Five Nights at Freddy's: Tales from the Pizzaplex. Hipnofobia Tom 3 - Scott Cawthon - ebook

Five Nights at Freddy's: Tales from the Pizzaplex. Hipnofobia Tom 3 ebook

Scott Cawthon

4,8
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Każdy z nas przed czymś ucieka… A ty?

Odkąd zmarł ojciec Sama, chłopak wciąż obawia się wszystkiego, co niezdrowe. Luca z jakiegoś powodu panicznie boi się kostiumu Springtrapa z Mega Pizzaplexu… A dla Grady’ego, który cierpi na klaustrofobię, praca technika w pizzerii to prawdziwy koszmar.

W świecie Five Nights at Freddy’s nigdy nie zapomnisz o swoich najgorszych lękach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 245

Data ważności licencji: 2/15/2028

Oceny
4,8 (10 ocen)
8
2
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
AnWy81

Nie oderwiesz się od lektury

🟣🟣🟣🟣🟣🟣🟣 🟣🟣🟣🟣🟣🟣🟣 🟣⬛⬜🟣⬛⬜🟣 🟣🟣🟣🟣🟣🟣🟣 🟣⬛⬛⬛⬛⬛🟣 🟣🟣⬛⬛⬛🟣🟣 🟣🟣🟣🟣🟣🟣🟣 Książka spoko 🟨 🟪🟪🟪🟪🟪 🟪🟪🟪🟪🟪🟪🟪 🟪⬛⬜🟪⬛⬜🟪 🟧🟧🟧🟧🟧🟧🟧 🟧🟧🟧🟧🟧🟧🟧 🟧🟧🟧🟧🟧 Książka spoko Chica cupcace
00
justyna1506

Nie oderwiesz się od lektury

posłuchałem tego po wyliczeniach 159 razy serio
00
falklanda

Nie oderwiesz się od lektury

Fajna ale ten księżyc to moon, moondrop to cukierek moona , to samo z Sunem kto potwierdza?



Hipnofobia

To straszne, Bill. Ci wszy­scy ludzie tak się gapią na rze­czy tej bied­nej rodziny.

Bill zer­k­nął na żonę.

– Zna­czy, tak jak my?

– Cicho – skar­ciła go Mil­dred, wpa­tru­jąc się w roz­ma­ite akce­so­ria domowe usta­wione na kilku sto­łach. Jeśli to miało jej pozwo­lić zanieść na coty­go­dniową par­tyjkę bezika z kole­żan­kami jakieś gorące plotki, to do licha z etyką. – Jeste­śmy sąsia­dami, Bill, mar­twimy się. Może uda nam się jakoś ich odcią­żyć, żeby jak naj­szyb­ciej byli w sta­nie zamknąć ten roz­dział. Szkoda tylko Josha. Taki słodki chło­piec.

Bill podra­pał się po szczęce.

– Nie powiem, żebym za dobrze go pamię­tał.

– Cóż, był tro­chę dziwny. Cichy, odlu­dek. A teraz, zupeł­nie znie­nacka, zapadł w śpiączkę i wymaga cało­do­bo­wej opieki. – Mil­dred rozej­rzała się i dodała teatral­nym szep­tem: – Jakie to smutne, że jego rodzice muszą wypro­wa­dzić się ze stanu, żeby rodzina im pomo­gła.

– I ta śpiączka tak zupeł­nie bez powodu?

Kobieta pod­nio­sła ze stołu pla­sti­kową kuchenną miskę.

– Pew­nego dnia po pro­stu się nie obu­dził. Leka­rze mówią, że to medyczna zagadka. – Mil­dred poczuła dreszcz i prędko odsta­wiła miskę. Zebrane tu przed­mioty nagle wydały jej się ema­no­wać smut­kiem i samot­no­ścią. – Może prze­ka­żemy jakąś daro­wi­znę, żeby im pomóc.

Bill pod­niósł roz­bitą kulę, w któ­rej środku zoba­czył dziw­nie wyglą­da­jącą postać. Pomy­ślał, że może to być jakiś dwor­ski bła­zen, w cha­rak­te­ry­stycz­nej czapce i bufia­stych spodniach. Zmarsz­czył brwi i odło­żył kulę.

– Myślę, że daro­wi­zna będzie naj­lep­szym roz­wią­za­niem, Milly. Chodźmy już do domu.

– Raad, czego się naj­bar­dziej boisz?

– Kli­fów, stary – odparł Raad. – Albo gzym­sów na wyso­kich budyn­kach. Na ten widok od razu mam dresz­cze, jak­bym miał zaraz spaść z wyso­ko­ści. No i klau­nów, zde­cy­do­wa­nie. To banał, ale naoglą­da­łem się za dzie­ciaka strasz­nych fil­mów.

Sam Bar­ker słu­chał, sie­dząc pod­czas piąt­ko­wego lun­chu z Raadem, Jule­sem, Lar­rym i Bogar­tem na try­bu­nach. Było to miej­sce, w któ­rym zbie­rali się ucznio­wie naj­star­szego rocz­nika. Cze­kali z kum­plami już trzy lata, żeby tra­fić na ten poziom w szkol­nej hie­rar­chii.

W pierw­szej kla­sie jedli w sto­łówce. W dru­giej – na dzie­dzińcu. W trze­ciej – na scho­dach przed szkołą, a teraz wresz­cie docze­kali się miej­sca na try­bu­nach. Jedy­nym minu­sem, zda­niem Sama, było to, że boisko zawsze wypeł­niały pro­mie­nie słońca.

Niebo było dziś bez­chmurne i dobrze, że Sam przed lun­chem dwu­krot­nie posma­ro­wał się kre­mem prze­ciw­sło­necz­nym. Gdy jed­nak kro­pla potu spły­nęła mu po czole, zdał sobie sprawę, że wkrótce będzie musiał nało­żyć trze­cią war­stwę, jeśli nie chce się spiec na raka. Z jego blond wło­sami i jasną skórą powi­nien pew­nie zacząć zakła­dać czapkę przed wyj­ściem na lunch, tak dla bez­pie­czeń­stwa. Popra­wił na nosie oku­lary w czar­nych opraw­kach w stylu vin­tage i ostroż­nie roz­pa­ko­wał kanapkę, słu­cha­jąc Raada, który na­dal roz­pra­wiał o swo­ich stra­chach. Pod­czas wczo­raj­szego lun­chu roz­ma­wiali o naj­lep­szych fil­mach wszech cza­sów.

– O – dodał Raad. – Jesz­cze te kolejki w weso­łych mia­stecz­kach, te, gdzie czło­wiek się czuje, jakby spa­dał z wyso­ko­ści. Jakby flaki zosta­wały w tyle, a ja lecę do przodu. Nic faj­nego.

– Ja takie uwiel­biam – oznaj­mił Bogart, bio­rąc potężny kęs swo­jej pizzy pep­pe­roni. Bogart był naj­bar­dziej gada­tliwy z całej grupy. I zawsze nosił szorty. Przez całe liceum nie zda­rzył się dzień, żeby poka­zał się z zakry­tymi łyd­kami, nawet jeśli na zewnątrz pano­wał mróz.

Jules stał oparty o barierkę, pod­ja­da­jąc chipsy z torebki. Nie sia­dał zbyt czę­sto i zwy­kle był w ruchu. Larry prze­żu­wał ham­bur­gera i frytki, które mama pod­rzu­ciła mu przed lun­chem. Chło­paki zawsze doku­czali mu z tego powodu – że jest w ostat­niej kla­sie, a mama cią­gle przy­nosi mu do szkoły dru­gie śnia­da­nie. Sam zwy­kle infor­mo­wał go, ile nie­bez­piecz­nych tłusz­czów trans jest w pre­fe­ro­wa­nych przez niego posił­kach, ale prze­stał, gdy Larry w końcu z wyrzu­tem powie­dział:

– Stary.

Larry nie­wiele mówił. Miał dłu­gie kędzie­rzawe włosy. Sam podej­rze­wał, że nie ma przy tym ani jed­nego grze­bie­nia.

Raad pół­le­żał, opie­ra­jąc się na łok­ciach, a wycią­gnięte pro­sto nogi skrzy­żo­wał przed sobą. Nosił ubra­nia o dwa roz­miary za duże, ale jakoś uda­wało mu się wyglą­dać w nich sty­lowo. Jego białe teni­sówki były zawsze czy­ste i jasne – Sam nie wie­dział, jak mu się to udaje. Ciemne włosy zapu­ścił tak, że ich koń­cówki się­gały mu pra­wie do ramion. Oczy­wi­ście nic nie jadł. Raad zwy­kle pomi­jał lunch, nie­ważne, ile razy Sam mówił mu o korzy­ściach pły­ną­cych ze spo­ży­wa­nia trzech posił­ków dzien­nie.

Sam był zasko­czony, że jego przy­ja­ciel w ogóle się cze­go­kol­wiek boi. Raada cecho­wał taki spo­kój. Praw­do­po­dob­nie dla­tego był w sta­nie przy­jaź­nić się z Samem, któ­remu wszystko prze­szka­dzało i któ­rego wszystko prze­ra­żało. Raad nie czuł się w żaden spo­sób ziry­to­wany nad­mierną ostroż­no­ścią kum­pla. Gdyby nie to, że Raad akcep­to­wał go takim, jakim jest, i to już od pod­sta­wówki, Sam zapewne dawno wypadłby z paczki. Jules, Bogart ani Larry go nie rozu­mieli (Larry może cza­sami).

Sam przyj­rzał się swo­jej kanapce – indyk bio, bez nabiału, na bez­glu­te­no­wym chle­bie, z musz­tardą i świe­żymi eko­wa­rzy­wami: sałatą, pomi­do­rem i piklami. Zro­bił ją sam. Nie było mowy, żeby jadł w szkol­nej sto­łówce. Bóg jeden wie, ile rąk wcze­śniej doty­kało poda­wa­nego tam jedze­nia, ile osób na nie oddy­chało. A do tego pla­cówki w ich okręgu nie dosto­so­wały się jesz­cze do nowych prze­pi­sów o skład­ni­kach orga­nicz­nych i braku kon­ser­wan­tów w poży­wie­niu ser­wo­wa­nym w szko­łach.

W zeszłym roku Sam zaczął szu­kać odpo­wie­dzi na pyta­nie, dla­czego cierpi z powodu cią­głych pro­ble­mów żołąd­ko­wych, i zdał sobie sprawę, że glu­ten, cięż­kie oleje i kon­ser­wanty nie sprzy­jają ukła­dowi tra­wien­nemu. Lęki i ner­wo­wość też odbi­jały się na jego żołądku. Musiał uni­kać rów­nież kofe­iny i cukru, ponie­waż w prze­ciw­nym razie poziom nie­po­koju wzra­stał do nie­bo­tycz­nych roz­mia­rów i chło­pak nie mógł się odprę­żyć ani prze­spać nocy. Jak na razie trzy­mał dietę – czy­stą, bez­lak­to­zową, bezglu­tenową i wyłą­cza­jącą używki. Zaczął sam pako­wać sobie posiłki do szkoły, by nie musieć cią­gle tłu­ma­czyć się mamie.

– A skoro mowa o stra­chach. Sły­sze­li­ście, że rodzina Josha się wypro­wa­dza, razem z nim? – zagad­nął Bogart.

– Ano. Kiep­ska sprawa – odparł Raad i odchrząk­nął. – A ty, Sam? Czego się naj­bar­dziej boisz?

– Świata – mruk­nął pod nosem Jules.

Bogart zare­ago­wał par­sk­nię­ciem.

Sam puścił ten komen­tarz mimo uszu i zanim odpo­wie­dział, dokład­nie prze­żuł kęs kanapki.

– Chyba cia­snych, zamknię­tych pomiesz­czeń. Na pewno ciem­no­ści, takiej naprawdę głę­bo­kiej, no i dużych zbior­ni­ków wod­nych.

– Zna­czy, jak ocean? – zapy­tał Bogart.

Sam poki­wał głową.

– Tak, nie umiem pły­wać.

– Ojciec cię nie nauczył?

Raad zer­k­nął na Bogarta, a ten popra­wił czapkę.

– Hm, to zna­czy…

– W porządku – odparł Sam. Wszy­scy wie­dzieli, że stra­cił ojca, kiedy był w trze­ciej kla­sie. – Nie, nie nauczył mnie.

– Mogę cię nauczyć, jak chcesz – zaofe­ro­wał Raad.

Sam pokrę­cił głową.

– Nie, dzięki. Poza tym to zdrowo mieć się czego bać.

Zanim cała sytu­acja stała się jesz­cze bar­dziej nie­zręczna, Jules zmie­nił temat.

– To jak, idziemy na imprezę Misty?

Zawsze była mowa o tym, co „my” robimy, gdy przy­cho­dziło do decy­zji o zaję­ciach paczki. O ile tylko było to moż­liwe, sta­rali się wszystko robić razem i o wszyst­kim decy­do­wać demo­kra­tycz­nie.

– Tak, ja się piszę – oznaj­mił Raad. – Będzie coś do roboty.

Pozo­stali natych­miast też zde­kla­ro­wali się na „tak”, choć Sam wolałby zostać w domu – imprezy prze­stały go inte­re­so­wać w dru­giej lice­al­nej, od kiedy już nie bawili się na nich i nie grali w gry, a zamiast tego wszy­scy dostali obse­sji na punk­cie wyglądu wła­snego i innych. Nale­żał jed­nak do grupy, więc musiał pójść, tak czy ina­czej.

W nie­dzielę były poza tym uro­dziny Raada, a on wybrał na miej­sce świę­to­wa­nia z chło­pa­kami Mega Piz­za­plex Freddy’ego Fazbe­ara. Sam był pewien, że to będzie faj­niej­sze niż impreza u Misty Sala­zar.

Wcho­dząc do domu Misty, Sam trzy­mał się z tyłu, za kole­gami. Miał na sobie świeżo odpra­so­waną koszulę i ciem­no­gra­na­towe dżinsy. Zawsze dokład­nie pra­so­wał ubra­nia, żeby nie było na nich naj­drob­niej­szej zmarszczki, w prze­ciw­nym razie czuł się nie­kom­for­towo. Włosy nosił ścięte na zapałkę, więc nie musiał ich ukła­dać, a oku­lary wypo­le­ro­wał, aż lśniły.

Grała gło­śna muzyka i było pełno dzie­cia­ków. Sam nie prze­pa­dał za wiel­kimi impre­zami. Zja­wiali się na nich ci gło­śni, ci naj­bar­dziej towa­rzy­scy, a czę­sto i ci naprawdę popu­larni – czyli zupełne prze­ci­wień­stwa Sama i jego paczki.

Dom Misty był ogromny, dwu­pię­trowy, miał wiel­kie podwó­rze i basen. Tam wła­śnie zgro­ma­dziło się naj­wię­cej impre­zo­wi­czów. Sam wyszedł za kole­gami na zewnątrz, sta­ra­jąc się trzy­mać na bez­pieczny dystans od wody. Oczy­wi­ście, jak okiem się­gnąć, nie było widać żad­nego ratow­nika. A przy tej licz­bie dzie­cia­ków mogło zda­rzyć się tysiąc róż­nych wypad­ków. Sam zadrżał na myśl o wszyst­kich moż­li­wych nie­szczę­ściach.

Usa­do­wił się przy sto­liku przy ogro­dze­niu, jak naj­da­lej od zbior­nika. Zapach chloru wciąż jed­nak wier­cił mu w nosie. Jego przy­ja­ciele krę­cili się to tu, to tam, roz­ma­wia­jąc z innymi. Samowi nie prze­szka­dzało, że sie­dzi bez towa­rzy­stwa. Tak naprawdę nie roz­ma­wiał z nikim z klasy, chyba że cho­dziło o szkołę, i głów­nie spę­dzał czas ze swoją małą paczką. I tak nie był naj­lep­szy w poga­węd­kach i przy­wykł do tego, że inne dzie­ciaki go igno­ro­wały lub nie inte­re­so­wały się tym, co ma do powie­dze­nia.

Sam zaak­cep­to­wał to, że jest szkol­nym dzi­wa­dłem. Nie upra­wiał sportu, nie nale­żał do klu­bów. Trzy­mał spe­cjalną dietę i nosił tylko nie­które baweł­niane tka­niny, ponie­waż polie­ster powo­do­wał u niego wysypkę. Miał swoje przy­zwy­cza­je­nia i rzadko pró­bo­wał nowych rze­czy. Nie ukry­wał, że zawsze, nim zde­cy­duje się coś zro­bić, roz­waża wszystko, co może pójść źle, zamiast myśleć o tym, co mogłoby pójść dobrze. Jed­nak dzięki temu czuł się kom­for­towo, więc akcep­to­wał to w sobie. Tyle tylko że inni rzadko to akcep­to­wali. Poza Raadem, oczy­wi­ście.

Nagle do jego sto­lika pode­szła dziew­czyna, Lydia Gomes. Zasko­czyło go to. Lydia miała krę­cone brą­zowe włosy, piegi i kol­czyk w nosie. Była ubrana w dżinsy i kolo­rową bluzę. Nie malo­wała się mocno, jak robiły to nie­które dziew­czyny z liceum Marina High, i zawsze, kiedy tra­fiała z Samem do jed­nej grupy na angiel­skim, była dla niego miła.

Nio­sła dwa czer­wone kubki.

– Cześć, Sam. Zawsze chcia­łam ci powie­dzieć, że masz cał­kiem spoko oku­lary. Takie nie­ty­powe.

– Dzięki, nale­żały do mojego taty. – Popra­wił je, cho­ciaż nie musiał. To był tik ner­wowy. – Kiedy oka­zało się, że muszę nosić oku­lary, mama popro­siła optyka, żeby wło­żyli do tych ramek odpo­wied­nie szkła.

– Eks­tra. Chcesz się napić? – Pod­su­nęła mu kubek. Sam łyp­nął na niego podejrz­li­wie.

– Co to?

– Mówią, że Uro­dzi­nowy Base­nowy Poncz Misty.

– Wiesz, co w nim jest?

Lydia zmarsz­czyła brwi, przy­glą­da­jąc się kub­kom.

– Na pewno coś owo­co­wego.

Sam rozej­rzał się i zauwa­żył, jak dziw­nie i głu­pio zacho­wują się nie­któ­rzy wokół. Pochwy­cił ich znie­kształ­cone głosy. Pod­niósł rękę, jak poli­cjant na przej­ściu dla pie­szych.

– Nie, dzięki, Lydio. Jeśli ist­nieje choćby małe praw­do­po­do­bień­stwo, że jest w tym alko­hol, to ja tego nie wypiję. Wyznaję zasadę, że należy trzeźwo kon­tro­lo­wać swój umysł i swoje wybory.

Uśmiech­nęła się do niego.

– Na pewno? Kilka łyków nie zaszko­dzi.

Ponow­nie popra­wił oku­lary.

– Wła­ści­wie to abso­lut­nie nie­prawda…

– Jezu, Sam, po pro­stu napij się tego drinka. – Obok stołu nagle wyrósł Jules i wziął kubek z ręki Lydii, po czym posta­wił go przed Samem. – Nie przej­muj się nim. Sam zawsze i we wszyst­kim potrafi dostrzec złą stronę…

Sam miał zamiar wyja­śnić, że alko­hol może powo­do­wać otu­ma­nie­nie i utratę kon­troli nad sobą. Zamiast tego odchrząk­nął.

– Sta­ram się podej­mo­wać prze­my­ślane i ostrożne decy­zje, aby lepiej pora­dzić sobie z poten­cjal­nymi pro­ble­mami w przy­szło­ści.

Jules prze­wró­cił oczami.

– Tja.

Do małego sto­lika pode­szła reszta grupy.

– Co jest, chło­paki? – zapy­tał Raad, uno­sząc brew.

– Sam zacho­wuje się jak Sam, to wszystko. – Jules poprze­stał na tym lako­nicz­nym wyja­śnie­niu i wziął duży łyk ze swo­jego czer­wo­nego kubka.

– Sły­sze­li­ście o sko­kach z kli­fów w Santa Cruz? – zagad­nęła Lydia. – Mówią, że to fajna zabawa.

– Tak, znam jed­nego kole­sia, który tam ska­cze – odparł Bogart. – Mówi, że to serio daje nie­złego kopa adre­na­liny. Tyle że trzeba uwiel­biać wyso­ko­ści. A to chyba cie­bie wyklu­cza, Raad.

– Abso­lut­nie i w stu pro­cen­tach – przy­znał Raad.

– Ja bym chciała kie­dyś spró­bo­wać – powie­działa Lydia.

Sam pokrę­cił głową.

– Ludzie w wyniku nie­ostroż­nych sko­ków z kli­fów i mostów skrę­cają sobie karki i łamią kości. Nie­dawno w wia­do­mo­ściach mówili o jed­nym chło­paku, który sko­czył z klifu z takiej wyso­ko­ści, że nie miał moż­li­wo­ści dobrze prze­wi­dzieć, gdzie wylą­duje. Skoń­czyło się na tym, że roz­trza­skał się o skały, dosłow­nie, poła­mał wszyst­kie kości i pękła mu czaszka. Mówili, że kiedy go zna­le­ziono, mózg miał wyżarty przez ptaki.

– Stary.

– Masa­kra, weź.

– To praw­dziwa histo­ria. Na twoim miej­scu zde­cy­do­wa­nie uni­kał­bym takich zajęć, Lydio – ostrzegł Sam.

– Hm, jasna sprawa – bąk­nęła Lydia, roz­glą­da­jąc się po podwó­rzu. – O, widzę moją kum­pelę. Do poga­da­nia, cześć.

Odda­liła się dość pospiesz­nie.

– Dobra robota, Sam – mruk­nął Jules, gdy Lydia wzięła nogi za pas. – Mistrz pod­rywu z cie­bie.

– To zna­czy?

– Naprawdę zwa­li­łeś Lydię z nóg tą gadką o śmierci.

– Powinna to doce­niać. Doko­ny­wa­nie wła­ści­wych wybo­rów, żeby zapew­nić sobie bez­pieczne i dłu­gie życie, to zaleta.

Jules wydał odgłos przy­po­mi­na­jący brzę­czyk alar­mowy.

– Raczej wada, z tym twoim wiecz­nym czar­no­widz­twem.

Sam zmarsz­czył brwi.

– Nie jestem czar­no­wi­dzem.

– Nie? To dla­czego nie weź­miesz drinka?

– Nie lubię, gdy mi pusz­czają hamulce.

– Cokol­wiek to zna­czy. Dla­czego sie­dzisz tak daleko od basenu?

– Wiesz, że nie umiem pły­wać. A czy jesteś świa­domy, ile wypad­ków zda­rza się w przy­do­mo­wych base­nach?

– Jaka jest główna przy­czyna zgo­nów w Sta­nach Zjed­no­czo­nych?

– To pro­ste. Cho­roby serca.

Jules pod­rzu­cił ręce do góry, roz­le­wa­jąc przy tym na zie­mię tro­chę swo­jego napoju.

– Nie mam wię­cej pytań! Jesteś cho­dzącą ency­klo­pe­dią nie­szczęść i hor­ro­rów!

– Dobra, Jules – wtrą­cił Raad. – Daj już spo­kój.

Pokle­pał Sama po ple­cach.

– Nie martw się, Sam. Wszystko w porządku. Wylu­zujmy i bawmy się dobrze.

Sam ski­nął głową, mimo że repry­menda Julesa spra­wiła, iż poczuł się źle. Może i lice­alistki nie rozu­miały Sama, ale miał przy­naj­mniej jed­nego przy­ja­ciela, który wie­dział, o co cho­dzi.

Jule­sowi musiały nie przy­paść do gustu słowa Raada, a może za dużo wypił, bo zła­pał kubek, który Lydia przy­nio­sła Samowi, i pode­pchnął mu go pro­sto pod nos.

– Masz, Sam. To ci się pozwoli wylu­zo­wać.

Sam pró­bo­wał zablo­ko­wać rękę Julesa, ale tro­chę napoju i tak wlało mu się do ust i pocie­kło w dół, po koszuli.

Szybko wstał i ode­pchnął kolegę. Kubek upadł na zie­mię i płyn roz­lał się w małą kałużę. Sam czuł w ustach jego sztuczny, kwa­śny smak; wypluł zawar­tość na zie­mię, po czym prze­tarł usta grzbie­tem dłoni.

Jules i Bogart roze­śmiali się.

– O cho­lera – mruk­nął Bogart, zakry­wa­jąc usta dło­nią. – Tym razem serio ci się udało, Jules.

Sam gwał­tow­nie zamru­gał. Cią­gle czuł w ustach obrzy­dliwy smak napoju o nie­usta­lo­nym skła­dzie. Smak abso­lut­nie mu się nie podo­bał. Nie podo­bało mu się też, że na siłę ktoś pró­buje wycią­gać go ze strefy kom­fortu. Cza­sami po pro­stu nie lubił Julesa.

– Jules, prze­gi­nasz – powie­dział Raad. – W porządku, Sam?

– Nie. – Sam potrzą­snął głową i ruszył chwiej­nym kro­kiem w stronę domu; szu­kał wody, żeby wypłu­kać z ust paskudny smak i wyczy­ścić popla­mioną koszulę. Oddy­chał nie­re­gu­lar­nie, wie­dział, że to napad paniki. W klatce pier­sio­wej czuł nara­sta­jący ucisk. Ści­skał i roz­wie­rał pię­ści, prze­ci­ska­jąc się w stronę kuchni wśród tłumu impre­zu­ją­cej mło­dzieży. Wresz­cie otwo­rzył lodówkę i zna­lazł butelkę wody, szybko ją otwo­rzył, napił się tro­chę, wypłu­kał usta i wypluł do zlewu. Czuł, że inni obecni w kuchni gapią się na niego, ale nie dbał o to. Musiał się uspo­koić i odzy­skać nad sobą kon­trolę. Ode­rwał z rolki kawa­łek ręcz­nika papie­ro­wego i zmo­czył go, po czym prze­tarł nim koszulę. Napój zosta­wił plamy w dziw­nym nie­bie­skim kolo­rze. Koszula była praw­do­po­dob­nie do wyrzu­ce­nia.

Sam zaczął się pocić i nie mógł prze­stać mru­gać.

Całe jego ciało było spięte.

Musiał się prze­brać. Miał brudną i mokrą koszulę.

Czuł, jakby impreza, cała ta banda dzie­cia­ków, osa­czały go coraz bar­dziej.

Chciał wyjść. Musiał wyjść.

Wyrzu­cił ręcz­nik, zde­cy­do­wa­nym kro­kiem prze­bił się przez tłum do drzwi fron­to­wych i wyszedł.

Długi spa­cer do domu i chłodne powie­trze owie­wa­jące twarz uspo­koją go.

Zwy­kle tak było.

– Raad, Sam poszedł do domu – poin­for­mo­wał Bogart. – Widzia­łem, jak wycho­dzi.

Raad ski­nął głową. Mimo że to nie on zde­ner­wo­wał Sama, czuł się źle z powodu całego zaj­ścia. Czę­sto było mu szkoda kolegi.

– Pew­nie musi ochło­nąć.

– W czym w ogóle pro­blem? – żach­nął się Jules. – To był żart. Zawsze sobie robię jaja z ludzi. Jakoś nikt nie urzą­dza z tego takiej dramy.

– To nie było śmieszne, Jules. Szcze­gól­nie dla Sama.

Jules prych­nął.

– Dla­czego on musi robić z sie­bie takiego dzi­waka? Wiecz­nie spięty, wiecz­nie z tym swoim „Nie rób tego, nie rób tam­tego”. Musi się tro­chę wylu­zo­wać. Cią­gle roz­siewa swoje mroczne wizje. Mnie to męczy. Cie­bie też, Bogart, nie? Cie­bie, Larry?

Bogart wzru­szył ramio­nami i spoj­rzał na zie­mię.

– Nie wiem.

Larry potrzą­snął głową.

– Stary.

– No tak – mruk­nął Jules, obrzu­ca­jąc obu ziry­to­wa­nym spoj­rze­niem.

Raad wzru­szył ramio­nami.

– Sam jest inny. Każdy jest inny na swój spo­sób. Nikt nie jest ide­alny. Trzeba akcep­to­wać ludzi takimi, jakimi są, Jules. Ja cię akcep­tuję, prawda?

Jules nie odpo­wie­dział. Raad dodał zatem tylko:

– Spa­dajmy stąd.

Prze­szła mu ochota na impre­zo­wa­nie.

W dniu uro­dzin Raada Mega Piz­za­plex pękał w szwach. Do wszyst­kich atrak­cji: pola gol­fo­wego Monty’s Gator Golf, toru wyści­go­wego dla gokar­tów Roxy’s Race­way i strzel­nicy do paint­balla lase­ro­wego Fazer Blast stały dłu­gie kolejki, ale chłopcy uzbro­ili się w cier­pli­wość i udało im się poba­wić. Po cen­trum roz­rywki prze­cha­dzali się Glam­rock Freddy i wil­czyca Roxanne Wolf, wita­jąc dzieci. Gdy posta­cie się poru­szały, Sam sły­szał mecha­niczne dźwięki i zasta­na­wiał się, czy to ludzie w kostiu­mach, czy praw­dziwe roboty.

W powie­trzu uno­siły się zapa­chy pizzy, popcornu i waty cukro­wej. Sam domy­ślał się, że wypeł­niają nimi wnę­trze cen­trum, aby zwięk­szyć sprze­daż, i oczy­wi­ście co dru­gie dziecko nio­sło w rękach puszy­stą kulkę waty cukro­wej i torebkę tłu­stego popcornu. Sam sta­rał się nie drżeć na ten widok.

Każdy cen­ty­metr prze­strzeni wypeł­niał gwar. Ludzie roz­ma­wiali. Dzieci krzy­czały, a rodzice je besz­tali. Ktoś naprawdę gło­śno się śmiał. Muzyka docho­dziła ze wszyst­kich stron. Jed­nym sło­wem: prze­cią­że­nie sen­so­ryczne. A dźwięki to nie było wszystko: wszę­dzie w cen­trum roz­rywki widać było świe­cące neony, które nada­wały temu miej­scu futu­ry­styczny cha­rak­ter. Odwie­dza­jąc Mega Piz­za­plex, czło­wiek czuł się, jakby wylą­do­wał w grze wideo.

– Mówię wam, chło­paki – powie­dział Raad, pro­wa­dząc ich przez tłum w kie­runku nale­żą­cego do salonu gier Faz­cade sklepu z nagro­dami. – Chcę tylko Kulę Snów Moon­dropa. Jeśli zrzu­cimy do kupy wszyst­kie nasze kupony, założę się, że wystar­czy. To byłby świetny pre­zent na uro­dziny.

Wska­zał na sto­jące na półce pudełko z kulą.

– Co to dokład­nie jest? – zapy­tał Jules, przy­glą­da­jąc się zapa­ko­wa­nej kuli.

Sam nie roz­ma­wiał z Jule­sem od czasu incy­dentu na impre­zie Misty Sala­zar, a Jules też zosta­wił go w spo­koju. Takie incy­denty już się zda­rzały w prze­szło­ści i wie­dzieli, że jeśli po pro­stu przejdą nad tym do porządku dzien­nego, to wszystko rozej­dzie się po kościach. Sam rozu­miał jed­nak, że mię­dzy nimi nic ni­gdy się tak naprawdę nie roz­wią­zało. I zapewne takie sytu­acje będą się powta­rzać, dopóki nie postawi się Jule­sowi. A ponie­waż uni­kał jak mógł wszel­kich kon­fron­ta­cji, cykl zapewne będzie trwać w nie­skoń­czo­ność.

– Pomaga w nauce – wyja­śnił Raad. – Oświe­tla pokój i wpro­wa­dza cię w stan podobny do hip­nozy, dzięki któ­remu lepiej się sku­piasz. Ponoć korzy­sta z infor­ma­cji w two­jej pod­świa­do­mo­ści, wydo­bywa je i pomaga świa­do­mie dostrzec. Musi­cie mi pomóc, chło­paki. Jak nie zdam z fizyki, to będę miał popraw­kowe lek­cje przez całe lato.

Sam przyj­rzał się pudełku. Kula Snów wyglą­dała jak typowa tury­styczna pamiątka – śnieżna kulka – tyle że w środku znaj­do­wała się figurka bła­zna Moon­dropa. Połowa twa­rzy postaci była bla­dym pół­księ­ży­cem; drugą połowę spo­wi­jała ciem­ność. Bła­zen miał na sobie czapkę i bufia­ste nie­bie­skie spodnie ozdo­bione gwiazd­kami oraz szarą bluzkę z fal­ba­nia­stym koł­nie­rzy­kiem. Z czapki, nad­garst­ków i czub­ków butów zwi­sały dzwo­neczki.

– Tysiąc kupo­nów – zauwa­żył Sam. – Ile udało nam się już zebrać?

– Sie­dem­set dzie­więć­dzie­siąt – odpo­wie­dział Bogart. Zawsze zbie­rali swoje kupony, a Bogart był skarb­ni­kiem grupy. Uwa­żali, że w końcu zbiorą wystar­cza­jąco dużo, żeby zdo­być jakąś naprawdę fajną nagrodę, z któ­rej wszy­scy sko­rzy­stają.

Sam się zawziął; musiał zdo­być dla Raada jego wyma­rzoną kulę, w końcu Raad był wspa­nia­łym przy­ja­cie­lem. A i Sam miał przed sobą ważny test, więc może też mógłby spraw­dzić na sobie, jak działa kula. O ile, rzecz jasna, będzie to bez­pieczne.

Przez następną godzinę grali we wszyst­kie gry w salo­nie przy­no­szące naj­wyż­sze wygrane. Sam lubił tę, w któ­rej świa­tełko wiro­wało w kręgu liczb i trzeba było naci­snąć przy­cisk, żeby tra­fić jak naj­wyż­szą, by zdo­być naj­wię­cej kupo­nów. Udało mu się kilka razy tra­fić 10, 22, a potem 40. Zale­d­wie kilka żeto­nów póź­niej udało mu się uzu­peł­nić pulę ich środ­ków, dokła­da­jąc do niej wielką wygraną – jack­pot sto kupo­nów!

– Brawo, Sam! – pochwa­lił go Raad.

– Poszczę­ściło ci się i tyle – mruk­nął Jules.

– Dobra – powie­dział Bogart, bio­rąc kupony od Sama. – Chyba to mamy. Chodźmy po Kulę Snów.

Udali się do strefy odbioru nagród i usta­wili w kolejce. Jules i Bogart umi­lali sobie ocze­ki­wa­nie drwi­nami z innych cze­ka­ją­cych dzie­cia­ków i doro­słych.

– Patrz na tego kole­sia, stary. Ma dwa roz­miary za małą koszulkę – rzu­cił Bogart. – Brzuch mu zwisa.

Jules, Bogart i Larry par­sk­nęli śmie­chem, ale Sam i Raad nie byli zain­te­re­so­wani taką formą roz­rywki. Kiedy w końcu zna­leźli się przy kasie, dziew­czyna z obsługi wzięła wszyst­kie wyjęte z ple­caka kupony i wrzu­ciła do wia­derka, żeby maszyna mogła je prze­li­czyć.

– Tysiąc i jeden. Co chce­cie? – zapy­tała.

– Popro­szę Kulę Snów Moon­dropa dla naszego sole­ni­zanta – odparł Bogart.

Z jakie­goś powodu wszy­scy się na to roze­śmiali.

Dziew­czyna wzięła z półki zapa­ko­waną kulę i podała Raadowi.

– Baw­cie się dobrze – powie­działa z uśmie­chem i prze­rzu­ciła włosy przez ramię. Dziew­czyny lgnęły do Raada. – I wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin.

– Dzięki – odpo­wie­dział z uśmie­chem.

Kula Snów umiesz­czona była w nie­bie­sko­czar­nym opa­ko­wa­niu z neo­no­wym napi­sem: Księ­ży­cowa Kula Snów Moon­dropa. Z bli­ska Sam mógł dostrzec, że uśmiech bła­zna jest dziwny, a nos – szpi­cza­sty.

Raad był zado­wo­lony.

– Super! Dzięki, chło­paki. Eks­tra sprawa. Chodźmy zaraz do mnie i prze­te­stujmy to ustroj­stwo.

Dwójka rodzeń­stwa Raada wyje­chała na stu­dia, więc dom Daw­so­nów był teraz dość prze­stronny, ale na­dal spra­wiał wra­że­nie peł­nego rodzin­nego cie­pła i ludzi. Jedna z kuzy­nek Raada zawsze odwie­dzała jego matkę, dziad­ko­wie spę­dzali u nich week­endy, miał też całe grono cio­tek, wuj­ków i innych kuzy­nów, któ­rzy czę­sto się tu zja­wiali.

Sam cza­sami się zasta­na­wiał, jak to jest mieć taką wielką rodzinę. Był jedy­na­kiem, podob­nie jak oboje jego rodzi­ców. Pozo­stali przy życiu dziad­ko­wie miesz­kali w innym sta­nie. Od kiedy tata zmarł, pod­czas świąt i innych spe­cjal­nych oka­zji Sam był tylko z mamą. Ponie­waż jed­nak była nauczy­cielką pla­styki, zawsze musiała uczest­ni­czyć – albo z obo­wiązku służ­bo­wego, albo na ochot­nika – w jakichś szkol­nych impre­zach. Więk­szość okresu nasto­let­niego Sam spę­dził, poma­ga­jąc w róż­nych szkol­nych kier­ma­szach, na potań­ców­kach i zbiór­kach pie­nię­dzy.

Rodzice Raada zosta­wili liścik, że wyszli kupić tort. Gdy chło­paki sado­wili się w salo­nie, Sam czy­tał na głos drobny druk na pudełku z kulą.

– Uwaga: Nie uży­waj Księ­ży­co­wej Kuli Snów Moon­dropa dłu­żej niż przez dzie­sięć minut dzien­nie.

Zmarsz­czył brwi.

– Cie­kawe dla­czego?

– Nie wiem, ale będziemy się tego trzy­mać – oznaj­mił Raad. – Możesz mie­rzyć czas. Weź­cie zeszyty, chło­paki, i przy­go­tuj­cie się na hip­nozę.

Teraz Sam pojął, dla­czego Raad pro­sił, żeby przy­nie­śli do niego szkolne rze­czy, zanim poszli do Piz­za­pleksu.

Raad wziął pudełko od Sama i wyjął kulę, osa­dzoną na czar­nej plat­for­mie z przy­ci­skiem do włą­cza­nia i wyłą­cza­nia. Pod­łą­czył urzą­dze­nie do prądu i posta­wił je na ławie przed kanapą.

Do pokoju wczła­pał Bru­tus, pies Raada, mer­da­jąc ogo­nem. Był to duży, brą­zowy mie­sza­niec ze sporą domieszką rasy cata­ho­ula, który nosił czer­woną, naje­żoną kol­cami obrożę – mama Raada uwa­żała, że to „słodko” wygląda. O ile w ogóle psa imie­niem Bru­tus można nazy­wać „słod­kim”.

Raad uklęk­nął i pogła­skał wielki psi łeb; z sze­ro­kiego pyska zwie­rzaka zwi­sała gruba nitka śliny.

– Jak tam, pie­sku? – zapy­tał. Bru­tus w odpo­wie­dzi zaczął rado­śnie obli­zy­wać jego twarz.

Sam popra­wił oku­lary na nosie.

– Kiedy byłem mały, tata opo­wia­dał mi taką histo­rię… Miał na stu­diach dobrego przy­ja­ciela. Cho­dzili razem na imprezy i tak dalej. Któ­re­goś razu tam­ten się nie­źle schlał i zasnął na kana­pie u zna­jo­mego. Ten zna­jomy miał psa. I kiedy przy­ja­ciel taty się obu­dził, oka­zało się, że pies wyżarł mu twarz.

– Łoooo!

– Stary.

– Chora akcja.

Raad zmarsz­czył brwi, robiąc nieco zanie­po­ko­joną minę. Pokle­pał psa po gło­wie, po czym go ode­pchnął.

– Star­czy ci na razie, kolego.

Sam rze­czowo poki­wał głową.

– Praw­dziwa histo­ria. Dla­tego trzy­mam się od psów na dystans.

– Wiesz, od czego ja się trzy­mam na dystans? – zapy­tał Bogart. – Od świ­nek mor­skich. Mój kuzyn, Howie, miał taką. Lubił kar­mić ją mar­chewką. Pew­nego dnia odwró­cił wzrok, żeby popa­trzeć na drugą świnkę – i chrup! Ta pierw­sza odgry­zła mu czu­bek palca, bo pomy­ślała, że to mar­chewka.

– Dobra, chło­paki, dość – upo­mniał ich Raad, krę­cąc głową. – Wra­cajmy do Kuli Snów.

Sie­dzący na kana­pie Larry przy­glą­dał się kuli.

– To nie będzie naprawdę dzia­łało, co nie?

– Zaczy­nasz brzmieć jak Sam – ziry­to­wał się Jules.

– Szcze­rze? – ode­zwał się Bogart. – Zro­bię wszystko, żeby tylko nie musieć zaku­wać.

– Jeste­śmy pewni, że to bez­pieczne? – zapy­tał Raada Sam.

– Daj spo­kój, Sam, co może ci zro­bić krę­cąca się i świe­cąca kulka?

– Może wywo­łać napad epi­lep­sji, ale tylko u osób, które cho­rują lub są podatne. Poza tym chyba fak­tycz­nie nie­wiele.

– Genialny tekst od naszego Nega­tyw Mana – powie­dział Jules.

Sam poczuł, że atmos­fera w pokoju się zagęsz­cza. Za mało czasu upły­nęło od incy­dentu na impre­zie, żeby mogli jak gdyby ni­gdy nic znów się prze­ko­ma­rzać.

– Spró­bujmy – prze­rwał ciszę Raad. – Wygo­nię nawet Bru­tusa, żeby nie mógł nam wyżreć twa­rzy, kiedy będziemy zahip­no­ty­zo­wani.

Bogart par­sk­nął, a Larry się uśmiech­nął.

„Wyrzu­ce­nie Bru­tusa na zewnątrz to mądre posu­nię­cie”, pomy­ślał Sam.

– Dobrze, pozwól, że usta­wię alarm w zegarku na za dzie­sięć minut.

– Hej, Bru­tus, gdzie twoja zabawka?

Bru­tus rozej­rzał się po pokoju, po czym chwy­cił dużą prze­żutą linę i przy­niósł ją Raadowi.

– Jedno jest pewne, lubi gryźć – zauwa­żył Sam.

– Czas poba­wić się na zewnątrz, kolego – oznaj­mił Bru­tu­sowi Raad i wypro­wa­dził go z pokoju.

Kiedy wró­cił, jego kole­dzy sie­dzieli już wokół sto­lika na kana­pie i fote­lach, a na kola­nach trzy­mali otwarte zeszyty.

– Jedziemy, Moon­drop! – krzyk­nął Bogart. – Napom­puj mnie wie­dzą!

– O ile to fizycz­nie moż­liwe – zauwa­żył Jules z krzy­wym uśmiesz­kiem. – Poży­jemy, zoba­czymy.

– W porządku, gotowi? Zaczy­namy. – Raad naci­snął przy­cisk, a Sam uru­cho­mił sto­per na swoim zegarku.

Kula Snów roz­bły­sła świa­tłami, rzu­ca­jąc poblask na ściany i sufit. Figurka Moon­dropa zakrę­ciła się w kółko, macha­jąc rękami. Oczy bła­zna zalśniły na czer­wono. Po twa­rzach chłop­ców prze­my­kały plamki świa­tła.

Z początku Sam wcale nie czuł się ina­czej. Świa­tła tylko go iry­to­wały i zmu­szały do mru­ga­nia. Ale już po chwili ogar­nęło go uczu­cie oszo­ło­mie­nia. Pod­niósł rękę i poru­szył się powoli, jakby powie­trze zamie­niło się w ciężki, gęsty syrop. Wie­dział, że jego przy­ja­ciele tu są, ale wyda­wali się odle­gli, jakby pokój roz­cią­gnął się naprawdę sze­roko.

– Czu­je­cie to, chło­paki? – wymam­ro­tał Bogart.

– Ale faza – stwier­dził Jules.

– Łoooł – dodał Larry.

Słowa zaczęły pod­ry­wać się ze stron zeszy­tów i falo­wać w powie­trzu wokół nich.

– Chło­paki, patrz­cie na to – powie­dział z podzi­wem Raad.

Zamiast słów i liczb wokół nich poja­wiły się obrazy. Sufit znik­nął, zastą­piony przez błę­kitne niebo i jasno świe­cące słońce. Stali na wydmach, a nie­opo­dal ryso­wały się pira­midy Gizy. Gorące pro­mie­nie bom­bar­do­wały ich z nieba, upał był nie do wytrzy­ma­nia.

– Gorąco tu – powie­dział ktoś.

– Patrz­cie na struk­turę pira­mid.

– Ej, to z mojego zeszytu do histo­rii.

Sam nie wie­dział już, kto wła­ści­wie mówi. Może on sam? Głosy zle­wały się w jeden mono­tonny dźwięk.

– Faza.

– Jak sen na jawie.

– Nie do wiary.

– Stary, jeste­śmy w Egip­cie, bez kitu.

Pira­midy roz­pły­nęły się w prze­strzeni, a z pasa star­to­wego pode­rwał się ogromny samo­lot. Chłopcy schy­lili się, gdy prze­le­ciał nad ich gło­wami. Z podzi­wem nasłu­chi­wali grzmotu wibru­ją­cego sil­nika. Przed ich oczami prze­pły­nęło rów­na­nie kine­ma­tyczne doty­czące drogi prze­by­tej przez samo­lot przed star­tem.

Teraz pokój zamie­nił się w cie­płą restau­ra­cyjną kuch­nię, pełną bla­tów z nie­rdzew­nej stali i wypo­sa­żoną w duży piec z cegieł. Kucharz wła­śnie wyjął z tego ostat­niego pizzę pep­pe­roni. Sam czuł nawet zapach kieł­basy, uno­szący się z pizzy, którą kucharz zaczął kroić na kawałki.

– Mogę się poczę­sto­wać?

– Już znowu zgłod­nia­łem.

– Mniam, pycha.

Na bal­ko­nie stała dziew­czyna w rene­san­so­wej sukni, woła­jąc:

– Romeo, o, Romeo…

– Rany, kto przy­niósł zeszyt do anglika?

– Nie przy­nio­słem niczego o „Romeo i Julii”. Chyba wyszu­kuje nam z głów to, czego się uczy­li­śmy.

– Ale wkręt, masa­kra.

Zega­rek Sama zaczął pul­so­wać i popi­ski­wać; dźwięk niósł się echem, jakby z dużej odle­gło­ści.

– Sły­szy­cie, chło­paki? Czas wyłą­czyć Kulę Snów.

Świa­tełka kuli nagle zga­sły. Moon­drop znie­ru­cho­miał, a chłopcy znów sie­dzieli na kana­pach, w nie­ocze­ki­wa­nej ciszy. Popa­try­wali jeden na dru­giego. Wresz­cie Raad się ode­zwał:

– To była naj­bar­dziej odjaz­dowa rzecz, jaka mi się w życiu zda­rzyła.

Wszy­scy się roze­śmiali.

– Nie do wiary, że podzia­łało! – powie­dział Bogart. – Czu­łem się, jak­bym dosłow­nie zna­lazł się w innym świe­cie.

– Było eks­tra – zgo­dził się Jules. – I wszystko pamię­tam! Fakty, rów­na­nia. Jak­bym miał foto­gra­ficzną pamięć.

– Super – skon­sta­to­wał lako­nicz­nie Larry.

– Naprawdę dobrze się czuję – dodał z zachwy­tem Sam. – Jak­bym mógł nauczyć się wszyst­kiego, dosłow­nie wszyst­kiego w kilka minut. Jestem zasko­czony, że podzia­łało. Zdu­miony.

– To naj­lep­szy na świe­cie pre­zent na uro­dziny, chło­paki – powie­dział Raad. – Dzię­kuję. W tym roku zali­czę wszyst­kie przed­mioty. Musimy raz na tydzień urzą­dzać sobie taką sesję. A co tam, podzielę się moim szczę­ściem. Jeden z nas może brać kulę na cały tydzień, potem następny i tak dalej. To zbyt fajna rzecz, żeby trzy­mać ją tylko dla sie­bie.

Dłoń Sama od razu wystrze­liła w górę, zanim kto­kol­wiek inny zdą­żył zare­ago­wać.

– Ja pierw­szy.

Zasko­czyło go, że tak prędko się zgło­sił. Ale Kula Snów miała w sobie coś nie­zwy­kłego i eks­cy­tu­ją­cego. Poczuł dzięki niej coś, czego nie czuł od lat. Nie był pewien, czy to dreszcz emo­cji, zapału, czy może nawet pewne poczu­cie wol­no­ści. Po pro­stu wie­dział, że chce zro­bić to znowu.

– Sam chyba naprawdę się nakrę­cił na Kulę Snów – zaśmiał się Bogart.

– No jacha – mruk­nął Jules.

Bogart popra­wił czapkę.

– Ja wiem tyle, że po wizy­cie u kole­sia z pizzą przy­szła mi chętka na taką. Mógł­bym teraz wygrać jakiś kon­kurs jedze­nia pizzy…

– Obja­da­nie się jest nie­zdrowe i nie­bez­pieczne – pouczył Sam. – Czy­ta­łem kie­dyś o chło­paku, który uczest­ni­czył w kon­kur­sie jedze­nia hot dogów. Zjadł tyle w dwa­dzie­ścia minut, że się udu­sił. Pod­czas sek­cji stwier­dzili, że miał w brzu­chu tyle paró­wek, że następne już się nie zmie­ściły w prze­łyku i wpa­dły mu do krtani. Parę dni potrwało, zanim wszystko wycią­gnęli.

Jules prze­wró­cił oczami.

– Masa­kra – sko­men­to­wał Larry.

– Sam, musisz prze­stać czy­tać te głu­poty – zasu­ge­ro­wał Bogart.

– W każ­dym razie… – Raad odłą­czył Kulę Snów od prądu i podał ją Samowi. – Kula jest twoja, chło­pie. Za tydzień się zamie­nimy.

Sam uśmiech­nął się, bio­rąc kulę. To będzie super tydzień. Nagle zdał sobie sprawę, że dzieje się coś dziw­nego. Kula jakby zadrżała w jego dło­niach, leciu­teńko, ale mógłby przy­siąc, że to poczuł.

Sam usły­szał gło­śną muzykę roc­kową dud­niącą z pokoju mamy.

Znowu malo­wała.

– Sam? Wró­ci­łeś? – Usły­szał, jak woła.

– Tak, mamo, jestem w domu! – odkrzyk­nął w odpo­wie­dzi. – Przy­nio­słem ci tro­chę jedze­nia z imprezy Raada.

Posta­wił przy­kryty folią talerz na wąskim stole śnia­da­nio­wym.

Miesz­ka­nie, które zaj­mo­wali z mamą, miało dwie sypial­nie i łazienkę. Oba pokoje i salon były prze­stronne, więc mieli tu we dwójkę wygod­nie. Obrazy mamy doda­wały pomiesz­cze­niom koloru. Wisiały na wszyst­kich poma­lo­wa­nych na jasno­nie­bie­sko ścia­nach. Kanapę w salo­nie w kolo­rze rdza­wego poma­rań­czu zdo­biły ele­ganc­kie podu­szeczki i miękki pled. Na szafce tele­wi­zyj­nej stało kilka rodzin­nych zdjęć, na któ­rych byli Sam, mama i tata. W kuchni oprócz robo­czego blatu stał mini­stół śnia­da­niowy, a na środku mała wysepka.

Muzyka urwała się i mama wyszła z pokoju. Blond włosy miała zwią­zane na czubku głowy. Na jej policzku wid­niała smuga nie­bie­skiej farby, plamy farby zdo­biły też jej kitel. Wycie­rała dło­nie w ścierkę noszącą róż­no­ko­lo­rowe ślady.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki