Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 677

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 18 godz. 15 min Lektor: Joanna Jeżewska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 18 godz. 15 min Lektor: Joanna Jeżewska

Opis ebooka Gra cieni - Charlotte Link

"David Bellino, pozbawiony skrupułów bogacz, otrzymuje anonimy z pogróżkami. Mężczyznę od lat prześladują lęki  na jawie i koszmary we śnie. Tajemnicze wiadomości stają się pretekstem do konfrontacji z przeszłością. David zaprasza na kolację czwórkę swoich dawnych przyjaciół. Ich drogi rozeszły się w tragicznych okolicznościach. O dziwo wszyscy przyjmują zaproszenie. Goście chętnie rozprawią się z dręczącymi demonami, zrzucą z siebie balast przeszłości i wydostaną się z sieci niebezpiecznych namiętności i tajemnic… Czy podczas wieczerzy David zdemaskuje swego niedoszłego zabójcę. „Link znakomicie opanowała sztukę narracji, stopniowania napięcia oraz potęgowania dramatu”. BücherPick (Szwajcaria) „Przyjemność czytania od pierwszej do ostatniej strony”. Bücher Journal"

Opinie o ebooku Gra cieni - Charlotte Link

Fragment ebooka Gra cieni - Charlotte Link

Tytuł oryginału:

SCHATTENSPIEL

Copyright © 1991 by Blanvalet Verlag

Copyright © 2011 by Blanvalet Verlag a division of Verlagsgruppe Random House GmbH, München, Germany

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Małgorzata Borsukiewicz

Korekta: Anna Just, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7999-302-4

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Nowy Jork, noc sylwestrowa 1988/1989

Nowy Rok trwał od pięciu minut, a nad Nowym Jorkiem wybuchały kolorowe fajerwerki, gdy nagle Andreas Bredow poczuł ból po lewej stronie klatki piersiowej i przez kilka sekund walczył o oddech. Cały zlał się potem. Po chwili minęło, równie gwałtownie, jak się zaczęło, lecz gdy tylko zaczerpnął głęboko powietrza i z powrotem oparł się w fotelu, ból znów zaatakował – koszmarny, kurczowy ból, który zacisnął mu gardło i sprawił, że zadrżały wszystkie członki. Przyłożył obie dłonie do piersi i skulił się w sobie.

Zawał serca. To mogło być tylko to.

Od lat prześladował go lęk, że może mu się przydarzyć coś takiego. Był zagrożony zawałem, lekarz zawsze mu to powtarzał. Każdy jego posiłek wieńczyły tabletki na serce i środki pobudzające krążenie. Pokładał ufność w tym, że zawsze będą wokół niego ludzie, którzy mu pomogą. Szofer, kamerdyner, sprzątaczka, sekretarka, pomoc domowa. I David, który nawet w nocy spał w jego mieszkaniu.

I rzeczywiście przez ostatnie lata Andreas Bredow chyba nawet na minutę nie zostawał sam, bo dokąd miałby się samodzielnie wybrać sześćdziesięciojednoletni ślepiec? Zawsze ktoś brał go za rękę, zawsze ktoś tuż za nim stał. Wystarczyło, by zawołał albo zadzwonił, a natychmiast zjawiało się pół tuzina usłużnych duszków. Zawsze. Tylko nie tej nocy. W noc sylwestrową 1989 roku Andreas Bredow, jeden z najbogatszych ludzi na Wschodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, był w swoim luksusowym apartamencie wysoko nad Piątą Aleją zupełnie sam.

Zebrało mu się nagle na wymioty. Dzięki temu zapomniał na krótki moment o bólu i zdobył się na klarowną myśl: wystarczy, że podniesie słuchawkę i naciśnie jeden, a połączy się z portierem w holu na dole. Portier zna numer jego lekarza, poza tym ma zapasowe klucze do penthouse’u. Będzie więc mógł wprowadzić doktora Harpera na górę, dwadzieścia pięter wyżej. Tak, portier. Wystarczy portier.

Pokój Andreasa, jego gabinet z widokiem na cały Central Park, został tak urządzony, by wszystkie meble stały pod ścianami i nie blokowały przejścia. Andreas mógł się więc po nim poruszać sprawnie i bez potykania.

Teraz jednak wszystko jakby obracało się przeciwko niemu. Na czworakach pełzł po dywanie, perskim, bardzo drogim antyku. Ból był niemal nie do wytrzymania. Gdzieś w połowie pokoju się poddał, leżał skulony niczym embrion, czuł napływające do oczu łzy, sięgnął dłonią do gardła, gwałtownym ruchem poluźnił krawat.

Ja umieram. Umieram. Umieram.

Strach przed śmiercią zmobilizował go, by popełznąć dalej. Aż do biurka… Tam stał telefon… Jeśli do niego dosięgnie… Na zewnątrz sylwestrowe fajerwerki pędziły z gwizdem i z hukiem wybuchały. Obrazy minionych sylwestrów głęboko wryły mu się w pamięć i wydało mu się, że widzi czerwone błyskawice, zielone gwiazdy i złote płomienie na czarnym niebie. Charcząc, niemal nieprzytomny z bólu, wymacał krawędź biurka i się podciągnął. Sięgnął dłonią po słuchawkę i zamarł.

Telefon nie stał na swoim miejscu!

Oczywiście od razu pomyślał, że się pomylił. Że dotarł do drugiej strony biurka. Zawroty i duszności pomieszały mu w głowie. Nie wiedział już, gdzie góra, gdzie dół, gdzie prawa, gdzie lewa strona.

Jezu, gdyby tylko ten ból zelżał! Najchętniej sięgnąłby do swego serca, objął je obiema rękami, zrobiłby mu miejsce, żeby mogło znów swobodnie bić. Klęcząc przy biurku, spróbował jeszcze raz, przesunął drżącą dłonią po blacie. Dyktafon… Ramka ze zdjęciem rodziców… Pojemnik na ołówki… Przecież telefon musi tu być! Zaszlochał i spróbował zrekonstruować układ pokoju: za sobą miał kącik wypoczynkowy, przed sobą okno, po prawej lampę, a po lewej, do cholery, powinien być telefon!

Zwymiotowawszy po raz drugi, osunął się na ziemię. Trafił policzkiem na własną rękę, a ciężki złoty sygnet, który odziedziczył po ojcu, rozciął mu skórę.

Pierścień natychmiast wywołał w nim pewne wspomnienie. Choć wydarzenia te miały miejsce niemal pół wieku wcześniej, obrazy były tak ostre i wyraźne, jakby się rozegrały zaledwie wczoraj.

Berlin, rok 1940. Był trzynastolatkiem, trwało wojenne lato, ciepłe lato, wciąż to pamiętał. W tamtym czasie zewsząd głoszono jeszcze radośnie ostateczne zwycięstwo, a niemieckie oddziały ze wszystkich frontów meldowały o upajających sukcesach. Andreas siedział często przy radiu i słuchał ostrego głosu Józefa Goebbelsa, który propagował panowanie Niemców nad całym światem. Andreas nie lubił Goebbelsa, Adolfa Hitlera też nie. Oczywiście nigdy tego głośno nie wyraził, zwłaszcza że nie potrafiłby dokładnie powiedzieć, skąd wynika ta jego antypatia. Przecież partia robiła dobre rzeczy, szczególnie dla młodzieży. Andreas należał do Jungvolku, a tam co tydzień były wycieczki z namiotami, ogniska, ciekawe zabawy i dzielni kamraci. Ogólnie rzecz biorąc, cudowne rzeczy dla trzynastoletniego chłopca, ale za tym stało coś więcej niż tylko gry i zabawy, coś, co wzbudzało w Andreasie ciche przerażenie. Był bystrym i bardzo wrażliwym chłopcem i wyczuwał jakieś nieuchwytne, trudne do nazwania zagrożenie. Owego lata, dokładnie rzecz biorąc dwudziestego piątego maja, wydarzyły się dwie rzeczy: jedna dotyczyła Christiny, towarzyszki zabaw Andreasa, jego najlepszej przyjaciółki, zaufanej kumpelki, powierniczki wszelkich tajemnic jego duszy. Razem bawili się w Indian albo w księcia i księżniczkę, ale siedzieli też często razem godzinami i rozmawiali, zwłaszcza wtedy, gdy Andreasa ogarniał smutny, melancholijny nastrój, gdy nie rozumiał go nikt oprócz Christiny. Ona była silniejsza z nich obojga, ale tego dnia zjawiła się z zapłakanymi oczami i potarganymi warkoczami.

– Aresztowali mojego ojca, Andreasie! Aresztowali mojego ojca!

– Kto?

– Gestapo. Dziś z samego rana. Przewrócili cały dom do góry nogami, a potem go zabrali. Andreasie, co mam robić?

– Dlaczego go aresztowali, Christino?

Christina znów zaczęła szlochać.

– Bo jest przeciwny Adolfowi Hitlerowi. Mówi, że Hitler to zbrodniarz, który na wszystkich nas sprowadzi nieszczęście. I ktoś na niego doniósł… Andreasie, tak bardzo się boję…

Objął ją ramieniem.

– Jestem przy tobie, Christino. Nie bój się. – Jednak nie mógł jej pomóc, zdawał sobie z tego sprawę. Nikt nie mógł nic poradzić na gestapo. Było wszechmocne. Szeptano o celach tortur, o strasznych więzieniach, obozach, o ludziach, którzy nigdy już nie wrócili.

Powiedział:

– Może tylko przesłuchają go krótko, a potem wypuszczą. – Jednak sam w to nie wierzył. I Christina też nie. Z rozdzierającym serce brakiem nadziei w oczach powiedziała, że jest przekonana, że jej ojciec nigdy już nie wróci. A potem poszła do domu, bo musiała zająć się matką, która siedziała bezczynnie w ich mieszkaniu, jakby nie pojmowała, co się wydarzyło.

Jak się później okazało, ojciec Christiny rzeczywiście nie powrócił. Ślad prowadził do jednego z niesławnych obozów śmierci i tam się gubił. Wydawało się igraszką losu, że Andreas tego samego dnia dowiedział się, że jego ojciec zginął we Francji.

Ciotka Gudrun powiedziała mu o tym, gdy wieczorem wrócił do domu. Zrobiła to na swój niezręczny, pozbawiony wrażliwości sposób. Najpierw zwlekała w nieskończoność, wykręcała się, opowiadała coś o dzielności i niemieckim bohaterstwie (ciotka Gudrun była prawdziwą patriotką!), a gdy Andreas już niemal odchodził od zmysłów i spodziewał się najgorszych wieści, powiedziała wprost:

– A więc tak, przyszedł dziś telegram. Twój ojciec zginął, Andreasie. Nic nie da się zrobić.

Następnie z powrotem odwróciła się do kuchenki i zawzięcie zaczęła mieszać w wielkim garze, niezdolna nawet spojrzeć na blade, wystraszone dziecko, które stało za nią bezradnie, a co dopiero wziąć je w ramiona czy choćby pogładzić po włosach.

Jedyne, co Andreas był w stanie w tym momencie pomyśleć, to: „Teraz nie mam już nikogo. Nikogo na całym świecie”.

Matka Andreasa zmarła przy jego narodzinach, a jego ojca, podpułkownika Bredowa, samodzielna opieka nad niemowlęciem całkowicie przerosła. Był oficerem starego pruskiego sortu, poważny, dokładny i obowiązkowy, zawsze nieco surowy i trzymający dystans. W głębi duszy odczuwał wobec swego małego synka zarówno dumę, jak i miłość, ale zupełnie nie potrafił tego dziecku okazać. Zatrudnił pielęgniarkę, opłacił ją sowicie i z ulgą się wycofał, pozwalając jej właściwie robić, co chce.

Oczywiście nie skończyło się na jednej, osoby do opieki jakoś często się zmieniały, z rozmaitych powodów, więc w ósmym roku życia Andreas miał już przy sobie siódmą „panienkę” i bardzo rzadko widywał ojca. Czcił i podziwiał tego człowieka, który zawsze miał na sobie piękny mundur i zawsze zachowywał się z godnością i spokojem. Często płakał w nocy, zanim zasnął, bo myślał, że ojciec przyjdzie i powie mu dobranoc, ale on jak zwykle się nie pojawiał.

Tylko jedna z tych pielęgniarek rzeczywiście lubiła Andreasa, ale była z nim jedynie przez pół roku, bo wyszła za mąż i wyjechała z Berlina. Wszystkie inne miały jakieś wady. Jedna była oschła, pozbawiona poczucia humoru i ciągle tylko straszyła dziecko, druga bez przerwy przesadnie się śmiała i mówiła tak dużo, że aż bolała od tego głowa. Jeszcze inna zupełnie go zaniedbywała i została w końcu zwolniona, następna kradła jak sroka. Ostatnia miała przyjaciela, który nieustannie wałęsał się po domu Bredowów podczas nieobecności podpułkownika i mówił Andreasowi, że go „ukatrupi”, jeśli naskarży ojcu. Andreas przyuważył ich kiedyś, gdy się kochali na dywanie w salonie; przeżył szok, miał potem koszmary w nocy i niczego nie mógł przełknąć. Nie uszło to uwadze nawet niemal nieustannie nieobecnego podpułkownika, który wreszcie wydobył z syna, co się wydarzyło. To był koniec piastunek i do akcji wkroczyła ciotka Gudrun.

Ciotki Gudrun na pewno nie można było podejrzewać, że kiedykolwiek odda się jakimkolwiek niemoralnym uczynkom. Była starszą siostrą podpułkownika i typową starą panną. Nienawidziła wszystkich mężczyzn – głównie dlatego, że nigdy żaden o nią nie zabiegał – i z zapałem starała się zrekompensować swe hańbiące staropanieństwo szczególną pilnością i niezmierną solidnością. Przeprowadziła się do domu brata z całym dobytkiem i od tego momentu każdego dnia nie omieszkała udowadniać światu, jakiż to był z jej strony niesamowity przejaw miłości bliźniego. Zdanie, które mały Andreas słyszał teraz najczęściej, brzmiało: „Nie masz pojęcia, jaki powinieneś mi być wdzięczny!”.

Gdy zaczęła się wojna i podpułkownik musiał wyruszyć na front, Andreas stał się jeszcze bardziej samotny. Choć dzień zapełniały mu szkoła, Jungvolk i Christina, to nie było żadnego dorosłego, któremu mógłby okazać miłość i zaufanie i którego mógłby stawiać sobie za wzór. Trzymał się więc mocno myśli, że wojna wkrótce się skończy i ojciec powróci!

A teraz ojciec nie żył. Nigdy nie zapomni tego wieczoru. Bladoniebieski zmierzch za oknem, kilka rozświetlonych czerwienią chmur, a w środku zapach jednogarnkowej potrawy i potu. Ciotka Gudrun zawsze całkowicie zatracała się w pracy. Andreas widział tylko jej szerokie plecy, grube, zaczerwienione ramiona, które poruszały się niemal z wściekłością. Nie patrząc na niego, powiedziała:

– Pytanie tylko, co teraz z tobą będzie!

Nigdy nie zapomniał poczucia zupełnej bezradności, które ogarnęło go w tamtym momencie.

Tydzień później w domu Bredowów zjawił się młody żołnierz. Był świadkiem ostatnich chwil podpułkownika i przekazał, że umierający myślał wtedy o swoim synu.

– Martwił się o ciebie. Powiedział mi, żebym cię od niego pozdrowił i przekazał, że bardzo cię kocha. I dał mi to dla ciebie. – Żołnierz sięgnął do kieszeni kurtki. Wyciągnął z niej złoty sygnet, który ojciec zawsze nosił i który w rodzinie Bredowów od pokoleń przekazywany był przez ojca najstarszemu synowi. – Powiedział, że od teraz należy do ciebie. I żebyś go nigdy nie zapomniał.

Nigdy. Nigdy go nie zapomni.

Niedługo potem ciotka Gudrun zaczęła biadolić, że jest zbyt stara i zbyt zmęczona, żeby samotnie wychowywać dziecko, poza tym narobiła się już w życiu i ma prawo w końcu pomyśleć o sobie.

– Gdybym tylko wiedziała, co z tobą zrobić! – powtarzała Andreasowi, który nie miał pojęcia, co na to odpowiedzieć.

Na szczęście był jeszcze jeden krewny, kuzyn ciotki Gudrun i podpułkownika. Rudolf Bredow jako młody mężczyzna wyemigrował do Ameryki i w krótkim czasie dorobił się tam majątku. Był zaradny, lubił ryzyko i zarządzał już niemałym imperium, Bredow Industries, które obejmowało sieć hoteli, restauracje, pola naftowe w Teksasie i prywatną linię lotniczą. Andreas nigdy nie widział legendarnego wuja Rudolfa, wiedział jednak, że uchodzi on za czarną owcę w rodzinie, w której gardzono przedsiębiorczością. Ciotce Gudrun nie przeszkodziło to jednak w nawiązaniu kontaktu z kuzynem i naprzykrzaniu mu się listownie tak długo, aż zgłosił gotowość zabrania do siebie sieroty. Nie miał własnych dzieci, jego żona, Judith, od dawna pragnęła jednak potomka, wydawało się więc, że to rozsądne rozwiązanie. Ciotka Gudrun była mocno podekscytowana.

– Trafił ci się szczęśliwy los, Andreasie, mam nadzieję, że sobie to uzmysławiasz! W końcu kiedyś to wszystko odziedziczysz. Może wtedy pomyślisz o ciotce Gudrun! Nie masz pojęcia, jaki powinieneś mi być wdzięczny!

Andreas w oszołomieniu obserwował błyskawicznie następujące po sobie wydarzenia. Zanim się obejrzał, zarezerwowano mu bilet na statek, a spakowane walizki stały w przedpokoju. Okropnie się czuł z tym, że porzuca Christinę, o którą się martwił i którą najchętniej zabrałby ze sobą, zamiast zostawiać ją w hitlerowskich Niemczech. Gestapo zjawiło się jeszcze raz i przesłuchiwało jej matkę. Andreasowi wyjazd za ocean wydawał się niemal zdradą.

Rudolf i Judith Bredow przyjęli go z otwartymi ramionami, a szczególnie Judith obdarzyła go czułą miłością już od pierwszej chwili. Niestety miłość ta przyszła zbyt późno, by uwolnić Andreasa od jego samotności i lęków, by zrekompensować poczucie opuszczenia i chłodu, których doświadczył jako dziecko. Coraz częściej ogarniał go melancholijny nastrój. Starał się nie okazywać tego smutku, wiedział bowiem, że sprawia Judith ból, widać go jednak było w jego oczach. Czasami myślał, że może lepiej byłoby, gdyby miał przy sobie Christinę. Wspominał wtedy spędzane razem popołudnia, wspólnie dzielone tajemnice i ogarniały go troska i tęsknota. Na dodatek wraz z upływem czasu z Niemiec dochodziły coraz gorsze wieści, miasta bombardowano, tysiące ludzi ginęły w nalotach. Z niepokojem raz po raz zadawał sobie pytanie, czy Christina i jej matka wciąż są w Berlinie, czy też dla bezpieczeństwa wyjechały na wieś.

Nowy Jork oznaczał dla Andreasa wkroczenie w nowy świat, życie z widokiem na Central Park, ferie w Martha’s Vineyard albo na ranczu w Teksasie, prywatną szkołę, a później studia ekonomiczne i prawnicze na Harvardzie, eleganckie restauracje i bale, szofera, własną łazienkę i lekcje tenisa. W urodziny mógł zaprosić kolegów ze szkoły, były lody i loteria dla wszystkich, a Judith osobiście bawiła się z nimi w różne gry. Wszystkie swoje uczucia przelała na zupełnie obce dziecko. Andreas odwdzięczał się jej przywiązaniem i lojalnością, lecz jedynym, czego nie mógł jej ofiarować, a czego ona tak bardzo pragnęła, była naturalna i beztroska radość dorastającego chłopca.

– Jesteś zbyt poważny jak na swój wiek – powtarzała często. – Co cię tak smuci?

Uśmiechał się tylko, ale mógłby jej jedynie odpowiedzieć, że smutek będzie mu towarzyszył do końca życia.

W osiemnaste urodziny – był to maj roku 1945, Niemcy właśnie skapitulowały – Rudolf zawołał swojego przybranego syna do gabinetu i wręczył mu grubą kopertę.

– To dla ciebie, Andreasie – powiedział. – To kopia mojego testamentu. Uczyniłem cię moim jedynym spadkobiercą. Dostaniesz kiedyś wszystko, co do mnie należy.

A należały do niego miliony. Andreas chciał coś powiedzieć, lecz Rudolf machnął ręką.

– Nie zrobiłbym tego, gdybym nie miał pewności, że będziesz umiał sobie z tym poradzić. Jesteś rozsądny i odpowiedzialny. Pokładam w tobie wielkie zaufanie, Andreasie.

– Naprawdę uważasz, że sprostam temu wszystkiemu? – zapytał pełen wątpliwości Andreas.

– Jestem o tym stanowczo przekonany – odparł Rudolf.

Andreas miał dwadzieścia pięć lat, gdy Judith umarła na guza mózgu. Cztery lata później Rudolf zginął w wypadku helikoptera. Leżał ciężko ranny jeden dzień w teksańskim szpitalu, a gdy tuż przed śmiercią na chwilę odzyskał przytomność, ujrzał przy swoim łóżku Andreasa, który natychmiast przybył z Nowego Jorku.

– Andreasie, powinieneś się ożenić – powiedział – i mieć dzieci. Samotność nie jest dobra.

W kolejnych latach Andreas często przypominał sobie te słowa, gdy doskwierała mu samotność i gdy zaciskając zęby, radził sobie z depresją. Rzucił się w wir pracy, dbał o to, by nawet w weekendy nie mieć ani chwili wolnego. Jego sekretarki lamentowały, że przysparza im nieustannego stresu. Latem 1967 roku, gdy przekroczył czterdziestkę, przeżył zawał serca.

– Jeśli to możliwe – powiedział mu z naciskiem lekarz – to proszę sobie darować drugi zawał, panie Bredow. Jest pan zbyt młody, żeby ta pana pompka już teraz przestała działać.

Od swych osiemnastych urodzin Andreas raz po raz próbował dowiedzieć się czegoś o losie swojej przyjaciółki Christiny. Wciąż dręczyło go sumienie, że opuścił Niemcy bez niej. Jesienią 1969 roku detektywi, których wynajął w Europie, przekazali mu radosną nowinę.

– Znaleźliśmy Christinę. Jej ojciec zginął w 1940 roku. Christina i jej matka z trudem sobie radziły, ale już ich nie niepokojono. Christina wyszła potem za mąż za włoskiego przedsiębiorcę, Giuseppe Bellino, z którym wyjechała do Londynu. Urodził im się syn, David. Giuseppe Bellino zmarł krótko po jego narodzinach na zapalenie płuc. Christina i David zostali sami. Chłopiec ma obecnie dziewięć lat.

Andreas nigdy nie zapomni chwili, gdy po raz pierwszy zobaczył Christinę i małego Davida. Jaki to był śliczny chłopczyk! Szczupły i blady, o bardzo ciemnych włosach – spadku po włoskim ojcu, jasnych oczach, które wydawały się nieco zamyślone, ale stawały się bardzo czujne, gdy tylko skierowano do niego jakieś słowo. Pochylił się ku niemu.

– A więc to ty jesteś David. David Bellino.

Chłopiec skinął głową. Ktokolwiek inny uznałby, że David jest zbyt poważny jak na swój wiek, lecz Andreas nie miał żadnego doświadczenia z dziećmi. Widział tylko niewinną, młodą buzię i poczuł, że nareszcie znalazł kogoś, komu będzie mógł podarować całą swoją miłość i czułość.

Andreas i Christina cieszyli się z ponownego spotkania; nigdy nie przestali żyć przeszłością, a razem mogli wskrzesić wszystkie swoje wspomnienia, pośród których w minionych latach poruszali się samotnie. Andreas dowiedział się, jak bardzo Christina cierpiała po śmierci ojca, a potem po śmierci męża.

– Ojciec był dla mnie wszystkim – powiedziała. – Ubóstwiałam go i nigdy nie pogodzę się z tym, że musiał tak wcześnie umrzeć w tamtym strasznym obozie. Giuseppe trochę go przypominał. Bardzo go kochałam. Był starszy ode mnie o dwadzieścia lat, dawał mi ciepło i poczucie bezpieczeństwa. Myślałam, że nie dam rady, gdy nagle umarł. I pewnie nie dałabym rady, gdyby nie było Davida. On jest wszystkim, co mi zostało. Tak bardzo kocham to dziecko, Andreasie, że nawet nie potrafię ci opisać, co do niego czuję. Chciałabym, by stał się kiedyś takim człowiekiem, jakim był mój ojciec.

David przysłuchiwał się temu ze zdziwieniem. Był też świadkiem, gdy Andreas tuż przed swoim wyjazdem poprosił Christinę do salonu, posadził ją w fotelu, usiadł naprzeciwko niej i wziął ją za ręce.

– Christino, przemyślałem to sobie. Byłoby pięknie, gdybyś zgodziła się na mój plan i nie odrzuciła go z poczucia fałszywej dumy. Wiesz, że nie mam żadnych spadkobierców. Gdy umrę, ktoś powinien przejąć imperium Bredowów, a ja postanowiłem, że będzie to David. Nie, nie przerywaj mi. Kocham twojego syna. Zrozum, nie mam dzieci, a on nie ma już ojca i dlatego widzę w nim jakby… własnego syna. To uroczy, mądry i piękny chłopiec. Dla mnie ucieleśnia on świat takim, jaki powinien być, skoro minął już ten koszmar. Ludzie tacy jak on mogą uchronić nas i wszystkich tych, którzy przyjdą po nas, przed ponownym doświadczeniem tego, co stało się naszym udziałem. Powinien mieć wszelkie możliwości, rozumiesz? Chciałbym, żeby otrzymał najlepsze wykształcenie, zapłacę za to. Chciałbym, żeby kiedyś stał się bogatym i wpływowym człowiekiem, którego słowa będą szanowane, którego się słucha i darzy respektem. Christino, bardzo tego pragnę. Chcę się nim zająć i dam mu wszystko, przede wszystkim uwagę, którą mnie obdarzono zbyt późno. – Cicho dodał: – Będziemy z niego tacy dumni.

Przemawiał do Christiny ze szczerego serca. Uśmiechnęli się do siebie w ciszy, dwoje ludzi, którzy tkwili korzeniami w pielęgnowanych przez siebie obrazach pamięci, a centralnym punktem swej egzystencji uczynili dziecko.

Poświęcili się mu z pełnym oddaniem i nadmiarem miłości.

Andreas wciąż leżał na podłodze, na zewnątrz strzelały fajerwerki, a sygnet ojca wrzynał mu się w policzek. Przez moment wydawało mu się, że ma dość siły, by podjąć jeszcze jedną próbę sięgnięcia po telefon, lecz jego palce znów natrafiły na pustkę. Skulił się na dywanie i zaczął się zastanawiać. Może nosił ze sobą aparat po pokoju, jak mu się to kiedyś zdarzało? Nie, nie robił tego, odkąd stracił wzrok. Nie ruszał telefonu z miejsca, bo musiał wiedzieć, gdzie dokładnie się znajduje. Żadna z sekretarek ani żadna ze sprzątaczek też nie ośmieliłaby się go przesunąć. Wiedział, że nie rozwikła już tej tajemnicy. Wiedział, że umrze.

Gdy pisali o nim dziennikarze, zawsze wspominali jego bajkowy życiorys, „spełnienie amerykańskiego snu”. Gdy go o to pytali, zawsze odpowiadał: Takie było moje przeznaczenie. I to wszystko.

W ostatnich minutach życia też pomyślał o roli przeznaczenia w życiu człowieka. Dopiero teraz, z perspektywy czasu, pojedyncze wydarzenia połączyły się i stały się historią, której finał właśnie przeżywał. Siedem lat temu strzelał do niego zamachowiec, gdy opuszczał hotel Plaza; nie celował w niego, tylko w jego sekretarkę, która porzuciła go dla innego mężczyzny. Źle trafił, to Andreas przewrócił się na ziemię i leżał w kałuży krwi. Lekarze przez wiele dni walczyli o jego życie. Miał głowę owiniętą bandażami i nic nie widział, a gdy zdjęli opatrunki, nadal nic nie widział. W bardzo delikatny sposób przekazano mu, że stracił wzrok. Gdyby nie był ślepy, znalazłby teraz telefon.

A to, że owej sylwestrowej nocy był zupełnie sam, to wina tej lafiryndy, którą David uznał za swą wielką miłość. Młodziutka ślicznotka z Bronksu, która zdobyła wątpliwą sławę, paradując nago na łamach „Hustlera”. Andreas jej oczywiście nie widział, ale słyszał jej głos i wyczuwał jej aurę.

– Ona cię nie kocha, Davidzie. Uwierz mi. Chce twoich pieniędzy, chce wygodnego życia, które będzie mogła wieść u twego boku. Ona tylko cię wykorzystuje! – Równie dobrze mógłby przemawiać do ściany.

Tej nocy miał podjąć ostatnią próbę. Odesłał służbę, zamówił zimny bufet z restauracji, schłodził szampana i poprosił Davida, żeby nastawił płytę. Przez chwilę, podczas jedzenia, rozmawiali o drobnostkach, a potem Andreas ostrożnie skierował rozmowę na Laurę Hart. David właściwie nie dał mu nic powiedzieć. Natychmiast wybuchnął:

– Ani słowa przeciwko niej, Andreasie! Ani jednego słowa!

– Davidzie, gdybyś tylko zechciał zrozumieć, że ja chcę dla ciebie najlepiej. To nie jest odpowiednia kobieta. Powinieneś to pojąć, zanim będzie za późno!

– Skreślasz ją tylko dlatego, że nie ma pieniędzy i że jej matka była alkoholiczką!

– To nieprawda. Nawet nie skreślam jej z powodu tych… nagich zdjęć, choć mi się to nie podoba, tylko dlatego, że wyczuwam w niej nieuczciwość. Ona cię nie kocha, Davidzie, nawet jeśli będzie tak twierdzić sto razy na dzień. Zaufaj mi. Niewidomi mają zdolność wyczuwania pewnych wibracji, których nie odbierają ci, którzy widzą. Dla mnie to niemal namacalne, że ona tylko udaje przed tobą te uczucia. – Andreas zamilkł wyczekująco. Słyszał, że David wstał, czuł, że jest wściekły.

– Myślałem, że spędzimy razem miłego sylwestra, Andreasie. Ale jeśli zamierzasz się kłócić, to kłóć się sam. Ja idę do Laury.

– Davidzie! Nie odchodź! Porozmawiajmy! Może…

Drzwi zatrzasnęły się. Andreas został sam.

I tak splotły się nici przeznaczenia: dziecko, które opuściło Niemcy z chorą duszą, pół wieku później, jako ślepy starzec, umierało samotnie w luksusowym apartamencie z widokiem na Central Park na zawał serca – tylko dlatego, że cholerny telefon nie stał na swoim miejscu.

Tuż przed pierwszą Andreas Bredow wydał z siebie ostatnie tchnienie – a młody Anglik, David Bellino, odziedziczył majątek wart miliony.

Część I

Nowy Jork, listopad 1989

Choć David jak każdego wieczoru połknął tabletkę nasenną, obudził się już o trzeciej nad ranem i tylko przewracał się niespokojnie z boku na bok. W końcu obudziła się też Laura.

– Co się dzieje? Znowu nie możesz spać?

– Tak. Ale nie przejmuj się. Przeniosę się do gabinetu.

– Powinieneś pójść do lekarza, Davidzie. Ostatnio nie przespałeś ani jednej nocy!

– Byłem u lekarza. Przepisał mi te tabletki, ale one niezbyt pomagają. Prawdopodobnie potrzebuję czegoś mocniejszego. Ale nie martw się. – Odsunął kołdrę i wstał. W ciemnościach nie widział twarzy Laury, więc nie zauważył też na niej wyrazu wrogości.

„Z całą pewnością nie będę się martwić” – pomyślała.

Poszedł do swojego gabinetu, dawniej gabinetu Andreasa, który w niecały rok po jego śmierci kazał urządzić na nowo. Zostawił tylko biurko przy oknie. Stała na nim ramka ze zdjęciem Andreasa.

David usiadł. Był zmęczony i było mu zimno. Tabletki, które przyjmował już niemal garściami, miały na niego dziwny wpływ: wywoływały senność, ale wcale nie uwalniały go od lęków – mógłby przespać sto lat, a jednocześnie czuł, jak serce podchodzi mu do gardła.

– Jakaś lipa… – mruknął. – Przez te tabletki jeszcze mi gorzej!

Był przystojnym mężczyzną, bardzo wysokim, ciemnowłosym, o wąskich, jasnych oczach. Uwagę kobiet przyciągały jednak przede wszystkim jego piękne dłonie i szerokie ramiona. Był mężczyzną, który miał świadomość swojego wpływu na płeć przeciwną i czasami to wykorzystywał. Teraz jednak, gdy tak kulił się w nocy przy biurku, czuł się żałośnie. Palce lekko mu drżały, gdy otwierał szufladę i wyciągał z niej pistolet, który leżał na stosiku spiętych gumką listów. Delikatnie pogładził lśniący czarny metal, zyskując na powrót odrobinę spokoju.

Bezsenność dokuczała mu od śmierci Andreasa. Gdy tamtego noworocznego poranka wrócił do mieszkania i znalazł go martwego przy biurku, poczuł, że stracił grunt pod nogami. Od tamtej pory nieustannie towarzyszyły mu środki uspokajające, pozwalały mu przetrwać te godziny, gdy dręczyły go poczucie winy i strach. Gdy raz po raz widział przed sobą ostatni moment tamtej sylwestrowej nocy:

– Idę do Laury! – powiedział. I spojrzał wtedy na biurko, na aparat telefoniczny. Andreas znał numer do Laury; mieszkała wtedy w małym mieszkanku nad rzeką Hudson, które opłacał jej David.

„A ty nie będziesz mi tam przeszkadzać – pomyślał. – Już nigdy więcej!”.

Andreas dzwonił kilka razy do Laury, gdy wiedział, że David u niej jest. Były to bardzo nieprzyjemne rozmowy. Tej nocy David nie życzył sobie takich atrakcji.

Dywan wyciszył jego kroki, kiedy podchodził do biurka; poza tym wciąż grała nastawiona płyta. Jednym ruchem ręki przestawił telefon z biurka na przesuwany regał na kółkach, który stał w kącie. Niewykluczone, że Andreas tam też go znajdzie, ale przynajmniej przez jakiś czas będzie go szukać.

– Davidzie, nie odchodź! Porozmawiajmy! Może…

David wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi. Na zewnątrz głęboko zaczerpnął powietrza. Czasem miał ochotę posłać starszego pana do diabła. Dlaczego ludzie po pięćdziesiątce są przekonani, że mogą nieproszeni wtrącać się w sprawy, które ich nie dotyczą?

Pamiętał, jakby to było wczoraj: jechał do domu w spokojny, mroźny i śnieżny poranek. Sam kierował autem, wygodnie rozparł się w fotelu. Przeprosi Andreasa za to, że wczoraj nad sobą nie zapanował, a potem może spokojnie porozmawiają o problemie pod tytułem „Laura”. Może Andreas pozbędzie się swoich uprzedzeń. „Uprzedzeń” – myślał dziś gorzko. Z czasem coraz mocniej się przekonywał, że Andreas miał rację. Ale wtedy był przekonany, że Laura go kocha. Podobało mu się, jak się śmieje, jak mówi, jak gestykuluje, jak z wręcz namiętnym wyrazem twarzy pije szampana, jak kroczy przez pokój albo wychyla się przez okno, żeby pozwolić płatkom śniegu rozpuścić się na jej twarzy. Lubił też, gdy radość w jej oczach nagle ustępowała melancholii, a jej oblicze wyrażało rodzaj tęsknego zamyślenia. Nie zdołała ukryć tej drobnej, bladej i głodnej dziewczynki z Bronksu, którą niegdyś była, nawet wtedy, gdy miała na sobie kostium od Ungaro czy futro od Fendiego. W jej pamięci wciąż istniały chłód i bieda, strach i setki razy doświadczona przemoc. Czasem przytulała się do niego, a jemu wydawało się, jakby była malutkim zwierzątkiem, które chowa się w futrze matki. Przyciskając głowę do jego piersi, szeptała:

– Nie chcę już nigdy być biedna, Davidzie. Nigdy. Tak bardzo się boję, że pewnego ranka obudzę się i znowu znajdę się w zapuszczonym mieszkaniu w Bronksie, obok będzie chrapał mój pijany ojciec, matka nie będzie wracać, a ja wybiegnę na ulicę, żeby jej znowu szukać…

– Bez obaw, Lauro. Ochronię cię. Teraz jesteś ze mną.

– Wiem, Davidzie. Ale czasem mam takie koszmarne sny i czuję strach, gdy zapada ciemność albo jak jest wokół mnie dużo ludzi…

– Nie musisz się obawiać, dopóki ja jestem przy tobie. – Przytulał ją chętnie i pocieszał, robił to też tamtej sylwestrowej nocy, gdy nagle nad ranem jej lęk o przyszłość znów wyrósł niczym wysoki, czarny mur. Uwielbiał rolę opiekuna, bo dawała mu władzę, lecz nie był dobrym psychologiem i nie zauważył, że wzbudza w Laurze mieszane uczucia: lgnęła do niego, bo był pierwszym mężczyzną, który dał jej poczucie bezpieczeństwa, ale jednocześnie nienawidziła go, bo stanowił jedyną, cienką zasłonę, która oddzielała ją od jej wcześniejszego życia i przez to miał ją w garści. Jadąc w śnieżny noworoczny poranek z powrotem do mieszkania, które dzielił z Andreasem, zupełnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że zostawił ją wzburzoną i nieszczęśliwą. Był pewien, że Laura jest w równie dobrym humorze jak on. Kiedyś potem ona powie o nim: Był wręcz niewiarygodnie pozbawiony wrażliwości.

Natychmiast zorientował się, że Andreas nie żyje, gdy tylko zobaczył go leżącego przy biurku, i już w następnej sekundzie domyślił się, co się musiało wydarzyć. Telefon! Andreas w ostatnich minutach życia próbował go znaleźć.

David nie wiedział, jak długo stał w pokoju, chłonąc widok każdego przedmiotu i każdego mebla. Wszystkie szczegóły na zawsze wryły się w jego pamięć: stół z zimnym bufetem z poprzedniego wieczoru, wymiociny na dywanie, zaschnięte resztki jedzenia na talerzach, niezbyt apetycznie wyglądające w bladym, zimowym poranku, napełnione do połowy kieliszki. Na adapterze leżała nieruchoma płyta, której słuchali, w powietrzu unosił się zimny papierosowy dym. W drodze do biurka Andreas zgubił pantofel, który leżał teraz pośrodku dywanu. W podświetlanym akwarium na regale rybki śmigały niczym błyskawice.

David drgnął, gdy nagle rozległ się przenikliwy dzwonek telefonu. Drżącą ręką podniósł słuchawkę:

– Tak, słucham?

– Pan Bredow? – To był portier. David odchrząknął.

– Nie. Mówi David Bellino.

– Ach, pan Bellino! Dzień dobry. Są już ludzie z restauracji po naczynia. Czy mogę wysłać ich na górę?

– Niestety… Niestety stało się coś okropnego.

– Panie Bellino? Dziwnie pan brzmi. Co się stało?

– Gdy wszedłem do domu, zastałem wuja na podłodze przy biurku. On… nie żyje.

Do dziś unosiły się w gabinecie te słowa. I wspomnienia. Przede wszystkim wspomnienie tego, jak on, jeszcze zanim przybyli lekarz i policja, odstawił telefon na dawne miejsce. Potem wszyscy myśleli, że Andreas nie miał siły podnieść słuchawki. Nikt nie dociekał. O zgonie Andreasa napisały wszystkie gazety, ale wkrótce o nim zapomniano. David, jego spadkobierca, znalazł się w centrum nowojorskiej socjety, dostarczając materiału czasopismom, bowiem jego związek z Laurą Hart stanowił barwną pożywkę dla plotek. Nikt nie czynił mu wyrzutów, choć słyszano, że w sylwestrową noc pokłócił się z Andreasem i zostawił go samego. Skąd mógł wiedzieć, że Bredow akurat tej nocy dostanie zawału serca?

David wiele myślał o Andreasie, teraz, gdy tamten już nie żył, o wiele więcej niż wcześniej. Lubił starszego pana, dokładnie rzecz biorąc: nie miał żadnego powodu, by go nie lubić, i zawsze się wstydził, że jednak było coś, co mu nie pasowało, coś, co wzbudzało w nim wewnętrzny opór. Andreas zawsze był dla niego miły, kłótnia o Laurę Hart też wynikała tylko z jego troski i bez wątpienia cierpiał, że z tego powodu poróżnił się ze swoim podopiecznym. David przypomniał sobie liczne ferie, które spędzał w Nowym Jorku: Andreas zrobiłby dla niego wszystko. Starał się, by było pięknie, by coś przeżył, by chętnie znowu przyjechał. Poświęcał chłopcu mnóstwo czasu, pokazywał mu całe miasto, zabrał go nawet raz do Los Angeles, a kiedyś do Kolorado na narty. Potem David miał w domu mnóstwo do opowiadania. A mimo to… czuł jakiś dyskomfort. W oczach Andreasa dostrzegał tę samą melancholię, którą widział w oczach swojej matki. To wyobcowanie, to trzymanie się przeszłości. Przygnębiało go to u Christiny, przygnębiało też u Andreasa. Czasami miał wyrzuty sumienia, bo sam umiał się cieszyć, był wesoły i nie potrafił dzielić ich smutku. Nigdy nie zapomni rozmowy, którą przeprowadził z nim Andreas, gdy skończył szesnaście lat. Było to w Boże Narodzenie w roku 1976. David przyleciał do Nowego Jorku dwudziestego piątego grudnia. W penthousie Andreasa czekała na niego olbrzymia, cała usiana kolorowymi bombkami choinka, pod której rozłożystymi gałęziami leżały góry prezentów. Andreas zaproponował mu kieliszek szampana. Z adapteru brzmiała świąteczna muzyka, pachniało woskiem i jodłowymi igłami. David siedział pośród swoich prezentów i czuł się dobrze, po prostu dobrze.

Trzymał w ręku zegarek, piękny zegarek na rękę z czarnym cyferblatem i wąskimi złotymi wskazówkami. Podarunek od Andreasa. Podniósł wzrok i uśmiechnął się.

– Dziękuję, Andreasie. Jest naprawdę wspaniały! Skąd wiedziałeś, że marzyłem właśnie o takim zegarku?

– Zdradziła mi to twoja matka – odparł Andreas. Przyglądał się chłopcu, a David poczuł się jakoś nieswojo pod jego spojrzeniem. – Cieszę się, jeśli ci się podoba, Davidzie. Cieszę się… jeśli ci się w ogóle u mnie podoba.

– Wiesz, że zawsze chętnie przylatuję do Nowego Jorku – odpowiedział ostrożnie David.

Andreas skinął głową.

– Jak skończysz w Anglii szkołę, zamieszkasz na stałe w Ameryce. Bałem się często, że mógłbyś postanowić inaczej i nagle stwierdzić, że jednak nie podoba ci się ten kraj. Ale podoba ci się, prawda? I mnie… mnie też lubisz?

– Oczywiście, że cię lubię…

Andreas powoli pokiwał głową. Spojrzał zamyślony na płomyki świec na choince.

– Wiesz, Davidzie, zawsze czułem się bardzo samotny. Już jako dziecko. Twoja matka to jedyna osoba, która przy mnie była. Poza nią nie miałem nikogo. Gdy miałem trzynaście lat, zostałem zupełnym sierotą, ale wcześniej też nie było nikogo, kto by się mną naprawdę przejmował. Zawsze potem pragnąłem mieć kogoś tylko dla siebie. Kogoś, kto mnie kocha, kto mnie potrzebuje, kto mi ufa. Kogoś, dla kogo będę coś znaczył…

„O Boże” – pomyślał David, czując lekką panikę.

Andreas spojrzał na niego.

– Wiesz, że jesteś dla mnie jak syn, Davidzie. Dam ci wszystko, co mam. Tak bardzo się cieszę, że niedługo zamieszkasz tu na stałe.

– To znaczy w Nowym Jorku?

– Tu u mnie. Spójrz, ten penthouse jest dla mnie samego o wiele za duży. Czemu miałbyś się tu nie wprowadzić? Wtedy obaj nie bylibyśmy już sami. Na pewno bym ci nie przeszkadzał. Gdy dorośniesz, oczywiście będziesz chciał mieć więcej swobody. Ale moglibyśmy wieczorami posiedzieć razem i porozmawiać, moglibyśmy jeść razem śniadania albo posiedzieć na słońcu. Miło byłoby rozmawiać o wszystkim, co nas zajmuje, co nas porusza. Zawsze byłby obok ktoś, kto posłucha. – Andreas mówił z wielką pasją, a David spostrzegł, że w jego oczach zalśniły łzy. Zaskoczony zrozumiał, jak samotnym człowiekiem był ten nowojorski bogacz. Smutek i tęsknota na jego twarzy niemal go paraliżowały.

„Cholera” – pomyślał – „Mieszkać z nim tutaj!”.

Był przekonany, że dostanie swoje własne mieszkanie w Nowym Jorku. Nie musiało być ani eleganckie, ani komfortowe, byle tylko było to miejsce, gdzie mógłby się wycofać i przebywać sam ze sobą. Przerażała go perspektywa mieszkania z Andreasem, który był tak strasznie miły, tak strasznie troskliwy, tak strasznie przytłaczający. Lecz podobnie jak wcześniej wobec matki – nie potrafił się bronić. W jej obecności miał czasem ochotę krzyczeć, bo czuł się przez nią wręcz nieznośnie osaczony. Jako dziecko musiał spać w jej łóżku, a ona ciągle się skarżyła, że od śmierci jego ojca nie ma nikogo poza nim. Doskonale pamiętał wyrzuty sumienia, jakie towarzyszyły pragnieniu, by już nie musieć ciągle być przy mamie. Jakże często w niedziele chciał wyjść pobawić się z innymi dziećmi, ale zostawał w domu, bo nie mógł znieść smutku na twarzy matki.

– W takim razie sama wypiję sobie kawę – mówiła wówczas. – Cieszyłam się na wspólne z tobą popołudnie, Davidzie. Ale oczywiście, jeśli większą radość sprawi ci przebywanie z innymi dziećmi niż z nudną matką…

– Wolę być z tobą, mamo – mówił wtedy, czując wściekłość i rezygnację, a na dodatek wstyd, bo najwyraźniej za mało ją kochał, żeby rzeczywiście woleć zostać z nią. – Zostanę!

Teraz Andreas patrzył na niego z takim samym wyrazem oczu, jaki miała matka, a David znów poczuł się bezbronny, bezradny i zły. Gdyby powiedział teraz „nie”, gdyby oznajmił, że woli być sam, to byłoby tak, jakby uderzył niewinne dziecko, które chciało przecież dobrze. Andreas miał najczystsze intencje. Był ucieleśnieniem dobroci, a David poczuł doskonale znajomy wstyd, bo w tym momencie najchętniej zacząłby wrzeszczeć.

– To dobry pomysł, Andreasie – odpowiedział grzecznie. – Oczywiście, chętnie z tobą zamieszkam.

A w duchu pomyślał: „Cholera jasna!”.

Dziś, gdy Andreas już nie żył, cieszył się, że nie stracił wtedy panowania nad sobą. Sprawiłby przykrość starszemu mężczyźnie, zaniepokoiłby go, tamten by nie zrozumiał.

Zatopiony w myślach David obracał szeroki, złoty sygnet Bredowów, który Andreas dawno mu obiecał i który tamtego noworocznego poranka zsunął z palca zmarłego. Z ulgą pomyślał: „Przynajmniej nie byłem niewdzięczny. Nie sprawiłem mu przykrości!”.

Ponownie odsunął szufladę biurka i wyjął z niej spięty gumką stosik listów. Nadawcy nie było, a listy zostały napisane na maszynie i zawierały ordynarne wyzwiska i groźby. Groźby mordu.

„Taka świnia jak ty nie może czuć się bezpieczna. Twój morderca jest już blisko!”. „Zapłacisz za swoje grzechy, Davidzie Bellino, a dzień zemsty nadchodzi!”.

David Bellino przez całe życie był hipochondrykiem. Gdy tylko kichnął, od razu przyjmował mocny środek przeciwgrypowy. Jeśli dostał kilka razy czkawki, natychmiast podejrzewał, że ma nowotwór przełyku i udawał się do specjalisty. Jeśli natrafił w gazecie na opis jakiejś choroby, po kilku minutach odczuwał wszystkie symptomy. Przerażała go perspektywa bólu i niedołęstwa, nie potrafił pogodzić się ze świadomością swojej własnej śmiertelności. Właściwie jego głównym zajęciem było zapobieganie swojej własnej przedwczesnej śmierci.

Niejeden uznałby listy, które otrzymywał od trzech miesięcy w dwutygodniowych odstępach, za głupstwo. Ktoś o takiej pozycji jak David musiał mieć wrogów, lecz ci z pewnością nie czekali z bronią w ręku, by pozbawić obiekt swojej nienawiści życia. David poprosił o analizę tych listów psychologa, a ten stwierdził, że ich autor odczuwa głęboką satysfakcję, pisząc je, ale w żadnym razie nie jest gotów, by przekuć groźby w czyny.

– To ktoś inteligentny i wrażliwy. Nie określiłbym go jako człowieka brutalnego.

David uznał tę opinię za uspokajającą, jednak postanowił mieć się na baczności. Był przy tym, gdy postrzelono Andreasa, to wydarzenie głęboko wryło mu się w pamięć, i za każdym razem, gdy wychodził z budynku na ulicę, spodziewał się, że spotka go to samo. Strach stał się jego największym wrogiem, tyranizował go, gdziekolwiek przebywał. Te listy go wykańczały bez względu na to, czy były pisane serio, czy nie. Musiał się dowiedzieć, kto je pisze, musiał to załatwić, w przeciwnym razie gotów był oszaleć.

Oczywiście w grę wchodziło mnóstwo osób. Partnerzy w biznesie, którym ostatnio dokuczył, pracownicy, których zwolnił, ugrupowania polityczne, obrońcy środowiska, którzy nie zgadzali się z czymś, co robiło Bredow Industries. Musiał sprawdzić wszystkich po kolei. I właśnie się za to zabierze. Wziął kartkę papieru i wyraźnymi, drukowanymi literami napisał cztery nazwiska:

MARY GORDON

STEVE MARLOWE

NATALIE QUINT

GINA ARTANY

Cztery nazwiska, cztery osoby, cztery losy. Czworo jego starych przyjaciół. Nie pamiętał, ile razy notował te nazwiska, jak często myślał o noszących je ludziach. Lecz im częściej się zastanawiał, tym bardziej prawdopodobne mu się wydawało, że to jedno z nich próbuje go zniszczyć z żądzy zemsty.

To mogło być każde z nich. Każde miało motyw.

Zaprosił do siebie owych przyjaciół i ku jego zaskoczeniu wszyscy przyjęli zaproszenie. Od 27 grudnia 1989 do 1 stycznia 1990 mieli być jego gośćmi, a przecież wszyscy nie widzieli się od wielu lat. I od lat nie chcieli widzieć jego.

David wstał i podszedł do okna. Brzask nie zapowiadał jeszcze dnia. Listopad… Ten ponury, szary i zimny miesiąc. Wszędzie mgła, a za mgłą nieodgadnione niebezpieczeństwa.

„Mgła, mgła, mgła. Cały ten przeklęty czas jedna tylko mgła! Końca nosa przed sobą nie widzisz, pojęcia nie masz, dokąd płyniesz” – takie słowa padają w Annie Christie O’Neilla. Dokładnie to samo czuł David Bellino.

David Bellino z pewnością nie był szczęśliwym człowiekiem i dlatego regularnie chodził do psychoterapeuty, a dokładnie rzecz biorąc, do wielu terapeutów, bowiem nie grzeszył cierpliwością i jeśli natychmiast nie odczuwał poprawy, postanawiał poszukać kogoś innego.

– Zanurzenie się w psychice drugiego człowieka to trudne i żmudne zadanie – wyjaśnił mu kiedyś jeden z lekarzy. – Rzeczy, których doświadczył pan jako dziecko, a potem całkowicie je wyparł, muszą zostać odkryte i bardzo delikatnie wyjawione. Ktoś niecierpliwy może tu bardziej zaszkodzić niż pomóc!

– Moje dzieciństwo było w porządku, doktorze!

Lekarz uśmiechnął się wyrozumiale.

– Skoro tak mocno pan w to wierzy, to najlepszy dowód, że coś jednak zdecydowanie nie było w porządku.

David zmienił terapeutę.

Nie wiedział nawet dokładnie, czego tak właściwie chce. Przecież był zdrowy. Ale wtedy – właśnie gdy postanawiał zrezygnować z pomocy psychologa – zawsze coś się wydarzało. Wpadał w histerię, bo wydawało mu się, że rozmiękają mu kości. Albo miał sny, w których rozgrywały się koszmarnie brutalne sceny. Albo całymi dniami nie mógł pracować przez ataki migreny. I z powrotem trafiał na kozetkę.

– Skąd imię David? – zapytał terapeuta. – To żydowskie imię!

– Matka tak postanowiła… Jest Niemką, w czasach nazizmu była dzieckiem. By upamiętnić miliony zamordowanych żydowskich dzieci, nadała swojemu synowi żydowskie imię.

– Ale ona sama nie jest Żydówką?

– Nie. Ale jej ojciec umarł w obozie koncentracyjnym.

David pamiętał, że przez całe jej życie fotografia dziadka stała na honorowym miejscu w salonie – było to chyba w ogóle jego pierwsze wspomnienie z dzieciństwa. Mama zrobiła rodzaj ołtarzyka, świece, kwiaty, figurka Matki Boskiej. Była katoliczką. W Anglii nie było katolickich kościołów, ale trzymała się swojej wiary. David sięgnął kiedyś po tę figurkę i chciał się nią pobawić, myślał, że to ładna laleczka w niebieskiej sukience z czerwoną chustą na głowie. Mama wyrwała mu ją i spoliczkowała go z obu stron.

– Nigdy więcej tego nie rób, Davidzie!

A potem, gdy zapłakany i rozwrzeszczany siedział na dywanie – nigdy dotąd nikt go nie uderzył, nie mógł tego zrozumieć – mama wzięła go w ramiona. Ona też płakała.

– Davidzie, kochanie, przepraszam. Tak mi przykro. Musisz zrozumieć… Mój ojciec… Davidzie, opowiem ci o nim, a wtedy zrozumiesz…

– Matka często opowiadała panu o swoim ojcu? – zapytał lekarz, jakby czytając mu w myślach.

– Tak.

– A co mówiła?

– Ja… Już nie pamiętam.

– Zupełnie nic pan nie pamięta?

Przypomniały mu się sny. Sny pełne opowieści jego matki, ale często pomieszane z bajkami, które mu opowiadano, albo z obrazami, które widział w telewizji. Gdy się budził, w panice szukał latarki, by upewnić się, że jest bezpieczny, nie pamiętając już, z czego dokładnie składały się tamte przerażające obrazy.

– Matka zawsze bardzo pana kochała? – zapytał ostrożnie lekarz.

David skinął głową.

– Tak. Byłem dla niej wszystkim. Straciła ojca i męża i na mnie przelała całą swoją miłość.

– Ale był też pewien człowiek z Nowego Jorku, który wybrał pana na swojego spadkobiercę. Spędzał pan z nim wiele czasu?

– Latałem do niego niemal w każde wakacje i ferie. I on też nas odwiedzał.

– On też pana bardzo kochał?

– Owszem. – David niecierpliwił się, nie rozumiał, do czego ta rozmowa zmierza. – On też nie miał nikogo innego. Proszę posłuchać, doktorze, ja…

– To bardzo ważna sprawa, panie Bellino. Czy nie miał pan czasami poczucia, że się dusi? Że chciałby się pan bronić, ale nie wie przed czym?

Trafił w sedno. David poczuł dławienie w gardle, które tak często go dręczyło.

– Ach… Myślałem, że się uduszę, panie doktorze. Tak, ciągle mi się to zdarzało. Czułem wściekłość, ale nie miałem jej na kogo skierować. Byli dla mnie tacy dobrzy. Chcieli dla mnie najlepiej. Miałem dostawać wszystko co najlepsze i miałem być najlepszy. Czasem miałem ochotę krzyczeć, ale nigdy nie krzyczałem. Bałem się przerażenia, z jakim by na mnie popatrzyli.

– Moim zdaniem, panie Bellino, pański problem nie tkwi w tym, co panu opowiadano, nie w lękach, z którymi zmagała się pańska matka i które bez wątpienia panu przekazała. To stanowiło podłoże, przyczynę powstania czegoś zupełnie innego. Pańska matka i także pan Bredow, oni tą swoją miłością – i wymaganiami, jakie panu stawiali! – dosłownie pana… jak sam pan to nazwał – dusili. A pana paraliżował ten ogrom miłości. Nie był pan w stanie doświadczyć agresji, której młody człowiek w okresie dorastania musi doświadczyć. A teraz się pan okropnie z tym męczy. – Doktor westchnął. – Jeśli pomyśli pan o sobie jako o dziecku i gdyby miał pan opisać tego chłopca, którym pan był, w kilku słowach – jakich przymiotników by pan użył?

– Zagubiony – odpowiedział natychmiast David, a potem dodał: – Często bałem się czegoś, czego nie znałem. Byłem… nadwrażliwy i nieco histeryczny. Miałem koszmarne sny.

Nie zauważył nawet, że podał dokładny opis tego, kim był teraz.

Nowy Jork, 28 grudnia 1989

1

Gina Artany uwielbiała luksus. Ponieważ przez ostatnie lata nieustannie musiała oszczędzać, w pokoju gościnnym Davida wpadła w prawdziwy szał marnotrawstwa. Zapaliła wszystkie światła, napełniła wannę aż po brzegi i użyła tyle drogiego zapachu, który znalazła w jednej z szafek w łazience, że aromat wypełnił cały pokój. Otworzyła dwie różne butelki szampana, tylko po to, żeby móc się w końcu przekonać, czy rzeczywiście smakują inaczej. A potem szeroko otworzyła okno i jednocześnie ustawiła ogrzewanie na maksimum, bowiem połączenie świeżego powietrza i ciepła wydało jej się szczytem luksusu. Niemal słyszała przelękniony głos męża: Skoro otwierasz okno, kochanie, to przykręć, proszę, ogrzewanie. To kosztuje, przecież wiesz…

Lord Charles Artany. Mężczyzna, który zapewnił jej tytuł „lady”. Mężczyzna, z którym mieszkała w nieprzytulnej, pełnej przeciągów posiadłości w północnej Anglii i z którym wspólnie zmierzała ku bankructwu. Otulona miękkim, białym szlafrokiem stanęła przed lustrem i przyjrzała się swojej twarzy, twarzy dwudziestodziewięcioletniej kobiety, która praktycznie nie miała już ani pensa i która z nikim nie kontaktowała się tak często jak z komornikiem sądowym.

– Jestem kobietą, która kochała Johna Eastleya i straciła go – powiedziała na głos, uważnie przyglądając się swojej mimice, gdy wypowiadała jego imię. Gdy Charles był w pobliżu, zawsze napływały jej łzy do oczu, gdy tylko o nim wspominała; teraz, gdy rozdzielał ich Atlantyk, smutek nie ogarnął jej aż z taką mocą. Najgorsze było chyba udawanie miłości wobec innego mężczyzny, bo przecież kochała tylko Johna. Z niechęcią znosiła czułości Charlesa, z jeszcze większą niechęcią je odwzajemniała i miała poczucie, że jej rany nigdy nie zaczną się goić. Teraz po raz pierwszy ból nieco zelżał, być może także dlatego, że nie mogła dać mu miejsca na rozkwit. Musiała zachować trzeźwy osąd.

Zdjęła szlafrok, stwierdziła, że nie zdąży się już wykąpać, założyła bieliznę i pończochy i sięgnęła po sukienkę, w której zamierzała wystąpić na kolacji. Sukienka pamiętała jeszcze stare dobre czasy z Johnem, uszyta była z czarnego jedwabiu i miała głęboki okrągły dekolt. Gina zadała sobie sporo trudu, by skrócić ją tak, żeby pasowała do bieżącej mody. Założyła na szyję szmaragdową kolię i rozczesała długie ciemne włosy. Lustro odbiło wizerunek bardzo drogo ubranej kobiety. Komiczny widok, biorąc pod uwagę, jak rozpaczliwa była jej sytuacja: gdyby David nie dołożył od razu do zaproszenia biletu lotniczego, nie byłaby w stanie opłacić podróży.

Nie miała ochoty nigdy więcej oglądać Davida, bowiem nienawiść, którą do niego czuła, była jak zawsze silna i intensywna, lecz był cholernie bogatym człowiekiem, a ona tak strasznie potrzebowała pieniędzy. Sto tysięcy dolarów wyratowałoby ją z tarapatów i te sto tysięcy dolarów David powinien jej dać. Niezbyt to wiele za zmarnowane życie, wręcz przeciwnie, wykpiłby się tanim kosztem, bardzo tanim.

„Powinno się go powiesić i poćwiartować – pomyślała Gina. – Po stokroć sobie zasłużył!”.

Wyprostowała ramiona. Poczuła przypływ pewności siebie, o której często ostatnio myślała, że zostawiła ją chyba razem ze wszystkimi innymi rzeczami w lombardzie. Blask lamp sprawił, że jej ciemnobrązowe włosy zalśniły niczym jedwab, a oczy wyglądały jak jasne bursztyny. Była atrakcyjną i bardzo silną kobietą i zdarzyło jej się już radzić sobie z sytuacjami trudniejszymi niż ta.

Zerknęła na zegarek, by przekonać się, że ma jeszcze odrobinę czasu do kolacji. Postanowiła, że poprosi pokojówkę o kolejną butelkę szampana. Trzecią tego dnia, choć z żadnej nie wypiła więcej niż kieliszek. Wiedziała, że David uzna to za bezczelność, ale pamiętała też, że bezczelność zawsze mu imponowała.

Natalie Quint przez cały dzień próbowała połączyć się ze swoim mieszkaniem w Paryżu. Dopiero późnym popołudniem, o 23.00 czasu paryskiego, odebrała jej przyjaciółka Claudine.

– Combe – jej głos w słuchawce wydał się wesoły i nieco zdyszany.

– Claudine! Nareszcie! Gdzie ty się, do licha, podziewałaś? Od wielu godzin próbuję się z tobą skontaktować!

– Nat? Połączenie jest takie kiepskie, że trudno cię zrozumieć. Jak tam Nowy Jork?

– Całkiem fajnie. Gdzie byłaś?

– Najpierw na zakupach, w domu nie było już nic do jedzenia. A potem u Marguerite Fabré w Wersalu. Chciała koniecznie ze mną porozmawiać, bo napisała scenariusz i uważa, że tylko ja mogę zagrać w tym filmie główną żeńską rolę. Sądząc po tym, co opowiadała, to rzeczywiście świetna historia.

– Myślałam, że nie chcesz już grać w filmach – powiedziała zaniepokojona Natalie. Przytrzymała słuchawkę podbródkiem i zapaliła papierosa. Przez ten czas, gdy próbowała daremnie skontaktować się z Claudine, zdążyła się mocno zdenerwować. Ostrym tonem powtórzyła: – Nie chciałaś już przecież grać w filmach? Claudine?

– Oczywiście, że nie, kochanie. – Te słowa padły szybko i jakby z lękiem. – Pomyślałam sobie tylko, że nie zaszkodzi zobaczyć się z Marguerite. Przecież to tak miło, gdy ktoś interesuje się scenariuszem.

– A poza tobą nie ma innych zainteresowanych?

– Oczywiście… Ale znam się z nią od tak dawna. I co miałam jej powiedzieć? Przecież nie mogę ciągle odpowiadać, że nie mam czasu.

– Oczywiście zrobisz, jak zechcesz – powiedziała sztywno Natalie.

Claudine natychmiast zaczęła się usprawiedliwiać.

– Natalie, nie chciałam cię zdenerwować. Od razu też powiedziałam Marguerite, że właściwie nie chcę już grać w filmach…

– Co to znaczy „właściwie”?

– Właściwie… Ach, tak tylko powiedziałam. Nie będę już grać w filmach, Nat, to przecież oczywiste. Nie bądź na mnie zła, dobrze? – Głos Claudine przybrał jasne, dziecięce brzmienie.

Nat westchnęła.

– Przepraszam, Claudine. Sama nie wiem, co się ze mną dzieje. Pewnie to, co zwykle.

– Masz ze sobą tabletki?

– Oczywiście. Cały zapas. Doktor Guillaume zwiększył mi dzienną dawkę o pięć miligramów, ale dzisiaj nic nie pomaga. Ta okropna kolacja! Czuję się paskudnie! – „I wyglądam paskudnie” – dodała w myślach. W trakcie rozmowy przysiadła na łóżku z podciągniętymi nogami i widziała swoje odbicie w lustrzanych drzwiach szafy na ubrania. Była blada i miała ciemne kręgi pod oczami. Będzie potrzebować grubej warstwy makijażu, żeby to ukryć. Poza tym odczuwała wszystkie zwiastuny ataku klaustrofobii, a tym razem valium nie pomoże. Sytuacja ją przerosła. Przerosło ją ponowne spotkanie z Davidem. A na dodatek musiała zamieszkać na najwyższym poziomie dwudziestopiętrowego budynku, z którego w razie niebezpieczeństwa nie mogłaby uciec przez okno. Jej mieszkanie w Paryżu znajdowało się na parterze, w hotelach też zawsze starała się mieszkać jak najniżej. Próbowała przypomnieć sobie słowa swojego terapeuty: Niech pani przestanie nieustannie myśleć o ucieczce, Natalie. Przecież nie musi się pani niczego ani nikogo bać. Prowadzi pani piękne, interesujące i pełne sukcesów życie. Nie ma powodów do lęku.

Piękne, interesujące i pełne sukcesów życie! Natalie się skrzywiła. W lustrze spostrzegła, że krótkie jasne włoski nad czołem posklejały się jej w wilgotne pierścionki. Natalie Quint, odnosząca sukcesy dziennikarka telewizyjna. Miała w Anglii swój własny talk-show. I drugi w Stanach. A teraz kolejny we Francji. I kto by się, do cholery, spodziewał, ile valium potrzebuje każdego dnia, żeby w ogóle być w stanie wejść do studia? Żeby pójść na przyjęcie albo chociaż do supermarketu? Obecny producent wiedział, bo tuż przed emisją zobaczył, jak z wyrazem zaszczutego zwierzęcia w oczach kuliła się w garderobie.

– Nie zrobię tej audycji. Nie mogę, nie mogę, nie mogę!

– Natalie! Weź się w garść! Dasz radę, bo jesteś po prostu najlepsza! Wszyscy to wiedzą.

– Nie poradzę sobie.

– Nie wmawiaj sobie tego, Nat! – powiedziała Claudine z drugiej strony Atlantyku.

Natalie drgnęła. Najwyraźniej myślała na głos.

– Claudine, ta kolacja… Dawni przyjaciele… Przede wszystkim David… Boję się, że znowu się załamię!

– Powinnam była polecieć z tobą!

– Kiedyś muszę sama to zrobić. Claudine, jesteś przy mnie myślami? Teraz i przez cały czas? Pomaga mi, jeśli to wiem.

– Moje kochanie, zawsze jestem przy tobie. Zawsze, w każdej sekundzie. Przecież wiesz!

Natalie słuchała delikatnego, miękkiego głosu z Paryża niczym dziecko kołysanki. Miłość i przywiązanie Claudine trochę ją uspokoiły. Nawet tego wieczoru, na dwadzieścia minut przed kolacją, mogła pomyśleć: „Nie jestem sama!”. Zaczęła się zastanawiać, którą sukienkę założyć, i oddała się wyobrażeniu, że jest zupełnie normalną kobietą, która idzie na zupełnie normalną kolację i niczym się nie przejmuje. Poszła do łazienki i umalowała się, ale tak jak się obawiała, tego wieczoru nie na wiele się to zdało. Wciąż wyglądała żałośnie.

Po co ja tu w ogóle jestem? – zastanawiała się. Z rozpaczą wpatrywała się we własne odbicie w lustrze.

Czy tylko po to, żeby po dziewięciu latach znowu spojrzeć w oczy tej świni, Davidowi?

Steven Marlowe był niemal pewien, że Gina przybyła do Nowego Jorku z tego samego powodu co on – potrzebowała pieniędzy. W domu w Anglii uważnie śledził doniesienia prasowe na jej temat – począwszy od bankructwa męża, który zainwestował w nieudany musical, tracąc wszystko, aż po dzień, w którym zastawili ostatni kawałek płotu na swojej wielkopańskiej posiadłości. Jeśli gazety pisały prawdę, majątek Giny ograniczał się już właściwie do tego, co miała w walizce.

Mimo wszystko wyglądało na to, że nie jest aż tak uboga jak on, choć obiektywnie rzecz biorąc, prawdopodobnie miał więcej pieniędzy od niej. Gina zawsze była kobietą promieniującą niezależnością i pewnością siebie, choćby nie wiem jak jej się wiodło. Miała w sobie coś niezniszczalnego, co pozwalało jej triumfować nad wszelkimi życiowymi dramatami, nawet nad utratą wszystkich ziemskich dóbr. Steven był absolutnie przekonany, że nic i nikt na świecie nigdy tak naprawdę nie pokona Giny Artany.

Lecz on sam znów był na samym dnie. Wcale nie doszedł do siebie po pierwszym pobycie w więzieniu, a druga odsiadka tylko wzmocniła jego neurozy. Stevena opętała myśl, że cuchnie po kiciu, że jego skóra ma kolor więzienia, że cały stał się taki, że nigdy już nie będzie mógł zaprzeczyć, że tam był, że każdy, kogo spotka, domyśli się na pierwszy rzut oka.

Wspomnienia tamtego okresu były tak przerażające, że do dziś mu się to śniło, a wtedy budził się w środku nocy zlany potem. Nieustannie myślał, że to już nigdy, przenigdy nie może mu się zdarzyć. Wiedział jednak, że może. Kto raz wpadł w wir, w którym on się znalazł, ten i tak w końcu ponownie wyląduje przed sądem. Jego praca kasjera na londyńskim parkingu była zagrożona, miały ich zastąpić automaty, a gdy tylko straci pracę, na pewno zaraz wplącze się w jakieś ciemne sprawki. Po prostu żeby zdobyć trochę pieniędzy, żeby móc pozwolić sobie na butelkę wina albo dobrą wodę kolońską, albo sweter z kaszmiru. W młodości Steven uwielbiał jedwabne koszule i kaszmirowe swetry, właściwie niczego innego nie nosił. Piękny, zadbany Steve! Zawsze drogo, zawsze elegancko, zawsze z najlepszymi manierami. Młody mężczyzna, który godzinami przesiadywał w łazience. – Steve połowę życia spędza w łazience, a drugą połowę spędza na oszukiwaniu ludzi, których może wykorzystać! – kpiła zawsze Gina. Nigdy się nie lubili. Gardził jej całkowitym lekceważeniem konwenansów, a jednocześnie musiał przyznać, że wbrew własnej woli podziwia nieustraszoność, z jaką Gina traktuje ważne osoby. Gina natomiast nazywała go oportunistą i lizusem i przepowiadała mu gładką karierę. Dzięki znajomościom ojca Steve miał zapewniony staż w renomowanym londyńskim banku Wentworth & Davidson i planował, że kiedyś zostanie tam co najmniej wiceprezesem.

Wszystko się zmieniło. Koniec z kaszmirowymi swetrami i oczywiście koniec z karierą bankowca. Zamiast tego życie nieudacznika z łatką karanego, człowieka, który nie ma przyjaciół i z którym jego własna rodzina nie chce utrzymywać kontaktów.

Z całą pewnością dziś wieczorem na kolacji będzie najgorzej ze wszystkich ubrany. Garnitur, który miał na sobie, liczył już z dziesięć lat i doskonale to było po nim widać. Ta wiedźma Artany na pewno zaprezentuje się tak, jakby nadal robiła zakupy w Harrodsie. On tak nie potrafił. Wydawało mu się też, że kiedyś był wyższy i bardziej wyprostowany, że miał szersze ramiona. Teraz stał jakiś taki zapadnięty, a wszystkie jego lęki i kompleksy wyrażały się w jego postawie.

Steve podszedł do okna. U jego stóp rozpościerał się Central Park, rozświetlony latarniami, a drzewa i ścieżki powoli przykrywała delikatna pierzynka śniegu. Steve uważał, że nie ma na świecie nic bardziej uroczego niż pokryty śniegiem Nowy Jork. Poczuł przypływ energii. Miał trzydzieści lat, to nie za późno, żeby zacząć wszystko od nowa. Nigdy nie porzucił marzenia, by w dalekiej Australii rozpocząć nowe życie. A David musi mu zapewnić niezbędny kapitał na początek. To był jego obowiązek, bo gdyby go wtedy nie zdradził i nie porzucił, jego życie nigdy nie przybrałoby tak fatalnego obrotu, a on już dawno siedziałby na jednym z wyższych pięter Wentworth & Davidson. Zerknął na zegarek. Pora udać się do jadalni. Postanowił, że po drodze zapuka do Mary i zapyta, czy nie chce iść z nim.

Mary Gordon była jedyną osobą spośród dawnych przyjaciół, która utrzymywała ze Steve’em kontakt przez te wszystkie lata. Odwiedziła go w więzieniu, regularnie dzwoniła i od czasu do czasu się spotykali. Po części wynikało to z podobieństwa ich sytuacji. David, Gina i Natalie wyprowadzili się i każde na swój sposób zrobiło karierę, lecz Mary i Steve zostali w Londynie i obserwowali raczej pełną cieni stronę życia niż jego blask. Mary wyszła za mąż i urodziła córkę, mieszkała w malutkim trzypokojowym mieszkanku we wschodniej części Londynu i umierała ze strachu przed kolejnym rachunkiem za prąd i przed brutalnością męża.

Była piękną dziewczyną, ale dziś przypominały o tym już tylko gęste, rude i naturalnie kręcone włosy, które opadały jej na ramiona. Poza tym wyglądała jak przytłoczona troskami kura domowa tuż przed czterdziestką. Jej szarozielone oczy zawsze patrzyły ze szczupłej, usianej piegami twarzy z jakimś lękiem. Zawsze wyglądała tak, jakby obawiała się jakiegoś grożącego jej niebezpieczeństwa.

Teraz też drgnęła, gdy Steve, zastukawszy krótko w drzwi, wszedł do jej pokoju.

– Ach… To ty, Steve!

– Przestraszyłem cię?

– Nie, tylko się zamyśliłam. – Spojrzała na niego i było tak jak zwykle. Poczuła ukłucie na jego widok. Jakie on ma smutne oczy. I te wąskie ramiona, niemodna marynarka, te dawniej tak zadbane włosy, których teraz nie przycinał dobry fryzjer.

„Byłeś taki piękny i taki młody, Steve” – pomyślała Mary i obudziło się w niej inne wspomnienie, słodko-gorzkie uczucie, tęsknota, którą przechowywała w sobie przez te wszystkie lata: kiedyś kochała tego mężczyznę i wszystko, czego pragnęła i oczekiwała od życia, opierało się właśnie na nim. Czy on to kiedykolwiek zauważył? Zawsze był wobec niej koleżeński, uprzejmy i obojętny. Piękny Steve, który zrobi wielką karierę. I mała Mary, która w wieku siedemnastu lat została matką nieślubnego dziecka. Nagle, gdy tak stali naprzeciwko siebie w ciemnym pokoju, w którym paliła się tylko jedna lampa, Mary ogarnęło gwałtowne pragnienie, by cofnąć czas i otrzymać drugą szansę.

Gdybyśmy byli trochę młodsi. Tylko ten jeden raz. Ja bym mówiła, powiedziałabym mu wszystko, co czuję, i nawet gdyby mu na mnie w ogóle nie zależało, nie musiałabym przynajmniej starzeć się z poczuciem, że zmarnowałam to, co w moim życiu było najlepsze i najpiękniejsze.

– Ładna sukienka – powiedział Steve. Mary spojrzała na swój strój. Sukienka była z aksamitu w kolorze mchu, prosta i dość wąska, podkreślała jej wciąż świetną figurę. Na drobnych stopach miała ciemnozielone szpilki. – Naprawdę ładna – powtórzył Steve.

– Zainwestowałam w nią ostatnie pieniądze. To było kompletne szaleństwo, kupować takie drogie rzeczy, ale chciałam chociaż raz… – Zamilkła.

Steve zrozumiał i skinął głową.

– Człowiek ma dość tego, że ciągle musi łazić w tych samych tanich szmatach – powiedział gorzko. – Że ciągle źle go traktują, bo nie pasuje, bo widać po nim, że jest biedny. W tym świecie liczą się tylko pieniądze, Mary, nic innego. Gówniane życie!

Delikatnie dotknęła jego ramienia.

– Jesteśmy zdrowi, Stevie. Przynajmniej tyle. Pomyśl o Nat, ona…

– Co z nią?

– Myślę, że jest lekomanką. Spotkałam ją wczoraj tuż po przyjeździe. Połykała dwie tabletki. Ręce jej drżały, spojrzała na mnie, jakbym była duchem. Nie jest z nią dobrze.

– Patrzcie, nasza Nat! Taka sławna superdziennikarka! Pewnie daje sobie radę z pracą tylko dzięki środkom uspokajającym.

– Przeżyła koszmar – powiedziała Mary. – Tamta straszliwa zbrodnia w Crantock…

Oboje zamilkli, wspominając przeszłość, a potem Steve zapytał:

– A co u twojego męża, Mary? Ma już robotę?

– Nie, nadal nie ma. I tak właściwie to już jej nie szuka, odpuścił sobie i żyje z dnia na dzień. Nie wiem, co z nim będzie.

– Twoja córka jest z nim teraz?

– U przyjaciółki. Nie chciałam zostawiać jej z nim samej. Wystarczy, że tyranizuje mnie, Cathy tego nie potrzebuje. On jest wściekły, że przyjęłam zaproszenie Davida.

Steve roześmiał się.

– Ale zrobiłaś to. To postęp, dziecino. Wcześniej potulniałaś, gdy tylko pan i władca przemówił. Skąd taka zmiana? Co jest tak ważnego w zaproszeniu Davida, że zaryzykowałaś nawet spór z mężem?

– Nie wiem… Po prostu poczułam…

– Doskonale wiem, co nas tutaj sprowadziło, ciebie i mnie. Chcemy pieniędzy. Ty też, prawda, Mary? Ten człowiek zbyt wiele nagrzeszył i za mało zapłacił. Nadeszła pora, by…

Mary spojrzała na niego, a jej oczy wyrażały zdziwienie.

– Pieniądze? Nie, nie przyjechałam tutaj z powodu pieniędzy! Tylko dlatego, że sądziłam… że może w końcu jakoś zrozumiem, dlaczego to wszystko musiało się potoczyć tak, jak się potoczyło.

Laura po raz trzeci musiała zmyć cały makijaż i umalować się na nowo, bo pomazała się eyelinerem i na górnej powiece zostały jej czarne kreski. Zaklęła pod nosem i sięgnęła po kłębek waty. David, który stał obok niej, zawiązując krawat, powiedział:

– Chyba jesteś zdenerwowana, Lauro.

– Tak. Przepraszam. Właściwie nie wiem, co się ze mną dzieje.

– Nie? Naprawdę nie?

Coś w jego głosie wywołało w niej przekorę.

– Nie – powtórzyła z uporem. – Naprawdę nie.

– Dzisiaj chyba pierwszy raz cały dzień byłaś w domu. Ze zdumieniem przyjąłem to do wiadomości. Zwykle spędzasz całe popołudnie na włóczeniu się po mieście.

Laura, która pochyliła się do przodu, żeby lepiej widzieć się w lustrze, nagle się wyprostowała.

– Co rozumiesz przez włóczenie się? – zapytała ostrym tonem.

David nawet na nią nie spojrzał.

– To, co powiedziałem. Znikasz i nikt nie wie, gdzie przebywasz przez wiele godzin. Oczywiście nie musisz się przede mną tłumaczyć, ja tylko stwierdzam, że nie mam najmniejszego pojęcia, co wtedy robisz.

– A jak dokładnie chciałbyś to wiedzieć? Czy za każdym razem mam ci meldować, że chcę wyjść do toalety albo się wykąpać?

– Twój sarkazm jest zupełnie nie na miejscu. Przecież ja ci nie robię wyrzutów. Ja tylko stwierdzam fakty.

– Po co? Skoro cię to nie interesuje, to nie musisz mnie denerwować swoimi głupimi pytaniami. – Zaraz potem krzyknęła cicho, bo David odwrócił się i chwycił ją za ramię, i to tak mocno, że zabolało. – Co jest? Puść mnie!