Gringo. Gwiazda, która nie spadła - Szymon Banaszczyk - ebook + książka

Gringo. Gwiazda, która nie spadła ebook

Szymon Banaszczyk

0,0

Opis

Powieść kryminalna (i psychologiczna) dla młodszych czytelników. Gringo. Gwiazda, która nie spadła Szymona Banaszczyka to tylko pozornie psi kryminał. Główny bohater powieści, biały owczarek szwajcarski, ma poważny problem. I wcale nie chodzi o szkołę, ani o zmaganie się z ADHD. Gringo zostaje niesłusznie oskarżony o kradzież kasetki z pieniędzmi. Na szczęście może liczyć na oddanych przyjaciół z psiej grupy wsparcia, którzy pomogą mu oczyścić się z zarzutów. Czy wspólnie uda im się rozwiązać zagadkę?

Gringo to przede wszystkim ciepła opowieść o przyjaźni, lojalności i o tym, że rozmowa jest zawsze lepsza niż pochopne ocenianie innych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 89

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Szymon Banaszczyk

Gringo

Gwiazda, która nie spadła

Dla wszystkich dzieci, które spotkałem na swojej drodze - bądźcie tacy, jacy jesteście i odnajdujcie w świecie istoty, przy których możecie być sobą bez strachu.

Sulejówek, 2026

Copyright © 2025 by Szymon BanaszczykCopyright © 2025 by CentryfugaCopyright © 2025 for the illustrations by Patrycja BryszewskaCopyright © 2025 for the cover by Barbara Boroń-Rak

Wszelkie prawa zastrzeżoneAll rights reserved.

Redakcja i korekta: Igor BanaszczykPrzygotowanie ebooka: Igor BanaszczykOkładka: Barbara Boroń-RakIlustracje: Patrycja Bryszewska

Wydawca: Centryfugaul. Spacerowa 10, 05-071 Sulejó[email protected]

ISBN: 978-83-977694-4-1

Druk: Abedik Sp. z o.o.Printed in Poland EU

Rozdział 1

Zaczęło się od kasetki

Nie mam pojęcia, jak się to wszystko zaczęło, ale prawdopodobnie nie od tej kasetki. Kasetka była tylko pretekstem. Takim jak wtedy, kiedy mama mówi, że się złości o brudne łapy na poduszce, a tak naprawdę chodzi o coś zupełnie innego. O coś, co wisi w powietrzu i nie da się tego dotknąć, ale wszyscy to czują.

W każdym razie, oficjalnie chodziło o kasetkę na składki klasowe. Zniknęła z szuflady pani Jamnikowej, która zawsze miała minę, jakby ktoś właśnie nadepnął jej na ogon. Nie będę ukrywał – kasetka zniknęła, a ja zostałem podejrzanym numer jeden.

Tylko że nikt nie widział momentu, w którym to się stało.

Przed lekcją sala była otwarta. Trwała przerwa i działo się wszystko naraz. Jedne pieski biegały po korytarzu, inne wracały po zapomniane zeszyty albo piórniki. Ktoś zajrzał na chwilę, żeby zapytać, czy dziś jest kartkówka, ktoś inny wpadł zziajany, bo się spóźnił. Zwykły szkolny chaos. Ja też tam byłem. Jak wszyscy.

Dopiero kiedy usiedliśmy w ławkach, pani Jamnikowa zaczęła lekcję. Sprawdziła listę obecności, a potem otworzyła szufladę w biurku. Wtedy okazało się, że kasetki nie ma.

– Gringo – powiedziała, zerkając na mnie przez okulary, które zawsze trochę jej spadały, jakby miały dość jej wzroku – czy wiesz coś o tej kasetce?

Odpowiedziałem, że nie wiem.

Powiedziałem to normalnie. Bez tupania, bez krzyków. Nawet ogonem nie machnąłem. I wiecie co? Nikt mi nie uwierzył. No, może oprócz rodziców. Mama wierzy mi nawet wtedy, kiedy mówię, że nie zjadłem jej ostatniego kawałka kurczaka w sosie orzechowym, mimo że mam go jeszcze na nosie. Tata natomiast, kiedy zapewniam, że kanapa zaczęła się sama drapać, tylko pyta, czy już jej przeszło — i czy przypadkiem nie potrzebuje spaceru. Fajni są ci moi rodzice.

Wracając do sprawy. Wtedy po raz pierwszy poczułem, że można nie zrobić nic złego i czuć się winnym. Bo kiedy wszyscy patrzą tak, jakbyś coś ukrywał, w końcu zaczynasz się zastanawiać, czy przypadkiem naprawdę czegoś nie zrobiłeś. Albo przynajmniej — czy nie jesteś kimś, kto mógłby to zrobić.

Uwierzcie mi, ludziom czasem się wydaje, że bycie pieskiem to szczyt marzeń. Że nic nie trzeba robić, tylko się objadać, bawić i załatwiać swoje sprawy w kółko. Oczywiście robimy te rzeczy, ale to nie wszystko. No ale gdzie moje maniery! Hau hau. Jestem Gringo, Biały Owczarek Szwajcarski, i chcę wam opowiedzieć moją historię.

Odkąd pamiętam, rozpierała mnie energia. Biegałem, hasałem, szczekałem. Po godzinie koledzy zmęczeni wracali do domu, potem przychodzili kolejni i z nimi też dokazywałem. Ale po następnej godzinie i oni odpuszczali. Wtedy wracałem do domu, tam jednak wcale nie było spokojniej, bo energia rozsadzała mnie od środka.

Nigdy nie chciałem robić nic złego. Najgorzej było wtedy, kiedy ktoś mi czegoś zabraniał. Potrafiłem godzinami popiskiwać, a czasami nawet całkiem głośno szczekać. A gdzie jest najwięcej zakazów? Oczywiście w szkole.

Ja naprawdę lubię szkołę, ale siedzieć spokojnie czterdzieści pięć minut, i to jeszcze z brązowym pudlem, który zajmuje ponad połowę ławki? O nie! To zdecydowanie przekracza moje możliwości. Wyciągałem łapy, nudziło mi się, szczekałem, a czasem, przyznaję, nawet podgryzałem. W końcu pani zaczęła wzywać rodziców. Raz, trzeci, dziesiąty.

Po lekcji pani Jamnikowa poprosiła mnie, żebym został.

– Nie umiesz siedzieć grzecznie jak inne pieski? – zapytała.

– Nie – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

– To bardzo niedobrze. Przysparzasz kłopotów rodzicom.

Spuściłem głowę i nic nie powiedziałem. Miałem ochotę podbiec i ugryźć panią Jamnikową w nochal, tak bardzo mnie rozsadzała złość. A jednocześnie czułem się winny, chociaż nie bardzo wiedziałem, za co.

– Gringo, w takich sytuacjach należy przeprosić.

Byłem już tak zmęczony, że dałem za wygraną.

– Przepraszam.

– Za co? – zapytała.

Nie wiedziałem. I to było za dużo. Wybuchnąłem płaczem i wybiegłem z sali.

Na korytarzu czekali moi rodzice. Musieli zostać wezwani wcześniej. Wtuliłem się w mamę i rozpłakałem się na dobre. Za plecami usłyszałem głos pani Jamnikowej, która mówiła o metodach wychowania, o przeszkadzaniu na lekcjach i o tym, że zaginęła kasetka z pieniędzmi.

– To nieprawda! – pisnąłem.

– Nie przerywaj, jak rozmawiają dorośli!

Dopiero wtedy zauważyłem, że wokół stoją inni uczniowie. Poczułem wstyd, a zaraz potem złość.

– To nieprawda – powiedziałem – ja nie ukradłem tej kasetki.

– Klasa – przerwała mi – czy ktoś się przyznaje?

Nikt się nie odezwał. Parma próbowała się do mnie uśmiechnąć. Nordi nerwowo mrugał powieką. To-shiba patrzyła na mnie tak, jakby myślała: „Nie złapałam cię za łapę, ale nie jestem pewna”. Reszta stała w milczeniu.

Mama powiedziała, że to niczego nie przesądza, zabrała mnie do domu i wyszliśmy.

Drogę do samochodu przeszliśmy w ciszy. W domu mama zrobiła kakao. Długo rozmawialiśmy. Na koniec oznajmiłem, że nigdy więcej nie wrócę do tej szkoły. Mama odpowiedziała, że „nigdy” może potrwać do końca tygodnia.

Zostałem w domu. Poszedłem na plażę, wykopałem kilka dołów i w największym zasnąłem. Po drzemce wróciłem cały w piasku. Kiedy stanąłem przy drzwiach, usłyszałem rozmowę mamy z kimś nieznajomym.

– No i co ja mam zrobić? Nie uważasz, że Jamnikowa przesadza?

– Ach, co to za babsztyl, oczywiście, że przesadza – odpowiedział głos kobiecy, potężny i niski.

Oparty o drzwi, nie zauważyłem, że nacisnąłem klamkę. Wpadłem do środka, otrzepując się z piachu. W salonie pachniało jeszcze pyszną wątrobianką i mokrą gumą z kaloszy. Na stole stały dwa kubki – jeden z uszkiem przyklejonym plasteliną, drugi z wyraźnym uszczerbkiem, ale oba z ulubionej kolekcji mamy.

– Na wielką kość! – krzyknęła mama.

– O kocie mowa, a kot tuż, tuż – zaśmiała się druga kobieta.

Pani dobermanka w średnim wieku, z fioletowymi włosami i kolorowymi tatuażami na łapach, kończyła palić papierosa. Śmiała się na mój widok, jakby oglądała odcinek serialu „Psijaciele”.

– Gringo! – zniecierpliwiła się mama. – Czy ja cię nie uczyłam dobrych manier?

– Spokojnie, moja kochana. Niecodziennie widzi się fioletową dobermankę z tatuażami – zaśmiała się kobieta.

– Yyy, przepraszam. Jestem Gringo – powiedziałem.

– A ja Jolka Krejzolka – odpowiedziała i podała mi łapę. Miała mocny uścisk i oczy, które mnie zaciekawiły. Nie umiałem powiedzieć dlaczego.

– Synku, ogarnij się i przyjdź do nas. Chciałam, żebyśmy porozmawiali – powiedziała mama.

Trochę się przestraszyłem. A jeśli chcą mnie oddać? Albo zapisać na coś strasznego? Ale nie miałem czasu na czarne myśli, więc wyczesałem sierść i wróciłem.

Rozdział 2

SPONT, czyli propozycja z tatuażem

Siedziałem już ogarnięty – przynajmniej z zewnątrz – i zerkałem na Jolkę Krejzolkę spod grzywki. Im dłużej na nią patrzyłem, tym trudniej było mi zdecydować, czy jest bardziej fajna, czy bardziej niepokojąca. Miała w sobie coś takiego, jakby w jednej chwili mogła nauczyć cię latać, a w drugiej zaciągnąć do jaskini pełnej pająków. Jeszcze nie wiedziałem, która wersja jest prawdziwa.

– Pewnie się zastanawiasz, co taka dziwaczka jak ja może mieć wspólnego z pomaganiem tobie, co? – zapytała nagle, jakby czytała mi w myślach.

– Tak – wyrwało mi się, zanim zdążyłem ugryźć się w język.

– Gringo! – mama aż się wzdrygnęła. – Przeproś panią Jolkę!

– Wenecjo – odpowiedziała Jolka z lekkim uśmiechem – nie hamuj młodego, kiedy mówi szczerze.

Spojrzała na mnie uważniej, jakby chciała się upewnić, że się nie pomyliła.

– Gringo, jak już pewnie zauważyłeś, nie jestem typową panią od wychowania. Ale jestem psidagogiem. Prowadzę wyjątkowe miejsce, które nazywa się SPONT.

– Spont? – powtórzyłem ostrożnie. – Tak. SPONT, czyli Spotkania Piesków o Niespotykanych Talentach.

– Ale ja nie mam żadnych niespotykanych talentów – powiedziałem szybko.

Jolka zaśmiała się krótko.

– Ooo, i tu się grubo mylisz. Słyszałam, że swoją energią potrafisz obdzielić dziesięć owczarków. Może nawet jakiegoś bordera.

Poczułem, że mój ogon sam zaczyna się delikatnie ruszać.

– Z pewnością – przyznałem.

– No widzisz. A to dopiero początek. W Sponcie bawimy się, rozmawiamy, ale też uczymy się siebie. I czasem uczymy się nie wpadać w tarapaty.

– A co to są te parapaty? – zapytałem.

– Tarapaty – poprawiła mnie z uśmiechem – czyli kłopoty. Ale „parapaty” też są całkiem ładne. Możemy wprowadzić je do słownika.

Coraz bardziej czułem, że zaczynam ją lubić. Może dlatego, że mówiła do mnie normalnie. Nie jak do ucznia, nie jak do szczeniaka, tylko jak do Gringa.

– Myślę, że przy okazji dobrej zabawy nauczysz się lepiej rozumieć siebie – dodała. – I wpadać w kłopoty trochę rzadziej.

– A to znaczy, że nie będę musiał chodzić do szkoły? – zapytałem z nadzieją.

Jolka uniosła brew.

– O nie, cwaniaczku. SPONT jest po szkole. Ale spokojnie, koniec roku już blisko, a od września będzie nowy wychowawca. Mama mówiła, że jeśli uznasz, że chcesz zmienić szkołę, to wtedy się tym zajmie. Na razie spróbujmy inaczej. Co ty na to?

Spojrzałem na mamę. Pokiwała głową. Przez chwilę milczałem.

– Mogę spróbować – powiedziałem w końcu – ale jak mi się nie spodoba, to zrezygnuję!

– Oczywiście – odpowiedziała Jolka. – W Sponcie nie trzymamy nikogo na siłę. Mam tylko jedną prośbę. Daj sobie miesiąc. Nie oceniaj po pierwszym spotkaniu.

– Dobrze.

– Lubię takie rozmowy – podsumowała i wstała.

Założyła na siebie skórzaną kurtkę. Kiedy sięgnęła po kask stojący pod wieszakiem, zauważyłem jej tatuaże – kolorowe, trochę krzywe, jakby każdy opowiadał inną historię.

– To pani jeździ na motorze?! – wypaliłem.

– Jeszcze jeżdżę – zaśmiała się. – A co? Jestem za stara?

– Nie! Ja tylko… no…

– Spokojnie – machnęła łapą. – Motocykl to nie jest sprawa wieku. To raczej kwestia tego, czy wiesz, dokąd chcesz jechać.

Nie bardzo rozumiałem, ale zapamiętałem.

– Wiele lat marzyłam o motocyklu – dodała już ciszej. – I długo nie był dla mnie możliwy, ale jak w końcu się udało, to wiedziałam, że to mój moment.

– Aha… – powiedziałem, patrząc na kask z szeroko otwartymi oczami.

– A ty? Masz jakieś marzenia?

– Ja… nie wiem.

– No to masz pierwszą pracę domową – uśmiechnęła się.

– Jak przyjdziesz jutro, pomyśl o tym i mi powiedz.

– Dobrze.

– To ja spadam. Pa, Wenecjo! Narka, Gringo!

Podbiegłem do okna. Zobaczyłem, jak wsiada na pomarańczowy motor i znika na końcu naszej ulicy. Dźwięk silnika jeszcze chwilę dudnił mi w głowie.

– Szalona ta Jolka – powiedziała mama z westchnieniem – ale świetny psidagog.

Tym razem nic nie odpowiedziałem. Myślałem o Sponcie.