Wejdź, proszę. – Stasia była wyraźnie zawstydzona.

– Witam wszystkich – ukłonił się Mietek, trzymając w dłoniach wrzosy. – To dla ciebie, Stasiu. Zerwałem z ogródka, idąc do ciebie. Ich zapach i myśl, że ci je wręczę, niosła mnie pod twoje drzwi, kiedy wszystko wokół wybuchało.

– Mogłeś zginąć, wariacie. – Stasia dźgnęła Mietka palcem między żebra.

– Przynajmniej w słusznym celu – odrzekł na wydechu. – Nawet nie miano by mnie gdzie pochować. Te Powązki tak solidnie oberwały.

Stefan i Tadeusz byli szczególnie zainteresowani przybyszem. Wysoki, postawny, kilka lat starszy od Stasi. Uśmiechał się do nich, zagadywał, poklepywał po ramionach. Helena też go polubiła, był bezpośredni i miły.

Doskonale się dobrali ze Stasią, która ma serce na dłoni, bardzo w tym przypomina mamę – pomyślała. Szkoda, że rodzice nie pozwalają im na ślub.

– Nie przerażała pana droga ze Starego Miasta? – zapytał Stefan.

– Jaki pan… Jestem Mietek. Złego diabli nie biorą – zaśmiał się – a mężczyzna powinien być odważny, prawda, młody?

– Oczywiście! – Stefan się rozpromienił i stanął na baczność.

– Zuch chłopak – odpowiedział Mietek i zwrócił się do dziewczyn: – Jak się trzymacie? Potrzeba wam czego?

– Dajemy radę – odparła Stasia, chcąc zaimponować chłopakowi. – Ojciec mówił, że wojna niebawem się skończy.

Mietek świdrował wzrokiem to Stasię, to Helenę. Zastanawiał się, jak serwować informacje.

– Obyście miały rację. Zobaczymy. W razie czego mogę załatwić opał, jeśli zrobi się chłodniej.

– Mamy dopiero początek września. Do spadku temperatur jeszcze daleko. Do tego czasu na pewno wszystko wróci do normy – rzuciła Helena.

W oddali słychać było kolejny wybuch. Tym razem nikt nie zwrócił na niego większej uwagi oprócz Tadeusza, który przytulił się do Heleny.

To tak wygląda oswajanie strachu? – zastanawiała się dziewczyna, chociaż przy każdym takim wydarzeniu wciąż mocno zaciskała zęby i wbijała paznokcie w skórę dłoni. Może po prostu przy Mietku wszyscy czuli się bezpieczniejsi, zupełnie jak przy rodzicach.

– Pamiętajcie jedno: jeśli usłyszycie silniki samolotów, wystrzały albo świst spadającej bomby, to odsuńcie się od okien – przestrzegł Mietek.

– Dlaczego? – zapytał Stefan.

– Żeby przypadkiem nie dostać odłamkiem – wyjaśnił gość, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem.

– Ale ja lubię patrzeć przez okno! – oburzył się dotychczas milczący Tadeusz. – Lubię też grać na instrumentach, a teraz nie mogę chodzić do szkoły!

A ja lubię śpiewać… – Helena nie powiedziała tego na głos, tylko przytuliła mocniej najmłodszego brata.

Mietek nachylił się do Tadeusza, pogładził go po włosach i wyciągnął z kieszeni cukierki.

– Patrz, co załatwiłem – powiedział i podał każdemu.

– Wystarczy. Chodźmy do kuchni – ucięła Stasia, zanim reszta rodzeństwa zdążyła zagarnąć Mietka dla siebie.

– Zakochana para! – krzyknął Stefan, gdy zamykały się za nimi drzwi.

Mietek wyszedł po dwóch godzinach. W tym czasie Helena zajęła dzieci zabawą w chowanego. Chłopak pożegnał się szybko, próbując okiełznać włosy w nieładzie. Marynarkę miał przewieszoną przez ramię i sprawiał wrażenie bardzo rozkojarzonego. Stasia wyszła z kuchni, usiłując ukryć uśmiech.

– Koniec zabawy. Sprzątamy, robimy obiad, bo nie zdążymy do powrotu rodziców – zarządziła.

Obie z Heleną przeczuwały, że mama i tata będą chcieli przekazać im coś ważnego.

Rozdział 2

Rodzice nie byli w dobrym nastroju. Obiad zjedli w milczeniu; każde z nich nałożyło sobie zaledwie po dwa placki ziemniaczane. Później intensywnie dyskutowali za zamkniętymi drzwiami.

Tadeusz i Stefan ganiali się po pokoju, gdyż tata nie pozwolił im wyjść na podwórko. Ciągłe zamknięcie w domu sprawiało, że Helena również nie potrafiła usiedzieć na miejscu. Starała się zająć głowę sprzątaniem, doglądaniem młodszego rodzeństwa, ale jej myśli – jakby podłączone do prądu – trzymały ją w kurczowym napięciu i podsuwały różne scenariusze najbliższej przyszłości.

Wiedziała, że wewnętrzny chaos nie był tylko udziałem Sobieckich. Nowakowie z góry, którzy mieli niemowlaka, postanowili wynieść się w bezpieczniejsze niż ten dom miejsce. Mama mówiła, że mają rodzinę na wschód od Warszawy, a tata twierdził, że Nowak chce się zaciągnąć do wojska. Kraszewscy z kolei często słuchali radia, oczekując wiadomości z frontu i zarządzeń władz państwowych oraz miejskich. Nieustanny ruch stał się wspólnym mianownikiem każdego lokatora budynku przy Dworskiej.

– Dzieci, przyjdźcie tu do nas.

Otwarły się drzwi do kuchni, a tata wskazał na krzesła, by każdy usiadł. Rodzice mieli poważne wyrazy twarzy, mama łzy w oczach.

– Podjęliśmy z matką decyzję o tymczasowym przeniesieniu się do schronu na Skierniewicką. Tam będzie bezpieczniej, przynajmniej do czasu aż wojna dobiegnie końca.

Nikt nic nie odpowiedział, więc tata kontynuował:

– Wiem, że będzie wam ciężko zostawić dom, ale to naprawdę dla waszego bezpieczeństwa. Uwierzcie mi, bo przeżyłem już jedną wojnę: w życiu bywa różnie. Lepiej dmuchać na zimne. Kiedy sytuacja się uspokoi, natychmiast wrócimy.

Nadzieja była coraz bardziej niepewna. Chwiała się w posadach jak okoliczne budynki po bombardowaniach. Helena nie dopuszczała do siebie zwątpienia, choć narzucało się coraz silniej. Chciała wierzyć, że słowa o tymczasowych przenosinach mają dużą moc, że dorośli nadal zawsze mają rację.

– Moje dzieci – odezwała się mama, która doprowadziła już oczy do porządku – tata wie, co mówi. Najważniejsze w tym wszystkim, że jesteśmy razem. Mamy siebie, więc przetrwamy te nieprzyjemne dni. Każde niech weźmie jedną ulubioną rzecz. Reszta zabawek poczeka na was w domu. My z tatą zapakujemy najpotrzebniejsze ubrania i jedzenie. Woda będzie na miejscu.

– Kiedy wyruszamy? – zapytała Stasia.

– Im szybciej, tym lepiej.

– Muszę zawiadomić Mietka.

– Stamtąd wyślemy mu wiadomość – zapewniła mama.

Helena nie wiedziała, co wziąć ze sobą poza podstawową odzieżą. Ostatecznie włożyła kilka złożonych kartek z zapisanymi tekstami piosenek, czysty papier i ołówek. Jeśli coś było dla niej ucieczką od rzeczywistości, to tylko śpiew. W schronie mogłaby pisać, może nucić.

Późnym popołudniem Sobieccy byli gotowi do wyjścia, choć dla Heleny oznaczało to jedynie świadomość kroczenia w nieznane. W czasie krótkiej i spokojnej drogi do prostopadle biegnącej ulicy Skierniewickiej dziewczyna się zastanawiała, co w tym czasie robią jej przyjaciele z poprzedniej szkoły, jak sobie radzą. Rozmyślała, czy ci biedniejsi mają coś do zjedzenia. Pani Natalia na pewno zaradziłaby ich problemom, ale przecież nawet ona nie byłaby w stanie powstrzymać nalotów. A to one zrównywały teraz status każdego: biednego czy zamożnego, Polaka czy Żyda.

Do schronu nie szli sami. Kilkanaście rodzin z Dworskiej, Brylowskiej, Płockiej, a nawet Bema wpadło w tym czasie na ten sam pomysł. Nie było więc wiadomo, czy starczy dla wszystkich miejsca, mimo że długi budynek, który przeznaczono na schron, miał rozległe piwnice. Jego budowa trwała i miał zostać przeznaczony na ubezpieczalnię społeczną.

Gdy dotarli przed wejście, policjant z sumiastym wąsem, w granatowym mundurze i hełmie z dużym orłem, zagrodził im drogę. Tata stanął naprzeciwko niego.

– Nazwisko?

– Sobieccy.

– Było zgłaszane?

– Było.

– Mieli pojawić się wczoraj.

– Praca zatrzymała. Żona jest pielęgniarką, ja gazownikiem.

Helena popatrzyła w głąb Skierniewickiej, gdzie kręciło się mnóstwo żołnierzy Wojska Polskiego. Mieli na sobie mundury w kolorze khaki. Nogi niektórym opinały ciemne bryczesy. Część nosiła hełmy, inni rogatywki, jednak uwagę dziewczyny przykuł strzelec w furażerce. Zapragnęła mieć kiedyś taką. Kilku żołnierzy toczyło działo artyleryjskie, kierując się na zachód. Helena poczuła mrowienie na całym ciele i przez moment zrobiło jej się słabo.

– Agatko, idziemy – popędziła ją mama, kiedy policjant wydał zezwolenie na wejście.

Z dużego, parterowego i jeszcze nieotynkowanego holu poprowadzono ich przez kilka pomieszczeń. Czasami musieli przeciskać się między ludźmi, a im niżej schodzili, tym było tłoczniej. W piwnicach zgromadziło się mnóstwo mieszkańców Woli, szukających schronienia przed nalotami Luftwaffe. Miejsca nie było za wiele, ale tata znalazł nieduży obszar tuż za wspornikiem w sporym oddaleniu od schodów. Na jeszcze niewykończonym betonowym podłożu leżały deski, a na nich materace. Nie wystarczyłoby ich dla wszystkich, dlatego Helena postanowiła spać ze Stasią, braci również położono razem. Dla dziewczyn nie stanowiło to problemu, bo obie były drobne.

– Chyba pod spodem są jakieś studzienki. Strasznie tu wilgotno – zauważyła mama, kiedy wszyscy próbowali przyzwyczaić się do otoczenia.

– Tak, akurat ma pani jedną pod sobą. – Sąsiadka, korpulentna kobieta po czterdziestce, wokół której siedziało dwoje kilkuletnich dzieci i dziewczyna mniej więcej w wieku Heleny, wskazała pod materac. – Dobrze, że państwo się tutaj usadowili, może będzie nam cieplej. Od dołu ciągnie zimnem.

Temperatura w schronie była niższa niż na zewnątrz, lecz panował zaduch. Mimo rozległej powierzchni Helena czuła się tam klaustrofobicznie. Nieustannie spacerujący ludzie, co rusz zahaczający o ich materace, brak okien, wszechobecny gwar… W przyszłej ubezpieczalni zamontowano już elektryczne oświetlenie, ale nawet ono wydało się wówczas wrogie.

Mama rozdzielała każdemu po jabłku z worka. Helena skorzystała z okazji, że nikt z rodzeństwa nie przysłuchiwał się ich rozmowie.

– Tato?

– Tak?

– Na ulicy było dużo wojska. Widziałam jakieś działo…

Tata spojrzał na nią poważnie.

– Agatko, jesteś już starsza i więcej rozumiesz… Niemcy będą chcieli zająć Warszawę. Żołnierze muszą nas bronić. Bądźmy dobrej myśli.

Helenie łzy cisnęły się do oczu, ale obiecała sobie, że nie będzie płakać. Musiała być silna nie tylko dla siebie, lecz także dla rodzeństwa – chciała ich wesprzeć. Najbardziej żałowała Tadeusza. Dziewięciolatek wydawał się zagubiony. Zauważyła, że spakował do małej torby harmonijkę ustną.

– Zagramy? – zagaiła do niego.

Tadek wyciągnął instrument i dmuchał mocno, wygrywając skoczny rytm. Helena wstała i zaczęła tupać nogą, ruszając przy tym biodrami. Po chwili sąsiedzi ze schronu z uśmiechami podrygiwali, a Helena zaintonowała:

 

Umówiłem się z nią na dziewiątą

Tak mi do niej tęskno już

Zaraz wezmę od szefa akonto

Kupię jej bukiecik róż

 

Potem kino, cukiernia i spacer

W księżycową jasną noc

I będziemy szczęśliwi, weseli

Aż przyjdzie północ i nas rozdzieli

I umówię się z nią na dziewiątą,

Na dziewiątą, tak jak dziś

 

Była to wówczas bardzo popularna piosenka ze słowami Emanuela Schlechtera. Niektórzy włączali się w śpiew, inni tylko patrzyli z zaciekawieniem. Na końcu krótkiego przedstawienia wybrzmiały brawa, a lekko zawstydzona dziewczyna ukłoniła się nisko. Spojrzała na mamę, w której oczach lśniły duma i szczęście. W tej jednej minucie zapomnieli o rzeczywistości.

Już w następnych dniach doszło do silnych bombardowań. Odgłosy wybuchów były tłumione przez grube ściany schronu, ale powodowały milczące skupienie piwnicznej ludności Woli. Mało kto ośmielił się wtedy wyjść na ulicę. Wiele zakładów stanęło. Mama i tata wyczekiwali przerw w nalotach, by dotrzeć do szpitala oraz gazowni, ale okazywało się to coraz bardziej niebezpieczne.

Stasia z Heleną pilnowały młodszych. Próbowały zajmować ich różnymi zabawami, jednak Stefan i Tadeusz coraz częściej uciekali w dalsze części piwnic. Eksplorowali też wyższe kondygnacje. Przestali dopiero wtedy, gdy otrzymali reprymendę od rodziców. Marysia przygotowywała posiłki dla całej siódemki. Były one skromne i składały się zazwyczaj z mięsnych konserw, czerstwego pieczywa oraz przetworów. Chodziła po wodę, po którą stało się w długich kolejkach. Porcje żywieniowe były coraz oszczędniejsze i Sobieccy się bali, że w razie przedłużenia konfliktu zabraknie im jedzenia.

Problematyczne stawały się również częste kąpiele. Myto się co kilka dni w miskach z wodą w wydzielonych do tego skromnych strefach. Smród potu przenikał więc powietrze w schronie i atakował nozdrza.

Ludzie na przekór przeciwnościom pomagali sobie wzajemnie. Jeśli komuś czegoś brakowało, natychmiast życzliwy sąsiad dzielił się swoim albo organizował wśród innych zbiórkę. Nowych lokatorów w schronie jednak wciąż przybywało, a zdobycie produktów spożywczych było coraz trudniejsze. Brakowało mięsa, masło zastąpiono margaryną. Wiele artykułów szmuglowano spoza stolicy. To wpływało na wzrost i tak wysokich już cen.

Kobieta, zajmująca materac obok rodziny Sobieckich, często płakała. Mąż zaciągnął się do wojska, a jej zaczynało brakować jedzenia. Sobieccy dokarmiali jej dzieci, szczególnie mama pomagała ich doglądać. Poświęcała się, mimo że sama była coraz bardziej zmęczona.

– Nie wygląda pani dobrze – zauważyła pewnego razu sąsiadka, kiedy mama mocno kaszlała.

– Przeziębiłam się od tej wilgoci i zimnej ziemi. Czuć ją nawet przez materac.

– Ponoć Grochów mocno zbombardowano. Słyszeliście państwo?

– Grochów jak Grochów – odpowiedział tata. – Na Dworcu Wschodnim zginęło mnóstwo ludzi. Dużo osób chciało ewakuować się z Warszawy. Nie wierzę, że szwaby o tym nie wiedziały.

– Celowe działanie – skonstatowała sąsiadka.

– Na Wroniej też kilkadziesiąt zabitych. Jak nie bezpośrednio od bomb, to przysypani gruzem. A to już bliżej nas – dopowiedziała mama.

– A co na to nasi? – zapytała kobieta.

– Żołnierze bronią, jak mogą. Polska na razie w pojedynkę, ale w końcu dotrą posiłki sojuszników i los się odwróci – odparł tata.

– Panie – wtrącił starszy mężczyzna, który zajmował materac przy ścianie – część rządu uciekło już z miasta. Wywożą też sprzęt wojskowy. To nie wróży dobrze.

– Skąd pan wie?

– Syn pracuje w wojsku. Nasza artyleria przeciwlotnicza nie wyrabia. A jeszcze zabierają nam broń, bo w kraju braki. Władze doszły do wniosku, że nie jest bezpiecznie. Co więc mamy powiedzieć my, prości ludzie?

– Dobrze mówi! – zakrzyknął ktoś i od razu podniosła się wrzawa.

– Tato – zagadnęła Helena, kiedy jeden przegadywał drugiego – czy to oznacza, że jesteśmy zdani tylko na siebie?

– Kochanie, wojna to trudne doświadczenie. Nikt nie składa broni. Poradzimy sobie.

Helena nie była przekonana, ale nie znała się na polityce ani na wojskowości. Wychowywano ją w kulcie niepodległościowym, narodowościowym oraz w poczuciu, że wojenne zło to przeszłość. Dotychczas cieszyła się swobodą, ograniczaną jedynie przez obowiązki i budżet domowy. Wolność była dla niej naturalna jak powietrze, wiele się nad nią nie zastanawiała. Pierwszy wrześniowy tydzień przymusił ją do próby zdefiniowania patetycznych pojęć, znanych tylko z lekcji historii i opowiadań starszych. Jeszcze nie wiedziała, czym dokładnie są, ale zdawała sobie sprawę z tego, że trwa roszada priorytetów. I pilności potrzeb. Bezpieczeństwo i jedzenie – to one w schronie przy Skierniewickiej zaczynały odgrywać kluczowe role, zależnie i niezależnie od wielkiej polityki.

Nagle z rozważań Helenę wyrwało dziwne wrażenie. Dziewczyna zawołała:

– Tato, dlaczego budynek tak bardzo się trzęsie?

Rozdział 3

Tata pobiegł schodami na górę, żeby sprawdzić, co się dzieje. Długo nie wracał. Tymczasem z zewnątrz dało się słyszeć wystrzał za wystrzałem, przerywany hukiem spadających bomb. Tynk leciał z sufitu, a pył dusił niemiłosiernie.

Mama zawołała dzieci na swój materac i kazała usiąść blisko siebie. Helena schyliła głowę, bo brud wlatywał jej do ust, szczypał w oczy. Marysia przylgnęła do niej mocno. Momentami nie wiedziała, czy to budynek nadal się trzęsie, czy siostra drży. Z kolei Stefan z Tadeuszem zdrętwieli, ich włosy pokrył pył i wyglądali jak mumie.

Gdzie jest tata? – powtarzała w myślach dziewczyna. W wyobraźni pojawiały się różne scenariusze. Tym gorszym blokowała dostęp.

– Martwię się o tatę! – Stefan też był przestraszony.

– Wszystko będzie dobrze, zaraz wróci – zapewniała mama.

W pobliżu coś mocno walnęło. Wydawało się, że schron niebawem runie. Do niczego takiego nie doszło, ale niepokój narastał. Zrobiło się zamieszanie, bo jakaś kobieta wpadła w panikę i uciekała na oślep, zahaczając o materace. Dwóch mężczyzn próbowało ją uspokoić, a trzeci częstował wodą.

– To apokalipsa! – powiedziała sąsiadka.

Helena dotychczas nie myślała o tym, że swoje prośby może skierować do Boga. A przecież była wierząca: ufała Opatrzności, uczęszczała do kościoła, choć nikt z zewnątrz nie określiłby jej jako przesadnie religijnej. Nie wiedziała, czy Bóg jest obecny kilkanaście metrów pod ziemią, kiedy powierzchnia stała się piekłem, ale poprosiła Go o powrót taty.

Ojciec za niedługo się pojawił i rzucił pełne trwogi słowa:

– Nadchodzi front.

– Co to znaczy? – dopytywała Helena.

Ludzie wokół przycichli.

– Szwaby atakują Wolę. Nasza artyleria pracuje.

– To stąd ten hałas? – zapytała kobieta od apokalipsy.

– Tak. Strzelają bezpośrednio z sąsiednich ulic. Jedna bateria stoi na Płockiej.

Naraz do schronu wpadł chłopak, raczej jeszcze niepełnoletni. Miał strach w oczach. Rozglądał się nerwowo, jakby czegoś szukał. Dyszał niemiłosiernie, a jak już uspokoił oddech, to jąkanie nie pozwalało mu wyraźnie mówić.

– Po…po…potrzebni do po…pomocy.

– Do kogo? – Jakiś mężczyzna podał mu wody.

Dopiero wtedy pokazał łokieć, który był cały poparzony.

– Do ga…ga…ga…gaszenia pożarów i prze…prze…przenoszenia rannych. Gazownię zbom…zbombardowali.

– Słucham? Jesteś pewny? – Tata podszedł do niego.

– Tak.

Najpierw uspokojono chłopaka. Mama opatrywała mu rękę. W tym czasie kilkunastu mężczyzn, w tym tata, pobiegło na górę. Stefan i Tadeusz gnali co sił za starszymi.

– Wracajcie! To niebezpieczne! – Mama próbowała ich zatrzymać.

– Też chcemy pomagać! – odkrzyknął starszy syn i zaraz znikli w korytarzu.

Helena z uwagą śledziła proces mocowania opatrunku. Było w tym coś niezwykłego. Chłopak stał nieruchomo jak oswojona zwierzyna, gotowa jednak do ucieczki. Pewne ruchy mamy wzbudzały zaufanie, dlatego – nawet gdy już skończyła i zacieśniała bandaż – to młody ani drgnął. A Teodora Sobiecka przeciągała moment wypuszczenia go na zewnątrz. Nie utrzymała synów, nie miała wpływu na decyzję męża, więc postanowiła ochronić przypadkowego człowieka. Liczyła, że może dotrze później na ulicę, dzięki czemu nie trafi go zbłąkany odłamek.

– Chcesz spróbować? – zapytała, kiedy chłopak już odszedł.

– Czego? – zdziwiła się Helena.

– Bandażowania. – Mama wyjęła z torby medycznej kolejny opatrunek i bandaż. – Przyszykuj się, pomożesz mi – rzekła z szelmowskim uśmiechem. – Zapewne niebawem przyprowadzą tu lżej rannych, takich, jak ten chłopak. Mam obowiązek pomóc, ale i chęć. A ty? – Pogładziła córkę po gęstych włosach, tak bardzo przypominających jej własne.

– Postaram się… – odparła niepewnie Helena, ale jednocześnie czuła podekscytowanie.

Co jakiś czas docierał do nich huk wybuchu. W końcu przy schodach zrobiło się tłoczno. Wrócili pierwsi mężczyźni, którzy wcześniej wybiegli na pomoc. Prowadzili rannych. Większość była w stanie chodzić, ale kilkoro – zalanych krwią – trzeba było wnieść. Mama wzięła torbę, chwyciła Helenę za rękę i podeszła do nich. Zaraz też w schronie znaleźli się lekarze, w przeważającej części Żydzi, którzy pracowali w pobliskim szpitalu.

Jedną z lżej poszkodowanych osób była około dwudziestokilkuletnia piękna dziewczyna o jasnych włosach, niebieskich oczach i z piegami na nosie. Wskazywała na nogę i płakała. Mama kazała jej powoli usiąść. Piszczel była cała we krwi.

Mama dokładnie i sprawnie poszukała miejsca krwawienia – tuż pod kolanem.

– Niegroźna rana – uspokoiła dziewczynę. – Zdezynfekuję i założymy bandaż. Gdy będzie to możliwe, proszę się udać do szpitala. Powinni założyć szwy. Co się właściwie stało?

– Przebiegałam przez ulicę. Mieszkam na Płockiej. Chciałam zajrzeć do ciotki – mówiła krótkimi zdaniami ranna dziewczyna. – Nagle wybuch, powaliło mnie na ziemię. Wstałam i myślałam, że wszystko w porządku, tylko słuch szwankował. Dopiero potem ktoś obok powiedział, że bomba spadła, a ja mam na nodze krew.

– Musiał cię drasnąć odłamek. Na szczęście nie został w ciele. Teraz trochę zapiecze – uprzedziła mama, po czym nalała środku do dezynfekcji na gazę i odkaziła ranę, a dziewczyna drgnęła, jakby ją prąd przeszedł. – Agatko, zbliż się. Weź bandaż – poleciła. – Zaczynamy wokół kostki, w ten sposób… – instruowała. – Owijaj ukośnie. Nie tak. Musisz zakrywać poprzednie warstwy. Teraz ku dołowi… Na końcu znowu ruchem kolistym. Przymocuj klamry. Nie za mocno, żeby krew dopływała. Brawo, gotowe.

Helena poczuła jednocześnie ulgę i satysfakcję. Napięte wcześniej mięśnie zabolały, kiedy w końcu mogła je rozluźnić. Miała spocone czoło. Popatrzyła w górę na dziewczynę, której policzki były mokre od łez.

– Dziękuję – wycedziła, wciąż oszołomiona.

– Nie ma za co – odpowiedziała za Helenę mama.

Niedługo po tym wrócili Tadek, Stefan i tata. Helenie ulżyło – również z tego powodu, że mama przestała się przejmować. Zdawało się jej, że zmagazynowana energia uleciała z niej jak powietrze z pękniętego balona.

– Miałem na nich oko – oznajmił tata – ale doskonale sami sobie poradzili. Pomagali rannym.

Mama spojrzała na niego surowo, po czym zaczęła dusząco kaszleć. Wszyscy tu mieli kłopoty z drogami oddechowymi po nagromadzeniu pyłu. Było też duszno, ale mama pociła się zbyt obficie.

 – Masz gorączkę? – zapytała Helena.

– Stan podgorączkowy. Niewielki, nie martw się. Musiałam się przeziębić – odpowiedziała i zwróciła głowę w stronę taty. – Andrzej, co z gazownią?

Tata milczał.

– Co z gazownią? – powtórzyła żona.

– Szwaby faktycznie zbombardowały jeden ze zbiorników gazu. Elewatory zbożowe na Bema też…

– To blisko nas.

– Chciałem pójść i zobaczyć, co z naszym domem, ale wojsko nie puściło. Na ulicach panuje zamęt. Do pracy nie dotrę. A tobie pozwolą?

– Chyba tutaj bardziej się przydam. Wzięłam torbę z materiałami pierwszej pomocy…

Tata przyjrzał się mamie uważnie.

– Czegoś mi nie mówisz, prawda?

– Andrzej, martwię się o nasze dzieci. – Przerwała z powodu napadu kaszlu. – Nie mogą być tu same. Widzisz, że Stefan i Tadek biegają, gdzie chcą. Wyjaśniłam przełożonym naszą sytuację. Nie my jedyni tak mamy… Zresztą, ranni są teraz wszędzie. Będę pomagać na miejscu, a jak sytuacja się ustabilizuje, wrócę do szpitala.

Mama zajmowała się rannymi, których w kolejnych dniach przybywało. Ciężkie przypadki od razu odsyłano do szpitali, więc pomoc polegała głównie na klasyfikowaniu poszkodowanych i opatrywaniu. Szybko jednak zaczęło brakować bandaży, opatrunków, gaz, środków przeciwbólowych czy dezynfekcyjnych. Władze miejskie zaopatrywały w owe artykuły przede wszystkim placówki medyczne oraz żołnierzy na froncie, stąd dostawy do schronów czy aptek były niewielkie.

Ubrania były brudne, poplamione, na zmianę nikt nie miał wiele. Prało się je niedaleko kranów z wodą w miskach, mydłem, ale wszystko długo schło, bo nie było gdzie rozwieszać, a w piwnicach panowała wilgoć.

Jedzenie trzeba było zdobywać na zewnątrz. Tym zajął się tata, który po zbombardowaniu gazowni został bez pracy. Dawał sobie radę, ale dużo czasu przebywał poza schronem.

Stefan i Tadeusz już regularnie biegali pomagać na ulicach mimo sprzeciwu matki. Byli bardzo młodzi, więc polecono im wyszukiwać rannych, w tym także tych, których przysypały gruzy. Gdy takich znajdowali, zawiadamiali starszych, a oni przenosili ich do wozów Polskiego Czerwonego Krzyża.

Ofiar było sporo, bo Niemcy, bombardując z nieba, próbowali wedrzeć się do Warszawy czołgami i piechotą. Wkroczyli już na Ochotę i Rakowiec, na Woli skoncentrowało się wiele działań obronnych. Wszystko miało jednak swoją cenę. Ginęło wielu cywili – na skutek nalotów czy ostrzałów, lecz również podczas prób opuszczenia miasta od strony ulicy Wolskiej.

Helena słuchała tych strasznych wiadomości od rodziny i osób wracających z zewnątrz i mimo wszystko trochę im zazdrościła, że mogą na coś się przydać. Bardzo też pragnęła wypełnić płuca świeżym powietrzem i choć na chwilę ogrzać ciało promieniami słońca. Mówiono, że to robota dla mężczyzn, więc zostawała z mamą oraz siostrami, pomagając przy codziennych czynnościach wewnątrz schronu.

Pewnego razu tata wrócił do piwnic zadowolony nie tylko z powodu zorganizowania kilku słoików słodkich dżemów.

– Mam dobre wieści! Szwaby dostały łupnia od naszych i wycofały się na swoje pozycje. Dużo ich czołgów zostało unieruchomionych. Na ulicach panuje euforia.

– Hurra! – krzyknęła Marysia, a inni zaczęli bić brawo.

– Nie zdobędą Warszawy – dodał entuzjastycznie tata, a niektórzy powtórzyli za nim te słowa.

Otworzył słoik z dżemem truskawkowym, jakby chciał uczcić ów sukces, i posmarował dzieciom po skromnej kromce.

– Było też coś niepokojącego – zwrócił się do mamy, obok której stała Helena ze Stasią.

– Co?

– Na niebie pojawił się jakiś nowy szwabski samolot. Mówią, że to Junkers. Najpierw było widać jego niewielki zarys wysoko pod chmurami. Później zaczął bardzo szybko zbliżać się do ziemi. Wyglądał, jakby spadał. Wydawał przy tym przerażający, narastający dźwięk. Miało się wrażenie, że wyją syreny. Na końcu zrzucił bombę i odbił do góry. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem.

– Dobrze, że nie musimy wychodzić – podsumowała mama.

Wtem ktoś zakrył Stasi oczy, stojąc za jej plecami. Dziewczyna aż podskoczyła.

– Witaj, Stasiu. – Mietek uśmiechnął się szeroko. – Dzień dobry państwu. Cześć, dzieci.

– Cześć! – ucieszył się Stefan.

– Jak tu dotarłeś? – Stasia była zdziwiona jego obecnością.

– Trochę trudu to wymagało – odparł. – Wojsko na Woli świętuje, więc przymknęli oko. Sąsiedzi powiedzieli, że jesteście w schronie.

– Ktoś został jeszcze w naszym budynku? – zapytał tata.

– Jedna rodzina, proszę pana. No i… będziecie musieli państwo wstawić nowe okna.

– Stłuczone?

– Tak.

– To pewnie od uderzenia w gazownię.

– Czy mogę chwilę porozmawiać ze Stasią? – Mietek pierwszy raz w oczach Heleny wyglądał na niepewnego.

Rodzice spojrzeli na siebie.

– Proszę – pozwoliła mama.

Młodzi odeszli kawałek, tak by nikt ich nie słyszał, ale żeby pozostać na widoku rodziców.

– Jest od niej dużo starszy, ma dwadzieścia trzy lata – powiedział tata. – Pracuje gdzieś?

– Ponoć tak – odpowiedziała mama.

– Musimy mu się przyjrzeć i przypilnować, żeby Stanisława najpierw zdała maturę.

– Masz rację.

Tata oparł łokieć o wspornik i masował palcami policzki. Nawet w tym trudnym okresie był idealnie ogolony, włosy miał uczesane. Szara marynarka z nielicznymi zabrudzeniami nadal prezentowała się dobrze. Kilka kobiet taksowało go wzrokiem, a jedna odważyła się powiedzieć do matki niby żartem, żeby odstąpiła jej przystojnego męża. Mamę bardzo to zirytowało, szczególnie że nie usłyszała tego pierwszy raz.

Paradoksalnie, Andrzej w schronie bywał jeszcze rzadziej niż wcześniej w domu. Przynosił jednak jedzenie, dlatego mama nie miała śmiałości robić mu o to wymówek.

– Musimy jeszcze pomówić o jednej ważnej sprawie – odezwał się ponownie tata.

– Jakiej?

– Na Woli robi się coraz bardziej niebezpiecznie. Teraz pogoniliśmy szwabów, ale oni wrócą. A jeśli mają plan atakowania miasta od tej strony, to będą go realizować. Bombardowania również nie ustaną, a ten nowy samolot… To naprawdę groźny wynalazek. Śródmieście jest bezpieczniejsze, bo leży w samym centrum. Nie ma tam nalotów.

– Do czego zmierzasz, Andrzej?

– Dzisiaj spotkałem Grosmanową. Przyszła tu ze Śródmieścia do pomocy. Jej ciotka jest już w podeszłym wieku i nie chce opuścić domu na Płockiej. Grosmanowa przyniosła staruszce jedzenie. Powiedziała, że u nich w dzielnicy spokój. Namawiała, żebyśmy przenieśli się niedaleko Królewskiej. Pewna Polka mieszka sama. Mieszkanie nie jest najmniejsze, moglibyśmy tymczasowo zająć pokój i przeczekać tę zawieruchę.

Mama zmarszczyła brwi, analizując argumenty za i przeciw. Helenie nie uśmiechały się kolejne przenosiny do miejsca jeszcze bardziej oddalonego od domu, ale pobyt w mieszkaniu byłby z pewnością bardziej komfortowy od zawilgoconego materaca w piwnicznym schronie.

– To ma sens – odpowiedziała po dłuższym namyśle mama. – Kiedy moglibyśmy się przenieść?

– Teraz jest najlepszy czas. Szwaby liżą rany, łatwiej przejść do innej dzielnicy.

– A ta właścicielka wie, że ma się spodziewać gości?

– Grosmanowa nas wprowadzi. Niebawem wraca do Śródmieścia, a mieszka w tym samym budynku.

– Czyli to żydowska okolica?

– Mieszana.

Mama dała sobie jeszcze chwilę na odpowiedź, choć wiedziała, że przenosiny są przesądzone.

– Dobrze – potwierdziła. – Kiedy wyruszamy?

– W nocy. Wtedy będzie mało nalotów.

Rozdział 4

Tej nocy na ulicach Warszawy dookoła czaiła się groza śmierci. Burzowe chmury jeszcze bardziej potęgowały to odczucie. Gdzieś w oddali błyskało. Helena się zastanawiała, czy światła są wynikiem piorunów, czy działań wojennych. Tata uspokajał, że w owych cumulonimbusach mają nie wroga, lecz sprzymierzeńca. Chmury ograniczały widoczność i stanowiły niebezpieczeństwo dla lotnictwa, więc można było śmiało pokonywać dłuższe trasy.

Rodzina Sobieckich starała się iść bocznymi uliczkami. Od Karolkowej odbili na północ w kierunku Grzybowskiej, a następnie skierowali się na wschód w stronę Królewskiej.

Mama była słaba i coraz więcej kaszlała. Helena ze Stasią chwyciły ją pod ręce. Mimo nocy ulice tętniły życiem, mnóstwo ludzi żwawo maszerowało ku centrum.

Nikt nie jadał należycie, do tego dziewczyny nie miały zbyt dużo ruchu w schronie, panowała duchota, co kilkukilometrową trasę czyniło trudniejszą do pokonania. Helena jednak cieszyła się każdym haustem nocnego powietrza, nawet jeśli było ono nasączone zapachem spalenizny.

Do kamienic z cegły, ściśle przylegających do siebie, odprowadziła ich znajoma taty, Grosmanowa, oraz Mietek. Twierdził, że ma po drodze do Starego Miasta, lecz wszyscy wiedzieli, że chodzi o spędzenie czasu ze Stasią.