45,05 zł
Autor jest już doskonale znany czytelnikom dzięki książce Na skraju Imperium i inne wspomnienia, która od lat nieprzerwanie cieszy się dużym zainteresowaniem i bardzo dobrą opinią wśród odbiorców.
Mieczysław Jałowiecki pozostawił jednak po sobie również inne teksty wspomnieniowe, a także obszerny materiał ikonograficzny. Tomik Gaudeamus. Szkice z lat minionych – zilustrowany autentycznymi rysunkami i akwarelami autora – zawiera wspomnienia dotyczące lat 1895–1901, gdy Mieczysław Jałowiecki studiował na Politechnice Ryskiej, w Imperium Rosyjskim.
Na książkę składa się 27 wspomnień o wydarzeniach i sprawach związanych ze studiami autora oraz z jego wakacjami spędzanymi w rodzinnym majątku Syłgudyszki na Wileńszczyźnie. Jako czytelnicy Jałowieckiego mamy okazję przyjrzeć się bujnemu życiu polskich studentów w Rydze, którzy nie tylko oddawali się nauce, ale i uczestniczyli w miejscowych wydarzeniach towarzyskich (tu na uwagę zasługuje zwłaszcza piękne wspomnienie balu), stawali w szranki pojedynków (menzura – raczej słabo znana w polskiej literaturze), na różne sposoby rywalizowali ze studentami innych narodowości, głównie z Rosjanami. W czasie studiów autor należał do korporacji Arkonia, jednej z najstarszych polskich korporacji studenckich. Dzięki wspomnieniom Jałowieckiego możemy zapoznać się z funkcjonowaniem tego typu organizacji i przyjrzeć się obyczajom korporantów. Jako uzupełnienie wspomnień akademickich w książce pojawiają się też epizody dotyczące wakacji na Wileńszczyźnie (przygody na polowaniach) oraz służby wojskowej autora w rosyjskim pułku kawalerii pod Petersburgiem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 118
Rok wydania: 2026
Pewnego wrześniowego dnia roku 1895 znalazłem się w wielkim hallu Politechniki Ryskiej.
Z uczuciem ulgi opuszczałem Petersburg i ponury gmach Instytutu Inżynierów Komunikacji. Na egzaminach konkursowych nie miałem szczęścia, a otrzymawszy tróję z algebry, straciłem nadzieję na dostanie się do tego zakładu. Przyjęto mnie jednak w drodze wyjątku na wakat nadetatowy, będący do dyspozycji ministra dróg i komunikacji. W moim pojęciu było to jednak wykorzystywanie stanowiska mego Ojca1, do czego nie miałem najmniejszej ochoty. Czułem się więc dość niewyraźnie i po paru tygodniach pobytu w petersburskim instytucie postanowiłem zrezygnować z „tego losu na loterii” i uprosiłem Ojca, aby dał swoją zgodę na przeniesienie mnie na Politechnikę Ryską.
Ojciec, który nie cierpiał wszelkich protekcji i protekcyjek, całkowicie zaaprobował mój plan. Mimo spóźnionego terminu matrykulacji zostałem przyjęty na wydział inżynierii rolnej.
Tego dnia w hallu politechniki było ludno i gwarno. Młodzież zjeżdżała się z letnich wakacji i teraz załatwiała różne sprawy związane z rozpoczęciem roku akademickiego.
Z ciekawością przyglądałem się życiu uczelnianemu tak różnemu od atmosfery stołecznego liceum i od urzędniczo sztywnego rygoru Instytutu Inżynierów Komunikacji. Wśród tłumu młodzieży studenckiej przewijały się barwne czapeczki korporacji, a więc zielone – Bałtyki, niebieskie – Rubonii, szafirowe – Concordii, wreszcie ciemnogranatowe z biało-zieloną obwódką – Arkonii.
Politechnika Ryska
Po załatwieniu formalności wstępnych stawiłem się u dziekana fakultetu, starego profesora Thomsa, znanego autorytetu w dziedzinie chemii rolnej.
– Wybrał pan najtrudniejszy, najmniej popłatny, ale najszlachetniejszy zawód – rzekł profesor. – Niech pan nie zapomni, że le sol c’est la Patrie, améliorer l’un c’est servir à l’autre2.
– Mam nadzieję, że pan dopełni przyjętych na siebie obowiązków – rzekł jeszcze i podał mi rękę. Gdym był już blisko drzwi, zatrzymał mnie zapytaniem:
– Czy pan zamierza wstąpić do którejś korporacji?
Odpowiedziałem, że mam zamiar wstąpienia do Arkonii.
– Dobry wybór – rzekł profesor. – Będzie miał pan wielu rolników jako kolegów.
Po wyjściu od dziekana stawiłem się u profesorów wykładających na pierwszym roku w celu uzyskania podpisów w tak zwanym testirheft. Byłem u profesora Schindlera, który wykładał hodowlę roślin i botanikę, u profesora Bischoffa – chemika, będącego postrachem wszystkich agronomów, profesora Dossa – mineraloga i geologa, profesora Kirsteina – wykładającego budownictwo, oraz u profesora Bohla – matematyka.
Dzień zszedł mi na zakupieniu przyborów kreślarskich, książek, na zarezerwowaniu miejsca w laboratorium chemicznym i w kreślarniach. Wieczorem udałem się na kolację do tak zwanego Romkelleru – restauracji mieszczącej się w suterenach Hotelu Rzymskiego.
Było tam pełno i gwarno. Zauważyłem, że każda z korporacji miała swój stół. Młodzież studencka zachowywała się dość hałaśliwie. Na tle tej rubasznej, burszowskiej atmosfery odbijali się dodatnio swym zachowaniem i zewnętrznym wyglądem studenci polskiej korporacji Arkonia i niemieckiej Bałtyki. Zasiadłem samotnie przy stoliku w pobliżu Arkonów. Usłyszałem nieoczekiwanie swoje nazwisko. Jeden z młodych ludzi podszedł do mnie i powitał mnie przyjacielsko. Był to mój dawny znajomy – Michał Wereszczaka z Gutowszczyzny w ziemi nowogródzkiej. Zostałem zaproszony do wspólnego stołu i po obustronnym przedstawieniu oraz krótkiej rozmowie zakomunikowałem obecnym o moich projektach zapisania się do Arkonii. Zgodnie z arkońską etykietą moje oświadczenie przyjęto dość zimno. Nie leżało w tradycjach arkońskich rekrutowanie młodych studentów. Przeciwnie, przyjęcie do korporacji łatwym nie było.
– A czy pan zna drugą polską korporację, Welecję? – spytał mnie jeden ze starszych kolegów. – Może byłoby wskazanym zapoznać się z obydwoma stowarzyszeniami i dopiero potem zdecydować się na wybór?
Odpowiedziałem, że znam Arkonię z tradycji oraz opowiadań moich krewnych i znajomych filistrów3 Arkonii i że nie leży w moich zamiarach zapoznawanie się z ideologią Welecji czy też odwiedzanie na razie ich kwatery. Powoli, po przełamaniu pierwszych lodów, atmosfera stała się mniej sztywną. Wypytywałem o warunki przyjęcia, o wykłady, o koszty utrzymania i wynajęcia pokoju, gdyż w pierwszych dniach pobytu zamieszkałem w hotelu. Udzielono mi rzeczowych i życzliwych odpowiedzi, a mój nowy przyjaciel, „Mik” Wereszczaka, obiecał dopomóc w wyszukaniu pokoju, gdyż pobyt w hotelu nie mieścił się w granicach budżetu studenckiego. Umówiłem się, że dnia następnego, w sobotę, spotkamy się na śniadaniu w kwaterze Arkonii. Będę miał sposobność przedstawienia się członkom prezydium i złożenia podania o przyjęcie w poczet członków stowarzyszenia. Mimo zmęczenia długo nie mogłem zasnąć w oczekiwaniu dnia następnego.
W czarnej fuksowskiej czapeczce ze srebrnym inicjałem Arkonii znalazłem się po raz pierwszy w środowisku korporacyjnym. Był wieczór. Siedziałem w gronie starszych kolegów w wielkiej sali naszej kwatery przy szklance piwa i z ciekawością przysłuchiwałem się rozmowom.
Głośne uderzenie żelaza o drzewo przerwało pogadankę. Spojrzałem poza siebie. W końcu sali, na stole, stał dorodny młodzieniec z rapierem w ręku, w barwnej czapeczce na głowie i z trójkolorową przepaską na piersiach.
– Silentium! – zawołał donośnym głosem. Na sali zaległa cisza.
– Koledzy, pieśń Arkonii – zawołał powtórnie.
Powstano z miejsc, na sali zaroiło się od granatowych czapeczek, wszystkie twarze zwróciły się w stronę godła Arkonii zawieszonego na frontowej ścianie, na tle wachlarza trójkolorowych chorągwi korporacyjnych. Zabrzmiała dźwięczna melodia pieśni naszego stowarzyszenia:
Niech z setki młodych piersi głos
W potężny chór zapieje,
Niech nam Arkonia w wieczny czas
Rozkwita, promienieje!
Niech krzepi serca, kształci myśl,
Rozwija młode ramię,
A żadna troska, żaden cios
Potęgi jej nie złamie!
My, syny jej, wśród życia dróg
Okażmy się jej godni,
Dla cnoty miejmy świętą cześć,
A wzgardy głos dla zbrodni!
I w taką uzbrojeni moc
Do walki stańmy z światem,
A każdy dzielny polski mąż
Niech będzie naszym bratem!
Pieśń się skończyła. „Mistrz śpiewu” uderzył rapierem po stole.
– Ex! – zawołano na sali.
Po złożeniu w południe podania zostałem tegoż dnia przyjęty oficjalnie w poczet członków stowarzyszenia na prawach kandydata (fuksa). Był to dla mnie dzień pamiętny. Najpierw wiceprezes Arkonii – książę Seweryn Czetwertyński4 wziął mnie pod rękę i chodząc po sali, wyjaśniał mi cele i ideały stowarzyszenia, po czym odczytał mi rotę przysięgi arkońskiej i podał rękę na znak, że dochowam mych zobowiązań. Zostałem więc przyjęty oficjalnie jako kandydat (fuks).
O ile przed oficjalnym przyjęciem oblano mnie – jak zresztą każdego z aspirantów – zimną wodą, o tyle potem otoczyła mnie nagle serdeczna, miła atmosfera koleżeństwa i harmonii, które tak cechowały wewnętrzne życie naszego stowarzyszenia. Zapoznałem się niezwłocznie z moimi najbliższymi kolegami z cetusu (rocznika) i z naszym bezpośrednim opiekunem, czyli tak zwanym oldermanem (gospodarzem), który był poniekąd wychowawcą, doradcą i najbliższym przyjacielem korporacyjnych żółtodzióbów – fuksów. Zadanie oldermana było trudne i wymagało wielkiego taktu, spokoju i wyczucia natury ludzkiej. W owych czasach dążyła do Rygi młodzież polska ze wszystkich dzielnic dawniejszej Rzeczypospolitej: z szerokiej Ukrainy, Białej Rusi, Litwy, Żmudzi, z Królestwa, jak również z dalekiej Rosji, z Petersburga, Moskwy. Każdy wnosił z sobą zwyczaje, tradycje rodzinne, odrębności mowy, naleciałości tego lub innego zakładu, w którym odbierał średnie wykształcenie. Zebrać ten konglomerat w jedną całość, scementować pojęciowo, natchnąć jedną ideą przewodnią, skorygować i naprawić braki wychowania oraz przygotować na przyszłego pożytecznego członka koła Arkonii – było to zadanie nie lada. Naszym oldermanem był Władek Mazaraki – ziemianin z Ukrainy, który zyskał naszą przyjaźń i zaufanie, a który całkowicie odpowiadał zadaniom wychowawcy. Szczęśliwie dla Władka, rocznik nasz był szczególnie solidarny i zdyscyplinowany i pod tym względem opiekun nasz nie miał nigdy kłopotu.
W dziejach Arkonii cetus nasz nie odznaczył się ani wielką indywidualnością, ani inteligencją. Natomiast był to rocznik głęboko przywiązany do stowarzyszenia i gotowy dać się posiekać, gdy chodziło o honor korporacji. Nie było wśród nas charakterów wybitnych i przewyższających otoczenie swym intelektem. I być może z tej racji byliśmy nad wyraz solidarni. Prezes komisji naukowej miał z nami sporo kłopotu, gdy chodziło o napisanie obowiązkowego odczytu i obronienie tezy, natomiast gdy chodziło o fechtunek, pojedynek z Niemcem, podtrzymywanie stosunków zewnętrznych, o przygotowanie balu Arkonii albo komerszu, o sporty i polowanie – byliśmy pierwsi. Zebraliśmy się, jak to mówią, simplex servi Dei5, ale jakoś w życiu późniejszym dawaliśmy sobie radę, nie wysuwając się co prawda do pierwszych szeregów, ale i nie pozostając w tyle.
Z moich konfuksów (kolegów z tego samego rocznika) wymienię Kazimierza Bystrama z Bystrampola w ziemi kowieńskiej, Janusza Chmielowskiego z Warszawy (syna Piotra, znanego autora i uczonego), Szymona Meysztowicza z Meyszt, Tadeusza Mazarakiego z Ukrainy, Jakuba Rokickiego z Ukrainy, księcia Konstantego Czetwertyńskiego z Grodzieńszczyzny, Zygmunta Rutkowskiego z Koźliszek w ziemi kowieńskiej, Kazimierza Falkowskiego z Mińszczyzny, Alfonsa Czarnowskiego z Ukrainy, Andrzeja Bower de St Clair – Szkota, Tadeusza Szaniora z Warszawy, Bohdana Żagiela z Wileńszczyzny, hrabiego Edwarda O’Rourke6 z Basina w ziemi nowogródzkiej, Gabryela Wodzińskiego z Zaborówka w Królestwie, Michała Wodzińskiego z Sierakówka, Wacława Zyndrama-Kościałkowskiego, Michała Wereszczakę z Gutowszczyzny w ziemi nowogródzkiej, Konstantego Żebrowskiego z Rudy spod Kamieńca Podolskiego, Aleksandra hrabiego Choiseul-Gauffier z Płotel na Żmudzi, wreszcie Józefa Wołodkowicza z Iwańska w ziemi witebskiej.
Ustrój akademicki na dwóch wyższych uczelniach nadbałtyckich – w Rydze i Dorpacie – różnił się wyraźnie od ogólnego szablonu uniwersytetów i specjalnych wyższych zakładów na obszarze państwa rosyjskiego. Obie uczelnie zachowały ustrój uniwersytetów zachodnich: z Senatem Uniwersyteckim, z Sądem Akademickim, z szeregiem pewnych swobód życia studenckiego, wreszcie z możliwością grupowania się wychowańców w korporacjach, oficjalnie zatwierdzanych i uznawanych przez władze administracyjne. Studenterie: ryska i dorpacka dzieliły się na dwa różne, a niemające z sobą nic wspólnego odłamy – korporantów i tak zwanych wilderów, czyli dzikich.
Korporacje grupowały młodzież o pewnej kulturze zachodniej, z tradycjami, przynależną do wspólnej sfery towarzyskiej, wreszcie – młodzież niebędącą rdzennie rosyjską, a co więcej – wzajemnie połączoną instynktem samozachowawczym przed wschodnim nihilizmem i skrajnym moskiewskim nacjonalizmem. Większość korporacji składała się z przedstawicieli żywiołu niemieckiego, to jest studentów pochodzących ze starego mieszczaństwa ryskiego lub szlachty bałtyckiej. Najliczniejsze były jednak dwie korporacje polskie: Arkonia i Welecja7, w których grupowała się prawie cała młodzież polska, przybywająca w owym czasie tłumnie na studia do wyższych uczelni bałtyckich.
Arkona na Rugii
Druga grupa studenterii składała się z napływowych żywiołów rosyjsko-żydowskich o charakterze jawnie lewicowym, a po części wywrotowym, oraz z wcale licznych tak zwanych seminarzystów, czyli osób, które po ukończeniu prawosławnego seminarium duchownego zrezygnowały z kariery kapłańskiej i korzystając z niektórych ułatwień, napływały tłumnie na Politechnikę Ryską. Był to element w pełnym tego słowa znaczeniu wstrętny, w którym – sposobem niepojętym dla mentalności zachodniej – łączył się nihilizm ze skrajnym rosyjskim szowinizmem, nieznoszącym wszystkiego, co ma jakikolwiek wyraz kultury zachodniej.
Te dwa światy egzystowały obok siebie, nie łącząc się, a nawet nie komunikując wzajemnie. Korporanci patrzyli na stado wschodnie z pogardą, szczególnie gdy pod koniec ostatniego dziesiątka ubiegłego stulecia w naszej spokojnej uczelni zaczęły się strajki i zamieszki studenckie, powodowane przez te barbarzyńskie żywioły, domagające się skasowania swobód akademickich, zamknięcia korporacji i wprowadzenia mundurów.
Wśród wilderów można było spotkać jednostki nienadające się do zbiorowego życia korporacyjnego i nieznoszące dyscypliny oraz rygoru charakteryzującego ustrój korporacyjny. Nic dziwnego, że w pojęciu każdego korporanta słowo „wilder” było symbolem wewnętrznego i zewnętrznego upadku, symbolem niższości, złego wychowania, chamstwa, wreszcie bezczelności, z którą ten element narzucać chciał swoje bezprawie i swoje poglądy. Wilderzy nie uznawali ani Sądu Akademickiego, ani honorowego załatwiania spraw, a Senat Uniwersytecki nieraz stawał bezradnie wobec zachowania tych panów.
Jedynym poniekąd kulturalnym elementem wśród tej dziczy byli Żydzi grupujący się w kole semickim, zwanym z ruska Krużok. Szczególnie wydział chemiczny był licznie obsadzony przez tę mniejszość narodową.
Młodzież polska umiała wykorzystać formy korporacyjne dla swych celów.
Ustrój korporacyjny automatycznie zaprawiał młodzież do życia parlamentarnego, do rzeczowego i ujętego w przyzwoitą formę dyskutowania, wreszcie – co najważniejsze – do szanowania zdania przeciwnika, o ile osoba przeciwnika nie używała argumentów przeczących zasadom etyki.
Korporacja składała się z czynnych członków Koła (tak zwanych barwiarzy) – noszących kolorowe oznaki stowarzyszenia, kandydatów – noszących na głowie czarne czapeczki ze srebrnym inicjałem, wreszcie filistrów (filistrów członków Koła lub filistrów kandydatów). Aby stać się członkiem Koła (otrzymać barwy), trzeba było przejść przez okres próby. Do Koła przyjmowano zazwyczaj w trzecim semestrze, a więc po roku próby. W rzadkich wypadkach obdarzano barwami w drugim semestrze. Przyjęcie do Koła było uroczystością, która na całe życie pozostawała w pamięci. Zazwyczaj dwóch czynnych członków proponowało kandydata. Na tajnym posiedzeniu Koła odbywały się przedtem debaty, podczas których wypowiadano się pro i contra omawianej kandydaturze, przedstawiano zalety i wady osoby. Dopiero po upływie paru tygodni, po przebalotowaniu, prezes korporacji zjawiał się osobiście w mieszkaniu prywatnym przyjętego kandydata i po dłuższej rozmowie – o ile kandydat zdecydował się ślubować wierność zasadom i celom Arkonii, zawartym w tak zwanym podaniu, oraz dochować wiernie „tajemnicy Koła” – zapraszał go na posiedzenie Koła Arkonii (kandydata aż do czasu oficjalnego przyjęcia obowiązywała tajemnica). Tam odbierano od kandydata oficjalne zobowiązanie, po czym zakładano mu uroczyście kolorową czapeczkę na głowę i trójkolorową wstęgę na pierś. Od tej chwili fuks stawał się oficjalnie barwiarzem i zwykle musiał przyjąć na siebie jeden z niższych urzędów stowarzyszenia. Korporacja bowiem stanowiła w miniaturze małą republikę, z szeregiem urzędów związanych z życiem tak wewnętrznym, jak i zewnętrznym stowarzyszenia.
Oprócz prezydium, które składało się z prezesa, wiceprezesa i sekretarza, tworzących władzę stowarzyszenia i reprezentujących korporację na zewnątrz, mieliśmy następujące urzędy: oldermana, czyli gospodarza odpowiedzialnego za kandydatów będących na pierwszym roku studiów, wydział sądowy, składający się z trzech członków, w tym dwóch sędziów honorowych, komisję naukową (trzyosobową) i komisję zebrań towarzyskich, mistrza fechtunku wraz z kilku substytutami, mistrza śpiewu, bibliotekarza, kasjera kasy stypendialnej i kasjera kasy kuchennej oraz gospodarzy: kwatery, wydziału finansowego, kuchni, komisji balowej i komisji komerszowej; wybieraliśmy też delegata do sądu ogólnostudenckiego oraz delegatów do ogólnostudenckiego sądu honorowego.
Najwyższym organem zespołu wszystkich korporacji był Konwent Seniorów, w którym poszczególne korporacje były reprezentowane przez swoich prezesów i wiceprezesów. Prezesem Konwentu Seniorów zostawał po kolei prezes każdej z korporacji. Obok Konwentu Seniorów istniał jeszcze Konwent Delegatów (Chargierten Convent), będący w gruncie rzeczy najwyższym organem doradczym życia międzykorporacyjnego. Każde stowarzyszenie wysyłało do niego po dwóch delegatów. Przewodniczyła po kolei każda z korporacji.
Niektóre zasadnicze sprawy, jak na przykład zatwierdzenie i uznanie nowo utworzonej korporacji, zależały od decyzji Konwentu Delegatów. Przy zatwierdzeniu Arkonii pojawiła się wielka opozycja ze strony dwóch korporacji niemieckich. Trzeba było przerąbać drogę z rapierem i pistoletem w ręku. Dopiero po kilku pojedynkach, które zakończyły się dla Niemców tragicznie, w latach siedemdziesiątych dziewiętnastego stulecia Arkonię uznano.
Uznanie zawdzięczała Arkonia poczciwej Rubonii, z którą od tego czasu zachowywaliśmy trwałą przyjaźń.
Gorzej było z zatwierdzeniem łotewskiej Selonii, która przez dwadzieścia pięć lat na próżno starała się o uznanie, gdyż Niemcy i Rosjanie trwali w opozycji wobec jej kandydatury. Selonia egzystowała więc nieoficjalnie: nie miała prawa nosić swych oznak poza ścianami własnej kwatery, nie miała też swych przedstawicieli ani w Konwencie Seniorów, ani w Konwencie Delegatów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Ojcem autora wspomnień był Bolesław Pieriejasławski-Jałowiecki (ur. w 1843 r. na Wileńszczyźnie, zm. w 1918 r. w Piotrogrodzie), ziemianin, inżynier wojskowy i komunikacji, konstruktor taboru kolejowego, dyrektor zakładów budowy parowozów i wagonów w Petersburgu, budowniczy kolei wąskotorowych w Imperium Rosyjskim; osiągnął rangę generała inżynierii. W 1906 r. poseł z guberni wileńskiej do rosyjskiej Dumy Państwowej; aktywny uczestnik życia petersburskiej Polonii. Natomiast matką autora była Aniela Tekla z Witkiewiczów (1854–1918), siostra m.in. Stanisława Witkiewicza (1851–1915), architekta, twórcy tzw. stylu zakopiańskiego, malarza i teoretyka sztuki. (Wszystkie przypisy w książce pochodzą od redakcji). [wróć]
le sol… (fr.) – ziemia to Ojczyzna, ulepszać tę pierwszą to służyć tej drugiej. [wróć]
filister – nieaktywny już członek korporacji akademickiej, po zakończeniu studiów. [wróć]
Książę Seweryn Światopełk-Czetwertyński (1873–1945) – wielki właściciel ziemski. Od 1905 r. członek Ligi Narodowej; w 1906 r. poseł do rosyjskiej Dumy Państwowej. Przemysłowiec i publicysta, politycznie związał się z Narodową Demokracją; od 1919 do 1935 r. poseł na kolejne Sejmy RP; w l. 1941–1945 więziony przez Niemców w obozach koncentracyjnych; po wyzwoleniu wyjechał do Szkocji, gdzie wkrótce zmarł. [wróć]
simplex… (łac.) – prości słudzy Boży. [wróć]
Hrabia Edward O’Rourke (1876–1943) – od 1907 duchowny katolicki. Wykładowca w seminarium w Petersburgu; w 1918 r. otrzymał w Wilnie święcenia biskupie; w l. 1918–1920 biskup Rygi; od 1922 administrator apostolski Wolnego Miasta Gdańska, a następnie w l. 1926–1938 pierwszy biskup diecezji gdańskiej. (Jego przodkowie pochodzili z Irlandii, w XVIII w. osiedli w Imperium Rosyjskim, w XIX w. część rodu uległa polonizacji). [wróć]
Arkonia i Welecja – jedne z najstarszych polskich korporacji akademickich; obie powstały na Politechnice Ryskiej, założone przez studiujących tam Polaków: Arkonia w 1879 r., a Welecja w 1883 r. (w wyniku rozłamu w Arkonii); Welecja była określana jako bardziej „postępowa” od „konserwatywnej” Arkonii. Nazwy obu nawiązywały do pojęć z zakresu dawnej historii Słowian: przylądka Arkona na Rugii, gdzie znajdował się ważny ośrodek kultowy, oraz związku plemiennego Wieletów. [wróć]
OPRACOWANIE GRAFICZNE I TYPOGRAFICZNE: Maciej Sadowski WYBÓR I UKŁAD TEKSTU: Michał Jałowiecki REDAKCJA: Mariusz Zwoliński KOREKTA: Anna Tarnowska
Pieśni korporacji akademickiej Arkonia: Hymn Arkonii oraz „Gdy wieczorem marzę sam… – słowa Ludwik Lewestam (Lewenstamm) (1862–1888)
Wydanie I elektroniczne
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer
Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela jest zabronione.
Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” ul. Wiejska 12a, 00-490 Warszawawww.czytelnik.pl tel.: 22 583 14 07, e-mail: [email protected]
© Copyright by Andrzej Jałowiecki, 2019 Akwarele © Andrzej Jałowiecki. Wszelkie prawa zastrzeżone © Copyright for this edition by Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2025
ISBN 978-83-07-03524-6
