Górecki. Geniusz i upór - Wilczek-Krupa Maria - ebook

Górecki. Geniusz i upór ebook

Wilczek-Krupa Maria

0,0
39,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Sam siebie określał trzema słowami: choleryk, choleryk, choleryk! Mówił, że w życiu ogląda się wstecz jedynie w garażu, a żałuje tylko jednego: „że nie temperował jęzora”.

Miał być kolejarzem albo górnikiem, ewentualnie księdzem. Został kompozytorem. Przebył jedną z najtrudniejszych dróg do sławy w artystycznym świecie. Wczesna strata matki, wojna, chłodny i wymagający dom, dzieciństwo naznaczone chorobami. Parł do celu z determinacją i uporem na przekór wszystkim.

Trzecią Symfonią pieśni żałosnych op. 36 podbił cały świat. Wielki utwór, nazywany dowodem na istnienie Boga, trafił na szczyt amerykańskich list przebojów, wyprzedzając Stinga i Nirvanę. Światowej sławy reżyserzy nie zdołali namówić go do pisania muzyki filmowej. Odmówił nawet skomponowania ścieżki dźwiękowej do Pasji.

Biografia Henryka Mikołaja Góreckiego jest opowieścią o życiu pod prąd. O uporze, walce o niezależność i niepoddawaniu się presji. Autorka rysuje złożony portret człowieka, którego dominującą cechą była szczerość. Taka jest też jej opowieść – prawdziwa i odarta z blichtru, odsłaniająca dobro i jednocześnie nie ukrywająca zła.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 566

Data ważności licencji: 11/27/2028

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Prolog

Maj 1953

Dworzec w Rybniku. Niegdyś piękny, historią sięgający pierwszej połowy dziewiętnastego stulecia, dla Śląska wspaniały zabytek. Dla dwudziestoletniego Góreckiego stojącego smętnie na pustym peronie – najbardziej znienawidzone miejsce, jakie potrafił sobie tego wieczoru wyobrazić. Jego noclegownia.

Był tak zrezygnowany i wykończony, że z trudem opanowywał płacz. Właściwie mógł się bez krępacji rozbeczeć jak dziecko, bo w poczekalni – do której właśnie dokuśtykał – nie było nikogo. Pusta, wysoka przestrzeń, brudne arkadowe okna i kilka rozklekotanych ławek na środku. W tym wszystkim on – głodny i przemoczony, bo w drodze z filharmonii na katowicki dworzec lało jak z cebra. Dwie godziny podróży pociągiem do Rybnika to za mało, żeby wysuszyć stary, zdezelowany płaszcz.

Co teraz robić, spać? Bez sensu, i tak nie zaśnie. Na tych twardych ławkach albo stole można sobie co najwyżej pogruchotać żebra, a do tego w mokrym palcie… A tak mało brakło, żeby zdążyć na ostatni pociąg do Rydułtów. Dosłownie kilka minut. Gdyby ten cholerny koncert znów się nie przedłużył… Mógł co prawda, swoim zwyczajem, spędzić tę dworcową noc na komponowaniu albo studiowaniu nut. Miał przy sobie IX Symfonię Beethovena, stary wyświechtany egzemplarz, który dostał od kolegi w zamian za rakietkę pingpongową. Teraz jednak nie miał siły nawet na to. Stać go było tylko na bezczynne leżenie na stole i wpatrywanie się w wielki żyrandol zwisający z sufitu.

W domu by powiedzieli, że na własne życzenie tak się poniewiera. Rano do pracy w szkole w Radoszowach – matematyka, historia, muzyka, przyroda i Bóg wie co jeszcze. Do tego banda uroczych, ale rozkrzyczanych bajtli[1] pod opieką. Po południu podróż do Rybnika, do szkoły muzycznej braci Szafranków. Jedynej, która otworzyła przed nim drzwi. Bo wymyślił sobie, żeby w wieku osiemnastu lat, już po maturze, zacząć grać na fortepianie. Wcześniej próbował na gęślikach[2], u miejscowego muzyka amatora. Wolałby już wtedy na pianinie, ale ojciec i jego druga żona nawet nie chcieli o tym słyszeć. Instrument stojący w domu – niegdyś własność matki Henryka – był poza zasięgiem jego rąk. Dlatego gdy osiągnął pełnoletność, postanowił wszcząć bunt i pójść do szkoły. Chodził od jednej do drugiej i wszędzie pukali się w czoło. Nauka od zera? W tym wieku? Chyba zwariował. Nie ma żadnych szans… Dopiero bracia Szafrankowie uznali, że tak wielkiej pasji i determinacji nie można po prostu powiedzieć „nie” i zamknąć jej przed nosem drzwi. Wtedy zaczęła się jego droga krzyżowa, której wbrew wszystkiemu i wszystkim miał zamiar kurczowo się trzymać.

Koledzy pytali:

– Czyś ty zgupioł, Heniek? Co ty z tyj muzyki bydziesz mioł?

Ojciec, chociaż sam potrafił całkiem nieźle grać, też nie bardzo umiał pojąć, po co syn się tak męczy. Mógłby przecież, jego i starzika[3] śladem, pójść pracować na kolei albo do kopalni. Oczywiście nie fizycznie, bo kaleka. Ale gdyby skończył kurs ekonomiczny, znalazłby być może pracę w biurze. Do papierów się nadawał, bo miał ścisły umysł i z natury był pedantem. Jeszcze mógłby iść na księdza, bo jego prawdziwa mama, ta, co umarła w dniu, w którym on skończył dwa latka, chciała kiedyś zostać zakonnicą. Wszystko było lepsze niż fortepian czy komponowanie.

Właściwie nie można było odmówić im racji. W Rydułtowach, gdzie powojenne życie kręciło się w osiemdziesięciu procentach wokół kopalni oraz dwóch cegielni, a większość mężczyzn wykonywała zawód górnika, maszynisty, elektryka albo kolejarza, pomysł zajęcia się profesjonalnie muzyką wydawał się kompletną bzdurą. Miasto podnosiło się z kolan powoli, uruchamiano kolejne przedsiębiorstwa. Działały już dwie wytwórnie wód gazowanych, młyn elektryczny i rozlewnia piwa, skład tekstylny i fabryka świec oraz cukierków, ruszyła produkcja likierów. Odbudowywano szpital, projektowano linię tramwajową[4]. Potrzebne były ręce do prawdziwej pracy, nie do rzępolenia.

Może gdyby nie miał zatrudnienia, plątał się po szarych i brudnych ulicach bez celu… może wtedy ktoś by go zrozumiał. Ale on od razu po skończeniu jedenastolatki dostał pracę jako nauczyciel, i to w dobrej szkole, takiej z tradycjami[5]. Jeśli już koniecznie musiał zająć się muzyką, mógł prowadzić chór z uczniami albo jakiś zespół i nie potrzebował do tego uprawnień. A on, jak mu któregoś dnia powiedział kolega, jakby go kto „miechym piznoł”[6], stracił się[7] w tym graniu i przestał rozumować rozsądnie.

No więc teraz miał za swoje. Spał na dworcu, bo po lekcjach u Szafranków chciało mu się jeszcze dwie godziny tłuc koleją do Katowic, na koncert orkiestry Filharmonii Śląskiej. Prawie zawsze spóźniał się na pociąg do Rydułtów, więc nie pierwszy raz układał się do snu na stole. Następne połączenie miał o wpół do szóstej. Scenariusz był zawsze ten sam – o szóstej przekradał się do swojego pokoju na piętrze, pół godziny później wchodził ojciec, żeby go „obudzić”. Henryk wkładał świeżą koszulę, wiązał pod szyją binder[8] i tak wyrychtowany wychodził do pracy.

Oczywiście bliscy mieli rację – na dłuższą metę takie życie nie wchodziło w grę, a rezygnacja była tylko kwestią czasu. Tej majowej nocy, kiedy leżał przemoknięty na dworcowym stole, podjął decyzję. Rano pójdzie do kierownika szkoły w Radoszowach i poinformuje, że od września już go tu nie będzie. I niech wszyscy wrzeszczą, że mo ptoka na punkcie muzyki[9], że stracił rozum, że będzie żałował. Było mu już wszystko jedno, co o nim powiedzą. Trząsł się z zimna, bolało go klepeto[10] i tęsknił do swojego łóżka. I do biurka, na którym spokojnie będzie mógł ułożyć swoje prace i poświęcić się komponowaniu.

Klamka zapadła.

[1] Bajtle – po śląsku: dzieci.

[2] Gęśliki – małe skrzypce wyrabiane na Podhalu; Górecki używał tej nazwy, opowiadając o swoich pierwszych lekcjach muzyki (między innymi w rozmowie z dziennikarzem Polskiego Radia Grzegorzem Michalskim, przeprowadzonej w Zakopanem w listopadzie 1997 roku).

[3] Starzik – po śląsku: dziadek.

[4] Opieram się na pracy Aleksandry Matuszczyk-Kotulskiej, Rydułtowy. Zarys dziejów, Rydułtowy 1997. Autorka wspomina o projekcie budowy linii tramwajowej pomiędzy Rydułtowami a Rybnikiem, ostatecznie nie przyjętym do realizacji.

[5] Szkoła w Radoszowach powstała w 1874 roku, obecnie funkcjonuje jako Szkoła Podstawowa numer 3 imienia Arki Bożka w Rydułtowach.

[6] Miechym piźnięty, stuknięty, piźniony – po śląsku: człowiek oszołomiony, ogarnięty obsesją, wariat.

[7] Stracić się – po śląsku: zgubić się, zabłądzić.

[8] Binder – po śląsku: krawat.

[9] Mieć ptoka – po śląsku: mieć świra na jakimś punkcie, być niegroźnym wariatem.

[10] Tak Henryk Mikołaj Górecki nazywał swoją chorą nogę.

Miejsca, ludzie, czas

Czernica

Piękna to ziemia, bliska sercu. Niezapomniana. Aż żal bierze, że my nie TAM. Błagam. Proszę. Pilnujcie tej ziemi. Dbajcie o tę ziemię. Szanujcie tę ziemię[1].

Było w niej coś, w ziemi w ogóle, co budziło respekt z jednej strony, a z drugiej – poruszenie. Słowo „ziemia” miało dla Góreckiego szczególne znaczenie. Nawet wymawiał je inaczej, z jakąś czułością, nostalgią, z zaangażowaniem. Lubił wziąć parę grudek do ręki, poczuć fizycznie, poobracać w palcach. Podchodził do niej bardziej jak chłop niż jak filozof albo naukowiec. Nie zastanawiał się, czy w jej skład wchodzi taki czy inny minerał. To było raczej jak słońce i deszcz – po prostu ziemia, i już. Dla niego kompozytor był właśnie jak ten chłop – brał garść dźwięków i… Wzruszało go to.

Swojej rodzinnej ziemi, tej czernickiej, nie pamiętał z dzieciństwa prawie wcale. Dopiero później, już jako młodzieniec, a potem dorosły człowiek, odwiedzał ojcowiznę zadziwiająco często. I zadziwiająco silnie czuł się z nią związany.

– Każdy ma swoje miejsce – powiedział muzykologowi i dziennikarzowi Grzegorzowi Michalskiemu pod koniec tysiąclecia. – Ja swojego nie wybierałem i swojego pochodzenia nie wypieram się, bo pochodzenie i miejsce, z którego wyrosłem, dało mi to, co mam[2].

Z biegiem lat miał tych swoich miejsc coraz więcej. Tylko na Śląsku mógł wyliczyć cztery: Czernicę, gdzie się urodził, Rydułtowy, w których się wychował, Rybnik, w którym rozpoczął naukę muzyki, wreszcie Katowice, gdzie studiował i założył rodzinę. A potem, w 1958 roku, doszło do tego Podhale. Zakochał się od razu, już pierwszego dnia. Wcześniej jeździł na wakacje nad wodę, czasem na kajaki… Od tamtego lata, kiedy razem z Jadwigą zobaczyli góry, nie chcieli wypoczywać gdzie indziej. Zaczęło się w Zakopanem, potem doszedł Chochołów, Witów i wreszcie Ząb, na Pogórzu Gubałowskim, gdzie spędzili ostatnie piętnaście lat wspólnego życia.

Ale do Czernicy, tego rdzennego miejsca, wracał z rozrzewnieniem największym. Właściwie, jak zauważył pod koniec życia, mentalnie nigdy się stamtąd nie wyprowadził[3]. To była ziemia najpierwsza, choć spędził tam tylko dwa najwcześniejsze lata, a dziś jego dawny dom w niczym nie przypomina chałupy, w której się urodził. Z szarego domu z chlewem i stodołą powstała piętrowa, piękna rezydencja z dobudowaną klatką schodową i przestronnym garażem. To Paweł, młodszy brat Romana Góreckiego, rozpoczął rozbudowę. Potem dom wyremontował i unowocześnił jeden z jego synów, Jochim[4], i to do niego Henryk jeździł w odwiedziny. Był nawet taki moment, kiedy zastanawiał się nad powrotem na ojcowiznę na stałe. To było na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy mu Jochim zaproponował odsprzedanie kawałka rodzinnego pola. Mógł je kupić i wybudować dom albo spłacić Jochima i zamieszkać w dawnej posiadłości. Nie skorzystał z okazji. W tamtym decydującym momencie wybrał Podhale, choć każda kolejna wizyta w Czernicy nadal chytała go za krztoń[5].

Sama wieś pozostała malownicza – jak niegdyś. Umiejscowiona pomiędzy Pstrążną i Dzimierzem od zachodu, Piecami od wschodu, Łukowem Śląskim od północy a Rydułtowami od południa, była jedną z najstarszych śląskich wsi odnotowanych z nazwy[6]. W dokumentach średniowiecznych występowała jako Chyrniche (w brzmieniu: Czyrnice), później: Czyrniczsky. Nazwa pochodziła prawdopodobnie od „czarnej wody” – potoku przepływającego przez wieś i zabarwionego górniczymi odpadami węgla. Dziewiętnastowieczny niemiecki pedagog i popularyzator wiedzy o Śląsku Heinrich Adamy w pracy dotyczącej śląskiej toponimii objaśnił z kolei znaczenie słowa „Czernica” jako Heidelbeerplatz, czyli miejsca zbioru czarnych borówek. Najokazalszym budynkiem wsi był „zomek” – dziewiętnastowieczny dwór otoczony stawami i dwuhektarowym parkiem. Najstarszym – piętrowy spichlerz z osiemnastego stulecia, usytuowany u stóp kościelnego wzgórza.

Do zomku władze gminy zapraszały znamienitych gości. W czerwcu 2003 roku przyjechał Henryk Mikołaj Górecki z żoną, córką Anusią, zięciem i małymi wnuczkami. Zomek był dla niego miejscem magicznym. Fascynowała go jego historia odzwierciedlająca ni mniej, ni więcej, tylko losy Śląska, właściwie całego kraju. Do wybuchu drugiej wojny światowej wszystko było na miejscu – dwór odgrywał rolę dworu, karczma karczmy, stodoła stodoły, spichlerz spichlerza. Po wojnie posiadłość przejęło państwo. Władze rozparcelowały ziemię, zezwoliły na utworzenie w karczmie prowizorycznego kościoła[7], a w pałacu zorganizowały urząd stanu cywilnego. Pod koniec lat czterdziestych nastąpiły dalsze zmiany – dwór został przerobiony najpierw na szkołę rolniczą, potem na zakłady mięsne, wreszcie dobudowano do niego chlewnię i utworzono Tuczarnię Czernica. Dopiero pod koniec stulecia, już w wolnej Polsce, zlikwidowano chlewy i wyremontowano dom. Pomieszczenia mieszkalne przeznaczono na działalność kulturalną i usługi, a w zabudowaniach gospodarczych ruszyły produkcja i handel. W pałacyku powstały sala bankietowa, kawiarnia i urząd pocztowy. I jeszcze Ośrodek Kultury „Zameczek”, do którego w 2003 roku przyjechał Górecki.

Największe wrażenie zrobiła na nim przejażdżka bryczką po okolicy. Najpierw zwiedził nową szkołę – nieświadom, że kiedyś będzie nosiła jego imię[8]. Potem spichlerz, którego renowację był gotów sfinansować choćby zaraz. Wreszcie wybrał się w tę najbardziej sentymentalną podróż, do kościoła Świętego Mikołaja w Pstrążnej. Miejsca ślubu rodziców i swojego chrztu.

Otylia i Roman

Czy ty wiesz, co to jest dom? W tamtym czasie… Najpierw matka, dom, a potem choroba, wojna. Wszystko szlag trafił. Rozsypało się na amen w pacierzu[9].

Jedyne wspomnienie, jakie zachował z tamtego dziecięcego, wręcz niemowlęcego czasu, wyglądało tak: pokój w różowych kolorach. Obok kuchnia, zielona. Między pokojem a kuchnią, we framudze drzwi – huśtawka. Na siedzonku on, w krótkich spodenkach, więc pewnie jest lato. Gaworzy coś po dziecięcemu, odpowiada mu mama. Jej postać jest niewyraźna, nie widać rysów twarzy, ale widać kolor ubrania. Błękitny.

To wszystko.

Otylia Górecka pochodziła ze Świętochłowic, miasta położonego w centrum Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego, na Wyżynie Katowickiej. Urodziła się w 1909 roku w domu Emilii i Floriana Słotów. W rodzinie była jeszcze dwójka dzieci: brat Otylii Alfred i siostra Emilka, która zmarła w dziecięcym wieku. Ojciec Otylii pracował w kopalni – kilka lat po jej urodzeniu zginął w katastrofie górniczej. Mama wyszła wówczas powtórnie za mąż – za restauratora i hotelarza Emanuela Buchalika.

Otylia i Alfred kochali sztukę. Alfred, który był lotnikiem, pisał wiersze, grał na akordeonie i skrzypcach, próbował kompozycji. Jego siostra wybrała fortepian. Gdy miała kilkanaście lat, matka zapisała ją do szkoły dla dziewcząt prowadzonej przez urszulanki. Otylia zżyła się z siostrami tak bardzo, że postanowiła sama wstąpić do zakonu. Któregoś dnia pojechała jednak z mamą i ojczymem na przyjęcie urządzone przez znajomą rodziców w Rybniku. Tam poznała wysokiego, przystojnego i bardzo kulturalnego młodzieńca. Romana Góreckiego.

Jesienią 1932 roku wzięli ślub w kościele parafialnym Świętego Mikołaja w Pstrążnej. Rodzina Góreckich mieszkała już wtedy w Czernicy, przy ulicy Zielonej, w uroczym zaułku otoczonym łąkami i polem, z ogromnym ogrodem wychodzącym na nasyp i tory kolejowe. Dom wybudował starzik, Ludwik Górecki, z zawodu kolejarz. Starka[10] miała na imię Barbara, ale odeszła tak wcześnie, że nikt z rodziny już jej nie pamięta. Starzik miał pięcioro dzieci: najpierw byli Ludwik i Lepold (Leopold), co przedwcześnie zmarł, dalej Roman urodzony w 1904 roku i dwa lata młodszy Paul[11], wreszcie Lizka (Elżbieta), która przyszła na świat w 1907 roku. Ludwik ożenił się z córką stolarza z Rydułtów i wyjechał do Niemiec, gdzie pracował jako zawiadowca stacji. Lizka wyszła za mąż i zamieszkała w pobliskich Radoszowach ze swoją rodziną – mężem i dziećmi: Alfredem, Zytą i Lotharem, któremu po wojnie zmieniono imię na Hubert[12]. Wkrótce, już po śmierci starki, dołączył do nich także starzik.

Na ojcowiźnie pozostał Paul. Rodzinna legenda głosi, że któregoś dnia, idąc przez czernickie lasy na stację kolejową, spotkał olbrzymiego psa. Zwierzę skoczyło na niego z wściekłością, Paul rzucił się do ucieczki. Udało mu się zbiec, ale strach spowodował, że do końca życia „skokała mu prawo ręka i noga”[13]. Pomimo kalectwa prowadził na Zielonej wzorowe gospodarstwo. Było tam wszystko, co trzeba – pola uprawne i warzywnik, krowy, kury i świnie. Pomagała mu żona Łucja, później także synowie Jochim i Antek. Jochim miał smykałkę do prac remontowych. To on, już za PRL-u, doprowadził dom do dzisiejszej świetności. Antek kochał gospodarstwo. Zaraz po szkole poszedł jednak do pracy, do nie istniejącej już dzisiaj Kopalni Węgla Kamiennego „Ignacy” w Rybniku. Pewnej soboty, po skończonej szychcie, wyjeżdżał na górę razem z kolegami. Jedną nogą był w szoli[14], gdy sygnalista dał znak, by uruchomić windę. Noga utknęła pomiędzy prowadnikiem a dźwigiem, Antek zginął na miejscu rozerwany na pół. Żył dziewiętnaście lat.

Wtedy gdy do rodziny dołączyła Otylia, w czernickim domu[15] mieszkała jeszcze duża część familii. To był parterowy, prostokątny budynek z obszerną piwnicą i spadzistym dachem, o typowym wiejskim układzie: dwa pokoje po lewej, dwa po prawej, w środku sień. Było tak ciasno, że Otylia musiała pozostawić w Świętochłowicach swój fortepian. W pokoju (drugim po lewej stronie od wejścia), w którym zamieszkała z Romanem, zmieściło się jedynie pianino. Rok po ich ślubie, w środę 6 grudnia 1933 roku, w tym samym pokoju miejscowa akuszerka odebrała poród chłopca. Od początku mówiło się, że będzie miał na imię Henryk, ale ze względu na dzień, w którym przyszedł na świat, zrodziły się pewne wątpliwości. Może jednak Mikołaj? Tym bardziej że zaplanowany na Boże Narodzenie chrzest miał się odbyć w parafii pod wezwaniem Świętego Mikołaja w Pstrążnej, dokąd Góreccy co tydzień chodzili przez pola, łąki i las… Roman optował mimo wszystko za Henrykiem, Otylia wolała Mikołaja. Rozwiązanie nasuwało się samo – dziecku nadano obydwa imiona, ku najszczerszemu zdumieniu proboszcza. Na Śląsku nie było bowiem takiego zwyczaju.

Bardzo szybko okazało się, że w tej ciasnocie nie sposób już żyć. Kiedy pół roku później Paulowi i Łucji urodził się Jochim, Roman z Otylią podjęli decyzję. Za pieniądze Otylii otrzymane w posagu kupili parcelę w sąsiedniej wsi, Rydułtowach[16], przy ulicy Polnej. O wyprowadzce w głąb Polski nie mogło być mowy – Roman, były powstaniec śląski, nie wyobrażał sobie życia poza swoją ziemią. Rydułtowy były blisko, a on miał tam przecież pracę na kolei, w biurze towarowym, jako spedytor.

Latem 1935 roku ruszyła budowa. Roman się spieszył, bo sytuacja polityczna i ekonomiczna w kraju była co najmniej niejasna i nie do końca potrafił przewidzieć, co przyniosą jesienne wybory. Na razie sanacja przeforsowała Konstytucję kwietniową ograniczającą prawa parlamentarzystów, ale w maju zmarł marszałek Józef Piłsudski, pod którego była pisana, i teraz mogło się wydarzyć wszystko. Bezrobocie rosło, od kilku lat w ośrodkach górniczych wybuchały strajki. Bezpieczniej było mieszkać z rodziną, po pierwsze, w większej miejscowości, po drugie – na swoim.

Był jeszcze jeden powód, dla którego podkręcał tempo budowy nowego siedliska. Zdrowie jego żony słabło. Otylia niedomagała od dłuższego czasu, problemem były choroby kobiece. W połowie 1935 roku częściej bywała w szpitalu sióstr elżbietanek[17] w Katowicach niż w domu. W chwili gdy wbito pierwszą łopatę w ziemię przy Polnej, stała na placu budowy, trzymając małego Henryczka za rękę. Jej matka dobrze zapamiętała słowa, które wtedy padły:

– Ja już tu chyba nie zamieszkam. Nie zobaczę tego.

Kilkanaście tygodni później Otylia wylądowała w szpitalu na dobre. Operacja, leczenie, potem nagła zapaść. Do dziś nie wiadomo dlaczego. Może zakażenie? Podczas jednej z wizyt próbowała mężowi coś powiedzieć, ale siostra pielęgniarka temu zapobiegła. Kiedy odchodziła, byli przy niej matka, mąż i malutki Henryk. Zmarła w dniu drugich urodzin synka, w piątek 6 grudnia 1935 roku. Przewieziono ją do Świętochłowic, do rodzinnego domu. Henryczek nie mógł pojąć, czemu nie wolno mu wejść do otwartej trumny i przytulić się do mamy.

Śląsk

Z pokolenia na pokolenie, z dziada pradziada, z tego chłopskiego pnia ja pochodzę, ze Śląska. Rodowity Ślązak z ziemi rolniczej, nie przemysłowej, zawsze piastowskiej. Zawsze to było polskie. Ale to mniej ważne – chodzi o granice, które sztucznie przesuwano w lewo, w prawo, w górę, w dół… Mieszkaniec był mieszkańcem i jego mózgownicy granica nie zmieniła[18].

O Czernicy, chociaż była miejscem wzbudzającym największy sentyment, nie potrafił jednak mówić jak o swoim Śląsku. Gubił się w zeznaniach, kiedy go o to pytano, odpowiadał: „Śląsk był później, nie umiem tego wyjaśnić”. Pojmował go raczej globalnie, jako krainę, ziemię absolutnie polską, choć utworzyły się na niej enklawy niemieckie, austriackie i czeskie.

– A czy nie można na tej samej zasadzie powiedzieć, że były tam enklawy Polaków? – zapytał go podczas jednej z rozmów Grzegorz Michalski. Górecki zdecydowanie zaprzeczył.

– Nie. Enklawy Polaków to mogą być w Czechach, w Niemczech, w Austrii, ale nie w Polsce![19]

Do szału go doprowadzało, kiedy ktoś wygłaszał poglądy o odrębności narodowej Ślązaków. „Jo żech nie jest Polok, jo żech nie jest Niemiec, jo żech jest ze Śląska!” – ileż razy padało to zdanie z ust różnych osób! A przecież jego ojciec walczył w powstaniu nie po to, żeby się odseparować, ale wręcz przeciwnie, żeby móc żyć w Polsce. A dziadek Buchalik, ten przybrany, od babci ze Świętochłowic?

– Dał łeb pod topór w Dachau, walczył o nasze sprawy na Śląsku. Nie po to, żeby mieć autonomię, nie po to, żeby być w Niemczech, tylko po to, żeby to było przy Polsce, cholera! – tłumaczył żarliwie Michalskiemu.

Kiedyś Eugeniusz Knapik, przyjaciel i dawny student Henryka, podjął się zdefiniowania jego śląskości. Zauważył wtedy u swojego mentora aż cztery cechy, które tę przynależność zdradzały. A zatem po pierwsze: prostolinijność. W rozumieniu Knapika była to „awersja do prowadzenia jakiejkolwiek gry, wyrażanie się w sposób jednoznaczny, nie zakamuflowany”. Po drugie: etos pracy, pojmowanej jako obowiązek wobec siebie, najbliższych i Boga. Dalej: szacunek dla rodziny i wszystkiego, co z nią związane. Wreszcie: głęboka religijność, „czysta, niezakłamana, polegająca na pełnym poddaniu się Bogu”[20].

To była śląskość Henryka.

Miała, jego zdaniem, pecha ta nieszczęsna ziemia. Najpierw, w latach dwudziestych, plebiscyt[21] poprzedzony dwoma powstaniami, potem kolejny bunt i przesuwanie granic od prawa do lewa, druga wojna i wreszcie komunizm, który sprowadził Ślązaków do roli siły roboczej utrzymującej kraj. Górecki nie potrafił wybaczyć władzom PRL-u, że „kupczyły Śląskiem” i traktowały go jak „dojną krowę”. I jeszcze że przez długi czas nie dopuszczały do powstania wyższych szkół na jego terenie, tworząc mit niedokształconego Ślązaka robola. Miał zresztą na ten temat swoją – jak mówił – chłopską teorię:

– Wydajność pracy i robota na Śląsku a w centrali to jest jak dziesięć do jednego. Więc jak mu jeszcze dasz mądrość, to on – bracie – zakasuje tę warszawkę, rozumiesz? Taka była chyba obawa. Bo jak nie ma ludzi wykształconych, to tych roboli można trzymać w karbach. Synonim Ślązaka: oszczędny, porządny, systematyczny, tak jakby porządność, oszczędność, systematyczność były wadami. Bo jak będziesz niechluj, będziesz chlał i przepuszczał pieniądze, toś jest dobry Polak. Tak jest do dziś dnia[22].

Ta „porządność” i dryl, o których tyle razy wspominał, wyznaczyły niegdyś jego kompozytorską drogę. Ojciec mu zaszczepił perfekcjonizm, powtarzając w kółko, że można robić cokolwiek, pod warunkiem że się to coś robi dobrze. Nie umiesz czegoś, zostaw! Umiesz – rób, ale wyłącznie porządnie. Dlatego wkurzało go, jak ludzie mówili, że artysta to niechlujna i nieogolona fleja, której włos podskakuje niczym firanka, a papiery gonią pod sufitem. „Bo jak ma wszystko poukładane, to jest, bracie, dupa, nie artysta?!” – pieklił się do Michalskiego. A on miał poukładane właściwie wszystko, od równiutko zastruganych ołówków na biurku po koncepcję najnowszego utworu w głowie. Kiedyś zrugał młodszą siostrę za to, że odkurzając półkę, zaburzyła mu porządek ustawionych na niej książek. Innym razem zwlekał z oddaniem Pieśni Maryjnych na Festiwal Muzyki Polskiej w Krakowie, bo uważał je za nie skończone. Andrzej Kosowski, który wówczas był redaktorem naczelnym PWM i jednocześnie dyrektorem festiwalu, pocił się jak mysz ze strachu, bo do światowego prawykonania został tydzień, a Górecki twierdził, że utworu nie ma. Kosowski nie wytrzymał presji i na kilka dni przed koncertem odwiedził kompozytora w jego domu w Zębie. A tam…

– W pracowni, jak zawsze, sześć ołóweczków zaostrzonych leży równiutko na stole, obok trzy gumeczki ułożone w rządku, symetrycznie. No, mucha nie siada! Górecki już przy obiedzie był nieswój, wymruczał, że mu jedna rzecz w tych pieśniach nie wyszła. Myślałem, że nie dam rady zjeść zupy, tak się telepałem z nerwów. Mówię: panie profesorze, trudno… biorę to, co jest. Truchlałem ze strachu, że ma dwie pieśni z pięciu, brakuje połowy utworu albo nie ma w ogóle sopranu… Idziemy na górę, ja patrzę, a tam w jednej z pieśni finałowa cała nuta nie zmieściła się na pięciolinii. Dorysował linie w czterech głosach chóralnych i napisał na nich ten ostatni dźwięk, ale nie mógł się pogodzić z tym, że źle rozplanował na papierze własny utwór[23].

Wyjście z domu z upragnionym rękopisem w ręce, gwałtowne zaczerpnięcie powietrza i pięć papierosów wypalonych z rzędu. Dopiero wtedy Kosowski był w stanie wrócić do Krakowa, zrobić kopie dla chórzystów i przygotować utwór do nagrania.

Ta pedanteria i drobiazgowość to były zalety, Górecki był tego absolutnie pewien. Podobnie jak tego, że zawdzięcza je wychowaniu na Śląsku, dziadkowi Ludwikowi oraz swojemu nowemu domowi.

Otylia Słota i Roman Górecki. Fotografia ślubna

Starzik

Pamiętam bardzo dużo z mojego kręgu, z mojego dziecinnego świata… Bo jak się traci rodzinę, mając dwa lata, to jest to wielki przełom, wielkie cięcie…[24]

Dom w Radoszowach[25], do którego dwuletni Henryczek trafił po śmierci mamy, był zupełnie inny niż ten, w którym mieszkał w Czernicy. Wysoki i obszerny, z dwoma osobnymi wejściami, zaprojektowany został dla co najmniej dwóch rodzin. Pokrywały go ciemnoszary tynk i czerwona dachówka, a nad pierwszym piętrem znajdowało się okrągłe rozetowe okienko, które bardzo się malcowi podobało. W domu było aż osiem pokoi, każdy z piecem kaflowym, po cztery na każdym piętrze. Na jednym i drugim poziomie urządzono łazienkę. Sama miejscowość, wchodząca już wtedy w skład Rydułtów[26], była – podobnie jak dom – bardzo przestronna. Większość terenu stanowiły pola uprawne i łąki – wymarzone miejsce do zabaw dla rozbieganego kilkulatka.

W domu przy ulicy Świętego Jacka mieszkała ciocia Lizka, młodsza siostra Romana Góreckiego. Typowa śląska gospodyni z bujną kręconą fryzurą, rubasznym poczuciem humoru i zaskakującym zamiłowaniem do wyścigów motocyklowych. Chętnie przyjęła na wychowanie malutkiego bratanka, gdy okazało się, że jego ojciec – wciąż mieszkający w Czernicy – nie może sobie poradzić z pracą na kolei, budową willi i opieką nad synkiem. Lizka i jej mąż mieli wówczas dwoje dzieci: siedmioletniego Alfreda i roczną Zytę. W domu, na piętrze, miał jeszcze swój pokój ogromnie ważny członek rodziny. Starzik.

Ludwik Górecki urodził się 12 grudnia 1868 roku w Nędzy – wsi położonej niedaleko Raciborza, nad strugą Suminą, tą samą, przy której znajdowała się także Pstrążna. To były trudne lata dla mieszkańców Górnego Śląska, sponiewieranych licznymi epidemiami, klęskami i głodem. W 1836 roku pojawiła się cholera, w kolejnej dekadzie – dur brzuszny. Głód dotknął wtedy przeszło jedną trzecią wiejskiej społeczności. Po wykorzystaniu zapasów kapusty ludzie żywili się perzem, szczawiem, korzeniami albo koniczyną. W najlepszym razie – zgniłymi ziemniakami. W 1855 roku do listy chorób dołączyła cholera azjatycka, później – na kilka miesięcy przed urodzinami Ludwika – czarna ospa. Jakby tego było mało, Górnym Śląskiem szarpały klęski żywiołowe. W czerwcu 1861 roku pomiędzy Raciborzem a Rybnikiem rozszalała się burza, która powywracała domy, zniszczyła uprawy i powyrywała drzewa w lasach. Jedyną nadzieją na poprawę egzystencji były uruchamiane w tym czasie kopalnie i kolej, którą budowano dla usprawnienia komunikacji pomiędzy najbliższymi ośrodkami górniczymi.

Właśnie na kolei swoją pierwszą i – jak się później okazało – jedyną pracę znalazł kilkunastoletni Ludwik. W rodzinie mówi się, że był urzędnikiem albo wręcz przeciwnie – że pracował fizycznie i był brygadzistą. Kolejna legenda głosi, że nadzorował budowę słynnego tunelu w Rydułtowach, znajdującego się w obrębie nowej linii kolejowej łączącej Nędzę z Rybnikiem. Drążenie tunelu we wzniesieniu usytuowanym na zaprojektowanej trasie trwało kilka lat. Najpierw ułożono tory pomiędzy Nędzą a Czernicą, gdzie pierwotnie miał stanąć dworzec. Dopiero później zapadła decyzja o ulokowaniu stacji w samych Rydułtowach i wykopaniu tunelu. Budowa szła opornie – utrudniała ją kurzawka i ciśnienie, pod którego naporem kilka razy waliło się sklepienie. Wreszcie tunel oddano do użytku, ale stało się to dziesięć lat przed przyjściem Ludwika na świat, a zatem rodzinna opowieść o nadzorowaniu przez niego budowy nie może odpowiadać prawdzie.

Tak czy inaczej, starzik spędził na kolei całe zawodowe życie i prawdopodobnie właśnie dzięki niej poznał swoją przyszłą żonę. Barbara Gawlina mieszkała w Wojnowicach, wsi położonej po drugiej stronie Raciborza, z pałacem z pierwszej połowy dziewiętnastego stulecia wybudowanym przez chirurga i jednocześnie największego potentata górniczego na Śląsku, Carla Johanna Christiana Kuha, późniejszego właściciela kopalni Charlotte w Rydułtowach. Praca na kolei, ukierunkowanej wówczas ściśle na komunikację pomiędzy kopalniami i większymi ośrodkami Górnego Śląska, wymagała od Ludwika częstych wycieczek po regionie. Nawet na emeryturze miał słabość do podróży pociągiem – korzystał wtedy z wolnych ferszajnów[27] przysługujących starszym kolejarzom i jeździł zwykle do jednego miasta.

– Wypisz mi, synku, bilet do Raciborza, przejechać się jada, ni?[28] – zlecał temu z wnuków, który akurat przebywał w pobliżu.

To właśnie w Raciborzu, oddalonym od Wojnowic zaledwie o pięć kilometrów, starzik poznał prawdopodobnie miłość swego życia.

Barbara Górecka zmarła w Czernicy kilka lat po zakończeniu pierwszej wojny światowej, kiedy jej najmłodsze dziecko – córka Lizka – osiągnęło pełnoletniość. Wkrótce po śmierci żony starzik zamieszkał w domu Lizki i jej męża w Radoszowach i został tam do swojej śmierci w 1962 roku.

W rodzinach swoich dzieci grał rolę mentora, głowy rodu, najwyższej instancji w sprawach wszelakich. Śląski Don Corleone.

– Synku, pokoż mi się – mówił do wnuków, gdy wybierali się do szkoły albo do kościoła.

Bacznie oglądał ich strój i zawsze coś było nie tak.

– Binder mosz krziwo zawiązany, a poczesz się trochę, bo wyglondosz jak diobeł!

Był wysoki, szczupły i miał szorstkie, nieprzyjazne rysy, ale kto go znał, ten wiedział, że w środku był miękki i delikatny jak puch. Najmłodszy z jego wnuków, Hubert, wspomina go tak:

– To był wybitny dyplomata, prawdziwy sekretorz naszych czasów. Nigdy mu nie było jedno, jak my z domu wylazujemy. Nie było, że wypuści nas, jak knefel[29] odpięty albo szlips[30] krziwy… Na wszystko zwracał uwaga! Ale nas, synki, uwielbioł, a my jego też. Jak wracał z Raciborza, to my furt na dworzec lecieli, bo starzik na pewno byndzie coś dla nas mioł. Nigdy nie przyjechoł z pustymi rękami[31].

Tradycja przywożenia upominków z wypadów kolejowych starzika funkcjonowała także w czasach, kiedy w Radoszowach mieszkał Henryczek. Któregoś dnia, a miał wtedy niewiele ponad trzy lata, wpadł na śmiały pomysł wyjścia dziadkowi naprzeciw – samodzielnie, późnym wieczorem, w piżamie. Dla towarzystwa ściągnął z łóżka malutką Zytę ubraną do snu w długą nocną koszulę. Dziewczynce plątały się nóżki, ale posłusznie biegła za kuzynem przez pola zasiane żytem i owsem, dalej przez zagony kapusty, ziemniaków i bobu. Jeszcze jeden łan zboża, jeszcze jedna dróżka, kolejny zakręt i… dworzec w Rydułtowach jakoś nie chciał się ukazać oczom zmęczonych maluchów.

– Dziecka się straciły! – krzyk cioci Lizki postawił na nogi całą okolicę, kiedy odkryła puste łóżeczka w pokoju Henryka i Zyty. Zbiegów – umorusanych ziemią i błotem do niemożliwości – złapała ostatecznie sąsiadka.

– W teren ruszyli – wyjaśniła przerażonej Lizce. – Za starzikiem…

Ludwik – z natury ogromnie rodzinny – w relacjach z najbliższymi stosował jednak żelazne zasady. Odstąpił czernickie gospodarstwo Paulowi i Łucji, ale nie za darmo. „Miał od nich wyłamek zapisany, do śmierci. Co tydzień wielaś tam masła, wielaś tam mlyka, wielaś tam śmietonki. To wszystko my, synki, na kole[32] żeśmy z Czernicy dla niego zwozili”[33] – wspomina najmłodszy syn cioci Lizki. U córki z kolei starzik także nie zamierzał mieszkać za darmo. Radoszowski dobytek obejmował prawie hektar ziemi z zabudowaniami – były stodoła, obora, wędzarnik, a na polu ziemniaki, warzywa i zboże. Synki z ojcem siekli kosą żyto i owies, starzik z ciocią Lizką wykopywali ziemniaki. Póki starczyło sił, Ludwik pracował w gospodarstwie na równi z innymi.

Raz zauważył, że koło gypla[34] kręci się mały Henryczek. Kierat już był gotowy do młócki, konie pozapinane w dyszel. Tryby powoli zaczynały się kręcić, gdy chłopczyk wsadził pomiędzy nie dłoń. Szybka reakcja starzika, natychmiastowe zatrzymanie kół. Cudem udało się ocalić drobniutkie dziecięce paluszki.

Z biegiem czasu dziadek słabł, choć nigdy nie narzekał na zdrowie. Unikał lekarzy, odwiedzał jedynie dentystę, gdy zaszła taka konieczność. Pod koniec życia, koło dziewięćdziesiątki, rozbolał go nagle ząb, a ściśle „jeden z dwóch zębów, jakie mu zostały” – wspominał Hubert Kubik. Strach przed fotelem dentystycznym był chyba jedynym, jaki Ludwik odczuwał jako sędziwy mężczyzna. Przed badaniem spytał:

– Pani doktor, ale dacie mi też szpryca?

Dentystka spojrzała na niego zdziwiona, po czym wyciągnęła bolący ząb palcami. Starzik wówczas szczerze błogosławił swój wiek.

W ostatnich tygodniach życia nie wychodził już ze swojego pokoju. Synki nosiły mu na górę chleb, zupę, słodkości. Czy pajda ze szpyrkom, czy kreple[35] – starzik nic nie chciał już jeść. Zmarł 9 lutego 1962 roku, w wieku dziewięćdziesięciu czterech lat.

Dla Henryka dom, w którym spędził ponad rok swojego dziecięcego życia, na zawsze pozostał domem dziadka Ludwika.

Rydułtowy

Rydułtowy Górne, Rydułtowy Dolne, miasteczko i pola, łąki, gospodarstwa. Ojciec pracował na kolei w Rydułtowach od początku. A mimo że w Rydułtowach była stacja kolejowa, tunel i poczta, to zawsze pisało się: Rydułtowy, poczta Czernica![36]

Szarpały nim skrajne emocje niemal za każdym razem, gdy wracał do tego miasta. Z jednej strony czuł głęboki żal z powodu ciężkiego dzieciństwa naznaczonego chorobami, wojną, chłodem panującym w domu. Z drugiej – jakąś niezdefiniowaną dumę, że to właśnie tutaj się wychował, tu dorastał, z tej ziemi pochodził. „Potencjału, który tkwi na tym terenie, może nie literackiego, ale filmowego, muzycznego, plastycznego, nie ma ani Kraków, ani Wrocław, ani Poznań”[37] – przekonywał pod koniec życia przyjaciółkę mieszkającą w Krakowie, Teresę Malecką.

Nie zastanawiał się nad tym, czy jego rodzinne miasto jest ładne czy brzydkie, zielone czy industrialne, ani czy czuć w nim jakąkolwiek atmosferę czy absolutnie nie. Czuć to można było jego zdaniem co najwyżej smród, ale na pewno nie klimat ani nic w tym guście. Dla Góreckiego ważne było to, czego tu doświadczył – z tą świadomością i z takim bagażem przekraczał za każdym razem próg dawnego domu.

Zamieszkał w Rydułtowach w 1937 roku i nie wychylał stamtąd nosa aż do początku lat pięćdziesiątych, kiedy udało mu się dostać do szkoły muzycznej w Rybniku. Wyprowadził się dopiero kilka lat później, już jako student Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Katowicach. Wracał jednak do domu na każdy weekend – po świeże koszule i pokaźną wałówkę, która mu starczała na kolejny tydzień studenckiego życia. Był też taki czas, w drugiej połowie lat pięćdziesiątych, kiedy przyjeżdżał do Rydułtów na więcej niż dwa dni, żeby w spokoju pracować. W ciasnym pokoiku przy ulicy Skłodowskiej--Curie w śródmieściu Katowic, który wynajmował pod koniec nauki, mieściły się tylko łóżko, szafa i jedno nieduże krzesełko. No i jeszcze słynna umywalka, na której układał deskę, żeby zorganizować prowizoryczne biurko. W mieszkaniu przebywała jeszcze rodzina właścicieli, kolejne pokoje wynajmowane były przez dwóch inżynierów. Do łazienki – procesja. Dałoby się może to wszystko wytrzymać, gdyby nie codzienne śpiewy gospodarzy, gorących wyznawców religii ewangelickiej. Śpiewali całkiem ładnie, ale co z tego, skoro on kompletnie nie słyszał, co pisze. Musiał się ewakuować do Rydułtów, żeby skomponować cokolwiek.

Rozsiadał się wówczas w pokoju z pianinem, z papierem nutowym na stole. Kurząc jak lokomotywa, mruczał pod nosem partie kolejnych instrumentów albo przeciwnie – ryczał je donośnym, chropowatym głosem. Nikt mu nie przeszkadzał, jedynie ojciec niekiedy zaglądał, słysząc, jak podgrywa swoje kompozycje. Kręcił z niedowierzaniem głową, czasem komentował:

– Heniu, ale co to za muzyka? Jakbyś kartofle do piwnicy sypoł!

Później, gdy Henryk już był żonaty i na świecie były dzieci, to Jadwiga przyjeżdżała z nimi do Rydułtów, żeby on mógł w domu w Katowicach poświęcić się pracy.

Zawsze to miasto było w jego życiu na szczególnym miejscu, dlatego szału dostawał, kiedy ktoś przekręcał jego nazwę albo odmieniał nie tak, jak się przyjęło. Rydułtowy, do Rydułtów, z Rydułtów, z Rydułtowami, w Rydułtowach. A nie, jak nieraz słyszał: w Rydułtach albo jeszcze gorzej – w Rydułtowych! Mówi się w Mostach, a nie w Mostych! Pieklił się wtedy strasznie i groził rozmówcy konsekwencjami w postaci zakończenia spotkania.

Rydułtowy z czasów wczesnego dzieciństwa zapamiętał niemal jako metropolię – w porównaniu z Czernicą czy Radoszowami wydawały się wielką aglomeracją. Piętnaście tysięcy mieszkańców to była liczba, której swoją dziecięcą wyobraźnią nie potrafił ogarnąć. Była w tym mieście nie tylko szkoła (i to nie jedna!) i szpital, dworzec, urząd pocztowy oraz straż pożarna, były także kina – Apollo i Polonia – czynne w zimie trzy razy w tygodniu[38]. W pierwsze czwartki miesiąca odbywał się targ – przyjeżdżały koszyny[39] z okolicznych wsi, sprzedawały jajka, owoce i masło zawijane w liść rabarbaru. Działało mnóstwo sklepów i lokali – od składu żelaza poprzez księgarnię, szklarnię oraz salon mód po restauracje i kasyno dla pracowników kopalni. Do Rybnika kursował autobus, z częstotliwością raz na dwie godziny. Prawdziwa cywilizacja.

Sam dom[40], usytuowany przy ślepej, ciasnej i ostro schodzącej w dół ulicy Polnej (obecnie Gustawa Morcinka), także był inny od tych, w których Henryk mieszkał przedtem. Sześcienny klocek z płaskim dachem, obłożony tynkiem w kolorze ciemnego popielu. Piwnica, parter i piętro, na samej górze strych. Wejście przez ganek, dalej korytarz i klatka schodowa prowadząca na kolejny poziom. Za domem ogród z wszystkimi jadalnymi roślinami, jakie dało się uprawiać w tym klimacie, bo jego macocha uwielbiała pracę w warzywniku. I jeszcze najważniejsze – widok z okna jego pokoju na piętrze, który przy dobrej pogodzie ukazywał coś, czego do tej pory nie widział. Góry.

Taki dom zapamiętał z czasów powojennych, bo wcześniej, pod koniec lat trzydziestych, jego życie toczyło się w śląskich lecznicach.

Henryczek z mamą Otylią Górecką, 1934

Roman i Jadwiga

Piszesz, że chciałabyś być taka jak ja pod względem zdrowia. Otóż wyobraź sobie, że ja mam za sobą dwanaście różnych operacji, jestem kaleką (…). Moja matka, mając dwadzieścia sześć lat, zmarła. Zmarła w moje urodziny, kiedy miałem dwa lata. Nie było mi lekko. Dobrą szkołę dało mi życie, za co nawet dziękuję Panu Bogu, bo może nie byłbym takim, jakim jestem, ani tym, czym jestem[41].

Zając. Żywy, ciemnoszary, kicający po kuchni zając. Jedno z ostatnich wspomnień poprzedzających okres szpitalnej tułaczki. Jedyne, które przywoływało w pamięci osobę drugiego, przybranego dziadka, tego ze strony prawdziwej mamy. Emanuela Buchalika.

Niewiele o nim wiedział poza tym, że już na początku wojny Niemcy go aresztowali i wywieźli do obozu w Dachau. Pierwszą wojnę światową Emanuel spędził w rosyjskim więzieniu, potem wracał piechotą do Polski, utrzymując się z szycia. Po wojnie założył restaurację na Śląsku, później podjął pracę w Biurze Policyjnym w Świętochłowicach. Kiedy Niemcy wkroczyli do Polski, koledzy namawiali go, by od razu uciekał.

– Nie mam niczego na sumieniu, zostaję – odpowiadał pogodnie. I zapłacił za spokój najwyższą cenę.

Górecki nie pamiętałby nawet rysów jego twarzy, gdyby nie ten zapisany w pamięci zając, którego dziadek Buchalik przyniósł do ich mieszkanka w Nowy Rok. To było tuż przed przeprowadzką do nowego domu, kiedy wynajmowali z ojcem pokój w Rydułtowach, żeby być bliżej budowy. Tata miał już dość dojeżdżania na kole z Czernicy na stację, a potem do domu na Polną. Zabrał Henryczka od starzika i zamieszkał z nim w wynajętym pokoju w domu państwa Achtelików, niedaleko nowego siedliska.

Nie było tam co robić. Chłopczyk włóczył się po okolicy, odwiedzał ogródki sąsiadów. Na jednym z podwórek była kupka gliny. Pośliznął się na niej i zachwiał, nóżki rozjechały się na boki, tworząc niekontrolowany szpagat. Lewa kość biodrowa wyłamana z panewki, ryk rozdzierający powietrze, wszyscy mieszkańcy ulicy postawieni na nogi.

To był początek fizycznych cierpień. Rok 1937[42].

Ojciec nie miał pojęcia, co robić. Babcia Buchalikowa, mama Otylii, nalegała, by wezwać doktora. Narzeczona Romana przeciwnie – uważała, że to fanaberie i że lepiej zasięgnąć porady znachorki. „Baba-ustawiaczka”[43] obejrzała nóżkę, ale nic nie mogła zrobić, bo przy każdej próbie dotknięcia chłopiec mdlał z bólu. Wreszcie zaordynowała przywiązanie nogi do klatki piersiowej, w przykurczu. W takiej pozycji malec spędził kilka miesięcy, zanim nareszcie zobaczył go lekarz w szpitalu w Katowicach-Bogucicach. Niestety, było już za późno – nóżka źle się zrosła, biodro zaropiało, wdała się infekcja gruźlicza. Górecki zapamiętał ten czas jak przez mgłę:

– Od trzydziestego piątego przez te cztery lata to się wszystko zaczęło walić. Potem ucieczka – uciekaliśmy na wschód. Ja już byłem ciężko chory, po szpitalu w Bogucicach, Katowicach, Istebnej. W Istebnej był nowy szpital, wybudowali go – mówili – Amerykanie z datków. Ortopedyczny dla dzieci. Szpital wspaniały, tylko lekarzy jeszcze nie było[44].

Szpital[45], o którym wspomina kompozytor, powstał w 1936 roku. Nie była to jednak placówka ortopedyczna, jak sugerował, ale dziecięce centrum leczenia schorzeń dróg oddechowych, w tym przede wszystkim gruźlicy płuc i chorób współistniejących, takich jak gruźlica kości. Umieszczenie go w Istebnej było więc posunięciem oczywistym, tym bardziej że w latach trzydziestych gruźlica była jedną z najczęstszych przyczyn zgonów na Górnym Śląsku – obok epidemii hiszpanki, dyfterytu, drgawek dziecięcych i suchot.

Przez te dwa lata, pomiędzy przeprowadzką do nowego domu a wybuchem wojny, Henryczek bywał w Rydułtowach tylko sporadycznie. Mieszkali już wtedy we troje – w lutym 1937 roku Roman Górecki ożenił się bowiem powtórnie.

Nikt z rodziny nie wie, w jaki sposób ojciec Henryka poznał Jadwigę Oleś. Pochodziła z Biertułtów[46] koło Radlina, z bardzo patriotycznego domu, w którym wychowywała się wraz z piątką rodzeństwa. Swego czasu pracowała „w rachubie” w kopalni Hoym – najstarszej w powiecie rybnickim, założonej przez wrocławską kamerę wojenno-dominialną w 1792 roku i nazwanej tak od nazwiska pruskiego ministra prowincji śląskiej, hrabiego Karla Heinricha von Hoyma. Roman zajmował się wówczas organizacją przewozu węgla pomiędzy ośrodkami górniczymi. Możliwe zatem, że spotkał Jadwigę w czasie którejś z podróży służbowych.

Ci, którzy ją pamiętają, wypowiadają się o jej słynnej sile charakteru niezwykle ostrożnie. Że była zdecydowana, że lubiła rygor, że wychowywała dzieci w ostrej dyscyplinie i umiała postawić na swoim. Że była ciemnowłosa i szczupła, ale miała surową, nieprzystępną minę.

– Kurzyła jak smok i nie dała sobie powiedzieć, że nie powinna – wspomina Hubert Kubik. – A co do Henryka… Tam był taki trochę dystans, oziębłość. Nie faworyzowała go.

Ten „trochę dystans” pomiędzy Góreckim a jego przybraną mamą przeszedł do legendy. W istniejących publikacjach pojawia się przede wszystkim informacja o wydanym przez Jadwigę i jej męża zakazie zbliżania się do instrumentu matki:

Na jego trudne dzieciństwo złożyły się: miesiące pobytu w szpitalu z powodu problemów ze stawem biodrowym, potem druga wojna światowa oraz poczucie niezrozumienia – ojciec i jego druga żona tłumili artystyczne zainteresowania Henryka, zabraniano mu zbliżać się do stojącego w domu pianina, na którym grywała matka[47].

Ojciec i macocha nie chcieli zgodzić się na jego edukację muzyczną, w dzieciństwie nie pozwalano mu pobierać lekcji gry na fortepianie, w końcu jednak rozpoczął naukę u wiejskiego skrzypka artysty w rodzinnych Rydułtowach[48].

Górecki nie znalazł poparcia dla swych zainteresowań ani ze strony ojca, ani też macochy. Zabroniono mu surowo nawet dotykać fortepianu, aczkolwiek nieraz zakradał się do instrumentu i grał na nim, ilekroć zdarzyło mu się zostać samemu w domu[49].

Z niezrozumiałych dla mnie powodów nie pozwolono mu w domu grać na fortepianie, natomiast pobierał lekcje gry na skrzypcach u miejscowego zdolnego nauczyciela amatora[50].

– Ojciec tam brzdękał trochę, bo go mama nauczyła – wspominał w rozmowie z Michalskim. – Ale mnie nie wolno było. Bo ja grałem na skrzypcach, kazali mi grać…[51]

Zakaz dotykania przez kilkuletniego Henryka pianina Otylii pozostaje zatem faktem bezsprzecznym. Jak wspominał sam kompozytor, „lekko nie było” i nie chodzi nawet o to, że dostawał po łbie, kiedy coś zmalował, ale raczej o to, że czuł się w domu jak intruz. Mieszkał na piętrze, razem z sublokatorami. Rodzice i siostra zajmowali dół. Bolał go widok nowej mamy w ciuchach tej rodzonej. Bolało to, że mu nie wolno było grać na fortepianie. Bolał zakaz jeżdżenia na łyżwach i na rowerze, grania z chłopakami w piłkę. Bolał zakaz sięgania po jedzenie przed kolacją lub po kolacji. Bolała odmowa zapisu do szkoły muzycznej w Rybniku, kiedy poprosił o to pierwszy raz. Bolało to wszystko tak bardzo, że wspominał ten dom z żalem nawet po siedemdziesiątce. „Potem budowałem sobie tutaj, szukałem, udawałem… W cuda wierzyłem, jak w te szklane domy. Tak to było!”[52] – tłumaczył po swojemu Michalskiemu podczas kolejnej rozmowy w Zębie.

Ta trudna relacja miała jednak swoje drugie dno.

– Jak mu mieli pozwolić na lotanie po podwórku czy jeżdżenie na łyżwach, jak każda wywrotka groziła połomaniem? Przecież to chłopok był, wiadomo, że się chciał bawić, ale trzeba go było pilnować, żeby se krzywdy nie zrobił…[53] – pani Barbara, przyrodnia siostra Henryka, doskonale potrafi zrozumieć podejście rodziców.

I pamięta, że braciszek olewał zakazy. Łyżwy można było wykraść i po kryjomu jeździć z kumplami po lodzie, dopóki nie zauważyła go wścibska sąsiadka i nie doniosła na niego do taty. W czasie wojny, kiedy już wrócił do domu, bombardowanie wydawało mu się fantastyczną rozrywką. Do tego stopnia, że zaczaił się kiedyś na polu w ziemniakach, żeby obserwować zbliżające się maszyny na niebie. Jadwiga dostała ataku histerii, ojciec z trudem opanował płacz. Na maturę Henryczek wyszedł co prawda o czasie, ale nie dotarł do szkoły, bo zorientował się, że nie wziął wymaganych do dyplomu zdjęć. Pytanie dyrektora, dlaczego go na egzaminie nie ma, przyprawiło Romana niemalże o zawał. W okresie studiów rodzice widywali syna jedynie w weekendy. Przyjeżdżał po żarcie, jak sam później mówił, i żeby mu wyprać ubrania i wykrochmalić koszule. Ale nie byle jak, tylko porządnie, na sztywno! Pranie, prasowanie, krochmalenie, pieczenie rogali i robienie weków – wszystkim tym zajmowała się Jadwiga. Po nocach, bo w dzień pracowała w ogrodzie i w polu, plewiąc grządki, karmiąc króliki i drób, kopiąc ziemniaki i doglądając dobytku. Równie dobrze Muter – jak nazywał drugą mamę Górecki, kiedy nie słyszała – mogła powiedzieć to samo co on: „Lekko, mój drogi, nie było”.

Roman, jeśli nawet dostrzegał konflikt pomiędzy żoną a synem, wolał nie zabierać głosu. Był człowiekiem nad wyraz spokojnym – czasem machnął ręką, ignorując babskie i dziecięce fanaberie, czasem coś zanucił, żeby rozładować atmosferę i ugasić bunt. „Stosował starą receptę na dobre małżeństwo: żona panuje nad mężem, a mąż nad sobą”[54] – spuentował jego zachowanie Hubert Kubik.

Z biegiem czasu spór łagodniał, a kiedy w domu Romana i Jadwigi pojawiła się synowa, nie było już po nim śladu. Żona Henryka pamięta, że wszyscy byli wtedy ogromnie grzeczni i mili.

– A kiedy się dzieci urodziły, to byli jeszcze bardziej grzeczni i jeszcze bardziej mili. Przyjeżdżali znienacka do Katowic z ciastami – przecież ona sama to musiała wszystko piec, z własnej woli. Trudno sobie wyobrazić, że ta sama osoba, która potrafiła być tak serdeczną babcią dla swoich wnuków, była kiedyś tak przykra dla swojego pasierba! Z wiekiem nauczyła się, że można być miłym i spokojnym[55].

Niesnasek i przykrego traktowania Henryka w jego dorosłym życiu nie zauważyła także reszta rodziny. Marek Kuszek, zięć Jochima mieszkający obecnie w rodzinnym domu Góreckich w Czernicy, odwiedzał posiadłość w Rydułtowach wielokrotnie, ale nigdy nie słyszał żadnych uszczypliwości ani łajania ze strony cioci Jadwigi. Podobnie Anna Górecka, córka kompozytora, wspomina babcię jako ciepłą, oddaną dzieciom osobę:

– Miałam z dziadkami bardzo dobre relacje, w stosunku do nas, dzieci, byli zawsze serdeczni. Oczywiście wiem o tym, że kiedyś zabraniali tacie grać, a w domu działy się rzeczy bardzo niedobre. Znam to jako jego świadectwo, bo sama nigdy z ich strony niczego złego nie doświadczyłam. Jeździliśmy tam przecież co tydzień na obiadki i było naprawdę fajnie. Cała ta sytuacja nie jest prosta, ale za to jest ogromnie ważna, bo relacje z babcią na pewno ukształtowały jego charakter i miały wpływ na podejmowane decyzje, poza tym pozwoliły mu zbudować w sobie odporność i konsekwencję. „Co z tego, że mi nie pozwalają, i tak będę to robił!”[56]

Wtedy, pod koniec lat trzydziestych, gdy Roman ze swoją drugą żoną rozpoczynali wspólne życie, stosunki rodzinne były ostatnią z trosk, które spędzały im sen z oczu. Ważniejsze było zdrowie Henryczka, a ściśle jego brak. Widmo przykucia synka do łóżka stawało się coraz bardziej realne. Do tego dochodził narastający niepokój społeczny i dziwne rzeczy, które zaczęły się dziać. Wzdłuż linii kolejowej zaczęto budować betonowe bunkry. Ludzie kopali rowy ochronne i schrony, zasłaniali okna deskami. Przy rydułtowskim tunelu stanęło pięć wagonów dynamitu, strach było pomyśleć po co. Coś ewidentnie było nie tak.

Wojna

Siostra przyrodnia urodziła się szóstego sierpnia trzydziestego dziewiątego. Czyli jak uciekaliśmy, to miała trzy tygodnie. Ty sobie wyobrażasz? Nie jestem w stanie poukładać sobie tego wszystkiego chronologicznie… No bo skąd?[57]

1 września 1939 roku wypadał pierwszy piątek miesiąca. Rydułtowianie z ulicy Polnej należeli wówczas do parafii pod wezwaniem Świętego Jerzego – kościół usytuowany był na rynku. O szóstej rano zebrali się na porannej mszy celebrowanej przez proboszcza Wojciecha Urbana. Był straszny upał, ale wewnątrz świątyni panował przyjemny i kojący chłód. Kyrie, Gloria, czytanie, Ewangelia, homilia… Podczas komunii świat nagle zatrzymał się w miejscu. Huk, który wstrząsnął miastem, ogłuszył ludzi zgromadzonych przy ołtarzu. Sekundę później rzucili się na oślep do wyjścia, przeskakując barierki, tratując ławki, przewracając krzesła.

Pierwsza Komunia Święta Henryka, 1941

– Opamiętajcie się, zachowajcie spokój, ufajcie Panu! – próbował uspokajać z ambony ksiądz Wojciech. Na próżno.

Tłum wiernych wypadł z wrzaskiem z kościoła. Od strony ulicy Plebiscytowej sunęły czołgi, społeczność niemiecka witała je okrzykiem: „Hurrrra! Jesteśmy wyzwoleni!”. Polacy krzyczeli z rozpaczy, rzucali się na sklepy z jedzeniem, niektórzy próbowali się zabić. Prawdziwe pandemonium.

Eksplozja, która przerwała mszę, była wynikiem wysadzenia tunelu przez polskich żołnierzy z 6. Dywizji Piechoty, dowodzonych przez podchorążego Stanisława Czubasiewicza i wspomaganych (w ramach zabezpieczenia terenu) przez byłych powstańców śląskich[58] – w ten sposób zaburzono komunikację wojsk niemieckich. Runęły dwa czteropiętrowe budynki usytuowane nad tunelem, na drodze powstała dziura o szerokości dwóch metrów. W chwilę

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Katowice

Dostępne w wersji pełnej.

Czas siewu

Dostępne w wersji pełnej.

Myśl o awangardzie

Dostępne w wersji pełnej.

Głowa rodziny

Dostępne w wersji pełnej.

Kryptonim „Organista”

Dostępne w wersji pełnej.

Żniwa

Dostępne w wersji pełnej.

Z rodziną

Dostępne w wersji pełnej.

Ząb 2017

Dostępne w wersji pełnej.

Epilog

Dostępne w wersji pełnej.

Sierpień 2018

Dostępne w wersji pełnej.

Kalendarium

Dostępne w wersji pełnej.

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej.

Projekt okładki

Michał Pawłowski

www.kreskaikropka.pl

Zdjęcia na okładce

Wojciech Surdziel / Agencja Gazeta

Opieka redakcyjna i wybór zdjęć

Damian Warszawski

Adiustacja

Urszula Horecka

Katarzyna Węglarczyk

Korekta

Barbara Gąsiorowska

Aurelia Hołubowska

Indeks

Artur Czesak

Copyright © by Maria Wilczek-Krupa

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2018

ISBN 978-83-240-5855-6

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek