Gra - Marta Matulewicz - ebook + książka

Gra ebook

Marta Matulewicz

3,1

Opis

Wyjazd na Wyspy ma być spełnieniem marzeń o wielkiej przygodzie. Nowi pracodawcy Anity sprawiają wrażenie idealnej rodziny ? bogatej, miłej i szczęśliwej. Wkrótce okazuje się jednak, że rzeczywistość jest zupełnie inna, a pod płaszczykiem serdecznych uśmiechów i uroczych komplementów kryje się wiele tajemnic. Dziewczyna postanawia odkryć prawdę, jednak po drodze musi zmierzyć się z konsekwencjami swoich decyzji, niebezpiecznie igrając z losem.

Jak skończy się ta Gra, w której nie wiadomo, kto tak naprawdę rozdaje karty? Przekonajcie się sami!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 322

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Gra

Wydanie pierwsze, ISBN 978-83-955807-1-0

Copyright by Marta Matulewicz

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody autora.

Redakcja: Anna Seweryn-Sakiewicz

Korekta: Zyszczak.pl Paulina Zyszczak

Projekt okładki: Aleksandra Bartczak

Skład i przygotowanie e-booka: Zyszczak.pl Paulina Zyszczak

Nie znajdzie się pośród ciebie nikt,

kto by przeprowadzał przez ogień swego syna lub córkę,

uprawiał wróżby, gusła, przepowiednie i czary;

nikt, kto by uprawiał zaklęcia, pytał duchów i widma,

zwracał się do umarłych.

Obrzydliwy jest bowiem dla Pana każdy, kto to czyni.

Z powodu tych obrzydliwości wypędza ich Pan, Bóg twój, sprzed twego oblicza.

Księga Powtórzonego Prawa 18, 10

Prolog

1

Piątek

– Zuzanna, ty wariatko! Nie pójdę z tobą do wróżki. Przecież to jedna wielka ściema i one zazwyczaj oszukują swoich klientów. Chcesz, by ktoś cię oszukał? Na serio, masz zamiar wydać kasę na takie byle co?

– Co się tak wściekasz? Ja też zwykle nie wierzę w takie czary-mary, ale akurat ta kobieta nie ściemnia. Moje koleżanki z pracy u niej były i obu spełniło się to, co im przepowiedziała. Anita, proszę cię, chodź ze mną!

– Nie ma mowy! Nie będę trwonić pieniędzy na pierdoły. Wiesz, że teraz każdą złotówkę oszczędzam na wyjazd.

– Wiem i dlatego bardzo chętnie zapłacę za ciebie, tylko pójdź tam ze mną!

– A sama nie możesz?

– Nie, sama nie pójdę, wstydzę się. Z tobą będzie mi raźniej. No, nie bądź jędzą i pomóż koleżance w potrzebie. Dobija mnie ta niewiedza… Moja kobieca intuicja podpowiada mi, że Wojtek mnie zdradza. Muszę to sprawdzić, bo inaczej będę się zadręczać.

Na tę rewelację ponownie wybuchłam śmiechem.

– Zuzanna, po raz drugi: co ty wygadujesz? Bój się Boga! Przecież Wojtek świata poza tobą nie widzi. Jest w tobie zakochany jak szaleniec.

– To się jeszcze okaże – mruknęła moja zawzięta przyjaciółka i zmrużyła oczy.

Kiedy jej na czymś naprawdę zależało, potrafiła być namolna do granic rozsądku. Wiedziałam, że mi nie odpuści i że będę musiała pójść z nią do tej wróżki. Wciąż jednak nieśmiało się broniłam przed tym wypadem, bo wydawał mi się co najmniej dziwaczny.

– Lepszym pomysłem byłoby zgłosić się do profesjonalnej agencji detektywistycznej. Ja wiem, że to jest droższa opcja, ale z pewnością śledztwo będzie rzetelniejszą metodą zweryfikowania ewentualnej winy, popartą twardymi dowodami, a nie jakimiś wymysłami…

– No, prawie mnie przekonałaś, ale… Zróbmy tak: pójdziemy razem do wróżki i zobaczymy, co mi powie. Jak się dowiem, że mnie mąż zdradza, to zatrudnię detektywa. A jak nie, to chociaż się nie wygłupię.

– Zuza, przecież to medium może się mylić! Jeśli rzeczywiście podejrzewasz Wojtka o zdradę, to powinnaś poprosić o pomoc profesjonalistę.

– Dobrze, pójdę do detektywa, obiecuję, ale chodźmy najpierw do wróżki. Proszę cię! Tak strasznie mi na tym zależy.

Wiedziałam, że Zuzanna nie da mi spokoju, będzie tak długo wiercić mi dziurę w brzuchu, aż wreszcie dopnie swego. Gdyby nie fakt, że jest moją najlepszą przyjaciółką, to w ogóle bym z nią nie rozmawiała na ten temat. Ale od czego ma się przyjaciół, w końcu to ich poznaje się w biedzie.

– Dobra pójdę z tobą, ale wiedz, że robię to bardzo niechętnie.

– Dzięki, kochana jesteś. Wiedziałam, że się zgodzisz. Wizytę mamy umówioną za godzinę.

– Co?! I dopiero teraz mi o tym mówisz?!

– Z jednego powodu: byłam pewna, że będziesz ściemniać, gdy zacznę nas umawiać na wizytę. I tym samym będziesz mieć okazję, by przedłużać to w nieskończoność, a ja jestem strasznie ciekawa.

Roześmiałam się, ponieważ wiedziałam, że pewnie tak właśnie by było.

Siedziałyśmy w pięknie urządzonym salonie należącym do Zuzanny i jej męża Wojtka. Mieli piękne duże trzypokojowe mieszkanie na jednym ze strzeżonych warszawskich osiedli. Bardzo mi się u niej podobało, ale choć moja malutka kawalerka była w rozmiarze jej salonu, miała swój urok. Stare polskie porzekadło mówiło: „ciasne, ale własne”. I ono sprawdzało się w mojej sytuacji. Wolałam swoje, choć małe, niż cudze, ale wynajęte.

Moja przyjaciółka zadzwoniła wczoraj wieczorem i zaprosiła mnie dzisiaj do siebie na kawę i plotki. Prosiła także, bym zarezerwowała dla niej kilka godzin. Jak się okazało, miała ku temu ważny powód.

– Niech będzie, ale nawet mi nie mów, ile kosztuje taka przyjemność… – mruknęłam.

Wzruszyła ramionami i położyła palec na ustach. Ja tymczasem wciąż byłam zirytowana faktem, że moja twardo stąpająca po ziemi przyjaciółka dała się tak łatwo omamić jakiejś szarlatance i że jeszcze za tę usługę trzeba było zapłacić. I to niemało, jak mniemałam.

– Spokojnie, powiedz mi, co dokładnie wiesz na jej temat. Co mówiły o niej twoje koleżanki z pracy, te, które u niej były?

– Kaśka z księgowości… Pamiętasz? Mówiłam ci o niej. W każdym razie ona w dniu swoich osiemnastych urodzin odkryła, że została adoptowana. Nikt jej nie chciał nic powiedzieć na temat jej biologicznych rodziców, więc Kaśka poszła do wróżki… Powiedziała mi, że to, czego dowiedziała się o swojej przeszłości, było całą prawdą. Nie chciała mówić o szczegółach, bo to były jakieś bolesne wspomnienia, ale zarzekała się, że to były takie tajemnice, których nie dało się wydedukować. Bo wiesz, czasami mówi się, że te wróżki to po prostu świetne obserwatorki, a nie jakieś tam medium. No, ale wracając do tematu… Kaśka mówiła też, że jeśli chodzi o przyszłość, to część się spełniła, część nie.

– Ha, widzisz! Zepsuty zegar dwa razy na dobę wskazuje dobrą godzinę – bąknęłam. – Tak samo działają takie wróżki. Ech, naprawdę się dziwię, że nie szkoda ci czasu i pieniędzy na takie bzdury.

– Och, no, nie marudź już. Potraktujmy to jako taką moją fanaberię i już nie rozważajmy, czy warto, czy nie warto. Możesz do tego podejść jak do nowego doświadczenia, przygody albo rozrywki. Tak więc ja na twoim miejscu, Anita, pomyślałabym już teraz, o co ją zapytać.

– Wydaje mi się, że lepiej będzie, jeśli jej nie będę o nic pytać. Skoro ta wróżka ma dar jasnowidztwa, to sama będzie wiedziała, co mi powiedzieć. I tu cię proszę o jedno, Zuza, nie pytaj od razu, czy mąż cię zdradza. Niech ci sama powie, co widzi w swojej kryształowej kuli…

Zaczęłyśmy się śmiać jak szalone.

– To mogę ci obiecać.

Wypiłyśmy nasze pyszne macchiato i zaczęłyśmy się zbierać na spotkanie. Windą zjechałyśmy na poziom minus jeden, gdzie na podziemnym parkingu stało czerwone auto mojej przyjaciółki. Wsiadłyśmy do jej cuda na czterech kółkach i ruszyłyśmy. Zuzanna sprawnie kierowała, mknąc na zachód Warszawy. Miałyśmy szczęście, że po drodze nie było korków i zaskakująco szybko dotarłyśmy na miejsce. Po dwudziestu minutach Zuza parkowała już swoje renault przed starą poniemiecką kamienicą. Cała dzielnica wyglądała dla mnie co najmniej podejrzanie, ale co się dziwić, skoro właśnie zmierzałyśmy do domu wróżki.

– Nawet się nie odzywaj… – Zuzanna spojrzała na mnie uważnie.

– Nie zamierzam – burknęłam, choć tak naprawdę liczyłam jeszcze, że uda mi się odwieść ją od tego idiotycznego pomysłu.

Westchnęła jednak tylko. Otworzyłam duże ciemne drzwi i weszłyśmy na klatkę schodową. Podłoga była zrobiona z drew­nia­nych klepek i przy każdym ruchu wydawała charakterystyczny dźwięk, a ściany już od dawna prosiły się o malowanie, bo farba odchodziła z nich płatami. Krótko mówiąc – obraz nędzy i rozpaczy. Z każdym kolejnym krokiem czułam się tam coraz bardziej nieswojo.

– Które to mieszkanie?

– Numer dwa.

Podeszłyśmy do drzwi, a ja dziękowałam w duchu, że nie musimy wędrować po schodach, bo pewnie były w równie kiepskim stanie jak wszystko wokół. W momencie, w którym chciałam zapukać, otworzyły się drzwi i zobaczyłyśmy w nich młodą kobietę ubraną w białą koszulę i ołówkową czerwoną spódnicę. Obie z Zuzanną zdębiałyśmy na jej widok, bo po pierwsze, była za młoda, jak na wróżkę (wyglądała na jakieś trzydzieści lat), a po drugie, nie prezentowała się jak typowa przedstawicielka tej profesji. Spodziewałyśmy się raczej kogoś przypominającego Cygankę w zwiewnej, kwiecistej sukience, a przed nami stała nieznajoma o aparycji asystentki prezesa w dużej firmie. Na twarzy miała dyskretny makijaż, włosy związane w elegancki kok. No i ten jej strój…

– Przepraszam – odezwałam się w końcu. – Pewnie pomyliłyśmy numer mieszkania.

– Nie wydaje mi się. Panie Zuzanna i Anita. Jesteście umówione ze mną na godzinę siedemnastą. – Odsunęła się, by nas wpuścić. – Proszę wejść.

Wymieniłyśmy zdziwione spojrzenia, ale bez słowa weszłyśmy do środka. Przedpokój był pomieszczeniem w kształcie kwadratu, urządzonym w odcieniach bieli i szarości, dzięki czemu wydawał się większy, niż był w rzeczywistości. Białe meble i gustowne dodatki robiły niesamowite wrażenie, szczególnie że stanowiły kontrast z obskurną klatką schodową. Wystrój pasowałby raczej do nowoczesnego biura, a nie do domu wróżki, ale mogłam się nie znać. W końcu ani w jednym, ani w drugim nie miałam okazji wcześniej przebywać. Może nawet byłam uprzedzona, bo znowu moja wyobraźnia podpowiadała mi jakieś szalone wizje – mroczną scenerię, oświetlaną tylko blaskiem rozstawionych wszędzie świec, no i obowiązkowo przechadzającego się czarnego kocura…

– Witajcie, jestem Sylwia. Bardzo was proszę, rozgośćcie się, powieście swoje rzeczy w szafie. Czy któraś z was chce skorzystać z łazienki przed rozpoczęciem seansu?

– Nie, nie ma potrzeby. – Obie byłyśmy zgodne w tym temacie.

– Doskonale. Która chce wejść pierwsza?

– Ja – powiedziała pewnie moja ciekawska przyjaciółka.

– Świetnie. Bardzo proszę, usiądź i poczekaj na swoją kolej.

Sylwia wskazała mi biały fotel stojący w rogu przedpokoju. Usiadłam, a torebkę ułożyłam sobie na kolanach. Po chwili uśmiechnęłam się pod nosem, bo nie mogłam pozbyć się wrażenia, że jestem w poczekalni u lekarza, choć na widok tej kamienicy spodziewałam się raczej pijackiej meliny. Cóż, widać naprawdę guzik wiedziałam na temat wróżek i na dodatek byłam uprzedzona.

Mieszkanie musiało być wygłuszone, ponieważ gdy tylko za moją przyjaciółką zamknęły się drzwi pokoju usytuowanego naprzeciwko drzwi wejściowych, nic więcej nie słyszałam. Nie próbowałam nawet spekulować, ile może potrwać taki seans. Wyjęłam telefon z torebki i połączyłam się ze swoją pocztą na Gmailu. Z radością odkryłam, że czekał na mnie e-mail z mojej agencji pracy. Otworzyłam go szybko, z wypiekami na twarzy.

Witam serdecznie, Pani Anito,

w odpowiedzi na Pani aplikację, wysłaną do naszej agencji dwa tygodnie temu w związku z poszukiwaniem pracy na stanowisku opiekunki do dziecka/dzieci, spieszymy z informacją, że Pani kandydatura wzbudziła zainteresowanie brytyjsko-francuskiej rodziny, zamieszkującej w Londynie. Państwo Marlowowie są szczęśliwymi rodzicami dwójki dzieci w wieku cztery i osiem lat. Jest to oferta tzw. live-in. Będzie Pani miała do dyspozycji auto oraz pokój wraz z prywatną łazienką. Pani obowiązki będą polegały na opiece nad dziećmi. W załączniku znajduje się szczegółowy zakres obowiązków. Wynagrodzenie miesięczne proponowane przez rodzinę to dwa tysiące funtów. Wręczane w gotówce każdego pierwszego dnia miesiąca.

Oferta zatrudnienia jest ważna od teraz, a rodzinie zależy na tym, by jak najszybciej kogoś znaleźć. W związku z tym bardzo proszę o informację, czy jest Pani zainteresowana tą ofertą. Jeśli się Pani zdecyduje, skontaktujemy się z Panią w celu ustalenia szczegółów.

Z poważaniem,

Zofia Nowińska

PS Przesyłam też zdjęcie rodziny. Twierdzili, że na pewno ich wymarzona opiekunka będzie chciała zobaczyć, z kim ma zamieszkać.

Nie wiedziałam, czy jestem ich „wymarzoną opiekunką”, ale od razu otworzyłam załącznik. Pierwszą osobą, którą zauważyłam na zdjęciu, była głowa rodziny – przystojny szatyn, na oko czterdziestoletni. Miał piękne błękitne oczy. Obok niego siedzieli ładna dziewczynka i starszy od niej chłopiec,który był miniaturką ojca, a na samym końcu – ich mama. Dzieciaki odziedziczyły po mamie blond w pięknym odcieniu, a kolor oczu miały po tacie. Spojrzałam jeszcze raz na przystojnego mężczyznę i aż zrobiło mi się gorąco z wrażenia.

O matko jedyna, nareszcie! Szalałam z radości, bo państwo Marlowowie wyglądali na sympatycznych ludzi, tak szczerze uśmiechali się na zdjęciu. A poza tym mieszkali w Londynie! I jeszcze byli chętni zapłacić mi dwa tysiące funtów za pracę z dziećmi… Gdybym mogła, od razu pognałabym do biura, by potwierdzić osobiście moje zainteresowanie ich ofertą, ale wiedziałam, że w piątek o tej porze w życiu nie zdążę się przedostać na drugi koniec Warszawy przed osiemnastą. No i musiałam przecież zaczekać na przyjaciółkę, a czort wie, ile jeszcze jej zejdzie. Potem z pewnością będzie chciała ze mną obgadać to, co usłyszy od medium. Cholera jasna, nie ma mowy, bym zdążyła! Jutro sobota, więc pewnie biuro będzie zamknięte, ale odpiszę im wieczorem, że jestem zainteresowana ofertą…

Moje przemyślenia przerwała Zuzanna, która jak na zawołanie stanęła przede mną. Spojrzałam na nią uważnie i z ulgą stwierdziłam to, co wiedziałam bez interwencji jasnowidza – Wojtek jej nie zdradzał. Inaczej zalewałaby się teraz łzami, a wyglądała na opanowaną. Coś jednak wychwyciłam na jej twarzy i choć nie bardzo wiedziałam, jak to zdefiniować, z całą pewnością przyglądała mi się jakoś tak… dziwnie.

– O co chodzi? Czemu mi się tak przyglądasz?

– Potem ci powiem – obiecała konspiracyjnym szeptem.

– Nie wątpię.

– Pani Anito, teraz pani kolej.

Sylwia stała w progu pokoju i patrzyła na mnie badawczo. Kiedy wstałam z fotela, przyszło mi do głowy, że lepiej bym zrobiła, gdybym wyszła teraz z mieszkania. Jaka szkoda, że nie posłuchałam swojej intuicji. Gdy podeszłam do wróżki, odsunęła się na bok, a ja zobaczyłam mały pokój urządzony zupełnie normalnie i w podobnym stylu co przedpokój. Spodziewałam się ponurego wystroju, no ale cóż… to z pewnością nie była ostatnia rzecz, która mnie tam zszokowała.

– Proszę usiąść wygodnie.

Zapadłam się w miękkim białym fotelu, łudząco podobnym do tego z przedpokoju, ale tym razem nie czułam się swobodnie ani komfortowo. Naprzeciw mnie na czarnym fotelu rozsiadła się Sylwia. Zlustrowała mnie swoimi brązowymi oczami i powiedziała:

– Jest mi bardzo przykro, pani Anito.

– Nie rozumiem, o czym pani mówi. – Nie byłam pewna, dlaczego tak się działo, ale odczuwałam coraz większy niepokój.

– Jest mi przykro, że musi pani tu być, choć pani nie chce. To, że pani nie wierzy w jasnowidztwo, nie jest przestępstwem, ale czego nie robi się dla przyjaciół, prawda?

Nie chciałam jej pokazać, jakie wrażenie zrobiła na mnie jej wypowiedź, ale postanowiłam nie kłamać.

– Ma pani rację. Przyjaciółka mnie poprosiła, bym z nią przyszła, więc jestem.

– Proszę mi powiedzieć, czy ma pani jakieś pytania dotyczące przyszłości lub przeszłości.

Wiedziałam, że będzie mnie próbowała tak podejść! W pewnym sensie nawet przyjęłam to z ulgą, bo wciąż nie widziałam w okolicy czarnego kota, kryształowej kuli czy dymiących świec, a mimo wszystko w niejasny sposób przeczuwałam, że sytuacja jest niecodzienna.

– Właściwie nie – burknęłam.

– Rozumiem, nie chce pani o nic pytać, by mnie nie naprowadzać. Nie ma w pani podejrzliwości nic złego. Czy chce pani, bym zdradziła kilka znanych mi szczegółów z pani przeszłości?

Z niewiadomych powodów bałam się choćby pomyśleć, że Sylwia czytała mi w myślach. To było bardzo osobliwe doświadczenie.

– Nie, to już było, więc nie ma sensu o tym mówić. Nigdy nie byłam zwolenniczką rozpamiętywania przeszłości.

– Bardzo dobrze, porozmawiajmy zatem o pani przyszłości. Mam tylko jeszcze jedno pytanie: czy chce pani, bym postawiła tarota, czy czytała z dłoni?

– A jaką opcję wybrała moja przyjaciółka?

– Tego nie mogę zdradzić, zresztą tu chodzi o panią.

Wciąż miałam wątpliwości, zastanawiając się, w co ja się pakuję, ale skoro Zuzanna już za mnie zapłaciła, to szkoda by było, gdyby te pieniądze się zmarnowały. A niech się dzieje, co chce… Nie chciałam, by dotykała mojej dłoni, więc zdecydowałam się na postawienie tarota. Kiedyś, gdy byłam mała, wróżenie w taki sposób było bardzo popularne.

– Karty proszę.

Sylwia zaczęła je tasować. Wyglądały na większe niż tradycyjne do gry, czarne z jednej strony, z drugiej miały obrazki. Szczerze muszę przyznać, że byłam coraz bardziej ciekawa, co takiego mi pokażą. Po chwili wróżka spojrzała na mnie przenikliwie i powiedziała:

– Zdecydujemy się na nietypowe rozłożenie w związku z tym, że nie interesuje pani to, co było. Zgadza się pani?

– Tak, proszę kontynuować.

Wróżka rozłożyła na białym stole czarną bawełnianą chustę, a później znowu wzięła karty i wyjaśniła:

– Teraz potasuję karty. Jeśli podczas tej czynności któraś wyjdzie z talii, proszę ją wyjąć, koniecznie prawą dłonią, i położyć na stole. Potrzebujemy do tego rozdania sześć kart. Będę je tak długo tasowała, aż będziemy miały komplet na stole.

– Czy mam je ułożyć w konkretnym miejscu?

– Niech je pani układa od mojej prawej strony do lewej. W dwóch rzędach po trzy w każdym.

Sylwia zaczęła tasować karty i już po chwili pierwsza wylądowała na stole. Zanim się spostrzegłam, miałam gotowe rozłożenie.

Pierwsza karta, którą odkryła wróżka, przedstawiała łódź. Na niej siedziała tyłem jakaś osoba. Nie byłam w stanie określić jej płci, ponieważ miała na sobie płaszcz, który zakrywał ją całą. Obok stał mężczyzna i długim kijem odpychał łódź, by ta płynęła.

– Pierwsza karta to Szóstka Mieczy.

Rzeczywiście były narysowane obok postaci.

– Wskazuje podróż drogą wodną albo za wodę, zmianę miejsca pobytu, miejsca pracy oraz chęć pozostawienia za sobą przeszłości. Jest zapowiedzią wielkich pozytywnych zmian w pani życiu.

Jak to się stało, że już pierwsza karta to pokazała? Przecież przed chwilą odczytałam e-mail z propozycją przeprowadzki do Anglii! Faktycznie spora zmiana… Moja ciekawość rosła z każdą minutą.

Gdy wróżka odkryła drugą kartę, zobaczyłam na niej kobietę w zielonym kręgu, a pod nią napis: THE WORLD.

– W tym ustawieniu karta mówi nam, że pani marzenia się spełnią i że dzięki temu wreszcie znajdzie pani swoje miejsce na ziemi. Przed panią już wkrótce otworzą się nowe perspektywy i duże możliwości, a wszelkie pani działania pod względem zawodowym zostaną zakończone sukcesem.

„No proszę, być może te pieniądze nie okażą się tak całkiem wyrzuconymi w błoto” – pomyślałam, mile zaskoczona tymi przepowiedniami.

Trzecia karta odkryta przez wróżkę pokazała mi mężczyznę z podniesioną ręką przedstawionego na żółtym tle. Podpis głosił: THE MAGICAN.

– Ta karta z kolei ostrzega przed mężczyzną, który jest bardzo charakterny, ma silną osobowość. Uwielbia manipulację, wykorzystuje ludzkie słabości. Jest to osoba uczona, niezależna, znająca swoją wartość, utalentowany indywidualista, pracujący na samodzielnym stanowisku, a jeśli ma podwładnych, to rządzi twardą ręką. Sugeruję, by uważała pani na tego mężczyznę. Ponieważ ta karta stoi w linii z dwiema kartami przepowiadającymi zmiany, podejrzewam, że ten człowiek będzie gdzieś blisko pani nowego miejsca zamieszkania czy nowego miejsca pracy. Proszę ograniczyć swoje kontakty z nim do minimum. Może to być trudne, ponieważ mężczyźni, którzy kryją się pod kartą Magika, są z natury bardzo przystojnymi i pewnymi siebie samcami alfa.

Nikt taki nie przychodził mi do głowy, ale przecież wróżka mówiła, że to jakaś nowa osoba w moim otoczeniu. Jeszcze nie ochłonęłam z powodu tego mężczyzny, a już na stole pojawił się kolejny… Pierwsza karta w dolnym rzędzie pokazała mi rycerza w czarnej zbroi na białym koniu. W ręku trzymał czarną flagę z dziwnym białym wzorem. Mój wzrok padł na podpis i zamarłam. DEATH… Nie trzeba być tłumaczem angielskiego czy tarocistą, by wiedzieć, że ta karta nie wróżyła nic dobrego.

Sylwia musiała dostrzec moje zaniepokojenie, bo od razu zapewniła mnie:

– Spokojnie, pani Anito. Nie ma powodów do obaw.

– Jak to? Przecież to Karta Śmierci… Czy ja umrę?

– Nie, a przynajmniej nie teraz. Ta karta tak naprawdę jest kartą pozytywną.

Zdębiałam.

– Jak to: pozytywną?

Byłam coraz bardziej zaintrygowana, najpierw ten tajemniczy i niebezpieczny mężczyzna, a teraz Karta Śmierci, która wcale nie sugeruje niczego najgorszego. Jak się jednak miało zaraz okazać, nie była jednak tak do końca pozytywna, jak próbowała mnie przekonać Sylwia. Może nie od razu zgon, ale jednak…

– Karta Śmierci nie oznacza jej w dosłownym tego słowa znaczeniu. W tym przypadku została odwrócona do góry nogami i sugeruje ona, że znajdzie się pani w sytuacji, w której będzie się pani musiała przystosować do nowych warunków. Jakieś bolesne wydarzenia, choroba, która doprowadzi do wyniszczenia organizmu… W połączeniu z Kartą Magika może wskazywać, że jeśli pani mu ulegnie, ten związek będzie bardzo toksyczny, źle wpłynie na panią. Jedno muszę w tym miejscu podkreślić… Proszę pamiętać, że karty tylko informują o możliwościach, jakie się przed panią otwierają, to do pani będzie należeć ostateczny wybór.

– W porządku, rozumiem – powiedziałam, choć tak naprawdę nie byłam przekonana, jakie opcje wyboru będę miała w przypadku choroby czy uwodzenia przez jakiegoś psychopatę.

– Zostały nam tylko dwie karty do końca.

Wróżka odkryła kolejną z nich. Z płonącej wysokiej wieży wypadali głowami w dół dwaj ludzie. Napis głosił: THE TOWER.

– Muszę teraz panią zmartwić tym, co powiem, ale to ważne, by pani zrozumiała… Bardzo nie podoba mi się ta karta. Oznacza ona zazwyczaj, że czeka panią niespodziewana zmiana, która zburzy porządek w pani życiu… – Sylwia na chwilę zamilkła, wpatrując się usilnie w kartę Wieży, a potem wzięła głęboki wdech i powiedziała: – Coś spowoduje dotkliwe straty w sensie materialnym i fizycznym, coś pani przegra, wszystkie pani plany na przyszłość ulegną zmianie, utraci pani stabilizację i pieniądze… Przez wypadek, który zakończy się totalną klęską.

Nie ma co, ja to byłam w czepku urodzona. A tak się dobrze zapowiadało z tymi zmianami, nowymi perspektywami i wspaniałymi możliwościami…

Ostatnia karta pokazała mi anioła w górnej części karty. Grał na trąbce, a przed nimi stały osoby, które jakby oceniały jego występ. JUDGEMENT… Czyli ktoś będzie mnie jeszcze osądzał?

– Ostatnia karta informuje o tym, że będzie musiała pani ocenić swoją sytuację życiową. Ale także może oznaczać tworzenie czegoś nowego, jakiś cud, a czasami również radość i wyzwolenie… Pani Anito, raz jeszcze podkreślę, że te sześć kart, które dla pani postawiłam, nie mówi dokładnie o tym, co się pani przydarzy. Proszę o tym pamiętać i mieć na uwadze w przyszłości, że to tylko wskazówki, jakaś możliwość. Musi pani jednak starać się omijać najtrudniejsze sytuacje, które mogą sprawić, że ta wizja stanie się rzeczywistością. Trochę mnie niepokoją te karty…

Wróżka wskazała dwie karty w dolnym rzędzie i zapatrzyła się w nie na dłuższą chwilę. Wyglądała jak w jakimś transie i teraz rzeczywiście po raz pierwszy przypominała nawiedzone medium. Kiedy jednak chciałam przerwać złowrogą ciszę, która nastała między nami, uciszyła mnie gestem ręki i mamrotała dalej:

– One razem dość rzadko się układają. Sądzę, że muszą oznaczać coś, co się na pewno pani przydarzy… coś, co spowoduje, że spojrzy pani na świat zupełnie inaczej. Bardzo nie podobają mi się razem. Cała wróżba jest dość interesująca, ale też… lekko przerażająca.

Miałam już dosyć tego jej bajdurzenia. Cała euforia spowodowana perspektywą znalezienia nowej pracy ulotniła się jak kamfora. Tymczasem wróżka spojrzała na mnie z troską i dodała:

– Niech pani dla własnego dobra nie przyjmuje pracy za wodą. Być może wtedy uda się uniknąć tragedii…

Tego było już za wiele. Zaśmiałam się ironicznie, wstałam z fotela, uznając ten kabaret za zakończony, i podeszłam do drzwi. Odwróciłam się w stronę wróżki, chcąc jej jeszcze wygarnąć na odchodnym, ale wtedy zobaczyłam coś, co mnie w sekundę zmroziło. Na twarzy Sylwii lśniły łzy… ona płakała. Gdybym posłuchała jej przestróg, gdybym wzięła pod uwagę, że może mieć rację, albo chociaż wystraszyła się na tyle, by zachować ostrożność, może uchroniłabym się od tego, co mnie później spotkało…

Jednak gdy wyszłam z mieszkania tarocistki, ciągnąc za sobą zszokowaną Zuzannę, nie było mi w głowie analizowanie tego, co usłyszałam. Byłam bardziej zaniepokojona miną mojej przyjaciółki niż tymi bredniami.

– Zuzanna, co ci powiedziała nasza wróżbitka?

– Kilka bardzo ciekawych rzeczy.

– Wyobrażam sobie… Możesz mi powiedzieć, która jest godzina?

Moja przyjaciółka w przeciwieństwie do mnie miała na nadgarstku zegarek, dzięki czemu nie musiała nurkować ręką do torebki w poszukiwaniu telefonu, by dowiedzieć się, jaki jest czas.

– Za pięć szósta.

– A niech to diabli!

Podeszłyśmy do zaparkowanego przed wejściem do klatki auta. Naburmuszona siadłam na fotelu pasażera i wtedy przypomniałam sobie, że przecież i tak nie było szans, żebym zdążyła do biura. Spojrzałam uważnie na Zuzannę.

– Czyli miałam rację? Wojtek cię nie zdradza?

– Wiesz, chyba jednak pójdę do agencji detektywistycznej, bo wciąż mam wątpliwości. Karty nie odpowiedziały mi jednoznacznie na to pytanie.

– Błagam cię… Nie mów, że postawiłaś jasno pytanie?

– Tak, postawiłam.

– Mówiłam ci przecież, żebyś jej nie naprowadzała!

– No wiem, wiem, ale ona ma w sobie coś takiego, że nie potrafiłam się powstrzymać i musiałam zapytać. Sprawiała wrażenie kobiety, która zna odpowiedzi na wszystkie pytania…

Zuzanna włożyła kluczyk do stacyjki, przekręciła i płynnie włączyła się do ruchu.

– Pojedziemy do mnie i pogadamy na spokojnie. Muszę sobie ułożyć w głowie to, czego się dowiedziałam od medium.

Wyraźnie biła się z myślami, a ja nie chciałam jej rozpraszać, więc tylko skinęłam głową na znak zgody. Sama zastanawiałam się nad szczegółami wiadomości, którą otrzymałam z agencji pracy. Choć obie milczałyśmy, miałam wrażenie, że lecimy na skrzydłach przez ulice Warszawy. W piątkowy wieczór należało to uznać za cud, a już po kilku chwilach wjeżdżałyśmy na parking przed blokiem Zuzanny.

Gdy wchodziłyśmy do mieszkania, moja przyjaciółka była bardzo zamyślona. To było do niej niepodobne, więc stwierdziłam, że wizyta u wróżki musiała wywrzeć na niej wrażenie. Gdy weszłyśmy do salonu, miałam odczucie déjà vu. Nasze filiżanki stały na stoliku kawowym, tak jak je zostawiłyśmy. Jedno się natomiast zmieniło – nastrój mój i mojej przyjaciółki. Zuzanna usiadła na kanapie i się nie odzywała, patrząc w martwy punkt.

– Nie ma co, rozrywkowy ten nasz wieczór. – Zachichotałam, choć właściwie wcale nie było mi do śmiechu, gdy tylko przypominałam sobie słowa tej nawiedzonej baby. – Powiedz mi lepiej, czego się dowiedziałaś od tej wróżki. Ciekawa jestem, czy twoje rozdanie było bardziej interesujące od mojego. A powiem ci, że u mnie to się sporo działo. Wielkie możliwości, nowe perspektywy, jacyś amanci, podróż za wodę i takie tam… Wkurzyłam się ostro… No, ale najpierw powiedz, jakie ty usłyszałaś rewelacje. W końcu to był twój pomysł.

– Nie pamiętam, jakie dokładnie karty mi wyszły, bo było ich aż dwanaście. Pięć traktowało o mojej przeszłości, no i tu wszystko się zgadzało. W wielkim skrócie mogę ci powiedzieć, że trochę miałam rację. Obok Wojtka krążyła kobieta. Taka, która nie uznaje słowa „nie”. Piękna, zdecydowana, wykształcona i tak dalej. Ponoć ją odrzucił, ale nie jestem pewna… Wróżka powiedziała mi, że Wojtek mnie bardzo kocha, ale ma teraz trudny okres. Jakieś przejściowe kłopoty finansowe… Ale to mnie nie niepokoi.

– Jeśli to cię nie niepokoi, to co?

– Ona powiedziała, że bardzo się o ciebie martwi – wydukała.

Nie wierzyłam własnym uszom!

– O mnie? Przestań, to jakaś bzdura! Widziałam ją dziś pierwszy raz w życiu. Jak może się o mnie martwić?

Zuzanna wstała z kanapy i podeszła do szafki, z której wyjęła butelkę czerwonego wina. Potem napełniła dla nas kieliszki i podała mi jeden. Co chwilę rzucała mi zaniepokojone spojrzenia, a mnie już zaczynała wnerwiać ta cała sytuacja. Powinnam teraz świętować ze swoją przyjaciółką mój rychły wyjazd do Londynu, a nie przeżywać słowa jakiejś wariatki, która niepotrzebnie nas straszyła.

– Matko, Zuzanna, weź nie dramatyzuj! Powiedz, czego konkretnie się dowiedziałaś.

– No dobra… – Moja przyjaciółka wzięła duży łyk wina. – Powiedziała mi, że grozi ci śmiertelne niebezpieczeństwo!

Zabrzmiała bardzo dramatycznie, ale zaczęłam się śmiać.

– Błagam cię, przecież to żałosne! Serio? Pokaż mi kogoś, kto potencjalnie nie jest narażony na niebezpieczeństwo. Mieszkamy w dużym mieście, tutaj codziennie ktoś ginie. Ale nawet na wsi możesz się zabić, na przykład wracając ze sklepu. Można zachorować, potknąć się niefortunnie, zginąć w wypadku… Niebezpieczeństwo, poważnie? Zastanów się, to żaden argument.

– Tak, Anita, przyznaję, że teraz, jak o tym mówisz, to rzeczywiście brzmi śmiesznie…

– No proszę cię, to zwykła oszustka. – Żarliwie przeko­nywałam swoją przyjaciółkę, ale tak właściwie cały czas próbo­wałam zagłuszyć słowa, które powracały do mnie jak bumerang. – Powiedziała ci coś na odczepnego, związanego z twoim mężem. Zobaczyła obrączkę na palcu, dodała dwa do dwóch… Uważnie przyjrzała się twoim ciuchom, butom, że nie wspomnę o torebce Louisa Vuittona, i po prostu coś palnęła bez zastanowienia o pieniądzach… Przecież kłopoty finansowe to taki ogromny temat, że w dzisiejszych czasach możesz podciągnąć pod to większość Polaków… To nie jest wróżba, to jakaś ściema!

– Powiedziała jeszcze, że jak na ciebie spojrzała, to wyczuła wiele zła, łez… Wspomniała także, że będziesz mieć bardzo niebezpieczny, szalony romans z przystojnym szatynem o niebieskich oczach.

– OK, super, w końcu jakaś kusząca perspektywa, bo już myślałam, że ta kobieta z premedytacją zamierza pogrążyć mnie w depresji. – Zaśmiałam się nerwowo, bo byłam już wykończona tym szalonym dniem. – Ale wiesz, jak wielu jest na świecie szatynów o niebieskich oczach? Miliony! Dla mnie to wszystko jest po prostu jedną wielką bzdurą, chociaż jeśli chodzi o ten romans, to nie miałabym nic przeciwko. Ale wiesz co, nie zamierzam więcej się nad tym zastanawiać. Napijmy się lepiej i cieszmy wspólnie spędzonym wieczorem. No i delektuj się dobrym winem, dopóki cię jeszcze na nie stać, bo jak Wojtek ma kłopoty finansowe, to niedługo o tego typu wykwintnych trunkach będziesz mogła jedynie pomarzyć.

Roześmiałam się w tak zaraźliwy sposób, że moja kochana i troskliwa przyjaciółka nie mogła się powstrzymać i pierwszy raz od dwóch godzin zaczęła się śmiać. Całe napięcie zaczęło z nas powoli schodzić.

– Masz rację, Anita, to było bardzo dziwne doświadczenie. Nie wiem, co mnie opętało, że cię w to wciągnęłam. Myślałam, że po wizycie u tej wróżki poczuję się lepiej, a stało się wręcz odwrotnie.

– Miałaś dobre intencje, tylko to wykonanie nie najlepsze. Mówiłam ci, idź lepiej do detektywa.

– Pójdę.

– Zmieniając temat, dostałam dziś ofertę pracy! – wykrzyknęłam, ale Zuza zamiast podzielić moją euforię, znowu zmarszczyła brwi.

– Kiedy się o niej dowiedziałaś? Anita… a nie wydaje ci się, że wróżka mogła mieć jednak rację? Wiesz, zmiany, podróż za wodę, nowe perspektywy…

Spojrzałam na nią ze zdziwieniem.

– Nie, nie wydaje mi się. Jak siedziałam w poczekalni, sprawdziłam z nudów swój telefon i okazało się, że dostałam e-mail z agencji.

– I co ciekawego ci zaproponowali?

Opisałam mojej przyjaciółce dokładnie, co zostało zawarte w wiadomości, analizując każdą linijkę. Na koniec powiedziałam, że dostałam także zdjęcie rodziny.

– No to na co czekasz? Pokaż! Jestem bardzo ciekawa, jak wyglądają.

Wyjęłam z torebki leżącej pod moimi nogami telefon i włączyłam zdjęcie, które wcześniej zapisałam już sobie w galerii. Zuzanna na jego widok parsknęła śmiechem.

– O, no i mamy szatyna! Romans wisi w powietrzu… – Podniosła lampkę wina i wzniosła toast. – To może wypijmy za tę twoją miłość?

Obie zaczęłyśmy się śmiać jak szalone, znów…

* * *

Jeszcze tego samego wieczoru napisałam do agencji pracy. Czułam, że ta oferta zmieni moje życie na lepsze. Byłam bardzo podekscytowana i z wrażenia nie mogłam zasnąć do północy. Przełączałam kanały w poszukiwaniu jakiegoś ciekawego programu, ale tego, co oferowała telewizja, w żadnym stopniu nie można było nazwać ciekawym. Moje poszukiwania przerwał dźwięk komunikujący, że otrzymałam wiadomość.

Kto mógł pisać do mnie w piątek tak późno w nocy…? Moi tak zwani przyjaciele odwrócili się ode mnie, gdy przestałam ich zapraszać do siebie na ostro zakrapiane sobotnie imprezy, gdy przestałam płacić za nich rachunki w restauracjach, zapraszać do kina, wozić ich po mieście… Matko, jaka ja byłam głupia i zdesperowana, że dawałam się tak wykorzystywać! Ale po rozstaniu z Mateuszem czułam się taka samotna i tak bardzo potrzebowałam towarzystwa…

Westchnęłam i postanowiłam odłożyć rozmyślania o swoim losie na później, a teraz sprawdzić, kto mi wysłał wiadomość.

Witam serdecznie, Pani Anito,

bardzo przepraszam, że niepokoję Panią o tak późnej porze. Dostałam od Pani wiadomość dotyczącą państwa Marlowów. Bardzo się cieszę, że jest Pani zainteresowana ich ofertą. Jutro z samego rana pojadę do biura i prześlę Pani więcej informacji na ich temat. Gdy się Pani z nimi zapozna, bardzo proszę o sygnał, jeśli chciałaby Pani porozmawiać z tą rodziną przez Skype’a.

Pozdrawiam serdecznie

Proszę bardzo, jak się wszystko zaczęło ładnie układać. Jutro dostanę ich pełną ofertę, a potem czeka mnie jeszcze rozmowa przez Skype’a, z czego bardzo się cieszę. Przed podjęciem ostatecznej decyzji będę miała okazję zobaczyć i posłuchać ich na żywo. Chociaż właściwie – musiałam to przyznać sama przed sobą – zdecydowałam się w momencie, w którym zobaczyłam zdjęcie rodziny.

Poszłam spać z wypiekami na twarzy i obrazem pana Marlowa pod powiekami.

2

Sobota

Obudziłam się w doskonałym humorze. Od razu sprawdziłam pocztę na telefonie. Nic nie przyszło, ale czego się spodziewać w sobotę o ósmej rano. Wstałam, zrobiłam owsiankę na mleku, dodałam do niej pół banana i postanowiłam posprzątać moje małe m-1. Co chwilę sprawdzałam jednak komórkę, czy jakimś sposobem nie przegapiłam e-maila z agencji. W końcu o dziesiątej trzydzieści przyszedł:

Pani Anito, bardzo przepraszam, że tak późno piszę. Mieliśmy awarię systemu i nie mogłam się dostać do dokumentów. Nie trzymam Pani dłużej w niepewności, bardzo proszę sprawdzić załącznik i dać mi znać, czy chciałaby Pani jeszcze dziś porozmawiać z rodziną.

Pozdrawiam serdecznie

Otworzyłam szybko mój laptop, na komórce nie chciałam czytać ich aplikacji. W ciągu kilku chwil był połączony z netem i z moją skrzynką pocztową. Nie czekając ani minuty dłużej, przewinęłam e-maila i otworzyłam załącznik.

Imię i Nazwisko: Claire & George Marlow

Wiek: Claire – 35, George – 38 lat

Pochodzenie: Claire – francuskie, George – brytyjskie

Wykształcenie: Claire – École nationale supérieure des beaux-arts de Paris, ENSBA, George – ISC Paris School of Management

Stan cywilny: małżeństwo

Zawód: Claire – malarka, własna galeria sztuki, George – makler giełdowy

Dzieci: Nathalie (8 lat) i Mathieu (11 lat)

Obowiązki niani: Odprowadzanie dzieci do szkoły i przyprowadzanie do domu. Dopilnowanie, by rano zjadły śniadanie, po południu owoce, w razie potrzeby kolację. Obiad jedzą poza domem. Pilnowanie, by były przygotowane do szkoły następnego dnia, by miały czyste ubrania. Spędzanie z nimi czasu po szkole, uczestniczenie wraz z dziećmi w różnego rodzaju zajęciach oraz imprezach, takich jak urodziny kolegów/koleżanek. Wyjścia do kina, muzeum, teatru. Niania będzie miała do swojej dyspozycji auto. Koszty paliwa, ubezpieczenia oraz wszelkich napraw po stronie rodziny.

Cechy wymarzonej niani: Poszukujemy niani, która nie pali, nie pije. Która uwielbia zajmować się dziećmi, jest energiczna, kreatywna. Zależy nam, by nasza niania mieszkała z nami, ponieważ oboje mamy nienormowany czas pracy. W domu mamy zatrudnione kucharkę i sprzątaczkę, więc niania będzie zajmować się tylko dziećmi.

Wynagrodzenie i inne bonusy: Dwa tysiące funtów, auto plus telefon do dyspozycji, pokój z prywatną łazienką. Rodzina jest chętna, by pokryć koszty podróży, oraz zaprasza nianię do uczestnictwa we wszystkich uroczystościach rodzinnych.

Czas rozpoczęcia pracy: Jak najszybciej.

Jak mogłabym odrzucić taką ofertę? To byłaby głupota z mojej strony. Odpisałam od razu, że jestem w dalszym ciągu zainteresowana i że bardzo chętnie porozmawiam z nimi przez Skype’a, nawet dziś. Odpowiedź z biura przyszła po pół godzinie – z bardzo dobrą informacją. Moi potencjalni pracodawcy mieli zadzwonić do mnie o dwunastej trzydzieści polskiego czasu. To wszystko działo się tak szybko! Nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy.

Od jedenastej godziny miałam już uruchomionego Skype’a. Nie mogłam się doczekać, co chwilę zerkałam na zegarek. Czas leciał jak szalony i gdy już straciłam nadzieję, że będzie mi dane porozmawiać z rodziną, punkt pierwsza zobaczyłam przychodzące połączenie przez Skype’a. Odebrałam drżącymi rękami i nagle na ekranie pojawiła się twarz pięknej młodej kobiety. Rozpoznałam ją ze zdjęcia załączonego przez biuro.

– Dzień dobry, Anita, mam na imię Claire. Bardzo się cieszę, że możemy ze sobą chwilę porozmawiać.

– Dzień dobry, ja też się bardzo cieszę. Dziękuję za zainteresowanie moją osobą – powiedziałam płynnie po angielsku.

Od momentu, gdy szaleńczo się zakochałam w chłopakach z Take That, uczyłam się na pamięć wszystkich piosenek, potem ze słownikiem w ręku tłumaczyłam każdą linijkę, każde słowo. Oglądałam też seriale po angielsku, filmy, bajki dla dzieci. Moja szanowna mamusia nie widziała sensu wydawania kasy na moje lekcje angielskiego, więc postanowiłam jej udowodnić, że nauczę się sama języka wyspiarzy. Nauka szła mi tak dobrze, że maturę z angielskiego bez problemu zdałam na piątkę. Całe lata poświęcenia, trudu, przyniosły wreszcie wspaniałe efekty i dzięki swojemu uporowi mogłam dziś bez problemu porozumiewać się z Claire.

– Daj spokój, jesteś świetną kandydatką! Na początku chciałam cię przeprosić, George się trochę spóźni. On jest właśnie powodem, dla którego nie dzwoniłam wcześniej. Chciałam, byś miała okazję porozmawiać z nami obojgiem, ale jego nie ma i nie ma, więc stwierdziłam, że nie będę trzymać cię w niepewności i sama zadzwonię. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe.

– Nie, oczywiście, że nie.

Patrzyłam zafascynowana na moją rozmówczynię. Mimo kiepskiej jakości obrazu zobaczyłam na ekranie piękną blondynkę z kręconymi włosami i oszałamiającymi zielonymi oczami. W jej głosie dało się słyszeć lekki francuski akcent. Co mnie nie dziwiło, w końcu spędziła większość swojego życia w Paryżu.

– Wiem, że dostałaś już naszą aplikację, i jestem ciekawa, czy jest coś, o co chciałabyś zapytać.

– Tak, dostałam wiele informacji na państwa temat, ale chciałam zapytać o dzieci. Znam ich imiona i wiek, ale chciałabym się dowiedzieć, jakie mają hobby, jak lubią spędzać czas…

– Bardzo miło, że pytasz o nasze pociechy. Nathalie, nasza córcia, uwielbia wszelkie programy przyrodnicze, a także śpiewać i malować. Tańczy w grupie baletowej, a w ciągu dnia chodzi wraz z Mathieu do pobliskiej junior school. Jest śliczną, pogodną dziewczynką o dobrym sercu. A Mathieu, jak przystało na nastolatka, uwielbia grać na tablecie, komórce, laptopie. Bardzo lubi Minecraft, tenis i uczyć się języków obcych. W tym momencie prócz angielskiego włada francuskim i włoskim, które opanował w stopniu biegłym, no i zaczyna się uczyć hiszpańskiego. Ma niesamowite zdolności do tego.

– To wspaniale, pewnie jesteście państwo dumni z dzieci?

– Wiesz, pewnie jak wszyscy rodzice ze swoich pociech. – Zachichotała. – Dodam jeszcze, że cała nasza rodzina prowadzi bardzo aktywny tryb życia. Dzieci po szkole mają swoje dodatkowe zajęcia, na które chodzą z wielką przyjemnością.

– A jakie to zajęcia?

– Nathalie ma lekcje baletu, jak już wspominałam, oraz zajęcia z języka francuskiego, chodzi na nie dwa razy w tygodniu. Mathieu oprócz konwersacji z hiszpańskiego chodzi na karate i basen. Mam nadzieję, że nasz grafik nie będzie dla ciebie zbyt napięty. Bardzo zależy nam, byś czuła się z nami dobrze i swobodnie.

Roześmiałam się, ponieważ nic w tej opcji mnie nie przerażało. Cieszyłam się na taką różnorodność. Miałam dosyć mojego monotonnego życia w Warszawie, które polegało głównie na pracy i zamartwianiu się, że nie mam za co opłacić rachunków. O beztroskich zakupach mogłam sobie tylko pomarzyć. Zazdrościłam kobietom, które miały pieniądze na swoje zachcianki. Może mnie kiedyś też to będzie dane? Chciałam podróżować, poznawać nowe miejsca, otaczać się zabawnymi i inteligentnymi ludźmi. Do tej pory nie miałam do tego okazji, ale teraz już widziałam się oczami wyobraźni w pięknej kawiarni, gdzieś przy Green Park, popijającą latte. Widziałam cudowne: London Eye, Buckingham Palace, Westminster, Downing Street. W sumie każdy londyński zakątek byłby lepszy niż ten, na który teraz miałam widok.

Spojrzałam ciekawie na monitor, ponieważ obraz zadrżał. Przez chwilę nawet bałam się, że zrywa połączenie, a tu nagle w migawkach zobaczyłam mężczyznę. Wyglądało to tak, jakby ktoś przenosił laptop.

– George, uważaj, powoli i spokojnie. I proszę cię, uważaj!

– Nic się nie martw, mam wszystko pod kontrolą…

Boski głos należał do pana Marlowa. Moja twarz płonęła z emocji. George na żywo wydawał się jeszcze bardziej interesujący niż na zdjęciu.

– Cześć, Anita, tu George. – Pomachał mi na przywitanie. – Bardzo miło mi cię poznać.

– Witam serdecznie.

– Podejrzewam, że Claire…

Spojrzał na swoją śliczną żonę i uśmiechnął się łobuzersko, a mnie serce stanęło z wrażenia. Jaki przystojniak! O matko, co się ze mną dzieje? Nie mam już szesnastu lat, by tak reagować na mężczyznę! W dodatku żonatego mężczyznę.

– …już ci pewnie opowiedziała o naszych dzieciach, zwyczajach i tak dalej.

– Tak, trochę nam się udało na ten temat porozmawiać. – Tylko tyle potrafiłam wydukać.

– Wspaniale. Potrzebujemy pomocy głównie przy dzieciach. Jesteśmy francusko-brytyjską rodziną mieszkającą na stałe w Londynie, ale dzięki małej odległości od Paryża jeździmy tam bardzo często. Jeśli będziesz miała ochotę, to możesz oczywiście zabrać się któregoś razu z nami. Polecam, tam jest pięknie. Claire i ja jesteśmy bardzo zapracowani i dlatego potrzebujemy niani w zwariowanych godzinach dnia i czasami nocy. Claire maluje czasami po nocach… Dlatego pomysł zamieszkania z nami wydaje się bardzo dobrym rozwiązaniem. Zaoszczędzi nam czasu i stresu, a tobie pieniędzy. Mamy nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu.

– Brzmi wspaniale, oczywiście, że nie.

Claire spojrzała na mnie i powiedziała:

– Bardzo bym chciała, byś opowiedziała nam coś o sobie. Wiesz, w końcu mamy zamieszkać pod jednym dachem…

– Obawiam się, że moje życie nie jest nawet w połowie tak ekscytujące jak wasze. Jestem samotną trzydziestodwuletnią kobietą, mieszkam w stolicy Polski – Warszawie. Mam prawo jazdy, nie piję, nie palę. W wolnym czasie chętnie czytam powieści sensacyjne, uwielbiam oglądać filmy, słuchać muzyki.

– A jakie masz doświadczenie w opiece nad dziećmi? Z twojej aplikacji wynika, że skończyłaś studia pedagogiczne i pracowałaś w przedszkolu. Czy to prawda?

– Tak, to prawda, skończyłam pięcioletnie studia pedagogiczne i zrobiłam specjalizację, dzięki której mogłam pracować w przedszkolu.

Zauważyłam, że Claire i George bardzo uważnie mnie słuchali. Spodobało mi się to, bo oznaczało, że naprawdę serio rozważają moją kandydaturę jako potencjalnej opiekunki ich dzieciaków.

– W przedszkolu pracowałam cztery lata, ale już po dwóch miałam dość.

– Czy to przez dzieci? – zapytała poważnie Claire.

– Nie, absolutnie nie. Dzieci były kochane i bardzo lubiłam spędzać z nimi czas. Pod moją opieką były dzieci w wieku od pięciu do sześciu lat. Miałam dość systemu, mojej kierowniczki, całej papierologii, która uprzykrzała mi życie… W polskich przedszkolach jest kładziony duży nacisk na program nauczania i na rutynę z tym związaną, ona mnie też dobijała. Zdobyłam tam duże doświadczenie, za to jestem ogromnie wdzięczna, ale wiem, że ta praca nie jest dla mnie.

– Rozumiem. Chciałabym jeszcze zapytać o jedną rzecz: czy znasz język francuski?

I to by było na tyle w kwestii mojej szansy na pracę marzeń…

– Nie, przykro mi, ale nie znam. Czy to problem?

– Nie, absolutnie nie, to nie jest czynnikiem decydującym, więc nie masz o co się martwić. Po prostu chcieliśmy wiedzieć, bo dzieci są dwujęzyczne. Świetnie radzisz sobie z angielskim, więc nie widzę problemu. A może nawet Mathieu zainteresuje się polskim. – George puścił do mnie oko, a pode mną ugięły się kolana. – Kiedy mogłabyś u nas rozpocząć pracę?

– Myślę, że w sobotę mogłabym być gotowa.

– W sobotę mam swoją wystawę malarską, ale gdybyś przyleciała rano lub wczesnym popołudniem, to myślę, że moglibyśmy zdążyć odebrać cię z lotniska. Z mojej strony to wszystko. Czy masz jakieś pytania?

– Nie mam na razie.

– Wobec tego dziękujemy za tę rozmowę. W poniedziałek damy odpowiedź przez agencję pracy.

– Wspaniale, dziękuję.

– To my dziękujemy.

Gdy połączenie internetowe się zakończyło, wzięłam głęboki oddech. Byłam pewna, że zostanę zaakceptowana przez rodzinę Marlowów. Stanowili piękną parę – George był przystojnym mężczyzną, a Claire pasowała do niego idealnie. Z ciekawości otworzyłam przeglądarkę i rozpoczęłam poszukiwania połączeń lotniczych z Londynem. Ceny biletów były oszałamiające. Ponad sześćset złotych za bilet w jedną stronę? To jakieś złodziejstwo! Dobrze, że rodzina na wstępie zaoferowała, że zapłaci za mnie. Mnie samej byłoby szkoda wydać taką kasę na bilet w jedną stronę. Byłam bardzo podekscytowana rozmową z moimi przyszłymi pracodawcami. Chwyciłam za telefon, bo chciałam się tym koniecznie komuś pochwalić. Zamarłam…

Przykra prawda była taka, że nie miałam z kim podzielić się tą wspaniałą wiadomością. Mama mieszkała na północy Polski i nie kontaktowałyśmy się już od trzech lat. Od momentu, gdy mój ojciec zmarł na zawał serca wywołany sceną, której był świadkiem. Otóż jego ukochana Grażynka miała płomienny romans z sąsiadem Czesławem i choć było to tajemnicą poliszynela, dopiero tamtego dnia tata przyłapał ich na gorącym uczynku. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego mama zdradzała najlepszego mężczyznę na świecie. Na tym gruncie często dochodziło między nami do kłótni. Moja rodzicielka wrzeszczała zawsze, że nie mam pojęcia o jej małżeństwie i kłopotach, że idealizuję ojca, który jej nie kocha… Wiedziałam, że to bzdura. Ojciec kochał ją do szaleństwa i – na moje nieszczęście – przypłacił to życiem. Serce mu pękło z żalu, a ja wyprowadziłam się z domu.