Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Dziewczyna, która kochała Toma Gordona ebook

Stephen King  

3.9 (10)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 275 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziewczyna, która kochała Toma Gordona - Stephen King

Opętana manią wycieczek matka zabiera dziewięcioletnią Trishę i jej starszego brata do parku narodowego w masywie Gór Białych. Zajęta kłótnią z synem, nie zauważa, gdy dziewczynka schodzi z wyznaczonego szlaku i gubi się w gęstym lesie. Trisha próbuje opanować panikę, myśleć racjonalnie. Niestety, każdy kolejny krok coraz bardziej oddala ją od cywilizacji. Weekendowy spacer zmienia się w trwającą wiele dni samotną wędrówkę przez pełen zagrożeń las, podczas której Trisha racjonuje sobie żywność i pociesza się, słuchając transmisji radiowych z meczów baseballowych ze słynnym miotaczem Red Soxów, Tomem Gordonem, w którym się podkochuje. Głód, pragnienie, strach przed nieuniknioną – jak wydawałoby się – śmiercią, wywołują u niej halucynacje. Spotyka w nich przyjaciół i członków rodziny, a nawet samego Toma. Przerażona dziewczynka zaczyna w końcu wierzyć, że jej przeznaczeniem jest pokonanie Boga Zagubionych, tropiącego ją w postaci zmutowanych zwierząt...

Opinie o ebooku Dziewczyna, która kochała Toma Gordona - Stephen King

Fragment ebooka Dziewczyna, która kochała Toma Gordona - Stephen King

Wydanie elektroniczne

O książ­ce

Opę­ta­na ma­nią wy­cie­czek mat­ka za­bie­ra dzie­wię­cio­let­nią Tri­shę i jej star­sze­go bra­ta do par­ku na­ro­do­we­go w ma­sy­wie Gór Bia­łych. Za­ję­ta kłót­nią z sy­nem, nie za­uwa­ża, gdy dziew­czyn­ka scho­dzi z wy­zna­czo­ne­go szla­ku i gubi się w gę­stym le­sie. Tri­sha pró­bu­je opa­no­wać pa­ni­kę, my­śleć ra­cjo­nal­nie. Nie­ste­ty, każ­dy ko­lej­ny krok co­raz bar­dziej od­da­la ją od cy­wi­li­za­cji. Week­en­do­wy spa­cer zmie­nia się w trwa­ją­cą wie­le dni sa­mot­ną wę­drów­kę przez pe­łen za­gro­żeń las, pod­czas któ­rej Tri­sha ra­cjo­nu­je so­bie żyw­ność i po­cie­sza się, słu­cha­jąc trans­mi­sji ra­dio­wych z me­czów ba­se­bal­lo­wych ze słyn­nym mio­ta­czem Red So­xów, To­mem Gor­do­nem, w któ­rym się pod­ko­chu­je. Głód, pra­gnie­nie, strach przed nie­unik­nio­ną – jak wy­da­wa­ło­by się – śmier­cią, wy­wo­łu­ją u niej ha­lu­cy­na­cje. Spo­ty­ka w nich przy­ja­ciół i człon­ków ro­dzi­ny, a na­wet sa­me­go Toma. Prze­ra­żo­na dziew­czyn­ka za­czy­na w koń­cu wie­rzyć, że jej prze­zna­cze­niem jest po­ko­na­nie Boga Za­gu­bio­nych, tro­pią­ce­go ją w po­sta­ci zmu­to­wa­nych zwie­rząt…

STE­PHEN KING

Wy­bit­ny pi­sarz ame­ry­kań­ski, na­zy­wa­ny „kró­lem hor­ro­ru”. W 2003 uho­no­ro­wa­ny w USA pre­sti­żo­wą na­gro­dą li­te­rac­ką Na­tio­nal Book Award. De­biu­to­wał pod ko­niec lat 60., ale świa­to­wą sła­wę przy­nio­sła mu wy­da­na w 1973 po­wieść Car­rie. Ko­lej­ne utwo­ry – po­wie­ści, zbio­ry opo­wia­dań, ko­mik­sy, sce­na­riu­sze fil­mo­we i sztu­ki te­atral­ne – wy­da­no w set­kach mi­lio­nów eg­zem­pla­rzy i prze­ło­żo­no na kil­ka­dzie­siąt ję­zy­ków. Są wśród nich tak zna­ne książ­ki jak Lśnie­nie, Skle­pik z ma­rze­nia­mi, Chri­sti­ne, De­spe­ra­cja, Zie­lo­na Mila, Ko­mór­ka, Ręka mi­strza, Pod ko­pu­łą, Czar­na bez­gwiezd­na noc, Dal­las ’63 i ośmio­to­mo­wy cykl fan­ta­sy Mrocz­na Wie­ża. W 2013 uka­za­ły się nowe po­wie­ści Joy­land i se­qu­el Lśnie­nia za­ty­tu­ło­wa­ny Dok­tor Sen. Pro­za Kin­ga na­le­ży do naj­czę­ściej ekra­ni­zo­wa­nych. Za­da­nia tego po­dej­mo­wa­ło się wie­lu wy­bit­nych re­ży­se­rów, m.in. Brian de Pal­ma, Stan­ley Ku­brick, Da­vid Cro­nen­berg, John Car­pen­ter, Rob Re­iner i Frank Da­ra­bont.

www.ste­phen­king.com / www.ste­phen­king.pl

Tego au­to­ra

ROSE MAD­DER

DO­LO­RES CLA­IBOR­NE

GRA GE­RAL­DA

DE­SPE­RA­CJA

RE­GU­LA­TO­RZY

SKLE­PIK Z MA­RZE­NIA­MI

BEZ­SEN­NOSC

ZIE­LO­NA MILA

MA­RZE­NIA I KOSZ­MA­RY

KO­MÓR­KA

4 PO PÓŁ­NO­CY

CHUD­SZY

TO

BA­STION

OCZY SMO­KA

PO ZA­CHO­DZIE SŁOŃ­CA

CZTE­RY PORY ROKU

UCIE­KI­NIER

CZAR­NA BEZ­GWIEZD­NA NOC

CUJO

POD­PA­LACZ­KA

ROK WIL­KO­ŁA­KA

MROCZ­NA PO­ŁO­WA

WO­REK KO­ŚCI

DZIEW­CZY­NA, KTÓ­RA KO­CHA­ŁA TOMA GOR­DO­NA

NOC­NA ZMIA­NA

ŁOW­CA SNÓW

PRA­CE DRO­GO­WE

PAN MER­CE­DES

Saga MROCZ­NA WIE­ŻA

RO­LAND

PO­WO­ŁA­NIE TRÓJ­KI

ZIE­MIE JA­ŁO­WE

CZAR­NO­KSIĘŻ­NIK I KRYSZ­TAŁ

WIATR PRZEZ DZIUR­KĘ OD KLU­CZA

WIL­KI Z CAL­LA

PIEŚŃ SU­SAN­NAH

MROCZ­NA WIE­ŻA

Po­wie­ści gra­ficz­ne MROCZ­NA WIE­ŻA

NA­RO­DZI­NY RE­WOL­WE­ROW­CA

DŁU­GA DRO­GA DO DOMU

ZDRA­DA

UPA­DEK GI­LE­AD

BI­TWA O JE­RI­CHO HILL

PO­CZĄ­TEK PO­DRÓ­ŻY

SIO­STRZYCZ­KI Z ELU­RII

BI­TWA O TULL

Wy­łącz­nie jako au­dio­bo­ok i e-book

Ste­phen King, Joe Hill

W WY­SO­KIEJ TRA­WIE

Ste­phen King, Ste­wart O’Nan

TWARZ W TŁU­MIE

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE GIRL WHO LO­VED TOM GOR­DON

Co­py­ri­ght © Ste­phen King 1999

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros  A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Pró­szyń­ski Me­dia sp. z o.o. 1999

Ilu­stra­cja na okład­ce: Sma­il­ho­dzic/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-178-3

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Książ­kę tę po­świę­cam mo­je­mu sy­no­wi Owe­no­wi,

któ­ry w koń­cu na­uczył mnie o ba­se­bal­lu o wie­le wię­cej,

niż ja na­uczy­łem jego.

CZERWIEC 1998

Rozgrzewka

Świat to po­twór zę­ba­ty, go­tów gryźć, gdy tyl­ko ze­chce. Tri­sha McFar­land od­kry­ła tę fun­da­men­tal­ną praw­dę w wie­ku dzie­wię­ciu lat. O dzie­sią­tej rano tego dnia na po­cząt­ku czerw­ca sie­dzia­ła na tyl­nym sie­dze­niu do­dge’a ca­ra­va­na mat­ki, w nie­bie­skiej blu­zie tre­nin­go­wej Red So­xów (z nu­me­rem 36 – nu­me­rem Toma Gor­do­na na ple­cach), ba­wiąc się swą lal­ką Moną. O dzie­sią­tej trzy­dzie­ści za­błą­dzi­ła w le­sie. O je­de­na­stej roz­pacz­li­wie pró­bo­wa­ła opa­no­wać atak pa­ni­ki, bro­niąc się przed my­ślą: „To po­waż­na spra­wa, to bar­dzo po­waż­na spra­wa”. Roz­pacz­li­wie bro­ni­ła się tak­że przed my­ślą, że kie­dy lu­dzie giną w le­sie, bywa z nimi nie­do­brze. Bar­dzo nie­do­brze. Bywa, że umie­ra­ją.

„A wszyst­ko dla­te­go, że chcia­ło mi się siu­siu” – po­my­śla­ła, ale praw­dę mó­wiąc, nie chcia­ło jej się siu­siu aż tak, poza tym mo­gła prze­cież po­pro­sić mamę i Pe­te­ra, by za­cze­ka­li na nią tę małą chwil­kę, po­trzeb­ną do ukuc­nię­cia za drze­wem. Tyle że oni znów się kłó­ci­li – ale no­wi­na, no nie? – i dla­te­go zo­sta­ła odro­bi­nę z tyłu, nie mó­wiąc im o tym ani sło­wa. Dla­te­go ze­szła ze szla­ku, za kępę wy­so­kich krze­wów, i o tym też nic im nie po­wie­dzia­ła. Uzna­ła, że na­le­ży jej się mała prze­rwa, pro­ste, praw­da? Mia­ła dość słu­cha­nia, jak się kłó­cą, mia­ła dość uda­wa­nia we­so­łej i po­god­nej, ukry­wa­nia, że ma­rzy tyl­ko o tym, by wrza­snąć na mat­kę: „Od­puść mu! Je­śli aż tak chce wró­cić do Mal­den i miesz­kać z tatą, to mu na to po­zwól, wiel­kie mi co. Gdy­bym mia­ła pra­wo jaz­dy, sama bym go od­wio­zła i wresz­cie mie­li­by­śmy chwi­lę ci­szy i spo­ko­ju!”. I co by się wów­czas sta­ło? Co by po­wie­dzia­ła mat­ka? Jaką by mia­ła minę? I Pete. Pete jest star­szy – ma pra­wie czter­na­ście lat – i cał­kiem nie­głu­pi, więc cze­mu się upie­ra? Dla­cze­go so­bie nie od­pu­ści? Pra­gnę­ła po­wie­dzieć mu jed­no: „Daj spo­kój”. A wła­ści­wie pra­gnę­ła to po­wie­dzieć im oboj­gu.

Do roz­wo­du do­szło przed ro­kiem. Sąd przy­znał mat­ce pra­wo do opie­ki nad dzieć­mi. Pe­ter gorz­ko i dłu­go pro­te­sto­wał prze­ciw prze­pro­wadz­ce z przed­mie­ścia Bo­sto­nu do po­łu­dnio­we­go Ma­ine; wła­ści­wie nie prze­rwał pro­te­stów aż do dziś. Po czę­ści rze­czy­wi­ście wo­lał miesz­kać z oj­cem i nie miał za­mia­ru zre­zy­gno­wać z tego ar­gu­men­tu, kie­ro­wa­ny bez­błęd­nym in­stynk­tem, któ­ry mu pod­po­wia­dał, że w ten spo­sób jest w sta­nie ugo­dzić mat­kę naj­głę­biej i naj­bo­le­śniej, Tri­sha wie­dzia­ła jed­nak, że nie jest to mo­tyw je­dy­ny ani na­wet naj­waż­niej­szy. Pe­ter chciał wró­cić do Bo­sto­nu przede wszyst­kim dla­te­go, że nie­na­wi­dził szko­ły w San­ford. W Mal­den szło mu jak po ma­śle. Rzą­dził klu­bem kom­pu­te­ro­wym ni­czym udziel­ny ksią­żę, miał przy­ja­ciół – dup­ków, bo dup­ków, ale była tych chło­pa­ków spo­ra gru­pa i szkol­ne ło­bu­zy nie ośmie­la­ły się ich za­cze­piać. W szko­le w San­ford nie było na­wet klu­bu kom­pu­te­ro­we­go, Pete zdo­był so­bie za­le­d­wie jed­ne­go przy­ja­cie­la, Ed­die­go Ray­bur­na, a w stycz­niu Ed­die wy­je­chał, bo jego ro­dzi­ce rów­nież się roz­wie­dli. Pete zo­stał więc sam – ofer­ma szkol­na, nad któ­rą każ­dy mógł się znę­cać do woli. A co naj­gor­sze, wszy­scy się z nie­go śmia­li. Zy­skał so­bie na­wet przy­do­mek, któ­re­go szcze­rze nie­na­wi­dził: Com­pu­World.

W te week­en­dy, któ­rych dzie­ci nie spę­dza­ły z oj­cem w Mal­den, mat­ka za­bie­ra­ła je na wy­ciecz­ki. Z po­nu­rym upo­rem, na któ­ry nie było le­kar­stwa. Tri­sha ca­łym ser­cem ma­rzy­ła o week­en­dzie bez wy­ciecz­ki, bo na wy­ciecz­kach było naj­go­rzej, ale nie spo­dzie­wa­ła się, by taki cud na­stą­pił w prze­wi­dy­wal­nej przy­szło­ści. Qu­il­la An­der­son (mat­ka wró­ci­ła do pa­nień­skie­go na­zwi­ska i za­łóż­cie się, o co chce­cie, że Pe­ter tego też nie­na­wi­dził) była ko­bie­tą, któ­ra do­sko­na­le wie­dzia­ła, cze­go chce… i do­kład­nie to do­sta­wa­ła. Pod­czas jed­ne­go z week­en­dów spę­dza­nych z oj­cem Tri­sha usły­sza­ła, jak jej tata mówi do swe­go ojca: „Gdy­by to Qu­il­la do­wo­dzi­ła pod Lit­tle Big Horn, In­dia­nie nie­źle by obe­rwa­li”. Nie po­do­ba­ło jej się, kie­dy tata mó­wił tak o ma­mie, wy­da­wa­ło się to rów­nie dzie­cin­ne, co nie­lo­jal­ne, mu­sia­ła jed­nak przy­znać, że w tej szcze­gól­nej my­śli tkwi­ło wię­cej niż ziar­no praw­dy.

W cią­gu ostat­nich sze­ściu mie­się­cy, pod­czas któ­rych jej sto­sun­ki z Pe­te­rem po­gar­sza­ły się sta­le i sys­te­ma­tycz­nie, mat­ka za­bra­ła ich do mu­zeum sa­mo­cho­dów w Wi­scas­set, do wio­ski sha­ke­rów w Gray, do ogro­du bo­ta­nicz­ne­go New En­gland Plant-A-To­rium w North Wyn­dham, do Six-Gun City – zre­kon­stru­owa­ne­go mia­stecz­ka z we­ster­nu – w Ran­dolph, w New Hamp­shi­re, na spływ ka­ja­ko­wy rze­ką Saco oraz na nar­ty do Su­gar­lo­af, gdzie Tri­sha zwich­nę­ła nogę w ko­st­ce, co do­pro­wa­dzi­ło do dzi­kiej awan­tu­ry mię­dzy ro­dzi­ca­mi. Wierz­cie mi albo nie, roz­wód to do­sko­na­ła za­ba­wa.

Cza­sa­mi, kie­dy któ­raś z wy­cie­czek na­praw­dę mu się po­do­ba­ła, Pe­ter za­my­kał gębę na kłód­kę. Stwier­dził, że Six-Gun City to „dla dzie­ci”, ale mama po­zwo­li­ła mu spę­dzić więk­szość cza­su w sali gier kom­pu­te­ro­wych, więc wró­cił do domu wpraw­dzie nie­ko­niecz­nie szczę­śli­wy, lecz przy­najm­niej mil­czą­cy. Je­śli jed­nak coś mu się nie po­do­ba­ło (a naj­bar­dziej ze wszyst­kie­go nie po­do­ba­ło mu się Plant-A-To­rium, tego dnia, wra­ca­jąc do San­ford, wku­rzał się wręcz kon­cer­to­wo), nie uwa­żał by­najm­niej za sto­sow­ne za­cho­wa­nia swej opi­nii dla sie­bie. Za­sa­da „żyj i daj żyć in­nym” nie mie­ści­ła się w jego świa­to­po­glą­dzie. W mat­ki zresz­tą też nie, a przy­najm­niej Tri­sha nig­dy nie do­strze­gła u niej usi­ło­wań, by wpro­wa­dzić tę za­sa­dę w ży­cie. Za to ona sama uzna­wa­ła ową za­sa­dę za naj­przy­dat­niej­szą w świe­cie, ale cóż w tym dziw­ne­go. Wy­star­czy­ło jed­no spoj­rze­nie na Tri­shę, by stwier­dzić: „skó­ra zdję­ta z taty”. Nie za­wsze jej się to po­do­ba­ło, prze­waż­nie jed­nak tak.

Tri­shy nie ob­cho­dzi­ło, do­kąd wy­jeż­dża­ją w so­bo­ty. By­ła­by szczę­śli­wa, gdy­by od­wie­dza­li wy­łącz­nie we­so­łe mia­stecz­ka i pola do gry w mi­ni­gol­fa, wów­czas bo­wiem kłót­nie nie by­wa­ły aż tak strasz­li­we. Mama uwa­ża­ła jed­nak, że wy­ciecz­ki po­win­ny być tak­że „kształ­cą­ce”, stąd Plant-A-To­rium i wio­ska sha­ke­rów. Nie da się ukryć, że Pete miał swo­je pro­ble­my, wśród nich zaś ten, że nie­na­wi­dził, by kształ­co­no go przy­mu­so­wo w so­bo­ty, któ­re z naj­więk­szą ra­do­ścią spę­dzał­by w po­ko­ju, gra­jąc na macu w Sa­ni­ta­rium lub Ri­ve­na. Raz i dru­gi zda­rzy­ło mu się wy­gło­sić opi­nię o wy­ciecz­ce wy­star­cza­ją­co do­bit­nie (brzmia­ło to mniej wię­cej tak: „o kant dupy po­tłuc”), by mat­ka uzna­ła za sto­sow­ne ode­słać go do sa­mo­cho­du z po­le­ce­niem „opa­no­wa­nia się”, póki ona nie wró­ci z Tri­shą.

Tri­sha mia­ła wiel­ką ocho­tę wy­tłu­ma­czyć mat­ce, że Pete jest za sta­ry, by trak­to­wać go jak przed­szko­la­ka i sta­wiać do kąta, że być może pew­ne­go dnia wró­cą do pu­ste­go sa­mo­cho­du i stwier­dzą, że po­sta­no­wił au­to­sto­pem po­wró­cić do Mas­sa­chu­setts, ale – rzecz ja­sna – mil­cza­ła. Same so­bot­nie wy­ciecz­ki były oczy­wi­ście bez sen­su, mama jed­nak nig­dy nie przy­ję­ła­by tego do wia­do­mo­ści. Pod ko­niec nie­któ­rych Qu­il­la An­der­son wy­glą­da­ła co naj­mniej o pięć lat sta­rzej niż na po­cząt­ku, w ką­ci­kach jej ust po­ja­wia­ły się na­gle głę­bo­kie bruz­dy, ma­so­wa­ła skro­nie, jak­by cier­pia­ła na do­kucz­li­wy ból gło­wy… ale nie re­zy­gno­wa­ła i nie mia­ła za­mia­ru zre­zy­gno­wać. Gdy­by była pod Lit­tle Big Horn, In­dia­nie może by i wy­gra­li, lecz dro­go za­pła­ci­li­by za to zwy­cię­stwo.

W tym ty­go­dniu wy­bra­li się do mia­stecz­ka w za­chod­niej czę­ści sta­nu. Biegł przez nie pro­wa­dzą­cy do New Hamp­shi­re Szlak Ap­pa­la­chów. Po­przed­nie­go wie­czo­ru, sie­dząc przy ku­chen­nym sto­le, mama po­ka­za­ła im fo­to­gra­fie z bro­szu­ry. Na więk­szo­ści z nich wi­dać było we­so­łych wę­drow­ców na ścież­ce lub w „punk­tach wi­do­ko­wych”. Osła­nia­li oczy i spo­glą­da­li w głąb pięk­nych le­śnych do­lin albo na wy­gła­dzo­ne przez czas, lecz nadal im­po­nu­ją­ce szczy­ty cen­tral­ne­go pa­sma Gór Bia­łych. Pete sie­dział przy sto­le i wy­glą­dał na ko­smicz­nie wręcz znu­dzo­ne­go. Na bro­szu­rę za­le­d­wie zer­k­nął z ła­ski. Mama po­sta­no­wi­ła nie do­strze­gać tego osten­ta­cyj­ne­go bra­ku za­in­te­re­so­wa­nia. Tri­sha, któ­rej ostat­nio co­raz moc­niej wcho­dzi­ło to w krew, gra­ła za­chwy­co­ną roz­kosz­niacz­kę. W ogó­le mia­ła wra­że­nie, że upo­dab­nia się stop­nio­wo do uczest­ni­ków te­le­tur­nie­jów, ro­bią­cych za­wsze ta­kie wra­że­nie, jak­by mie­li zsi­kać się w majt­ki z ra­do­ści na samą myśl o wy­gra­niu kom­ple­tu garn­ków do go­to­wa­nia bez wody. A gdy­by ktoś spy­tał, jak się czu­je, po­wie­dzia­ła­by, że ni­czym klej łą­czą­cy dwie czę­ści stłu­czo­ne­go wa­zo­ni­ka. Sła­by klej.

Qu­il­la za­mknę­ła bro­szur­kę i od­wró­ci­ła ją. Na tyl­nej stro­nie okład­ki znaj­do­wa­ła się mapa. Mat­ka stuk­nę­ła pal­cem w nie­bie­ską krę­tą li­nię.

– To dro­ga nu­mer 68 – oznaj­mi­ła. – Sa­mo­chód zo­sta­wi­my na par­kin­gu, o tu. – Po­kle­pa­ła nie­bie­ski kwa­dra­cik. Te­raz przy­szła ko­lej na krę­tą czer­wo­ną li­nię. – To Szlak Ap­pa­la­chów mię­dzy dro­ga­mi 68 i 302 w New Con­way, w New Hamp­shi­re. Ma nie­ca­łe dzie­sięć ki­lo­me­trów, ozna­czo­ny jest jako śred­nio trud­ny. Aha, środ­ko­wa część ma ozna­cze­nie „trud­ny”, ale nie bę­dzie­my po­trze­bo­wa­li sprzę­tu wspi­nacz­ko­we­go i tak da­lej.

Po­stu­ka­ła w inny nie­bie­ski kwa­dra­cik. Pete de­mon­stra­cyj­nie wpa­try­wał się w ścia­nę. Sie­dział z gło­wą opar­tą na dło­ni, roz­cią­gnął mu się przy tym ką­cik ust, przez co wy­glą­da­ły jak skrzy­wio­ne w po­gar­dli­wym gry­ma­sie. W tym roku do­stał prysz­czy i miał ich na czo­le cały świe­ży rząd. Tri­sha bar­dzo go ko­cha­ła, ale cza­sa­mi – na przy­kład tego wie­czo­ru, kie­dy mama przed­sta­wi­ła im plan wy­ciecz­ki – nie­na­wi­dzi­ła go rów­nie moc­no. Bar­dzo chcia­ła mu po­wie­dzieć, że jest tchó­rzem, w koń­cu wszyst­ko się do tego spro­wa­dza­ło w grun­cie rze­czy, jak zwykł ma­wiać tata. Pe­ter ma­rzył o tym, by po­wró­cić do Mal­den z ma­łym mło­dzień­czym ogon­kiem mię­dzy no­ga­mi, był bo­wiem tchó­rzem. Mama nic go nie ob­cho­dzi­ła, sio­stra nic go nie ob­cho­dzi­ła, nie ob­cho­dzi­ło go na­wet to, że miesz­ka­nie z oj­cem wca­le nie mu­sia­ło na dłuż­szą metę oka­zać się dla nie­go do­bre. Ob­cho­dzi­ło go tyl­ko to, że jada dru­gie śnia­da­nie, sie­dząc sa­mot­nie na ław­ce szkol­ne­go bo­iska. Ob­cho­dzi­ło go tyl­ko to, że kie­dy wcho­dzi do kla­sy po pierw­szym dzwon­ku, ktoś za­wsze po­zdra­wia go sło­wa­mi: „Hej, jak ci leci, Com­pu­World? Co po­ra­biasz, pe­dał­ku?”.

– To par­king, na któ­ry wyj­dzie­my – po­wie­dzia­ła mama, albo nie za­uwa­ża­jąc, że Pete nie in­te­re­su­je się mapą, albo uda­jąc, że nie za­uwa­ża. – Au­to­bus pod­jeż­dża tu oko­ło trze­ciej. Za­bie­rze nas z po­wro­tem do sa­mo­cho­du. W dwie go­dzi­ny póź­niej je­ste­śmy w domu. Je­śli nie bę­dzie­cie zbyt zmę­cze­ni, wy­bie­rze­my się ra­zem do kina. Jak wam się to po­do­ba?

Wczo­raj wie­czo­rem Pete za­cho­wał wy­nio­słe mil­cze­nie, za to dzi­siej­sze­go ran­ka usta mu się nie za­my­ka­ły. Za­czął, kie­dy wsie­dli do sa­mo­cho­du w San­ford. Nie chce je­chać na wy­ciecz­kę, wy­ciecz­ka jest do­wo­dem osta­tecz­nej głu­po­ty, w te­le­wi­zji mó­wi­li, że po po­łu­dniu ma lać, dla­cze­go mu­szą spę­dzić so­bo­tę, włó­cząc się po le­sie, i to o tej po­rze roku, kie­dy wszę­dzie bywa naj­wię­cej ro­ba­li, co się sta­nie, je­śli Tri­sha wpad­nie w tru­ją­cy bluszcz (jak­by go to w ogó­le ob­cho­dzi­ło), i tak da­lej, i tak da­lej. Nic, tyl­ko ga­dał i ga­dał. Miał na­wet czel­ność po­wie­dzieć, że po­wi­nien sie­dzieć w domu, ucząc się do eg­za­mi­nów, choć, zda­niem sio­stry, w ca­łym do­tych­cza­so­wym ży­ciu nig­dy nie uczył się w so­bo­tę. Mama naj­pierw mil­cza­ła bo­ha­ter­sko, ale w koń­cu prze­cież za­lazł jej za skó­rę. Uda­wa­ło mu się to bez­błęd­nie, je­śli tyl­ko miał dość cza­su. Kie­dy par­ko­wa­li na ubi­tej zie­mi przy dro­dze nu­mer 68, ści­ska­ła już kie­row­ni­cę tak moc­no, że aż zbie­la­ły jej kost­ki pal­ców, i mó­wi­ła wy­so­kim, ury­wa­nym gło­sem, któ­ry Tri­sha zna­ła aż za do­brze. Mama prze­cho­dzi­ła wła­śnie z alar­mu żół­te­go w stan alar­mu czer­wo­ne­go. W każ­dym ra­zie wy­glą­da­ło na to, że dzie­się­cio­ki­lo­me­tro­wy spa­cer po la­sach za­chod­nie­go Ma­ine może się oka­zać wy­jąt­ko­wo dłu­gi.

Tri­sha pró­bo­wa­ła naj­pierw od­wró­cić uwa­gę oboj­ga, wy­gła­sza­jąc peł­ne za­chwy­tu ko­men­ta­rze na wi­dok zruj­no­wa­nych sto­dół, pa­są­cych się koni i ma­low­ni­czych przy­droż­nych cmen­ta­rzy, zo­sta­ła jed­nak tak kom­plet­nie zlek­ce­wa­żo­na, że po pro­stu mu­sia­ła za­milk­nąć. Sie­dzia­ła na tyl­nym sie­dze­niu z Moną (któ­rą oj­ciec na­zy­wał Mo­anie Ba­lo­gna) na ko­la­nach, przy­tu­lo­na do ple­ca­ka, słu­cha­jąc kłót­ni i za­sta­na­wia­jąc się, czy bę­dzie pła­kać, czy po pro­stu zwa­riu­je. Czy kłót­nia ro­dzin­na może do­pro­wa­dzić ko­goś do sza­leń­stwa? Może mat­ka ma­so­wa­ła cza­sa­mi skro­nie czub­ka­mi pal­ców nie dla­te­go, że bo­la­ła ją gło­wa, lecz po to, by po­wstrzy­mać zmę­czo­ny mózg przed sa­mo­za­pło­nem, gwał­tow­ną de­kom­pre­sją lub czymś w tym ro­dza­ju.

Tri­sha ucie­kła od rze­czy­wi­sto­ści w swe uko­cha­ne ma­rze­nie. Zdję­ła cza­pecz­kę Red So­xów i wczu­wa­jąc się w rolę, sku­pi­ła się na pod­pi­sie na dasz­ku, za­ma­szy­stym pod­pi­sie, wy­ko­na­nym mięk­kim fla­ma­strem. Był to pod­pis Toma Gor­do­na. Pe­ter lu­bił Mo Vau­gh­na, mama mia­ła sła­bość do No­ma­ra Gar­cia­par­ry, lecz fa­wo­ry­tem Tri­shy i jej taty był zde­cy­do­wa­nie Tom Gor­don. Za­wod­nik ten z za­sa­dy za­my­kał grę – wcho­dził na bo­isko w ostat­niej, dzie­wią­tej roz­gryw­ce, gdy Red Soxi wy­gry­wa­li, ale nie de­cy­du­ją­co. Tata po­dzi­wiał Gor­do­na, po­nie­waż za­wsze wy­glą­dał na ab­so­lut­nie spo­koj­ne­go – „w ży­łach tego sku­bań­ca pły­nie woda z lo­dem”, ma­wiał – więc Tri­sha też go za to po­dzi­wia­ła, do­da­jąc cza­sa­mi, że tyl­ko Gor­do­no­wi wy­star­czy śmia­ło­ści, by na­rzu­cić pod­krę­ca­ną pił­kę przy trzy i zero (tę opi­nię tata prze­czy­tał jej kie­dyś ze spra­woz­da­nia w „Bo­ston Glo­be”). O in­nych spra­wach Tri­sha roz­ma­wia­ła wy­łącz­nie z Mo­anie Ba­lo­gną i, lecz tyl­ko raz, z przy­ja­ciół­ką, Pep­si Ro­bi­chaud. Pep­si wspo­mnia­ła od nie­chce­nia, że Tom Gor­don jest „cał­kiem przy­stoj­ny”. Mo­nie Tri­sha mo­gła się zwie­rzać bez opo­rów, i je­dy­nie Mona wie­dzia­ła, że Gor­don jest naj­przy­stoj­niej­szym ży­ją­cym męż­czy­zną i że gdy­by tyl­ko do­tknął ręki Tri­shy, ona z pew­no­ścią by ze­mdla­ła, a gdy­by ją po­ca­ło­wał, choć­by w po­li­czek, to by pew­nie na­wet umar­ła.

Te­raz, gdy mat­ka i brat kłó­ci­li się za­żar­cie na wszyst­kie moż­li­we te­ma­ty: o wy­ciecz­kę, o szko­łę w San­ford, o całe ich za­chwia­ne ży­cie, Tri­sha wpa­try­wa­ła się w czap­kę, któ­rą tata ja­kimś cu­dem zdo­był dla niej w mar­cu, tuż przed po­cząt­kiem se­zo­nu ba­se­bal­lo­we­go, i w wy­obraź­ni ma­lo­wa­ła taką oto scen­kę:

„Je­stem w par­ku w San­ford, dzień jak co dzień, idę do domu Pep­si przez te­ren za­baw dla dzie­ci. Przy wóz­ku z hot do­ga­mi stoi męż­czy­zna. Jest w dżin­sach i bia­łym pod­ko­szul­ku, na szyi ma zło­ty łań­cu­szek; stoi ty­łem do mnie, ale wi­dzę, jak łań­cu­szek błysz­czy w pro­mie­niach słoń­ca, męż­czy­zna od­wra­ca się i, Boże, nie wie­rzę wła­snym oczom, to na­praw­dę on, Tom Gor­don. Nie wiem, co robi w San­ford, ale to on, tak, to on, i te jego oczy, zu­peł­nie ta­kie jak wte­dy, kie­dy wpa­tru­je się w ba­zo­we­go, cze­ka­jąc na jego sy­gnał, te oczy, uśmie­cha się, mówi, że się zgu­bił, i pyta, czy nie wiem przy­pad­kiem, jak do­je­chać do mia­stecz­ka North Ber­wick, a ja, Boże, mój Boże, trzę­sę się cała, wiem, że nie zdo­łam nic wy­krztu­sić, otwo­rzę usta, lecz nie po­tra­fię wy­po­wie­dzieć ani sło­wa, wy­dam z sie­bie tyl­ko zdu­szo­ny pisk, któ­ry tata na­zy­wa cza­sa­mi pierd­nię­ciem my­szy, ale pró­bu­ję i oka­zu­je się, że mogę mó­wić, że mój głos brzmi pra­wie nor­mal­nie, więc mó­wię…”.

Ja mó­wię, on mówi, po­tem ja mó­wię i on mówi; miło jest my­śleć o tym, jak mo­gła­by wy­glą­dać taka roz­mo­wa. Kłót­nia z przed­nie­go sie­dze­nia od­da­la się i cich­nie (Tri­sha na­uczy­ła się już, że mil­cze­nie bywa naj­więk­szym bło­go­sła­wień­stwem, ja­kie jest w sta­nie ofia­ro­wać nam świat). Dziew­czyn­ka ni­czym za­hip­no­ty­zo­wa­na wpa­tru­je się w pod­pis na dasz­ku czap­ki i kie­dy do­dge skrę­ca na par­king, ona jest bar­dzo, bar­dzo da­le­ko stąd („Tri­sha wę­dru­je po swo­im wła­snym świe­cie” –jak ma­wia tata). Nie wie jesz­cze, że zwy­kły, nor­mal­ny świat to zę­ba­ty po­twór, lecz już wkrót­ce się o tym do­wie. Te­raz jest w San­ford, nie na TR-90. Jest w par­ku, a nie u wy­lo­tu Szla­ku Ap­pa­la­chów. Jest z To­mem Gor­do­nem, nu­mer 36, wy­ja­śnia mu, jak do­je­chać do North Ber­wick, a Tom z wdzięcz­no­ści pro­po­nu­je jej hot doga – i czy może być więk­sze szczę­ście na zie­mi?

Pierwsza rozgrywka

Mama i Pe­ter dali so­bie spo­kój, gdy do­szło do wyj­mo­wa­nia z sa­mo­cho­du ple­ca­ków i wi­kli­no­we­go ko­szy­ka, do któ­re­go Qu­il­la zbie­ra­ła ro­śli­ny. Pe­ter po­mógł na­wet sio­strze za­ło­żyć ple­cak i żeby było jej wy­god­nie, skró­cił je­den z pa­sków. Tri­sha po­zwo­li­ła so­bie za­tem na chwi­lę bez­sen­sow­nej na­dziei. Może od tej chwi­li wszyst­ko bę­dzie w po­rząd­ku?

– Dzie­cia­ki, ma­cie płasz­cze od desz­czu? – spy­ta­ła mama, uno­sząc wzrok w nie­bo, na ra­zie czy­ste, choć na za­cho­dzie gro­ma­dzi­ły się chmu­ry.

Tri­sha po­my­śla­ła, że naj­praw­do­po­dob­niej bę­dzie pa­dać, choć za­pew­ne zbyt póź­no, by Pe­ter mógł skar­żyć się z sa­tys­fak­cją, że prze­mókł do su­chej nit­ki.

– Mam, ma­mu­siu – za­świer­go­ta­ła ra­do­śnie w naj­lep­szym sty­lu te­le­tur­nie­jów.

Pe­ter tyl­ko burk­nął coś, co mo­gło ozna­czać „tak”.

– Dru­gie śnia­da­nie?

Tri­sha przy­zna­ła z en­tu­zja­zmem, że owszem, ma dru­gie śnia­da­nie, Pe­ter znów tyl­ko coś mruk­nął.

– No to do­sko­na­le, bo nie mam za­mia­ru dzie­lić się moim. – Qu­il­la za­mknę­ła sa­mo­chód i po­pro­wa­dzi­ła ich po ubi­tej zie­mi par­kin­gu w kie­run­ku ta­bli­cy z na­pi­sem: „Szlak za­chod­ni”. Kie­ru­nek wska­zy­wa­ła strzał­ka pod spodem. Na par­kin­gu sta­ło kil­ka­na­ście sa­mo­cho­dów. Nu­me­ry re­je­stra­cyj­ne wska­zy­wa­ły, że wszyst­kie, z wy­jąt­kiem ich do­dge’a, po­cho­dzą spo­za sta­nu.

– Śro­dek prze­ciw ko­ma­rom?

– Mam, mamo – za­świer­go­ta­ła Tri­sha, nie do koń­ca pew­na, czy go za­bra­ła. Wo­la­ła nie za­trzy­my­wać się jed­nak i nie od­wra­cać, by mama mo­gła spraw­dzić za­war­tość ple­ca­ka, bo to z pew­no­ścią obu­dzi­ło­by mil­czą­ce­go na ra­zie Pe­te­ra. Je­śli będą iść da­lej, może zo­ba­czy coś, co go za­in­te­re­su­je. Na przy­kład szo­pa. Albo je­le­nia? „Di­no­zaur był­by nie­zły” – po­my­śla­ła Tri­sha i za­chi­cho­ta­ła.

– Co cię tak bawi?

– Tyl­ko moje my­śli – od­po­wie­dzia­ła. Do­strze­gła zmarszcz­kę na czo­le mat­ki, „tyl­ko moje my­śli” było jed­nym z cha­rak­te­ry­stycz­nych po­wie­dzo­nek Lar­ry’ego McFar­lan­da. „Marszcz się, marszcz – po­my­śla­ła. – Marszcz się, ile tyl­ko chcesz. Zo­sta­łam z tobą i nie skar­żę się, jak ten tam po­nu­rak, ale tata nie prze­stał być moim tatą i nadal go ko­cham”. Do­tknę­ła dasz­ka czap­ki, jak­by chcia­ła się co do tego upew­nić.

– Do­bra, dzie­ci, idzie­my – roz­ka­za­ła Qu­il­la. – Miej­cie oczy otwar­te.

– Boże, jak ja tego nie­na­wi­dzę – jęk­nął Pe­ter i były to pierw­sze ar­ty­ku­ło­wa­ne dźwię­ki wy­da­ne przez nie­go od chwi­li, gdy wy­sie­dli z sa­mo­cho­du.

„Boże – po­my­śla­ła Tri­sha – ze­ślij coś: je­le­nia, di­no­zau­ra, UFO, bo je­śli tego nie zro­bisz, za­raz znów za­czną się kłó­cić”.

Bóg ze­słał im jed­nak wy­łącz­nie kil­ka ko­ma­rów – nie­wąt­pli­wie zwia­dow­ców ko­ma­rzej ar­mii, któ­ra już wkrót­ce mia­ła się do­wie­dzieć, że w dro­dze jest świe­że mię­sko. Kie­dy mi­ja­li strzał­kę z na­pi­sem „North Con­way, 9 km”, mat­ka i syn nie my­śle­li już o ni­czym oprócz awan­tu­ry. Igno­ro­wa­li Tri­shę, igno­ro­wa­li las, igno­ro­wa­li cały świat z wy­jąt­kiem sie­bie na­wza­jem. „Jap, jap, jap, jap…”; Tri­sha po­my­śla­ła na­wet, że dla nich to jak ja­kieś cho­re piesz­czot­ki. I w grun­cie rze­czy szko­da, że oka­za­li się tacy głu­pi, bo wo­kół było mnó­stwo cał­kiem faj­nych rze­czy. So­sny pach­nia­ły moc­no i słod­ko, nie­mal jak ro­dzyn­ki. Chmu­ry za­cią­ga­ły nie­bo, ale wca­le nie przy­po­mi­na­ły chmur, wy­da­wa­ły się ra­czej smu­ga­mi bia­ło­si­ne­go dymu. Tri­sha przy­pusz­cza­ła, że trze­ba jed­nak być do­ro­słym, by coś tak nud­ne­go jak spa­cer uznać za hob­by, ale ten spa­cer nie był wca­le taki zły. Nie wie­dzia­ła, czy cały Szlak Ap­pa­la­chów jest rów­nie do­brze utrzy­ma­ny jak ta jego część, praw­do­po­dob­nie nie, ale je­śli ja­kimś cu­dem jed­nak jest, to wie­dzia­ła już, dla­cze­go lu­dzie de­cy­do­wa­li się na przej­ście nim ca­łych tych ty­się­cy ki­lo­me­trów. Przy­po­mi­na­ło to spa­cer sze­ro­ką, krę­tą le­śną ale­ją. Nie­bru­ko­wa­ną, oczy­wi­ście, i pro­wa­dzą­cą pod górę, ale i tak szło się nią bez wy­sił­ku. Obok szla­ku stał na­wet sza­łas kry­ją­cy pom­pę, a obok na­pi­sa­ne było: „Woda na­da­je się do pi­cia. Pro­szę na­peł­nić dzba­nek do za­la­nia pom­py dla na­stęp­ne­go spra­gnio­ne­go wę­drow­ca”.

Tri­sha mia­ła w ple­ca­ku bu­tel­kę wody, wiel­ką pla­sti­ko­wą bu­tel­kę wody, ale na­gle ma­rze­niem jej ży­cia sta­ło się wy­pi­cie świe­żej, zim­nej wody z za­rdze­wia­łe­go kur­ka ba­nia­ka. Na­pi­je się zim­nej wody z pom­py, ma­rząc o tym, że jest Bil­bo Bag­gin­sem w dro­dze do Gór Mgli­stych.

– Mamo? – prze­mó­wi­ła do ple­ców mat­ki. – Mo­gli­by­śmy się za­trzy­mać, żeby…

– Pe­ter, na przy­ja­ciół trze­ba so­bie za­pra­co­wać! – tłu­ma­czy­ła Qu­il­la, nie zwra­ca­jąc naj­mniej­szej uwa­gi na cór­kę. Na­wet się nie od­wró­ci­ła. – Nie mo­żesz stać i cze­kać, żeby ko­le­dzy do cie­bie przy­szli i…

– Mamo… Pete… nie mo­gli­by­śmy przy­sta­nąć na chwi­lę i…

– Nie ro­zu­miesz – od­wark­nął Pe­ter. – Nie masz o ni­czym naj­mniej­sze­go po­ję­cia. Nie wiem, jak to wy­glą­da­ło, kie­dy ty cho­dzi­łaś do szko­ły, ale mogę ci po­wie­dzieć jed­no: te­raz wszyst­ko jest cał­kiem in­a­czej!

– Pe­ter. Mamo. Ma­mu­siu. Tam jest pom­pa i… – Tak na­praw­dę pom­pa była, tak na­le­ża­ło się o niej wy­po­wie­dzieć po­praw­ną an­gielsz­czy­zną, w cza­sie prze­szłym, bo zo­sta­ła już da­le­ko za nimi i nadal się od­da­la­ła.

– Nie przyj­mu­ję tego do wia­do­mo­ści – od­par­ła na­tych­miast mama, za­ję­ta dys­ku­sją, i Tri­sha po­my­śla­ła: „Nic dziw­ne­go, że do­pro­wa­dzi­ła go do sza­łu”. A po­tem, z za­wi­ścią: „Oni prze­cież za­po­mnie­li, że ja żyję. Dla nich je­stem Nie­wi­dzial­ną Dziew­czyn­ką. Nie­wi­dzial­na Dziew­czyn­ka to ja. W grun­cie rze­czy mo­gła­bym spo­koj­nie zo­stać w domu”. Ko­mar za­brzę­czał jej przy uchu, opę­dzi­ła się od nie­go mach­nię­ciem dło­ni.

Do­szli do roz­ga­łę­zie­nia szla­ku. Głów­na ścież­ka, nie­przy­po­mi­na­ją­ca już alei, lecz nadal cał­kiem sze­ro­ka i wy­god­na, od­cho­dzi­ła w lewo za zna­kiem in­for­mu­ją­cym: „North Con­way, 9 km”. Pra­we od­ga­łę­zie­nie, za­ro­śnię­te i nie­mal nie­wi­docz­ne, ozna­czo­ne było strzał­ką z na­pi­sem: „Ke­zar Notch, 16 km”.

– Pa­no­wie i pa­nie, mu­szę się wy­siu­siać – po­wie­dzia­ła Nie­wi­dzial­na Dziew­czyn­ka, lecz oczy­wi­ście nikt nie zwró­cił na nią uwa­gi, mama i brat szli po pro­stu przed sie­bie dro­gą pro­wa­dzą­cą do North Con­way. Szli obok sie­bie ni­czym ko­chan­ko­wie, pa­trząc so­bie w oczy ni­czym ko­chan­ko­wie, kłó­cąc się jak naj­gor­si wro­go­wie. „Rów­nie do­brze mo­gli­by­śmy nie ru­szać się z domu – po­my­śla­ła Tri­sha. – Mo­gli­by się po­kłó­cić w domu, a ja spo­koj­nie czy­ta­ła­bym so­bie książ­kę. Naj­le­piej Hob­bi­ta, o isto­tach lu­bią­cych spa­ce­ry po le­sie”.

„Kogo to ob­cho­dzi, ja i tak siu­siam” – po­wie­dzia­ła so­bie, za­ci­ska­jąc usta. Prze­szła kil­ka kro­ków ścież­ką ozna­czo­ną strzał­ką „Ke­zar Notch”. So­sny, za­cho­wu­ją­ce przy­zwo­itą od­le­głość od głów­ne­go szla­ku, tło­czy­ły się wo­kół tej ścież­ki, się­ga­jąc ku niej gra­na­to­wo­czar­ny­mi ga­łę­zia­mi, po­szy­cie też było gę­ste, bar­dzo, bar­dzo gę­ste. Po­szu­ka­ła wzro­kiem błysz­czą­cych li­ści, ty­po­wych dla tru­ją­ce­go blusz­czu, tru­ją­ce­go dębu, tru­ją­ce­go… ale nie za­uwa­ży­ła żad­nych za­gro­żeń, Bogu niech będą dzię­ki choć­by i za to. Mama po­ka­za­ła jej zdję­cia tych groź­nych ro­ślin i na­uczy­ła ją roz­po­zna­wać je dwa lata temu, gdy ży­cie było jesz­cze prost­sze i ła­twiej­sze. Tri­sha czę­sto i chęt­nie spa­ce­ro­wa­ła wów­czas z mamą po la­sach (je­śli cho­dzi o wy­ciecz­kę do Plant-A-To­rium, Pe­ter skar­żył się na nią wy­łącz­nie dla­te­go, że wy­bra­ła ją mat­ka. Było to tak oczy­wi­ste, że on sam nie zda­wał so­bie spra­wy z prze­ma­wia­ją­ce­go przez nie­go sa­mo­lub­stwa, któ­re ze­psu­ło im wszyst­kim cały dzień). Pod­czas jed­nej z wy­cie­czek mama na­uczy­ła ją tak­że tego, jak dziew­czyn­ki po­win­ny siu­siać w le­sie. Na­uka za­czę­ła się od cał­kiem pro­ste­go stwier­dze­nia: „Naj­waż­niej­sze i być może je­dy­nie waż­ne jest, by nie wejść przy tym w tru­ją­cy bluszcz. A te­raz patrz, co ro­bię, i na­śla­duj mnie”.

Tri­sha ro­zej­rza­ła się do­oko­ła, nie za­uwa­ży­ła ni­ko­go, nie­mniej jed­nak po­sta­no­wi­ła zejść ze ścież­ki. Ścież­ka do Ke­zar Notch nie wy­glą­da­ła na uczęsz­cza­ną; zwłasz­cza w po­rów­na­niu z sze­ro­ką ale­ją głów­ne­go szla­ku wy­da­wa­ła się za­le­d­wie za­uł­kiem, ona jed­nak mimo wszyst­ko nie za­mie­rza­ła prze­cież ku­cać na sa­mym jej środ­ku. Wy­da­wa­ło się to nie­wła­ści­we. Ze­szła więc w kie­run­ku roz­ga­łę­zie­nia na North Con­way, nadal sły­sząc roz­gnie­wa­ne gło­sy mat­ki i bra­ta. Póź­niej, nie ma­jąc naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że za­błą­dzi­ła, pró­bu­jąc ja­koś oswo­ić się z my­ślą, że być może przyj­dzie jej zgi­nąć w le­sie, przy­po­mnia­ła so­bie ostat­nie usły­sza­ne wy­raź­nie sło­wa ich kłót­ni, wy­po­wie­dzia­ne przez Pe­te­ra pi­skli­wym, na­pię­tym to­nem ma­łe­go dziec­ka: „Nie wiem, dla­cze­go mamy pła­cić za wa­sze błę­dy”.

Prze­szła kil­ka­na­ście kro­ków w kie­run­ku, z któ­re­go do­bie­gły ją jego sło­wa, omi­ja­jąc ostroż­nie krza­ki je­żyn, choć na wy­ciecz­kę wło­ży­ła dżin­sy, a nie szor­ty. Przy­sta­nę­ła, obej­rza­ła się za sie­bie. Nadal wi­dzia­ła ścież­kę, a to zna­czy­ło, że każ­dy idą­cy tędy bę­dzie w sta­nie do­strzec ją, siu­sia­ją­cą w kuc­ki, z na pół wy­peł­nio­nym ple­ca­kiem na ra­mio­nach i cza­pecz­ce Red So­xów na gło­wie. Za­wsty­dza­ją­ce, a ra­czej, jak po­wie­dzia­ła­by Pep­si „za-du­pia-jące” (Qu­il­la An­der­son wspo­mnia­ła kie­dyś, że zdję­cie Pe­ne­lo­py Ro­bi­chaud po­win­no znaj­do­wać się w słow­ni­ku przy ha­śle: „wul­gar­ność”).

Tri­sha ze­szła po ła­god­nie opa­da­ją­cym zbo­czu, śli­zga­jąc się na po­kry­wie wil­got­nych ze­szło­rocz­nych li­ści. Kie­dy, już na dole, znów obej­rza­ła się za sie­bie, stwier­dzi­ła, że ścież­ki do Ke­zar Notch nie wi­dzi – i bar­dzo do­brze. Z prze­ciw­nej stro­ny, przed sobą, sły­sza­ła gło­sy męż­czy­zny i dziew­czyn­ki, bez wąt­pie­nia idą­cych głów­nym szla­kiem, znaj­du­ją­cym się naj­wy­raź­niej nie­da­le­ko. Roz­pi­na­jąc dżin­sy, po­my­śla­ła, że je­śli mat­ce i bra­tu przyj­dzie do gło­wy obej­rzeć się na­gle, to kie­dy za­uwa­żą, że za­miast sio­stry i cór­ki idzie za nimi nie­zna­jo­my tata z có­recz­ką, pew­nie się zde­ner­wu­ją.

I bar­dzo do­brze. Niech się de­ner­wu­ją. Niech raz po­my­ślą o kimś in­nym, a nie tyl­ko o so­bie.

Cała sztu­ka, po­wie­dzia­ła jej mama w daw­nych do­brych cza­sach, w po­dob­nym le­sie, dwa lata temu, nie po­le­ga na sa­mym wy­siu­sia­niu się. Dziew­czę­ta po­tra­fią to ro­bić rów­nie do­brze jak chłop­cy. Sztu­ka po­le­ga na nie­za­siu­sia­niu maj­tek. Tri­sha kuc­nę­ła, przy­trzy­mu­jąc się wy­god­nej po­zio­mej ga­łę­zi. Wol­ną ręką się­gnę­ła mię­dzy ko­la­na, usu­wa­jąc spodnie i maj­tecz­ki z „li­nii ognia”. Przez chwi­lę nie dzia­ło się nic, jak zwy­kle. Wes­tchnę­ła mę­czeń­sko; koło jej ucha za­bzy­czał ko­mar, a nie mia­ła już wol­nej ręki, żeby się przed nim opę­dzić.

– O mój Boże, garn­ki do go­to­wa­nia bez wody! – syk­nę­ła gniew­nie i wy­da­ło jej się to śmiesz­ne, ta­kie strasz­nie śmiesz­ne, ta­kie po­twor­nie głu­pie i okrop­nie za­baw­ne, że ro­ze­śmia­ła się i na­tych­miast za­czę­ła siu­siać. Skoń­czy­ła, ro­zej­rza­ła się do­oko­ła, szu­ka­jąc cze­goś, czym mo­gła­by się wy­trzeć, lecz znów przy­po­mnia­ła so­bie, co ma­wiał tata, i zde­cy­do­wa­ła, że nie bę­dzie „nad­uży­wać szczę­ścia”. Po­trzą­snę­ła pup­cią (jak­by mo­gło jej to w czymś po­móc) i pod­cią­gnę­ła majt­ki. Usły­sza­ła bzy­cze­nie ko­ma­ra, ude­rzy­ła się w po­li­czek i z za­do­wo­le­niem po­wi­ta­ła wi­dok krwa­wej plam­ki na dło­ni. – A my­śla­łeś, że wy­strze­li­łam cały ma­ga­zy­nek, przy­ja­cie­lu, co? – po­wie­dzia­ła.

Od­wró­ci­ła się w kie­run­ku, z któ­re­go przy­szła, a po­tem od­wró­ci­ła się zno­wu. Wpa­dła na naj­gor­szy po­mysł w swo­im mło­dym ży­ciu, a mia­no­wi­cie, by iść przed sie­bie, a nie wra­cać na szlak do Ke­zar Notch. Oba szla­ki ro­ze­szły się, two­rząc li­te­rę Y, wy­star­czy­ło przejść ka­wa­łek, by od jed­ne­go jej ra­mie­nia do­trzeć do dru­gie­go. Za­błą­dzić na tak ma­łym ka­wał­ku dro­gi – to prze­cież nie­moż­li­we. Sko­ro tak wy­raź­nie sły­sza­ła gło­sy lu­dzi, nie ist­nia­ło na­wet naj­mniej­sze nie­bez­pie­czeń­stwo za­błą­dze­nia.

Druga rozgrywka

Za­chod­nie zbo­cze wą­wo­zu było znacz­nie bar­dziej stro­me od tego, któ­rym ze­szła. Wspię­ła się na nie, przy­trzy­mu­jąc się ga­łę­zi drzew, po­ko­na­ła wznie­sie­nie i ru­szy­ła w kie­run­ku, skąd sły­sza­ła gło­sy. W tym miej­scu zie­mia po­ro­śnię­ta była gę­sto krza­ka­mi, któ­rych kępy Tri­sha mu­sia­ła ob­cho­dzić, przez cały czas pa­trzy­ła jed­nak przed sie­bie, w stro­nę głów­ne­go szla­ku. Szła w ten spo­sób przez ja­kieś dzie­sięć mi­nut, a po­tem się za­trzy­ma­ła. W tym wraż­li­wym miej­scu mię­dzy ser­cem i żo­łąd­kiem, gdzie naj­wy­raź­niej zbie­ga­ły się wszyst­kie ner­wy cia­ła, po­czu­ła pierw­sze nie­wy­raź­ne jesz­cze ukłu­cie nie­po­ko­ju. Czy po­win­na już wyjść na od­ga­łę­zie­nie szla­ku pro­wa­dzą­ce do North Con­way? Naj­wy­raź­niej tak, prze­cież od­ga­łę­zie­niem do Ke­zar Notch prze­szła ja­kieś pięć­dzie­siąt kro­ków, zresz­tą niech bę­dzie sześć­dzie­siąt albo i sie­dem­dzie­siąt, ale z pew­no­ścią nie wię­cej. Od­le­głość mię­dzy dwo­ma ra­mio­na­mi Y nie może być prze­cież aż tak duża!

Na­słu­chi­wa­ła, ocze­ku­jąc, że usły­szy gło­sy z głów­ne­go szla­ku, ale w le­sie pa­no­wa­ła ab­so­lut­na ci­sza. To zna­czy nie, ci­sza nie była wca­le ab­so­lut­na. Tri­sha sły­sza­ła szum wia­tru w wiel­kich, ty­po­wych dla Dzi­kie­go Za­cho­du so­snach, sły­sza­ła wrza­ski srok i gdzieś, w od­da­li, po­stu­ki­wa­nia dzię­cio­ła wy­ja­da­ją­ce­go ze sma­kiem póź­ne śnia­da­nie ze spróch­nia­łe­go pnia drze­wa; wo­kół oboj­ga jej uszu – dla od­mia­ny – bzy­cza­ły ar­mie ko­ma­rów, ale tej peł­nej dźwię­ków ci­szy nie prze­ry­wał ża­den ludz­ki głos. Mia­ła wra­że­nie, że jest je­dy­nym czło­wie­kiem w le­sie, i choć za­kra­wa­ło to na ab­surd, ner­wy mię­dzy ser­cem i żo­łąd­kiem za­gra­ły raz jesz­cze. Tym ra­zem nie­co gło­śniej.

Ru­szy­ła przed sie­bie, tro­chę szyb­ciej, ma­rząc tyl­ko o tym, by wyjść wresz­cie na szlak, nie my­śląc o ni­czym in­nym. Dro­gę za­gro­dzi­ło jej zwa­lo­ne drze­wo, za wy­so­kie, by przez nie prze­leźć, Tri­sha po­sta­no­wi­ła się więc pod nim prze­czoł­gać. Wpraw­dzie zda­wa­ła so­bie spra­wę, że po­win­na je obejść, ale co by to było, gdy­by stra­ci­ła po­czu­cie kie­run­ku?

„Już stra­ci­łaś po­czu­cie kie­run­ku” – szep­nął ja­kiś głos w jej gło­wie, prze­ra­ża­ją­co chłod­ny.

– Stul pysk, nie stra­ci­łam po­czu­cia kie­run­ku, stul pysk – szep­nę­ła, klę­ka­jąc.

Pod frag­men­tem ob­ro­śnię­te­go mchem pnia wi­dać było płyt­kie wgłę­bie­nie, po­sta­no­wi­ła więc za­cząć w tym miej­scu. Opa­dłe po­przed­niej je­sie­ni li­ście były mo­kre, nim to so­bie jed­nak uświa­do­mi­ła, przód blu­zy mia­ła zu­peł­nie prze­mo­czo­ny, po­wie­dzia­ła so­bie za­tem, że wil­goć nie ma naj­mniej­sze­go zna­cze­nia. Pod­czoł­ga­ła się da­lej i ude­rzy­ła ple­ca­mi w pień. Łup.

– Niech to li­cho weź­mie! – szep­nę­ła. „Niech to li­cho weź­mie” było ostat­nio ulu­bio­nym prze­kleń­stwem jej i Pep­si, nie wie­dzia­ły dla­cze­go, lecz brzmia­ło to jak­by tro­chę z wiej­ska i tro­chę z an­giel­ska. Cof­nę­ła się. Za­miast peł­zać, sta­nę­ła na czwo­ra­kach, otrze­pa­ła wil­got­ne, nad­gni­łe li­ście z blu­zy i do­pie­ro te­raz za­uwa­ży­ła, że ręce jej się trzę­są. – Nie boję się – po­wie­dzia­ła spe­cjal­nie gło­śno, wła­sny szept bo­wiem tro­chę ją jak­by prze­ra­żał. – Wca­le się nie boję. Szlak jest na wy­cią­gnię­cie ręki. Tra­fię tam za pięć mi­nut i będę mu­sia­ła biec, żeby ich do­go­nić.

Zdję­ła ple­cak i po­py­cha­jąc go przed sobą, pró­bo­wa­ła prze­peł­znąć pod pniem na dru­gą stro­nę.

Była mniej wię­cej w po­ło­wie dro­gi, kie­dy coś się pod nią po­ru­szy­ło. Opu­ści­ła gło­wę. Wśród li­ści prze­my­kał się gru­by, czar­ny wąż. Przez chwi­lę czu­ła wy­łącz­nie obrzy­dze­nie i strach. Za­mar­ła, nie­zdol­na do żad­nej my­śli, nie­zdol­na wy­krztu­sić sło­wa. Nie była w sta­nie ani wy­po­wie­dzieć, ani wy­szep­tać sło­wa „wąż”, nie była w sta­nie na­wet uświa­do­mić so­bie, co się za tym sło­wem kry­je, czu­ła to jed­nak, zim­ne i pul­su­ją­ce pod jej cie­płą dło­nią. Drgnę­ła i spró­bo­wa­ła po­de­rwać się na rów­ne nogi, za­po­mi­na­jąc, że nadal tkwi pod zwa­lo­nym pniem. Uła­mek ga­łę­zi gru­bo­ści ra­mie­nia ugo­dził ją w krzyż. Znów pa­dła na zie­mię i wy­czoł­ga­ła się spod pnia naj­szyb­ciej, jak tyl­ko mo­gła. Praw­do­po­dob­nie sama przy­po­mi­na­ła w tym mo­men­cie węża.

Obrzy­dli­wy gad znikł, ale strach po­zo­stał. Przy­ci­snę­ła ręką ukry­te­go wśród zgni­łych li­ści obrzy­dli­we­go stwo­ra, przy­ci­snę­ła go ręką. Dzię­ki Bogu, naj­wy­raź­niej nie był ja­do­wi­ty. Ale je­śli tu jest wię­cej węży? I je­śli te na­stęp­ne będą ja­do­wi­te? Je­śli te lasy aż się od nich roją? A roją się z całą pew­no­ścią, lasy za­wsze aż roją się od tego, cze­go nie lu­bisz, od wszyst­kie­go, co na­pa­wa cię prze­ra­że­niem i cze­go nie­na­wi­dzisz in­stynk­tow­nie, wszyst­kie­go, co bu­dzi w to­bie jed­no uczu­cie: śle­pą, wszech­ogar­nia­ją­cą pa­ni­kę. Dla­cze­go w ogó­le zde­cy­do­wa­ła się po­je­chać na tę wy­ciecz­kę? I w do­dat­ku po­je­chać na nią z ra­do­ścią!

Chwy­ci­ła pa­sek ple­ca­ka i po­bie­gła przed sie­bie, czu­jąc, jak ple­cak obi­ja jej się o nogi. Przez ra­mię rzu­ca­ła nie­uf­ne spoj­rze­nia na le­żą­cy pień, na sto­ją­ce drze­wa, na gąszcz ga­łę­zi wy­peł­nia­ją­cy próż­nię po­mię­dzy nimi; czu­ła pa­nicz­ny strach, że zo­ba­czy węża, i jesz­cze gor­szy, jesz­cze bar­dziej pa­nicz­ny strach przed zo­ba­cze­niem mnó­stwa węży, ni­czym w ja­kimś hor­ro­rze, In­wa­zja mor­der­czych węży, w roli głów­nej Pa­tri­cia McFar­land, prze­ra­ża­ją­ca opo­wieść o dziew­czyn­ce, któ­ra za­błą­dzi­ła w le­sie i…

„Prze­cież ja nie… ” – po­my­śla­ła Tri­sha i w tym mo­men­cie, po­nie­waż oglą­da­ła się przez ra­mię, po­tknę­ła się o ka­mień ster­czą­cy z grzą­skiej zie­mi, za­chwia­ła, mach­nę­ła wol­ną ręką (w dru­giej trzy­ma­ła ple­cak) w ska­za­nym z góry na nie­po­wo­dze­nie wy­sił­ku utrzy­ma­nia rów­no­wa­gi i cięż­ko prze­wró­ci­ła się na bok. Po­czu­ła strasz­ny ból w krzy­żu, gdzie po­przed­nio ugo­dzi­ła ją ga­łąź.

Le­ża­ła na boku wśród li­ści, wil­got­nych, lecz nie tak obrzy­dli­wie zgni­łych jak pod pniem drze­wa, od­dy­cha­jąc szyb­ko i czu­jąc bi­cie ser­ca mię­dzy ocza­mi. Na­gle, prze­ra­żo­na i wy­trą­co­na z rów­no­wa­gi, zda­ła so­bie spra­wę, że wca­le nie jest pew­na, czy po­dą­ża we wła­ści­wym kie­run­ku. Oglą­da­ła się prze­cież za sie­bie, więc mo­gła w któ­rymś mo­men­cie skrę­cić. Mo­gła, ale nie mu­sia­ła.

„Wróć do po­wa­lo­ne­go drze­wa – po­my­śla­ła. – Stań w miej­scu, w któ­rym spod nie­go wy­szłaś, spójrz wprost przed sie­bie i idź w tym kie­run­ku, a tra­fisz na głów­ny szlak”.

Ale czy na­praw­dę? Je­śli tak, to dla­cze­go jesz­cze do nie­go nie do­szła?

Po­czu­ła na­pły­wa­ją­ce do oczu łzy. Mru­gnę­ła i wiel­kim wy­sił­kiem woli po­wstrzy­ma­ła się od pła­czu. Gdy­by za­czę­ła pła­kać, nie mo­gła­by już wy­tłu­ma­czyć sama so­bie, że się nie boi. Gdy­by za­czę­ła pła­kać, wszyst­ko mo­gło­by się zda­rzyć.