Dziesięć pomidorów, które zmieniły świat - William Alexander - ebook

Dziesięć pomidorów, które zmieniły świat ebook

William Alexander

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Niegdyś pomidor nie miał łatwego życia – przez wieki tkwił na marginesie historii, podejrzewany o trujące właściwości, i służył co najwyżej do obrzucania wrogów. W XIX wieku uwierzono jednak, że ekstrakt z niego jest cudownym lekarstwem na wszelkie dolegliwości. Teraz pomidor jest najpopularniejszym owocem (a może warzywem?) na świecie i zmienia oblicze rolnictwa, przenosząc się z pól do klimatyzowanych megaszklarni wielkości małych miast. Każdego lata w wielu krajach odbywają się festiwale pomidora, a butelka ketchupu stanowi podstawowe wyposażenie każdej lodówki.

Oparta na skrupulatnych badaniach i opowiedziana żywym, dowcipnym językiem, książka Dziesięć pomidorów, które zmieniły świat to historia oszustów, konkwistadorów i mafiosów, a także podróży, przygód i łutów szczęścia.

Poznaj fascynujące losy pomidora na przestrzeni wieków!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 345

Data ważności licencji: 7/14/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Ten Toma­toes That Chan­ged the World

Prze­kład: Nata­lia Mętrak-Ruda Redak­tor ini­cju­jący: Kata­rzyna Nawrocka Opieka redak­cyjna: Maria Zalasa Redak­cja: Alek­san­dra Adam­czew­ska Korekta: Mag­da­lena Świer­czek-Gry­boś Pro­jekt okładki: Tree Abra­ham Adap­ta­cja okładki na potrzeby pol­skiego wyda­nia: Nor­bert Młyń­czak

Copy­ri­ght © 2022 by Wil­liam Ale­xan­der This edi­tion publi­shed by arran­ge­ment with Grand Cen­tral Publi­shing, an imprint of Hachette Book Group, Inc., New York, NY, USA. All rights rese­rved. Copy­ri­ght for the Polish edi­tion © Wydaw­nic­two JK, 2026 Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © Nata­lia Mętrak-Ruda, 2026

Niniej­sza publi­ka­cja jest chro­niona pra­wem autor­skim. Publi­ka­cja może być zwie­lo­krot­niana i wyko­rzy­sty­wana wyłącz­nie w zakre­sie dozwo­lo­nym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwie­lo­krot­nia­nie i wyko­rzy­sty­wa­nie tre­ści publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek for­mie do eks­plo­ra­cji tek­stów i danych (text and data mining) lub do tre­no­wa­nia modeli sztucz­nej inte­li­gen­cji bez uprzed­niej, wyraź­nej zgody Wydawcy jest zabro­nione.

ISBN 978-83-68846-21-8 Wyda­nie I, Łódź 2026

JK Wydaw­nic­two ul. Kro­ku­sowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydaw­nic­two­fe­eria.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dla Anne

Wstęp. Cenniejsze niż złoto

Wstęp

Cen­niej­sze niż złoto

Tenochtitlán, Meksyk. 1 lipca 1520.

Hisz­pań­ski kon­kwi­sta­dor Her­nando Cortés srogo się pomy­lił. Sie­dem mie­sięcy wcze­śniej spi­sek i rzeź otwo­rzyły mu drogę do aztec­kiej sto­licy-wyspy Tenochtitlán, ale on i jego mała armia byli w strzę­pach. Mon­te­zuma, jego wię­zień, a jed­no­cze­śnie obrońca, już nie żył, raniony kamie­niem przez wście­kłych pod­da­nych, któ­rzy teraz zwró­cili swój gniew prze­ciwko najeźdź­com. Najeźdź­com zdzie­siąt­ko­wa­nym, odcię­tym od sta­łego lądu i oblę­żo­nym. Kon­kwi­sta­dor widział tylko jedną moż­li­wość, by ura­to­wać życie swo­ich dwu­stu pięć­dzie­się­ciu ludzi. W przy­padku klę­ski lepiej byłoby im zgi­nąć w walce; jeśliby któ­ryś z nie­szczę­śni­ków tra­fił do nie­woli, pozo­sta­łoby mu tylko cze­kać, aż jego bijące jesz­cze serce zosta­nie wyrwane z piersi.

Hisz­pa­nie spa­ko­wali tyle skra­dzio­nych skar­bów, ile tylko się dało, i zapla­no­wali despe­racką ucieczkę w środku nocy, wyko­rzy­stu­jąc zbu­do­wane w tajem­nicy prze­no­śne mosty, które miały połą­czyć prze­rwane gro­ble. Cięż­kie złoto oka­zało się nie­po­ręczne i wylą­do­wało na dnie jeziora Texcoco. Świat nie widział dotąd rów­nie wiel­kiej straty. Cortés zdo­łał jed­nak uciec, prze­gru­po­wał się i wró­cił żądny zemsty. Na prze­strzeni czter­na­stu mie­sięcy wspa­niała nie­gdyś cywi­li­za­cja zna­la­zła się w ruinie, padł­szy ofiarą hisz­pań­skiej agre­sji, zarazy i nie­po­skro­mio­nego pra­gnie­nia sre­bra i złota. Praw­dziwy skarb Mek­syku, który miał wywrzeć na świat wpływ nie mniej­szy niż wszyst­kie cenne kruszce Nowego Świata, miał jed­nak nie­długo zna­leźć się na statku pły­ną­cym do Europy, by na zawsze zmie­nić bieg histo­rii.

Mówię oczy­wi­ście o pomi­do­rze.

Jeden. Pomodoro Medyceuszy

Jeden

Pomo­doro Medy­ce­uszy

Dziwne, obce warzywo zostaje wpierw nazwane, potem zapo­mniane

Piza, Włochy. Wigilia Wszystkich Świętych, 1548.

Wielki książę Toska­nii Kosma I Medy­ce­usz scho­dził po dłu­gich scho­dach Palazzo Vec­chio, bo dowie­dział się wła­śnie od zarządcy dworu, że z jego wiej­skiej posia­dło­ści pod Flo­ren­cją przy­wie­ziono do pałacu kosz. Cały dwór zebrał się, by przyj­rzeć się dziw­nemu warzywu, które dopiero co przy­było z Nowego Świata. Wyda­wało się, że pomi­dory zostaną Wło­chom przed­sta­wione wła­śnie przez słyn­nego i wpły­wo­wego Kosmę I Medy­ce­usza. Czy kto­kol­wiek byłby lep­szy w tej roli? Hojny mece­nas sztuki i nauki, który wła­śnie sfi­nan­so­wał pierw­szy ogród bota­niczny w Pizie, książę obecny w życiu publicz­nym, odkąd miał sie­dem­na­ście lat, i bota­nik-ama­tor, szcze­gól­nie zain­te­re­so­wany rośli­nami z Nowego Świata – czego dowo­dziły całe rzędy grzą­dek kuku­ry­dzy wita­jące zdzi­wio­nych gości w jed­nym z jego licz­nych toskań­skich mająt­ków, Villa di Castello. Co wię­cej, był mężem Hisz­panki, Ele­onory di Toledo, któ­rej rodzina miała dostęp do wielu gatun­ków roślin docie­ra­ją­cych z obu Ame­ryk.

Tym razem do Kosmy tra­fiły pomi­dory, które nie tylko miały się stać nie­mal syno­ni­miczne z Wło­chami, ale które wpły­nąć miały na kuch­nie całego świata, od ame­ry­kań­skiego ket­chupu po indyj­skie tikka masala. Praw­dzi­wie donio­sła chwila! Co miało nastą­pić póź­niej? Naro­dziny pizzy i spa­ghetti? Zapro­sze­nie na kola­cję skie­ro­wane do Michała Anioła? Zarządca pisze o tej dra­ma­tycz­nej chwili uni­żo­nym, nie­mal biblij­nym tonem: „I otwarto kosz, i wszy­scy popa­trzyli na sie­bie, głę­boko zamy­śleni”.

To, co powie­dzieli wów­czas zgro­ma­dzeni, nie zostało zano­to­wane, ale podej­rze­wam, że wznie­śli wzrok do nieba i pomy­śleli: „Co to, do cho­lery, jest?”.

Bio­rąc pod uwagę, że następ­nego dnia przy­pa­dał Dzień Wszyst­kich Świę­tych – a więc tra­dy­cyjne święto – mogli­by­śmy się zasta­na­wiać, czy pomi­do­rów nie prze­zna­czono spe­cjal­nie na tę oka­zję. Nie podano ich jed­nak na kola­cję ani tego dnia, ani następ­nego. Ani w kolej­nym roku i dzie­się­cio­le­ciu, ani nawet sto lat póź­niej. W rze­czy­wi­sto­ści warzywo to – tak bli­sko zwią­zane z wło­ską kuch­nią, że można by wyba­czyć każ­demu, kto (podob­nie jak ja) był prze­ko­nany o jego wło­skim rodo­wo­dzie – nie zagrzało miej­sca na tam­tej­szych sto­łach przez trzy­sta kolej­nych lat.

Mimo to mówimy o wyda­rze­niu histo­rycz­nym, jako że mamy do czy­nie­nia z pierw­szym udo­ku­men­to­wa­nym poja­wie­niem się pomi­dora we Wło­szech. A uprzejmy zarządca, wysy­ła­jąc do wiej­skiej rezy­den­cji bile­cik z infor­ma­cją, że kosz bez­piecz­nie dotarł do pałacu, po raz pierw­szy w Euro­pie nadaje nazwę tej dziw­nej, impor­to­wa­nej z Nowego Świata rośli­nie – pomo­doro.

Jeśli zaś cho­dzi o ostatni towar impor­towy, jaki z Nowego Świata przy­był do Palazzo Vec­chio, współ­cze­śni jego rezy­denci rów­nież nie wie­dzą, co ze mną zro­bić ani czemu przy­je­cha­łem aż z Ame­ryki, żeby odwie­dzić miej­sce, które służy dziś za pre­fet­tura, czyli sie­dzibę samo­rządu pro­win­cji Pizy. Pałac, w któ­rym zbie­rali się nie­gdyś ksią­żęta i księżne (i, przy co naj­mniej tam­tej jed­nej oka­zji, pomi­dory), jest dzi­siaj urzę­dem, gdzie płaci się podatki albo wyra­bia licen­cję na łowie­nie ryb. Wspa­niałe kom­naty Kosmy Medy­ce­usza prze­kształ­cone zostały w sta­no­wi­ska pracy i wypo­sa­żone w meta­lowe biurka i szafki na doku­menty, krysz­ta­łowe żyran­dole zastą­piono ostrym, flu­ore­scen­cyj­nym świa­tłem lamp, a co naj­bar­dziej roz­cza­ro­wu­jące, nikt z tu obec­nych nie ma naj­mniejszego poję­cia, jak donio­słą bota­niczną rolę ode­grało dawne palazzo (cho­ciaż wszy­scy z uśmie­chem biorą mnie za słowo).

Rzecz jasna, nie spo­dzie­wa­łem się pamiąt­ko­wej tablicy na cześć pomi­do­rów – może zasłu­ży­łyby na nią, gdyby Kosma coś z nimi zro­bił! – a w Pizie można zna­leźć parę obiek­tów o więk­szym zna­cze­niu histo­rycz­nym, w tym pewną pochy­loną wieżę, ale i tak czu­łem się nieco zawie­dziony. Sekre­tarka słu­żąca mi za prze­wod­niczkę musiała zauwa­żyć moje roz­cza­ro­wa­nie na widok biu­ro­wych deko­ra­cji.

– Gdy­by­śmy zosta­wili wszyst­kie zabyt­kowe budynki w ich pier­wot­nym sta­nie, nie mie­li­by­śmy gdzie miesz­kać ani pra­co­wać. Jeste­śmy we Wło­szech.

Trudno się z tym nie zgo­dzić. Sytu­ację rów­no­waży fakt, że we Flo­ren­cji Kosma zbu­do­wał Uffizi, dziś jedną z naj­wspa­nial­szych gale­rii sztuki na świe­cie, jako – nie uwie­rzy­cie – budy­nek admi­ni­stra­cyjny. A więc zasada działa w obie strony. Marne to jed­nak pocie­sze­nie, bo kiedy po mie­sią­cach zma­gań z wło­ską biu­ro­kra­cją, barierą języ­kową i, co dość istotne, glo­balną pan­de­mią udało mi się wresz­cie zor­ga­ni­zo­wać tę piel­grzymkę (z per­spek­tywy czasu myślę, że powi­nie­nem był uda­wać, że wybie­ram się na ryby), wygląda na to, że poko­na­łem sześć tysięcy kilo­me­trów, żeby zoba­czyć salę pełną kse­ro­ko­pia­rek.

Sekre­tarka wycho­dzi z ponu­rych biur i pro­wa­dzi mnie przez dzie­dzi­niec do, jak mówi, nie­wy­re­mon­to­wa­nego skrzy­dła pałacu, gdzie na dru­gim i trze­cim pię­trze mieszka pre­fetto – regio­nalny przed­sta­wi­ciel admi­ni­stra­cji pań­stwo­wej. Klatki scho­do­wej strzeże wyrzeź­biona na balu­stra­dzie impo­nu­jąca głowa lwa. Prze­cho­dzę przez drzwi i… co do fan­culo???

Jeste­śmy w daw­nej kuchni Kosmy, gdzie wzdłuż nie­mal całej ściany cią­gnie się długi, drew­niany stół. Zamon­to­wano tu insta­la­cję hydrau­liczną i zaku­piono nowe sprzęty (pre­fetto ma na górze wła­sną kuch­nię, ale tej używa się pod­czas przy­jęć i podob­nych oka­zji), ale dowia­duję się, że poza tym od cza­sów Medy­ce­uszy nie­wiele się tu zmie­niło. W prze­stron­nym i jasnym pomiesz­cze­niu zmie­ści­łoby się bez trudu pół tuzina kucha­rzy, lecz mój wzrok szcze­gól­nie przy­ciąga prze­piękna szes­na­sto­wieczna posadzka z kafli, które zacho­dzą też wyżej, na ściany, a to ozna­cza – co zauwa­żam z nutą zazdro­ści – że zabru­dzoną po wiel­kim goto­wa­niu kuch­nię można po pro­stu umyć od góry do dołu.

Dwa okna oto­czone gru­bymi, drew­nia­nymi okien­ni­cami wpusz­czają dużo natu­ral­nego świa­tła, a z sali wycho­dzi się pro­sto na główną ulicę, z któ­rej widać pobli­ską rzekę Arno. Sekre­tarka mówi, że bez­po­średni dostęp do drogi i wody był klu­czowy, bo to wła­śnie w kuchni odbie­rano wszyst­kie dostawy, zarówno te przy­by­wa­jące drogą lądową, jak i mor­ską.

– Zaraz, a zatem to tu…

– Tak – potwier­dza z uśmie­chem.

To wła­śnie tutaj Medy­ce­usze zebrali się, żeby powi­tać tajem­ni­czy kosz z owo­cami przy­by­łymi z odle­głej cywi­li­za­cji.

Tyle że ich nie goto­wali.

Co możemy powie­dzieć o pomi­do­rach Kosmy? Jego zarządca nie­stety nie pozo­sta­wił nam żad­nego opisu, ale mam nadzieję, że dowiem się cze­goś wię­cej, gdy udam się do kate­dry. W tym celu muszę minąć nie­mal nie­na­tu­ral­nie białą wieżę, która wydaje się pochy­lać tak wyraź­nie, jakby miała runąć na zie­mię niczym talia kart, gdyby tylko jakaś grupa tury­stów posta­no­wiła wdra­pać się na górę i sta­nąć po jej jed­nej stro­nie.

To na krzywą wieżę w Pizie można wejść?. Jestem w szoku – można by sądzić, że ten bez­cenny zaby­tek, który ist­niał już (i pochy­lał się na połu­dnie) sto czter­dzie­ści dzie­więć lat przed tym, jak Kosma wzru­szył ramio­nami na widok swo­ich pomi­do­rów, jest nie­do­stępny dla gości, oprócz może Quasi­moda. A skoro już przy tym jeste­śmy, uwaga do przy­szłych budow­ni­czych wież: „pisa” to grec­kie słowo ozna­cza­jące „bagno”. Może gdy następ­nym razem posta­no­wi­cie zbu­do­wać wielką wieżę, wybierz­cie mia­sto z „pod­ło­żem skal­nym” w nazwie.

Cho­ciaż dzi­siaj wieża jest naj­więk­szą oko­liczną atrak­cją, powstała jako doda­tek – dzwon­nica mająca towa­rzy­szyć kate­drze, która po ukoń­cze­niu budowy w 1118 roku była naj­więk­sza i naj­wspa­nial­sza w Euro­pie. Obecne drzwi powstały „nie­dawno”, to zna­czy w 1600 roku, po tym jak te ory­gi­nalne stra­wił pożar. Trzy pary ogrom­nych, bogato deko­ro­wa­nych wrót wej­ścio­wych z brązu skła­dają się z płyt, na któ­rych wid­nieją sceny ze Sta­rego i Nowego Testa­mentu, opra­wione we fryzy prze­sta­wia­jące lokalną i egzo­tyczną florę i faunę; są tam ogórki, strączki groszku, jabłka, orze­chy, wie­wiórki i żół­wie. Jest nawet noso­ro­żec, który był emble­ma­tem kuzyna i poprzed­nika Kosmy na sta­no­wi­sku księ­cia Flo­ren­cji, Alek­san­dra Medy­ce­usza – jego śmierć z ręki naj­bliż­szego przy­ja­ciela w 1537 roku wpro­wa­dziła nasto­let­niego Kosmę na to sta­no­wi­sko.

Jeśli zaś przyj­rzeć się dokład­nie, w lewym dol­nym rogu pra­wego skrzy­dła bez waha­nia roz­po­zna się pomi­dora. Nie jest to jed­nak pomi­dor, jakiego naj­czę­ściej widu­jemy dzi­siaj. Jest podzie­lony na sześć „czą­stek”, żebro­wany niczym dynia piż­mowa. Gładki pomi­dor miał zade­biu­to­wać dopiero dwie­ście lat póź­niej – a tego kar­bo­wa­nego wciąż da się zna­leźć na pizań­skich tar­gach.

Drzwi kate­dry powstały w warsz­ta­cie fla­mandz­kiego rzeź­bia­rza Giam­bo­lo­gni, członka zało­ży­ciela Acca­de­mia delle Arti del Dise­gno – pre­sti­żo­wej aka­de­mii sztuk pięk­nych ufun­do­wa­nej przez Kosmę Medy­ce­usza w 1563 roku. Znów ten Kosma! Fak­tycz­nie, dobrze znał Giam­bo­lo­gnę, cho­ciaż intry­gu­jąca kon­cep­cja o związku mię­dzy pomi­do­rami Kosmy a rzeź­bia­rzem zostaje pod­wa­żona przez fakt, że wielki książę zmarł w wieku pięć­dzie­się­ciu czte­rech lat na ćwierć wieku przed powsta­niem drzwi. Mimo to wize­ru­nek pomi­dora (a wła­ści­wie dwóch) pod­po­wiada nam, że pomo­doro był w sie­dem­na­sto­wiecz­nej Ita­lii dobrze znany. Po pro­stu go nie jedzono.

Fryz na drzwiach kate­dry w Pizie uka­zu­jący szes­na­sto­wiecz­nego pomi­dora. (Zdję­cie autora).

Tym­cza­sem inne jadalne rośliny przy­byłe z Nowego Świata przy­jęto z otwar­tymi ramio­nami; kuku­ry­dzę mie­lono na polentę, fasolę doda­wano do potra­wek i zup, całą Europę miała zaraz spo­wić chmura tyto­nio­wego dymu, a ziem­niak miał nawet dotrzeć do odle­głej Irlan­dii, gdzie sta­nie się nie­zbędny dla rzesz chło­pów – nie bez kata­stro­fal­nych kon­se­kwen­cji. Tyle zdą­żyło się wyda­rzyć, zanim Włosi zaczęli jeść pomi­dory. Czemu zajęło im to tyle czasu?

Zadaję to pyta­nie Giu­lii Mari­nelli, prze­wod­niczce w Museo del Pomo­doro, jedy­nym na świe­cie muzeum poświę­co­nym pomi­do­rom, leżą­cym w odda­lo­nym o parę godzin drogi od Pizy regio­nie Emi­lia-Roma­nia.

– Przez wiele lat uwa­żano go za roślinę deko­ra­cyjną – mówi Gulia i dodaje, że pomi­dory hodo­wano w ogro­dach bota­nicz­nych. – Cho­ciaż był pewien fran­cisz­ka­nin, który już w XVI wieku wie­dział, że Mek­sy­ka­nie jadali te owoce, zarówno ugo­to­wane w postaci sosów, jak i surowe.

Mowa o Hisz­pa­nie Ber­nar­di­nie de Sahagún, który udał się do Mek­syku jako misjo­narz w 1529 roku. Nie wiem, jak długo zamie­rzał tam zostać, ale praw­do­po­dob­nie kró­cej niż sześć­dzie­siąt jeden lat, a więc resztę swo­jego życia. Ber­nar­dina cie­ka­wiła kul­tura Azte­ków, nawet ruiny Tenochtitlán, które Cortés swego czasu uznał za „tak cudowne, że wręcz nie­wia­ry­godne”. Zanim kon­kwi­sta­dor obró­cił je w proch, wyspiar­skie mia­sto, poprze­ci­nane kana­łami, po któ­rych pły­wały łódki i kanoe, połą­czone było ze sta­łym lądem pię­cioma gro­blami i mogło się poszczy­cić par­kami, ogro­dami, wiel­kimi pla­cami, a nawet ogro­dami zoo­lo­gicz­nymi – na długo przed tym, jak na pomysł ich zakła­da­nia wpa­dli Euro­pej­czycy. Cał­kiem moż­liwe, że Tenochtitlán (poło­żone na tere­nie współ­cze­snego Mexico City) było naj­więk­szym, naj­czyst­szym i naj­le­piej pro­spe­ru­ją­cym mia­stem na świe­cie, a pra­cu­jący tam jubi­le­rzy two­rzyli fine­zyjne, kunsz­towne dzieła, które mogłyby rywa­li­zo­wać z naj­pięk­niej­szymi pra­cami rene­san­so­wych arty­stów euro­pej­skich.

Zaawan­so­wana aztecka cywi­li­za­cja obej­mo­wała także rol­nic­two, któ­rego duża część reali­zo­wała się na pły­wa­ją­cych far­mach chi­nam­pas. Na pły­ci­znach jezior wbi­jano w dno paliki wzdłuż krzy­żu­ją­cych się linii i na stwo­rzo­nej w ten spo­sób kra­tow­nicy zapla­tano trzciny; powsta­wało coś w rodzaju pod­wod­nych skrzy­nek, które wypeł­niano mate­rią orga­niczną (w tym ludz­kimi odcho­dami). Te tak zwane farmy akwa­po­niczne wyko­rzy­sty­wano do uprawy kuku­ry­dzy, papry­czek chili, dyni, fasoli i okrą­głych czer­wo­nych lub żół­tych warzyw, które Azte­ko­wie nazy­wali xito­matl.

Pomi­dory to gatu­nek ende­miczny dla górzy­stych wybrzeży Peru i Ekwa­doru, gdzie jed­nak ich owoce wiel­ko­ści groszku naj­wy­raź­niej nie były szcze­gól­nie doce­niane ani zbyt czę­sto upra­wiane. W Mek­syku zago­ściły zaś już co naj­mniej tysiąc lat przed przy­by­ciem Hisz­pa­nów. Azte­ko­wie uży­wali ich do zup i potra­wek, sma­żyli je z papryką albo sie­kali surowe razem z paprycz­kami chili i zio­łami, przy­go­to­wu­jąc coś, co Hisz­pa­nie nazwali „salsą” (a ozna­cza po pro­stu „sos”), która towa­rzy­szyła rybom i mię­som – w tym mięsu ludz­kiemu, jako że na aztec­kich ban­kie­tach z oka­zji zwy­cię­stwa nie­rzadko ser­wo­wano potrawy z ciał poko­na­nych. Pewien kon­kwi­sta­dor dono­sił, że kiedy w przed­dzień bitwy poczuł dobie­ga­jący z obozu wroga aro­mat gotu­ją­cych się pomi­do­rów, zaczął się oba­wiać, że to on jest bra­ku­ją­cym skład­ni­kiem. W pew­nym sen­sie był to pierw­szy prze­pis na coś w rodzaju hisz­pań­skiej potrawki pomi­do­ro­wej.

W Tenochtitlán Ber­nar­dino de Sahagún zna­lazł taką obfi­tość róż­no­rod­nych pomi­do­rów, że współ­cze­sne ame­ry­kań­skie targi warzywne mogłyby się przy tym scho­wać:

Sprze­dawca pomi­do­rów ma do wyboru duże pomi­dory, małe pomi­dory, zie­lone pomi­dory, pomi­dory na gałąz­kach, podłużne pomi­dory, słod­kie pomi­dory, wiel­kie pomi­dory w kształ­cie węży i pomi­dory w kształ­cie sut­ków. Sprze­daje rów­nież pomi­dory dzi­kie, pomi­dory rosnące na pia­sku i pomi­dory żółte, bar­dzo żółte, dosyć żółte, czer­wone, bar­dzo czer­wone, dość rumiane, rumiane, jasnoczer­wone, czer­wo­nawe, barwy różo­wego świtu.

Trzeba było jed­nak uwa­żać, od kogo się kupuje, bo „zły han­dlarz sprze­daje popsute pomi­dory, obite pomi­dory i pomi­dory, co spo­wo­dują bie­gunkę”. (Nie­które rze­czy ni­gdy się nie zmie­niają).

Fran­cisz­ka­nina nazywa się cza­sem „pierw­szym antro­po­lo­giem”, jako że w swo­ich ory­gi­nal­nych pra­cach wpro­wa­dził pio­nier­skie stra­te­gie meto­do­lo­giczne, które pozwo­liły mu zba­dać aztecką kul­turę: uwa­żał kobiety i star­ców za źró­dła infor­ma­cji, nauczył się języka nahu­atl, a histo­rię pisał z per­spek­tywy rdzen­nych miesz­kań­ców. Kul­mi­na­cją jego badań była licząca sobie 2400 stron, prze­ło­mowa praca pod tytu­łem Histo­ria gene­ral de las cosas de Nueva España (Ogólna histo­ria spraw Nowej Hisz­pa­nii).

Ber­nar­dino okre­sowo wysy­łał szkice swo­ich szcze­gó­ło­wych badań na temat aztec­kiej kul­tury (i diety) do Hisz­pa­nii i Waty­kanu, a pro­wa­dził je aż do śmierci w 1590 roku. Jego opisy dawały jasną odpo­wiedź na pyta­nie o jadal­ność pomi­do­rów.

– Tyle tylko – wyja­śnia mi Giu­lia – że ręko­pisu nie publi­ko­wano aż do 1829 roku. – Dla kościoła oka­zał się zbyt „empa­tyczny” wobec pogan, któ­rych Ber­nar­dino prze­ko­ny­wać miał do zachod­niej kul­tury i reli­gii, a nie odwrot­nie. Ostat­nim, co chciała widzieć hisz­pań­ska monar­chia, była histo­ria kon­kwi­sty z punktu widze­nia rdzen­nych miesz­kań­ców. – Cze­kał trzy­sta lat. – Giu­lia lekko wzdy­cha.

Nie wia­domo, czy wcze­śniej­sza publi­ka­cja książki cokol­wiek by zmie­niła, jeśli cho­dzi o losy pomi­do­rów. Inni hisz­pań­scy misjo­na­rze i bota­nicy rów­nież doku­men­to­wali wyko­rzy­sta­nie pomi­do­rów w Mek­syku, ale rośliny te oka­zały się zbyt dużym wyzwa­niem; póki mają zie­lony kolor, są nie­ja­dalne, potem przez chwilę są doj­rzałe, ale zaraz gniją, a po ugo­to­wa­niu się roz­pa­dają i zyskują kon­sy­sten­cję i smak nie­przy­po­mi­na­jące niczego, co było już obecne w euro­pej­skiej die­cie. Nie wspo­mi­na­jąc o tym, że z Ame­ryk przy­były całe tuziny inte­re­su­ją­cych przy­sma­ków – w sumie sto dwa­dzie­ścia sie­dem róż­nych odmian roślin – a pomi­dory, jak­kol­wiek wspa­niałe, to jed­nak nie cze­ko­lada.

Kiedy dokład­nie pomi­dory przy­były do Europy? Wiele wyda­rzeń okresu kon­kwi­sty możemy umie­ścić w cza­sie nie­mal co do minuty, ale histo­ry­kom nie udało się prze­ko­nu­jąco usta­lić nawet dekady, w któ­rej pomi­dory wylą­do­wały na Sta­rym Kon­ty­nen­cie. Kasty­lij­scy poborcy podat­kowi, któ­rzy w por­cie w Sewilli zbie­rali quinto real – „kró­lew­ską jedną piątą” – reje­stro­wali każdą monetę, każdy wisior i srebrny pół­mi­sek przy­byłe na pokła­dach gale­onów, ale nie byli ani tro­chę zain­te­re­so­wani rośli­nami, a tym bar­dziej nasio­nami. (Przy­szli histo­rycy naszego stu­le­cia będą mieli łatwiej­sze zada­nie, jako że będą mogli zba­dać na przy­kład sprawę uda­rem­nio­nego prze­mytu do Sta­nów Zjed­no­czo­nych jed­nego pla­stra pomi­dora w kanapce w maju 2018 roku, przez co zosta­łem ozna­czony przez ame­ry­kań­skich cel­ni­ków jako „osoba naru­sza­jąca prze­pisy rolne”, praw­do­po­dob­nie doży­wot­nio. Co naj­gor­sze, był to pomi­dor paskudny).

– Kiedy pomi­dory zaczęły krą­żyć po Wło­szech – opo­wiada Giu­lia – były dla miesz­kań­ców tak zaska­ku­jące, że ci nie wie­dzieli nawet, która ich część nadaje się do spo­ży­cia. Nie­któ­rzy sma­ko­sze okre­ślili je jako nie­ja­dalne po spró­bo­wa­niu liści.

Giu­lia dodaje, że „wielu uzna­wało roślinę za tru­jącą” (jej liście, zje­dzone w dużych ilo­ściach, fak­tycz­nie takie są). Fakt, że pomi­dor należy do roślin psian­ko­wa­tych, z pew­no­ścią nie popra­wiał jego repu­ta­cji, jako że pocho­dząca z tej samej rodziny wil­cza jagoda, ina­czej bel­la­donna, to jedna z naj­bar­dziej tru­ją­cych roślin na świe­cie: zabiła wię­cej papieży, kar­dy­na­łów i rzym­skich cesa­rzy niż syfi­lis. Tok­sycz­ność bel­la­donny skrywa się pod nie­groźną nazwą (po wło­sku „piękna kobieta”), która pocho­dzi od jej daw­nego uży­cia. Wło­skie kobiety sto­so­wały tę roślinę, by powięk­szyć sobie źre­nice do kuszą­cych roz­mia­rów, ale gdy robiły to zbyt czę­sto, śle­pły zamiast zyski­wać na uro­dzie.

Mimo to nie spo­sób się nie zasta­na­wiać, dla­czego pomi­dora uznano za roślinę tru­jącą, pod­czas gdy inni przed­sta­wi­ciele psian­ko­wa­tych, w tym ci przy­po­mi­na­jący pomi­dora znacz­nie bar­dziej niż wil­cza jagoda, jak bakła­żan czy papryka, szybko weszli do wło­skiej diety. Co wię­cej, szes­na­sto­wieczni bota­nicy cza­sem błęd­nie uzna­wali pomi­dora za nowy rodzaj bakła­żana, a zatem wie­dzieli, że nie jest tru­jący.

Dopiero na początku XVII wieku zaczęto jeść pomi­dory, które naj­praw­do­po­dob­niej z początku zyskały akcep­ta­cję w Anda­lu­zji, hisz­pań­skiej pro­win­cji, na któ­rej tere­nie leży por­towe mia­sto Sewilla. W archi­wach tam­tej­szego Hospi­tal de la San­gre znaj­du­jemy zapis z 1608 roku o zaku­pie pomi­do­rów – ale tylko jeden, co suge­ruje, że pacjenci nie doma­gali się dokła­dek. Nie jest zasko­cze­niem, że pierw­sze hisz­pań­skie pomi­dory przy­go­to­wy­wano w stylu aztec­kim, duszone na oli­wie z chili. Dopiero w XIX wieku – trzy­sta lat po ich euro­pej­skim debiu­cie – Hisz­pa­nie zaczęli doda­wać je do tra­dy­cyj­nych już dań takich jak gaz­pa­cho czy paella.

Tak naprawdę naj­waż­niej­szy szes­na­sto­wieczny wkład Hisz­pa­nii w histo­rię pomi­do­rów – nie licząc ich „odkry­cia” – to pomy­le­nie ich z toma­til­los, czyli mie­chunką pomi­do­rową. Azte­ko­wie nazy­wali pomi­dory xito­matl, a ich dale­kich krew­nych, toma­til­los – mito­matl. Źró­dłem obu tych nazw jest słowo tomatl, ozna­cza­jące „okrą­gły owoc”, do któ­rego doda­wano przed­rostki, by roz­róż­nić poszcze­gólne gatunki. Nie­stety szes­na­sto­wieczni hisz­pań­scy uczeni, w tym naj­słyn­niej­szy bota­nik epoki Fran­ci­sco Hernández, wzięli z tego słowa tylko rdzeń i oba owoce nazwali tomate.

Hernándeza do Mek­syku wysłał w 1571 roku król Filip II, by stu­dio­wał florę i faunę Nowego Świata. Pięć lat póź­niej uczony ukoń­czył pracę nad szes­na­stoma tomami peł­nymi opi­sów zna­le­zio­nych przez sie­bie roślin i zwie­rząt. Dzieło to było godne podziwu, cho­ciaż za sprawą swo­bod­nego podej­ścia do nazew­nic­twa opi­sowi pomi­dora towa­rzy­szyła ilu­stra­cja nie­wła­ści­wego tomate. Co gor­sza, błąd towa­rzy­szył tym gatun­kom aż do Włoch, gdzie oba nazwano pomo­doro, co do dzi­siaj nęka kro­ni­ka­rzy jed­nego i dru­giego.

Kiedy we Wło­szech zaczęto jeść pomi­dory, tra­fiły one na stoły boga­czy jako egzo­tyczna cie­ka­wostka – jak dzi­siaj poten­cjal­nie tru­jąca ryba fugu z rodziny roz­dym­ko­wa­tych, któ­rej odważni sma­ko­sze pró­bują w Japo­nii. Dla zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści Euro­pej­czy­ków jed­nak pomi­dory, nawet kiedy roz­po­znano w nich jadalne owoce, pozo­sta­wały rzad­ko­ścią przez cały okres rene­sansu – a główną przy­czyną był, no wła­śnie, rene­sans.

O dziwo, okres bez­pre­ce­den­so­wego roz­woju kul­tury i nauki, który wycią­gnął Europę z mro­ków śre­dnio­wie­cza, mógł przy­czy­nić się do nadej­ścia trwa­ją­cych trzy­sta lat „wie­ków ciem­nych” dla pomi­dora. Dla­czego? Iskrą, która roz­pa­liła rene­sans, było ponowne odkry­cie i doce­nie­nie kla­sycz­nego antyku, czyli kul­tury sta­ro­żyt­nego Rzymu i Gre­cji. Wszystko, co stare, znów było nowe, cza­sem dosłow­nie: jedną z pierw­szych prac zamó­wio­nych u mło­dego Michała Anioła po okre­sie ter­mi­no­wa­nia na dwo­rze Waw­rzyńca Wspa­nia­łego (dale­kiego kuzyna naszego zna­jo­mego Kosmy) była replika rzym­skiego Kupi­dyna, która oka­zała się tak prze­ko­nu­jąca, że pozba­wiony skru­pu­łów han­dlarz lekko ją pod­nisz­czył i sprze­dał jako świeżo odkryty arte­fakt. Oszu­stwo zostało ujaw­nione (z powodu błę­dów w posta­rza­niu dzieła, nie samym wyko­na­niu), ale nie zakoń­czyło to kariery Michała Anioła w skan­da­licz­nych oko­licz­no­ściach, wręcz prze­ciw­nie; jego zdol­ność odtwa­rza­nia antycz­nych dzieł dowio­dła, jak uta­len­to­wa­nym jest rzeź­bia­rzem. Oszu­kany klient, pewien rzym­ski kar­dy­nał, był pod tak wiel­kim wra­że­niem, że cho­ciaż samo fał­szer­stwo potę­pił, fał­sze­rza zapro­sił do Rzymu. Reszta, jak mawiają, jest histo­rią. Intry­gu­jącą kwe­stią sporną pozo­staje to, czy Michał Anioł na początku kariery świa­do­mie wziął udział w fał­szer­stwie.

Pod koniec życia twór­czego Michał Anioł otrzy­mał zle­ce­nie prze­pro­jek­to­wa­nia Placu Kapi­to­liń­skiego w Rzy­mie, aby stwo­rzyć godną oprawę dla jedy­nego zacho­wa­nego rzym­skiego pomnika kon­nego – wspa­nia­łego, nad­na­tu­ral­nej wiel­ko­ści posągu z brązu przed­sta­wia­ją­cego Marka Aure­liu­sza, który rzą­dził Impe­rium Rzym­skim w latach 161–180 n.e. A to wła­śnie jego oso­bi­sty lekarz, Galen z Per­ga­monu, mógł być odpo­wie­dzialny za nędzny los rene­san­so­wego pomi­dora.

Cha­rak­te­ry­styczne dla rene­sansu uwiel­bie­nie kla­sy­cy­zmu nie ogra­ni­czało się by­naj­mniej do sztuki i archi­tek­tury. Antyczna lite­ra­tura, nauka i medy­cyna rów­nież stały się obiek­tem zain­te­re­so­wa­nia i poszu­ki­wa­nia wska­zó­wek, jak lepiej żyć. Rene­san­sowi Włosi uwa­żali, że od Galena można się wiele nauczyć.

Galen z Per­ga­monu, z uro­dze­nia Grek, był jak Jug­ger­naut z Marvela: łączył w sobie cechy zna­nych leka­rzy: dr. Spo­cka, dr. Salka i dr. Oza. W wieku trzy­dzie­stu trzech lat zamiesz­kał w Rzy­mie i szybko wdra­py­wał się po szcze­blach kariery, słu­żąc kilku cesa­rzom i wzbu­dza­jąc tak wielką zazdrość wśród kole­gów po fachu (sam zresztą twier­dził, że wcale ich nie ma), że żył w cią­głym lęku przed otru­ciem.

Galen był jed­nak nie tylko ambit­nym mistrzem auto­pro­mo­cji. Był leka­rzem, naukow­cem, filo­zo­fem i jako pierw­szy zade­mon­stro­wał (prze­ci­na­jąc odpo­wied­nie nerwy kwi­czą­cej świni), że krtań gene­ruje głos. Jako pierw­szy zauwa­żył róż­nice mię­dzy krwią tęt­ni­czą a żylną; odróż­nił też nerwy czu­ciowe od rucho­wych, a nawet prze­pro­wa­dził pierw­sze udane ope­ra­cje kata­rakty.

Pisał książki o far­ma­ko­lo­gii i prak­ty­ko­wał wcze­sną formę cze­goś, co dziś nazwa­li­by­śmy „psy­cho­ana­lizą”. Jego bada­nia ana­to­miczne – pro­wa­dzone na mał­pach i świ­niach, bo w sta­ro­żyt­nym Rzy­mie sek­cja ludz­kich zwłok była nie­le­galna – pozo­stały w Euro­pie głów­nymi źró­dłami wie­dzy w tej dzie­dzi­nie na kolej­nych tysiąc pięć­set lat. Galen był bez wąt­pie­nia jed­nym z naj­wspa­nial­szych umy­słów swo­ich cza­sów. Być może jedyną jego wadą (obok prze­ro­śnię­tego ego) było jego bez­na­dziejne odda­nie Hipo­kra­te­sowi i stwo­rzo­nej przez tego grec­kiego medyka w IV wieku p.n.e. teo­rii humo­ral­nej.

Teo­ria humo­ralna nie doty­czy dow­ci­pów, ale „humo­rów” – sub­stan­cji, które miały regu­lo­wać ludz­kie zdro­wie i zacho­wa­nie. Hipo­kra­tes twier­dził, że są to: krew, flegma, żółć i czarna żółć. Pisał: „Zdo­wie to stan, w któ­rym te sub­stan­cje skła­dowe znaj­dują się w odpo­wied­nich pro­por­cjach”. Nie brzmi to szcze­gól­nie rewo­lu­cyj­nie, póki nie zdamy sobie sprawy, że przed Hipo­kra­tesem wszyst­kie cho­roby przy­pi­sy­wano woli bogów. To jeden z powo­dów, dla któ­rych Hipo­kra­tesa uznaje się za „ojca medy­cyny”.

W II wieku n.e. Galen roz­wi­nął teo­rie Hipo­kra­tesa, zary­so­wu­jąc zwią­zek mię­dzy humo­rami a kon­kret­nymi rodza­jami pokarmu i typami oso­bo­wo­ści. Jeśli byłeś melan­cho­li­kiem, to dla­tego, że w twoim orga­ni­zmie znaj­do­wał się nad­miar czar­nej żółci, opty­mi­ści z kolei zawdzię­czali swoją pogodną oso­bo­wość obfi­to­ści krwi. Jako wcze­sny pro­pa­ga­tor idei „jesteś tym, co jesz”, Galen, któ­rego można by uznać za pierw­szego słyn­nego die­te­tyka, uwa­żał, że zmiana jadło­spisu może pozy­tyw­nie wpły­wać na zdro­wie i nastrój.

Bez względu na to, czy mówimy o die­cie South Beach, Atkinsa czy Galena, każda teo­ria die­te­tyczna wymaga wpro­wa­dze­nia kla­sy­fi­ka­cji pokar­mów, a Galen stwo­rzył pro­sty sche­mat: gorące albo zimne i mokre albo suche. Pod­czas gdy jedne pokarmy mogły być, na przy­kład, gorące i suche, inne były zimne i mokre albo zimne i suche. W gorą­cej wodzie kąpany Rzy­mia­nin mógł usły­szeć, że powi­nien jeść pokarmy „zimne”, by sko­ry­go­wać swój brak rów­no­wagi. Masz katar? Jedz to, co gorące i suche, by zawal­czyć z flegmą. Ist­niały także pro­dukty, któ­rych w ogóle nale­żało uni­kać.

W epoce rene­sansu liczące sobie tysiąc czte­ry­sta lat zapi­ski Galena – oparte na teo­riach opra­co­wa­nych kolej­nych pięć­set lat wcze­śniej – zostały odkryte na nowo. Działo się to mniej wię­cej w tym samym cza­sie, kiedy z Nowego Świata napły­nęła obfi­tość nie­zna­jo­mych warzyw: wszyst­kie je nale­żało wpi­sać w gale­niczny sche­mat pokar­mów gorą­cych, zim­nych, mokrych, suchych, zdro­wych i niezdro­wych.

Pomi­dory nie wyszły na tym naj­le­piej. Przy­pi­sano je do naj­mniej cenio­nej kom­bi­na­cji i uznano za „mokre i zimne” niczym wil­gotna piw­nica. Były według bota­ni­ków „nie­bez­pieczne i szko­dliwe” i „o naj­wyż­szym stop­niu chłod­no­ści”. W 1585 roku napi­sano, że „są zimne, ale nie aż tak jak man­dra­gora”, dając im nie­znaczną prze­wagę nad tym halu­cy­no­gen­nym korze­niem. Ich chłodna, wil­gotna natura miała szko­dzić tra­wie­niu – kwa­so­wość pomi­dora tylko wzmac­niała to prze­ko­na­nie.

Gale­niczna kla­sy­fi­ka­cja pomi­dora była nie­przy­chylna, ale słuszna: pomi­dory naprawdę są zimne i mokre. Zawsze zaska­kuje mnie, że nawet doj­rzały pomi­dor, zerwany w sło­necz­nym ogro­dzie w cie­pły dzień, w ustach wydaje się chłodny, co nie zawsze jest przy­jemne. Podej­rze­wam, że odpo­wiada za to wysoka zawar­tość wody; pomi­dory skła­dają się z niej w dzie­więć­dzie­się­ciu pię­ciu pro­cen­tach, co sta­nowi jeden z naj­wyż­szych wyni­ków wśród owo­ców i warzyw.

Łatwo było zakla­sy­fi­ko­wać pomi­dory jako nie­zdrowe rów­nież dla­tego, że nie­wielu chciało je jeść. Owoce sma­ko­wały dość kwa­śno, a liście, jak twier­dzili nie­któ­rzy bota­nicy, „cuch­nęły”. Zawsze zwra­ca­łem uwagę na to, że liście pomi­dora naprawdę pachną jak owoce, nawet u kil­ku­cen­ty­me­tro­wej sadzonki. Nie przy­cho­dzi mi do głowy żadna inna roślina, która mia­łaby tę wła­ści­wość – sze­fo­wie kuchni cza­sem wyko­rzy­stują ją, wrzu­ca­jąc parę liści do sosu. Pod­czas gdy jed­nak współ­cze­śni wiel­bi­ciele pomi­do­rów uwiel­biają ten zapach, będący zwia­stu­nem jada­nej latem kanapki z bocz­kiem, sałatą i pomi­do­rem wła­śnie, silna woń liści (być może wtedy jesz­cze sil­niej­sza niż dzi­siaj) raziła rene­san­so­wych wraż­liw­ców. Fla­mandzki zie­larz Mat­thias de l’Obel ostrze­gał w 1581 roku, że „silna, cuch­nąca woń wyraź­nie wska­zuje, jak bar­dzo są nie­zdrowe i nie­zdatne do jedze­nia”, pod­czas gdy szes­na­sto­wieczny angiel­ski bota­nik John Gerard twier­dził, że pomi­dory są „zgniłe i cuch­nące”. Jesz­cze w 1731 roku w angiel­skim Gar­de­ners Dic­tio­nary czy­tamy: „Rośliny roz­ta­czają tak silną woń, że nie powinno się ich sadzić w pobliżu ludz­kich sie­dzib ani w żad­nym innym uczęsz­cza­nym miej­scu”.

W Gale­nicz­nym sche­ma­cie, do któ­rego powró­cono w cza­sach rene­sansu, pomi­dory uzna­wane były za tak zimne i mokre, że led­wie mie­ściły się na skali.(ilu­stra­cja autora).

Poje­dyn­cze ówcze­sne recen­zje smaku pomi­dora są nie­wiele bar­dziej przy­chylne. (Ludzie rzadko pisują o smaku rze­czy, któ­rych nie jadają). Pocho­dzący z Padwy lekarz Gio­vanni Dome­nico Sala w 1628 roku opi­sy­wał odpy­cha­jący zwy­czaj jedze­nia sza­rań­czy, pają­ków i świersz­czy przez ludzi innych kul­tur, a do „dziw­nych i wstręt­nych rze­czy” zali­czył pomi­dory, które jadali tylko „nie­liczni głupcy”. Hernández z kolei zamie­ścił pomi­dory w roz­dziale o „kwa­śnych rośli­nach”, a pewna „nie­mą­dra osoba”, któ­rej zda­rzyło się je jadać, pora­dziła, by goto­wane pomi­dory posło­dzić… kwa­śnymi wino­gro­nami.

Bez wąt­pie­nia sie­dem­na­sto­wieczne pomi­dory nie były rów­nie smaczne co dzi­siej­sze odmiany, które w toku wie­lo­let­niej hodowli stały się znacz­nie słod­sze. Sami Azte­ko­wie woleli toma­til­los (co wiele nam mówi) i rzadko jadali pomi­dory same w sobie. Zazwy­czaj doda­wali do nich papryczki chili, przy­prawy i – raz na jakiś czas – poj­ma­nego jeńca.

Nie­zdrowe, cuch­nące i dziwne; nic dziw­nego, że nie­ła­two było prze­ko­nać do pomi­do­rów rene­san­sową Europę. A to jesz­cze nie koniec. Jakby nie dość szkód wyrzą­dził powrót do kon­cep­cji Galena, repu­ta­cja warzywa z Nowego Świata ucier­piała jesz­cze bar­dziej za sprawą innego sko­ja­rze­nia z tym sta­ro­żyt­nym leka­rzem. Wielu uznało pomi­dora za „wil­czą brzo­skwi­nię Galena”: zagi­niony, tru­jący owoc, o któ­rym napi­sał on, że ma cuch­nący, żółty sok i że dzieli się na seg­menty, co wydaje się cał­kiem traf­nym opi­sem żół­tych pomi­do­rów, jakie poja­wiały się w szes­na­sto­wiecz­nych Wło­szech. Cho­ciaż przy­pusz­cze­nie to zostało oba­lone przez bota­ni­ków, łącz­nie z Hernándezem, który zwró­cił uwagę, że pomi­dory nie mogły być wil­czą brzo­skwi­nią, skoro poja­wiły się we Wło­szech dopiero w XVI wieku, to jed­nak sko­ja­rze­nie prze­trwało do dziś w nauko­wej, łaciń­skiej nazwie pomi­dora, Sola­num lyco­per­si­cum. Lyco­per­si­cum ozna­cza bowiem ni mniej, ni wię­cej, tylko „wil­czą brzo­skwi­nię”.

Zarówno sko­ja­rze­nie z wil­czą brzo­skwi­nią Galena, jak i toskań­ska nazwa – pomo­doro – suge­rują, że wcze­sne pomi­dory we Wło­szech nie­ko­niecz­nie musiały być czer­wone. Pomo­doro (pier­wot­nie zapi­sy­wane jako pomo d’oro) ozna­cza „złote jabłko” lub – pre­cy­zyj­niej – „owoc przy­po­mi­na­jący złote jabłko”. Dziwna to nazwa na coś, co nie­wąt­pli­wie nie rosło na drze­wach, ale histo­ryk David Gen­til­core zwraca uwagę, że uży­wano jej do opisu wielu róż­nych owo­ców: fig i melo­nów, a nawet cytru­sów. Ist­niał też antyczny, mito­lo­giczny owoc pomo d’oro, który poja­wia się w opo­wie­ści o grec­kich nim­fach i mitycz­nych zło­tych jabł­kach, zamiast więc doda­wać do słow­nika nowe słowo, Toskań­czycy się­gnęli do sta­ro­żyt­no­ści – a pamię­tajmy, że w tam­tym cza­sie czę­sto wra­cano do antyku – by nazwać nowy owoc.

Warto doce­nić Toskań­czy­ków za to, że popraw­nie roz­po­znali w pomi­do­rze owoc. I tak, wiem, że dotąd naj­czę­ściej pisa­łem o nim „warzywo”. W następ­nym roz­dziale zwró­cimy się do ame­ry­kań­skiego Sądu Naj­wyż­szego w celu roz­wią­za­nia tej spor­nej kwe­stii, ale póki co będę okre­ślał go warzy­wem, ponie­waż jem sałatkę z pomi­do­rów, a nie lody pomi­do­rowe. Cza­sem jed­nak nazwę pomi­dora „owo­cem”, kiedy ta ter­mi­no­lo­gia wyda mi się wła­ściwa. Capi­sci?

Dla więk­szo­ści szes­na­sto­wiecz­nych Wło­chów pomo­doro nie był ani owo­cem, ani warzy­wem. W ogóle nie był jedze­niem. A cho­ciaż sku­piamy się na Wło­szech, bo to one osta­tecz­nie roz­sła­wią pomi­dora, w pozo­sta­łych kra­jach Europy też nie zyskał on popu­lar­no­ści. Do Anglii dotrze dopiero w latach dzie­więć­dzie­sią­tych XVI wieku i z początku nazy­wany będzie jabł­kiem miło­ści. Fran­cuzi rów­nież okre­ślali go mia­nem pomme d’amour („jabłko” było wów­czas ogól­nym ter­mi­nem sto­so­wa­nym do wszyst­kich owo­ców).

Sko­ja­rze­nie pomi­do­rów z miło­ścią przez Angli­ków i Fran­cu­zów pozo­staje tema­tem dys­ku­sji. Być może cho­dziło o to, że owoc uzna­wano za afro­dy­zjak, że przy­po­mi­nał ludz­kie serce albo że nale­żał do tej samej bota­nicz­nej kate­go­rii co wspo­mniana wcze­śniej man­dra­gora (po hebraj­sku „roślina miło­ści”), którą koja­rzono z płod­no­ścią już od cza­sów biblij­nych. Gen­til­core uważa, że powią­za­nie pomi­dora z miło­ścią to kolejna kon­se­kwen­cja pomy­le­nia go z toma­tillo, jako że skórka tego dru­giego po wyschnię­ciu pęka, uka­zu­jąc znaj­du­jący się w środku owoc, któ­rego barwa prze­cho­dzi od bla­dej zie­leni aż do fio­letu. Hisz­pań­ski bota­nik Fran­ci­sco Hernández uwa­żał tę „wul­garną i lubieżną” wła­ści­wość, przy­wo­łu­jącą na myśl kobiece narządy płciowe, za „obsce­niczną i obrzy­dliwą”. Być może na nazwę „jabłko miło­ści” wpa­dli ci, któ­rych ten widok mniej raził.

Jako czło­wiek, któ­remu nauka języ­ków obcych spra­wia tak dużą trud­ność, że kie­dyś zwró­ci­łem się po fran­cu­sku do kel­nera trzy­gwiazd­ko­wej pary­skiej restau­ra­cji sło­wami: „Ja popro­szę szynkę w gaze­cie, a mój syn poprosi córkę”, myślę, że praw­dziwe wyja­śnie­nie jest znacz­nie prost­sze: „pomo­doro” pomy­liło się obco­kra­jow­com z „pom’amoro” – jabł­kiem miło­ści. I tyle. Nie­za­leż­nie od źró­dła, okre­śle­nie to miało prze­trwać aż do XIX wieku, kiedy zarówno Anglia, jak i Fran­cja porzu­ciły miłość i prze­jęły ter­min hisz­pań­ski zamiast wło­skiego. Tak powstały, kolejno, tomato i tomate, cho­ciaż rodzaj męski el tomate z Hisz­pa­nii we Fran­cji zmie­nił się w żeń­ski la tomate. Pod wzglę­dem języ­ko­wym świat dzieli się na dwie czę­ści: cała zachod­nia Europa (oprócz Włoch) i Afryka Pół­nocna uży­wają hisz­pań­skiej waria­cji tomate, pod­czas gdy różne wer­sje pomo­doro prze­kro­czyły Adria­tyk i Bał­kany i wylą­do­wały w Pol­sce, Ukra­inie, Rosji i innych kra­jach wschod­niej Europy.

Nie­za­leż­nie od nazwy, pomi­dory pozo­staną nie­po­pu­larne, nie­ko­chane i nie­je­dzone jesz­cze przez dużą część XVII wieku. Oczy­wi­ście dowody (w tym dwa moje ostat­nie posiłki) wska­zują na to, że w pew­nym momen­cie sytu­acja ule­gnie zmia­nie. Gdy zawi­ta­łem do Muzeum Pomi­dora, spy­ta­łem Giu­lię Mari­nelli, czemu Włosi przez dłu­gie wieki nie jadali tych warzyw. Wycho­dząc, zada­łem jej odwrotne pyta­nie: co skło­niło ich, by jed­nak się do nich prze­ko­nać? Czy była to zmiana kul­tu­rowa, czy może zmie­niła się sama roślina?

Moja roz­mów­czyni chwilę się zasta­na­wiała.

– Przy­czyn było wiele. Ale, jak pew­nie wiesz, na początku XIX wieku w Ame­ryce orga­ni­zo­wano spe­cjalne pokazy, by prze­ko­nać ludzi, że pomi­dory nie są tru­jące.

Nie, nie wie­dzia­łem.

Dwa. Kubełek pułkownika Johnsona

Dwa

Kube­łek puł­kow­nika John­sona

„Owoc ohydny i cuch­nący” staje się ulu­bio­nym warzy­wem Ame­ryki

Z początku w Ame­ryce pomi­dory rów­nież nie cie­szyły się powo­dze­niem. Cho­ciaż nie szko­dziło im dzie­dzic­two Hipo­kra­tesa ani Galena, część spo­łe­czeń­stwa uwa­żała je za tru­jące, reszta – po pro­stu za nie­smaczne. W maga­zy­nie „Hor­ti­cul­tu­rist” można było prze­czy­tać, że to „owoc ohydny i cuch­nący”. „Istne hochsz­ta­pler­stwo” – orzekł w 1836 roku „Flo­rida Agri­cul­tu­rist”. W „Ame­ri­can Far­mer” skon­sta­to­wano, że choć z początku smak wyda­wać się może nie­przy­jemny, nie należy się tym przej­mo­wać, bo czło­wiek przy­zwy­czai się do każ­dej okrop­no­ści. Ralph Waldo Emer­son wypo­wia­dał się pew­nie w imie­niu wielu swych towa­rzy­szy z Nowej Anglii, gdy twier­dził, że do smaku pomi­do­rów trzeba przy­wyk­nąć, ale ostat­nie słowo nale­żało do redak­tora „Boston Courier” Jose­pha T. Buc­kin­ghama, który w 1834 roku napi­sał o nich:

To nędzny grzyb paskud­nej rośliny, któ­rej nie wolno tykać, jeśli nie ma się pod ręką mydła i wody aro­ma­ty­zo­wa­nej eau de colo­gne, by osło­dzić dłoń – pomi­dory, te bliź­nięta skwa­śnia­łych, gni­ją­cych ziem­nia­cza­nych kul – wybaw­cie nas, o wy, dostar­czy­ciele luk­su­sów, o bogo­wie i bogi­nie kuli­nar­nej sztuki, wybaw­cie nas od pomi­do­rów!

Co dość zaska­ku­jące, po tej dia­try­bie nastę­pują dwa prze­pisy na dania z pomi­do­rów.

Mimo bli­sko­ści Mek­syku, praw­do­po­dob­nie pierw­sze pomi­dory dotarły do kolo­nii okrężną drogą obej­mu­jącą dwa trans­atlan­tyc­kie szlaki: z Mek­syku do Hisz­pa­nii i z powro­tem do Ame­ryki, gdzie hodo­wano je w hisz­pań­skich kolo­niach na tere­nach dzi­siej­szej Geo­r­gii, Karo­liny Pół­noc­nej i Karo­liny Połu­dnio­wej. Pomi­dory mogły tu rów­nież dotrzeć z hisz­pań­skich posia­dło­ści na Kara­ibach i w bagażu angiel­skich kolo­ni­za­to­rów, któ­rzy wciąż nazy­wali je jabł­kami miło­ści. W Anglii pomi­dory zyski­wały jed­nak akcep­ta­cję wol­niej nawet niż we Wło­szech i Hisz­pa­nii – nie cie­szyły się powo­dze­niem jesz­cze w pierw­szych deka­dach XVIII wieku – można więc się zasta­na­wiać, czemu angiel­scy osad­nicy mie­liby wśród swo­ich cen­nych skar­bów zabrać w podróż nasiona pomi­do­rów. Tak czy ina­czej zła sława tych roślin cią­gnęła się za nimi aż do Nowej Anglii, gdzie wraz z moją żoną Anne przy­je­cha­li­śmy zoba­czyć obiekt drwiny: pierw­szy znany wize­ru­nek pomi­dora w sztuce ame­ry­kań­skiej.

Rapha­elle Peale, naj­star­szy syn słyn­nego por­tre­ci­sty Char­lesa Wil­l­sona Peale’a (bra­cia Rapha­elle'a, przy­spo­so­bieni do zawodu mala­rza, nosili imiona Rem­brandt, Titian i Rubens) był jed­nym z pierw­szych ame­ry­kań­skich arty­stów two­rzą­cych mar­twe natury, więc jego obraz Mar­twa natura z owo­cami i warzy­wami, który wisi skrom­nie w Wad­sworth Athe­neum Museum of Art w Hart­ford w sta­nie Con­nec­ti­cut, to jed­no­cze­śnie jedna z pierw­szych mar­twych natur w całych USA. Na obra­zie wid­nieje doj­rzały, czer­wony pomi­dor.

Mar­twa natura z owo­cami i warzy­wami, Rapha­elle Peale, ok. 1795–1810 r. (Wad­sworth Athe­neum Museum of Art, Hart­ford, Con­nec­ti­cut).

– Wygląda jak odmiana Bran­dy­wine – stwier­dza Anne.

Już mam zapro­te­sto­wać, mówiąc, że ten pękaty, bul­wia­sty owoc w niczym jej nie przy­po­mina, kiedy zdaję sobie sprawę, że cho­dzi jej o jeden z moich zde­for­mo­wa­nych egzem­pla­rzy pomi­do­rów Bran­dy­wine. Zano­to­wane.

– Albo jak czer­wona papryka – dodaje, zauwa­ża­jąc okrą­głe żebra, które wystają daleko ponad szy­pułkę. Ma to sens: nawet nie­któ­rzy histo­rycy sztuki dostrze­gali w nim nie tę roślinę psian­ko­watą, co trzeba.

Przede wszyst­kim jed­nak bar­dzo przy­po­mina pomi­dora na fry­zie obra­mo­wu­ją­cym drzwi kate­dry w Pizie, co ozna­cza, że dwie­ście lat po przy­by­ciu do Europy pomi­dor wciąż jest żebro­wa­nym, podzie­lo­nym na seg­menty owo­cem, który wcale nie wygląda jak jego współ­cze­sna wer­sja. Nie tylko to jed­nak zwraca moją uwagę. Czemu pomi­dor dzieli płótno z wino­gro­nami, brzo­skwi­nią i trzema mar­chew­kami, czyli owo­cami i warzy­wami powszech­nie lubia­nymi? Posta­na­wiam zapy­tać o to kura­torkę Erin Mon­roe. Peale pocho­dził z Fila­del­fii i to bar­dzo mało praw­do­po­dobne, żeby jadł pomi­dory w 1795 roku, kiedy to, zgod­nie z podaną infor­ma­cją, obraz miał zostać nama­lo­wany.

– To cie­kawe – mówi Erin, prze­glą­da­jąc notatki. – Odkąd mamy ten obraz w kolek­cji (czyli od 1942 roku), nieco zmie­ni­li­śmy jego dato­wa­nie. Wyda­wało nam się, że pocho­dzi naj­wcze­śniej z 1810 roku. Widzę jed­nak, że jeden z moich poprzed­ni­ków zmie­nił datę na 1795.

Słu­cham? Serce bije mi szyb­ciej na myśl o tym, że moje nazwi­sko mogłoby zna­leźć się na muze­al­nej tabliczce („Wil­liam Ale­xan­der datuje obraz na rok 1810 lub póź­niej”). Domy­ślam się, że ist­niało jakieś uza­sad­nie­nie – bio­gra­ficzne lub inne – dla­czego umiej­sco­wiono obraz w XVIII wieku (cho­ciaż jest star­szy o pra­wie dwa­dzie­ścia lat od kolej­nej zacho­wa­nej mar­twej natury), ale z bota­nicz­nego punktu widze­nia rok 1810 wydaje się bar­dziej uza­sad­niony, ponie­waż wcze­śniej najbar­dziej entu­zja­stycz­nym kon­su­men­tem pomi­do­rów na pół­noc­nym wscho­dzie była larwa szkod­nika z gatunku Man­duca quinqu­ema­cu­lata.

Man­duca quinqu­ema­cu­lata, według Ral­pha Waldo Emer­sona „obiekt wiel­kiego stra­chu”. (Zdję­cie Daniela Schwena na licen­cji Cre­ative Com­mons).

To praw­dzi­wie prze­ra­ża­jące stwo­rze­nie pożera zarówno owoce, jak i liście pomi­dora. Gąsie­nica wiel­ko­ści palca (jedna z naj­więk­szych w Ame­ryce Pół­noc­nej) ma na końcu odwłoka groź­nie wyglą­da­jący róg i cęt­ko­wany, zie­lon­kawy odcień, dzięki któ­remu potrafi się zaszyć w roślin­no­ści. Ze względu na budzący grozę wygląd zyskała repu­ta­cję istoty nie­bez­piecz­nej. W 1838 roku Ralph Waldo Emer­son opi­sał tego owada jako „obiekt wiel­kiego stra­chu, powszech­nie uwa­żany za tru­jący i nada­jący tru­jące wła­ści­wo­ści owo­com, jeśli zda­rzy mu się po nich peł­zać”. Tok­syczna repu­ta­cja szkod­nika utrzy­my­wała się aż do lat sześć­dzie­sią­tych XIX wieku – „Ohio Far­mer” dono­sił, że pewna dziew­czyna „zmarła w strasz­li­wych męczar­niach” po tym, jak została przez niego użą­dlona. Z kolei w „The Syra­cuse Stan­dard” pisano, że był „jado­wity jak grze­chot­nik” i potra­fił pluć tru­jącą śliną na odle­głość dwóch stóp. W rze­czy­wi­sto­ści to małe stwo­rze­nie jest rów­nie paskudne, co nie­szko­dliwe.

Połu­dniowcy, któ­rzy znali jego uza­leż­nio­nego od niko­tyny kuzyna – żeru­ją­cego na tyto­niu Man­ducta sexta – nie dali się tak łatwo znie­sma­czyć i już w poło­wie XVIII wieku pomi­dory zna­leźć można było na połu­dniu; do Wir­gi­nii dotarły na początku kolej­nego stu­le­cia. Tho­mas Jef­fer­son zaczął je hodo­wać i jeść w Mon­ti­cello1 w 1809 roku. Wcze­sne zaadap­to­wa­nie pomi­do­rów na połu­dniu przy­pi­suje się czę­sto wpły­wowi nie­wol­ni­ków (w tym domo­wych kucha­rzy), któ­rzy jadali je na kara­ib­skich wyspach, gdzie han­dlo­wano nie­wol­ni­kami. Erin Mon­roe mówi, że Rapha­elle Peale był zapa­lo­nym podróż­ni­kiem, mógł więc jadać pomi­dory na połu­dniu (albo nawet w Mek­syku czy Ame­ryce Połu­dnio­wej, które rów­nież odwie­dził), co wyja­śnia­łoby, jak zna­la­zły się na obra­zie obok mar­chewki i wino­gron.

W jaki spo­sób jed­nak pomi­dory prze­nio­sły się z płótna Peale’a na ame­ry­kań­skie pod­nie­bie­nia? Jak to się stało, że „owoc ohydny i cuch­nący” zaczęto hodo­wać przez cały rok? Jedna z wer­sji (która naj­wy­raź­niej dotarła do Museo del Pomo­doro) cele­bruje kon­kretny dzień, 26 wrze­śnia 1820, jako ten, kiedy ponoć pomi­dor zesko­czył z doniczki na talerz. To wtedy puł­kow­nik Robert Gib­bon John­son z Salem w sta­nie New Jer­sey wdra­pał się na schody ratu­sza, gdzie ku prze­ra­że­niu zebra­nego w dole tłumu pochło­nął cały kosz pomi­dorów – jak sądzę, odmiany Jer­sey – by dowieść, że są one nie tylko jadalne, ale po pro­stu pyszne.

Chcąc zaj­rzeć głę­boko na dno kosza – to zna­czy dowie­dzieć się wię­cej o dziel­nym puł­kow­niku – uda­łem się do Salem w dwu­setną rocz­nicę słyn­nej demon­stra­cji, by spo­tkać się z człon­kami tam­tej­szego Towa­rzy­stwa Histo­rycz­nego. Gro­ma­dzimy się w nie­przy­pad­ko­wym miej­scu: przy kryp­cie John­sona na cmen­ta­rzu sąsia­du­ją­cym z kościo­łem epi­sko­pal­nym świę­tego Jana, tuż obok ratu­sza, w cie­niu ogrom­nej kościel­nej wieży, która wydaje się rów­nie wysoka, jak sze­ro­kie jest mia­sto. Impo­nu­jąca iglica należy jed­nak nie do świę­tego Jana, lecz przy­le­ga­ją­cego doń kościoła pre­zbi­te­riań­skiego, w któ­rym wisi por­tret John­sona. Wygląda na nim jak męż­czy­zna u kresu cier­pli­wo­ści; a kiedy pod­czas sporu z epi­sko­pa­lia­nami ta fak­tycz­nie się wyczer­pała, ufun­do­wał pre­zbi­te­ria­nom kościelny gmach na przy­le­głej posia­dło­ści, ofe­ru­jąc dodat­kowo tyle dola­rów, o ile stóp wieża nowego kościoła prze­wyż­szy wieżę sta­rego.

To były dobrze wydane pie­nią­dze.

John­son, który odzie­dzi­czył bogac­two i wże­nił się w jesz­cze więk­szy mają­tek, miał ogromne poła­cie ziemi i był gor­li­wym wiel­bi­cie­lem ogrod­nic­twa; zało­żył New Jer­sey Hor­ti­cul­tu­ral Society (Towa­rzy­stwo Ogrod­ni­cze z New Jer­sey). Był rów­nież wła­ści­cie­lem nie­wol­ni­ków – stan New Jer­sey zniósł nie­wol­nic­two jako ostatni na pół­nocy.

Salem od dawna cele­bruje popisy puł­kow­nika na scho­dach ratu­sza; w latach osiem­dzie­sią­tych XX wieku usta­no­wiono Robert Gib­bon John­son Day, pod­czas któ­rego akto­rzy wystę­po­wali w stro­jach z epoki, orga­ni­zo­wano kon­kursy na naj­lep­sze pomi­dory, poda­wano placki z pomi­do­rami i sprze­da­wano koszulki, na któ­rych John­son pozo­wał na tle ratu­sza z głową w kształ­cie pomi­dora i w stroju z epoki kolo­nial­nej, uśmie­cha­jąc się od szy­pułki do szy­pułki. W 1988 roku obchody poka­zano w pro­gra­mie śnia­da­nio­wym Good Mor­ning Ame­rica na kanale CBS; gospo­darz pro­gramu, impro­wi­zu­jąc na żywo, jego gospo­darz ujaw­nił nie­znany dotąd detal, jakoby John­son był pierw­szym czło­wie­kiem w Ame­ryce, który zjadł pomi­dora. Infor­ma­cja ta z pew­no­ścią zasko­czy­łaby Jef­fer­sona.

Robert Gib­bon John­son (1771–1850), który miał ponoć wpro­wa­dzić pomi­dory do Ame­ryki; legenda rów­nie upięk­szana, co kry­tycz­nie ana­li­zo­wana. Por­tret autor­stwa Geo­rge’a W. Conar­roe’a, ok. 1840 r. (Dzięki uprzej­mo­ści Salem County Histo­ri­cal Society, Salem, New Jer­sey).

Coroczny festi­wal po kilku latach zawie­szono, ale dziś spo­dzie­wam się hucz­nych obcho­dów z oka­zji dwu­set­nej rocz­nicy – albo przy­naj­mniej spo­tkam paru miło­śni­ków pomi­do­rów cyka­ją­cych zdję­cia. Jeśli tak się nie sta­nie, gotów jestem oso­bi­ście doko­nać rekon­struk­cji przed dru­gim naj­star­szym dzia­ła­ją­cym ratu­szem w Sta­nach Zjed­no­czo­nych i ze sma­kiem zjeść pomi­dory na oczach zszo­ko­wa­nych miesz­kań­ców Salem przy­by­łych tu w spra­wach urzę­do­wych.

Tyle że ni­gdzie nie widać scho­dów. Po lek­tu­rze sze­regu poru­sza­ją­cych rela­cji z wystą­pie­nia John­sona, naiw­nie wyobra­ża­łem sobie zastać tu mniej­szą wer­sję scho­dów jak sprzed budynku ame­ry­kań­skiego Sądu Naj­wyż­szego, John­sona sto­ją­cego na naj­wyż­szym stop­niu i zebrany na dole tłum. Tak naprawdę jed­nak, aby wejść do ratu­sza, wystar­czy poko­nać cały jeden sto­pień, do któ­rego pro­wa­dzi ceglana ścieżka. Co wię­cej, ratusz jest zamknięty: otwiera się tylko dwa razy w tygo­dniu, by zająć się man­da­tami za złe par­ko­wa­nie i naru­sze­niem obo­wiązku trzy­ma­nia psów na smy­czy. Ozna­cza to, że nie ma tu prze­chod­niów, któ­rych mógł­bym nawró­cić na pomi­dory i nikt nie zoba­czyłby mojego hołdu dla John­sona.

Nie ma scho­dów, nie ma widzów, nie ma żad­nych rocz­ni­co­wych obcho­dów. A czy Robert Gib­bon John­son w ogóle ist­niał?

Ist­niał bez wąt­pie­nia – zapew­niają mnie prze­wod­ni­czący Salem County Histo­ri­cal Society, obecny, Curt Har­ker, i były, Ron Magill, kiedy idziemy spa­ce­rem z ratu­sza do daw­nego domu John­sona, w któ­rym dzi­siaj mie­ści się lokalna sie­dziba orga­ni­za­cji Meals on Whe­els. Puł­kow­nik był zresztą pierw­szym wiceprze­wod­ni­czącym zało­żo­nego w 1845 roku towa­rzy­stwa. A ponie­waż był bogaty, wiemy o nim cał­kiem sporo. Tyle że nie o pomi­do­rach. John­son i pomi­dory poja­wiają się w tym samym zda­niu dopiero pięć­dzie­siąt osiem lat po jego śmierci, w wyda­nej w 1908 roku Salem County Hand­book autor­stwa Wil­liama Chew. Czy­tamy tam, że w 1820 roku „puł­kow­nik Robert G. John­son przy­wiózł do Salem pierw­sze pomi­dory (…). W tam­tym cza­sie powszech­nie uwa­żano je za nie­ja­dalne”.

Potem roz­po­częło się upięk­sza­nie legendy. W histo­rii mia­sta Salem, wyda­nej w 1937 roku, naczel­nik poczty i histo­ryk-ama­tor Joseph S. Sic­kler powtó­rzył tezę Chew, doda­jąc, że „John­son cier­pli­wie prze­ko­ny­wał lokal­nych miesz­kań­ców do war­to­ści pomi­dora, zwra­ca­jąc uwagę, że jest on nie tylko smaczny, ale i zdrowy”.

Trzy lata póź­niej Harry Emer­son Wil­des opu­bli­ko­wał swoją wer­sję tej histo­rii w książce The Dela­ware, doda­jąc do wer­sji Sic­klera ratusz. Napi­sał, że póki John­son „nie odwa­żył się publicz­nie zjeść pomi­dora na scho­dach ratu­sza, ostrożni miesz­kańcy South Jer­sey nie byli skłonni uznać za jadalne warzywa, które jest dzi­siaj naj­po­pu­lar­niej­szą z upra­wia­nych tu roślin”. (Warto zauwa­żyć, że ten ratusz, w odróż­nie­niu od mojego, ma „schody” w licz­bie mno­giej).

Dzie­więć lat póź­niej Ste­wart Hol­brook oży­wił całą scenę w książce Lost Men of Ame­ri­can History, pisząc tak:

John­son sta­nął na scho­dach ratu­sza w Salem i oznaj­mił tubal­nym gło­sem, że zje ów tru­jący owoc tu i teraz. I tak wła­śnie z roz­ko­szą uczy­nił na oczach tłumu gapiów, któ­rzy spo­dzie­wali się, że zacznie wić się w kon­wul­sjach, po czym mar­twy pad­nie na zie­mię.

Inni auto­rzy jesz­cze bar­dziej pusz­czali wodze fan­ta­zji, doda­jąc tysiące widzów, mdle­jące kobiety i kon­kretną datę. Co zaska­ku­jące, jed­nym z tych „innych auto­rów” był sam Joseph Sic­kler, który w 1948 roku doko­nał rewi­zji ory­gi­nal­nej wer­sji opo­wie­ści, by włą­czyć do niej barwne wymy­sły swo­ich następ­ców, zbu­do­wane na fun­da­men­cie jego pierw­szej rela­cji – i jesz­cze bar­dziej ją ozdo­bić.

Sic­kler miesz­kał teraz w Nowym Jorku: wyda­lono go z Salem za jakieś podej­rzane inte­resy przy fun­du­szach pocz­to­wych. Nie zdą­żył jesz­cze wyschnąć tusz, któ­rym spi­sał swoją nową, bogato uroz­ma­iconą wer­sję histo­rii, kiedy zapro­szono go jako płat­nego kon­sul­tanta do współ­pracy przy rekon­struk­cji histo­rycz­nego wyda­rze­nia przy­go­to­wy­wa­nego przez radio CBS na potrzeby pro­gramu You Are There z 30 stycz­nia 1949 roku. Nie wiemy, czy to on zgło­sił się do CBS, czy na odwrót, ale pro­gram był bez wąt­pie­nia dla Sic­klera wiel­kim prze­ło­mem; chwa­lił się, że zapew­nił mu „powszechne uzna­nie jako kusto­sza tej histo­rii”. Warto zazna­czyć, że You Are There nie był ówcze­snym odpo­wied­ni­kiem żar­to­bli­wych audy­cji w rodzaju Drunk History. Trans­mi­sje – prze­nie­sione póź­niej do tele­wi­zji, gdzie pro­wa­dził je Wal­ter Cron­kite – uzna­wano za godne zaufa­nia źró­dło histo­ryczne, a następ­nego dnia czę­sto opi­sy­wano je w gaze­tach. Praw­do­po­dob­nie więc pro­du­cenci przyj­rzeli się mate­ria­łowi, nim wstą­pili na, hmm, „scho­dek” ratu­sza.

Sic­kler twier­dził, że pier­wot­nie histo­rię opo­wie­dział mu pewien męż­czy­zna (co wygodne, już nie­ży­jący), któ­rego dzia­dek, Char­les J. Casper, był naocz­nym świad­kiem wyda­rze­nia. Jeśli Sic­kler szu­kał wia­ry­god­nego źró­dła, źle tra­fił, jako że syn Caspera był pro­mi­nent­nym pro­du­cen­tem kon­serw i auto­rem krót­kiej histo­rii tej branży w Salem, a napi­sał w niej, że „pomi­dora przy­wio­zły do Salem w sta­nie New Jer­sey jakieś panie z Fila­del­fii w 1829 roku”. Trudno uwie­rzyć, że Casper nie wspo­mniał swo­jemu synowi, poten­ta­towi pomi­do­ro­wych kon­serw, że uczest­ni­czył w tak pamięt­nym wyda­rze­niu jak popis John­sona, ale za to opo­wie­dział to wnu­kowi, który ponoć prze­ka­zał histo­rię Sic­klerowi.

Nie jest to by­naj­mniej ostat­nia pomi­do­rowa legenda, jaką tu napo­tkamy, ale ta należy do naj­bar­dziej „upar­tych”: pojawi się w tak god­nych zaufa­nia publi­ka­cjach jak „Scien­ti­fic Ame­ri­can” czy „New York Times” – a nawet w arty­kule opu­bli­ko­wa­nym w 1993 roku na łamach „New Yor­kera” sły­ną­cego prze­cież z pie­czo­ło­wi­tego fact-chec­kingu. Opo­wieść, wspie­rana przez nowe świa­towe medium do szyb­kiego roz­sie­wa­nia dez­in­for­ma­cji (znane jako Inter­net), zaczyna krą­żyć z coraz to now­szymi ozdob­ni­kami. W jed­nej z wer­sji na miej­sce przy­bywa orkie­stra stra­żacka, która gra aku­rat na pogrze­bie, w innej miej­sce ratu­sza zaj­muje budy­nek sądu, gdzie nie­jako odbywa się pro­ces nie­szczę­snego warzywa; wyrok na korzyść pomi­dora zapada dopiero wtedy, kiedy puł­kow­nik… zjada pozwa­nego!

W dwu­setną rocz­nicę wyda­rze­nia, które ni­gdy nie miało miej­sca, pytam więc histo­ry­ków z Salem, czy w całej tej legen­dzie tkwi choćby ziarnko prawdy. W gaze­tach nic nie prze­czy­tamy o demon­stra­cji, opu­bli­ko­wana przez samego John­sona w 1838 roku histo­ria hrab­stwa Salem pozba­wiona jest jakiej­kol­wiek wzmianki o pomi­do­rach, i cho­ciaż prawdą jest, że puł­kow­nik spon­so­ro­wał targi rol­ni­cze, w ich pro­to­ko­łach pomi­do­rów wśród oce­nia­nych plo­nów nie znaj­dziemy.

– Czy John­son hodo­wał pomi­dory? – pytam. – Czy o nich w ogóle wie­dział?

Jakby spo­dzie­wa­jąc się tego wyzwa­nia, Ron Magill wyciąga z teczki pocho­dzącą z 1812 roku książkę z biblio­teki John­sona, Archi­ves of Use­ful Know­ledge: A Work Devo­ted to Com­merce, Manu­fac­tu­rers, Rural and Dome­stic Eco­nomy, Agri­cul­ture, and the Use­ful Arts (Archi­wum wie­dzy prak­tycz­nej: kom­pen­dium han­dlu, prze­my­słu, gospo­dar­stwa, rol­nic­twa i sztuk uży­tecz­nych), na ostat­nich stro­nach pod­pi­saną przez puł­kow­nika, na wypa­dek gdyby poży­cza­jący zapo­mniał, do kogo należy to dzieło. Magille otwiera książkę na stro­nie 306., gdzie znaj­duje się prze­pis na „Toma­toe albo cat­sup z jabłka miło­ści”. Fakt, że John­son posia­dał książkę zawie­ra­jącą prze­pis z pomi­do­rami, suge­ruje, iż wie­dział (podob­nie jak inni), że są one jadalne. To samo w sobie niczego jed­nak nie dowo­dzi, chyba że ode­grał dzie­więt­na­sto­wieczną wer­sję filmu Julie & Julia i przy­go­to­wał wszyst­kie prze­pisy po kolei. Obaj lokalni histo­rycy są jed­nak świę­cie prze­ko­nani, że John­son istot­nie wpro­wa­dził pomi­dory do uprawy w połu­dnio­wym New Jer­sey – tyle że nie w spo­sób tak dra­ma­tyczny i z pew­no­ścią nie w budynku sądu. Według nich pierw­sza wer­sja Sic­klera, mówiąca, że John­son prze­ko­nał współ­o­by­wa­teli do kon­sump­cji tych „zgni­łych jagód”, jest słuszna i praw­do­po­dob­nie opiera się na histo­rii mówio­nej i/lub donie­sie­niach z gazet. Przy czym do tych dru­gich jak dotąd nikt nie dotarł. Histo­rii prze­ka­zy­wa­nej z ust do ust nie wolno jed­nak lek­ce­wa­żyć, jako że czę­sto oka­zuje się zaska­ku­jąco rze­telna.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Posia­dłość Jef­fer­sona w Wir­gi­nii, od 1987 r. wpi­sana na listę świa­to­wego dzie­dzic­twa UNE­SCO (przyp. red.). [wróć]