Wydawca: Novae Res Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 450 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziewczyna z daleka - Magdalena Knedler

Słodko-gorzka opowieść o miłości, zemście i zbrodni, z wielką historią w tle.

W pewien styczniowy poranek w domu prawie stuletniej Nataszy Silsterwitz zjawia się młody Anglik, Artur Adams. Przywozi ze sobą kopertę wypełnioną starymi fotografiami i srebrną piersiówkę, na widok której Nataszę ogarnia panika. Kobieta ma pewność, że ten mężczyzna przynajmniej w części zna jej dramatyczną przeszłość. Przeszłość, o której nie powiedziała nikomu – nawet najbliższej rodzinie.

Adams z determinacją dąży do rozmowy z nestorką, a ona wie, że nie będzie w stanie przed nim uciec. I oto – u schyłku życia – przyjdzie jej wyjawić prawdę o sobie. Przed Arturem, ale i przed własną wnuczką, których Natasza zabiera w pełną napięcia podróż do przeszłości - na przedwojenną Wileńszczyznę i skutą lodem Syberię.

Wyrazista bohaterka, tajemnice z przeszłości i siła miłości to elementy fabuły, od której nie sposób się oderwać. Polecam!

Tomasz Radochoński, blog Nowalijki

Dziewczyna z daleka” jest jeszcze lepsza niż „Klamki i dzwonki”. To cudowna, słodko-gorzka opowieść, która z pewnością podbije niejedno czytelnicze serce.

Dorota Kopeć, blog Co przeczytałam

Dziewczyna z daleka” to swoista lekcja historii, ale też piękna opowieść o silnych uczuciach. To książka, w której nie tylko pobrzmiewają echa minionych wydarzeń, ale też splatają się losy kilku pokoleń.

Marta Mrowiec, blog Na regale u Marty Mrowiec

Historia w historii. Opowieść o tym, co tkwi w rdzeniu słowa „rodzina”. Zaskakująca. Jedna z najważniejszych lektur tej zimy.

marpil, blog Z Kafką nad morzem

Magdalena Knedler zaprasza nas do wysłuchania poruszającej opowieści starszej kobiety, która przez kilkadziesiąt lat skrywała prawdę o własnej młodości ‒ prawdę o dziewczynie poszukującej siebie w brutalnej wojennej rzeczywistości…

Miłka Kołakowska, blog Mozaika Literacka

Ambitna opowieść o przekleństwie wojny, syberyjskich realiach, życiu w czasach okupacji. To historia, którą wielu z nas mogłoby usłyszeć od swoich dziadków lub pradziadków – pod warunkiem, że chcielibyśmy posłuchać. No, i zakładając, że nie zamierzają – jak książkowa Natasza – skrywać tajemnicy licząc na to, że nie trzeba będzie jej nigdy wyjawiać. Nawet, jeśli jest bardzo bolesna.

Przemysław Garczyński, 3telnik.pl

Magdalena Knedler - autorka powieści obyczajowych („Pan Darcy nie żyje”, „Winda”, „Klamki i dzwonki”) oraz kryminalnego cyklu o pani komisarz Annie Lindholm („Nic oprócz strachu”, „Nic oprócz milczenia”). Na swoim koncie ma również krótkie formy i publicystykę. Za powieść „Pan Darcy nie żyje” otrzymała nominację do nagrody „Emocje 2015”, przyznawanej przez Radio Wrocław Kultura, a także nagrody kulturalnej „WARTO 2016”, przyznawanej przez „Gazetę Wyborczą”. Pasjonatka dziewiętnastowiecznych powieści, klasycznych kryminałów i malarstwa impresjonistycznego.

Opinie o ebooku Dziewczyna z daleka - Magdalena Knedler

Fragment ebooka Dziewczyna z daleka - Magdalena Knedler

STYCZEŃ 2016Sulistrowice, Sobótka, Masyw Ślęży

I.

Lena zobaczyła jego buty, zanim otworzyła furtkę. Wystawały spod krzaka i od razu rzucały się w oczy. Sznurowane pantofle, ładne, zupełnie nieodpowiednie na taką pogodę, ale idealnie dobrane do garniturowych spodni. Przekrzywiła głowę. Przez chwilę przyglądała się butom i nogawkom z prawdziwą ciekawością, a dopiero po kilku minutach głośno wrzasnęła i naparła na furtkę. Poślizgnęła się na zamarzniętej kałuży i runęła jak długa tuż przy nogach trupa. Nie miała pojęcia, dlaczego uznała, że to trup. Zaklęła, roztarła obolałe biodro i podniosła się z ziemi. Ostrożnie okrążyła krzak. Zachowywała się karygodnie. Powinna przecież pobiec do domu po komórkę i wezwać pomoc. Trup czy żywy, to nie miało znaczenia. Zawahała się i spojrzała w stronę domu. Na ganku zamajaczyła postać Nataszy.

– Babuniu!!! – wrzasnęła Lena. – Dzwoń po karetkę! Szybko!

Wskazała krzak, a Natasza przycisnęła dłoń do klatki piersiowej i zniknęła w głębi domu. Ciekawe, czy tak przejęła się butami wystającymi spod krzaka, czy raczej faktem, że wnuczka nazwała ją „babunią”. Nienawidziła tego. Choć przecież, oczywiście, była babcią. Więc o co zawsze tyle krzyku? Lena odetchnęła i podjęła przerwaną wycieczkę wokół krzaka. Jakoś źle się do tego wszystkiego zabrała. Zbyt lekko potraktowała problem. A nie powinna. Od kilku miesięcy przygotowywała się do dalekiej i niebezpiecznej wyprawy, podczas której całkiem przydatna mogła się okazać umiejętność trzeźwej oceny sytuacji i zachowania zimnej krwi. Tymczasem tutaj…

Tutaj, na śniegu, przed domem babci Nataszy, w krzakach, leżał zupełnie obcy człowiek. Lena pochyliła się, odgarnęła gałęzie i zobaczyła całkiem przystojną, choć teraz lekko sinawą, twarz. Przyłożyła palce do szyi mężczyzny i z ulgą wyczuła puls. Człowiek na śniegu okazał się żywy, ale przecież było zimno i sytuacja mogła łatwo ulec odwróceniu. Co tu robił? Lena zastanawiała się właśnie, czy w ogóle powinna go dotykać, kiedy na ścieżce pojawiła się babcia.

Natasza, jak na swój wiek, poruszała się całkiem żwawo. I chyba nigdy nie marzła. Nawet teraz, w połowie stycznia, o siódmej rano, kiedy termometry wskazywały dwanaście stopni poniżej zera, wyszła z domu w rozpiętym płaszczu, niedbale narzuconym na koszulę nocną. Lena już dawno przestała ją ostrzegać przed zapaleniem płuc. „Złego diabli nie biorą” – powtarzała Natasza. I miała rację. Nigdy nie złapała nawet kataru.

Teraz stanęła przed feralnym krzakiem i wzięła się pod boki.

– No i jak? – spytała rzeczowo. – Umrzyk? Czy jeszcze dycha?

Lena westchnęła. Nie spodziewała się po niej subtelności, ale naprawdę… mogłaby się postarać chociaż ten jeden raz. Nie co dzień znajdowały w ogródku na wpół zamarzniętą ludzką istotę.

– Dycha – mruknęła w odpowiedzi.

– No to zaraz przestanie dychać, jak będzie tak leżał.

– Amerykę odkryłaś.

– Ty mi tu nie pyskuj.

– Babuniu! – zawołała dziewczyna, już porządnie zirytowana.

Natasza pobladła i otworzyła usta, ale w tej chwili na podjeździe zjawiła się karetka. Zadziwiająco szybko. Z pojazdu wyskoczyło dwóch krzepkich młodych ratowników, którzy biegiem ruszyli w stronę prawie-umrzyka. Pochylili się nad nim, dokonali pobieżnych oględzin, po czym przenieśli delikwenta na nosze. Lena automatycznie ruszyła za mężczyznami do karetki. Jeden z ratowników obejrzał się przez ramię.

– Kto to? – zapytał.

– Nie mam zielonego pojęcia – odparła i wzruszyła ramionami.

– Co tu robił? – kontynuował niezrażony.

– Sama chciałabym wiedzieć – odrzekła w podobnym tonie i wskoczyła za nim do karetki.

– A nie, nie! Jak nie z rodziny, to pani nie może z nami jechać.

Spojrzała na ratownika z niedowierzaniem.

– Pan tak na serio? Gość leżał pod moim krzakiem!

– No nie, nie do końca – włączył się do rozmowy drugi z ratowników. – To jest krzak pani Silsterwitz. Ją znamy. Pani nie. Ona może jechać.

– Pan sobie zdaje sprawę z tego, że babcia Natasza ma dziewięćdziesiąt pięć lat i stoi właśnie na śniegu w koszuli nocnej? A tak w ogóle – czy nie powinniśmy się pospieszyć? Jeśli ten miły młody człowiek w garniturze umrze, to ja już się postaram, żeby…

– Skąd pani wie, że miły? Przecież się nie znacie.

– Teraz to sobie żartujemy, prawda?

Zmrużyła oczy, oparła dłonie na biodrach i zastygła w tej walecznej pozie. Musiała wyglądać groźnie, bo ratownik spuścił z tonu.

– Dobra! Już! Po co się tak unosić? Jedziemy.

Drugi z ratowników ulokował się za kierownicą. Lena usłyszała jeszcze, jak mruczy sam do siebie: „I gówniara, i stara – jednakowo wredne jędze”. Uśmiechnęła się pod nosem. Ano pewnie! Ze złośliwą satysfakcją przypomniała sobie, jak pocił się i łamał język, wymawiając nazwisko „Silsterwitz”. Zaskoczyło ją tylko to, że w swoich błyskotliwych pomrukach nie nazwał Nataszy „starą Niemrą”. Przecież wszyscy tak tu o niej mówili.

Oparła się o ścianę karetki i na spokojnie przyjrzała twarzy mężczyzny spod krzaka. Był dość młody i całkiem przystojny – może nie nieziemsko piękny, ale jakiś taki… szlachetny. Zdziwiła się, kiedy na myśl przyszło jej właśnie to określenie. A jednak było wyjątkowo trafne. Odkryła, że patrzy na niego z przyjemnością, choć nadal nie wróciły mu kolory. Co robił w ogródku Nataszy o siódmej rano w piątek?

Dom babci nie był miejscem, obok którego przechodziło się ot tak, przypadkiem, po drodze dokądś tam. Usytuowany pomiędzy Sulistrowicami a Sulistrowiczkami, nieopodal Sobótki, u podnóży góry Ślęży, prawie w lesie, stanowił prawdziwą pustelnię. Owszem, zdarzało się czasem, że pod oknami przemknął jakiś zbłąkany turysta, ale po pierwsze – nie za często, a po drugie – raczej wiosną i latem. Zimą chadzano tędy rzadziej. Niespodziewany gość musiał zatem albo naprawdę zabłądzić, albo… przyjść celowo. Tylko po co? I dlaczego znalazł się pod krzakiem?

Otuliła się szczelniej bluzą i z rezygnacją pomyślała o swoich planach na przedpołudnie. Chciała zrobić sobie długi spacer przez przełęcz Tąpadła, w dobrych butach, ale cienkiej kurtce, żeby się hartować. Dopiero co wróciła z porannej przebieżki po okolicy, od której przez ostatnie dwa tygodnie zaczynała każdy dzień. Uważała, że wciąż ma za słabą kondycję i szybko się męczy. I oczywiście – marznie. A tam, gdzie zamierzała się wybrać za miesiąc, będzie zimno. Niewyobrażalnie, ekstremalnie zimno. Nie pozostało jej zbyt wiele czasu na przygotowania.

– Kojarzę cię – przemówił nagle ratownik. – Z początku myślałem, że wyglądasz znajomo, bo jesteś trochę podobna do starej Niemr… Do pani Silsterwitz, ale nie. Ty jesteś Lena. Milena Rajska.

– Hm? – Lena miała wrażenie, że ktoś wyrwał ją z drzemki.

– Lena Rajska. Kiedyś każdego roku przyjeżdżałaś na wakacje do babci. Chodziłaś po lesie z moim starszym bratem, Jackiem Klimkiem.

– Aha – mruknęła.

Ratownik lekko się stropił. Liczył chyba na miłą pogawędkę dawnych „znajomych”, ale ona zupełnie nie miała na to ochoty. Oczywiście pamiętała starszego Klimka, chłopaka od leśnych wypraw – był okropnie irytujący, za chudy i ciągle podrzucał jej do plecaka wycięte z papieru serduszka, na których wypisywał słowo „love”. Młodszego Klimka jednak w ogóle by nie rozpoznała, gdyby się nie przedstawił. Dawniej wprawdzie pojawiał się gdzieś w tle od czasu do czasu, ale rzadko rozmawiali. A teraz siedzieli razem w karetce… To ciekawe, w jakich osobliwych sytuacjach ludzie niekiedy spotykają się po latach.

– Potem przestałaś przyjeżdżać. Podobno byłaś długo za granicą. Mój bro mi mówił. Coś tam obczaił w necie.

„Bro”. „Obczaił”. Bardzo ładnie… Młodszy potomek Klimków nie dawał za wygraną. Może uznał, że Lena sprawia wrażenie osoby „cool” i „w porzo”? Ile on miał właściwie lat? Skoro pracował jako ratownik, musiał już wyrosnąć z piaskownicy…

– Tak. Faktycznie. – Nie zamierzała rozwijać wypowiedzi.

– No i znowu się widzimy. Jesteś opalona na maksa. Czyżby melanżyk na Karaibach przed wizytą u staruszki? – dorzucił i roześmiał się głupkowato.

Spojrzała na niego z politowaniem. Musiała jak najprędzej go uciszyć. Skutecznie. Nabrała pewności, że kolejnej uwagi o „melanżyku” na Karaibach i opaleniu „na maksa” zwyczajnie nie zniesie. Na szczęście dojeżdżali już do szpitala. Ucieszyła się, że będzie mogła załatwić to krótko i po żołniersku, tak jak lubiła najbardziej.

– Właśnie wróciłam z Syrii – oświadczyła i machnęła niedbale ręką.

Młodszemu Klimkowi zrzedła mina, co wcale jej nie zaskoczyło. Tak samo rzedły miny innym ludziom, kiedy wspominała o Syrii. Znała dobrze widok uśmiechu zastygającego na twarzy, nieprzyjemny grymas, wzrok uciekający gdzieś w bok. A przecież Lena była tam naprawdę krótko. Za krótko, by w pełni odczuć przestrzeń.

***

Natasza stała na śniegu jeszcze długo po tym, jak karetka zniknęła za ostatnim zakrętem. Dziś po raz pierwszy od sześćdziesięciu lat poczuła chłód. Miała wrażenie, że sztywne palce mrozu zaciskają się na jej szyi, ramionach, głowie, formują się w pięści i uderzają w plecy, brzuch i kolana. Zachwiała się pod gradem ciosów. Na chwilę ukryła twarz w dłoniach, po czym wyprostowała się, uspokoiła oddech i spojrzała na ośnieżone łąki, rozpościerające się za jej domem. Tutaj rzadko padał śnieg, a kiedy już się to od wielkiego dzwonu zdarzało – szybko topniał. Chociaż dawniej, przed laty, trafiło się kilka srogich zim. Śnieg skrzypiał pod stopami i srebrzył się w promieniach słonecznych, mróz malował na szybach fantastyczne wzory, a dni były krótkie.

Wtedy Nataszy zdawało się, że znowu tam jest, że wróciła do miejsca, do którego obiecała sobie nie wracać już nigdy. W takich chwilach zdobywała się na coś, co kłóciło się z jej surowym, niemal ascetycznym trybem życia. Szła do domu, przyrządzała doskonałą herbatę z miodem i cytryną lub gorącą, gęstą czekoladę. Rozpalała w kominku, siadała w fotelu, otulała się kocem i czytała książkę. Tak długo, aż zaczynały ją boleć oczy, a litery zlewały się w niewyraźną całość.

Herbata, czekolada, książka, koc, kominek. Ciepło. Cisza. To były haczyki, które mocowały ją do rzeczywistości i dawały poczucie bezpieczeństwa. Tam, najdalej stąd, nie było herbaty i czekolady. Nie było książek, przez całe lata. A koc… Koc jakiś był. Inny, szorstki. Nie otrzymała go tylko dla siebie. Musiała się nim podzielić.

Teraz to nieważne. Prawie nieważne. Bo przecież widziała tego młodego mężczyznę na śniegu. Wyglądał tak znajomo, że w pierwszej chwili Natasza przestała oddychać. Bała się podejść bliżej, przekonać na własnej skórze, czy ma rację, czy też myli ją wzrok i zawodzi rozum. Rozum miała prawo już stracić. W jej wieku to nic szczególnego, nikt by się nie zdziwił. Natasza nadal nie była niczego pewna. Choć przecież widziała nos chłopaka, wyraźnie zarysowane kości policzkowe, kształt brody. Lekko kręcone włosy w osobliwym, rudobrązowym kolorze. Nie, to niemożliwe. Musiała się pomylić. Zobaczyła to, co… chciała zobaczyć? Czy raczej to, co prześladowało ją w snach?

Zadrżała i skrzyżowała ramiona na piersi. Rozejrzała się niepewnie. Po raz pierwszy przeraziła ją niczym nie zmącona cisza i świadomość, że została na tym pustkowiu zupełnie sama. Choć przecież wiele lat mieszkała tutaj w pojedynkę, a za całe towarzystwo wystarczały jej drzewa, krzewy i kwiaty w ogrodzie, książki, radio, telewizor i komputer. Uwielbiała buszować po internecie i oglądać filmy na DVD. Zwłaszcza jeden film – Cyrulik syberyjski Nikity Michałkowa, o oficerze skazanym na zsyłkę za zbrodnię, której nie popełnił. Nowinki techniczne i prędkość przesyłania informacji paradoksalnie łączyły ją z przeszłością, historią i tradycją. Ironia losu?

Pomyślała, że właśnie teraz, w tej trudnej i niezrozumiałej chwili, Cyrulikbędzie dobrym pomysłem. Oczywiście nie zdąży obejrzeć całego filmu, ale pozwoli sobie chociaż na kilka minut. I jeszcze na gorącą kawę, może śniadanie. Natasza naprawdę przemarzła. To wszystko było takie nowe, a jednocześnie tak dobrze znane. Strach, samotność, zimno. Dawno pogrzebane emocje, które teraz zdawały się intensywne, żywe i bolały jak świeżo odniesione rany.

Co ten chłopak tutaj robił?

***

– Co ten chłopak tam robił?

Lena leniwie uniosła głowę. Zawsze, kiedy ktoś kilkakrotnie powtarzał głupie pytanie, ogarniała ją obojętność. A przecież to była już trzecia osoba, przed którą musiała się tłumaczyć. Najpierw narwana pielęgniarka z izby przyjęć, później stary lekarz i teraz – dla odmiany – lekarz młody. Mogliby usprawnić przepływ informacji. Na szczęście ten ostatni wpadł na pomysł, by człowiekowi spod krzaka przetrzepać kieszenie, i tak oto nieszczęśnik zyskał tożsamość. Nazywał się Artur Adams, miał trzydzieści cztery lata i pochodził z Wielkiej Brytanii, z Brighton. A przynajmniej tak mówiły jego papiery. Szkoda, że nie można było z nich wyczytać, co robił w Polsce, na Dolnym Śląsku, pod Sulistrowicami, w ogródku prawie stuletniej Nataszy Silsterwitz. U podnóża Ślęży. O cholernej siódmej rano. Nieprzytomny i prawie zamarznięty.

– Proszę pani?

Lekarz spojrzał na nią z uwagą. Otrząsnęła się i spróbowała skoncentrować, bo najwidoczniej czekał, aż udzieli mu odpowiedzi.

– Nie wiem, co ten chłopak tam robił – powiedziała powoli, hamując wściekłość. Nie chciała mieć tutaj wrogów. Albo przynajmniej nie za wielu. – Już to tłumaczyłam pana koledze i koleżance z izby przyjęć.

– Przyzna pani, że to jednak trochę dziwne, bo siódma rano, pustkowie i on…

Tak. Siódma, pustkowie, on. Kto jeszcze zamierzał to powtórzyć, i ile razy? Lekarz mógłby jej powiedzieć coś, czego nie wiedziała. Uśmiechnęła się sztucznie i pokiwała głową. Uznała, że – jak zwykle w podobnych sytuacjach – najlepiej będzie zmienić temat.

– A czy nie uważa pan, że teraz należałoby się raczej przejąć jego stanem? Przecież sprawa jest poważna, człowiek leży tam nieprzytomny i… – Zawiesiła głos.

– Jest pijany – skwitował lekarz i wykonał dłonią charakterystyczny gest.

– Co proszę? – Tego się nie spodziewała.

– Pijany. W sztok, mówiąc ściśle.

Lena z jękiem opadła na krzesło. Sytuacja z dziwnej przeistoczyła się w całkiem kuriozalną. Jakiś obcy osobnik z angielskimi dokumentami znalazł się w ogródku babci Nataszy o siódmej rano, zalany w trupa. Wspinał się po pijaku na Ślężę? A może… Nagle doznała olśnienia. Oczywiście! W Sulistrowicach były takie małe drewniane domki do wynajęcia. Pracownicy wrocławskich firm często zamykali się w nich na całe weekendy i imprezowali. Czy robili to także zimą? Na pewno. Co to komu szkodzi, że trochę zawiewa i ciągnie? Tak, teraz wszystko się pięknie układało. Sir Artur był pewnie pracownikiem wrocławskiej korporacji i popił sobie trochę z kolegami, żeby odreagować codzienną nerwówkę. A później wyszedł po coś na zewnątrz, może chciał po prostu odetchnąć świeżym powietrzem, i zabłądził. W takiej sytuacji rzeczywiście mógł dotrzeć aż pod las, czyli prawie do domu babci. I świetnie. Sprawa jasna jak słońce. Lena uśmiechnęła się z satysfakcją i opowiedziała o swoich domysłach lekarzowi. Ten podrapał się w zadumie po czole.

– Niby się zgadza, ale jest jeszcze coś, o czym pani nie wie.

Lena z rosnącą konsternacją obserwowała lekarza, który wsunął dłonie w lateksowe rękawiczki i położył na biurku dwa przedmioty. Piękną, srebrną, rzeźbioną piersiówkę i kopertę. Piersiówka była pusta, a koperta, dla odmiany, wypchana tak, że prawie się rozpadała. Lekarz uniósł dłoń i teatralnie zatoczył nad tym wszystkim koło. Nie miała pojęcia, w czym problem. Medyk najwidoczniej był z tych, co lubią robić z igły widły i w każdym człowieku widzieć szpiega, stalkera albo seryjnego mordercę. Pewnie dlatego te rękawiczki. Lena nie wytrzymała i parsknęła śmiechem.

– No błagam, co pan? Materiał dowodowy zbiera? Boi się zetrzeć odciski palców? Przecież chyba…

– Policja już tu jedzie – oświadczył z powagą.

– Słucham?!

Teraz już całkiem osłupiała. Policja? Lena spojrzała na lekarza niemal ze strachem. Czyżby babcia Natasza słusznie zauważyła, że teraz służba zdrowia przepracowana i z przemęczenia zupełnie otumaniona?

– Na cholerę policja? – zapytała, podrywając się z krzesła. Nie miała już ochoty bawić się w dyplomację, a jej rozmówca wspaniałomyślnie zignorował „cholerę”.

– Lepiej go pilnować, a kiedy się ocknie, od razu przesłuchać – oświadczył i pokiwał głową.

– Ale… przecież pan oszalał!

– Oj, dobrze o pani mówili. Taka sama narwana, jak…

– Wiem, wiem! – zawołała Lena, teraz już z nieukrywaną wściekłością. – Jak moja babcia, stara Niemra! To pan zamierzał powiedzieć?

Medyk stropił się i odwrócił wzrok.

– Nie chciałem użyć tego określenia. Miałem już do czynienia z panią Silsterwitz. Bardzo miła kobieta. Nieco… hm… oschła, ale miła.

– Akurat! – Lena prawie się roześmiała. O babci wiele można było powiedzieć, ale raczej nie to, że jest miła. A „oschła” zabrzmiało prawie jak komplement.

– Ach, czy to teraz ważne? Wróćmy do sprawy. Po prostu coś mi się w tym chłopaku nie spodobało i postanowiłem działać.

– Świetnie!

– Zajrzałem też do jego komórki. Myślałem, że może w wiadomościach i mejlach trafię na jakiś ślad jego rodziny.

– I co? Trafił pan?

– Nie. Same ksywki… Skąd mam wiedzieć, kim jest White Queen albo Black Queen? Może pan Artur Adams nazywa tak swoją matkę i siostrę, a może homoseksualne sąsiadki zza ściany, które prowadzą wegańską piekarnię?

– Hm? Czy pan się dobrze…

– Mniejsza o to! Znalazłem coś innego. Korespondencję, z której wynika, że ten mężczyzna szukał aktualnego miejsca zamieszkania Nataszy Silsterwitz.

– Czyżby?

– I znalazł ją dzięki pani.

– Dzięki mnie? Jakim cudem?

– Chodzi o to, że pani babcia właściwie nie istnieje w internecie. Wiadomo – nie ma konta na Facebooku, nie ma firmy, nie udziela się w sieci, całe lata mieszkała w Niemczech, gdzie też nie była osobą publiczną. Niełatwo kogoś takiego wytropić. Ale pani… to co innego.

Lena poczuła, że kręci jej się w głowie. Nie miała tylko pojęcia, dlaczego słowa lekarza wywarły na niej aż takie wrażenie. Owszem, o Milenie Rajskiej ktoś mógł słyszeć. Od ośmiu lat podróżowała po świecie i pisała serię reportaży Przestrzenie wojny, ale nie była żadną wielką gwiazdą. Zdobyła kilka nagród, jej książki sprzedawały się nieźle, a ona sama nie zwalniała tempa. Jednak babcia nie miała z tym wszystkim nic wspólnego.

Natasza Silsterwitz była skromną sprzątaczką. Urodziła się w Polsce, ale za okupacji wywieziono ją na roboty do Niemiec i tam już została. Wyszła za mąż za ślusarza, urodziła córkę i aż do emerytury mieszkała w Konstancji, nad Jeziorem Bodeńskim. Dziadek Leny umarł dość młodo, ale babcia nie wyszła powtórnie za mąż. Samotnie wychowywała córkę Evę, która poślubiła ekonomistę polskiego pochodzenia. A później, nagle, w swoje siedemdziesiąte urodziny, Natasza wymyśliła, że chciałaby zamieszkać w Polsce, najlepiej w małej miejscowości, blisko lasu.

Wszystkich zaskoczyła.

Córka, która na początku lat dziewięćdziesiątych przeniosła się z mężem do Warszawy, ucieszyła się z tego pomysłu, ale martwiła ją perspektywa zamieszkania matki pod lasem. Natasza była jednak nieugięta. Sama znalazła sobie odpowiednie miejsce. Sulistrowice, nieopodal Wrocławia. Miasteczko, które przed wojną znajdowało się w granicach Niemiec i nosiło nazwę… Gross Silsterwitz. Pani Silsterwitz uznała, że będzie bardzo zabawnie, jeśli ona – z takim nazwiskiem – właśnie tam osiądzie. Córka przestała się wreszcie sprzeciwiać, a zięć, który objął intratną posadę w banku, wsparł całe przedsięwzięcie finansowo. I tym sposobem Natasza zamieszkała w domku pod lasem, u podnóża pradawnego wzniesienia.

Jako dziecko Lena uwielbiała ją odwiedzać. Babcia wprawdzie zrzędziła, narzekała na cały świat, była raczej chłodna i mało subtelna, ale za to okolica o każdej porze roku wydawała się nieskończenie piękna. Nad wszystkim górowała dumna, imponująca Ślęża, niegdyś ośrodek pogańskiego kultu solarnego. Można było nawet przeboleć to, że babcia zawsze wołała na wnuczkę Milena albo Mila, nigdy Lena. Bo przecież „Lena to jak u Ruskich”.

Tak, Natasza Silsterwitz była zwykłą, prostą, słabo wykształconą niemiecką sprzątaczką, która za miesiąc kończyła dziewięćdziesiąt pięć lat. Po co miałby jej szukać jakiś młody Anglik? Przecież to absurd! Lena chciała właśnie głośno wyrazić swoje oburzenie, kiedy do gabinetu zajrzała pielęgniarka.

– Panowie z policji już są. I pacjent się… hm… poruszył. Ale trudno uznać, żeby nawiązał kontakt.

Lekarz zdjął rękawiczki i skoczył ku drzwiom. W progu obrócił się, by spojrzeć na Lenę.

– Proszę tutaj na mnie poczekać. Może pani zajrzeć do tej koperty, są tam jakieś stare zdjęcia. Tylko proszę pamiętać o rękawiczkach!

Mężczyzna ulotnił się, zanim zdążyła odpowiedzieć. Zerknęła na kopertę. Nie, to jakieś głupie żarty! Po co miałaby oglądać czyjeś stare fotografie? Chyba że dla zwykłego zabicia czasu. Zawahała się, po czym zdecydowanym ruchem sięgnęła po parę rękawiczek. Skoro i tak tu siedziała…

***

Nie miała pojęcia, ile czasu upłynęło, zanim przejrzała całą zawartość koperty. Uwielbiała zdjęcia, od zawsze uważała, że jest w nich coś niezwykłego. Nawet kiepska fotografia w magiczny sposób zatrzymuje czas, ujmuje postać w stop-klatkę i czyni nieśmiertelną. Ocala od zapomnienia osoby, miejsca i sytuacje, a niekiedy nawet emocje. Szczególnego szacunku do sztuki fotograficznej Lena nabrała jednak dopiero wtedy, kiedy zaczęła podróżować po świecie i pisać reportaże. Jej słowa również utrwalały oglądaną rzeczywistość, ale treść odpowiednio zilustrowana wydawała się znacznie bogatsza. Lena nie uciekała od obrazu, nigdy nie głosiła wyższości literatury, nie stawiała na piedestale jej kreacyjnej mocy. Owszem, wiedziała, że dobra opowieść silnie oddziałuje na wyobraźnię i właściwie nie potrzebuje wsparcia, ale i tak zawsze starała się o najwyższej jakości zdjęcia do swoich publikacji. I wszędzie towarzyszył jej fotoreporter, Marek Tkacz, utalentowany, odważny, wrażliwy na detal. Sama również potrafiła zrobić niezłą fotografię, niemniej uważała się w tej dziedzinie za amatorkę. Nie miała odpowiedniego refleksu, nie myślała obrazem. Myślała tekstem.

A fotografie znalezione przy chłopaku… były szczególne. Nie potrafiłaby dokładnie ocenić, kiedy powstały, ale na odwrocie niektórych widniały daty. Zdjęcia wykonano przed wojną, w latach trzydziestych. Były stare, kruche, niezwykle delikatne, ale jednocześnie odbite solidnie, na grubym papierze, z pietyzmem właściwym dawnym mistrzom. Przypomniały się jej słowa Nataszy, która zawsze powtarzała, że przed wojną wszystko było lepsze, porządniejsze i trwalsze. Dobre buty i płaszcze służyły człowiekowi przez lata, podczas gdy teraz rozpadają się po jednym sezonie. Miała sporo racji. A jednocześnie w jej wypowiedziach na temat złotych lat trzydziestych zawsze była mowa tylko i wyłącznie o przedmiotach. Czasem babcia wspominała też o miejscach, o swojej rodzinnej Warszawie, którą określała jako miasto widmo, istniejące już teraz jedynie w pamięci nielicznych. Nigdy nie pokusiła się o detale. Mówiła ogólnikami i szybko zmieniała temat. O swojej rodzinie nie wspominała prawie wcale. Raz tylko, przyparta do muru przez wnuczkę, wyznała: „Nie ma co gadać, u nas żadnych bohaterów nie było, zwykła praska biedota, wymarła w czasie wojny. Nikt świata ani ciemiężonej przez Ruska i Niemca Polski nie ratował”.

Lena przestała się dopytywać. A teraz wciąż od nowa przekładała w palcach stare fotografie, na których widniały nieznane jej miejsca i obce twarze. Na kilku rozpoznała Wilno, przedwojenną Kalwaryjską i Krzywe Koło, Ostrą Bramę, most przerzucony nad Wilią. Przydała się jej tutaj fascynacja historią Kresów i Towarzystwem Filomatów, oglądanie dawnych rycin i obrazów. Teraz Wilno wyglądało nieco inaczej, choć wciąż dało się w nim rozpoznać uroczą przedwojenną metropolię. Z Warszawą nie było już tak prosto… Pozostałe zdjęcia, te, których nie wykonano w mieście, nic jej nie mówiły. Przedstawiały głównie kobietę i mężczyznę, urokliwy dworek z czterema białymi kolumnami i spadzistym dachem, owalny podjazd, staromodne auto i bryczkę. Kobieta i mężczyzna utrwaleni zostali również na tle pól, łąk i lasów, a także właśnie w Wilnie. Ona była ładna, czarnowłosa, smukła i dość elegancka, choć ubrana skromnie, on zaś – przystojny, postawny, o prezencji Eugeniusza Bodo. Przyćmiewał partnerkę. Był olśniewający, wyglądał niemal jak gwiazda złotej ery Hollywood.

Lena złapała się na tym, że uśmiecha się podczas oglądania tych fotografii. I że zupełnie zapomniała, gdzie się znajduje i w jakim celu tu przyszła. Humor całkiem jej się popsuł. Oderwała wzrok od obcych ludzi z innego świata i starannie umieściła zdjęcia w kopercie. Wstała z krzesła, podeszła do drzwi i wyjrzała na korytarz. Od razu dostrzegła znajomego lekarza, który z powagą tłumaczył coś dwóm umundurowanym policjantom. Najwidoczniej nie zauważył, że mężczyźni słuchali go z pobłażliwymi uśmiechami.

Wysunęła się z gabinetu i zbliżyła do nich.

– O! Pani Rajska. To właśnie ona znalazła zwł… nieprzytomnego! – zawołał lekarz na jej widok. – Miała pani zaczekać w gabinecie – dodał z wyrzutem.

– Znudziło mi się – mruknęła.

Policjanci spojrzeli na nią i uśmiechnęli się z jeszcze większą pobłażliwością. Lena wreszcie zdała sobie sprawę z tego, jak wygląda. Legginsy, polar, sportowe buty i kurtka, szalik i czapka, której nie zdjęła, bo zdawała sobie sprawę ze stanu swoich włosów. Była przecież na tej całej porannej przebieżce i dopiero po niej zamierzała wziąć prysznic. Nie miała makijażu, a skóra na wargach popękała jej od wiatru i zimna. Poza tym musiała się wydawać nieprzyzwoicie jak na tę porę roku opalona. Pomyślała o eleganckiej nieznajomej ze zdjęć, które przed chwilą oglądała. Przedwojennych dam z pewnością nie ucieszyłby widok współczesnych, flejtuchowatych kobiet. Lena okryła się szczelniej kurtką.

Lekarz wreszcie postanowił przerwać tę spontaniczną zmowę milczenia.

– To pani Milena Rajska. Ona znalazła podejrzanego – powtórzył, tym razem z większym opanowaniem.

Jeden z policjantów zamaskował chichot chrząknięciem. „Podejrzanego”. Świetnie. Zawsze to jakiś kompromis między „zwłokami” i „nieprzytomnym”. Lenie zrobiło się wstyd za lekarza. Wzdrygnęła się.

– No cóż, panie doktorze, dziękujemy za… eeee… wprowadzenie w temat. Przyjrzymy się panu Adamsowi i porozmawiamy z nim, kiedy już będzie w stanie.

– Ale zostawicie go tutaj tak po prostu? – Lekarz nie krył oburzenia.

– Postawimy kogoś pod salą – zapewnił go mundurowy. Zamierzał chyba dodać „dla świętego spokoju”, ale najwidoczniej ugryzł się w język.

– Chciałabym też zostać – wtrąciła się Lena. – Poczekam, aż wytrzeźwieje. W końcu leżał pod krzakami w moim ogródku. Muszę się dowiedzieć, co tam robił.

Policjanci pokiwali głowami. Wciąż wyglądali na rozbawionych. Lena uświadomiła sobie nagle, że być może niepotrzebnie się wyrwała z propozycją pozostania w szpitalu. Mogła chociaż wrócić do domu, wykąpać się i coś zjeść. Porozmawiać z babcią… Babcia! Przez cały ten cyrk zupełnie zapomniała o Nataszy. A jeśli coś się jej stało? Może przeżyła szok, serce nie wytrzymało i… Nie, Natasza była twarda i nie padłaby trupem z tak błahego powodu, jak nieprzytomny człowiek w śniegu, nawet na wpół zamarznięty. Wielki Kreator musiałby się bardziej wysilić, by usunąć ją z ziemskiego padołu. A jednak Lena zaczęła się martwić. Poza tym nie wzięła przecież ze sobą komórki. Powinna wrócić do domu. Załatwi to, co najważniejsze, i znowu tu przyjedzie. Własnym autem, ubrana jak człowiek. Uśmiechnęła się uroczo i poinformowała policjantów, że zmieniła plany. Znowu równocześnie pokiwali głowami. Chyba było im już dzisiaj naprawdę wszystko jedno. Tylko lekarz wydawał się niezadowolony.

– Chce pani pojechać do domu teraz? W takiej chwili? No przecież ten człowiek zagrażał pani bezpieczeństwu, on…

– Tak, tak! – przerwał pospiesznie jeden z mundurowych. – Wszystkim się zajmiemy, kolega zostanie na posterunku. A ja może panią podwiozę?

Chciała w pierwszym odruchu odmówić, ale zdała sobie sprawę, że faktycznie przydałby się jej jakiś transport. Zgodziła się i grzecznie podziękowała. Kiedy opuścili szpital, oboje z policjantem równocześnie wybuchnęli śmiechem. Lena, bardzo rozbawiona, usadowiła się w radiowozie. Pomyślała, że chyba niepotrzebnie się tym wszystkim aż tak przejęła. Po prostu król Artur urwał się z solidnie zakrapianej imprezy i zbłądził pod krzak. Nosił przy sobie rodzinne pamiątki, zdjęcia swojej babci, ciotki czy kogo tam jeszcze. Nic podejrzanego, nic tajemniczego. Nic, czym musiałaby się naprawdę martwić.

Lena zerknęła na policjanta, który wyprowadził już auto na szosę. Pech chciał, że był bardzo przystojny. Przystojni zawsze trafiają się w nieodpowiednich momentach.

– Czytałem kilka pani reportaży – odezwał się nagle, nie odrywając wzroku od drogi. – Są świetne. Zapytałbym o autograf, ale obiło mi się o uszy, że pani nie podpisuje swoich książek.

– Rzeczywiście. Nie podpisuję – przyznała. – To takie moje dziwactwo. Piszę o przestrzeniach wojny, ale jestem wojnie przeciwna. Więc gdyby spełniły się moje marzenia o pokoju na świecie, to nie miałabym o czym pisać i…

Urwała. Nigdy nie potrafiła nikomu dokładnie wytłumaczyć, dlaczego zdecydowała się nie podpisywać na spotkaniach autorskich swoich książek. Nie umiała tego wyjaśnić nawet wydawcy, który nieustannie namawiał ją, by zmieniła zdanie. Ale policjant nie zamierzał wdawać się w dyskusje i tylko się uśmiechnął.

– W takim razie, jeśli nie autograf, to może kawa? Zdążymy, zanim znowu pani dokądś wyjedzie?

– Zdążymy – odpowiedziała.

Poczuła się prawie dobrze. Uznała, że zdążyła dziś zasłużyć na odrobinę przyjemności. Tym bardziej że już dawno nie była na prawdziwej randce. Dawno też nie miała na nic podobnego ochoty i nie myślała poważnie o żadnym mężczyźnie. Nie lubiła tracić czasu. Luźna relacja z Markiem, fotoreporterem, z którym współpracowała, i sporadyczne przygody „na trasie” zupełnie jej wystarczały. Związki… Lena nie pamiętała, kiedy ostatnio umówiła się z kimś na kawę tak po prostu, w celach czysto towarzyskich i dla przyjemności. A teraz poczuła, że naprawdę podoba jej się ta perspektywa.

– Zdążymy, zdążymy – powtórzyła cicho, zapatrzona w szybę, za którą wyrastała falująca ściana lasu.

 

II.

Wszystko poszło inaczej, niż Artur sobie zaplanował. Idiotyczny okazał się przede wszystkim pomysł ze spacerem. A przecież miało być pięknie. Zostawił swoje rzeczy w Sobótce, w niewielkim mieszkaniu, które wynajął na kilka tygodni, i do Sulistrowic ruszył piechotą. Pomyślał, że to pozwoli mu ukoić nerwy i zebrać myśli przed czekającym go spotkaniem. A dokładnie – niezapowiedzianą wizytą, którą zamierzał złożyć Nataszy Silsterwitz. Przez całą noc właściwie nie zmrużył oka. Co godzinę wygładzał dłonią garnitur i wyprasował sobie siedem koszul. Kiedy zdecydował, którą włożyć, zaczęły się poszukiwania odpowiedniego krawata. Później pastował buty. Jeszcze później starannie przejrzał zdjęcia, by się przekonać, czy na pewno zabrał wszystkie. I czy odpowiednio je wyselekcjonował i rozdzielił do dwóch kopert. Jedną zamierzał wziąć ze sobą do pani Silsterwitz, a drugą zostawić w mieszkaniu. Fotografie nie mogły się pomieszać. Dopiero później, po wszystkim, chciał…

„Po wszystkim”! „Chciał”! Mógł sobie chcieć. Pojęcia nie miał, czy spotkanie z Nataszą Silsterwitz w ogóle dojdzie do skutku. Czy ona go nie wygoni. Żeby zmniejszyć ryzyko, Artur postanowił wyglądać porządnie i elegancko, wzbudzać zaufanie. Dowiedział się, że u pani Silsterwitz aktualnie przebywa wnuczka, ta reportażystka, i nieco się jej obawiał. Musiał przekonać do siebie dwie kobiety, a nie tylko jedną, jak z początku zakładał. Nie mógł dać sobie więcej czasu i czekać, aż dziewczyna znowu gdzieś wyruszy. Może zechce zostać dłużej, a on od lat zbierał się na odwagę, by tu przyjechać. Od lat! Teraz nie chciał już niczego odwlekać. Liczył na to, że jednak się porozumieją, choć pewnie nie od razu. Nie od razu… Oczywiście, że nie. Biorąc pod uwagę to, z czym przybył, Artur spodziewał się niemałego oporu ze strony Nataszy. A jednak musiał z nią porozmawiać. Musiał zadać te wszystkie pytania, które nosił w sobie od tak dawna. Chciał poznać prawdę – i chciał powiedzieć prawdę jej.

Z Sobótki wyruszył o piątej rano, co było posunięciem najgłupszym z możliwych. Temperatura spadła do piętnastu stopni poniżej zera, a on wybrał się na przechadzkę w pantoflach, garniturze i eleganckim, aczkolwiek żałośnie cienkim, płaszczu. Oczywiście nie włożył czapki ani szalika, bo te, które zabrał z Brighton, nie pasowały do tak skomponowanego stroju. Stroju, który miał wszystko ułatwić, pomóc zrobić dobre pierwsze wrażenie, stanowić przepustkę do świata Nataszy Silsterwitz. Poza tym do Sulistrowic z Sobótki było niedaleko. Tak mówiła mapa i tak mówili ludzie. Artur uznał, że poradzi sobie bez problemu.

Zabłądził niemal od razu, kiedy postanowił pójść skrótem. Owszem, trafił do jakiejś miejscowości, która nazywała się Sulistrowiczki, ale szybko się okazało, że to jednak nie to samo, co Sulistrowice. Szedł jednak dalej. Przemarzł na kość, a wszędzie wokół było jeszcze zupełnie ciemno. Poza tym uświadomił sobie, że o tej godzinie wizyty naprawdę składać nie wypada, zwłaszcza niezapowiedzianej, toteż będzie musiał swoje odczekać. Usiadł więc na ławce – już w Sulistrowicach – i trząsł się przez chwilę, wpatrując się z nadzieją w niebo i oczekując pierwszych promieni słonecznych.

Tam właśnie dołączył do niego pewien dżentelmen. Ubrany porządnie, w markowe ciuchy i ciepłą kurtkę, niemniej – kompletnie pijany. Zagadał. Zdania składał bełkotliwie, ale ładnie, i miał rozbudowany słownik, więc Artur doszedł do wniosku, że facet nie może być pierwszym lepszym menelem. Dlatego sam również zagadał. Pijany człowiek miał na imię Radek i zaczął opowiadać o wynajętym domku pod Sulistrowicami i o imprezie, która zakończyła się zbiorową nocną wyprawą do monopolowego w Sobótce. Pech chciał, że Radek w ferworze walki z procentami stracił kontakt ze swoją kompanią. Tak trafił na ławkę. Pogadali jeszcze chwilę, po czym Radek – całkiem przytomnie, zważywszy na jego stan – zauważył, że Artur się trzęsie, i litościwie podał mu flaszkę gorzkiej żołądkowej. Artur wahał się przez dłuższą chwilę. Naprawdę ze sobą walczył. Nie przepadał za alkoholem, a teraz jeszcze był na czczo, zmarznięty i po nieprzespanej nocy. To się mogło skończyć tylko źle. Ostatecznie jednak przegrał bitwę z zimnem. Nie czuł już rąk, nóg, policzków i w ogóle chyba niczego. Spróbował tej gorzkiej… Tylko kilka łyków. Może kilkanaście.

Później szedł dalej, owszem. Z początku czuł się całkiem rześko i wreszcie było mu ciepło. Alkohol zaczął działać dopiero po chwili. Artur myślał, że to na pewno z zimna i ze zmęczenia tak bardzo kręci mu się w głowie i że nieprzyjemne objawy zaraz ustąpią. Znalazł wreszcie ten dom, dotarł do celu. W oknie, chyba kuchennym, paliło się światło, a zatem przynajmniej jedna z kobiet musiała już wstać. To się naprawdę świetnie składało. Miał swój szczęśliwy finał. Należało tylko chwilę odczekać, chociaż do ósmej… Ulokował się za krzakiem. I tyle.

Teraz z trudem otwierał oczy i rejestrował pierwsze dźwięki. Bolało go wszystko. Głowa, gardło, każdy mięsień. Wciąż miał problem z poczuciem rzeczywistości. Chyba śnił. Bo przecież powinien znajdować się za krzakiem. Powinno być zimno. Powinien mieć na sobie swój idiotyczny wymuskany garnitur i równie głupi elegancki płaszczyk. Powinno być ciemno, ewentualnie szaro. A tutaj było ciepło i jasno. Rzeczy, które miał na sobie, uszyto ze zdecydowanie innego materiału niż jego własne ubrania. W powietrzu nie unosił się rześki zapach poranka, tylko… jakby śmierdziało. Co to?

Artur uniósł lekko głowę i otworzył usta, żeby coś powiedzieć, kogoś może zawołać. I wtedy dokonał odkrycia. Otóż to on śmierdział. Jak ostatni… – tak, tak, nie bał się użyć w myślach tego słowa – menel. Obiecał sobie solennie, że właśnie w tej chwili po raz pierwszy i ostatni w życiu otarł się o zapach nie w pełni przetrawionej gorzkiej żołądkowej.

Nie to było jednak najgorsze. Najstraszniejsza wydała się nagle Arturowi świadomość, że zawiódł. A nie zawiódł nigdy wcześniej. Zawsze był grzecznym, miłym, ułożonym chłopcem, dostawał dobre stopnie w szkole i cierpliwie znosił to, że wszyscy rówieśnicy nazywali go kujonem, sztywniakiem, maminsynkiem, boidupą i świętszym od arcybiskupa Canterbury. Rzadko chadzał na imprezy, a alkoholu po raz pierwszy napił się na studiach. Tak, właśnie. I teraz, niestety, odczuwał tego efekty. Zupełnie nie miał kondycji.

Ta sytuacja mogła się skończyć tylko źle. Szlag trafił poczucie obowiązku, odpowiedzialność, uczynność i chęć niesienia pomocy wszystkim żywym stworzeniom chodzącym po świecie. Arturowi zrobiło się nagle całkiem słabo. A co, jeśli to ona go znalazła? Natasza Silsterwitz? Albo jej wnuczka? Albo obie?! No, wtedy koniec z całą eskapadą, tak skrupulatnie zaplanowaną, choć sprawiającą wrażenie chaotycznej i trącącej amatorszczyzną. Już może rezerwować sobie bilety do domu i wracać do nauczania historii w liceum w Brighton. A nie, nie może. Przecież wziął urlop. Półroczny! Genialny pomysł. Dlaczego nie przewidział, że po przybyciu do Polski spije się do nieprzytomności na pierwszej lepszej ławce? Przecież gruntownie przygotował się do tej podróży! To podobno stereotyp, że tutaj wszyscy piją…

I wreszcie Artur pomyślał o najważniejszym. Koperta i piersiówka.

Piersiówka po dziadku. Koperta ze zdjęciami.

Wszystko, co najcenniejsze.

Gdzie one są?

***

Ludzie w jej wieku cierpieli na różne choroby, a najczęściej w ogóle nie żyli. Natasza już od dawna zastanawiała się, gdzie popełniła błąd. Co z nią było nie tak? Przecież paliła papierosy i jadła sporo słodyczy. Zrobiła dokładne obliczenia, z których wynikało, że jakieś dwadzieścia-trzydzieści lat temu powinna przejść wylew albo zawał. A jednak, kiedy poddała się szczegółowym badaniom, spotkał ją gorzki zawód. Żadna tętnica nie raczyła się zakleić ani nawet zwęzić. Krew krążyła w jej ciele bez przeszkód, wlewając życie w każdą komórkę. Natasza kazała sobie również zajrzeć do głowy, ale mózg funkcjonował wzorcowo, nic nie zanikało. Szare komórki tkwiły na swoim miejscu, zero śladów choroby Alzheimera, zero demencji. A najgorsze było to, że lata pracy fizycznej, szorowania podłóg, okien, zmywania, odkurzania, wdychania chemikaliów, jak również… ta wcześniejsza, ciężka ponad wszelkie wyobrażenie harówka, w ogóle jej nie wyniszczyły. Mąż Nataszy, Johann Silsterwitz, ślusarz z Konstancji, wiecznie prychał, kichał, skarżył się na bóle w krzyżu i migreny. Córka Eva w dzieciństwie nieustannie łapała anginę. A ona nic, ciągle nic. Dlaczego? Znała odpowiedź na to pytanie. Tamto miejsce, zamiast osłabić, dało jej siłę. Miała tylko nadzieję, że jednocześnie nie uczyniło nieśmiertelną. Że Bóg o niej nie zapomniał, nawet jeśli wszystko na to wskazywało. Natasza wcale by się Bogu nie dziwiła. Ona sama zapomniała o Nim już dawno temu, włożyła Biblię między bajki, razem ze starymi fotografiami, przedstawiającymi świat, który umarł.

I żyła. Niewyobrażalnie, absurdalnie długo. Po co?

– Po co? – Głos wnuczki wyrwał ją z zadumy.

Natasza wzdrygnęła się i w popłochu spojrzała na Milenę. Czyżby odgadła jej myśli? Jak to możliwe?

– Po co tam właściwie jedziesz, babciu? – powtórzyła dziewczyna i wcisnęła mocniej gaz.

Ach, więc o to chodziło! Natasza odetchnęła. Rzeczywiście – jej upór, by pojechać do szpitala i zobaczyć tamtego chłopaka, mógł się wydawać dziwny. Mila zrobiła wielkie oczy, kiedy o tym usłyszała. Wpadła do domu jak burza, zaczęła mamrotać coś, że „facet był napity i pewnie zabłądził po imprezie firmowej”, ale trzeba z nim jednak zamienić słówko, tak dla świętego spokoju. Biegała po kuchni i próbowała wykonać kilka czynności jednocześnie. Parzyła kawę, smarowała chleb serkiem topionym, szukała cukru i mleka, przerzucała z ręki do ręki paczkę musli, ściągała polar i skarpetki. A później, w podkoszulce i boso, w ekspresowym tempie pochłonęła śniadanie wielkie jak dla robotnika portowego. Na stojąco. Następnie wrzuciła talerz do zlewu, w biegu wychyliła kawę i pognała do łazienki. Kiedy już stamtąd wyszła, wyglądała przyzwoicie. Uczesana, z delikatnym makijażem, w ładnej bluzce, którą niestety – i jak zwykle – zestawiła ze spodniami.

Natasza również była gotowa. Włożyła swój najlepszy kostium w stylu Jackie Kennedy i drobne złote kolczyki, a ciemne włosy spięła w ciasny kok. O właśnie, włosy. One też za nic w świecie nie chciały zacząć siwieć. Trudno. Natasza wyjątkowo nie zamierzała się dziś irytować na nieubłaganą Matkę Naturę, która z niewiadomych przyczyn postanowiła być dla niej uprzejma. „Jadę z tobą” – poinformowała wnuczkę, a tamta stanęła jak wryta. „Po co?” – zapytała, ale nie doczekała się odpowiedzi. Na szczęście Mila wiedziała, że wchodzenie w dyskusje z Nataszą nie miało najmniejszego sensu. Pojechały.

A teraz Mila znowu zadała jej to pytanie. Po co? Właśnie… Dziewczyna nie miała pojęcia, jakie tematy mogła tym pytaniem poruszyć. Ale Natasza nie zamierzała o niczym jej opowiadać. Milczała już tak długo, że teraz, pod koniec życia, nie widziała sensu w rozgrzebywaniu przeszłości. Nigdy go zresztą nie widziała. Nie chciała naprawiać błędów i szukać przebaczenia czy zrozumienia, nie dążyła do tego, by wytykać komukolwiek winy. Teraz było już za późno. Natasza ubolewała nad tym, że nie dotknęła jej choroba Alzheimera i nie mogła tak po prostu o wszystkim zapomnieć. Ale przecież… w końcu kiedyś musiała umrzeć.

– Wiesz, że nie lubię, kiedy nazywasz mnie… – zaczęła, ale Mila prychnęła i zabębniła palcami o kierownicę.

– Taaak, wiem! – odburknęła. – Ale niestety jesteś babcią. I jesteś też, mówiąc szczerze, całkiem stara, więc mogłabyś sobie odpuścić.

Natasza zaniemówiła. Po raz pierwszy od wielu lat naprawdę nie wiedziała, co odpowiedzieć. Mila miała rację, a jednak słowo „babcia” niebezpiecznie skracało dystans. Niosło ze sobą obietnice, wyobrażenia i emocje, których Natasza się bała. Kiedy Mila była dzieckiem, imponowało jej nazywanie Nataszy po imieniu. Zwłaszcza wtedy, gdy siedziały razem w kawiarni, jadły ciastka i popijały herbatę. Mila naśladowała wtedy każdy gest swojej babki, prostowała się dumnie, elegancko operowała widelczykiem i co jakiś czas wypowiadała frazę w stylu: „Nataszo, czy nie uważasz, że…?”. Było to naprawdę bardzo zabawne. Nawet urocze. A jednak również bolesne, bo Nataszy przypominało się jej własne dzieciństwo i wczesna młodość. Ciastka, które wówczas jadła, i herbata, którą popijała. Angielska, przysłana przez brata z Londynu, gdzie studiował sztuki piękne. Nikt w sąsiedztwie takiej nie miał. Zrobiła furorę na kilku przyjęciach… Natasza szybko odpędzała od siebie te wspomnienia. Nie chciała ich. Od dawna już nie była tą osobą, która popisywała się angielską herbatą. Miała wrażenie, że tak naprawdę nie była nią nigdy.

Dlaczego Mila właśnie teraz uparła się, by nazywać ją babcią? Była już dorosła i doświadczona, z pewnością rozumiała więcej, niż chciała przyznać. Skąd więc ta determinacja? Nie oczekiwała chyba czegoś, czego Natasza nie mogła jej dać? Mili musiała wystarczyć cicha sympatia babki, a nawet dyskretny podziw. Były do siebie takie podobne… Natasza miała szczerą nadzieję, że wnuczka swojego życia nie przegra. Nawet jeśli wybrała sobie skrajnie niebezpieczny i do tego niezbyt mądry zawód. No bo czy ktoś przy zdrowych zmysłach dobrowolnie pcha się w jakieś „przestrzenie wojny”?

Nataszę przeszył dreszcz. Dzisiaj nie była twarda. Chciała, by ten dzień jak najszybciej się skończył, a jednocześnie wciąż myślała o chłopaku, który z niewiadomego powodu znalazł się w jej ogródku. Teraz zastanawiała się także nad tym, dlaczego przyszedł o tak wczesnej porze, na dodatek w stanie wskazującym. Wychylił setkę dla kurażu i ścięło go z nóg? Dziwna sprawa.

– Jesteśmy na miejscu – odezwała się znowu Mila.

Natasza zerknęła przez szybę. Faktycznie, znalazły się przed szpitalem. W takim razie… nie było na co czekać.

– Odpowiesz mi wreszcie? – zapytała po raz kolejny dziewczyna. Była dzisiaj nie do wytrzymania.

– A daj ty mi święty spokój!

– Chociaż raz mogłabyś…

– Czy w tej Syrii wszczepili ci jakiś wirus upierdliwości? – wybuchnęła i z furią odpięła pas. Zaczęła szamotać się z drzwiami.

– Zablokowałam – oświadczyła z przerażającym spokojem Mila. – Nie wyjdziesz stąd, dopóki nie zaczniesz gadać.

Natasza spojrzała na wnuczkę z wściekłością. A jednocześnie trochę się ucieszyła, bo pomyślała, że za chwilę wreszcie szlag ją trafi i wszystko się skończy, tak jak tego chciała od dawna. Postanowiła załatwić sprawę z godnością właściwą damie, którą nigdy nie była. Uniosła dumnie głowę i poprawiła włosy.

– To znęcanie się – oświadczyła. – I przemoc. Powiem temu twojemu policjantowi, do którego wdzięczyłaś się na podjeździe przed domem…

– Nie wdzięczyłam się do niego! – wrzasnęła dziewczyna.

– A tak, widziałam. Jakieś cmokanie w policzki i coś tam jeszcze…

– Co jeszcze?!

– No za rękę to, kochana, trzymał cię jednak zbyt długo jak na obcego mężczyznę.

– Ale…

– A ty przecież kogoś masz, więc jesteś wobec tego biednego policjanta nie fair. Ot co! Tyle mam w tej kwestii do powiedzenia, a teraz mnie wypuść.

– Nikogo nie mam. Marek się nie liczy, tłumaczyłam ci sto razy, że nie jest moim partnerem, chłopakiem, narzeczonym ani w ogóle niczym. Fotografem jest! Zdjęcia dla mnie robi!

– Właśnie. To są te wasze współczesne obyczaje. Zdjęcia dla mnie robi…

– No jasne, bo u ciebie musi być zawsze na szwabską modłę. Ordnung muss sein![1] Wyłaź! I ja się obawiałam, że jakiś obcy typ chciał ci zrobić krzywdę. Ty byś każdemu dała radę. To on powinien bać się ciebie!

Mila wypadła z samochodu i trzasnęła drzwiami. Natasza nabrała ochoty na papierosa. Na chwilę przymknęła powieki i obróciła w myślach te dwie frazy, które dopiero co usłyszała. „Na szwabską modłę”. Ordnung muss sein. Serce zabiło jej szybciej.

***

Stara jędza. Tak właśnie chwilami nazywała ją w myślach. Natasza doprowadzała Lenę do szewskiej pasji, a poza tym z pewnością zawarła jakiś pakt z diabłem na miarę Portretu Doriana Graya. Żadna prawie stuletnia staruszka nie byłaby w stanie pokonać schodów z taką werwą i w dodatku niemal bez zadyszki. Przecież to wyglądało aż nieprzyzwoicie. Lena miała nadzieję, że zdoła wyprzedzić babcię i dotrzeć do celu przed nią. Chciała najpierw porozmawiać z lekarzem sam na sam, wypytać o stan pacjenta, dowiedzieć się, czy nawiązał już jakiś kontakt i czy ewentualna komunikacja przebiega w sensowny sposób… Ale żelazna dama dała się zdystansować zaledwie o dwa kroki.

Lena z rezygnacją pomachała do lekarza, który przechadzał się po korytarzu. Powoli zaczynała współczuć jemu, pijanemu Anglikowi, policjantowi trzymającemu wartę i oczywiście – a może nawet przede wszystkim – samej sobie. Natasza z pewnością każdemu da się we znaki. Powinna wybrać się kiedyś z Leną w jakąś podróż. Może nawet w tę najbliższą? Z pewnością dałaby sobie radę bez problemu. Była odporna na zimno i nigdy nie czuła zmęczenia, a w samym mieście nie groziłoby jej żadne niebezpieczeństwo. Miejsce należało wprawdzie do „przestrzeni wojny”, ale tych historycznych, i teraz nie działo się tam absolutnie nic. Podczas gromadzenia materiałów o dawnych przestrzeniach wojennych Lena zawsze czuła się jak na wakacjach. To było zupełnie co innego niż wyprawy do miejsc, w których obecnie trwały konflikty zbrojne. Może faktycznie powinna zabrać ze sobą babcię na wschód? Może Nataszy przydałaby się wreszcie porządna przygoda, skoro jej życie rzeczywiście było tak prozaiczne, jak utrzymywała? Kto to wie?

– Pani Milenko! – zawołał na jej widok lekarz. – Wspaniale, że pani jest! Nareszcie!

– Nareszcie? Wydawało mi się, że szybko…

– Obudził się i gada! – przerwał jej triumfalnie.

Policjant-wartownik stojący przy drzwiach sali pokiwał smętnie głową. Lena z trudem przełknęła ślinę. Jakoś dziwnie spuchło jej gardło. Nie miała pojęcia dlaczego.

– Po jakiemu… gada? – spytała przytomnie, przypomniawszy sobie o brytyjskich dokumentach pacjenta.

– A! Proszę sobie wyobrazić, że po polsku! Tak, tak, owszem. Trochę kulawo i jakby z kluchą pod językiem, ale całkiem sensownie. O dziwo. Sam jestem zaskoczony, doprawdy, bo już myślałem…

– I o czym tak gada? Całkiem sensownie, ale jakby z kluchą? – wtrąciła się Natasza.

Lena wzniosła oczy ku niebu.

– Ano właśnie! – ucieszył się medyk. – Proszę sobie wyobrazić, że ciągle pyta, kto go znalazł.

– I co?! – zawołały równocześnie Lena i Natasza. Niekiedy zdarzało się, że ich reakcje w pełni się pokrywały. Lenę odrobinę to martwiło i z pewnością nie stwarzało dobrych widoków na przyszłość.

– Tutaj właśnie dochodzimy do najciekawszego…

Lekarz dramatycznie zawiesił głos, a w jego oczach pojawił się błysk jak u szaleńca. Policjant odchylił się na krześle i spektakularnie uderzył się w czoło. Wreszcie do akcji wkroczyła żelazna dama. A Natasza nie zamierzała się z nikim patyczkować. Uśmiechnęła się jak Mona Lisa i uprzejmie poprosiła:

– Skończ pan pierdolić, jeśli można, i przejdźmy do sedna. Nie mam całego dnia.

Policjant zachichotał, a lekarz prawie zakrztusił się własną śliną. Takie słowa u starszej pani w garsonce i uczesanej w koczek zawsze robiły piorunujące wrażenie. Lena była świadkiem podobnej sceny nie po raz pierwszy.

– Doszedł pan chyba do najciekawszego? – pospieszyła mężczyźnie z pomocą.

– A tak, tak. Rzeczywiście – potwierdził, wyraźnie stropiony. – A zatem, kiedy już poinformowałem pacjenta, że to panie go znalazły i wezwały pogotowie, on nagle zaczął mówić coś w stylu: „O nie… To już koniec… Wszystko pogrzebane… Diabli wzięli…”. Muszę przyznać, że bardzo ładnie dawał upust swojej frustracji, u innych to zawsze wiązanki lecą, aż słuchać przykro…

– Dobrze, dziękujemy – odrzekła wyniośle Natasza. – Czy możemy już złożyć temu pijanemu panu wizytę?

– Skoro panie nalegają. Ale ja stanowczo radziłbym… Chwila, chwila! Co pani robi? Dokąd pani z tym idzie?

Lekarz spoglądał teraz ponad ich głowami. Lena odwróciła się i zrozumiała, że dwa ostatnie pytania skierował do pielęgniarki, która właśnie wyniosła z gabinetu przedmioty znalezione przy Arturze Adamsie. Piersiówkę i kopertę ze zdjęciami.

– Pacjent ciągle o nie pyta. Powiedział, że z nikim nie będzie rozmawiał, dopóki nie otrzyma z powrotem swojej własności – wytłumaczyła dziewczyna, którą najwyraźniej przestraszył ostry ton lekarza.

– Ale pani nie powinna bez mojej zgody…

Natasza również obróciła się w kierunku młodej pielęgniarki. Zastygła w bezruchu, otworzyła usta, po czym zachwiała się i upadłaby, gdyby Lena w porę jej nie podtrzymała. Babcia uporczywie wpatrywała się w jeden punkt. Lena podążyła za jej wzrokiem. Piersiówka. Z pewnością właśnie o nią chodziło, a nie o kopertę. Pielęgniarka trzymała teraz piersiówkę w lewej dłoni, którą wyciągnęła przed siebie. Natasza zakasłała. Lekarz doskoczył do niej i chyba chciał zmierzyć jej puls, ale odepchnęła go stanowczo.

– Skąd to macie? – wyjąkała.

– Tak jak mówiłam… – wymamrotała coraz bardziej przerażona pielęgniarka. – Ten pacjent…

Natasza zmieniła się na twarzy, ale jej nagła słabość minęła jak ręką odjął. Wyprostowała się, wyswobodziła z uścisku wnuczki i wbiła wzrok w lekarza.

– Czy tego chłopaka można już stąd zabrać? – zapytała.

Lena osłupiała. Wszyscy wokół także. Tylko policjant radośnie zerwał się z krzesła i postanowił kuć żelazo, póki gorące.

– Czyli nie wnoszą panie oskarżenia?

Natasza zdecydowanie pokręciła głową. Lena wpatrywała się w nią z niedowierzaniem.

– Babciu… – szepnęła.

– Nie wyjeżdżaj mi tu teraz z babcią – syknęła staruszka. – To jak? Można go ruszać czy nie?

Lekarz podrapał się po czole.

– Chory niby nie jest – bąknął. – Tylko kaca ma. I zmarzł. Kicha trochę.

– Kichać może – oświadczyła Natasza.

– Czy wolno mi zapytać, co pani zamierza?

– Zamierzam zabrać go do siebie na rekonwalescencję.

Lena otworzyła szeroko oczy. Miała wrażenie, że znalazła się nagle w jakimś innym świecie. I tylko ona była ta sama – stara jędza, złośliwa Niemra. Żelazna Natasza. Jej babcia. Ta sama, a jednak jakby zupełnie odmieniona.

***

Reszta dnia upłynęła w podobnej atmosferze i nic się jeszcze nie wyjaśniło. Owszem, zabrały chłopaka ze szpitala. Na widok babci Artur Adams pobladł, następnie poczerwieniał, poderwał się z poduszki i zaraz na nią opadł, a na koniec tej osobliwej pantomimy prawie się przeżegnał. Lena miała wrażenie, że wcale nie uczestniczy w prawdziwych wydarzeniach, tylko raczej ogląda jakiś film w konwencji surrealistycznej. Nie rozumiała z tego wszystkiego zupełnie nic i co najgorsze – nie spodziewała się po Nataszy żadnych wyjaśnień. No… może kiedyś, w przypływie dobrego humoru, babcia miłosiernie rzuci jakimś półsłówkiem, ale na pewno nie teraz. Miała własne plany co do tego chłopaka, to jasne. Czyżby widzieli się nie po raz pierwszy w życiu? Ale skoro tak, to nad feralnym krzakiem musiała bardzo dobrze odegrać swoją rolę. Na pewno wiele ją kosztowało zachowanie twarzy pokerzysty, kiedy pytała: „Umrzyk czy dycha?”. Nie, niemożliwe… Babcia nie znała chłopaka. To raczej ta piersiówka wywarła na niej wrażenie. Musiała ją z czymś skojarzyć. Z czymś na tyle ważnym, by żywo zainteresować się właścicielem przedmiotu. Ale żeby od razu zabierać go do domu?

Właśnie. Po co zdecydowała się na ten krok, skoro w ogóle nie chciała z nim rozmawiać? Oświadczyła tylko chłodno: „Chłopcze, jedziesz z nami”, po czym podpisała jakiś papier, który podsunął lekarz, i Adamsowi kazała zrobić to samo. Dlaczego tak potulnie jej słuchał? Lena nie miała pojęcia, wolała na razie nie wnikać w szczegóły. Poddała się po pierwszych piętnastu minutach tego osobliwego spektaklu, kiedy już stało się jasne, że sytuacja przestała odpowiadać prawom logiki. Artur Adams ani przez chwilę nie protestował. Na widok zwróconych mu piersiówki i koperty odetchnął z ulgą i bez słowa przystał na plan Nataszy. Chwiejnie dźwignął się z łóżka, czknął – bo oczywiście wciąż był pod wpływem alkoholu – i rozkołysanym krokiem poszedł się przebrać. Na szczęście pielęgniarki rozwiesiły mu na grzejniku spodnie i bieliznę, bo inaczej musiałby jechać do Sulistrowic odziany w przydziałową szpitalną piżamę. „Powinien zapamiętać sobie raz na zawsze, że drzemka po pijaku w śniegu nie jest zbyt dobrym pomysłem” – pomyślała nie bez satysfakcji Lena.

Podróż upłynęła im w milczeniu. Lena wiedziała, że coś wisi w powietrzu, i nie usiłowała zagadywać ani Artura, ani babci. Natasza z uporem wpatrywała się w szybę, a Adams… no cóż, robił dokładnie to samo, tyle że z tylnego siedzenia. Lenę powoli ogarniała złość. Pomyślała, że ten człowiek powinien próbować się jakoś tłumaczyć, przepraszać, zapewniać o przypadku, nieporozumieniu i tak dalej. Zacierać fatalne pierwsze wrażenie. On jednak milczał. Oczywiście… Bo tutaj o żadnym przypadku nie mogło być mowy. Adams i babcia jakoś się ze sobą skomunikowali. Niewerbalnie, z pominięciem Leny. Tylko jak?

W domu pod Sulistrowicami sytuacja nie stała się ani trochę mniej osobliwa. Kiedy Lena zaparkowała i wyłączyła silnik, Natasza ze stoickim spokojem – oby choć odrobinę udawanym – odpięła pas i wysiadła z samochodu. Nie oglądając się za siebie, sprężystym krokiem ruszyła w stronę drzwi wejściowych. Wnuczka patrzyła za nią z niedowierzaniem. Ostrożnie obróciła głowę. Artur Adams drzemał, z policzkiem przyklejonym do szyby. Świetnie.

– Cholera! – mruknęła pod nosem i wyskoczyła z auta.

A Marek, jej fotoreporter – „i nie tylko” – mówił, że nic dobrego nie przyjdzie z tych wakacji w „pipidówce”, jak to uroczo ujął. Ostrzegał, prosił. „Po co ty do tych Sulistrowic jedziesz? Wbijaj ze mną do Wrocławia, poimprezujemy porządnie przed robotą, w końcu nam się należy”. Pipidówka. Wbijaj. Poimprezujemy przed robotą. Hasła wypowiedziane przez Marka wracały do niej jak echo. Odmówiła mu, obstawała przy tym, że musi zobaczyć Nataszę. Zamierzała też codziennie wchodzić na Ślężę i biegać po lesie bez kurtki, żeby się hartować. Bo w Syrii było gorąco, a tam, dokąd niebawem się wybierze, już nie będzie. Lena od zawsze kiepsko znosiła niskie temperatury, ale za nic nie chciała, by ktoś podczas wyprawy wziął ją za jakiegoś żółtodzioba. No to teraz ma. Oto konsekwencje jej decyzji. Będzie niańczyć pijanego Anglika, który postanowił przekroczyć kanał La Manche i podręczyć lud słowiański u podnóża starożytnej powulkanicznej góry. Po prostu wspaniale. Miotając kolejne przekleństwa, Lena obeszła samochód i otworzyła tylne drzwi. Za szybko. Nie przemyślała sobie tego zbyt dokładnie. Artur Adams przechylił się i z impetem wyrżnął w śnieg.

Na szczęście – oprzytomniał momentalnie. Zamrugał tymi swoimi błękitnymi i wielkimi jak u porcelanowej lali oczętami, które zupełnie nie pasowały do brązoworudych włosów, i zacharczał. A później usiadł w śniegu i przemówił:

– Zzzz… zn… owu simno.

„Simno”?!

– Chyba ci się coś… – zaczęła, ale szybko urwała. Szkoda było strzępić sobie język. – W szpitalu mówili, że rozumiesz po polsku – zauważyła rzeczowo.

– Tttt… tak, w ssssum… mie… ttttak.

– Ale nie mówili, że się jąkasz. To na pewno utrudni kilka spraw.

– Ale jjjja… ja… nnnie…

– Mhm, właśnie słychać. Rusz się – zarządziła i skierowała się w stronę domu.

Nie liczył chyba na to, że go przeniesie? Miał co prawda tupet, ale musiał też znać pewne granice.

Nataszę znalazła na piętrze. Babcia przygotowywała łóżko w pokoju zwanym przewrotnie „gościnnym”, choć nikt nigdy w nim nie spał. Goście tu nie bywali. Lenie bardzo to odpowiadało, ponieważ jej własny pokój sąsiadował właśnie z owym gościnnym, a zatem w praktyce, kiedy spędzała czas u Nataszy, korzystała z obu. Teraz jednak…

– Chyba nie położysz go koło mnie? – zaprotestowała natychmiast, rzucając się na poduszkę, którą staruszka zamierzała ubrać w czystą poszewkę.

– A niby gdzie? Ma spać ze mną?

– No nie wiem! W salonie?

– W salonie się pije herbatę – rzuciła krótko.

Lenie wydało się, że głos babci zadrżał.

– A jeśli on wstanie w nocy i spróbuje mnie zamordować? – zapytała, siląc się na sarkazm, jednak bez przekonania.

– Poradzisz sobie – mruknęła Natasza i wyszarpnęła z rąk wnuczki poduszkę.

Lena poczuła się nagle zupełnie bezradna. Przez chwilę śledziła każdy ruch babci, dziwiąc się jej sprawności i precyzji. Co tu się, do cholery, działo? Dlaczego ta niemal stuletnia kobieta nagle zaczęła zachowywać się irracjonalnie? Coś stuknęło. I stęknęło. To pewnie Adams próbował wspiąć się po schodach, bo usłyszał ich krzątaninę. Widocznie nie miał śmiałości zawołać. Lena prychnęła.

– Idź mu pomóc – wydała rozkaz Natasza.

– Że co? – Lenie podniosło się ciśnienie.

– Słyszałaś. Wciągnij go tu i przebierz. Wypiorę mu ubranie – powiedziała.

– Ty oszalałaś! A jeśli to kryminalista? I ty mu chcesz urządzić przepierkę?

Babcia syknęła i zamachała gwałtownie rękami.

– I co? W garniturze mnie przyszedł mordować?! – zaskrzeczała. – Zrób to! I nie zachowuj się jak durna. Dziesięć lat cię tu nie było, a skoro teraz jesteś, to się na coś przydaj.

Natasza ominęła wnuczkę i wyszła na korytarz. Lenie zakręciło się w głowie. Wybiegła za babcią i chwyciła ją za ramię.

– Przecież dzwoniłam do ciebie. Często. Za każdym razem pytałam, czy przyjechać. Mówiłaś…

– Pytałam, pytałam! I co z tego pytania wyszło? Jak ktoś chce coś zrobić, to nie pyta, tylko robi. Tyle mam w tej sprawie do powiedzenia. A teraz albo go tu wciągnij i przebierz, albo…

– Babciu!

– Co znowu?

– W co go mam przebrać?!

Natasza wzruszyła ramionami i obróciła się na pięcie. Przez ramię rzuciła jeszcze:

– Chuderlawy jest. Daj mu swój dres.

Lena z rezygnacją zwiesiła głowę.

***

Oczywiście rzecz rozbijała się o piersiówkę. Natasza wiedziała, że Milena się tego domyśliła, choć przecież nie mogła mieć pojęcia, o co chodziło naprawdę. Nikt by nie miał. Natasza sama ledwie to wszystko pojmowała. Chłopak był Anglikiem, nosił angielskie nazwisko i znaleziono przy nim brytyjski dokument tożsamości. Ale wyglądał znajomo i miał tę piersiówkę… Jakim cudem? Bo przecież jeśli chodziło o wygląd, to owszem, mogły zajść jakieś genetyczne procesy i ogólnie niektórzy ludzie byli do siebie tak po prostu podobni, choć nie łączyły ich więzy krwi. Teoretycznie, bo przecież wszystko sprowadza się w końcu do jednego punktu, co dla świata oznacza mniej więcej tyle, że każdy pochodzi od pramatki Ewy czy innej małpy Darwina. Natomiast sprawa piersiówki była podejrzana. Chłopak po prostu… nie mógł jej zdobyć. To się nie miało prawa wydarzyć.

Tadeusz… Natasza wciąż nie potrafiła wypowiedzieć tego imienia ze spokojem, nawet myśleć o nim nie była w stanie bez dziwnego skurczu w okolicy serca. Imię wiązało się z obrazem – jednym, bardzo konkretnym. A zatem – Tadeusz zawsze mówił, że zabierze tę piersiówkę ze sobą do grobu. I pewnie zabrał. Albo też wydarzyła się rzecz bardziej prozaiczna – ktoś mu ją ukradł. A wtedy…

Natasza zamknęła się w swojej sypialni, usiadła w fotelu i pozwoliła powiekom opaść. Natychmiast zaatakowały ją obrazy. Te same, które oglądała każdej nocy. Nauczyła się już reagować na nie ze spokojem, prawie z obojętnością. I tylko niekiedy, w chwilach szczególnej słabości, jej serce biło szybciej na wspomnienie młodego, niezwykle przystojnego i eleganckiego mężczyzny. Wszyscy mówili, że z wyglądu przypominał znanego przedwojennego aktora Eugeniusza Bodo. Mieli rację. Poza tym jego i Bodo spotkał przecież podobny los.

Tadeusz Winiewicz uwielbiał swoją piersiówkę, ale nie dlatego, że była cenna i wykonana na zamówienie u znanego warszawskiego złotnika. Tutaj chodziło o coś innego, znacznie głębszego. Uwielbiał, a raczej ubóstwiał, osobę, która mu ją dała, i przeniósł miłość na przedmiot. Wielu ludzi tak robi – wciąż od nowa podejmuje próby uczepienia się czegoś namacalnego, o określonym kształcie i barwie, ogrzewa obiekt swoim oddechem i dotykiem, przypisuje mu historię i wlewa w niego emocje. I tamten młody mężczyzna, podobny do Eugeniusza Bodo, właśnie tak postąpił. Kochał przedmiot, bo nie mógł kochać osoby. Jedynej, szczególnej. Tylko jej nie udało mu się od losu dostać. Natasza doskonale o wszystkim wiedziała, choć Tadek nigdy by się do tego nie przyznał. Kłamał, że piersiówkę dał mu w prezencie przyjaciel z Warszawy, wojskowy, który ciężko zachorował, zrezygnował ze służby i wyjechał na leczenie do Szwajcarii. A ona kiwała głową. Wykazywała spokój. Udawała, że kupuje te jego bajki. Śmiała się, kiedy Tadeusz wlewał do piersiówki zwykłą wodę. Nie znosił alkoholu.

Młody Anglik miał teraz piersiówkę Tadka i nie mogło być mowy o pomyłce. Natasza rozpoznałaby ten przedmiot zawsze i wszędzie. Był jedyny w swoim rodzaju, unikatowy. Zamówiono go u mistrza, którego styl był nie do podrobienia. Tam, skąd pochodziła, wszyscy o tym wiedzieli. A zatem jak…?

Niebo za oknem zszarzało, nadchodził wieczór. Tego dnia czas płynął gdzieś obok niej. Natasza otworzyła oczy i powoli podniosła się z fotela. Przez chwilę stała niezdecydowana i nasłuchiwała, ale do jej uszu nie dobiegł żaden dźwięk. Musiała się zająć tym chłopakiem. Nie zjawił się tutaj przypadkowo. Szukał jej. Musiał wiedzieć, gdzie mieszka i że wciąż jeszcze żyje. Na przekór naturze – żyje. Musiał wiedzieć, kim… była? Z pewnością też znalazł coś lub kogoś jeszcze. Nie tylko tę piersiówkę.

Kogoś? Nie, to nie wchodziło w grę. Nikogo już nie było. Wszyscy zniknęli. Twarzy wielu osób Natasza zupełnie nie potrafiła sobie przypomnieć. Zwłaszcza tych, których pozbyła się sama…

Teraz zadrżała. Czy to, co wydarzyło się przed wieloma laty w innym świecie i dotyczyło tych, którzy umarli, mogło mieć jakieś znaczenie dla żyjących obecnie? Ona sama wierzyła przecież zawsze, że przeszłość determinuje teraźniejszość i przyszłość. A to, co się stało, już się nie odstanie i ma niszczącą moc. Wraca na każdym kroku, szarpie za żołądek i skuwa serce lodem.

Natasza o zimnie wiedziała wszystko.

Musiała zatrzymać tutaj tego chłopaka. Wyciągnąć z niego prawdę – aż do ostatniego zdania. A później… później…

Nie miała tylko pojęcia, co powinna zrobić z Milą. Jak się jej pozbyć.

 

III.

Artur