Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Niegdyś pomidor nie miał łatwego życia – przez wieki tkwił na marginesie historii, podejrzewany o trujące właściwości, i służył co najwyżej do obrzucania wrogów. W XIX wieku uwierzono jednak, że ekstrakt z niego jest cudownym lekarstwem na wszelkie dolegliwości. Teraz pomidor jest najpopularniejszym owocem (a może warzywem?) na świecie i zmienia oblicze rolnictwa, przenosząc się z pól do klimatyzowanych megaszklarni wielkości małych miast. Każdego lata w wielu krajach odbywają się festiwale pomidora, a butelka ketchupu stanowi podstawowe wyposażenie każdej lodówki.
Oparta na skrupulatnych badaniach i opowiedziana żywym, dowcipnym językiem, książka Dziesięć pomidorów, które zmieniły świat to historia oszustów, konkwistadorów i mafiosów, a także podróży, przygód i łutów szczęścia.
Poznaj fascynujące losy pomidora na przestrzeni wieków!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 345
Data ważności licencji: 7/14/2030
Tytuł oryginału: Ten Tomatoes That Changed the World
Przekład: Natalia Mętrak-Ruda Redaktor inicjujący: Katarzyna Nawrocka Opieka redakcyjna: Maria Zalasa Redakcja: Aleksandra Adamczewska Korekta: Magdalena Świerczek-Gryboś Projekt okładki: Tree Abraham Adaptacja okładki na potrzeby polskiego wydania: Norbert Młyńczak
Copyright © 2022 by William Alexander This edition published by arrangement with Grand Central Publishing, an imprint of Hachette Book Group, Inc., New York, NY, USA. All rights reserved. Copyright for the Polish edition © Wydawnictwo JK, 2026 Copyright for the Polish translation © Natalia Mętrak-Ruda, 2026
Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniana i wykorzystywana wyłącznie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.
ISBN 978-83-68846-21-8 Wydanie I, Łódź 2026
JK Wydawnictwo ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Dla Anne
Wstęp
Cenniejsze niż złoto
Hiszpański konkwistador Hernando Cortés srogo się pomylił. Siedem miesięcy wcześniej spisek i rzeź otworzyły mu drogę do azteckiej stolicy-wyspy Tenochtitlán, ale on i jego mała armia byli w strzępach. Montezuma, jego więzień, a jednocześnie obrońca, już nie żył, raniony kamieniem przez wściekłych poddanych, którzy teraz zwrócili swój gniew przeciwko najeźdźcom. Najeźdźcom zdziesiątkowanym, odciętym od stałego lądu i oblężonym. Konkwistador widział tylko jedną możliwość, by uratować życie swoich dwustu pięćdziesięciu ludzi. W przypadku klęski lepiej byłoby im zginąć w walce; jeśliby któryś z nieszczęśników trafił do niewoli, pozostałoby mu tylko czekać, aż jego bijące jeszcze serce zostanie wyrwane z piersi.
Hiszpanie spakowali tyle skradzionych skarbów, ile tylko się dało, i zaplanowali desperacką ucieczkę w środku nocy, wykorzystując zbudowane w tajemnicy przenośne mosty, które miały połączyć przerwane groble. Ciężkie złoto okazało się nieporęczne i wylądowało na dnie jeziora Texcoco. Świat nie widział dotąd równie wielkiej straty. Cortés zdołał jednak uciec, przegrupował się i wrócił żądny zemsty. Na przestrzeni czternastu miesięcy wspaniała niegdyś cywilizacja znalazła się w ruinie, padłszy ofiarą hiszpańskiej agresji, zarazy i nieposkromionego pragnienia srebra i złota. Prawdziwy skarb Meksyku, który miał wywrzeć na świat wpływ nie mniejszy niż wszystkie cenne kruszce Nowego Świata, miał jednak niedługo znaleźć się na statku płynącym do Europy, by na zawsze zmienić bieg historii.
Mówię oczywiście o pomidorze.
Jeden
Pomodoro Medyceuszy
Dziwne, obce warzywo zostaje wpierw nazwane, potem zapomniane
Wielki książę Toskanii Kosma I Medyceusz schodził po długich schodach Palazzo Vecchio, bo dowiedział się właśnie od zarządcy dworu, że z jego wiejskiej posiadłości pod Florencją przywieziono do pałacu kosz. Cały dwór zebrał się, by przyjrzeć się dziwnemu warzywu, które dopiero co przybyło z Nowego Świata. Wydawało się, że pomidory zostaną Włochom przedstawione właśnie przez słynnego i wpływowego Kosmę I Medyceusza. Czy ktokolwiek byłby lepszy w tej roli? Hojny mecenas sztuki i nauki, który właśnie sfinansował pierwszy ogród botaniczny w Pizie, książę obecny w życiu publicznym, odkąd miał siedemnaście lat, i botanik-amator, szczególnie zainteresowany roślinami z Nowego Świata – czego dowodziły całe rzędy grządek kukurydzy witające zdziwionych gości w jednym z jego licznych toskańskich majątków, Villa di Castello. Co więcej, był mężem Hiszpanki, Eleonory di Toledo, której rodzina miała dostęp do wielu gatunków roślin docierających z obu Ameryk.
Tym razem do Kosmy trafiły pomidory, które nie tylko miały się stać niemal synonimiczne z Włochami, ale które wpłynąć miały na kuchnie całego świata, od amerykańskiego ketchupu po indyjskie tikka masala. Prawdziwie doniosła chwila! Co miało nastąpić później? Narodziny pizzy i spaghetti? Zaproszenie na kolację skierowane do Michała Anioła? Zarządca pisze o tej dramatycznej chwili uniżonym, niemal biblijnym tonem: „I otwarto kosz, i wszyscy popatrzyli na siebie, głęboko zamyśleni”.
To, co powiedzieli wówczas zgromadzeni, nie zostało zanotowane, ale podejrzewam, że wznieśli wzrok do nieba i pomyśleli: „Co to, do cholery, jest?”.
Biorąc pod uwagę, że następnego dnia przypadał Dzień Wszystkich Świętych – a więc tradycyjne święto – moglibyśmy się zastanawiać, czy pomidorów nie przeznaczono specjalnie na tę okazję. Nie podano ich jednak na kolację ani tego dnia, ani następnego. Ani w kolejnym roku i dziesięcioleciu, ani nawet sto lat później. W rzeczywistości warzywo to – tak blisko związane z włoską kuchnią, że można by wybaczyć każdemu, kto (podobnie jak ja) był przekonany o jego włoskim rodowodzie – nie zagrzało miejsca na tamtejszych stołach przez trzysta kolejnych lat.
Mimo to mówimy o wydarzeniu historycznym, jako że mamy do czynienia z pierwszym udokumentowanym pojawieniem się pomidora we Włoszech. A uprzejmy zarządca, wysyłając do wiejskiej rezydencji bilecik z informacją, że kosz bezpiecznie dotarł do pałacu, po raz pierwszy w Europie nadaje nazwę tej dziwnej, importowanej z Nowego Świata roślinie – pomodoro.
Jeśli zaś chodzi o ostatni towar importowy, jaki z Nowego Świata przybył do Palazzo Vecchio, współcześni jego rezydenci również nie wiedzą, co ze mną zrobić ani czemu przyjechałem aż z Ameryki, żeby odwiedzić miejsce, które służy dziś za prefettura, czyli siedzibę samorządu prowincji Pizy. Pałac, w którym zbierali się niegdyś książęta i księżne (i, przy co najmniej tamtej jednej okazji, pomidory), jest dzisiaj urzędem, gdzie płaci się podatki albo wyrabia licencję na łowienie ryb. Wspaniałe komnaty Kosmy Medyceusza przekształcone zostały w stanowiska pracy i wyposażone w metalowe biurka i szafki na dokumenty, kryształowe żyrandole zastąpiono ostrym, fluorescencyjnym światłem lamp, a co najbardziej rozczarowujące, nikt z tu obecnych nie ma najmniejszego pojęcia, jak doniosłą botaniczną rolę odegrało dawne palazzo (chociaż wszyscy z uśmiechem biorą mnie za słowo).
Rzecz jasna, nie spodziewałem się pamiątkowej tablicy na cześć pomidorów – może zasłużyłyby na nią, gdyby Kosma coś z nimi zrobił! – a w Pizie można znaleźć parę obiektów o większym znaczeniu historycznym, w tym pewną pochyloną wieżę, ale i tak czułem się nieco zawiedziony. Sekretarka służąca mi za przewodniczkę musiała zauważyć moje rozczarowanie na widok biurowych dekoracji.
– Gdybyśmy zostawili wszystkie zabytkowe budynki w ich pierwotnym stanie, nie mielibyśmy gdzie mieszkać ani pracować. Jesteśmy we Włoszech.
Trudno się z tym nie zgodzić. Sytuację równoważy fakt, że we Florencji Kosma zbudował Uffizi, dziś jedną z najwspanialszych galerii sztuki na świecie, jako – nie uwierzycie – budynek administracyjny. A więc zasada działa w obie strony. Marne to jednak pocieszenie, bo kiedy po miesiącach zmagań z włoską biurokracją, barierą językową i, co dość istotne, globalną pandemią udało mi się wreszcie zorganizować tę pielgrzymkę (z perspektywy czasu myślę, że powinienem był udawać, że wybieram się na ryby), wygląda na to, że pokonałem sześć tysięcy kilometrów, żeby zobaczyć salę pełną kserokopiarek.
Sekretarka wychodzi z ponurych biur i prowadzi mnie przez dziedziniec do, jak mówi, niewyremontowanego skrzydła pałacu, gdzie na drugim i trzecim piętrze mieszka prefetto – regionalny przedstawiciel administracji państwowej. Klatki schodowej strzeże wyrzeźbiona na balustradzie imponująca głowa lwa. Przechodzę przez drzwi i… co do fanculo???
Jesteśmy w dawnej kuchni Kosmy, gdzie wzdłuż niemal całej ściany ciągnie się długi, drewniany stół. Zamontowano tu instalację hydrauliczną i zakupiono nowe sprzęty (prefetto ma na górze własną kuchnię, ale tej używa się podczas przyjęć i podobnych okazji), ale dowiaduję się, że poza tym od czasów Medyceuszy niewiele się tu zmieniło. W przestronnym i jasnym pomieszczeniu zmieściłoby się bez trudu pół tuzina kucharzy, lecz mój wzrok szczególnie przyciąga przepiękna szesnastowieczna posadzka z kafli, które zachodzą też wyżej, na ściany, a to oznacza – co zauważam z nutą zazdrości – że zabrudzoną po wielkim gotowaniu kuchnię można po prostu umyć od góry do dołu.
Dwa okna otoczone grubymi, drewnianymi okiennicami wpuszczają dużo naturalnego światła, a z sali wychodzi się prosto na główną ulicę, z której widać pobliską rzekę Arno. Sekretarka mówi, że bezpośredni dostęp do drogi i wody był kluczowy, bo to właśnie w kuchni odbierano wszystkie dostawy, zarówno te przybywające drogą lądową, jak i morską.
– Zaraz, a zatem to tu…
– Tak – potwierdza z uśmiechem.
To właśnie tutaj Medyceusze zebrali się, żeby powitać tajemniczy kosz z owocami przybyłymi z odległej cywilizacji.
Tyle że ich nie gotowali.
Co możemy powiedzieć o pomidorach Kosmy? Jego zarządca niestety nie pozostawił nam żadnego opisu, ale mam nadzieję, że dowiem się czegoś więcej, gdy udam się do katedry. W tym celu muszę minąć niemal nienaturalnie białą wieżę, która wydaje się pochylać tak wyraźnie, jakby miała runąć na ziemię niczym talia kart, gdyby tylko jakaś grupa turystów postanowiła wdrapać się na górę i stanąć po jej jednej stronie.
To na krzywą wieżę w Pizie można wejść?. Jestem w szoku – można by sądzić, że ten bezcenny zabytek, który istniał już (i pochylał się na południe) sto czterdzieści dziewięć lat przed tym, jak Kosma wzruszył ramionami na widok swoich pomidorów, jest niedostępny dla gości, oprócz może Quasimoda. A skoro już przy tym jesteśmy, uwaga do przyszłych budowniczych wież: „pisa” to greckie słowo oznaczające „bagno”. Może gdy następnym razem postanowicie zbudować wielką wieżę, wybierzcie miasto z „podłożem skalnym” w nazwie.
Chociaż dzisiaj wieża jest największą okoliczną atrakcją, powstała jako dodatek – dzwonnica mająca towarzyszyć katedrze, która po ukończeniu budowy w 1118 roku była największa i najwspanialsza w Europie. Obecne drzwi powstały „niedawno”, to znaczy w 1600 roku, po tym jak te oryginalne strawił pożar. Trzy pary ogromnych, bogato dekorowanych wrót wejściowych z brązu składają się z płyt, na których widnieją sceny ze Starego i Nowego Testamentu, oprawione we fryzy przestawiające lokalną i egzotyczną florę i faunę; są tam ogórki, strączki groszku, jabłka, orzechy, wiewiórki i żółwie. Jest nawet nosorożec, który był emblematem kuzyna i poprzednika Kosmy na stanowisku księcia Florencji, Aleksandra Medyceusza – jego śmierć z ręki najbliższego przyjaciela w 1537 roku wprowadziła nastoletniego Kosmę na to stanowisko.
Jeśli zaś przyjrzeć się dokładnie, w lewym dolnym rogu prawego skrzydła bez wahania rozpozna się pomidora. Nie jest to jednak pomidor, jakiego najczęściej widujemy dzisiaj. Jest podzielony na sześć „cząstek”, żebrowany niczym dynia piżmowa. Gładki pomidor miał zadebiutować dopiero dwieście lat później – a tego karbowanego wciąż da się znaleźć na pizańskich targach.
Drzwi katedry powstały w warsztacie flamandzkiego rzeźbiarza Giambologni, członka założyciela Accademia delle Arti del Disegno – prestiżowej akademii sztuk pięknych ufundowanej przez Kosmę Medyceusza w 1563 roku. Znów ten Kosma! Faktycznie, dobrze znał Giambolognę, chociaż intrygująca koncepcja o związku między pomidorami Kosmy a rzeźbiarzem zostaje podważona przez fakt, że wielki książę zmarł w wieku pięćdziesięciu czterech lat na ćwierć wieku przed powstaniem drzwi. Mimo to wizerunek pomidora (a właściwie dwóch) podpowiada nam, że pomodoro był w siedemnastowiecznej Italii dobrze znany. Po prostu go nie jedzono.
Tymczasem inne jadalne rośliny przybyłe z Nowego Świata przyjęto z otwartymi ramionami; kukurydzę mielono na polentę, fasolę dodawano do potrawek i zup, całą Europę miała zaraz spowić chmura tytoniowego dymu, a ziemniak miał nawet dotrzeć do odległej Irlandii, gdzie stanie się niezbędny dla rzesz chłopów – nie bez katastrofalnych konsekwencji. Tyle zdążyło się wydarzyć, zanim Włosi zaczęli jeść pomidory. Czemu zajęło im to tyle czasu?
Zadaję to pytanie Giulii Marinelli, przewodniczce w Museo del Pomodoro, jedynym na świecie muzeum poświęconym pomidorom, leżącym w oddalonym o parę godzin drogi od Pizy regionie Emilia-Romania.
– Przez wiele lat uważano go za roślinę dekoracyjną – mówi Gulia i dodaje, że pomidory hodowano w ogrodach botanicznych. – Chociaż był pewien franciszkanin, który już w XVI wieku wiedział, że Meksykanie jadali te owoce, zarówno ugotowane w postaci sosów, jak i surowe.
Mowa o Hiszpanie Bernardinie de Sahagún, który udał się do Meksyku jako misjonarz w 1529 roku. Nie wiem, jak długo zamierzał tam zostać, ale prawdopodobnie krócej niż sześćdziesiąt jeden lat, a więc resztę swojego życia. Bernardina ciekawiła kultura Azteków, nawet ruiny Tenochtitlán, które Cortés swego czasu uznał za „tak cudowne, że wręcz niewiarygodne”. Zanim konkwistador obrócił je w proch, wyspiarskie miasto, poprzecinane kanałami, po których pływały łódki i kanoe, połączone było ze stałym lądem pięcioma groblami i mogło się poszczycić parkami, ogrodami, wielkimi placami, a nawet ogrodami zoologicznymi – na długo przed tym, jak na pomysł ich zakładania wpadli Europejczycy. Całkiem możliwe, że Tenochtitlán (położone na terenie współczesnego Mexico City) było największym, najczystszym i najlepiej prosperującym miastem na świecie, a pracujący tam jubilerzy tworzyli finezyjne, kunsztowne dzieła, które mogłyby rywalizować z najpiękniejszymi pracami renesansowych artystów europejskich.
Zaawansowana aztecka cywilizacja obejmowała także rolnictwo, którego duża część realizowała się na pływających farmach chinampas. Na płyciznach jezior wbijano w dno paliki wzdłuż krzyżujących się linii i na stworzonej w ten sposób kratownicy zaplatano trzciny; powstawało coś w rodzaju podwodnych skrzynek, które wypełniano materią organiczną (w tym ludzkimi odchodami). Te tak zwane farmy akwaponiczne wykorzystywano do uprawy kukurydzy, papryczek chili, dyni, fasoli i okrągłych czerwonych lub żółtych warzyw, które Aztekowie nazywali xitomatl.
Pomidory to gatunek endemiczny dla górzystych wybrzeży Peru i Ekwadoru, gdzie jednak ich owoce wielkości groszku najwyraźniej nie były szczególnie doceniane ani zbyt często uprawiane. W Meksyku zagościły zaś już co najmniej tysiąc lat przed przybyciem Hiszpanów. Aztekowie używali ich do zup i potrawek, smażyli je z papryką albo siekali surowe razem z papryczkami chili i ziołami, przygotowując coś, co Hiszpanie nazwali „salsą” (a oznacza po prostu „sos”), która towarzyszyła rybom i mięsom – w tym mięsu ludzkiemu, jako że na azteckich bankietach z okazji zwycięstwa nierzadko serwowano potrawy z ciał pokonanych. Pewien konkwistador donosił, że kiedy w przeddzień bitwy poczuł dobiegający z obozu wroga aromat gotujących się pomidorów, zaczął się obawiać, że to on jest brakującym składnikiem. W pewnym sensie był to pierwszy przepis na coś w rodzaju hiszpańskiej potrawki pomidorowej.
W Tenochtitlán Bernardino de Sahagún znalazł taką obfitość różnorodnych pomidorów, że współczesne amerykańskie targi warzywne mogłyby się przy tym schować:
Sprzedawca pomidorów ma do wyboru duże pomidory, małe pomidory, zielone pomidory, pomidory na gałązkach, podłużne pomidory, słodkie pomidory, wielkie pomidory w kształcie węży i pomidory w kształcie sutków. Sprzedaje również pomidory dzikie, pomidory rosnące na piasku i pomidory żółte, bardzo żółte, dosyć żółte, czerwone, bardzo czerwone, dość rumiane, rumiane, jasnoczerwone, czerwonawe, barwy różowego świtu.
Trzeba było jednak uważać, od kogo się kupuje, bo „zły handlarz sprzedaje popsute pomidory, obite pomidory i pomidory, co spowodują biegunkę”. (Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają).
Franciszkanina nazywa się czasem „pierwszym antropologiem”, jako że w swoich oryginalnych pracach wprowadził pionierskie strategie metodologiczne, które pozwoliły mu zbadać aztecką kulturę: uważał kobiety i starców za źródła informacji, nauczył się języka nahuatl, a historię pisał z perspektywy rdzennych mieszkańców. Kulminacją jego badań była licząca sobie 2400 stron, przełomowa praca pod tytułem Historia general de las cosas de Nueva España (Ogólna historia spraw Nowej Hiszpanii).
Bernardino okresowo wysyłał szkice swoich szczegółowych badań na temat azteckiej kultury (i diety) do Hiszpanii i Watykanu, a prowadził je aż do śmierci w 1590 roku. Jego opisy dawały jasną odpowiedź na pytanie o jadalność pomidorów.
– Tyle tylko – wyjaśnia mi Giulia – że rękopisu nie publikowano aż do 1829 roku. – Dla kościoła okazał się zbyt „empatyczny” wobec pogan, których Bernardino przekonywać miał do zachodniej kultury i religii, a nie odwrotnie. Ostatnim, co chciała widzieć hiszpańska monarchia, była historia konkwisty z punktu widzenia rdzennych mieszkańców. – Czekał trzysta lat. – Giulia lekko wzdycha.
Nie wiadomo, czy wcześniejsza publikacja książki cokolwiek by zmieniła, jeśli chodzi o losy pomidorów. Inni hiszpańscy misjonarze i botanicy również dokumentowali wykorzystanie pomidorów w Meksyku, ale rośliny te okazały się zbyt dużym wyzwaniem; póki mają zielony kolor, są niejadalne, potem przez chwilę są dojrzałe, ale zaraz gniją, a po ugotowaniu się rozpadają i zyskują konsystencję i smak nieprzypominające niczego, co było już obecne w europejskiej diecie. Nie wspominając o tym, że z Ameryk przybyły całe tuziny interesujących przysmaków – w sumie sto dwadzieścia siedem różnych odmian roślin – a pomidory, jakkolwiek wspaniałe, to jednak nie czekolada.
Kiedy dokładnie pomidory przybyły do Europy? Wiele wydarzeń okresu konkwisty możemy umieścić w czasie niemal co do minuty, ale historykom nie udało się przekonująco ustalić nawet dekady, w której pomidory wylądowały na Starym Kontynencie. Kastylijscy poborcy podatkowi, którzy w porcie w Sewilli zbierali quinto real – „królewską jedną piątą” – rejestrowali każdą monetę, każdy wisior i srebrny półmisek przybyłe na pokładach galeonów, ale nie byli ani trochę zainteresowani roślinami, a tym bardziej nasionami. (Przyszli historycy naszego stulecia będą mieli łatwiejsze zadanie, jako że będą mogli zbadać na przykład sprawę udaremnionego przemytu do Stanów Zjednoczonych jednego plastra pomidora w kanapce w maju 2018 roku, przez co zostałem oznaczony przez amerykańskich celników jako „osoba naruszająca przepisy rolne”, prawdopodobnie dożywotnio. Co najgorsze, był to pomidor paskudny).
– Kiedy pomidory zaczęły krążyć po Włoszech – opowiada Giulia – były dla mieszkańców tak zaskakujące, że ci nie wiedzieli nawet, która ich część nadaje się do spożycia. Niektórzy smakosze określili je jako niejadalne po spróbowaniu liści.
Giulia dodaje, że „wielu uznawało roślinę za trującą” (jej liście, zjedzone w dużych ilościach, faktycznie takie są). Fakt, że pomidor należy do roślin psiankowatych, z pewnością nie poprawiał jego reputacji, jako że pochodząca z tej samej rodziny wilcza jagoda, inaczej belladonna, to jedna z najbardziej trujących roślin na świecie: zabiła więcej papieży, kardynałów i rzymskich cesarzy niż syfilis. Toksyczność belladonny skrywa się pod niegroźną nazwą (po włosku „piękna kobieta”), która pochodzi od jej dawnego użycia. Włoskie kobiety stosowały tę roślinę, by powiększyć sobie źrenice do kuszących rozmiarów, ale gdy robiły to zbyt często, ślepły zamiast zyskiwać na urodzie.
Mimo to nie sposób się nie zastanawiać, dlaczego pomidora uznano za roślinę trującą, podczas gdy inni przedstawiciele psiankowatych, w tym ci przypominający pomidora znacznie bardziej niż wilcza jagoda, jak bakłażan czy papryka, szybko weszli do włoskiej diety. Co więcej, szesnastowieczni botanicy czasem błędnie uznawali pomidora za nowy rodzaj bakłażana, a zatem wiedzieli, że nie jest trujący.
Dopiero na początku XVII wieku zaczęto jeść pomidory, które najprawdopodobniej z początku zyskały akceptację w Andaluzji, hiszpańskiej prowincji, na której terenie leży portowe miasto Sewilla. W archiwach tamtejszego Hospital de la Sangre znajdujemy zapis z 1608 roku o zakupie pomidorów – ale tylko jeden, co sugeruje, że pacjenci nie domagali się dokładek. Nie jest zaskoczeniem, że pierwsze hiszpańskie pomidory przygotowywano w stylu azteckim, duszone na oliwie z chili. Dopiero w XIX wieku – trzysta lat po ich europejskim debiucie – Hiszpanie zaczęli dodawać je do tradycyjnych już dań takich jak gazpacho czy paella.
Tak naprawdę najważniejszy szesnastowieczny wkład Hiszpanii w historię pomidorów – nie licząc ich „odkrycia” – to pomylenie ich z tomatillos, czyli miechunką pomidorową. Aztekowie nazywali pomidory xitomatl, a ich dalekich krewnych, tomatillos – mitomatl. Źródłem obu tych nazw jest słowo tomatl, oznaczające „okrągły owoc”, do którego dodawano przedrostki, by rozróżnić poszczególne gatunki. Niestety szesnastowieczni hiszpańscy uczeni, w tym najsłynniejszy botanik epoki Francisco Hernández, wzięli z tego słowa tylko rdzeń i oba owoce nazwali tomate.
Hernándeza do Meksyku wysłał w 1571 roku król Filip II, by studiował florę i faunę Nowego Świata. Pięć lat później uczony ukończył pracę nad szesnastoma tomami pełnymi opisów znalezionych przez siebie roślin i zwierząt. Dzieło to było godne podziwu, chociaż za sprawą swobodnego podejścia do nazewnictwa opisowi pomidora towarzyszyła ilustracja niewłaściwego tomate. Co gorsza, błąd towarzyszył tym gatunkom aż do Włoch, gdzie oba nazwano pomodoro, co do dzisiaj nęka kronikarzy jednego i drugiego.
Kiedy we Włoszech zaczęto jeść pomidory, trafiły one na stoły bogaczy jako egzotyczna ciekawostka – jak dzisiaj potencjalnie trująca ryba fugu z rodziny rozdymkowatych, której odważni smakosze próbują w Japonii. Dla zdecydowanej większości Europejczyków jednak pomidory, nawet kiedy rozpoznano w nich jadalne owoce, pozostawały rzadkością przez cały okres renesansu – a główną przyczyną był, no właśnie, renesans.
O dziwo, okres bezprecedensowego rozwoju kultury i nauki, który wyciągnął Europę z mroków średniowiecza, mógł przyczynić się do nadejścia trwających trzysta lat „wieków ciemnych” dla pomidora. Dlaczego? Iskrą, która rozpaliła renesans, było ponowne odkrycie i docenienie klasycznego antyku, czyli kultury starożytnego Rzymu i Grecji. Wszystko, co stare, znów było nowe, czasem dosłownie: jedną z pierwszych prac zamówionych u młodego Michała Anioła po okresie terminowania na dworze Wawrzyńca Wspaniałego (dalekiego kuzyna naszego znajomego Kosmy) była replika rzymskiego Kupidyna, która okazała się tak przekonująca, że pozbawiony skrupułów handlarz lekko ją podniszczył i sprzedał jako świeżo odkryty artefakt. Oszustwo zostało ujawnione (z powodu błędów w postarzaniu dzieła, nie samym wykonaniu), ale nie zakończyło to kariery Michała Anioła w skandalicznych okolicznościach, wręcz przeciwnie; jego zdolność odtwarzania antycznych dzieł dowiodła, jak utalentowanym jest rzeźbiarzem. Oszukany klient, pewien rzymski kardynał, był pod tak wielkim wrażeniem, że chociaż samo fałszerstwo potępił, fałszerza zaprosił do Rzymu. Reszta, jak mawiają, jest historią. Intrygującą kwestią sporną pozostaje to, czy Michał Anioł na początku kariery świadomie wziął udział w fałszerstwie.
Pod koniec życia twórczego Michał Anioł otrzymał zlecenie przeprojektowania Placu Kapitolińskiego w Rzymie, aby stworzyć godną oprawę dla jedynego zachowanego rzymskiego pomnika konnego – wspaniałego, nadnaturalnej wielkości posągu z brązu przedstawiającego Marka Aureliusza, który rządził Imperium Rzymskim w latach 161–180 n.e. A to właśnie jego osobisty lekarz, Galen z Pergamonu, mógł być odpowiedzialny za nędzny los renesansowego pomidora.
Charakterystyczne dla renesansu uwielbienie klasycyzmu nie ograniczało się bynajmniej do sztuki i architektury. Antyczna literatura, nauka i medycyna również stały się obiektem zainteresowania i poszukiwania wskazówek, jak lepiej żyć. Renesansowi Włosi uważali, że od Galena można się wiele nauczyć.
Galen z Pergamonu, z urodzenia Grek, był jak Juggernaut z Marvela: łączył w sobie cechy znanych lekarzy: dr. Spocka, dr. Salka i dr. Oza. W wieku trzydziestu trzech lat zamieszkał w Rzymie i szybko wdrapywał się po szczeblach kariery, służąc kilku cesarzom i wzbudzając tak wielką zazdrość wśród kolegów po fachu (sam zresztą twierdził, że wcale ich nie ma), że żył w ciągłym lęku przed otruciem.
Galen był jednak nie tylko ambitnym mistrzem autopromocji. Był lekarzem, naukowcem, filozofem i jako pierwszy zademonstrował (przecinając odpowiednie nerwy kwiczącej świni), że krtań generuje głos. Jako pierwszy zauważył różnice między krwią tętniczą a żylną; odróżnił też nerwy czuciowe od ruchowych, a nawet przeprowadził pierwsze udane operacje katarakty.
Pisał książki o farmakologii i praktykował wczesną formę czegoś, co dziś nazwalibyśmy „psychoanalizą”. Jego badania anatomiczne – prowadzone na małpach i świniach, bo w starożytnym Rzymie sekcja ludzkich zwłok była nielegalna – pozostały w Europie głównymi źródłami wiedzy w tej dziedzinie na kolejnych tysiąc pięćset lat. Galen był bez wątpienia jednym z najwspanialszych umysłów swoich czasów. Być może jedyną jego wadą (obok przerośniętego ego) było jego beznadziejne oddanie Hipokratesowi i stworzonej przez tego greckiego medyka w IV wieku p.n.e. teorii humoralnej.
Teoria humoralna nie dotyczy dowcipów, ale „humorów” – substancji, które miały regulować ludzkie zdrowie i zachowanie. Hipokrates twierdził, że są to: krew, flegma, żółć i czarna żółć. Pisał: „Zdowie to stan, w którym te substancje składowe znajdują się w odpowiednich proporcjach”. Nie brzmi to szczególnie rewolucyjnie, póki nie zdamy sobie sprawy, że przed Hipokratesem wszystkie choroby przypisywano woli bogów. To jeden z powodów, dla których Hipokratesa uznaje się za „ojca medycyny”.
W II wieku n.e. Galen rozwinął teorie Hipokratesa, zarysowując związek między humorami a konkretnymi rodzajami pokarmu i typami osobowości. Jeśli byłeś melancholikiem, to dlatego, że w twoim organizmie znajdował się nadmiar czarnej żółci, optymiści z kolei zawdzięczali swoją pogodną osobowość obfitości krwi. Jako wczesny propagator idei „jesteś tym, co jesz”, Galen, którego można by uznać za pierwszego słynnego dietetyka, uważał, że zmiana jadłospisu może pozytywnie wpływać na zdrowie i nastrój.
Bez względu na to, czy mówimy o diecie South Beach, Atkinsa czy Galena, każda teoria dietetyczna wymaga wprowadzenia klasyfikacji pokarmów, a Galen stworzył prosty schemat: gorące albo zimne i mokre albo suche. Podczas gdy jedne pokarmy mogły być, na przykład, gorące i suche, inne były zimne i mokre albo zimne i suche. W gorącej wodzie kąpany Rzymianin mógł usłyszeć, że powinien jeść pokarmy „zimne”, by skorygować swój brak równowagi. Masz katar? Jedz to, co gorące i suche, by zawalczyć z flegmą. Istniały także produkty, których w ogóle należało unikać.
W epoce renesansu liczące sobie tysiąc czterysta lat zapiski Galena – oparte na teoriach opracowanych kolejnych pięćset lat wcześniej – zostały odkryte na nowo. Działo się to mniej więcej w tym samym czasie, kiedy z Nowego Świata napłynęła obfitość nieznajomych warzyw: wszystkie je należało wpisać w galeniczny schemat pokarmów gorących, zimnych, mokrych, suchych, zdrowych i niezdrowych.
Pomidory nie wyszły na tym najlepiej. Przypisano je do najmniej cenionej kombinacji i uznano za „mokre i zimne” niczym wilgotna piwnica. Były według botaników „niebezpieczne i szkodliwe” i „o najwyższym stopniu chłodności”. W 1585 roku napisano, że „są zimne, ale nie aż tak jak mandragora”, dając im nieznaczną przewagę nad tym halucynogennym korzeniem. Ich chłodna, wilgotna natura miała szkodzić trawieniu – kwasowość pomidora tylko wzmacniała to przekonanie.
Galeniczna klasyfikacja pomidora była nieprzychylna, ale słuszna: pomidory naprawdę są zimne i mokre. Zawsze zaskakuje mnie, że nawet dojrzały pomidor, zerwany w słonecznym ogrodzie w ciepły dzień, w ustach wydaje się chłodny, co nie zawsze jest przyjemne. Podejrzewam, że odpowiada za to wysoka zawartość wody; pomidory składają się z niej w dziewięćdziesięciu pięciu procentach, co stanowi jeden z najwyższych wyników wśród owoców i warzyw.
Łatwo było zaklasyfikować pomidory jako niezdrowe również dlatego, że niewielu chciało je jeść. Owoce smakowały dość kwaśno, a liście, jak twierdzili niektórzy botanicy, „cuchnęły”. Zawsze zwracałem uwagę na to, że liście pomidora naprawdę pachną jak owoce, nawet u kilkucentymetrowej sadzonki. Nie przychodzi mi do głowy żadna inna roślina, która miałaby tę właściwość – szefowie kuchni czasem wykorzystują ją, wrzucając parę liści do sosu. Podczas gdy jednak współcześni wielbiciele pomidorów uwielbiają ten zapach, będący zwiastunem jadanej latem kanapki z boczkiem, sałatą i pomidorem właśnie, silna woń liści (być może wtedy jeszcze silniejsza niż dzisiaj) raziła renesansowych wrażliwców. Flamandzki zielarz Matthias de l’Obel ostrzegał w 1581 roku, że „silna, cuchnąca woń wyraźnie wskazuje, jak bardzo są niezdrowe i niezdatne do jedzenia”, podczas gdy szesnastowieczny angielski botanik John Gerard twierdził, że pomidory są „zgniłe i cuchnące”. Jeszcze w 1731 roku w angielskim Gardeners Dictionary czytamy: „Rośliny roztaczają tak silną woń, że nie powinno się ich sadzić w pobliżu ludzkich siedzib ani w żadnym innym uczęszczanym miejscu”.
Pojedyncze ówczesne recenzje smaku pomidora są niewiele bardziej przychylne. (Ludzie rzadko pisują o smaku rzeczy, których nie jadają). Pochodzący z Padwy lekarz Giovanni Domenico Sala w 1628 roku opisywał odpychający zwyczaj jedzenia szarańczy, pająków i świerszczy przez ludzi innych kultur, a do „dziwnych i wstrętnych rzeczy” zaliczył pomidory, które jadali tylko „nieliczni głupcy”. Hernández z kolei zamieścił pomidory w rozdziale o „kwaśnych roślinach”, a pewna „niemądra osoba”, której zdarzyło się je jadać, poradziła, by gotowane pomidory posłodzić… kwaśnymi winogronami.
Bez wątpienia siedemnastowieczne pomidory nie były równie smaczne co dzisiejsze odmiany, które w toku wieloletniej hodowli stały się znacznie słodsze. Sami Aztekowie woleli tomatillos (co wiele nam mówi) i rzadko jadali pomidory same w sobie. Zazwyczaj dodawali do nich papryczki chili, przyprawy i – raz na jakiś czas – pojmanego jeńca.
Niezdrowe, cuchnące i dziwne; nic dziwnego, że niełatwo było przekonać do pomidorów renesansową Europę. A to jeszcze nie koniec. Jakby nie dość szkód wyrządził powrót do koncepcji Galena, reputacja warzywa z Nowego Świata ucierpiała jeszcze bardziej za sprawą innego skojarzenia z tym starożytnym lekarzem. Wielu uznało pomidora za „wilczą brzoskwinię Galena”: zaginiony, trujący owoc, o którym napisał on, że ma cuchnący, żółty sok i że dzieli się na segmenty, co wydaje się całkiem trafnym opisem żółtych pomidorów, jakie pojawiały się w szesnastowiecznych Włoszech. Chociaż przypuszczenie to zostało obalone przez botaników, łącznie z Hernándezem, który zwrócił uwagę, że pomidory nie mogły być wilczą brzoskwinią, skoro pojawiły się we Włoszech dopiero w XVI wieku, to jednak skojarzenie przetrwało do dziś w naukowej, łacińskiej nazwie pomidora, Solanum lycopersicum. Lycopersicum oznacza bowiem ni mniej, ni więcej, tylko „wilczą brzoskwinię”.
Zarówno skojarzenie z wilczą brzoskwinią Galena, jak i toskańska nazwa – pomodoro – sugerują, że wczesne pomidory we Włoszech niekoniecznie musiały być czerwone. Pomodoro (pierwotnie zapisywane jako pomo d’oro) oznacza „złote jabłko” lub – precyzyjniej – „owoc przypominający złote jabłko”. Dziwna to nazwa na coś, co niewątpliwie nie rosło na drzewach, ale historyk David Gentilcore zwraca uwagę, że używano jej do opisu wielu różnych owoców: fig i melonów, a nawet cytrusów. Istniał też antyczny, mitologiczny owoc pomo d’oro, który pojawia się w opowieści o greckich nimfach i mitycznych złotych jabłkach, zamiast więc dodawać do słownika nowe słowo, Toskańczycy sięgnęli do starożytności – a pamiętajmy, że w tamtym czasie często wracano do antyku – by nazwać nowy owoc.
Warto docenić Toskańczyków za to, że poprawnie rozpoznali w pomidorze owoc. I tak, wiem, że dotąd najczęściej pisałem o nim „warzywo”. W następnym rozdziale zwrócimy się do amerykańskiego Sądu Najwyższego w celu rozwiązania tej spornej kwestii, ale póki co będę określał go warzywem, ponieważ jem sałatkę z pomidorów, a nie lody pomidorowe. Czasem jednak nazwę pomidora „owocem”, kiedy ta terminologia wyda mi się właściwa. Capisci?
Dla większości szesnastowiecznych Włochów pomodoro nie był ani owocem, ani warzywem. W ogóle nie był jedzeniem. A chociaż skupiamy się na Włoszech, bo to one ostatecznie rozsławią pomidora, w pozostałych krajach Europy też nie zyskał on popularności. Do Anglii dotrze dopiero w latach dziewięćdziesiątych XVI wieku i z początku nazywany będzie jabłkiem miłości. Francuzi również określali go mianem pomme d’amour („jabłko” było wówczas ogólnym terminem stosowanym do wszystkich owoców).
Skojarzenie pomidorów z miłością przez Anglików i Francuzów pozostaje tematem dyskusji. Być może chodziło o to, że owoc uznawano za afrodyzjak, że przypominał ludzkie serce albo że należał do tej samej botanicznej kategorii co wspomniana wcześniej mandragora (po hebrajsku „roślina miłości”), którą kojarzono z płodnością już od czasów biblijnych. Gentilcore uważa, że powiązanie pomidora z miłością to kolejna konsekwencja pomylenia go z tomatillo, jako że skórka tego drugiego po wyschnięciu pęka, ukazując znajdujący się w środku owoc, którego barwa przechodzi od bladej zieleni aż do fioletu. Hiszpański botanik Francisco Hernández uważał tę „wulgarną i lubieżną” właściwość, przywołującą na myśl kobiece narządy płciowe, za „obsceniczną i obrzydliwą”. Być może na nazwę „jabłko miłości” wpadli ci, których ten widok mniej raził.
Jako człowiek, któremu nauka języków obcych sprawia tak dużą trudność, że kiedyś zwróciłem się po francusku do kelnera trzygwiazdkowej paryskiej restauracji słowami: „Ja poproszę szynkę w gazecie, a mój syn poprosi córkę”, myślę, że prawdziwe wyjaśnienie jest znacznie prostsze: „pomodoro” pomyliło się obcokrajowcom z „pom’amoro” – jabłkiem miłości. I tyle. Niezależnie od źródła, określenie to miało przetrwać aż do XIX wieku, kiedy zarówno Anglia, jak i Francja porzuciły miłość i przejęły termin hiszpański zamiast włoskiego. Tak powstały, kolejno, tomato i tomate, chociaż rodzaj męski el tomate z Hiszpanii we Francji zmienił się w żeński la tomate. Pod względem językowym świat dzieli się na dwie części: cała zachodnia Europa (oprócz Włoch) i Afryka Północna używają hiszpańskiej wariacji tomate, podczas gdy różne wersje pomodoro przekroczyły Adriatyk i Bałkany i wylądowały w Polsce, Ukrainie, Rosji i innych krajach wschodniej Europy.
Niezależnie od nazwy, pomidory pozostaną niepopularne, niekochane i niejedzone jeszcze przez dużą część XVII wieku. Oczywiście dowody (w tym dwa moje ostatnie posiłki) wskazują na to, że w pewnym momencie sytuacja ulegnie zmianie. Gdy zawitałem do Muzeum Pomidora, spytałem Giulię Marinelli, czemu Włosi przez długie wieki nie jadali tych warzyw. Wychodząc, zadałem jej odwrotne pytanie: co skłoniło ich, by jednak się do nich przekonać? Czy była to zmiana kulturowa, czy może zmieniła się sama roślina?
Moja rozmówczyni chwilę się zastanawiała.
– Przyczyn było wiele. Ale, jak pewnie wiesz, na początku XIX wieku w Ameryce organizowano specjalne pokazy, by przekonać ludzi, że pomidory nie są trujące.
Nie, nie wiedziałem.
Dwa
Kubełek pułkownika Johnsona
„Owoc ohydny i cuchnący” staje się ulubionym warzywem Ameryki
Z początku w Ameryce pomidory również nie cieszyły się powodzeniem. Chociaż nie szkodziło im dziedzictwo Hipokratesa ani Galena, część społeczeństwa uważała je za trujące, reszta – po prostu za niesmaczne. W magazynie „Horticulturist” można było przeczytać, że to „owoc ohydny i cuchnący”. „Istne hochsztaplerstwo” – orzekł w 1836 roku „Florida Agriculturist”. W „American Farmer” skonstatowano, że choć z początku smak wydawać się może nieprzyjemny, nie należy się tym przejmować, bo człowiek przyzwyczai się do każdej okropności. Ralph Waldo Emerson wypowiadał się pewnie w imieniu wielu swych towarzyszy z Nowej Anglii, gdy twierdził, że do smaku pomidorów trzeba przywyknąć, ale ostatnie słowo należało do redaktora „Boston Courier” Josepha T. Buckinghama, który w 1834 roku napisał o nich:
To nędzny grzyb paskudnej rośliny, której nie wolno tykać, jeśli nie ma się pod ręką mydła i wody aromatyzowanej eau de cologne, by osłodzić dłoń – pomidory, te bliźnięta skwaśniałych, gnijących ziemniaczanych kul – wybawcie nas, o wy, dostarczyciele luksusów, o bogowie i boginie kulinarnej sztuki, wybawcie nas od pomidorów!
Co dość zaskakujące, po tej diatrybie następują dwa przepisy na dania z pomidorów.
Mimo bliskości Meksyku, prawdopodobnie pierwsze pomidory dotarły do kolonii okrężną drogą obejmującą dwa transatlantyckie szlaki: z Meksyku do Hiszpanii i z powrotem do Ameryki, gdzie hodowano je w hiszpańskich koloniach na terenach dzisiejszej Georgii, Karoliny Północnej i Karoliny Południowej. Pomidory mogły tu również dotrzeć z hiszpańskich posiadłości na Karaibach i w bagażu angielskich kolonizatorów, którzy wciąż nazywali je jabłkami miłości. W Anglii pomidory zyskiwały jednak akceptację wolniej nawet niż we Włoszech i Hiszpanii – nie cieszyły się powodzeniem jeszcze w pierwszych dekadach XVIII wieku – można więc się zastanawiać, czemu angielscy osadnicy mieliby wśród swoich cennych skarbów zabrać w podróż nasiona pomidorów. Tak czy inaczej zła sława tych roślin ciągnęła się za nimi aż do Nowej Anglii, gdzie wraz z moją żoną Anne przyjechaliśmy zobaczyć obiekt drwiny: pierwszy znany wizerunek pomidora w sztuce amerykańskiej.
Raphaelle Peale, najstarszy syn słynnego portrecisty Charlesa Willsona Peale’a (bracia Raphaelle'a, przysposobieni do zawodu malarza, nosili imiona Rembrandt, Titian i Rubens) był jednym z pierwszych amerykańskich artystów tworzących martwe natury, więc jego obraz Martwa natura z owocami i warzywami, który wisi skromnie w Wadsworth Atheneum Museum of Art w Hartford w stanie Connecticut, to jednocześnie jedna z pierwszych martwych natur w całych USA. Na obrazie widnieje dojrzały, czerwony pomidor.
– Wygląda jak odmiana Brandywine – stwierdza Anne.
Już mam zaprotestować, mówiąc, że ten pękaty, bulwiasty owoc w niczym jej nie przypomina, kiedy zdaję sobie sprawę, że chodzi jej o jeden z moich zdeformowanych egzemplarzy pomidorów Brandywine. Zanotowane.
– Albo jak czerwona papryka – dodaje, zauważając okrągłe żebra, które wystają daleko ponad szypułkę. Ma to sens: nawet niektórzy historycy sztuki dostrzegali w nim nie tę roślinę psiankowatą, co trzeba.
Przede wszystkim jednak bardzo przypomina pomidora na fryzie obramowującym drzwi katedry w Pizie, co oznacza, że dwieście lat po przybyciu do Europy pomidor wciąż jest żebrowanym, podzielonym na segmenty owocem, który wcale nie wygląda jak jego współczesna wersja. Nie tylko to jednak zwraca moją uwagę. Czemu pomidor dzieli płótno z winogronami, brzoskwinią i trzema marchewkami, czyli owocami i warzywami powszechnie lubianymi? Postanawiam zapytać o to kuratorkę Erin Monroe. Peale pochodził z Filadelfii i to bardzo mało prawdopodobne, żeby jadł pomidory w 1795 roku, kiedy to, zgodnie z podaną informacją, obraz miał zostać namalowany.
– To ciekawe – mówi Erin, przeglądając notatki. – Odkąd mamy ten obraz w kolekcji (czyli od 1942 roku), nieco zmieniliśmy jego datowanie. Wydawało nam się, że pochodzi najwcześniej z 1810 roku. Widzę jednak, że jeden z moich poprzedników zmienił datę na 1795.
Słucham? Serce bije mi szybciej na myśl o tym, że moje nazwisko mogłoby znaleźć się na muzealnej tabliczce („William Alexander datuje obraz na rok 1810 lub później”). Domyślam się, że istniało jakieś uzasadnienie – biograficzne lub inne – dlaczego umiejscowiono obraz w XVIII wieku (chociaż jest starszy o prawie dwadzieścia lat od kolejnej zachowanej martwej natury), ale z botanicznego punktu widzenia rok 1810 wydaje się bardziej uzasadniony, ponieważ wcześniej najbardziej entuzjastycznym konsumentem pomidorów na północnym wschodzie była larwa szkodnika z gatunku Manduca quinquemaculata.
To prawdziwie przerażające stworzenie pożera zarówno owoce, jak i liście pomidora. Gąsienica wielkości palca (jedna z największych w Ameryce Północnej) ma na końcu odwłoka groźnie wyglądający róg i cętkowany, zielonkawy odcień, dzięki któremu potrafi się zaszyć w roślinności. Ze względu na budzący grozę wygląd zyskała reputację istoty niebezpiecznej. W 1838 roku Ralph Waldo Emerson opisał tego owada jako „obiekt wielkiego strachu, powszechnie uważany za trujący i nadający trujące właściwości owocom, jeśli zdarzy mu się po nich pełzać”. Toksyczna reputacja szkodnika utrzymywała się aż do lat sześćdziesiątych XIX wieku – „Ohio Farmer” donosił, że pewna dziewczyna „zmarła w straszliwych męczarniach” po tym, jak została przez niego użądlona. Z kolei w „The Syracuse Standard” pisano, że był „jadowity jak grzechotnik” i potrafił pluć trującą śliną na odległość dwóch stóp. W rzeczywistości to małe stworzenie jest równie paskudne, co nieszkodliwe.
Południowcy, którzy znali jego uzależnionego od nikotyny kuzyna – żerującego na tytoniu Manducta sexta – nie dali się tak łatwo zniesmaczyć i już w połowie XVIII wieku pomidory znaleźć można było na południu; do Wirginii dotarły na początku kolejnego stulecia. Thomas Jefferson zaczął je hodować i jeść w Monticello1 w 1809 roku. Wczesne zaadaptowanie pomidorów na południu przypisuje się często wpływowi niewolników (w tym domowych kucharzy), którzy jadali je na karaibskich wyspach, gdzie handlowano niewolnikami. Erin Monroe mówi, że Raphaelle Peale był zapalonym podróżnikiem, mógł więc jadać pomidory na południu (albo nawet w Meksyku czy Ameryce Południowej, które również odwiedził), co wyjaśniałoby, jak znalazły się na obrazie obok marchewki i winogron.
W jaki sposób jednak pomidory przeniosły się z płótna Peale’a na amerykańskie podniebienia? Jak to się stało, że „owoc ohydny i cuchnący” zaczęto hodować przez cały rok? Jedna z wersji (która najwyraźniej dotarła do Museo del Pomodoro) celebruje konkretny dzień, 26 września 1820, jako ten, kiedy ponoć pomidor zeskoczył z doniczki na talerz. To wtedy pułkownik Robert Gibbon Johnson z Salem w stanie New Jersey wdrapał się na schody ratusza, gdzie ku przerażeniu zebranego w dole tłumu pochłonął cały kosz pomidorów – jak sądzę, odmiany Jersey – by dowieść, że są one nie tylko jadalne, ale po prostu pyszne.
Chcąc zajrzeć głęboko na dno kosza – to znaczy dowiedzieć się więcej o dzielnym pułkowniku – udałem się do Salem w dwusetną rocznicę słynnej demonstracji, by spotkać się z członkami tamtejszego Towarzystwa Historycznego. Gromadzimy się w nieprzypadkowym miejscu: przy krypcie Johnsona na cmentarzu sąsiadującym z kościołem episkopalnym świętego Jana, tuż obok ratusza, w cieniu ogromnej kościelnej wieży, która wydaje się równie wysoka, jak szerokie jest miasto. Imponująca iglica należy jednak nie do świętego Jana, lecz przylegającego doń kościoła prezbiteriańskiego, w którym wisi portret Johnsona. Wygląda na nim jak mężczyzna u kresu cierpliwości; a kiedy podczas sporu z episkopalianami ta faktycznie się wyczerpała, ufundował prezbiterianom kościelny gmach na przyległej posiadłości, oferując dodatkowo tyle dolarów, o ile stóp wieża nowego kościoła przewyższy wieżę starego.
To były dobrze wydane pieniądze.
Johnson, który odziedziczył bogactwo i wżenił się w jeszcze większy majątek, miał ogromne połacie ziemi i był gorliwym wielbicielem ogrodnictwa; założył New Jersey Horticultural Society (Towarzystwo Ogrodnicze z New Jersey). Był również właścicielem niewolników – stan New Jersey zniósł niewolnictwo jako ostatni na północy.
Salem od dawna celebruje popisy pułkownika na schodach ratusza; w latach osiemdziesiątych XX wieku ustanowiono Robert Gibbon Johnson Day, podczas którego aktorzy występowali w strojach z epoki, organizowano konkursy na najlepsze pomidory, podawano placki z pomidorami i sprzedawano koszulki, na których Johnson pozował na tle ratusza z głową w kształcie pomidora i w stroju z epoki kolonialnej, uśmiechając się od szypułki do szypułki. W 1988 roku obchody pokazano w programie śniadaniowym Good Morning America na kanale CBS; gospodarz programu, improwizując na żywo, jego gospodarz ujawnił nieznany dotąd detal, jakoby Johnson był pierwszym człowiekiem w Ameryce, który zjadł pomidora. Informacja ta z pewnością zaskoczyłaby Jeffersona.
Coroczny festiwal po kilku latach zawieszono, ale dziś spodziewam się hucznych obchodów z okazji dwusetnej rocznicy – albo przynajmniej spotkam paru miłośników pomidorów cykających zdjęcia. Jeśli tak się nie stanie, gotów jestem osobiście dokonać rekonstrukcji przed drugim najstarszym działającym ratuszem w Stanach Zjednoczonych i ze smakiem zjeść pomidory na oczach zszokowanych mieszkańców Salem przybyłych tu w sprawach urzędowych.
Tyle że nigdzie nie widać schodów. Po lekturze szeregu poruszających relacji z wystąpienia Johnsona, naiwnie wyobrażałem sobie zastać tu mniejszą wersję schodów jak sprzed budynku amerykańskiego Sądu Najwyższego, Johnsona stojącego na najwyższym stopniu i zebrany na dole tłum. Tak naprawdę jednak, aby wejść do ratusza, wystarczy pokonać cały jeden stopień, do którego prowadzi ceglana ścieżka. Co więcej, ratusz jest zamknięty: otwiera się tylko dwa razy w tygodniu, by zająć się mandatami za złe parkowanie i naruszeniem obowiązku trzymania psów na smyczy. Oznacza to, że nie ma tu przechodniów, których mógłbym nawrócić na pomidory i nikt nie zobaczyłby mojego hołdu dla Johnsona.
Nie ma schodów, nie ma widzów, nie ma żadnych rocznicowych obchodów. A czy Robert Gibbon Johnson w ogóle istniał?
Istniał bez wątpienia – zapewniają mnie przewodniczący Salem County Historical Society, obecny, Curt Harker, i były, Ron Magill, kiedy idziemy spacerem z ratusza do dawnego domu Johnsona, w którym dzisiaj mieści się lokalna siedziba organizacji Meals on Wheels. Pułkownik był zresztą pierwszym wiceprzewodniczącym założonego w 1845 roku towarzystwa. A ponieważ był bogaty, wiemy o nim całkiem sporo. Tyle że nie o pomidorach. Johnson i pomidory pojawiają się w tym samym zdaniu dopiero pięćdziesiąt osiem lat po jego śmierci, w wydanej w 1908 roku Salem County Handbook autorstwa Williama Chew. Czytamy tam, że w 1820 roku „pułkownik Robert G. Johnson przywiózł do Salem pierwsze pomidory (…). W tamtym czasie powszechnie uważano je za niejadalne”.
Potem rozpoczęło się upiększanie legendy. W historii miasta Salem, wydanej w 1937 roku, naczelnik poczty i historyk-amator Joseph S. Sickler powtórzył tezę Chew, dodając, że „Johnson cierpliwie przekonywał lokalnych mieszkańców do wartości pomidora, zwracając uwagę, że jest on nie tylko smaczny, ale i zdrowy”.
Trzy lata później Harry Emerson Wildes opublikował swoją wersję tej historii w książce The Delaware, dodając do wersji Sicklera ratusz. Napisał, że póki Johnson „nie odważył się publicznie zjeść pomidora na schodach ratusza, ostrożni mieszkańcy South Jersey nie byli skłonni uznać za jadalne warzywa, które jest dzisiaj najpopularniejszą z uprawianych tu roślin”. (Warto zauważyć, że ten ratusz, w odróżnieniu od mojego, ma „schody” w liczbie mnogiej).
Dziewięć lat później Stewart Holbrook ożywił całą scenę w książce Lost Men of American History, pisząc tak:
Johnson stanął na schodach ratusza w Salem i oznajmił tubalnym głosem, że zje ów trujący owoc tu i teraz. I tak właśnie z rozkoszą uczynił na oczach tłumu gapiów, którzy spodziewali się, że zacznie wić się w konwulsjach, po czym martwy padnie na ziemię.
Inni autorzy jeszcze bardziej puszczali wodze fantazji, dodając tysiące widzów, mdlejące kobiety i konkretną datę. Co zaskakujące, jednym z tych „innych autorów” był sam Joseph Sickler, który w 1948 roku dokonał rewizji oryginalnej wersji opowieści, by włączyć do niej barwne wymysły swoich następców, zbudowane na fundamencie jego pierwszej relacji – i jeszcze bardziej ją ozdobić.
Sickler mieszkał teraz w Nowym Jorku: wydalono go z Salem za jakieś podejrzane interesy przy funduszach pocztowych. Nie zdążył jeszcze wyschnąć tusz, którym spisał swoją nową, bogato urozmaiconą wersję historii, kiedy zaproszono go jako płatnego konsultanta do współpracy przy rekonstrukcji historycznego wydarzenia przygotowywanego przez radio CBS na potrzeby programu You Are There z 30 stycznia 1949 roku. Nie wiemy, czy to on zgłosił się do CBS, czy na odwrót, ale program był bez wątpienia dla Sicklera wielkim przełomem; chwalił się, że zapewnił mu „powszechne uznanie jako kustosza tej historii”. Warto zaznaczyć, że You Are There nie był ówczesnym odpowiednikiem żartobliwych audycji w rodzaju Drunk History. Transmisje – przeniesione później do telewizji, gdzie prowadził je Walter Cronkite – uznawano za godne zaufania źródło historyczne, a następnego dnia często opisywano je w gazetach. Prawdopodobnie więc producenci przyjrzeli się materiałowi, nim wstąpili na, hmm, „schodek” ratusza.
Sickler twierdził, że pierwotnie historię opowiedział mu pewien mężczyzna (co wygodne, już nieżyjący), którego dziadek, Charles J. Casper, był naocznym świadkiem wydarzenia. Jeśli Sickler szukał wiarygodnego źródła, źle trafił, jako że syn Caspera był prominentnym producentem konserw i autorem krótkiej historii tej branży w Salem, a napisał w niej, że „pomidora przywiozły do Salem w stanie New Jersey jakieś panie z Filadelfii w 1829 roku”. Trudno uwierzyć, że Casper nie wspomniał swojemu synowi, potentatowi pomidorowych konserw, że uczestniczył w tak pamiętnym wydarzeniu jak popis Johnsona, ale za to opowiedział to wnukowi, który ponoć przekazał historię Sicklerowi.
Nie jest to bynajmniej ostatnia pomidorowa legenda, jaką tu napotkamy, ale ta należy do najbardziej „upartych”: pojawi się w tak godnych zaufania publikacjach jak „Scientific American” czy „New York Times” – a nawet w artykule opublikowanym w 1993 roku na łamach „New Yorkera” słynącego przecież z pieczołowitego fact-checkingu. Opowieść, wspierana przez nowe światowe medium do szybkiego rozsiewania dezinformacji (znane jako Internet), zaczyna krążyć z coraz to nowszymi ozdobnikami. W jednej z wersji na miejsce przybywa orkiestra strażacka, która gra akurat na pogrzebie, w innej miejsce ratusza zajmuje budynek sądu, gdzie niejako odbywa się proces nieszczęsnego warzywa; wyrok na korzyść pomidora zapada dopiero wtedy, kiedy pułkownik… zjada pozwanego!
W dwusetną rocznicę wydarzenia, które nigdy nie miało miejsca, pytam więc historyków z Salem, czy w całej tej legendzie tkwi choćby ziarnko prawdy. W gazetach nic nie przeczytamy o demonstracji, opublikowana przez samego Johnsona w 1838 roku historia hrabstwa Salem pozbawiona jest jakiejkolwiek wzmianki o pomidorach, i chociaż prawdą jest, że pułkownik sponsorował targi rolnicze, w ich protokołach pomidorów wśród ocenianych plonów nie znajdziemy.
– Czy Johnson hodował pomidory? – pytam. – Czy o nich w ogóle wiedział?
Jakby spodziewając się tego wyzwania, Ron Magill wyciąga z teczki pochodzącą z 1812 roku książkę z biblioteki Johnsona, Archives of Useful Knowledge: A Work Devoted to Commerce, Manufacturers, Rural and Domestic Economy, Agriculture, and the Useful Arts (Archiwum wiedzy praktycznej: kompendium handlu, przemysłu, gospodarstwa, rolnictwa i sztuk użytecznych), na ostatnich stronach podpisaną przez pułkownika, na wypadek gdyby pożyczający zapomniał, do kogo należy to dzieło. Magille otwiera książkę na stronie 306., gdzie znajduje się przepis na „Tomatoe albo catsup z jabłka miłości”. Fakt, że Johnson posiadał książkę zawierającą przepis z pomidorami, sugeruje, iż wiedział (podobnie jak inni), że są one jadalne. To samo w sobie niczego jednak nie dowodzi, chyba że odegrał dziewiętnastowieczną wersję filmu Julie & Julia i przygotował wszystkie przepisy po kolei. Obaj lokalni historycy są jednak święcie przekonani, że Johnson istotnie wprowadził pomidory do uprawy w południowym New Jersey – tyle że nie w sposób tak dramatyczny i z pewnością nie w budynku sądu. Według nich pierwsza wersja Sicklera, mówiąca, że Johnson przekonał współobywateli do konsumpcji tych „zgniłych jagód”, jest słuszna i prawdopodobnie opiera się na historii mówionej i/lub doniesieniach z gazet. Przy czym do tych drugich jak dotąd nikt nie dotarł. Historii przekazywanej z ust do ust nie wolno jednak lekceważyć, jako że często okazuje się zaskakująco rzetelna.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Posiadłość Jeffersona w Wirginii, od 1987 r. wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO (przyp. red.). [wróć]
