Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
ŚLADAMI KOBIET, KTÓRE RZĄDZIŁY STAROŻYTNYM EGIPTEM
Kleopatrę VII starożytni rzymscy poeci oraz dostojnicy nazywali prostytutką. Imię Hatszepsut kazał skuć ze ścian świątyń i posągów jej pasierb. Dziewiętnastowieczni odkrywcy cywilizacji znad Nilu nie byli w stanie zaakceptować wielkich osiągnięć tej królowej, więc zakłamywali jej życiorys. Uczynili z niej uzurpatorkę i ladacznicę. Nefertiti usunięto z historii wraz z jej heretyckim mężem – Achenatonem. Ślady Neferusobek, Teje, Nefertari i Tauseret po prostu zatarł czas.
Po ponad trzech tysiącach lat ich mumie się budzą, a dusze – ka – wychodzą wreszcie z zaświatów na światło dzienne, by upomnieć się o podziw i należyty szacunek.
Reporter i dokumentalista Tomasz Bonek wyrusza w fascynującą podróż przez starożytny i współczesny Egipt, by tropić ślady kobiet rządzących imperium nad Nilem. Przewodnikami w tej wyprawie są archeolodzy, którzy odkrywając świat nie tylko egipskich królów, lecz także władczyń oraz bogiń, przywracają do życia wymazane królowe.
To reportaż o tym, że dla władzy można zrobić wszystko. O wielkich kobietach, które wreszcie odzyskują należne im miejsce w historii. O królowych, które nigdy nie powinny były zostać zapomniane.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 338
Data ważności licencji: 3/11/2031
Projekt okładki
Marcin Słociński
Zdjęcie na okładce
Popiersie Nefertiti, Neues Museum Berlin, fot. GiovanniPracucci, https://www.flickr.com/photos/pracucci/2509735068/, CC BY 2.0
Świątynia w Denderze, Egipt, fot. Evren Kalinbacak / iStock
Redaktor inicjujący
Rafał Szmytka
Redaktor prowadzący
Adam Zechenter
Opieka promocyjna
Karolina Domańska
Weryfikacjadr Patryk Chudzik
Fotoedycja
Rafał Szmytka
Koordynacja procesu wydawniczego
Agata Błasiak
Adiustacja
Witold Kowalczyk
Korekta
Adam Osiński
Joanna Kłos
Copyright © by Tomasz Bonek
© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026
ISBN 978-83-8427-549-8
Znak Horyzont
www.znakhoryzont.pl
Książki z dobrej strony: www.znak.com.plWięcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.plSpołeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, email: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2026
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Wojtkowi Iwanyszczukowi, najlepszemu kompanowi w Podróży…
Starożytni Egipcjanie nie znali słowa „królowa”. Mimo to w czasach, kiedy Słońce było męskim bogiem, bywało, że mocno operowało dla kobiet, oświetlając im drogę do sukcesu. Później mężczyźni robili jednak niemal wszystko, by usunąć z kart historii te, którym udało się odnieść sukces. Teraz archeolodzy wreszcie odkrywają „wymazane”…
„Literatura podróżnicza nuży bardzo szybko” – napisał zaczepnie Jan Stanisław Bystroń blisko sto lat temu. Co ciekawe, słowa te padły na stronach książki poświęconej dawnym wyprawom Polaków do Ziemi Świętej, Syrii i Egiptu. W czasach Bystronia literatura podróżnicza odgrywała jednak istotną rolę edukacyjną, gdyż była jednym z niewielu źródeł opisujących i często ilustrujących najdalsze zakątki świata. Z dzisiejszej perspektywy słowa tego wybitnego profesora etnografii i socjologii wielu mogą wydawać się nadal aktualne, bo w końcu jesteśmy niemal „otoczeni” informacjami z całego świata. W każdej chwili w internecie możemy przeczytać opis lub obejrzeć zdjęcia pochodzące z każdego miejsca na ziemi. A podróże samolotem umożliwiają szybkie i łatwe, a coraz częściej też tanie przemieszczanie się nie tylko pomiędzy krajami, ale także kontynentami…
Czy zatem potrzebujemy jeszcze takiego gatunku jak literatura podróżnicza? Czy relacje podróżników (a w przekonaniu wielu z nas dzisiaj może być nim każdy) mogą wnieść nową wartość lub otworzyć przed nami nowatorski sposób poznawania świata? Otóż oczywiście, że tak. Po pierwsze dlatego, że „podróże” zostały zastąpione przez „wycieczki”. Podróże miały na celu poznanie i doznanie nowych miejsc, kultur, obyczajów, natomiast wycieczki są formą „zobaczenia”, a niekoniecznie przeżycia. Po drugie dlatego, że turystyka w Egipcie znacząco zmieniła swój charakter w ostatnich trzydziestu latach. Niegdyś wyprawy zaczynały się w Aleksandrii lub Kairze, a następnie płynięto w górę rzeki lub jechano koleją żelazną na południe kraju, zatrzymując się w każdym miejscu, w którym można było odkryć pozostałości starożytnej cywilizacji. Obecnie wycieczki oferowane przez biura podróży koncentrują się na „zwiedzaniu” kurortów nad Morzem Czerwonym, a większość z ich gości nigdy nie dociera nad Nil, pozostając nieświadomymi kultury i historii Egiptu. Jednak i w dzisiejszym świecie jest wiele osób, które chcą czegoś więcej. Pytanie zatem: czy „klasyczna” literatura podróżnicza jest dla nich interesująca i zaspokaja ich potrzeby, zgodnie z tym, co pisał Bystroń? On sam udzielił odpowiedzi, podając jednocześnie sposób, jak wybrnąć z tego impasu, wskazując, że „prawdziwym wyjątkiem jest książka podróżnika, któraby była czemś istotnie nowem, któraby dawała jakieś oryginalne spostrzeżenia, jakieś myśli, które nie są tylko odbiciem podróżniczego konwenansu, ustalonego na długie lata przez jakieś dzieło oryginalne czy choćby tylko popularne”. Za taką niewątpliwie uznać możemy najnowszą książkę Tomasza Bonka.
Praca ta jest jednak czymś więcej niż kolejną pozycją z gatunku literatury podróżniczej. Autor łączy w niej bowiem motywy przewodnika z aspektem reporterskim, dzięki czemu nie tylko zaprasza czytelnika do podróżowania po Egipcie swoimi śladami, ale zagląda również w miejsca i opisuje je z perspektywy prowadzonych tam prac. Opisy miejsc, które sam odwiedza, reporter wzbogaca o historie ich odkryć oraz ludzi, którzy za nimi stali.
Ale tematem tej książki nie jest tylko opis podróży po Egipcie i opis stanowisk przeplatany z relacjami archeologów. Na pierwszy plan autor wysuwa wielkie kobiety starożytnego świata, o których wielu z nas już nie pamięta. Czas sprawił, że pamięć o ich pozycji i dokonaniach uleciała, więc autor postanawia nam przybliżyć sylwetki tych najsłynniejszych, jak Teje, Hatszepsut, Nefertiti, Nefertari czy Kleopatra, i prowadzi nas do miejsc, które są najlepszymi świadectwami ich wyjątkowej pozycji. Reportażysta dociera więc do Deir el-Bahari, gdzie swoją świątynię wzniosła Hatszepsut, a gdzie obecnie pracuje polsko-egipski zespół archeologów, konserwatorów i architektów z Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej Uniwersytetu Warszawskiego.
Świątynia Hatszepsut w Deir el-Bahari jest jednym z tych miejsc, gdzie słowo „misja” oznacza zarówno naukę, jak i zobowiązanie wobec zabytku oraz kraju gospodarza. Polskie badania i rekonstrukcja zaczęły się tu w 1961 roku i trwają do dziś, w ramach współpracy polsko-egipskiej. To nie jest historia jednego sezonu ani jednego nazwiska. To dokonania wielu zespołów, wielu rąk i efekt wielu decyzji, podejmowanych często w niełatwym kompromisie między tym, co chcielibyśmy zobaczyć, a tym, co wolno nam uczciwie odtworzyć.
W świątyni Hatszepsut widać, jak władza potrafi rzeźbić pamięć. Widać też, jak pamięć potrafi wracać: czasem przez relief, czasem przez inskrypcję, czasem przez samą architekturę. W takich miejscach człowiek rozumie, że „wymazanie” rzadko bywa całkowite. Zawsze pozostają odpryski. Zostają szczeliny. Zostaje cień, który zdradza istnienie czegoś, co próbowano usunąć.
Ta książka jest właśnie o takich szczelinach. O kobietach, które na moment wyszły z cienia, a potem zostały w niego znów wepchnięte. I o Polakach, którzy od dziesięcioleci, z uporem i skromnością, próbują ocalić jedno z najważniejszych miejsc ich historii: świątynię kobiety króla. Jeśli czytelnik po tej lekturze zacznie inaczej patrzeć na Egipt – nie tylko jako kurort nad Morzem Czerwonym, nie tylko „faraoński”, lecz także kobiecy, nie tylko monumentalny, lecz również pełen wciąż nieodkrytych tajemnic – to znaczy, że ten reportaż spełnił swoją funkcję.
Cenię w tej książce to, że nie udaje podręcznika egiptologii. Jest reportażem: o fascynacji, o drodze, o spotkaniach, o próbie zobaczenia kobiet w cywilizacji, która na pierwszy rzut oka wydaje się całkowicie męska. I właśnie tu pojawia się sedno: jeśli w starożytnym Egipcie brakowało słowa „królowa”, to nie dlatego, że brakowało mądrych i władczych kobiet, lecz dlatego, że język i instytucje władzy były projektowane tak, by kobieta pozostawała „drugą”. Autorowi chodzi o to, by pokazać, że ta „druga” niekiedy zostawała „pierwszą”. Nie popada przy tym we współczesne kalki czy klisze, nie dopisuje dzisiejszej psychologii tam, gdzie źródła zostawiają lukę, ze znanego z mediów sporu nie czyni miary dawnego świata.
dr Patryk Chudzik,
adiunkt w Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej Uniwersytetu Warszawskiego, kierownik Polsko-Egipskiej Ekspedycji Archeologicznej i Konserwatorskiej do Świątyni Hatszepsut w Deir el-Bahari
Klątwa „Herodotów”
giza
Opuszczałem już hotel Mena House, położony u stóp piramid w Gizie, nazwany tak w 1886 roku, kiedy go hucznie otwierano, od imienia pierwszego króla zjednoczonego Egiptu – Menesa. To w nim właśnie zaledwie cztery lata po inauguracji otwarto pierwszy basen w dawnym kraju faraonów, co było wydarzeniem tak niezwykłym w tej upalnej części globu, coraz wtedy modniejszej ze względu na fantastyczne odkrycia archeologiczne relacjonowane licznie w gazetach, że intensywnie opisywali je dziennikarze w całej Europie. Jego lokalizacja, komfort, styl i obsługa sprawiły, że uwielbiały go znane osobistości, często wielkie, kolorowe, niebanalne osobowości.
Jakże wytworne było to miejsce, niech zaświadczy fakt, że gościom wręczano tu klucze do wynajmowanych pokojów wykonane ze srebra najwyższej próby, a one nieczęsto ginęły. W 1889 roku w hotelu zatrzymał się książę Walii – Albert Wiktor. Zamieszkał tu także sir Arthur Conan Doyle (aż dziwne, że Sherlocka Holmesa nigdy nie wysłał nad Nil). Przyszły król Jerzy V uczestniczył w wielkim, uroczystym bankiecie. Sypiali tu Winston Churchill, król Egiptu Faruk, prezydent Stanów Zjednoczonych Richard Nixon, król Szwecji Gustaw, król Włoch Humbert, cesarz Etiopii Hajle Syllasje i brytyjski dowódca wojskowy feldmarszałek Montgomery (skrzydło, w którym się zatrzymał, nadal nosi jego imię). Ponoć Roger Moore ze swojego apartamentu spacerował stąd na plan zdjęciowy filmu Szpieg, który mnie kochał, w którym grany przez niego James Bond mierzył się ze złoczyńcami pod Wielkim Sfinksem. Po tutejszych ogrodach, jak twierdzi obsługa, wciąż krążą nocami duchy Charltona Hestona, Franka Sinatry, Davida Leana, Charliego Chaplina i Jamesa Woodsa, którzy ten hotel uwielbiali.
W patriarchalnym dziewiętnasto- i dwudziestowiecznym świecie wielkim mężom zazwyczaj towarzyszyły tutaj damy. Kroczyły tuż za nimi, „uświetniały” uroczystości, w których brali oni udział. Tylko nieliczne panie gościły tu jako sławy same w sobie.
Tuż za bramą Mena House obejrzałem się jeszcze przez ramię, żeby z tylnego siedzenia czarnej taksówki na pożegnanie spojrzeć na piramidy Cheopsa, Chefrena i Mykerinosa, jak tych wielkich władców nazywał dociekliwy grecki podróżnik Herodot, choć ich staroegipskie imiona brzmiały: Chufu (to skrót od Chnum-chuefui, co znaczyło „Chnum mnie chroni”), Chafre („Niechaj Re objawia się w chwale”) i Menkaure („Trwała jest moc duszy Re”). Te trzy największe, najsłynniejsze i monumentalne budowle, groby ludzi-bogów, mężczyzn-bogów, znane niemal każdemu w każdym zakątku współczesnego świata, symbole i cuda starożytności, zdominowały moją panoramę, tak jak od setek lat czynią to z tutejszą historią, literaturą, badaniami naukowymi oraz turystyką. Przysłaniają przede wszystkim to, co znajduje się w ich bezpośrednim sąsiedztwie (a w niektórych kręgach i cały fascynujący świat egipskiej starożytnej cywilizacji), pozostałe kulturowe bogactwo, na które najczęściej nie zwracają uwagi przybysze czy też czytelnicy. Bo przecież najważniejsi są One i Oni! Wielkie egipskie królowe – jak powiedzielibyśmy dziś, choć starożytni Egipcjanie nie znali takiego słowa – a było ich kilka, które dokonały rzeczy naprawdę wielkich, giną w ich cieniu.
Z tej perspektywy nie dostrzegałem już mastab, pozostałości wioski budowniczych nekropolii czy nawet piramid żon władców. Mój dwutygodniowy spektakl się kończył. Finałową scenę podróży odgrywały, jak tu zwykle bywa, wielkie piramidy w roli głównej, Sfinks w charakterze milczącego suflera i płaskowyż Gizy jako scenografia antycznej potęgi. Tysiące turystów znów tego dnia gnały po bilety, żeby sfotografować się pod najbardziej znanymi zabytkami świata i obojętnie minąć grobowce kobiet, bez których nie byłoby królewskich kolosów (to ich „lokatorki” rodziły przecież władców). Nie zauważyć ich, potraktować je niczym sterty bezładnie ułożonych kamieni, niepotrzebnego gruzu historii. Ja natomiast już stąd odjeżdżałem, rozżalony tym stanem rzeczy.
Rozmyślałem o tym mrówczym pędzie, o tłumie niedostrzegającym małych piramid, zredukowanych do kamiennych szkiców, jakby przypisów do dzieła starożytnej architektury, napisanego przez IV dynastię tutejszych władców. O dawnych wielkich i pomniejszych kobietach, które sięgnęły po władzę. Dla nich tu tym razem przyjechałem, dobrze wiedząc, że szczegółów biografii ich wszystkich nigdy nie poznam. Większości z nich jeszcze nie opisano, nie odnaleziono nawet wielu imion, a co dopiero mówić o szczegółach życiorysów. Ich dokonania to wciąż białe plamy starożytnej historii. Są nieznane. Nieopisane. Pomijane. A może celowo zostały wymazane…
Zamysł reportażu, dość szczegółowy, niemalże wstępny scenariusz tej książki, skrupulatnie omówiłem przed wyjazdem z moim redaktorem z wydawnictwa, które zleciło mi tę – chyba już dwudziestą, a może nawet dwudziestą którąś – wyprawę nad Nil.
– A więc pokażę czytelniczkom i czytelnikom, podróżniczkom i podróżnikom, ciekawskim Egipt zwykle omijany, niemęskoosobowy, niefaraoński, więc nieoczywisty. Będzie to reportaż o podróży śladami nielicznych „królowych” i bogiń, które odegrały wielką rolę w patriarchalnym społeczeństwie – opowiedziałem w redakcji.
Uzgodniliśmy, że nie będę się szeroko rozwodzić nad tym, co niezbadane, co pozostaje w sferze domysłów, wcielać się w rolę egiptologa, rozpisywać o mniej znaczących postaciach, lecz jako reporter, podróżnik skupię się na tych, które były naprawdę wielkie, a ich dokonania spektakularne, ale zostały zapomniane i są szerzej nieznane. Na kobietach odkrywanych w ostatnich latach przez badaczy, lecz wciąż pozostających w cieniu trzydziestu dynastii, niemal stu siedemdziesięciu królów i trzech tysięcy lat tutejszej cywilizacji.
Starożytny Egipt to przecież przede wszystkim świat mężczyzn. Kiedy więc szukałem jego wyróżników – fraz, którymi można by go prosto, szybko i trafnie opisać – na myśl przychodziły mi następujące określenia: potęga faraonów, władza i intrygi kapłanów, wojny, podczas których ginęli niezliczeni żołnierze, kunszt rzemieślników, spiski następców tronów. Same męskie sprawy. Tyle że podczas gdy w antycznej Mezopotamii, Grecji czy później w Rzymie kobiety były obywatelkami „drugiej kategorii”, miały bardzo ograniczone prawa, to wcześniej, właśnie nad Nilem, zdarzało się, że rządziły największym państwem swoich czasów, a na co dzień posiadały więcej praw i swobód obywatelskich niż w niejednym państwie współczesnym. Kemet, bo tak zwało się przed wiekami starożytne afrykańskie państwo, w którym władcy stworzyli jedną z pierwszych cywilizacji, wyprzedzał pod tym względem inne państwowości o całe tysiąclecia. Zdarzało się więc, że realna władza nie należała w nim do władcy zasiadającego na tronie, lecz do kobiety z jego otoczenia. Śladami takich bohaterek podążałem wzdłuż jednej z najdłuższych rzek świata.
W Kairze skrupulatnie obejrzałem zabytki zgromadzone w muzeach, mumie i posągi, przede wszystkim moich bohaterek, przestudiowałem dotyczące ich zbiory dokumentów zebrane w kilku bibliotekach. Opuszczając miasto, zostawiałem za sobą towarzyszki wielkich piramid – małe grobowe ostrosłupy zbudowane dla żon, córek, matek tych, którzy władali Starym Państwem. Miejsce pochówku Hetepheres I – matki Chufu1, małżonki Snofru (budowniczego kilku piramid, w tym pierwszej w dziejach tzw. piramidy właściwej w Dahszur) – w którym odkryto tron z hebanu, łoże inkrustowane złotem i alabastrową skrzynię na naczynia kanopskie2 – najstarszą królewską, jaką dotąd odnaleziono3. Grób Meritites I, głównej żony Chufu, noszącej tytuł Umiłowanej Ojca – prawdopodobnie Snofru, matki następcy tronu Kawaba i być może późniejszego faraona Dżedefre. Stela z jej mastaby opiewa ją także za panowania Chufu, co sugeruje, że żyła bardzo długo i mogła mieć wielką, zakulisową władzę w państwie4. Piramidę kolejnej żony budowniczego tej największej – Henutsen – czczonej nawet niemal trzy tysiąclecia po śmierci, jak wynika z wykutej za czasów XXVI dynastii steli, według której była kapłanką bogini Izydy5. Wszystkie te zazwyczaj omijane przez tłumy turystów ślady dawnych żon królów, o których wiemy niewiele, którymi niechętnie zajmują się egiptolodzy, bo źródeł historycznych ich dotyczących mają jak na lekarstwo.
Dzień wcześniej z wielką ciekawością obejrzałem jeszcze inne kairskie kobiece ślady dawnych czasów – pozostałości po satelitarnej piramidzie piramidy Chufu, którą chociażby egiptolog Mark Lehner uważa za dom ka, czyli jednego z pierwiastków duszy władcy, odpowiedzialnego za czerpanie przez niego mocy witalnych z przynoszonych mu darów, a nie za grobowiec jego żony6. Obszedłem też mastabę Chamerernebti I, prawdopodobnie córki Chufu, Wielkiej Małżonki Chafre, matki Menkaure. Dotarłem do pięknie zdobionego grobowca Meresanch III – wnuczki Cheopsa, która wyszła za swego drugiego wuja Chafre i urodziła mu osiem córek (jej portret z krótką fryzurą w nim odkryty wywrócił konwencję przedstawiania kobiet z tamtego okresu)7. Podziwiałem miejsca spoczynku Chamerernebti II, siostry i żony Menkaure, Szepsetkau, jego półsiostry, oraz Rechetre – tytułowanej Wielką Panią Berła8. Pomyślałem wtedy, że Menkaure, budowniczy najmniejszej z wielkich piramid, otoczył się subtelną konstelacją żeńskiego pokrewieństwa. Każdy z trzech satelickich grobowców wskazuje inny wariant polityki małżeńskiej władcy: siostra-żona, półsiostra-dziedziczka oraz córka poprzedniego faraona. W mikroskali można więc wokół jego piramidy dostrzec całą makrostrategię między innymi IV dynastii: żenić się z siostrami, by zachować tron w jednej rodzinie, ściśle splecionym rodzie. Pomyślałem, że pasjonujące byłoby opisanie ich życia sprzed czterech i pół tysiąca lat, że gdyby tak ktoś wreszcie odkrył papirusy lub inskrypcje o nich rozprawiające, mogłaby na ich podstawie powstać pasjonująca literacka opowieść.
Moja taksówka leniwie pokonywała kairskie korki, przebijała się przez tutejszy gęsty i gorący smog, jakiego chyba nigdzie na świecie nie ma – miliardy cząsteczek drażniących substancji zawieszone w upalnym afrykańskim powietrzu niosącym piasek z Sahary. Wspominając małe piramidy, na których przysiadałem w ostatnich tygodniach niemal codziennie, żeby podziwiać z ich perspektywy te wielkie, należące do mężów oraz ojców, i czytać o właścicielkach tych niedużych, zastanawiałem się nad pozycją królewskich małżonek na dworze i w państwie, jakie tu stworzono przeszło pięć tysiącleci temu. Czy mogłyby one sięgnąć po większą władzę – zostać pierwszymi osobami w patriarchalnym świecie? Żyjącymi boginiami? Nie synami, lecz córkami boga Re? Jakie miały prawa? Czy zadowalały się tym, że na dworze w swoim kraju zajmują co najwyżej drugą pozycję? Jak czytać ich historię? Przez pryzmat męskich monolitów i męskich wojen czy przez genealogię i codzienny trud życia w pałacu? Z labiryntu ich tytułów, małżeństw i funkcji duchowych zaczął mi się rysować inny niż powszechnie znany portret starożytnego Egiptu: państwa, w którym żona króla była strażniczką legitymacji władcy, a jej piramida czy inny grób – niezależnie od rozmiaru – sygnałem, że bez matczynej lub małżeńskiej pieczęci nawet największy z nich nie utrzymałby tronu. Zrozumiałem, że tak było od początku aż do końca tej niezwykłej, długowiecznej cywilizacji.
Wreszcie samochód z piskiem opon wjechał na parking przed dworcem kolejowym. Na pięć minut przed odjazdem pociągu wbiegłem na peron i niemal w ostatniej chwili dosłownie wskoczyłem do wagonu. Wrzuciłem walizki na górną półkę w przydzielonym mi przedziale. Cały miałem tylko dla siebie, dla moich rozmyślań, notatek, kopii dokumentów i książek, które szczelnie wypełniały osobną, zresztą najcięższą, walizkę. Podróżowałem między innymi z Herodotem, Plutarchem z Cheronei, Kazimierzem Michałowskim, Tadeuszem Andrzejewskim, Jadwigą Lipińską, Karolem Myśliwcem, Karą Cooney, Ferdynandem Goetlem, Władysławem Wężykiem, Janem Bystroniem, no i z „moim cholernym dręczycielem”, jak go żartobliwie do dzisiaj nazywam, Januszem Roszką, od którego moje egipskie szaleństwo się zaczęło. Z moimi „Herodotami”.
Roszkę dobrotliwie przeklinam! To od niego złapałem egipskiego bakcyla, od którego nie mogę się uwolnić od trzydziestu lat, więc niemal każdego roku wyjeżdżam w reporterską podróż po dawnym kraju faraonów, rezygnując z niektórych wypraw na inne niż afrykański kontynenty. Jakże ja mu zazdrościłem… – przypomniałem sobie, wyjmując z tekturowej teczki pożółkłe strony wydarte z tygodnika „Przekrój” na początku lat siedemdziesiątych XX wieku i ukryte między książkami naszej domowej biblioteki. Najwidoczniej według mojej mamy zasługiwały na miejsce przy Melchiorze Wańkowiczu, Arkadym Fiedlerze, Ksawerym Pruszyńskim i Henryku Worcellu – moim zdaniem najwybitniejszych polskich reportażystach. Tam je kiedyś odkryłem i przechwyciłem. Rozczytywałem się w opowieściach reportera. A później zrobiłem wszystko, aby zawodowo jak on zwiedzać świat.
W 1972 roku Roszko, jako specjalny wysłannik – korespondent – swojej redakcji, opracowującej najbardziej elokwentne czasopismo społeczno-kulturalne bloku socjalistycznego, „okno na świat” PRL-owskiej inteligencji, pomost między kulturą przedwojenną a nową rzeczywistością za żelazną kurtyną, wyruszył właśnie do Egiptu. Miał dotrzeć do Polaków pracujących pod kairską wodzą profesora Kazimierza Michałowskiego, twórcy polskiej szkoły archeologii śródziemnomorskiej, ojca nubiologii – nauki o Nubii. Archeolodzy i architekci już od kilku lat pracowali w Deir el-Bahari, po zachodniej stronie Nilu, w okolicach Luksoru, czyli na nekropolii starożytnych Teb, stolicy Nowego Państwa9, nad rekonstrukcją i ratowaniem świątyni kobiety faraon – Hatszepsut. „Przekrój” w tym czasie rozchodził się w rekordowych nakładach, przekraczających siedemset tysięcy egzemplarzy, i szacowano, że każdy numer czyta z wypiekami na twarzy nawet trzy i pół miliona Polaków.
W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, w czasach mojego dzieciństwa, tylko ilustrowane czasopisma przenosiły całe polskie rodziny na egzotyczne kontynenty, gdyż jedynie nieliczni mieli szansę na otrzymanie paszportu zezwalającego na wyjazd we „wsie strany mira” – jak cyrylicą zaznaczano w niektórych tylko dokumentach. Książki, miesięczniki, tygodniki, trzy na krzyż rozgłośnie radiowe i dwa kanały telewizyjne (Program Drugi nadawany dopiero od godziny piętnastej) teleportowały do niedostępnego świata. Kiedy w Polsce sporadycznie drukowało się kolorowe albumy ze zdjęciami, a zdobycie zagranicznej pocztówki przedstawiającej jakiś znany zabytek było szczytem marzeń, wyprawy nielicznych korespondentów, niestety weryfikowane przez PRL-owską cenzurę, były substytutem poznawania odległych i ciekawych miejsc. Rozbudzały marzenia. Poszerzały horyzonty.
Po lekturze Faraona autorstwa Bolesława Prusa, obejrzeniu ekranizacji, demoludowej superprodukcji wyreżyserowanej przez Jerzego Kawalerowicza, który w fenomenalnych rolach obsadził w swoim filmie Jerzego Zelnika, Wiesławę Mazurkiewicz, Barbarę Brylską, Piotra Pawłowskiego i Leszka Herdegena, pochłonięciu wyciętych z dawnych wydań „Przekroju” egipskich relacji Janusza Roszki, przeczytaniu barwnych wspomnień z wykopalisk najwybitniejszego polskiego archeologa – profesora Kazimierza Michałowskiego – i wreszcie po kinowym seansie pierwszej części przygód Indiany Jonesa, zatytułowanej Poszukiwacze zaginionej Arki, nietrudno się było zakochać w kraju faraonów. I to na tyle mocno, by kiedy już się zostało dziennikarzem, robić wszystko, aby w pierwszym roku pracy wyruszyć w podróż śladami Roszki. Mimo że wydarzyło się to dawno, bo prawie trzydzieści lat temu, to moja egipska wyprawa, złożona z dziesiątek krótszych wyjazdów, wciąż jeszcze się nie skończyła. Wracam nad Nil i wracam raz jeszcze, choć powtarzam sobie za każdym razem, że już długo tu nie wrócę. To musi być klątwa Roszki i Michałowskiego, nie Tutanchamona.
Uśmiechnąłem się szeroko, czekając na odjazd pociągu do Luksoru, gdy mimochodem, sam z siebie, wysunął mi się spośród innych wycinków pierwszy „egipski” artykuł z „Przekroju”, który przed już niemal czterdziestoma laty wpadł mi w ręce. Zabrałem go ze sobą w tę podróż niczym talizman, bo zmierzałem śladami korespondenta, którego namiętnie czytywałem. „Dar »Przekroju« dla polskich architektów w Deir el-Bahari” – krzyczał jego tytuł.
„Nasz wysłannik, redaktor Janusz Roszko, dotarł szczęśliwie do Deir el-Bahari z ufundowanym przez »Przekrój« rowerem składanym Flaming” – dumnie donosiła redakcja (zapewne reporter poinformował o tym kolegów, wysyłając dalekopis lub zamawiając międzynarodową rozmowę i po kilku godzinach oczekiwania na połączenie telefonując wreszcie z Luksoru do Krakowa, gdzie składano i drukowano pismo) i już w następnym zdaniu dodawała w podzięce: „Dar redakcji bezpłatnie przewiozły PLL LOT”.
Autor artykułu tłumaczył, że w Deir el-Bahari polska misja odbudowuje świątynię królowej o imieniu Hatszepsut, zamieszkuje w Metropolitan House i cieszy się wielką sympatią miejscowej ludności. „Ma natomiast wielkie kłopoty z transportem, bo dwa samochody – Nysa i Gaz – psują się nieustannie i niemal rozsypują – przeczytałem z rozrzewnieniem. – Apelujemy niniejszym do FSO Żerań oraz Nysa: może warto pracującym tam Polakom ofiarować testowe samochody, tym bardziej że w Egipcie rusza już kooperacyjna produkcja Polskiego Fiata 125!”10. Zaśmiałem się tak głośno, sam do siebie, że zwrócił na mnie uwagę przechodzący korytarzem konduktor. Od razu pomyślałem o moim przyjacielu – doktorze Patryku Chudziku, z którym miałem się spotkać za kilka dni w Luksorze. Zapewne dzisiejszy szef Polsko-Egipskiej Misji Archeologiczno-Konserwatorskiej w Świątyni Hatszepsut ma te same problemy co jego wielcy poprzednicy pięćdziesiąt lat temu – pomyślałem i od razu w notatniku zapisałem, by w książce „zaapelować” o podobne wsparcie, adresowane wprawdzie już nie do „Żerania”, ale do Jeepa, Toyoty, Nissana, Mercedesa i innych marek produkujących samochody terenowe. A więc apeluję po gierkowsku: „Pomożecie?” naszym ubogim archeologom, którzy w pocie czoła przy tym niesamowitym zabytku pracują tylko dzięki funduszom Uniwersytetu Warszawskiego i sponsorom?
Kolejne zdania ze starego Przekrojowego artykułu dla sponsorów z pewnością będą zachęcające: „Nasz Flaming wzbudził ogromną sensację, był najładniejszym rowerem w całym Luksorze i na brzegu zachodnim. Na każdym postoju otaczali go Arabowie, podziwiali, chcieli od razu kupić (może pomyślimy o eksporcie?!)” – sugerował Roszko.
Czasopismo obiecywało również, że wkrótce do spraw polskiej misji powróci w kolejnym reportażu, a autor notki zachęcał:
Na razie dwa zdjęcia przedstawiające moment wręczenia Flaminga. Na pierwszym z nich kierownik misji, inżynier Zygmunt Wysocki (po prawej) ściska dłoń naszego wysłannika, na drugim rowerek ozdabia swoją dziewczęcą postacią Małgorzata Michałowska, córka profesora Kazimierza, który jest kierownikiem Stacji Archeologii Śródziemnomorskiej i z tego tytułu podlega mu misja w Deir el-Bahari. Fotografował – z trochę za dużej odległości – Grzegorz Zamojski.
Zmierzałem więc tam, dokąd pół wieku przede mną wybrał się mój kolega po fachu. Cel mieliśmy ten sam. Pokazać Egipt inaczej, nie historiami znanych, wielkich władców, nie Ramzesa, nie Tutanchamona, lecz poprzez nieznany szerzej życiorys żony króla, która jako jedna z niewielu w historii sama została królem. Tę opowieść trzeba zacząć nie gdzie indziej, tylko właśnie w tarasowej, monumentalnej Świątyni Milionów Lat wielkiej budowniczki, która w patriarchalnym świecie przejęła władzę nad całym państwem i dokonała tyle, co nie jeden, lecz kilku, a może i kilkunastu jej męskich poprzedników – w miejscu pamięci Hatszepsut.
Aby umilić sobie podróż pociągiem, sięgnąłem po inne korespondencje redaktora Roszki.
„Wylądowałem w samym pępku świata starożytnego – dzisiejszym Luksorze, leżącym 670 km na południe od Kairu – pisał. – Dorożka wiezie mnie do centrum. Obok niej pędzą handlarze. Jeden trzyma w dłoni skarabeusza i krzyczy: Mister, see, skarabee ooooriginale alabaster! Drugi podnosi wysoko rękę ze spatynowaną figurką ptaka: Ibis, Iiiiii-bis, Ibis! Ten z ibisem jest uparty i natrętny, biegnie w powiewającej galabii w paski. Oczywiście żadnych prawdziwych alabastrowych skarabeuszy nie kupię”11. Znów się uśmiechnąłem podczas lektury, bo dobrze znałem tę scenę – od czasów podróży Roszki pod tym względem nic się nie zmieniło, mimo że w Luksorze na świat przyszły już niemal dwa nowe pokolenia ulicznych handlarzy.
„Wreszcie jest Nil, nie szerszy niż Wisła na Kazimierzu, za nim liliowo-pomarańczowy masyw gór. Są podziurawione przez niezliczoną mnogość grobowców sprzed tysięcy lat, ze sławnym grobem Tutanchamona pośrodku” – relacjonował mój kusiciel. Pisał:
W hotelu Savoy dostaję pokój, w którym ponoć mieszkał sam Howard Carter, odkrywca grobu Tutanchamona.
– Na tym tarasie stały wszystkie skarby stamtąd – tłumaczy mi mały, kędzierzawy recepcjonista. Pokoi, „w którym mieszkał Carter”, jest tutaj, w starym pawilonie Savoyu, pewnie ze czterdzieści, ale ten jest z nich na pewno najgorszy. Podłoga stroma, jak ściana piramidy. I to za dwa funty i trzydzieści piastrów dziennie!
Nie ma już luksorskiego Savoyu, jednego z trzech najpopularniejszych w XX wieku hoteli w mieście – rozebrano go jakiś czas temu, nie zważając na jego prawdziwą i mityczną historię. Żałowałem, że niedane mi było w nim zamieszkać chociaż na kilka dni.
„A więc jestem w mieście cudownym, z tysiąca i jednej nocy. Homer nazywał je Tebami Stubramnymi, a sami Egipcjanie w starożytności Uaset. Dopiero Arabowie na ruinach świątyń, które uważali za pałace, określili je jako el-Kuzur, czyli zamki. I stąd wywodzi się obecna nazwa Luksor” – tak Roszko tłumaczył nazwę miasta, które chyba najwyraźniej zapisało się w historii światowej archeologii. „Po drugiej stronie Nilu pozostały jednak Teby Zachodnie. Między kolosami Memnona a wzgórzami nekropolii pas świątyń faraońskich, a wśród nich świątynia Hatszepsut. Odbudowują ją Polacy” – podkreślał z narodową dumą reporter.
Następny opis był mi równie znajomy, z tym że markę polskich papierosów zastąpiłbym dziś znakiem globalizacji – Marlboro. Nawet przystań znajduje się w tym samym miejscu:
Wykręcam numer telefonu polskiej misji w Deir el-Bahari. Nareszcie swojski głos: – Proszę się przeprawić przez Nil. Poniżej Savoyu, po drugiej stronie są takie wielkie schody, tam jest przystań, może pan poczekać w kawiarence, przyjadę po pana Nysą, albo Gazikiem, dla orientacji – ten Gazik ma z tyłu łatę na plandece. O kilka kroków od hotelu wysokie kolumnady świątyni Luksor. Flaubert widział je ponad wiek temu, wystające zaledwie spod narosłych warstw kulturowych.Między hotelem a świątynią słyszę najczystszą polszczyznę: Papierosy nie włosy, nie kurzę, nie palę, dziękuję! – Arabski sprzedawca ma na drewnianej tacy całą masę Carmenów – działalność naszych central eksportowych czy Orbisu?12
Zafascynowany po raz kolejny lekturą reportażu, wyciągnąłem z plecaka notes i zacząłem przepisywać co lepsze zdania z myślą, że dumnie odczytam je wkrótce w Deir el-Bahari Patrykowi Chudzikowi – bo przecież tak samo jak Roszko opisywał ówczesnego szefa badaczy ze świątyni Hatszepsut, ja mógłbym niemal tymi samymi słowami określić jego, jota w jotę:
Przeprawiam się przez Nil łodzią pełną turystów. Na drugim brzegu oblegają mnie przekupnie, taksówkarze, roznosiciele coca-coli. Wstępuję do kawiarenki. Zaraz przyjedzie po mnie szef polskiej misji. Zamawiam cocę i czekam. Właściciel kawiarenki pyta, czy nie potrzebuję taksówki, może osiołka, a może roweru. Gdy mówię, że czekam na szefa polskiej misji – twarze się rozjaśniają.
– Oooo, mudir Bulanda! – wołają uradowani. Mudir Bulanda quaies, good! Polski dyrektor fajny, dobry!
Właściciel objaśnia, że jestem Polakiem i czekam na polskiego dyrektora z Deir el-Bahari. Ludzie, którzy proponowali mi przeróżne usługi, nawiązują rozmowę o Polsce – o przemyśle polskim, o współpracy. Po chwili orientuję się, że mają o nas wielkie wyobrażenie i wiele sympatii. Właściciel za nic nie chce przyjąć ode mnie piastrów za coca-colę.
– My, Bulanda – powiada – jesteśmy przyjaciele. A już sam mudir Bulanda to człowiek szczególny.
Od razu porcja wieści: do mudira przyjechała żona z Polski przed dwoma dniami, mudir jest wielki, a ona mała. Potok informacji przerywa auto – Gazik z czerwoną plandeką, który z fasonem zajeżdża przed sam taras kawiarenki.
– Inżynier Zygmunt Wysocki – przedstawia się kierownik polskiej misji, odbudowującej świątynię Hatszepsut.
– Mudir Bulanda! – powiadam.
– A, już panu naopowiadali.
I tak będzie w ciągu kilku dni mego pobytu w Luksorze i Tebach Zachodnich. Ciągle o mudirze Bulanda ktoś coś będzie opowiadał. Jeden, że mudir mu wyleczył dziecko, bo mudir jest również el-hakiem (lekarzem). Drugi, że podwiózł go do przeprawy, bo inaczej spóźniłby się na pociąg. Inny jeszcze, że mudir mu poradził w sprawach handlowych, bo mudirma głowę. I na słowo Bulanda wszyscy mieszkańcy najsławniejszej wsi w Egipcie – el-Gurna, wywodzący się od rodów strażników grobowców faraońskich, cmokają ustami13.
Bulanda znaczy po prostu Polska. Mudir to natomiast szef.
Taki jest też doktor Patryk Chudzik, dzisiejszy szef Polsko-Egipskiej Misji Archeologiczno-Konserwatorskiej, który od kilku lat dowodzi pracami w niezwykłej, nawet jak na czasy faraonów, rozległej świątyni tarasowej Hatszepsut. Świetnie włada językiem arabskim, pomaga komu i jak się da, dobrze płaci miejscowym i jest po prostu na co dzień dobrym człowiekiem.
„Mijamy kolosy Memnona, jedziemy do centrum wsi” – relacjonował dalej Roszko.
Mudir chce odebrać dzisiejszą pocztę. Tuż przy budynku poczty jakieś zagłębienie w ziemi, obłożone kamieniami, jasnymi jak wszystkie i rażącymi oczy ulewą światła. Może pan wejdzie tu na chwilę? To jeden z najsłynniejszych grobowców dostojników z XVIIII dynastii, wezyra Ramose z czasów faraona heretyka Echnatona. Przepiękne reliefy. Ale nie to jest najważniejsze. Gafir, czyli strażnik, wita się z nami z oznakami najwyższego szacunku i zaprasza na herbatę. Nie można odmówić. Pijemy ją mocną i strasznie słodką. Mudir rozmawia po arabsku z gafirem, co chwilę wtrącając habibi – czyli kochanie.
– To jakiś dobry pana znajomy?
– Tutaj wszyscy nas znają14.
Nie ma już tego budyneczku poczty. Zniknął z powierzchni ziemi kilkanaście lat temu, tak jak setki domów wznoszonych przez setki lat wprost na starożytnych grobowcach. Władze egipskie postanowiły dość konsekwentnie, czasami brutalnie, rozprawić się z ich mieszkańcami, aby ocalić najcenniejsze zabytki, jakie jeszcze mogłyby leżeć nieodkryte pod ziemią. Z wielkich starożytnych nekropolii dostojników w osadach Szejch Abd el-Gurna, Asasif, Chocha, Dra Abu el-Naga i el-Tarif znikają więc sukcesywnie Egipcjanie i ich domostwa. Ich miejsce zajmują badacze ze wszystkich stron świata, łakomi odkryć, niemal walczący o koncesje na wykopaliska, przy czym niczego, co znajdą, zgodnie z zapisami zawartych umów, nie mogą z kraju wywieźć. Doktor Chudzik też nie – wszystko, co Polacy jeszcze znajdą w świątyni Hatszepsut, musi zostać nad Nilem.
„Jedziemy Gazikiem do siedziby misji. Mudir narzeka, że ma stare gruchoty, które stale się psują. A gdyby tak POLMO ofiarował naszej misji Nysę – do atestu na egipskie warunki eksploatacji? Korzyść byłaby obopólna!” Uśmiechałem się, czytając te zdania, bo nasi archeolodzy też chętnie przyjęliby wsparcie jakiegoś koncernu motoryzacyjnego. Roszkę niosła atmosfera wykopalisk:
Z dala dobiega dziwny, chóralny śpiew. Jest w nim jakieś dostojeństwo i echa wieków. – To robotnicy śpiewają przy wciąganiu bloków kamiennych. U nas, przy świątyni! – powiada Wysocki. Siedzimy na tarasie polskiego domu, który tradycyjnie nazywany jest Metropolitan House, gdyż zbudowała go przed wojną amerykańska misja archeologiczna. Ma jadalnię pod wysoką kopułą i wiele zakamarków, drzwi wszystkich pokoi wychodzą na arkadowo sklepione tarasy15.
Żałuję, ale tym razem nie zasiądę ze szklaneczką słodkiej kawy na tarasie Metropolitan House – Polacy już w nim nie pomieszkują.
Mija właśnie sześćdziesiąt pięć lat, od kiedy w dawnych Tebach Zachodnich pracuje polska misja. „Świątynię Hatszepsut badało i rekonstruowało już kilka pokoleń archeologów, ale dopiero my – Polacy – doprowadzimy dzieło do końca” – pisał dziesięć lat po przybyciu pierwszej ekipy wizytujący ją Roszko. „Robotnicy wciągają architraw na kolumny. Oślepiającym blaskiem razi fasada z piaskowca – ściany, ozyriaki, portale. Imponujące dzieło. Lat trzeba jeszcze, aby doprowadzić je do końca. […] Późnym wieczorem czekamy na skraju wsi el-Gurna na samochód. Stoi za nami mój nowy przyjaciel – szef gafirów ze wszystkich świątyń w Tebach Zachodnich. Wymawiając słowo Bulanda, cmoka miłośnie”16 – tłumaczył czytelnikom. Choć wiele od tamtego czasu się w niej zmieniło, a wykonane pieczołowicie, wręcz mozolnie prace pochłonęły niewyobrażalne fundusze, to wciąż jest tu wiele do zrobienia, sądzę wręcz, że wystarczyłoby zadań może nawet jeszcze na sto lat.
Świątynia bez wątpienia zachwyca. Przyciąga miliony turystów każdego roku, przede wszystkim tych jednodniowych, którzy przemierzają kilkaset kilometrów, wyruszają o świcie, aby podczas szybkiej wycieczki zobaczyć ją oraz Dolinę Królów i wieczorem wrócić do nadmorskiej miejscowości al-Ghardaka, powszechnie znanej jako Hurghada, a żartobliwie – Rusgada, bo pokochali ją w szczególności turyści przybywający tłumnie z Rosji.
Wydobył ją spod gruzów ściany skalnej z początkiem XX wieku Auguste Mariette17, jeden z najwybitniejszych egiptologów. Maczał w jej „tkance” swoje palce późniejszy odkrywca grobu Tutanchamona Howard Carter, towarzyszący Édouardowi Naville’owi18, który w pełni ją odsłonił. Herbert E. Winlock odkrył natomiast ogromne depozyty fragmentów rzeźb Hatszepsut19. Oto lista wybitnych nazwisk związanych ze Świątynią Hatszepsut.
O tym, o czym pisał w latach siedemdziesiątych wysłannik „Przekroju”, mało kto wie. A przecież warto podkreślić dokonania poprzedników, bo Polacy kontynuują ich dzieło zgodnie z założeniami przed laty ustalonymi z egipskimi władzami:
Mudir wychyla się z werandy i pokazuje ręką. Tam, daleko u stóp stromych skał stoi nasza świątynia – Hatszepsut. Dwie klawiatury fortepianów rzucone na skalne tarasy i trzecia, mocno pogruchotana, ta najwyższa. To trzeci taras, przy którym prowadzimy prace. Lansujemy koncepcję polskiej szkoły – rekonstruować z autentyków, nie dorabiać zbyt wielu elementów, trzeci taras zostawić nie w pełni wykończony. Ale to znowu kłóci się z już gotowymi dwoma poziomami. Władze egipskie, które zaprosiły nas do prac rekonstrukcyjnych w 1961 roku, warunkowo przyjęły koncepcję polską. Gdy zda egzamin – to zostanie, gdy będzie razić w zestawieniu z pozostałą częścią – trzeba będzie drugim rzędem kolumn wzmocnić górny zarys trzeciego tarasu. Wszystko to oglądałem na deskach w pracowni Metropolitan House. Wydało mi się to niezwykle pasjonujące.
Pracownie Konserwacji Zabytków prowadzą tu prace kompleksowe. Egiptolog zestawia z kawałków pogruchotanych kamieni kartusze z hieroglificznymi napisami. Historyk architektury biedzi się nad ich rozmieszczeniem na ścianach tarasu. Architekt opracowuje całość kompozycji.
Wielka zagadka, uzupełnianka, rebus. Z setek tysięcy elementów pogruchotanych kamieni trzeba złożyć z powrotem to, co się rozpadło, i złożyć tak, jak architekt władczyni, Senenmut zaprojektował to przed trzema i półtysiącem lat.
Przy pracach dokonano kilku odkryć. Magister inżynier Waldemar Połoczanin z Gdańska określił wreszcie moduł, w oparciu o który przed wiekami zaprojektowano świątynię. Wynosi on około półtora łokcia egipskiego, czyli około 800 mm (kwadrat 80 × 80 cm). Inżynier Połoczanin odbudowywał kiedyś Nysę, rynek wrocławski, zamki w Olsztyńskiem20.
Mimo upływu dziesięcioleci pracy jest tu wciąż mnóstwo, bo budowla została zniszczona już przed 900 rokiem p.n.e., a następne wieki zapomnienia również odcisnęły się na niej piętnem zniszczenia. Wydarzył się wtedy wielki kataklizm – trzęsienie ziemi, w którego wyniku na święte miejsce spadły tysiące ton skał oberwanych z otaczających je wzgórz. Wtedy także zniszczone zostało słynne Ramesseum, położony nieopodal kompleks grobowy Ramzesa II, a nawet wielkie świątynie w Karnaku i Luksorze. Trzęsienia ziemi w tym zakątku świata wciąż się zdarzają. Musieli się z nimi mierzyć także polscy archeolodzy, o czym również wspominał redaktor Roszko w swojej korespondencji: „Udaliśmy się wreszcie z inżynierem Wysockim ku świątyni. Po drodze Wysocki opowiadał o trzęsieniu ziemi, które równo trzy lata temu nawiedziło Deir el-Bahari”21 – relacjonował dziennikarz i chwalił pierwszego szefa tutejszej misji. „Ten wilniuk z Gdańska, który ma na swoim koncie odbudowę gdańskiej starówki, Zielonej Bramy, Domu Królów Polskich przy Długiej 45, części ratusza gdańskiego, posiada kapitalny dar narracji” – pisał.
Wysocki opowiedział korespondentowi, że
siedzieli w czasie przerwy śniadaniowej na tarasie domu misji. W pewnej chwili wydało im się, jakby pies przebiegł po dachu. – Skąd tam pies? – A po chwili jakby ktoś przeszedł po dachu statecznym krokiem. – Elektryk naprawia światło – powiedział Wysocki. Ale po chwili na dachu harcowało już chyba piętnastu elektryków. Jeszcze nie wiedzieli, co się działo. Dopiero, gdy słupy na werandzie zaczęły falować, podłoga uciekała spod stóp, zdali sobie sprawę, że to trzęsienie ziemi. Grozy dopełnił wielki huk nad świątynią. Ujrzeli, że wykwita nad nią obłok kurzu. Biegli wszyscy w stronę Hatszepsut, tknięci najgorszymi przeczuciami. Przecież tam byli wszyscy robotnicy – setka ludzi ze stałej załogi. Miejscowi i nasi. Zdyszani, z płucami pełnymi gryzącego piachu wpadli na tarasy. Przerwa śniadaniowa sprawiła, że nikomu na szczęście nic się nie stało. Trzęsienie zwaliło kilka bloków skalnych na trzeci taras. Trzeba było usuwać gruz. I wtedy następne odkrycie: okazało się, że Senenmut, architekt królowej, przewidział możliwość osypywania się skał. Zaprojektował tam głęboką półkę, która miała chronić świątynię przed spadającymi ze stromego zbocza skałami. Tę półkę teraz się rekonstruuje, uzupełniając murem ochronnym22.
W okolicy właśnie tej skalnej półki nieco ponad dwadzieścia lat później prace rozpoczął profesor Andrzej Niwiński, niestrudzony poszukiwacz grobowca Herhora, arcykapłana Amona i władcy z Teb, opisanego i rozsławionego przez Bolesława Prusa w Faraonie. Mimo wielu lat prac misja ta nie zakończyła się sukcesem. Tuż przy świątyni odkryto natomiast dziesiątki innych miejsc wiecznego spoczynku. Roszko mógł zajrzeć do jednego z nich, dziś niedostępnego dla turystów. Pisał, że
świątynia jest piękna jak bajka. Senenmut, który ją projektował, miał genialne wyczucie. Złamał istniejące kanony projektowania w poziomie, rozmieścił świątynię na trzech tarasach. Można było wówczas łamać kanony. […] Pewnego dnia wieczorem dostałem klucz od gafirów do grobowca architekta Senenmuta. Wejście znajduje się tuż u progów świątyni. Wewnątrz bardzo głęboki korytarz i salka z geometryczną ornamentyką, jak przystało na architekta. Jest nawet portret w korytarzyku, jakby od niechcenia naszkicowany piórkiem. Najciekawsze jest jednak to, że ten grobowiec łączy się tajemnym korytarzem z sanktuarium królowej Hatszepsut. To potwierdziło wreszcie plotki o tym, jakoby Senenmut był nie tylko architektem królowej. I po śmierci chcieli zachować ze sobą stały kontakt…23
Tak właśnie reporter powielał plotkę ciągnącą się za Hatszepsut od przeszło stu lat, od kiedy jej życie i dokonania zaczęli badać egiptolodzy.
Odłożyłem na bok artykuły z „Przekroju”. Pociąg minął już Gizę. Przez okno nie można było jednak zobaczyć piramid. Zasłaniały je brzydkie, współczesne budynki z charakterystycznie wystającymi z dachów prętami zbrojeniowymi. Mówi się, że domy zostawia się tutaj jakby niedokończone, bo ponoć wtedy nie trzeba od nich płacić podatków.
Przede mną było jeszcze dziewięć godzin podróży. Sięgnąłem więc po wspomnienia profesora Kazimierza Michałowskiego, najsłynniejszego polskiego archeologa, bez którego starań, znajomości, umiejętności badawczych, kunsztu i wiedzy polska ekipa z pewnością nie otrzymałaby koncesji na badania i rekonstrukcję jednego z najznakomitszych staroegipskich zabytków. Nazywałem go moim Herodotem,bo jak słynny Grek przemierzał całe Śródziemnomorze i je opisywał.
Dalsza część w wersji pełnej
Rozdział I. Klątwa „Herodotów”
1 Chufu – gr. Cheops, podobnie jak Chafre – gr. Chefren. W książce zastosowano ujednoliconą pisownię imion staroegipskich bogów i władców, zaleconą przez egiptologa dr. Patryka Chudzika, bohatera i merytorycznego konsultanta tej książki, zgodną z najnowszą wiedzą i praktyką. Szczegółowe wyjaśnienia zamieszczone zostały w suplemencie – pt. Zaburzenie językowego Ma’at.
2 Naczynia kanopskie nazywano niekiedy urnami. Dziś egiptolodzy starają się odejść od tego terminu. W języku polskim słowo „urna” oznacza bowiem, że przechowywane są w niej prochy po kremacji, a tak w starożytnym Egipcie nie czyniono. Dziś badacze twierdzą, że składano w tych naczyniach tylko fragmenty organów wewnętrznych zmumifikowanego ciała, a w niektórych okresach odgrywały jedynie rolę symboliczną i nie były nawet wydrążone. Wnętrzności zmarłego, wraz z bandażami i natronem użytymi do mumifikacji, składowano najczęściej w tzw. depozytach (skrytkach) balsamistów.
3 M. Lehner, The Complete Pyramids: Solving the Ancient Mysteries, London 1997.
4 A. Dodson, D. Hilton, The Complete Royal Families of Ancient Egypt, London 2004.
5 M. Verner, The Pyramids: The Mystery, Culture, and Science of Egypt’s Great Monuments, New York 2001.
6 M. Lehner, The Complete Pyramids, op. cit.
7 G.A. Reisner, AHistory of the Giza Necropolis, vol. 1, Cambridge 1942.
8 S. Hassan, The Mastabas of the Sixth Season, Cairo 1950.
9 Podział na okresy dziejów starożytnego Egiptu:
1. Okres predynastyczny (przed zjednoczeniem państwa) – od ok. VI–IV tysiąclecia p.n.e. do ok. 3100 p.n.e.
2. Okres protodynastyczny – „dynastia 0” (czas formowania się władzy królewskiej) – ok. 3200–3100 p.n.e.
3. Okres wczesnodynastyczny – dynastie I–II, ok. 3100– 2686 p.n.e.
4. Stare Państwo – dynastie III–VI, ok. 2686–2181 p.n.e.
5. I okres przejściowy – dynastie VII–XI (początek), ok. 2181–2055 p.n.e.
6. Średnie Państwo – dynastie XI (od Mentuhotepa II) i XII, często także XIII (częściowo), ok. 2055–1650 p.n.e.
7. II okres przejściowy (m.in. Hyksosi) – dynastie XIII–XVII, ok. 1650–1550 p.n.e.
8. Nowe Państwo – dynastie XVIII–XX, ok. 1550–1069 p.n.e.
9. III okres przejściowy – dynastie XXI–XXV, ok. 1069– 664 p.n.e.
10. Okres późny – dynastie XXVI–XXXI, ok. 664–332 p.n.e. (w tym panowanie perskie)
11. Okres ptolemejski (Egipt hellenistyczny) – 332–30 p.n.e.
12. Okres rzymski – 30 p.n.e. – IV w. n.e.
10 (jer), Dar „Przekroju” dla polskich architektów wDeir el-Bahari, „Przekrój” 1973, nr 13 (1460).
11 J. Roszko, Bulanda znaczy Polska, „Przekrój” 1972, nr 17 (1411).
12 Ibidem.
13 Ibidem.
14 Ibidem.
15 Ibidem.
16 Ibidem.
17 Auguste Ferdinand François Mariette (ur. 11 lutego 1821 w Boulogne-sur-Mer, zm. 19 stycznia 1881 w Kairze) – francuski historyk, archeolog i egiptolog, założyciel Muzeum Egipskiego w Kairze. W 1850 roku został wysłany do Egiptu z misją poszukiwania i pozyskiwania do kolekcji w Luwrze manuskryptów koptyjskich, arabskich, syryjskich i etiopskich. Zaraz po przyjeździe, kierując się wskazówkami greckiego geografa Strabona, rozpoczął w Sakkarze poszukiwania Serapeum – podziemnego cmentarzyska świętych byków Apisów. Brał udział w eksploracji nekropolii w Meidum, Abydos i Tebach. Przebadał wielką świątynię w Denderze. W 1860 roku odkopał z piasków wielką świątynię w Edfu. Prowadził prace w Karnaku, odkopał Medinet Habu, a 1858 roku w Deir el-Bahari odkrył skrytkę zawierającą 71 sarkofagów kapłanów Montu. W 1863 roku odkopał w Tanis słynną „Stelę roku 400” – poświęconą czterechsetnej rocznicy panowania Seta – założenia Świątyni Seta w Awaris, później zakopaną i odkrytą ponownie w 1933 roku. Odkopał z piasków okolice Wielkiego Sfinksa, odsłaniając zbudowaną z granitu i wapienia świątynię. W 1880 roku, za namową Gastona Maspero, zezwolił na eksplorację ruin piramidy Merenre I, w której wyniku Maspero odkrył słynne Teksty piramid. Całą swoją działalnością przyczynił się do ochrony i uratowania wielu bezcennych skarbów kultury i sztuki starożytnego Egiptu. Był wieloletnim szefem Służby Starożytności i Muzeum Egipskiego.
18 Henri Édouard Naville (ur. 14 czerwca 1844 w Genewie, zm. 17 października 1926 w Genewie) – szwajcarski archeolog, egiptolog i biblista. W latach dziewięćdziesiątych XIX wieku prowadził wykopaliska w Świątyni Grobowej Hatszepsut w Deir el-Bahari, gdzie pomagali mu David George Hogarth, Somers Clarke i Howard Carter. W latach 1903–1906 powrócił do Deir el-Bahari, aby prowadzić wykopaliska w Świątyni Grobowej Mentuhotepa II. W 1910 roku pracował w nekropolii królewskiej w Abydos. Był archeologiem starej szkoły – oczyszczał stanowiska na dużą skalę, nie zwracając uwagi na szczegółowe dowody, które można było znaleźć w trakcie wykopalisk. Za życia był krytykowany przez W.M. Flindersa Petriego za swoje metody archeologiczne, a D.G. Hogarth został wysłany jako inspektor, aby obserwować i raportować charakter jego prac w Deir el-Bahari. Jego opublikowane raporty świadczą o braku szczegółowych badań, co jest typowe dla większości ówczesnych praktyk archeologicznych.
19 Herbert Eustis Winlock (ur. 1 lutego 1884 w Waszyngtonie, zm. 27 stycznia 1950 w Venice) – amerykański egiptolog i archeolog, zatrudniony przez Metropolitan Museum of Art (MET) przez całą swoją karierę. W latach 1906–1931 brał udział w wykopaliskach w Al-Liszt, oazie Charga i w okolicach Luksoru, a w latach 1932–1939 pełnił funkcję dyrektora MET. Znaczna część kolekcji artefaktów egipskich tam zgromadzonych pochodzi z jego wypraw archeologicznych, zwłaszcza w Luksorze, gdzie przez kilka lat prowadził je w świątyni grobowej Hatszepsut.
20 Ibidem.
21 Ibidem.
22 Ibidem.
23 Ibidem.
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Słowo wstępne
Rozdział I. Klątwa „Herodotów”
Przypisy
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Dedykacja
Epigraf
Meritum publikacji
Przypisy
