Hanemann - Stefan Chwin - ebook

Hanemann ebook

Stefan Chwin

4,5

Opis

   Powieść o gdańskim profesorze anatomii, który po śmierci narzeczonej w katastrofie statku przeżywa głęboki kryzys egzystencjalny, jest świadkiem wojennej zagłady Gdańska, po której - inaczej niż większość niemieckich mieszkańców - zostaje w zburzonym mieście zajętym przez Polaków i Rosjan. Przejmujący obraz dawnego Gdańska jest w tej powieści nie tylko tłem dla ludzkich losów. Obok ludzi jej bohaterami są miasto i rzeczy.

   Życie głównego bohatera splata się z losami dwóch słynnych samobójców - Heinricha von Kleista oraz Stanisława Ignacego Witkiewicza.

   Ta powieść o miłości, śmierci i samobójstwie daleka jest jednak od pesymizmu. Prześwietlona światłem odradzającej się woli życia łączy w sobie ducha melancholii z fascynacją materialnym pięknem świata. Talent literacki autora współgra z malarską wyobraźnią, dając niezapomnianą opowieść o trudnych tajemnicach ludzkiego życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 302

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (6 ocen)
4
1
1
0
0

Popularność




Stefan Chwin

Hanemann

© Copyright by Wydawnictwo „TYTUŁ” © Copyright by Stefan Chwin

Niniejszy utwór ani żaden jego fragment nie może być reprodukowany, przetwarzany i rozpowszechniany w jakikolwiek sposób za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych oraz nie może być przechowywany w żadnym systemie informatycznym bez uprzedniej pisemnej zgody właściciela praw.

Wydanie w formacie ePUB: ISBN 978-83-89859-35-8

Plik wygenerowany dnia: 6-12-2017

Spis treści

Czternasty sierpnia

Okno

Wyrzucony

Rzeczy

Flanele, płótna, jedwab

Trzciny

Kruche

Stella

Słowo

Lawenda

Grottgera 17

Czarne świerki

Klinika Lebensteinów

Wezwanie

Las Gutenberga

Fraktura

Listek dębu

Zaszewki, jedwab, perłowe guziki

Arystokracje i upadki

Hanka

Boże Ciało

Powrót

Niedoczekanie!

Odcień

Puste łóżko

Palce

Brzytwa tamtego

Bielidło i purpura

Zbocze

Szron

Klucz do miejsc

Książki Stefana Chwina

Książki wydane nakładem Wydawnictwa „TYTUŁ”

Czternasty sierpnia

O tym, co stało się czternastego sierpnia, dowiedziałem się bardzo późno, ale nawet Mama nie była pewna, czy wszystko się zdarzyło tak, jak o tym mówiono u Steinów. Pan Kohl, który pracował w budynku Anatomii od chwili założenia Instytutu, mówił o samej sprawie niechętnie; jego szacunek dla ludzi w białych uniformach narzuconych na ubranie z dobrej angielskiej wełny, którzy jedwabną chusteczką z monogramem przecierali okulary w złotej oprawce, był doprawdy zbyt wielki, by…

Szkła od Zeissa, przecierane spokojnym, nieśpiesznym ruchem w westybulu portierni… W letnie dni osiadał na nich żółty pył lip kwitnących w Delbrück-Allee obok budynku Anatomii, gdzie chłodne powietrze z cienistego cmentarza ewangelickiego mieszało się z suchym sosnowym powiewem od strony morenowych wzgórz. O ósmej czarny daimler-benz zatrzymywał się przed wejściem do Instytutu, potem z tramwaju nadjeżdżającego od strony Langfuhr wysypywał się tłum ubranych na ciemno dziewcząt, które po kilku minutach marszu wzdłuż cmentarnego muru i dojściu na portiernię, a potem do bloku E, przywdziewały niebieski fartuch z ramiączkami skrzyżowanymi na plecach i biały czepek… Więc nawet pan Kohl nie ufał temu, co usłyszał od Alfreda Rotke, posługacza z Anatomii, który – ze swoją brązowawą cerą podobny do eleuzyjskiego cienia – przemykał się podziemnymi korytarzami w gumowym fartuchu, szukając zawsze czegoś wśród miedzianych wanien, w których moczyły się białe prześcieradła, potrzebne do okrywania stołu z marmurowym blatem, długiego stołu na kółkach – prostokątnego, zimnego w dotyku i zawsze jakby trochę wilgotnego stołu, który ustawiono pod wielką okrągłą lampą z pięcioma mlecznymi żarówkami w sali IX na parterze budynku przy Delbrück-Allee 12.

I chociaż pani Stein gotowa była przysiąc, że wszystko zdarzyło się dokładnie tak, jak o tym mówiono, pan Kohl, lekko unosząc głowę i mrużąc oczy, w których co kilka chwil skrzyły się ogniki ironii, patrzył tylko na nią z wyrazem wyższości, którym – rzecz jasna – nie pragnął jej obrazić, cóż jednak mógł na to poradzić, że jako wtajemniczony wiedział więcej, pani Stein zaś i tak niczym nie dałoby się przekonać? Czubek białej parasolki postukiwał na ścieżce, gdy pani Stein schodząc z pomostu mola w Glettkau na deptak koło gasthausu, mówiła do pana Kohla:

„Przecież nie mogło się zdarzyć inaczej. On musiał to zrobić. To było silniejsze od niego. Trzeba mu wybaczyć…” „Musiał?” – pan Kohl unosił brwi. Bo nawet jeśli rzeczywiście zdarzyło się to, o czym mówili, atmosfera gmachu Anatomii z rzędem oszklonych drzwi, w których pobrzękiwały kryształowe szybki o tęczowopawim połysku, a emaliowane tabliczki z nazwami sal miały solenność gotyckich sarkofagów, cisza, w której gumowe podeszwy posługaczy miękko pluskały na zielonym linoleum, a dobiegające z podziemia odgłosy przesuwania niklowanych kotłów i blaszanych kuwet niosły się niczym muzyka wielkiej kuchni – wszystko to budziło wystarczający niepokój, by pan Kohl chciał go jeszcze potęgować czymś, co niezrozumiałe i w najwyższym stopniu wątpliwe. I jeśli nawet prawdą było to, co usłyszał od Alfreda, gdy pod koniec września spotkali się przypadkiem u Kaufmanna na Długim Pobrzeżu, pan Kohl za najlepsze wyjście uznał mądre milczenie, bo w zdarzeniu, o którym mówili, kryło się coś, czego nie rozumiał, chociaż widział w życiu niejedno, choćby podczas odwrotu spod Metzu, a potem podczas oskrzydlającego marszu na Strasburg, gdy ludzie, których – zdawało się – dobrze znał i o których nigdy by nie powiedział złego słowa, zmieniali się nagle, jakby z ich twarzy zeszła skóra, odsłaniając wilgotne połyskliwe zęby. Więc że można się zmienić, wiedział aż nadto dobrze, ale przecież nie do tego stopnia i nie tu, w gmachu przy Delbrück-Allee 12!

Gdyby to przydarzyło się któremuś ze studentów albo na przykład asystentowi Martinowi Retzowi, tak, gdyby coś takiego przytrafiło się właśnie Retzowi, pan Kohl ze zrozumieniem pokiwałby tylko głową nad kruchością ludzkiej natury i słabością nerwów – ale Hanemann? Zapewne i w nim kryły się tajemnice, których nawet najprzenikliwsze oko doktorów przejętych ideami Bleulera nie potrafiłoby wyśledzić (cóż zaś dopiero oko portiera, który zza mlecznej szyby widział tylko ciemną sylwetkę i jasne włosy, a potem rękę oddającą klucz do sali IX), ale przecież przemiana dusz miała swoje granice i to, co mogło się zdarzyć młodzieńcom, którzy wiedzeni pasją zgłębiania sekretów anatomii przybywali tu z Thorn, Elbing, a nawet z Allenstein, nie mogło zdarzyć się komuś, kto bywał tu od lat, a i wcześniej – jak mówiono – doświadczył niejednego w szpitalu koło Moabitu, gdzie ponoć odbywał praktykę u samego Ansena.

Więc czternastego nic niczego nie zapowiadało. Studenci schodzili się powoli, bez pośpiechu zajmując miejsca w dębowych ławach przed drzwiami z gotyckim „A”. Syn Ernesta Mehla, właściciela składu żelaznego w Marienwerder, w nienagannie skrojonej marynarce z gładkiego kortu, z cwikierem w palcach, w butach z żółtej skóry, przyszedł już kilka minut po drugiej razem z Günterem Henecke, synem właściciela składu bawełny i towarów kolonialnych na Wyspie Spichrzów, potem dołączyli do nich inni – Alfred Rotke nie potrafił sobie, niestety, przypomnieć ich nazwisk. Mówili ściszonymi głosami, choć czuło się, że śmiechem, gasnącym, gdy spoglądali na drzwi gabinetu Hanemanna (za którymi jednak wciąż nie było nikogo), że tym ściszonym, nerwowym śmiechem, chcą w sobie stłumić niepokój, mimo że nikt z nich nie był tu po raz pierwszy.

Więc nie mówiono zbyt głośno – raczej szepty, milknące okrzyki – i asystent Martin Retz, ilekroć przechodził w głębi korytarza, przenosząc potrzebne instrumenty do sali IX, słyszał tylko pojedyncze łacińskie słowa splatane z wulgarną niemczyzną i frazami z operetek (zespół Heinricha Mollersa z Hamburga odwiedził miasto przed tygodniem, pozostawiając miłe wspomnienia). Przed drzwiami z emaliowaną tabliczką, na której czernił się rząd gotyckich liter, robiło się coraz tłoczniej. Laski z białymi i mosiężnymi gałkami, wstawione do stojaka zwieńczonego żelazną lilią, połyskiwały w ciemnym kącie za dębową barierką, a na czarnym wieszaku, nad seledynową lamperią, imitującą żyłkowanie zielonego marmuru, stygły płaszcze z kropelkami mgły na kołnierzach. Pod półkolistym sklepieniem drżało nerwowe echo głośniejszych śmiechów, cichnące w chwilach, gdy z podziemi dobiegał łomot przesuwanych miedzianych wanien, dudnienie śliskich blach i brzęk niklowanych narzędzi.

Hanemann – mówiła pani Stein – pokazał się na schodach parę minut przed trzecią. Studenci, powstawszy, odpowiedzieli z szacunkiem na powitanie. W chwilę później na korytarzu pojawił się asystent Martin Retz w swojej trochę zbyt luźnej marynarce z kościanymi guzikami, pachnący wodą kolońską Riedlitza i choć szedł z równą powagą jak Hanemann, nie było w nim nic, co by skłaniało do pochylenia głowy.

Martin Retz… Ileż to razy pani Stein widywała go na końcu mola w Zoppot, jak z twarzą zwróconą ku morzu stał przy balustradzie zdając się nie dostrzegać nikogo, choć przecież w letnie, a nawet jesienne popołudnia spacerowiczów nie brakowało ani na promenadzie koło Kasyna, ani na pomostach. Zapewne tę melancholię musiały rodzić w jego sercu żywe wciąż myśli o matce, która z oczami wpatrzonymi 
w sufit umierała przez wiele tygodni w szpitalu na Łąkowej, nie słysząc pytań syna, który odwiedzał ją co parę dni zawsze z bukietem kwiatów, ale przecież mężczyzna nie powinien tak łatwo poddawać się losowi! Pani Stein, która nawet w chłodne popołudnia zwykła przychodzić z córkami na molo koło czwartej, by mogły zażyć powietrznej kąpieli, gdy tylko zbliżała się do ostrogi, na moment przerywała zachwyty nad życiodajnymi zaletami jodu, po czym odpowiadając na pytające spojrzenie dziewcząt, zaniepokojonych wyglądem smukłego pana w ciemnej marynarce z kościanymi guzikami, który stał na końcu pomostu i nie zważając na wiatr, targający mu włosy, patrzył na ciemną linię horyzontu, mówiła: „Moje drogie, pan Retz jest melancholikiem” – co brzmiało jak ostrzeżenie i przestroga.

Więc Martin Retz był „melancholikiem” i to, co mówił o Hanemannie, musiało być nieuchronnie przeniknięte melancholią, która – pani Stein nie miała wątpliwości – nadaje zawsze fałszywą barwę wszystkiemu, o czym myślimy. Był „melancholikiem” – Hilda Wirth, u której Retz mieszkał na Am Johannisberg i która budziła go co rano ostrożnym pukaniem w oszklone drzwi, z pewnością potwierdziłaby taką opinię. Bo przecież któż inny woziłby ze sobą w czarnym neseserze, otuloną w skrawek króliczego futerka, tę małą gipsową twarz nieznanej dziewczyny, którą pani Wirth ujrzała któregoś popołudnia w pokoju Retza, małą gipsową twarz podobną do perłowej muszli, ustawioną na półce mahoniowego kredensu? Dlaczego ktoś tak zrównoważony i stanowczy, aż do przesady dbający, by spinka do krawata pasowała do spinek od mankietów, ustawił na kredensie tę białą gipsową twarz, w której nie było przecież niczego nadzwyczajnego – ot, gipsowy odlew twarzy nieznajomej dziewczyny, która mogła być jego młodszą siostrą, choć z pewnością nią nie była? (Czyż jednak można winić panią Wirth – którą trudno było posądzać o brak znajomości życia – że nie wiedziała, iż podobne gipsowe twarze ozdabiają salony i sypialnie w tysiącach domów w Alzacji, Lotaryngii i Dolnej Saksonii, nie mówiąc już o środkowej Francji?)

Czternastego sierpnia, parę minut po trzeciej, gdy prześcieradło zostało zsunięte z twarzy dziewczyny, którą przed godziną przywieziono do gmachu Anatomii, Martin Retz nie mógł powstrzymać się od westchnienia: ta twarz była tak podobna do tamtej… A jeśli on ujrzał to, co ujrzał, czy było możliwe, by Hanemann nie ujrzał tego samego? Tak, Martin Retz gotów był przysiąc, że w chwili, w której płótno zsunęło się z twarzy dziewczyny, oczy Hanemanna utraciły blask. Czyż mogło stać się zresztą inaczej? Czy ktoś, kto chociaż raz w życiu widział twarz Nieznajomej z Sekwany, senną twarz ze śnieżnego gipsu, mógłby pozostać obojętnym?

„Ten Retz zupełnie oszalał” – pani Stein nie potrafiła ukryć zniecierpliwienia, gdy Maria, jej siostrzenica z Thorn, powtarzała słowo po słowie to, co Retz mówił o czternastym sierpnia. Czyż nie wiedziała od Alfreda Rotke, jak rzeczy miały się naprawdę? Jeśli Hanemann cofnął rękę w chwili, gdy płótno zsunęło się z białej twarzy dziewczyny ułożonej na marmurowym stole, to przecież nie dlatego, że ta twarz przypominała jakąś gipsową twarz, budzącą w Retzu uczucie głębokiej melancholii!

Posługacz Alfred Rotke, który zapamiętał bardzo dobrze tamten dzień – bo przecież trudno nie zapamiętać czegoś, co zdarza się nagle i burzy w nas wszystko, co dotąd wiedzieliśmy o delikatnej pajęczynie związków między tym, co rzeczywiste i tym, co możliwe – nie zapamiętał jednak jak wyglądała twarz Hanemanna w tamtej chwili. Pochłonięty własnym zdziwieniem patrzył tylko na to, co pojawiło się na marmurowym stole parę minut po przyjeździe karetki, z której policjanci wynieśli zawinięty w gumowy pokrowiec kształt, skórzanymi paskami przytwierdzony do noszy. Zielona sanitarka zajeżdżała na podjazd przed gmachem Anatomii parę razy. Trzaskanie drzwi, szybkie kroki, nawoływania. Ściągnięto posługaczy z budynku E. Wkrótce cała Akademia wiedziała, że koło dziewiątej przy molo w Glettkau zatonął mały spacerowy statek „Stern”, kursujący na trasie Neufahrwasser – Zoppot. Ów nieszczęśliwy wypadek (nie pierwszy zresztą na tej linii, bo 12 sierpnia 1921 roku „Urania”, należąca do Towarzystwa Wioślarzy, zderzyła się obok przystani w Glettkau z holownikiem z Neufahrwasser), przyciągnął uwagę komisarza Wittberga z posterunku w Zoppot, gdy bowiem przy pomocy dźwigu pływającego braci Himmel wydobyto kadłub „Sterna”, w mesie znaleziono zwłoki mężczyzny, którego nazwisko figurowało w policyjnych kartotekach.

W takich sprawach, w których pojawiał się choćby cień wątpliwości, sprowadzano zwykle do Instytutu Hanemanna. Czarny daimler-benz zajeżdżał wtedy na Lessingstrasse 17. Hanemann, na odgłos wozu zatrzymującego się przed bramą, sięgał po swój ciemny płaszcz, szybkim krokiem schodził przed dom, gdzie w samochodzie czekał już asystent Retz – wyświeżony, z białą chusteczką w kieszonce marynarki; szofer otwierał drzwi i już w chwilę później czarne auto wjeżdżało w Kronprinzenallee, by za kolejowym wiaduktem skręcić w stronę Langfuhr. Do podobnych spraw wzywano go już parę razy, więc i tamtego dnia Hanemann przyjął rzecz bez zdziwienia, bo przecież choć zdarzenie było sensacyjne (jeszcze tego samego wieczoru w specjalnym dodatku „Volksstimme” podano bulwersujące szczegóły), to jednak z perspektywy Instytutu Anatomii było jednym z wielu zdarzeń, z jakimi mieli do czynienia na co dzień. Nawet asystent Retz, którego wrażliwość niejeden już raz była wystawiana na ciężką próbę, zapewne w głębi duszy poruszony wiadomością o zatonięciu „Sterna”, nie okazał przecież niepokoju, gdy jechali aleją w stronę śródmieścia, mijając domy Langfuhr, wiadukt kolejowy na Magdeburger Strasse, potem ujeżdżalnię koni, on zaś swoim dźwięcznym głosem referował sprawę, której rozwikłanie zostało im powierzone.

Podobno – mówił Retz – wśród ofiar wypadku znaleziono kogoś, kto – jak na to wskazywały pewne fakty – zginął nieco wcześniej, przed zatonięciem „Sterna” (z tej sugestii, która pojawiła się w spekulacjach naocznych świadków, obserwujących wydobywanie zwłok z napełnionego wodą kadłuba, niektórzy dziennikarze wyprowadzili nazbyt pospieszny wniosek, że zatonięcie „Sterna” nie było przypadkiem, lecz miało zatrzeć ślady czegoś znacznie poważniejszego, sprawca jednak omylił się w swych rachubach i zginął razem z ofiarami). Więc sprawa, którą Hanemann miał rozwikłać, nie odbiegała od spraw, które mu zwykle powierzano, i komisarz Wittberg z posterunku w Zoppot, podobnie jak komisarze z Głównego Miasta, z którymi Hanemann dotąd współpracował, mógł być spokojny, że wszystko zostanie wyjaśnione, a wątpliwości – jeśli pojawią się jakieś wątpliwości – nie zostaną utajone w gładkiej diagnozie, pozorującej pewność ustaleń.

A gdy daimler-benz zbliżał się już do gmachu Anatomii, gdy wysokie lipy ocieniające cmentarz ewangelicki szybko znikały za szybą po lewej stronie samochodu, posługacz Alfred Rotke powoli wtaczał do sali IX długi stół z marmurowym blatem, na którym leżał owinięty w gumowane płótno kształt, wtaczał ostrożnie, tak by stół nie podskoczył na mosiężnym progu oddzielającym lodownię od sali. Białe gumowe fartuchy z metalowymi klamrami już czekały na wieszaku przy drzwiach, stół podjeżdżał pod okrągłą lampę z pięcioma żarówkami, w blaszanych kuwetach pod oknem spoczywały niklowane narzędzia i gdy posługacz Rotke zapalał światło (zawsze mrużył przy tym oczy), na schodach od strony drzwi słychać już było kroki. Pierwszy szedł Martin Retz, za nim, zdejmując swój ciemny płaszcz, schodził po granitowych stopniach Hanemann. Retz podał mu fartuch, Hanemann zapiął metalową klamrę, wygładził białą gumę na piersiach, mruknięciem powitał posługacza Rotke i kiedy wszyscy podeszli do stołu, nakazał obniżenie lampy, tak by skupione światło pięciu żarówek oświetliło to, co spoczywało na marmurowym blacie.

A potem – posługacz Rotke dobrze zapamiętał tę chwilę – Hanemann kilkoma pociągnięciami rozsupłał węzełki rzemyków oplątujących płótno i rozsunął osłonę, ale posługacz Rotke dobrze zapamiętał tylko dłonie Hanemanna, tylko ich spokojny, cierpliwy i zręczny ruch, kiedy rzemyki puściły 
i osłona rozchyliła się, nie zapamiętał jednak, jak wyglądała w tamtej chwili twarz Hanemanna, zapamiętał tylko oświetlone jaskrawym mlecznym blaskiem pięciu żarówek dłonie, które cofnęły się, gdy gumowane płótno rozchyliło się i pod uniesioną osłoną zobaczył twarz Luizy Berger. Na szyi, tuż pod podbródkiem, ciemniała cieniutka smużka podbiegła różowawym fioletem. Włosy były mokre.

Więc czternastego sierpnia – pani Stein nie potrafiła ukryć wzburzenia – czternastego sierpnia stało się to, co się stało i żadne melancholiczne nastroje asystenta Retza (którego smukła sylwetka stanowiła zagrożenie dla każdej rodziny, cieszącej się posiadaniem córek) nie powinny nikogo mylić, bo przyczyna – jawna i szarpiąco bolesna – kryła się właśnie tutaj. Posługacz Rotke, którego słowa, wedle niektórych, należało pominąć milczeniem (czy zawsze słowa człowieka prostego muszą być przyjmowane tym wyniosłym wzruszeniem ramion, jakim witamy wiarę w świat uczuć mocnych i czystych?), widział przecież wszystko.

Studenci, którzy milczącym kręgiem otaczali stół z marmurowym blatem, nie pojmowali, dlaczego Hanemann przerwał oględziny, więc patrzyli tylko po sobie, ale twarz asystenta Retza nie wyrażała niczego, co mogłoby potwierdzić najbardziej nawet ostrożne domniemania. Stali więc w milczeniu w swoich fartuchach z gumy podklejonej płótnem, czekając na jakiś gest, który rozproszyłby niepokój, i gdy zdawało się już, że napięcie spadnie, bo Hanemann skinął dłonią, by asystent Retz czynił, co do niego należy, a Retz ręką w gumowej rękawiczce sięgnął do kuwety po błyszczące narzędzie, potem watą umoczoną w różowym płynie przetarł brzuch leżącej dziewczyny – od mostka do pępka (pępka, 
w którym wciąż szkliła się kropla wody) i przyłożonym do skóry ostrzem przeciągnął powolutku w dół, wtedy Hanemann odwrócił się i nie zdejmując fartucha wyszedł z sali. Asystent Retz prowadził uważnie narzędzie, odsłaniając w otwierającym się ciele ciemnoczerwone wzgórza oplecione fioletowymi żyłkami, posługacz Rotke wpatrzony w drzwi wsłuchiwał się w cichnące kroki Hanemanna na schodach, dopiero jednak gdy klamry zostały założone i nadszedł czas na słowa Hanemanna, który zwykle po takim przygotowaniu brał do ręki szklaną pałeczkę, by wskazywać w głębi otwartego ciała miejsca przedstawione na wielkich planszach rozwieszonych w sali IX i asystent Retz, przerywając na moment pracę, rzucił do Alfreda Rotke: „Proszę powiedzieć profesorowi Hanemannowi, że klamry założone”, dopiero wtedy zrozumiano, że Hanemanna nie ma już w gmachu Anatomii.

Nawet widok ciemnego płaszcza wiszącego przy drzwiach nie mógł rozproszyć tej pewności.

Okno

Po powrocie na Lessingstrasse ułożył fotografie na brązowej paterze i rzucił zapałkę. Płomyki były żółte, przeskakiwały ze zdjęcia na zdjęcie. Gdy powiało od okna, zakołysały się leciutko. Sczerniałe płatki przysypały dno patery. Patrzył na skręcający się w ogniu lśniący papier.

Ale już po chwili otwartą dłonią zdusił ogień i szybko wyciągnął z popiołu nadpalone kawałki. Na przydymionym skrawku mignął czubek bucika. Kraniec koronkowej sukni. Biała dłoń trzymająca parasolkę z rogową rączką. Rondo ciemnego kapelusza otoczone wiankiem róż utkanych z gazy. Dopiero teraz uświadomił sobie, co zrobił. Zamknął oczy. Potem zaczął pośpiesznie układać nadpalone kawałki, ale z przydymionych strzępków nie dawało się już nic złożyć. Popiół. Czarne czubki palców. Zapach spalonego celofanu. Otworzył szufladę. Na dnie – paszportowa fotografia o zielonawym odcieniu. Ptasie piórko. Siwa moneta. Stalówka. Tylko tyle.

Twarz na fotografii wydała mu się obca.

To ona? Nie mógł zebrać myśli. Teraz wszystko zaczęło się układać w całość. Wszystkie linie zdążały w jedną stronę – tam, na przystań, nad ciemną wodę. Jak mógł tego nie widzieć? Obrazy zbiegły się jak opiłki magnesu – w lodowato przejrzysty wzór.

Przecież spotkali się trzy dni temu na piętrze w gasthausie w Glettkau. Molo z przystanią, do której o trzeciej przypływał tamten statek, mieli za oknem.

Trzy dni…

Stała wtedy przy oknie. Upinała włosy. Sięgnęła po długie szpilki z kościaną główką rozsypane na blacie, przytrzymała luźny pukiel, którego połysk zawsze go zachwycał, i zręcznie podsunęła palce pod ciemny kosmyk. Ale przecież (teraz był tego pewien) zrobiła to wolniej niż zwykle, ruch ręki – jak mógł tego nie dostrzec? Stała przy oknie, profil odbity w szybie, za którą błękitniało morze, profil tak bliski, że tylko sięgnąć dłonią, ale przecież czuł, że coś pojawiło się między nimi jak zasłona, ledwie widoczna, a jednak nadająca twarzy jaśniejszą niż zwykle barwę – może chłodniejszą, może bielszą. Odcień skóry? Chłód? Księżycowa biel? Przecież musiał to dostrzec wtedy, gdy stanęła przy oknie, mrużąc oczy od słońca. Wczesne przedpołudnie, ciepłe światło kładło się żółtymi plamami na ścianie koło framugi. Za oknem przy molo stał biały spacerowy „Ariel” z Neufahrwasser. Kilku chłopców szło plażą w stronę pomostu. Czerwona piłka. Niebo. Jasny piasek. Krzyk mew odpędzanych leniwie przez rybaka, wyłuskującego z sieci żywe jeszcze ryby o zaróżowionych skrzelach. Gładkie morze, prawie bez fal…

Stała przy oknie, zamyślona, chyba trochę zła, ale przecież to nie było takie zamyślenie, jakie dostrzegał czasami na twarzach kobiet w kawiarni Kauffmanna albo w gasthausie, gdy piękna pani o włosach spiętych w rzymski węzeł, skubiąca srebrną łyżeczką kawałek wiedeńskiego tortu, patrzyła gdzieś przed siebie, nieobecna, może zanurzona we wspomnieniach miłosnej nocy, milcząca, chociaż jej towarzysz, starannie ogolony oficer z koszar przy Hochstriess, mówił coś do niej z ożywieniem, wybierając metalowymi szczypcami kraby z błyszczącej misy.

Nie, przecież wtedy, gdy stanęła przy oknie, to było coś innego, coś, co napełniło go lękiem, lecz zlekceważył ten odruch spłoszonego serca.

Już kiedyś dostrzegł to?… Stała w wannie, patrzył zza uchylonych drzwi, jasne ciało na tle ciemnozielonych ścian łazienki, włosy upięte wysoko, oświetlone blaskiem lampy nad zamglonym lustrem. Widział jej profil, białą linię piersi. Sunęła po ramieniu grecką gąbką, ślad piany na złotawej skórze, rąbek włosów na karku wilgotny, powolne ruchy dłoni, tak jakby nic nie czuła pod palcami…

Kiedy tak patrzył na nią wtedy, gdy grecką gąbką sunęła po ramieniu, przeniknął go nagły strach, krótki jak błysk słońca w pękającym lustrze. Nagle ujrzał zupełną samotność tego ciała dotykanego palcami. Nie, to nie był lęk. To była pewność, że ona jest tylko ze sobą, że nigdy jej nie dosięgnie.

Teraz mógł siebie tylko oskarżać. Przecież mogli wyjechać do Königsbergu przedwczoraj. Wszystko było już gotowe. Bilety na pociąg z przesiadką w Marienburgu. Ale ona nalegała, by odłożyć to na niedzielę, bo z matką nie jest dobrze, więc zaczekajmy, to tylko parę dni… Przecież wystarczyło jedno stanowcze słowo…

Teraz czas spędzony w gmachu Anatomii wydał mu się pustą ciemnością. Chciał poznać tajemnicę, otwierał ciała, które trafiały na marmurowy stół, by wyśledzić to, co odgradza nas od śmierci. Ale teraz jaki sens miały godziny spędzone w podziemiach przy Delbrück-Allee, skoro nie potrafił usłyszeć tego, co mówiło jej żywe ciało, co było – wiedział to teraz – widoczne w każdym jej ruchu… Bo teraz miał pewność, że wtedy, stojąc przy oknie w pokoju na piętrze gasthausu, ona czuła, że to się zbliża. A jednak patrzył na jej ramiona, szyję, włosy tak, jakby był ślepy i głuchy. Mógł ją powstrzymać jednym słowem, ale wtedy, gdy stała tak przy oknie, za którym błękitniało morze, zapytał tylko: „Co ci jest?” Przestała rozczesywać włosy zielonym grzebieniem: „Nie wiem”.

Pamiętał wszystko. Każdy gest. Z bolesną wyrazistością. Oderwane obrazy tamtej chwili. Przecież wystarczyło jedno słowo…

I to leciutkie rozdrażnienie, gdy odwróciła się od okna. Szybki ruch palców wyskubujących ze szczotki jasne pasemko. Na parapecie muszelka. Pierścionki. Medalion z różową kameą. Broszka przypięta pod kołnierzykiem. Potem ruch ręki poprawiającej włosy na karku. Palce zapinające suknię. Żółty sznurowany trzewik na dywanie. Szybkie kroki. Plusk wody w umywalni. Miękki stuk odkładanego mydła. Ciepłe ślady bosych stóp na posadzce. Minęła go, podchodząc do lustra. Ledwie wyczuwalne sztywnienie ramion, gdy chciał ją objąć. Uwolniła się z uścisku miękkim przegięciem. Zaśmiała się, ale śmiech był płytki i zgasł natychmiast. Sięgnęła po kapelusz. Wygładzenie wstążki. Poprawienie róż upiętych wokół ronda. Szelest jedwabiu. Jasnoróżowe paznokcie. Wsunięcie pierścionka na palec serdeczny. Oglądanie wyciągniętej dłoni: malachitowe oczko w srebrze. Parasolka z czarną rączką rzucona na fotel. Skrzypnięcie otwieranej szafy. Błyśnięcie lustra w drzwiach. Jasny płaszcz. Włochaty materiał z perłowymi guzikami. Ciepło sukni znikającej pod płaszczem.

Dotknął palcami jej policzka. Przycisnęła twarz do dłoni, ale patrzyła gdzieś w bok. Przymknięte powieki. „Więc w niedzielę o czwartej w Langfuhr. Nie zapomnisz?” Głupie, śmieszne pytanie, przecież to on kupił bilety. „Tylko się nie spóźnij. I nie bierz bagażu. Ja wezmę wszystko”. Chcieli wsiąść do osobnych wagonów, tak było zabawniej. Potem, niczym nieznajomi jadący ze Stettin albo z Köslin, spotkaliby się w restauracyjnej salonce, gdzieś między Dirschau a Marienburgiem, na wielkim moście przerzuconym nad rzeką Weichsel, po którym jedzie się i jedzie, a w dole woda, ciemna od wirów.

Lecz gdy ona tak stała przy oknie, za którym błękitniało morze, już czekał na nią tamten biały statek z przystani 
w Neufahrwasser, już czekała na nią biała letnia suknia, parasolka, biała torebka… Chciała odwiedzić siostrę w Zoppot? Lecz dlaczego nie pojechała pociągiem, dlaczego właśnie musiała wsiąść na ten mały statek, którego pochylony komin wyglądał jak ścięta kolumna z greckiego marmuru ozdobiona literą „W”, znakiem kompanii przewozowej Westermannów? Siostra? Ta dziewczyna o ciemnorudych włosach i oczach jak dojrzałe winogrona? W czerwonej sukience? Czekała na molo w Glettkau? Widziała wszystko?

Wstał szybko z fotela. Przecież musi natychmiast jechać na Steffensweg, by o wszystkim jej opowiedzieć!

Jej?

Nagle zdał sobie sprawę, że chce o tym, co się zdarzyło w Glettkau, opowiedzieć tej, której już nie ma. Opowiadał jej zawsze o tym, co się zdarzyło ważnego i ciekawego w Danzig, Dirschau, Zoppot, a nawet w Marienwerder, więc teraz też chciał jej opowiedzieć…

Ocknął się. Boże…

Jak to mówił Retz? „Kiedy cierpimy, Bóg dotyka nas gołą ręką”? Biedny Retz… Cóż za filozoficzne pompatyczności plótł ten melancholijny młodzieniec o palcach tak zręcznych, że bez wahania można mu już powierzyć każdą, najtrudniejszą nawet operację. Dotknięcie Boga? Teraz Hanemann czuł tylko nagi ból, że jej już nie ma ani na Steffensweg, ani nigdzie…

Żadnej łzy. Tylko policzki napięte do bólu i ściśnięte gardło. Nie potrafił zrozumieć. Skąd ta kara? Lecz jeśli nawet on miał zostać dotknięty – dlaczego ona? Na ścianie obok lustra w brązowej ramce czernił się Krzyż w górach Caspara Davida Friedricha, ale koronkowy rysunek świerków, otaczających czarną figurę Boga, zamazał się nagle. Hanemann zamknął oczy. Poczuł, że wstrząsa nim płacz.

Wyrzucony

A w kilka dni później – jak opowiadała pani Stein – zjawiła się na Lessingstrasse 17 Anna, siostrzenica Hanemanna, piękna, wysoka, w sukni w białożółte kwiaty, w kapeluszu z dużym rondem, już na kamiennej ścieżce wołając: „To przecież niemożliwe, co one o tobie opowiadają… Już one zawsze wymyślą coś, co potem trzeba przez rok odkręcać!” Hanemann z uśmiechem podchodził do szeroko otwartych oszklonych drzwi werandy, brał ją pod rękę i prowadził do ciemnego salonu, w którym plamki słonecznego światła sypały się na podłogę złotą gonitwą, przesiane przez listowie wielkiej brzozy, rosnącej w kącie ogrodu.

Piękna Anna! Sadzał ją w wiklinowym fotelu twarzą do okna – lubił patrzeć, jak mrużyła oczy, gdy wypytywał o nowiny z miasta. A potem, kiedy słońce w ogrodzie nabierało ciepłej barwy późnego popołudnia i rozmowa przygasała, Anna długo przypatrywała mu się z uwagą: „Nie możesz o niej zapomnieć?…” Hanemann odwracał twarz, jakby jego policzka dotknął płomień. Anna nie spuszczała zeń oczu: „Przecież ten człowiek, którego z nią znaleziono, to mógł być ktoś zupełnie inny… Przestań o tym myśleć… A jeśli nawet coś się zdarzyło między nimi… przecież to nieważne… jej już nie ma…” Głaskał dłoń w nicianej rękawiczce prędkim ostrożnym ruchem, jakby to właśnie on chciał ją uspokoić, a nie ona jego: „Zostaw…” Przez chwilę milczała, ale gdy tylko ciszę w salonie napełniał szmer liści dolatujący z ogrodu, w jej oczach zapalały się kłujące ogniki: „Musisz wrócić do Instytutu, to nie ma sensu…”

Po co jednak Hanemann miałby tam wracać? Dom przy Lessingstrasse dawał wystarczające dochody – więc czemu nalegała? Wedle pani Stein, tylko powrót Hanemanna na Delbrück-Allee mógł rozproszyć złą aurę, która powoli zaczynała otaczać rodzinę. „Hanemann, Hanemann… – kręciła głową Anna. – Otrząśnij się wreszcie… Przyjdź do nas w niedzielę, porozmawiasz z matką… Tak dłużej nie można żyć…” Pewnie miała rację, on jednak mimo zaproszeń, które ponawiała, nie zachodził już na Steffensweg, do tego pięknego białego domu z czarnym pruskim belkowaniem, którego fasada ginęła wśród ciemnolistnych bluszczy, nie wspinał się po stromych schodkach na trawiasty taras, gdzie pod srebrnym świerkiem, za strumykiem spływającym tu z Lasu Gutenberga, siadywali dawniej przy okrągłym stole na żelaznych ogrodowych krzesłach.

„Ach, te panie z Dolnej Saksonii…” – wzdychał z ironią Franz Zimermann, gdy wiele lat później w jego małym mieszkaniu przy Vita Lilians Vag 65 w Sztokholmie powtarzałem mu to, co Mama usłyszała od pani Stein. „Ach, ten ciemny smutek Dolnej Saksonii, którego nie potrafi rozproszyć nawet słońce najpiękniejszych dni lata. Zawsze wszystko musi mieć barwę splątanych bluszczy, w których toną ogrody Bremy, wszystko musi skrzyć się tęsknotą rosy na świeżych liściach drzew w Worpswede, wszystko musi zanurzać się w cieniu bolesnych uczuć, które – choć maskowane – drążą dolnoniemieckie serce. Przecież pani Stein była z tamtych stron, zapominać o tym, to bujać na nietoperzych skrzydłach marzenia!

Bo Hanemann wcale nie rzucił Instytutu! Oczywiście, coś tam było między nim a tą Luizą Berger, lecz przecież nie egzagerujmy! On wcale nie zrezygnował, to oni go wyrzucili po tym, jak w gasthausie pod Karlsbergiem zbyt wiele mówił o rzeczach, o których należało milczeć. Pan zna sprawę Wiechmanna? W gasthausie pod Karlsbergiem, gdzie z okazji urodzin rektora Akademii Medycznej, profesora Hansa Ungera, spotkali się oficjele z Senatu, urzędów i Szkoły Technicznej, Hanemann pozwolił sobie na parę uwag na temat śpiewania pieśni masowych i maszerowania z pochodniami, co zabrzmiało nader niestosownie tu, w oliwskiej gospodzie, parę ulic od domu, przy którym tydzień wcześniej «nieznani sprawcy» wciągnęli do samochodu Hansa Wiechmanna, którego ciało – wyłowione po dwóch czy trzech dniach z kanału portowego w Elbing – trafiło na marmurowy stół w sali IX. Podobno, jak usłyszałem od paru osób – mówił dalej Zimermann – wśród gości w gasthausie pod Karlsbergiem był młodzieniec o pięknym aryjskim nazwisku Forster. Pewnie mówi coś panu to nazwisko?”

Więc Franz Zimermann z Zentrumpartei, siwowłosy mężczyzna o brązowawej cerze i przejrzystych piwnych oczach, który jeszcze w trzydziestym siódmym zdołał przez Königsberg i Kłajpedę przedostać się do Szwecji, Franz Zimermann, siedzący przede mną w skórzanym fotelu i mieszający kolumbijską kawę w niebieskiej filiżance, kręcił tylko głową nad dolnoniemiecką poetycznością pani Stein, powtarzając bez pośpiechu: „Cóż ona naopowiadała pańskiej matce…” – chociaż pani Stein już dawno nie było, tak jak nie było już Miasta. I tylko z ciemnych fotografii, które wisiały nad stolikiem ze szkła, przy którym piliśmy kawę, fotografii z atelier samego Ballerstaedta, płynęła ku nam miękka ciemność ulic biegnących ku Motławie, połysk drobnego bruku na Mariackiej i mleczne światło latarń na Szerokiej, które co wieczór zapalał Hans Lempke, sąsiad pana Zimermanna z Osieku, podjeżdżający do każdego słupa na starym rowerze „Urania”, by z drabinki sięgnąć płomykiem pod klosz.

Bo przecież on, Hanemann, już wtedy obracał się w wątpliwym towarzystwie! – pan Zimermann w swoim sztokholmskim mieszkaniu odstawiał niebieską filiżankę i sięgał po album z fotografiami. – Przecież on zachodził niejeden raz do tego niedobrego domu na Długim Pobrzeżu, gdzie spotykali się ludzie z „Danziger Volksstimme”. To było gdzieś niedaleko Krantor, parę kroków od sklepu Hermanna Kagana, obok miała sklep Valentine Reimann – pan Zimermann zamyślał się – a dalej, tuż za sklepem Kagana, Robert Süss sprzedawał chyba broń. Pod jakim numerem to było? Chyba pod dziewiątką, bo Kagan miał swój sklep pod dziesiątką. Nad sklepem Süssa matka Josta Hirschfelda wystawiła palmę w drewnianej doniczce, gołębie pokryły ją wkrótce białym lukrem. Ale co było nad sklepem Valentine Reimann? Żelazna barierka – to Franz Zimermann zapamiętał bardzo dobrze – a za barierką? Co to było? Coś białego, okrągłego, opartego o ścianę? U Cohna pod jedenastką żaluzje z listewek były zawsze opuszczone do połowy wielkiego półokrągłego okna, na czerwonym tynku żółte litery, ale co tam było napisane? I co Cohn wywieszał na małych tabliczkach? Ofertę sprzedaży? Tak niewielką? To na pewno było na Lange Brücke 11 – Franz Zimermann, który przechodził tamtędy wiele razy, prawie zawsze potykając się o płytę lekko wystającą z chodnika, zapamiętał nawet zapach bijący z małych okienek piwnicy sklepu korzennego. – Za sklepem Emila Białkowskiego, którego syn w trzydziestym piątym zawiesił nad drzwiami płótno z napisem: „Nasz Kochany Wodzu opiekuj się nami. Znamy obowiązek Polaka. Głosujmy wszyscy na listę 7”, pod numerem 22 miał sklep chyba drugi Cohn, złotawe litery „Cigarren”, wymalowane na wąskiej fasadzie, znikały co kilka chwil pod pofurkującą na wietrze ciężką markizą w granatowo-białe pasy.

Więc Hanemanna widziano tam parę razy – Franz Zimermann nie był pewien ile, ale na pewno twarz Hanemanna pojawiała się tam, na górze, w pokoju na piętrze, pod zieloną umbrą, gdzie na ścianach wisiały obrazy Emila Noldego i rysunki Oskara Kokoschki. Kto tam jeszcze bywał? – Heinsdorff? Erich Brost? Richard Teclav czy może Ernst Loops, którego później pobito tak dotkliwie, że został okaleczony na całe życie? To pewne, że nie bywał tam nikt z „Danziger Vorposten”, ale twarze, twarze tych, którzy przychodzili tam na Długie Pobrzeże, te twarze tonęły we mgle i tylko na moment wynurzały się z niepamięci, by ukazać swój jasny owal, podobny do widma na szklanej fotograficznej płytce.

Franz Zimermann przewracał kartki albumu.

Gustaw Petsch? Olbrzym w ciemnym surducie, w koszuli z zagiętymi rożkami kołnierzyka, we wzorzystym krawacie zawiązanym w gruby podłużny węzeł, wygolony gładko, starannie uczesany, przedziałek z lewej strony, wąsy czarne, ciężkie, o uniesionych końcach, kombatant, warczący na pętaków, którzy z bębnami wkraczali na Langer Markt od strony Hotelu du Nord, witani przez kobiety rzymskim gestem wyrzuconej w górę dłoni? Czy to nie z nim właśnie widywano Hanemanna w restauracji Schneidera?

Albert Posack? Czy to nie z nim widziano go w trzydziestym piątym na molo w Zoppot?

„A zresztą – Franz Zimermann pocierał otwartą dłonią tył głowy pokrytej srebrnym meszkiem – a zresztą może… Bo, wie pan, on trzymał się też z Rauschningiem. No, może to za mocne słowo «trzymał się», ale parę razy bywał w tym jego majątku w Warnowie (gdzie pewnie rozmawiali o muzyce, o kościelnych kapelach w Marienkirche…), a przecież Rauschning, pan pewnie wie, był już w trzydziestym drugim u Hitlera w Obersalzen. Co tam był! Miał poparcie Hitlera w wyborach do senatu Danzig i chociaż później się zmienił, w «Neues Tagebuch» zawsze o nim pisali niedobrze. Że on się wypiął na Greisera i Forstera tylko dlatego, że go chcieli odstawić na bok. Bo gdyby się wybił w partii, to by nigdy nie napisał tej swojej Die Revolution des Nihilismus. A jeszcze mniej Gespräche mit Hitler! Gdyby zrobił karierę, byłby z nimi!”

Ale pani Stein, nawet gdyby mogła usłyszeć te słowa, wypowiadane z ironią w małym sztokholmskim mieszkaniu, nawet gdyby dostała do rąk zbrązowiałe fotografie, które lustrzankami Leitzy robili ludzie Greisera każdemu, kto kręcił się koło domu pod numerem 21 przy Krantor, nawet gdyby na tych zdjęciach ujrzała Hanemanna w jasnym garniturze, idącego obok Alberta Posacka, najpewniej by tylko wzruszyła ramionami z wybaczającym politowaniem.

Bo przecież tamtego czerwcowego wieczoru, gdy z przyjaciółmi zaszła do gasthausu w Glettkau, gdy usiadła na tarasie otoczonym białą balustradą, przy której stały drzewka pomarańczowe, gdy spojrzała w głąb tarasu, zobaczyła tam, na tarasie, gdzie paliła się lampka z herbacianym abażurem, jak Hanemann całował dłonie Luizy Berger i z jakim oddaniem Luiza odwzajemniała te dotknięcia. Każdy, kto by widział tych dwoje wtedy, na tarasie gasthausu w Glettkau, gdy w szybach restauracji połyskiwało wieczorne morze, a fale szumiały za wydmami porośniętymi rokitnikiem, każdy, kto by to widział, nie miałby żadnych wątpliwości, dlaczego czternastego sierpnia stało się to, co się stało.

Pani Stein przymykała oczy. Ciemne sylwetki – czarny profil mężczyzny i czarny profil kobiety na srebrnym tle migoczącego morza – ten obraz, który – mogłaby przysiąc – ujrzała tamtego czerwcowego wieczoru w gasthausie w Glettkau, miał w sobie słodką moc, od której miękło nie tylko jej serce, lecz przecież serce każdego. I kiedy myśli pani Stein powracały do tamtego wieczoru, przeszłość umarłego miasta stawała się podobna do młodziutkiej narzeczonej, która o zmierzchu, z rumieńcem wstydu, w pościeli pachnącej różami, po raz pierwszy odsłania swoją nagość przed stęsknionym kochankiem.

Rzeczy

O sprawie Hanemanna mówiono na Langer Markt, w biurach Hersena, na Wyspie Spichrzów, u Kauffmanna na Długim Pobrzeżu, ale tak naprawdę miasto nie chciało o tym słyszeć, zajęte inną pracą, innym czuwaniem. W szufladach, szafach i kredensach, na dnie skrzyń, kufrów i blaszanych pudełek, w schowkach i na strychach, na półkach i na etażerkach, w piwniczkach, w spiżarniach, na stołach i na parapetach rzeczy trzymane na wszelki wypadek i rzeczy używane z codzienną zaciekłością do szycia, przybijania, krojenia, polerowania, przecinania, obierania i pisania, wszystkie te rzeczy czułe i szydercze, płynące w nieruchomej arce miasta razem z panią Stein, Hanemannem, panią Walmann, Anną, panem Kohlem, Alfredem Rotke, Stellą, Albertem Forsterem, panem Zimermannem, Albertem Posackiem, Hansem Wiechmannem, Greiserem, panią Bierenstein, Emilem Białkowskim, małżeństwem Schultzów, profesorem Ungerem, asystentem Retzem, Hermannem Rauschningiem, panem Lempke, Hildą Wirth, wszystkie te rzeczy szykowały się już do drogi.

Już teraz, w ciszy napełniającej miasto, odbywał się ostateczny sąd – zajmowanie dogodnych miejsc, miękkie podsuwanie się pod dłoń, by być zawsze na widoku i zdążyć na czas. Rzeczy, bez których nie można żyć, oddzielały się od tych, które pójdą na zatracenie.

Białe zastawy w kształcie łabędzi i pelikanów, czułe cukiernice ze srebra w kształcie dzikich kaczek z turkusowym oczkiem, łódeczki na konfiturę gruszkową – wszystkie te kształty przestraszone swoją formą wymyślną i nieporęczną marzyły o surowej płaszczyźnie blach, łatwych do wsunięcia pod podłogę albo między belki stodół i opuszczonych młynów. Jeszcze się pyszniły migotem blasków na niedzielnych obrusach w mieszkaniach przy Breitgasse, Frauengasse, Jäschkentaler Weg, jeszcze żartobliwie pobrzękiwały w spotkaniu ze srebrną łyżeczką, a już na dnie, niczym ciemną śniedź, snuły pewność, że są małymi sarkofagami. Liselotte Peltz filcową szmatką polerowała grzbiet garnuszka do kawy, który nocą śnił, że jest naczyniem śmierci. Lichtarze i odblaśnice przykute wysoko na ścianie w Dworze Artusa udawały radość lśnienia, jeszcze puszyły się iglicami świec, ale już w ich karbunkułowych złoceniach kryła się żarliwa pewność, że kiedy nadejdzie czas, stopią się w ogniu w grube sople stygnącej miedzi. Siedmioramienne świeczniki z synagogi przy Karrenwall, drżąc płomykami w godzinę szabasu, już pochylały się swoim srebrnym połyskiem w stronę Erfurtu, by ozdobić szlachetnym metalem paradną szablę sturmbannführera Greutze. Któż z nas w letnie popołudnia, pełne słońca, krzyku mew i skwiru jaskółek, pomyślałby, że złote zęby Anny Janowskiej z Brösener Weg 63 stopią się w wielką kilogramową bryłę złota z obrączkami kobiet z Theresinstadtu i monetami Żydów z Salonik?

Szafy u Mitznerów, Jabłonowskich, Hasenvellerów pełne bielizny ułożonej na półkach niczym bezpieczne warstwy miocenu, dębowe łóżka z rzeźbionym oparciem u Greutzów, Schultzów, Rostkowskich, stoły u Kleinów, Goldsteinów, Rosenkranzów, drzemiące pod osłoną kap szydełkowanych w gwiaździsty wzór, cegły murów na Podwalu, sztukaterie w sieniach na Hundegasse, żelazne kraty na Jopengasse, portale ze złoceniami na Langer Markt, granitowe kule przedproży na Frauengasse, miedziane rynny, ramy okienne, futryny drzwi, posągi, dachówki – wszystko to płynęło w ogień, lżejsze niż puch dmuchawca.

W pokoju na parterze przy Ahornweg 14 siostrzenica pani Stein uważnie rozkładała na desce do prasowania swoją nową sukienkę z westfalskiego płótna, którą dostała od ciotki w dniu urodzin, nabierała do ust wody z filiżanki malowanej w jarzębinowe listki, wydymając wargi prószyła kropelkami na białe płótno, potem poślinionym palcem sprawdzała, czy żelazko nie jest za gorące, lecz gdy – uspokojona, że materiał nie ściemniał brązowym śladem – zaczynała płynnie prowadzić żelazko po parującej bieli, każdy splot cieniutkiego płótna haftowanego w mereżkowy wzór rwał się już ku płomieniom, które miały siwym popiołem zgasić świeżość marszczeń i koronek.

Wachlarz podobny do białego liścia z purpurowym obrzeżem, piękny wachlarz pani Kohl spleciony z japońskiego sitowia, żarzył się już w palcach, gdy pani Kohl oparta o framugę okna przy Breitgasse 8, w zamyśleniu patrząc na dom Reimitzów po drugiej stronie ulicy, chłodziła ramiona kołyszącymi powiewami. Wieczne pióro pana Kohla, leżące na blacie stołu w głębi salonu, pióro ze złotą nakrętką, na której świecił malutki napis „Dresden”, swoją lśniącą nieruchomością udawało spokój, ale i ono płynęło w gniazdo żaru razem ze złoconym lustrem, mahoniową szafą i bordowymi portierami. A przecież ile jeszcze miało do napisania! W kałamarzu z żółtego jaspisu wzbierały całe morza słów, gdy wieczorami na błękitnym papierze ze znakiem wodnym kotwicy pan Kohl pisał do ukochanej córki, Heidi, która w weimarskim gimnazjum czekała niecierpliwie na każdy list ze znaczkiem „Freie Stadt Danzig”, płonącym na liliowej kopercie lakową czerwienią.

Günter Schultz biegł do szkoły po bruku ułożonym w rybią łuskę, Bierensteinowie idąc do teatru potykali się o szyny tramwaju jadącego przez Langer Markt, syn pani Peltz cienkim pędzelkiem malował na wystawowej szybie kawiarni przy Breitgasse 13 złoty napis „Caffe”, lecz szkło drwiło z każdego ruchu jego ręki szyderczymi odbłyskami słońca, bo wiedziało już, że gdy nadejdzie czas, przeźroczysta tafla rozpryśnie się w tysiące iskier niczym kruchy lód.

Tylko przedmioty drobne i łatwe do chwycenia w chwili ucieczki nabierały wzgardliwej pewności siebie. Pędzel do golenia, brzytwa w skórzanej pochewce, ałun, okrągłe mydło, pudełko blaszane z proszkiem do zębów „Vera”, butelka wody kolońskiej Amielsa. Puszyste ręczniki, trudne do zwinięcia, wstydliwie gasły w kącie łazienek, ich miejsce zajmowała chłodna uroda płóciennych płacht, które łatwo się darło na długie pasma dobre do tamowania krwi.

Zielony płaszcz z grubej wełny, zapomniany na dnie szafy w dużym pokoju przy Hundegasse 12, złożony we czworo, niemodny, pogardzany płaszcz, przed którego włożeniem Anneliese Leimann wzbraniała się tyle razy, bo ją postarzał, budził się już w swoim schowku, obiecując ocalenie w chwili, gdy w wyważonych drzwiach do mieszkania staną mężczyźni w mundurach ciemnych od kurzu i sadzy. Lecz jeszcze nikt z nas nie mówił: „Anneliese, nie marudź, dobrze jest mieć taki płaszcz, z takimi plamami nafty, zbyt szeroki w ramionach, zbyt długi, brudny, stary płaszcz, w którym wyglądasz paskudnie, który dodaje ci z dziesięć lat, a może i więcej. Głowa do góry, Anneliese, nie marudź, ten płaszcz czuwa nad tobą, troszczy się o ciebie, a ty – niewdzięczna – pragniesz jego pohańbienia na stosie szmat w furgonie Johanna Lietza, który czasem zajeżdża na Hundegasse 12 po to, by zabrać stare ubrania dla firmy papierniczej w Marienwerder. Jak możesz, Anneliese!”

Prawdziwy spokój zachowywały tylko monety z grubego złota, obrączki, pierścionki, łańcuszki, krzyżyki, złote dolarówki, rublowe świnki, polskie srebrnozłotówki, gdańskie guldeny, medale wybite przez miasto z okazji wizyt królów. Wiedziały, że ocali je kołnierz, w którym zostaną zaszyte, że owinięte w watę (by nie brzęknęły, w chwili gdy zbliży się śmierć) prześpią setki kilometrów w wydrążonym obcasie. Bambusowa laska pana Rotke drzemała w stojaku koło drzwi przy Jopengasse 4, pewna, że, gdy nadejdzie chwila, utoną w niej ruloniki monet, przybite pakułowym stemplem.

Kuchenne noże, obojętne na wszystko, z pustą rezygnacją postukiwały na dębowych stolnicach. Te o szpiczastych końcach czekała przyszłość niepewna (kto je miał przy sobie, był bliżej śmierci), te o końcach zaokrąglonych, którymi nie można było zadać ciosu, miały przed sobą długie lata rozmów z warzywami. Głuchym snem na dnie szuflad spały blaszane łyżki i widelce, gotowe bez sprzeciwu maszerować wiele mroźnych dni i nocy w byle cholewie. Blaszane talerze, przez lata spychane w kąt kuchni, skrzeczącym brzękiem drwiły sobie w zlewie u Mertenbachów na Breitgasse 29 
z miśnieńskiej porcelany, która zza kryształowych szybek kredensu odpowiadała na zniewagę pogardliwym lśnieniem kobaltu i złota.

Słońce, które co rano wynurzało się z morza za półwyspem i co wieczór osuwało się – wyczerpane do cna upływem światła – za morenowe wzgórza, za Karlsberg, za wieże Katedry, było tylko słońcem, niczym więcej, choć na obrazie Memlinga, na którym archanioł Michał oddzielał ocalonych od przeznaczonych na zatracenie, paliły się już jasne obłoki. Któż z nas czuł, że miasto wolno podąża w stronę blasku, w stronę skwierczącego ognia, w stronę dymu płonącej smoły, w stronę pyłu pokruszonej cegły, w stronę okruchów strzaskanego kamienia, zwęglonego płótna, spalonego jedwabiu, porwanego papieru, pękającego drewna, rozsypującego się marmuru, topniejącej miedzi. Pani Bierenstein brała w palce błękitny bilet do Teatru Miejskiego, by sprawdzić, jaki ma numer miejsca, pan Kohl naciągał na dłonie miękkie rękawiczki z żółtego zamszu i wychodząc z domu poprawiał spinki przy mankietach, Günter Henecke przeglądał zawartość pugilaresu, w którym połyskiwały fotografie pięknych statystek z przedstawienia Lohengrina, służąca Alberta Forstera polerowała niebieską kredą naczynia z ciemnego srebra, Hanemann układał książki na dolnej półce szafy z kryształowymi szybkami, Alfred Rotke z westchnieniem ulgi spalał weksle nad płomykiem zapalniczki z herbem Berlina, Martin Retz składał swój podpis na formularzu policyjnym, zaś w niedzielę, około trzeciej, piaszczystą ścieżką wypłukaną przez deszcze, córki Walmannów, Ewa i Maria, w białych sukniach z koronką, machając zwiniętymi parasolkami i przytrzymując na głowach kapelusze, które przechylał słony wiatr od zatoki, wspinały się z matką na trawiaste stoki Bischofsbergu, by zobaczyć miasto.

A miasto rozpościerało się w dole, ciemnobrązowe, strzelające odblaskami z otwieranych okien, snujące wiotką pajęczynę dymów nad wysokimi kominami z poczerniałej cegły. Kafar firmy Lehra z Dresden powoli posapywał w głębi wykopu dawnej fosy, nad Bramą Wyżynną przelatywało stadko gołębi, a kiedy przysłoniwszy oczy wpatrywaliśmy się w daleki horyzont poprzecinany wieżami św. Katarzyny, małego i dużego Rathausu, kopułą synagogi i zębatym konturem św. Trójcy, widzieliśmy za mgiełką ciemną smugę morza, ciągnącą się od mierzei do urwisk Orłowa, i wiedzieliśmy, że miasto stać będzie wiecznie.

Flanele, płótna, jedwab

„Pani Walmann! – Liselotte Peltz, drobna, krucha, w różowym turbanie związanym nad czołem, wołała niespokojnie pod oknem. – Co należy wziąć ze sobą, czy mówili, co należy wziąć ze sobą?” Jej radio już od kilku dni stało na etażerce jak głuchy ebonitowy sarkofag obok suchych astrów wetkniętych do niebieskiego flakonu i fotografii męża w mundurze Luftwaffe. A Elsa Walmann odpowiadała zza uchylonego okna: „Tylko to, co niezbędne, pani Peltz, tylko to, nic więcej, niech pani nie bierze rzeczy niepotrzebnych” – i widząc, że pani Peltz zawraca ku drzwiom przy Lessingstrasse 14, gdzie oprócz niej mieszkali Schultzowie i Bierensteinowie, wchodziła do pokoju stołowego. Przy oknie pan Walmann dociskał kolanem walizę ze świńskiej skóry, z której wysuwały się rękawy flanelowych koszul. Na otomanie wyszywanej w chińskie wzory leżały jedwabne bluzki z koronkami, swetry z tyrolskim ornamentem i grube podkolanówki z białej owczej wełny. „Przecież tak nie można” – wzdychała pani Walmann, lecz nie było wiadomo, czy ma na myśli bezskuteczną walkę męża z żółtą walizą, czy raczej nieporządek w pokoju, gdzie zwykle przyjmowała gości przy stole z ciemnego orzecha, na którym zawsze stał kryształowy wazon z bladoczerwoną różą z bibułki.

Za oknem, po drugiej stronie jezdni, szli Hardenbergowie z małym Erwinem, potem zza drzew wypadł na niebo czarny cień, przywarli do ziemi tuż pod ogrodzeniem z żelaznych prętów, wózek z czerwoną kołdrą okręconą sznurkiem przewrócił się w śnieg, cień z łoskotem przeleciał nad dachami w stronę Zoppot, dalekie odgłosy wybuchów były stłumione, jakby ktoś ręką w miękkiej rękawicy uderzał w wielki pusty słój, podbiegli znów do wózka i gdy pan Hardenberg zarzucił na ramię parcianą taśmę, przytwierdzoną do podwozia, mocną, szeroką taśmę, którą dostał wczoraj od stryja Kolwitza, ze stolarni, Erwin podparł chwiejący się pakunek. Ruszyli powoli w stronę Kronprinzenallee.

Odwróciła się od okna.

Pan Walmann obwiązywał walizkę paskiem: „Zobacz, co z Hanemannem”. Gdy otworzyła drzwi na piętrze, Hanemann kiwnął tylko głową. Nie było już zbyt wiele czasu. Syn Bierensteinów, który rano zaszedł na chwilę do matki, mówił, że Rosjanie są prawie pod dawną polską granicą i pewnie ruszą wzdłuż morza na Zoppot, grupy Volkssturmu cofnęły się w stronę Langfuhr ze skraju Lasu Gutenberga, Müggau i Pietzkendorf, całe szczęście, że Adolf Hitlerstrasse jest jeszcze przejezdna, można pójść Kronprinzenallee wzdłuż torów tramwajowych, potem na wiadukt nad bocznicą i prosto Ostseestrasse do Neufahrwasser, przy falochronie są transportowce z Wilhelmshaven, może uda się wejść na pokład…

Pani Walmann słuchała tego wszystkiego ze spokojem, chociaż młody Axer Bierenstein miał na mundurze plamy wapna i patrzył na matkę z lękiem. Szyby w oknach, które – wbrew służącej – tyle razy myła własnymi rękami, drżały echem wybuchów i już nie było wiadomo, w której stronie miasta nasila się natarczywe grzechotanie – czy w okolicach Schidlitz, czy bliżej – i dlaczego co jakiś czas przez mętne dudnienie powietrza przedziera się ciężki łoskot salwy (Axer mówił, że to chyba „Prinz Eugen”, osłaniający Gotenhafen, ostrzeliwuje wzgórza z zatoki). Co parę minut, zupełnie nisko, tuż nad wielką brzozą przelatywały – po trzy, po sześć – samoloty z białymi numerami na kadłubie, ludzie idący 
w stronę Kronprinzenallee chowali się wtedy za pnie drzew i ceglane słupy ogrodzenia, ale strzały – długie serie z broni pokładowej – trzaskały gdzieś dalej, chyba za Osową, tam, gdzie dudnienie zdawało się rosnąć najszybciej, choć na niebie – kiedy się spojrzało w stronę Katedry – nie było widać dymu, tylko czasem nad parkiem wzlatywały ledwie widoczne w słońcu zielone flary wystrzeliwane z okolic pętli.

Więc pani Walmann patrzyła na wszystko ze spokojem (chociaż serce jej zamierało przy każdym wybuchu), bo przecież wiedziała, że dzięki bratu (Franz Erhardt pracował przez rok w biurze Senatu) dostaną na pewno „białą kartę” na transportowiec „Friedrich Bernhoff”. Muszą być w Neufahrwasser najpóźniej koło szóstej…

„Panie Hanemann – mówiła z ręką na klamce – niech się pan pośpieszy. I niech pan weźmie ten ciepły płaszcz, wie pan, ten z barankowym kołnierzem, dobrze panu radzę”. Hanemann na moment podnosił głowę znad otwartego nesesera, w którym obok butelki wody kolońskiej, bandaży, grubego swetra z golfem i ręcznika leżała mała paczka zawinięta w woskowany papier: „Niech pani już idzie na dół, dzieci się niepokoją”.

Ach, dzieci! Ileż to razy prosiła, by nie wychodziły przed dom. Jak jednak mogła upilnować te dwie niespokojne dziewczynki w mysich płaszczykach, które goniąc się po schodach w sieni, co kilka chwil wybiegały do ogrodu, a potem wracały zgrzane, z białym obłoczkiem wokół twarzy: „Mutti, nam jest gorąco”. „Ale! – odpowiadała ze zniecierpliwieniem. – To po co biegacie, macie siedzieć na dole, w pralni, możecie przecież bawić się wełną. Albo lepiej pozamiatajcie korytarz”. Lecz one nie chciały o tym słyszeć. Wciąż podbiegały do ogrodzenia z prętów i wołały do dzieci idących obok wózków zapchanych pościelą: „Gerda, Fritz, już idziecie?”, po czym dodawały z dumą: „My też zaraz pójdziemy” – i kręciły się po podwórku, rzucając śnieżkami w burego kota pani Peltz, który nie zamierzał zejść z daszku werandy i tylko łapą strącał białe kule z ośnieżonej spadzizny na ścieżkę.

Śmiech Marii i Ewy… Nawet wezwania ojca nie mogły zapędzić dziewczynek pod dach. Gdy samolot z białymi cyframi na kadłubie przelatywał nad domem, niemal zahaczając brzuchem o szczyt ogromnej brzozy rosnącej w kącie podwórza, a ludzie na ulicy przywierali w śmiesznych pozach do ścian, by ukryć się pod kamiennymi gzymsami, Maria i Ewa przerywały tylko na moment zabawę za szpalerem tui i z zadartą głową patrzyły na ciemny kształt znikający za dachami, bo jak długo można się bać, a samoloty przecież nikomu nie robiły nic złego. „Wracajcie natychmiast!” – wołała, gdy tylko umilkł jazgot przelatującej maszyny, ale one – czując w jej głosie, coś dziwnie miękkiego – udawały, że nie słyszą i tylko, przyczajone za kolczastymi gałęziami, śmiały się bezgłośnie z kawału zrobionego Mutti. „Ach – kręciła głową – może lepiej zamknąć je w drugim pokoju?” Ale zaraz pojmowała, że chce zrobić głupstwo, bo przecież wszystkie drzwi muszą być dziś otwarte, tak by każdy – jeśli coś się stanie – mógł natychmiast wybiec na podwórze. „Mutti, my się zgrzałyśmy. Może zdejmiemy płaszcze” – wołały dziewczynki spod ogrodzenia. „Ani mi się ważcie! Wracajcie do domu!” – odpowiadała zza szyby, bo kazała im dziś włożyć swetry z owczej wełny, letnie płaszczyki z niebieskiej gabardyny, a na to wszystko zimowe płaszcze z króliczym futerkiem na kołnierzu. Morska mgła, szczególnie teraz, jest przecież – mówił Franz – bardzo groźna, wystarczy tylko stracić ciepło… Więc ta wełna, gabardyna i sukno mysiego koloru… Gorzej było z butami, nawet te na futerku, w których dziewczynki teraz biegały po ogrodzie, nie były dobre na dłuższą drogę, a botki z żółtej skórki z zatrzaskami, wyklejone grubym filcem, sięgające nad kostkę, zostały u szewca Biersta – gdzież ich teraz szukać? – bo przecież ciężarówkę Volkssturmu, którą Bierst wczoraj jechał z synem, na zakręcie Friedrich-Allee trafił pocisk moździerza i potem wszyscy na Lessingstrasse mówili o tym, co się stało.

Uspokoiła się trochę, gdy dziewczynki przyczaiły się w korytarzu szepcząc coś i chichocząc. Chciała teraz być sama, nadeszło to najgorsze, drażniła ją nawet obecność Alfreda. Więc tylko powiedziała cicho: „Może przeniesiesz się do kuchni?” Wyszedł z otwartą tekturową walizką, ostrożnie zamykając za sobą drzwi.

Stanęła pośrodku pokoju przed szafą z lustrem, którą parę dni po ślubie kupili w składzie Müllera na Breitgasse, i na widok swojej poszarzałej twarzy prędkim ruchem otworzyła wszystkie troje drzwi. Odbicie z błyskiem znikło pod orzechową ramą.

W szafie, po lewej, na półkach z ciemnego drzewa, leżały białe i błękitne ręczniki, niżej prześcieradła i poszwy, jeszcze niżej złożone w kostkę bluzki z płótna, kretonu i bawełny równiutkimi warstwami ciasno wypełniały wnętrze pachnące krochmalem i suchym drewnem. A w kącie pokoju, na podłodze pod oknem, czekała już rozpostarta czerwona poszwa z mocnego drobnoziarnistego materiału, podwójna, z blaszanymi guzikami obciągniętymi płótnem, wielka czerwona poszwa, do której należało teraz włożyć to, co najpotrzebniejsze, a potem cztery rogi związać w węzeł. Pani Walmann z uciskiem w piersiach zanurzyła dłoń między chłodne białe płótna, kruche kwieciste kretony, miękkie flanele, luźne bawełny, odnajdując pod palcami delikatne różnice, których dotąd nie wyczuwała, bo teraz, kiedy tak przyklękła przed najniższą półką, zdawało się jej, że nawet z zamkniętymi oczami po rodzaju miękkości, po ziarnistości splotów, po gładkości nitek, potrafi nieomylnie rozpoznać, która bluzka należy do Ewy, a która do Marii, które prześcieradła są z ich małżeńskiego łóżka, a które z łóżek dziewczynek. Unosząc palcami sztywne, wykrochmalone brzegi, wsuwała rękę aż po przegub między prześcieradła i wtedy, na uniesionej krawędzi białego materiału, w rogu, ukazywał się, wyszyty jeszcze przez babkę Annę, rodzinny monogram Walmannów: duże „W”, podobne do śladu kurzej łapki umoczonej w fioletowym atramencie.

A wszystko pachniało suchym jodłowym drewnem, bo szafa, choć wyglądała na orzechową, orzechową wcale nie była, jej ściany zostały tylko oklejone orzechowym fornirem o żółtobrązowych słojach w Brombergu, w warsztacie Johanna Kneippa (czarna nazwa firmy widniała na wewnętrznej stronie drzwi). Prześcieradła pachniały tą łagodną, suchą jodłową wonią, i pani Walmann, z trudem powstrzymując łzy, pogłaskała uginające się pod dłonią płótno, trochę już sprane, na brzegach w kilku miejscach strzępiące się włochatymi niteczkami.

Ale teraz nie było już czasu na poprawianie ułożenia poszewek, wygładzanie dłonią nakrochmalonych prześcieradeł, teraz trzeba było z tych równiutkich spiętrzeń wyciągnąć to, co najpotrzebniejsze, i rzucić na czerwoną poszwę rozpostartą pod oknem. A palce, sunące po krawędziach poszew i bluzek, wciąż się wahały… Więc pani Walmann, aby odwlec jeszcze na moment tę straszną chwilę, sięgnęła do drugiej części szafy, tam, gdzie na drewnianych wieszakach z drucianym haczykiem wisiały jej sukienki i płaszcze oraz płaszcze i garnitury męża. „Brać tylko to, co najpotrzebniejsze…” Pewnie, wiedziała, że tak być musi. Co jednak zrobią, jeśli w Hamburgu, tam, gdzie stoi dom ciotki Heidi i wuja Siegfrieda, u których mieli się zatrzymać w drodze do Hanoweru, zastaną tylko zasypane śniegiem gruzy? (bo przecież Hamburg też był bombardowany). Alfred powinien założyć swój pocztowy, długi płaszcz z metalowymi guzikami, wiadomo, w mundurze zawsze łatwiej. Ale ona? Sięgnęła po swój bordowy płaszcz z rudym futerkiem na kołnierzu, ten, który kupili u Hartmanna na Langgasse, sięgnęła po ten płaszcz, chociaż ten drugi, granatowy z perłowymi guzikami, który wisiał obok, był znacznie cieplejszy, ale ten granatowy wyglądał dużo gorzej. Lecz naraz pomyślała z przerażeniem o czołgach, które podeszły już pod Dirschau, o tym, co tamci robią z kobietami, więc prędko sięgnęła po najstarsze brudnoszare palto, to po babce Henrietcie, zniszczone i za luźne palto z grubego sukna, które przez lata trzymali na dnie szafy – tak, to wytarte palto z pocerowanymi rękawami, takie, jakich nikt już od dawna nie nosi, będzie najlepsze… Wstrząsnęła głową: „Boże, co ja robię? Po co ten strach! Przecież już dziś wieczór będziemy daleko od Danzig, na morzu, Franz mówił, że do Hamburga jest tylko parę dni…”

Mocnym szarpnięciem wyciągnęła spod prześcieradeł koszulę Marii z ciepłej flaneli i rzuciła na czerwoną płachtę.

Trzciny