28 osób interesuje się tą książką

Opis

Ona i on, oboje bardzo młodzi. Warszawa. Lato. Rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty któryś. Powietrze gęste jak budyń, a słowa „kocham” i „pragnę” zlewają się w jedno. Nie chodzi o seks i natychmiastową rozkosz, ale o niepewność, oczekiwanie. On chce jej mocno, ona lubi się z nim droczyć…

Frajda to rozpisana na stronice i na głosy piosenka miłosna. O namiętności i międzyludzkim przyciąganiu tak silnym, że przekracza ograniczenia czasu i przestrzeni i wytwarza własne wersje rzeczywistości.

Marta Dzido wreszcie napisała książkę o tym, jak przyjemnie być kobietą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 140

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja ‌serii Piotr Marecki
Redaktor prowadzący ‌Aleksandra ‌Małecka
Redakcja Miłosz ‌Biedrzycki
Korekta Filip Fiereki Adam ‌Ladziński
Projekt ‌okładki ‌Justyna ‌Plec
Projekt typograficzny, ‌skład ‌i łamanie ‌Małgorzata Chyc| www.bymouse.pl
Wydanie ‌I
Marta Dzido, ‌Frajda, Kraków 2018Copyright ‌© by ‌the Author, 2018Copyright ‌© ‌for this edition by ‌Korporacja ‌Ha!art, 2018
ISBN ‌978-83-65739-34-6
Wydawnictwo ‌i księgarnia Korporacja Ha!artpl. Szczepański 3a, ‌31-011 Krakówtel. 12 426 46 03 (księgarnia),12 422 25 28 (biuro)e-mail: ‌[email protected]ęgarnia internetowa: ‌www.ha.art.pl
Konwersja: ‌eLitera s.c.

Seria ‌prozatorska ‌pod redakcją Piotra Mareckiego

• Jerzy ‌Franczak, Trzy historye

• Sławomir ‌Shuty, ‌Bełkot

• Łukasz Orbitowski, Szeroki, głęboki, ‌wymalować wszystko

• Piotr Cegiełka, Sandacz ‌w bursztynie

• Sławomir ‌Shuty, Cukier w normie

• Michał ‌Palmowski, Przygody Hiszpana Dete

• Michał ‌Witkowski, Lubiewo

• Marta Dzido, ‌Małż

• Marian Pankowski, Rudolf

• Maciek ‌Miller, ‌Pozytywni

• Ewa Schilling, Głupiec

• Adam ‌Wiedemann, Sceny ‌łóżkowe

• Jan Dzban, Dentro

• Piotr Szulkin, ‌Socjopatia

• Marian Pankowski, Bal wdów i wdowców

• Jerzy ‌Nasierowski, Zbrodnia i...

• Piotr Czerski, ‌Ojciec odchodzi

• Maciek Miller, Zakręt ‌hipokampa

• Łukasz ‌Orbitowski, Horror ‌Show

• Joanna Pawluśkiewicz, Pani na ‌domkach

• Joanna ‌Wilengowska, Zęby

• Marta Dzido, ‌Ślad po mamie

• Jan Krasnowolski, ‌Klatka

• Marian Pankowski, ‌Pątnicy z Macierzyzny

• Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Raz. Dwa. ‌Trzy

• Michał Zygmunt, ‌New Romantic

• Joanna Pawluśkiewicz, ‌Telenowela

• Jerzy Franczak, Przymierzalnia

• Wojciech ‌Bruszewski, Fotograf

• Krzysztof Niemczyk, ‌Kurtyzana ‌i pisklęta

• Sylwia Chutnik, Kieszonkowy atlas ‌kobiet

• Juliusz Strachota, Cień pod ‌blokiem ‌Mirona Białoszewskiego

• Natalia Rolleczek, ‌Drewniany różaniec

• Marian Pankowski, Niewola i dola Adama ‌Poremby

• Maciek Miller, Cockring

• Dominika Ożarowska, ‌Nie uderzy żaden ‌piorun

• Ewa Schilling, Codzienność

• Marian ‌Pankowski, Tratwa nas ‌czeka

• Piotr Szulkin, ‌Epikryza

• Jerzy ‌Franczak, NN

• Sławomir Shuty, ‌Jaszczur

• Darek Foks, Kebab ‌Meister

• Tomasz Pułka, Vida Local

• Ziemowit ‌Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas ‌zje, czyli tajna ‌historia Słowian

• Wojciech Bruszewski, ‌Big Dick. Fikcja dokumentalna

• Jan Krasnowolski, Afrykańska elektronika

• Daniel Kot, Kierunkowy 22

• Marian Pankowski, Nastka, śmiej się! Opowiadania

• Sławomir Shuty, Dziewięćdziesiąte

• Łukasz Orbitowski, Horror Show [wyd. II popr.]

• Joanna Dziwak, Gry losowe

• Søren Gauger, Nie to / nie tamto

• Maciej Bobula, Katarzyna Gondek, Adam Miklasz, Aleksander Przybylski, Michał Zantman, Bękarty Wołgi. Klechdy miejskie

• Ziemowit Szczerek, Siódemka

• Juliusz Strachota, Relaks amerykański

• Flash fiction. Antologia

• Dariusz Orszulewski, Zjednoczone Siły Królestwa Utopii

• Stanisław Czycz, Nie wierz nikomu. Baza

• Konrad Janczura, Przemytnicy

• Marta Dzido, Przyducha

• Maciej Piotr Prus, Frajda

– Chciałbym pozabijać wszystkich i zostawić tylko nas – powiedziałeś.

Miałam na sobie wtedy jasną sukienkę, lekką i zwiewną, pamiętasz? Wieczór był lipcowy i pełny. Lepkość w powietrzu. Strużka potu pomiędzy piersiami. Twoje słowa pachniały bułgarskim winem, a może węgierskim, a może. Na pewno było czerwone, jedno z najtańszych, na jakie mogą sobie pozwolić ludzie, którzy nie są bogaci w pieniądze.

Są natomiast bogaci w zupełnie inny sposób.

– Chciałbym tylko nas – powiedziałeś.

Niebo pęczniało różowością, z ulic parował dzień. Rozlewał się leniwie zachód słońca. Lipiec, w którym mieliśmy po dwadzieścia lat i wszystko było dla nas. Twój język był słodki i nie chciałeś przestawać. Jeszcze i jeszcze. Nie było wtedy ważne, czy to miłość i czy starczy jej do jutra, czy na zawsze, a może na nigdy więcej. Byliśmy teraz i tu. Noc była nasza i tylko dla nas nabrzmiewała. Czułam gorąco i mokro, gdy przesuwałeś palcem w górę uda.

Pozabijać wszystkich i zostawić tylko nas.

Usiadłam ci na kolanach, podwinąłeś mi sukienkę. Z daleka być może wyglądaliśmy całkiem niewinnie, jak para zakochanych tulących się na ławce w parku. Czułam na karku twój przyspieszony oddech. Przebiegła obok nas mała dziewczynka goniąca wiewiórkę.

Może nie powinniśmy? Co będzie, jeśli ktoś nas zobaczy?

Wzięłam do ust twoje palce.

Ukryjmy się.

– Podnieca mnie, kiedy masz wątpliwości, kiedy jesteś taka rozdygotana, niepewna. Kiedy chętna i ciepła rumienisz się, wilgotniejesz.

Pamiętasz?

Zamknęłam oczy.

Wszystkich... i tylko nas bym zostawił.

– Chciałabyś?

Wsunąłeś rękę w moje włosy i lekko pociągnąłeś.

Było wiadomo, czego nie można powiedzieć. Że są dwa słowa, których nam nie wolno. Żadnego „kocham” i żadnego „cię”. Niczego, co mogłoby spętać, przywiązać, ograniczyć. Że ta nasza relacja, ta bliskość nie może zmienić się nigdy w rutynę, w dom, w dzieci, w obiady, w gorzkie żale, wakacyjne urlopy, w remont łazienki. Że tylko w ten sposób przetrwamy.

Wchodziliśmy w różne mniej lub bardziej poważne związki, mieliśmy innych chłopaków, inne dziewczyny. Pamiętasz? Nosiłeś mnie na rękach, a ja wąchałam twój spocony kark. Wtedy akurat czekała na ciebie jakaś jedna z tych wielu, których imiona zniknęły w niepamięci. Może ta, której kolczyk znalazłam w pościeli tuż po tym, jak skończyliśmy się kochać. Zielony, w kształcie łezki. Migotał w świetle poranka. Obracałam go w dłoniach, robiłam nim zajączki na ścianie.

Głaskałeś mnie po nagim brzuchu.

– Jaka ona jest? – spytałam.

Powiedziałeś, że maluje paznokcie u nóg na wściekły czerwony i ma język szorstki jak języczek kota.

Minęła jak wszystkie pozostałe inne. Nie obchodziło mnie to mocniej, chociaż ciebie wręcz przeciwnie. Czasem znienacka, niby żartem, ale jednak gniewnie, z pretensją do mnie, że ci wszyscy chłopcy, jak oni patrzą łapczywie, że przecież wiesz, co myślą, co sobie wyobrażają.

Ja na to:

– Daj spokój, niech patrzą, niech dotykają, wiesz, że pozwolę, gdy tylko będę miała ochotę.

Pamiętasz?

Chodziliśmy swoimi drogami, niby osobno, ale zawsze równolegle, tak że w każdej chwili, nawet po długiej nieobecności, byliśmy blisko. Czasem tęskniłam, innym razem oddawałam się swoim własnym historiom, w których nie było miejsca dla ciebie. Wiedziałam, że wrócisz. Że będziesz powracającym refrenem.

Chciałam. Nie chciałam. To było dawno. Dawno temu w Polsce. W bloku na przedmieściach, z sufitem zawieszonym tak nisko, że każda wypuszczona z głowy myśl odbijała się od niego i spadała z hukiem, roztrzaskując się o podłogę. Winda była zepsuta, a na drzwiach, na wydartej z zeszytu kartce, wywieszono informację, że nie działa z powodu zasikania przez ludzi.

Moi rodzice wyjechali na działkę, mieszkanie było małe i zawalone książkami, ale na szczęście całe dla nas. Wreszcie mogliśmy się kochać w łóżku. Jak dorośli. Powoli i bez stresu, że ktoś nas nakryje.

Powiedziałeś wtedy:

– Widzę nas razem za dwadzieścia, trzydzieści lat. Leżymy tak jak teraz. Nadzy, potargani, a ty się uśmiechasz ze spełnienia.

Odpowiedziałam ze śmiechem:

– O nie. Na pewno nie.

– Dlaczego?

– Bo za dwadzieścia lat będę kimś zupełnie innym. Kimś, kogo nigdy nie znajdziesz. A jeśli nawet, to się nie zorientujesz, że to ja...

– Rozpoznam cię w najbardziej wymyślnym życiowym kamuflażu. Spotkam cię w nieoczekiwanej chwili i wezmę z zaskoczenia. Powiem: – Pięknie dojrzałaś, a wciąż jesteś dziewczynką. – Zawahasz się, czy zostać w tej sytuacji, czy może odejść, bo przecież jak to, minęło tyle czasu. Udasz zdziwienie: – Pan mnie z kimś pomylił. – Spytasz: – Czy aby na pewno się znamy? – A po chwili: – Mieliśmy już kiedyś przyjemność? – Błysk twoich oczu podyktuje odpowiedź: – O tak, mieliśmy przyjemność. I to niejedną.

Pomiędzy nami słodkie napięcie i nie wiadomo, co dalej. Będziesz w czarnej, eleganckiej sukience tuż za kolano, z suwakiem z tyłu. Podejdę do ciebie i powoli, delikatnie ten suwak rozepnę.

Nie byłam pewna, czy traktować serio to, co mówiłeś. Nie istniał w mojej czasoprzestrzeni moment za dwadzieścia lat, tym bardziej za trzydzieści. Byłam w teraz i tu. Miałam cię w tej chwili i nie chciałam kiedy indziej.

To był jeden z tych niewielu wieczorów, które trwają wieczność.

Staliśmy razem na balkonie. Widzieliśmy, jak w kolejnych oknach gasną światła. Nuciłam piosenkę, a ty palcami wystukiwałeś o barierkę niespokojny rytm. Miałam gołe nogi, czułam przyjemny chłód. Mrugały do nas gwiazdy i pomyślałam, że może tam, na upstrzonym srebrnymi punkcikami nocnym niebie, jest taka sama, równoległa do nas para – dziewczyna i chłopak, zupełnie jak my. Patrzą w naszym kierunku, widzą nas na jednym z balkonów wśród jednakowych betonowych dziesięciopiętrowców i dziwią się, że my też tak do nich mrugamy.

A później czas przyspieszył gwałtownie. Już był poranek. Wymknąłeś się, myśląc, że jeszcze śpię. Bez pożegnania, cicho i bezszelestnie zbiegłeś schodami w dół. Nie odwróciłeś się. Nie mogłeś wiedzieć, że stoję na balkonie, jeszcze ciepła od snu, że za tobą patrzę, że.

Niczego nie chciałam. Nie miałam żadnych oczekiwań. Puściłam cię, choć nigdy cię tak naprawdę nie trzymałam.

Może wystraszyłeś się swoich słów o tym, że ty i ja za trzydzieści lat. Może nie chciałeś mnie spłoszyć myślą wybiegającą tak daleko w przyszłość. Może to był właśnie idealny moment, żeby to przerwać, wycofać się, jeszcze zanim. Uciec tylko po to, by nie zabrnąć w ślepą uliczkę, by nie ocknąć się w momencie, w którym nie ma jak zawrócić.

Skąd mogłeś wiedzieć, że za tobą patrzę, skoro nie odwróciłeś głowy.

Wyjechałeś nazajutrz. Ja zostałam. Znów poszliśmy innymi drogami. Osobno i równolegle. Nie tęskniłam. Nie chciałam tęsknić.

Bawiłam się w inne zabawy, z innymi grałam w inne gry. Po jakimś czasie przyszedł list. Trzy strony namiętnego wyznania do odczytania pomiędzy wierszami. Trzy strony silne jak tsunami. Utonęłam. Leżałam bez czucia i bez tchu wiele godzin, dni, tygodni. Przywiązałeś mnie tym wyznaniem. Zrobiłeś to, czego mieliśmy nigdy sobie nie zrobić. Dwa słowa, których nie wolno nam było wypowiedzieć. Żadnego „cię” i żadnego „kocham” na tych trzech stronach, ale każde inne słowo o tym właśnie krzyczało. Schowałam twój list głęboko i postanowiłam zapomnieć.

Kiedy zapominałam, ty siedziałeś na chodniku jednego z gorących południowoeuropejskich miast, piłeś wino z kartonu, ktoś walił w bęben, a ty plułeś ogniem i wirowałeś do rytmu. Brzęczały monety. Mieszały się języki: hiszpański, portugalski, rosyjski, angielski, włoski. Każdy, kto się uśmiechnął, zostawał od razu najlepszym kumplem, przyjacielem na jeden wieczór. Piwo, wino, wódka, dżez. – Te quiero mucho – szeptałeś w uszy ponętnych i chętnych. Zamykałeś oczy, ale czegoś tam brakowało. Dobrze wiedziałeś czego.

Ciągle trwała upalna letnia noc.

Zbierałeś gdzieś jakieś truskawki. Malowałeś i sprzedawałeś z chodnika obrazki. Wieczorami tańczyłeś z ogniem i pozwalałeś, by kierowała tobą muzyka.

Zimną pizzą karmiłeś szczury pod Notre Dame. Patrzyłeś, jak w sadzawce odbija się Sagrada Família, i kiedy rzucałeś kamyk, budowla zaczynała falować biodrami i tańczyć. Rozbiłeś namiot pomiędzy jeziorem a plażą Chalikounas, każdego ranka wygrzebywałeś z piasku monety, a kiedy miałeś ich już odpowiednią ilość, szedłeś do baru odwiedzanego przez surferów i zamawiałeś mojito. Poznałeś gości, którzy skakali na paralotni ze skarpy. I ty też z nimi skakałeś. Wziął cię na stopa pół-Fin, który budował domy ze słomy.

Na targowisku staroci pewien mężczyzna próbował ci sprzedać figurkę psa Lassie bez uszu, wyliniały futropłaszcz i kalejdoskop. Wziąłeś kalejdoskop, ale wypadł ci, gdy w obłędzie biegłeś przez arabskie miasto portowe, w którym skrył się kilkadziesiąt lat wcześniej pewien sławny pisarz po nieudanej zabawie z żoną w Wilhelma Tella. Chciałeś odwiedzić ten hotel, gdzie wegetował, ale zgubiłeś drogę. Szeptali do ciebie w zaułkach „aszisz, aszisz”, ale nie tego szukałeś.

Nie tego.

Kupiłeś bilet i ruszyłeś dalej na południe. Autobus sunął przez piaski dzień i noc. Od czasu do czasu zerkałeś przez okno i niczym fatamorgana ukazywała ci się albo dziewczynka trzymająca na rękach liska pustynnego, albo wiszące za nogi barany spływające krwią. Któregoś razu dostrzegłeś ogromny szkielet, może wielbłąda, może słonia, może dinozaura. W piekącym słońcu wszystko było możliwe i jednocześnie nierealne. Autobus pędził, czasem przystawał przy straganie, z którego można było kupić coś, co przypominało szaszłyk ze szczura, częstowano gorącą, słodką herbatą z miętą. – Szukran, szukran – mówiłeś, ale nic więcej nie umiałeś w obcym języku o wężowatych liniach, zawijasach, serpentynach. Tubylcy kiwali głowami i nie wiadomo było, czy rozumieją, czy tylko kiwają. Czterdzieści stopni w cieniu. Autobus stanął. Ktoś dał ci do zrozumienia, że dalej nie pojedziesz, bo tam zaczyna się terytorium sporne – Sahara Zachodnia. Nieformalna granica. Mówił po francusku i był w twoim mniej więcej wieku. Kuzyn jego wuja, a może wuj kuzyna prowadził hostel. Wery gud prajs for ju maj frend. Poszliście wąską uliczką, później jeszcze węższą, za rogiem w lewo i w ciemną bramę. Tam się zatrzymałeś. W pokoju o zielonych ścianach, na brudnym, szarawym materacu.

Rano na plaży nad oceanem piasek był jasny i drobny jak nigdy dotąd. W oddali na wydmie dostrzegłeś malutki samolocik, replikę w pomniejszonej skali i tabliczkę z informacją, że tu właśnie Antoine de Saint-Exupéry napisał Małego Księcia.

I wtedy sobie przypomniałeś:

Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś.

Pobiegłeś do hostelu. Pytałeś, czy mają telefon. Bo musisz pilnie zadzwonić. Pod numer, który znałeś na pamięć, bo się dobrze rymował, bo wiedziałeś, że po tamtej stronie kabla, tysiące kilometrów na północny wschód, za morzem, na pustyni betonowych dziesięciopiętrowców jest mieszkanko na szóstym piętrze, a w nim czerwona słuchawka i głos, który do ciebie powie: – Na pewno mnie nie znajdziesz za dwadzieścia lat, a jeśli nawet, to nie rozpoznasz.

Ktoś ci tłumaczył długo i zawile, jak dojść na pocztę. Rzuciłeś się pędem w tamtym kierunku. Patrzyli za tobą jak za wariatem, w tym sennym miasteczku rzadko ktoś tak biegł. Niech patrzą.

Tak bardzo w tamtym momencie zapragnąłeś usłyszeć „halo”. Chciałeś powiedzieć: – Jak dobrze cię słyszeć. Masz taki słodki głos. Jak miód. – A w odpowiedzi usłyszeć śmiech. Zapytałbyś, ze wszystkich sił starając się brzmieć poważnie:

– Masz teraz jakiegoś chłopaka?

A ja bym odpowiedziała leniwie, przeciągle:

– Akurat w tej chwili nie.

Ty na to:

– A chciałabyś?

I po chwili. Niepewnie. Szeptem:

– Chciałabyś... mnie?

Nic z tego. Telefon nie działał. Nie było żadnego sygnału. Odkładałeś słuchawkę i znów podnosiłeś jak w transie. Mężczyzna na poczcie nie rozumiał, o co ci chodzi. Aż w końcu wzburzony, językiem pełnym zakrętów i zawirowań, z czterema podobno rodzajami „h”, dał ci do zrozumienia, że nie zadzwonisz, bo telefon jest zepsuty. Cały ten wywód brzmiał mniej więcej jak „hala, alah, ala, halah i allah”, a może nawet i „akbar”. Głucha i niema słuchawka zwisała smętnie, lekko kiwając się w rytm. Serce biło szybko, na dwa: raz na południe, raz na północny wschód.

Pamiętasz? To, co oswoiłeś.

To było w czasach przed wszechobecnym zasięgiem, przed free wi-fi, przed LTE bez limitu, przed całą tą technologią, która zamiast pisania zbędnych słów daje ci możliwość wysłania snapa. Dziś może zrobiłbyś selfie w turbanie, oznaczyłbyś współrzędne 27°56’ N 12°55’ W i lokalizację – Tarfaya, Morocco. A ja bym piętnaście minut później postawiła lajka. Wiedziałbyś, że wiem. A ja bym wiedziała, że chcesz. Nie zatęskniłbyś, nie poczułbyś tej niepewności, nie zawahałbyś się. Wyświetliłbyś moje majstory xD, zobaczyłbyś, co zjadłam, gdzie wyszłam, z kim się fotografowałam.

Ale wtedy.

W pustynnym amoku, w afrykańskim żarze, w słońcu, które pali ziemię niemalże pod kątem prostym, długopisem i na kartce zapisałeś trzy strony miłosnym wyznaniem. Nalepiłeś znaczek, wrzuciłeś do skrzynki.

I tego samego popołudnia zacząłeś żałować.

Ale się stało i już. Dziś mówią na to: „You only live once”, w skrócie czytaj: „yolo”. Żyjesz tylko raz, więc się nie zastanawiaj dwa razy. Poszło.