Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 600
Rok wydania: 2024
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Natalia Szklarzyk
Echo smoka
Książkę dedykuję przede wszystkim mojej rodzinie,
która mnie zawsze wspierała,
moim przyjaciołom oraz osobom zmagającym się
ze znęcaniem w każdej postaci.
Prawie dobry człowiek w cieniu na ziemi
– To już niedaleko, jeszcze kawałek, czuję to!
Serce łomotało z podekscytowania jak szalone.
– Jak ja się cieszę… Nie wierzę, że od celu dzieli mnie tak niewiele.
Szybkim krokiem przemieszczałam się przez las sosnowy. Słońce ledwo wznosiło się nad konarami drzew i jedynie pojedyncze, równoległe promienie oświetlały dno lasu. Ptaki donośnie i radośnie witały kolejny słoneczny dzień, a ich ćwierkanie dodawało mi siły, bym mogła dotrzeć na miejsce. Suche igły i liście trzaskały pod ciężarem moich stóp. Las miał w sobie coś magicznego o tej porze. Kropelki rosy spływały po trawie i mchu, w powietrzu unosił się niesamowity zapach, a w oddali słychać już było jego szum.
– Czekałam na to tak długo, by je zobaczyć!
Kolejny zastrzyk adrenaliny i radości sprawił, że zmieniłam szybki marsz na bieg. Nie zważałam na otoczenie, kierowałam się jedynie odgłosami, które były coraz donośniejsze. Ignorowanie otoczenia niezależnie od sytuacji rzadko kiedy jest dobrym pomysłem, a ja zapomniałam, że mam ze sobą moją czerwoną sportową torbę. Przypomniałam sobie o niej, gdy zahaczyła się o jeden z krzewów i spowodowała mój majestatyczny upadek. Siła uderzenia była tak duża, że przyniosła moje chwilowe zdezorientowanie. Wszystko wokół mnie zdawało się krążyć. Leżąc tak chwilę, zaczęłam się śmiać z samej siebie i z sytuacji, w której się znalazłam.
– Notatka na przyszłość. Nie biegaj na oślep po lesie.
Śmiejąc się pod nosem, wstałam szybko i otrzepałam się z igieł i szyszek. Nogi nosiły liczne ślady delikatnych zadrapań, ukłuć oraz odbić. Nie mówiąc już o tym, że wszędzie były blizny po poprzednich przygodach.
– Nie ma chyba takiej rzeczy, która odebrałaby mi dzisiejszy dzień, ale może na drugi raz powinnam wybrać bardziej uczęszczaną drogę, a nie przedzierać się przez chaszcze.
Ponownie wsłuchałam się w otaczającą mnie przestrzeń. Słyszałam szum wyraźniej niż poprzednio. Szybko uwolniłam torbę spod gałęzi i ruszyłam dalej, tym razem bardziej uważając na to, co stawało mi na drodze. Powoli drzewa zaczęły zanikać na rzecz wysokich traw i marnych krzaków. Las wreszcie ustąpił, a przede mną wyrosła wielka góra piasku. Podeszłam do niej i poczułam intensywny zapach morskiej wody.
Wydma robiła wrażenie swoim rozmiarem, jednak nie minęło dużo czasu, zanim zaczęłam piąć się po niej w górę. Nie było to proste, bo wspinałam się w trampkach, a piasek wsypywał się niemiłosiernie do butów i powodował spory dyskomfort, ale to był mały koszt w porównaniu z tym, co mnie czekało na szczycie. Długie przemieszczanie się szybkim krokiem dawało także o sobie znać, lecz gdy udało mi się wreszcie wgramolić na tyle wysoko, by zobaczyć to, po co tu przybyłam, widok odebrał mi mowę… Niebieski bezkres ciągnący się aż po horyzont, zakłócany przez niewielkie białe bałwany, robił ogromne wrażenie.
– Morze. Nareszcie… Jak ja długo czekałam, by cię zobaczyć…
Wzięłam głęboki oddech. Zapach nie mógł być już bardziej intensywny. Weszłam na sam szczyt wydmy i zachwyciłam się jeszcze bardziej.
– Pierwszy raz je widzę i czuję całym swoim ciałem.
Wiedziałam, że się nie zawiodę, ale to było coś więcej. Wreszcie spełniłam jedno ze swoich najskrytszych marzeń.
– Do tej pory nie wierzę, że jestem tu naprawdę. To się nie może dziać, bo jest zbyt piękne, by było prawdziwe.
Chciało mi się krzyczeć z radości, byłam taka szczęśliwa. Rozłożyłam ręce szeroko, by wiatr mógł miotać moimi ubraniami i włosami. Orzeźwiający chłód obijał się o moje gorące od wysiłku policzki. Podmuchy powietrza skutecznie blokował skwar. Słońce było zdecydowanie wyżej na niebie i przepięknie oświetlało delikatnie wzburzoną wodę. Wszystko to tworzyło wspaniały pejzaż. Mimo najlepszych wysiłków wiatru gorąco jednak dawało o sobie znać. Momentalnie zdjęłam bluzę i położyłam się na piasku. Pod wpływem gorących promieni chciałam się po prostu rozpłynąć i złączyć z otoczeniem. Zamknęłam oczy i wsłuchałam się we wszystkie odgłosy. Szum morza działał wręcz hipnotyzująco. Przypominał kołysankę przygotowaną specjalnie dla kogoś, kto wsłuchuje się uważnie w jej melodię. Im dłużej leżałam, tym głębiej wdychałam i wydychałam powietrze.
– Czuję się tu jak… w prawdziwym domu. Bezpieczna, spokojna i beztrosko odpoczywająca w tym pięknym otoczeniu.
Z tego transu wybiły mnie dobiegające z góry odgłosy. Otworzyłam oczy. Nad głową latały czarne kształty, niektóre większe, inne mniejsze. Uśmiechnęłam się na ich widok. Mewy i rybitwy donośnie dawały znać o swojej obecności, ale nie przeszkadzały mi, wręcz przeciwnie – mogłabym słuchać ich koncertów codziennie. Leżałam tak jeszcze chwilę, do momentu, gdy słońce zaczęło przygrzewać za bardzo. Podniosłam się i spojrzałam w kierunku wody.
– Co to za wizyta nad morzem bez wejścia do wody, nawet jeśli jest zimna jak cholera!
Zaczęłam zrzucać z siebie wszystko to, co zbędne, i w mgnieniu oka byłam już w kostiumie kąpielowym. Związałam sobie także moje długie kasztanowe włosy, by mi nie przeszkadzały podczas pływania, wrzuciłam ciuchy do torby i ruszyłam w stronę morza. Ostrożnie stawiałam kroki, by bezpiecznie zejść z wydmy. Stopy zaczęły mi się zapadać w piasku. W głowie pojawił się srogi obraz tego, że piasek może mnie zasypać niczym lawina. Biorąc pod uwagę rozmiary i stromość wydmy, ten scenariusz wydawał się wielce prawdopodobny. Pokonałam jednak swój lęk i skupiłam się na bezpiecznym schodzeniu. Ostrożnie stawiałam nogi, by wreszcie się znaleźć na stabilnym terenie.
Rzuciłam się biegiem w stronę wody. Gdy tak pędziłam, torba z ciuchami boleśnie obijała się o całe ciało, dodając mi kolejnych siniaków. Nie zawracałam sobie tym głowy. Zostawiłam ją na piasku na tyle blisko, bym mogła ją widzieć, ale też na tyle daleko, by fale nie były w stanie się do niej dostać. Oczywiście wszystko w biegu. Zatrzymałam się dopiero przed samym mokrym piachem. Tam też pozwoliłam, by fale rozbijały się o moje nogi. Woda była zimna, ale do zniesienia. Wiatr zdecydowanie mocniej wiał na dole niż na wydmie.
Czując gęsią skórkę, zaczęłam powoli wkraczać do wody, by osłonić się przed chłodnymi podmuchami. Woda miała szesnaście, może siedemnaście stopni, a ciało jeszcze nagrzane od słońca buntowało się coraz mocniej. Drżałam z zimna. Dlatego postanowiłam się zanurzyć. Nadarzała się do tego okazja, bo przede mną tworzyła się fala. Ruszyłam w jej stronę, wzięłam głęboki oddech i wskoczyłam w nią, zanim się rozbiła. Nurkując, mało co widziałam. Spieniona woda i brak ochrony na oczy uniemożliwiały mi zobaczenie czegokolwiek innego poza wodorostami.
Przecież mam okulary do pływania! Zapomniałam o nich kompletnie, a pakowałam je razem z ręcznikami.
Czułam, że kończy mi się powietrze, a fale mnie znoszą, dlatego postanowiłam się wynurzyć. Wystawiłam głowę, ale gdy miałam już nabrać powietrza, schowałam się z powrotem w wodzie. Fala uderzyła, a woda oblała czubek mojej głowy. Wychyliłam się ponownie, upewniając się, czy nie ma kolejnej fali. Podniosłam się i dotknęłam piaszczystego dna.
Woda sięgała mi tutaj do pasa. Rozejrzałam się. Fale zniosły minie dosyć spory kawałek od miejsca, w którym wchodziłam do morza. Skierowałam się na płyciznę, by móc bez problemu brodzić w wodzie. Mimo że nie było tu nikogo, wolałam nie zgubić miejsca, w którym pozostawiłam swoje cichy. Poza tym i tak zamierzałam na chwilę wyjść na ląd po okulary, by widzieć pod wodą odrobinę więcej niż teraz. Oczywiście mogłabym wyjść bezpośrednio na piasek, ale jaki w tym ubaw?
Szybko pobiegłam w stronę torby. Przekopałam się przez ręczniki i pogniecione ubrania, by w końcu znaleźć i założyć moje czarne okulary do pływania. W ekspresowym tempie wbiegłam ponownie do wody i ukryłam się w niej, wystawiając tylko nos nad powierzchnię. Morze wydawało się teraz zdecydowanie cieplejsze niż powietrze. Zanurkowałam całkowicie.
Obraz był o niebo lepszy. Woda dalej była wzburzona i mętna, ale dostrzegałam zdecydowanie więcej szczegółów niż wcześniej. Wodorosty czy kamienie znajdujące się na dnie nabrały wyraźniejszych kształtów. Woda podrzucała piasek, odsłaniając więcej skał. Co jakiś czas odbijałam się od dna, by zaczerpnąć powietrza.
Miałam nadzieję, że wśród wodorostów, kamyków i innych bliżej nieokreślonych przedmiotów znajdę prawdziwy skarb Bałtyku… Bursztyn. Była na to mała szansa, gdyż woda ciągle albo mnie znosiła, albo przemieszczała wszystko inne, co się w niej znajdowało. Po jakichś piętnastu minutach zaprzestałam poszukiwań i zaczęłam się bawić bardziej na powierzchni. Unikałam fal, przeskakiwałam przez nie lub wbijałam się w sam ich środek. Oczywiście musiałam parę razy wracać, bo byłam ciągle znoszona przez wodę. Nie wiem dokładnie, ile czasu się tak bawiłam. Możliwe, że ponad godzinę.
Postanowiłam ostatni raz zanurkować. Miałam zamiar wyjść już z morza, które mnie zmęczyło i oziębiło. Marzył mi się odpoczynek na słońcu. Chciałam się wysuszyć, wsłuchując się w melodię tego miejsca. Wzięłam głęboki wdech i popłynęłam w kierunku dna. Nabrałam garść mokrego piasku i patrzyłam, jak się rozsypuje w wodzie. Fale robiły to samo. Wtem odkryły one leżący na dnie mały biały punkt poruszający się wraz z ruchami wody. Sięgnęłam po niego, ale mi uciekł z ręki. Ponowiłam próbę, tym razem skutecznie. Przyciągnęłam go. W ręce trzymałam małą biało-niebieską muszelkę. Zaciekawiona znaleziskiem przejechałam palcem po jej chropowatej powierzchni.
Jak tak mała rzecz może być aż tak ładna?
Uśmiechnęłam się. Wtedy kolejna fala zmiotła mi z ręki muszelkę, która wylądowała między wodorostami. Starałam się ją chwycić, ale bezskutecznie.
Brakowało mi już powietrza. Nie chciałam jednak zgubić swojego znaleziska. Skierowałam się bardziej ku dnu i zaczęłam delikatnie przesuwać glony tak, by nie wzburzyć wody. Fale i brak powietrza nie ułatwiały sprawy, lecz w końcu ją znalazłam. Zacisnęłam rękę, by mi mój mały skarb ponownie nie uciekł. Odbiłam się od podłoża i popłynęłam jak najszybciej ku górze. W miarę tego, jak starałam się dotrzeć na powierzchnię, zauważyłam, że jest coś nie tak. Stałam cały czas w miejscu. Dodałam jeszcze więcej energii do ruchów rąk i nóg, ale było to bezskuteczne. Nagle coś śliskiego złapało mnie za nogę i oplotło ją mocno. Zaczęłam panikować i desperacko się szamotać. Czułam, że się topię. Woda wlewała się w moje gardło, a organizm próbował ją z siebie wyrzucić. Na próżno. Umierałam. Opuszczały mnie wszystkie siły. Miałam jedynie czas spojrzeć na to, co mnie zatrzymało. Glony niczym pnącza oplatały się wokoło całego mego ciała. Nie miałam już siły na nic. Ani na walkę, ani na szamotaninę. Pogodziłam się ze swoim losem, lecz chciałam, by muszelka pozostała w mojej słabnącej dłoni. Wszystko robiło się ciemne, a wodorostowe macki zabierały mnie na samo dno morza. Widziałam, jak światło powierzchni znika na rzecz mroku. Ciemność pochłonęła mnie całkowicie.
Nie wiem, ile czasu upłynęło, zanim odzyskałam świadomość, ale gdy się tak stało, po mojej głowie krążyły pytania.
Dlaczego nic nie widzę i nie mogę się ruszyć?
Dlaczego jestem zawieszona w czarnym bezkresie?
Jak ja się w ogóle tu znalazłam?
Dlaczego nie muszę oddychać?
Spróbowałam wyzwolić w sobie jakikolwiek ruch, lecz bezskutecznie. Przypomniało mi się nagle, czego doświadczyłam. Umysł pokazywał na nowo ten koszmar. Nerwowo zaczęłam rozpatrywać swoją obecną sytuację.
Jestem zawieszona w czarnym bezkresie i możliwe, że nie należę już do żywych. Gdybym nie chciała tej pierońskiej muszli tak bardzo, to pewnie nie byłabym teraz w takiej sytuacji.
Uderzyłabym się w twarz, ale nie miałam jak.
Brawo, po prostu brawo… Czy tak ma wyglądać życie po śmierci? Cóż, jeśli tak, to chyba lepsza pustka niż piekło, prawda?
Jest to ciekawe doświadczenie, gdy wiesz, że istniejesz, ale jednocześnie nie możesz tego fizycznie doświadczyć. Poza tym jest tu spokój, którego tak bardzo mi brakowało na co dzień. Kojąca cisza, możliwość odprężenia się i odcięcia od świata. Rzadko kiedy mogę zebrać w ten sposób swoje myśli. Moja egzystencja obecnie ogranicza się jedynie do mej świadomości. Te wszystkie rozterki, smutki i żale nie mają tu znaczenia.
Trzeba się cieszyć tym, co mam teraz, a później się martwić, jak się stąd wydostać. Uśmiechnęłam się w duchu na tę myśl.
Nie minęło jednak dużo czasu, zanim mój umysł wyczuł zmianę w otoczeniu. Świadomość się wyostrzyła. Ostrzegała o potencjalnym niebezpieczeństwie. Coś wkroczyło do mojej utopii. Wiedziałam i czułam to, ale nie mogłam zobaczyć. Pojawił się we mnie strach zmieszany z determinacją do podjęcia ewentualnej walki. Mimo że byłam zawieszona w miejscu, bez możliwości jakiegokolwiek ruchu, nie miałam zamiaru się poddać, choćby mieli mi wyrwać ostatni fragment mego człowieczeństwa. Cokolwiek to było, zbliżało się do mnie. Byłam już gotowa na spotkanie. W pewnym momencie obiekt zatrzymał się w niedalekiej odległości ode mnie, ale niezbyt blisko. Byłam cały czas czujna, ale jednocześnie chciałam „zobaczyć”, co się stanie dalej. Ciszę pierwszy postanowił przerwać intruz.
– Nie musisz się mnie obawiać. Nie jestem tu, by cię skrzywdzić, ale rozumiem twój niepokój.
Był to łagodny, ciepły i lekko chrypliwy, niski głos kobiecy. Nie wiem dlaczego, ale w tym momencie uleciał ze mnie cały strach. Nieznajoma kontynuowała:
– Jest to nowa dla ciebie sytuacja, a nie mamy za dużo czasu.
Głos kobiety wydawał się dziwnie znajomy. Tak jakbym kiedyś już go słyszała.
– Pamiętaj, proszę, by nie dać sobie wmówić czegoś, co nie jest prawdą. Nie poddawaj się. Wierz mi, to wszystko kiedyś się skończy i przyjdzie do ciebie wielkie szczęście. Nie zapomnij też o najważniejszym. Nie jesteś sama. Jesteśmy z tobą zawsze. Nie daj się zniszczyć przez nich!
Zdałam sobie sprawę, że nie wydusiłam z siebie ani jednego słowa.
Zaraz, kim jesteś? Gdzie jesteś? – spróbowałam zapytać, ale nie mogłam.
Nie byłam w stanie mówić. Nie miałam jak fizycznie mówić, lecz mimo wszystko chciałam ponowić próbę.
Gdzie jesteśmy? Jak to nie jestem sama? O jakim szczęściu ty mówisz?
W dalszym ciągu nie wydobyłam z siebie słowa. Nagle poczułam, jak coś mnie ciągnie w dal, a pustka tak jakby zaczęła się kruszyć i powoli znikać. Cisza została przerwana, a w oddali mego umysłu zaczęłam słyszeć dobrze znany mi głos.
– GABEL, OBUDŹ SIĘ. ZARAZ MASZ LEKCJE! – krzyczała donośnie nasza kucharka, czyli siostra Alicja.
Co? Co-co się dzieje?
Nie docierało do mnie jeszcze nic. Umysłem dalej byłam w mojej nicości z Nieznajomą.
– Obawiam się, że nie mogę cię dłużej tu przytrzymywać.
Czułam, jak kobieta powoli opuszcza pustkę.
Zaraz! Czekaj! Proszę, nie odchodź! – krzyczałam rozpaczliwie w duszy.
Zapewne czując moje desperackie próby, dodała:
– Przepraszam, nie mogę się mocniej przebić do ciebie. Wybrałam też nieodpowiedni czas, lecz nie mogłam czekać, biorąc pod uwagę twój stan. Zanim jednak odejdę, muszę ci coś podarować.
Robiła coś, czego nie potrafiłam wyjaśnić. Czułam jedynie otaczające ją jakieś cząstki. Wokoło niej zbierało się ich coraz więcej, by wreszcie wystrzelić w moim kierunku. W ekspresowym czasie pokonały niewielki dystans i przeszyły mnie całkowicie. Nie bolało mnie to, wręcz przeciwnie – poczułam przyjemne ciepło i siłę. Gdybym miała jak się uśmiechnąć, na pewno bym to zrobiła.
– Bądź silna i nie daj się! Wierzymy w ciebie! Mam nadzieję, że następnym razem uda nam się porozmawiać normalnie.
Nie widziałam jej, ale czułam, jak się uśmiecha do mnie. Następnie opuściła pustkę. Wraz z jej odejściem nicość zaczęła się zapadać, a ja wraz z nią.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Echo smoka
ISBN: 978-83-8373-150-6
© Natalia Szklarzyk i Wydawnictwo Novae Res 2024
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Monika Turała
KOREKTA: Konrad Witkowski
OKŁADKA: Krystian Żelazo
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
