39,00 zł
Osobiste wspomnienia generała Tadeusza Pełczyńskiego, bohatera walczącego o niepodległość zarówno w Legionach Polskich, jak i w strukturach Polskiego Państwa Podziemnego. Autor, zastępca komendanta głównego AK i dowódca akcji Kedywu, przedstawia unikalną perspektywę najwyższych struktur konspiracyjnych podczas II wojny światowej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 155
Od wydawcy
TADEUSZ PEŁCZYŃSKI urodził się 14.02.1842 roku w Warszawie. W roku 1915 wstępuje do Legionów, gdzie zostaje oficerem w 6 pułku piechoty obejmując stanowisko dowódcy plutonu. W roku 1917, po kryzysie przysięgowym, zostaje aresztowany. Zwolniony w roku 1918, został przyjęty do Wojska Polskiego i wyznaczony na stanowisko dowódcy 1 kompanii, a następnie batalionu w 6 pułku piechoty Legionów. W marcu 1920 przeniesiony został do Szkoły Podchorążych Piechoty w Warszawie na stanowisko dowódcy kompanii, a później batalionu. 1 października 1923 kończy kurs i otrzymuje dyplom naukowego oficera Sztabu Generalnego. Z dniem 1 września 1924 zostaje przydzielony do Biura Ścisłej Rady Wojennej na stanowisko referenta w Wydziale „Wschód” Oddziału IIIa. W czasie przewrotu majowego 1926 roku opowiada się po stronie zamachowców. W maju 1927 rozpoczyna służbę w Oddziale II Sztabu Generalnego. Był oficerem, który w okresie międzywojennym najdłużej sprawował funkcję szefa polskiego wywiadu i kontrwywiadu. W styczniu 1939 został zwolniony ze stanowiska szefa Oddziału II SG i mianowany dowódcą piechoty dywizyjnej 19 Dywizji Piechoty. Powodem zwolnienia miała być działalność polityczna Wandy Pełczyńskiej wymierzona przeciwkowi Edwardowi Rydzowi-Śmigłemu i Felicjanowi Składkowskiemu. Od 5 do końca września 1939 dowodził zgrupowaniem na tyłach Werhmachtu w Lasach Przyuskich.
Po zakończeniu kampanii wrześniowej przybył do Warszawy i podjął działalność konspiracyjną w SZP, a następnie ZWZ i AK. W latach 1940–1941 jest komendantem Okręgu Lubelskiego ZWZ. Rozpracowany przez tamtejsze Gestapo powrócił do Warszawy i objął funkcję szefa sztabu KG ZWZ-AK (VII 1941 – X 1944). Jednocześnie, od lipca 1943, był zastępcą komendanta głównego AK. 1 października 1943 mianowany przez Naczelnego Wodza na stopień generała brygady. Dowodził akcjami sabotażowymi przeprowadzanymi przez oddziały Kedywu. 21 lipca 1944 roku razem z generałem Okulickim wystąpił z wnioskiem do generała Komorowskiego by wywołać w Warszawie powstanie. W dniu 31 lipca na spotkaniu KG AK, był zwolennikiem rozpoczęcia powstania w Warszawie.
W czasie Powstania Warszawskiego został ciężko ranny podczas bombardowania gmachu PKO na ulicy Świętokrzyskiej (4 września 1944), przez co przestał pełnić funkcję szefa sztabu KG AK. Po upadku powstania trafił do niemieckiego obozu w Langwasser, a następnie w Codlitz. Po wojnie na emigracji, zmarł w roku 1985.
Tadeusz Pełczyński wraz ze swoją żoną Wandą Pełczyńską byli niemal wzorcową patriotyczną parą działającą w Polsce na rzecz niepodległości w czasach przed uzyskaniem przez Polskę niepodległości oraz działającą na rzecz umocnienia i rozkwitu Polski. Dlatego w tej książce prezentujemy nie tylko opis działań 6 pułku piechoty w okresie legionowym, ale też fantastyczne wystąpienie sejmowe Wandy Pełczyńskiej, w którym w duchu tolerancji i poszanowania wzajemnego wyraża pragnienie aby inne narodowości mieszkające w Polsce poczuły się jak u siebie w domu. Szczególną uwagę poświęca stosunkom polsko-ukraińskim i krytykuje dotychczasową politykę rządu polskiego wobec Ukraińców. Kto wie, czy gdyby nie posłuchano wtedy Wandy Pełczyńskiej, nie doszłoby do rzezi wołyńskiej. Odezwa Wandy Pełczyńskiej do premiera Mikołajczyka, pełna emocji i rozgoryczenia wobec jego postawy po powrocie do Polski, zawiera taki ładunek emocji, że zdaje się iż za chwilę papier na którym czyta się jej wystąpienie wybuchnie!
Książka składa się z 3 części: dziejów 6 pułku Legionów, Dzienników wojennych Tadeusza Pelczyńskiego i pism Wandy Pełczyńskiej.
Odcyfrowanie Dzienników stanowiło nie lada problem. Ich słaba jakość (prezentujemy je w oryginale) sprawiła, że nie zawsze udawało się je w 100% rozszyfrować. Są więc czasem ubytki w tekście. Ich wartość dla historyków jest jednak tak ogromna, że postanowiliśmy je zaprezentować.
Andrzej Ryba
LEGIONY
ZARYSHISTORII WOJENNEJ6-GO PUŁKU PIECHOTYLEGJONÓWW KTÓRYM SŁUŻYŁTADEUSZ PEŁCZYŃSKI
OPRACOWAŁPORUCZNIK EDWARD SKARBEK
Sen ojców naszych ciałem się staje...
Naprzód – po wolność, naprzód – po sławę,
Przez dróg granicznych Polski rozstaje,
Przez progi mogił żołnierskich krwawe.
Szlakiem orłowym – w dzień jutra nowy
Naprzód – pułk szósty pułk legjonowy.[1]
W CICHEM miasteczku Rozprzy pod Piotrkowem ruch ożywiony. Był to dzień 27 lipca 1915 roku. Nadszedł właśnie rozkaz Komendy Legjonów, nakazujący utworzenie nowego pułku legionowego – 6 pułku piechoty.
Ze szczupłego batalionu uzupełniającego wydzielono pośpiesznie kadry przyszłych kompanij i batalionów nowopowstającego pułku. Kadry te szybko wypełnili ochotnicy z Królestwa oraz młodzież lwowska, tłumnie zgłaszająca się pod znaki legjonowe.
Korpus oficerski w większości swej tworzyli wychowankowie i nauczyciele legionowej szkoły oficerskiej w Radomsku, w części zaś ochotnicy lwowianie ze szkół jednorocznych austriackich oraz kilku uzdrowieńców ze szpitali z formacyj legionowych. Taki sam żywioł składał się na korpus podoficerski.
Zaledwie osiągnięto początkowy stopień organizacji i wyszkolenia, a już nadszedł rozkaz wyjazdu na front.
Dnia 10 września 1915 roku pułk wyjechał w pole z chorągwią, jaką otrzymał parę dni przedtem od nieznanych oficerów z Warszawy. Uzbrojony był w broń rosyjską, przystosowaną do amunicji austriackiej, oraz w austriackie karabiny maszynowe. Umundurowanie i wyekwipowanie było pochodzenia austriackiego, w stanie bardzo lichym. Poszczególne oddziały zorganizowano według etatów i wzorów armii austriackiej.
Pułkiem dowodził krótko major Rylski. Do zwycięstw i chwały powiódł go major Mieczysław Norwid-Neugebauer, dzieląc z pułkiem wszystkie chwile doli i niedoli żołnierza bez Ojczyzny.
BOJE 6-GO PUŁKU PIECHOTY LEGJONÓWNA POLESIU W LATACH 1915-1916
PIERWSZE WALKI
OFENSYWA WOJSK austriacko-niemieckich, zaczęta w maju 1915 roku pod Gorlicami, dobiegła końca. Jeszcze jeden rzut naprzód wojsk tych na Polesiu i obie strony walczące w nieustających z sobą zmaganiach szukały dla siebie jak najdogodniejszych pozycji do przetrwania zbliżającej się już rychło zimy.
W tym 23 września, dla zasilenia oddziałów legionowych młodziutki, jeszcze niezorganizowany należycie, 6-ty pułk piechoty Legjonów Polskich wszedł po wyładowaniu się w Kowlu w obszar operacyj wojennych. Rozpoczynał swe pierwsze kroki wojenne z radością, że dane mu jest walczyć przy boku I brygady; szedł z niezachwianem postanowieniem dotrzymania kroku zaprawionym już w bojach towarzyszom broni. Jeszcze tego samego dnia I bataljon 6 pułku otrzymał chrzest ogniowy, zajmując w brawurowem natarciu stację kolejową Maniewicze, po krótkiej choć ostrej potyczce z 12-tym pułkiem kozaków orenburskich. Posuwając się, w myśl rozkazu, naprzód w kierunku Styru pułk zajął bez walki szereg miejscowości, jak Perekrestje, Wołczeck, Wielkie Miedwieże i inne, staczając 30 września drugą z rzędu potyczkę pod Podczerewiczami, zakończoną również pomyślnie.
Dnia 1 października pułk przerzucono pod Kościuchnówkę z zadaniem zdobycia silnie umocnionej wsi Kołodzieje. Była to pierwsza, krwawa bitwa pułku. Dopiero dwukrotne natarcie bagnetem na okopy rosyjskie i krwawe odparcie zaciekłego, a ogromnemi siłami prowadzonego przeciwuderzenia nieprzyjacielskiego oddały pułkowi wieś w posiadanie. Mimo tego powodzenia, ze względu na gorszą sytuację na sąsiednim odcinku, pułk wycofał się nocą ze wsi pod Kościuchnówkę. W bitwie o Kołodzieje brał udział III bataljon. Następnego dnia oraz 3 października, broniąc ofiarnie pozycji pod Kościuchnówką przed wdzierającym się masowo nieprzyjacielem, III bataljon przyczynił się wydatnio do utrzymania linji bojowej. Wycofany z walki na rozkaz Komendy Legjonów, pułk stał od 4 do 10 października w odwodzie dywizji w Maniewiczach.
Po trzydniowym pobycie w Maniewiczach, gdzie dowództwo nad pułkiem objął major Mieczysław Norwid-Neugenauer, pułk odszedł na 14-dniowy odpoczynek do Hulewicz. Już jednak 20 października, zaalarmowany, otrzymał rozkaz wymarszu na linję bojową, biorąc tego samego dnia udział w boju pod Jabłonką. Według rozkazu operacyjnego wieś miała być zdobyta nazajutrz z dwu stron przez 6-y i 1-y pułki legionów. III bataljon 6-go pułku ruszył przed świtem do natarcia, jednakże pod silnym i morderczym ogniem rosyjskim zaczął się cofać. W tym momencie zupełnie dla nieprzyjaciela niespodziewanie weszły w walkę bataliony 1-go pułku piechoty. Nieprzyjaciel, zaatakowany z dwóch stron, uległ – zupełnie rozbity i w większości wzięty do niewoli. Jabłonka została zdobyta.[2] Następnego dnia pułk wziął udział wraz z całą I brygadą Legjonów w natarciu na wieś Kukle. Żołnierz 6-go pułku starał się nieustępować towarzyszom broni z I brygady, dzielnie prąc naprzód przy zdobywaniu wsi, przyczem wyróżnił się podporucznik Ocetkiewicz. Trzy dni pułk trwał mężnie na zajętej pozycji wśród nieustannego ognia artyleryjskiego i karabinowego Rosjan. Dnia 25 października pułk otrzymał rozkaz zaatakowania folwarku Kopne, bronionego trzema rzędami silnie umocnionych okopów, ciągnących się na skraju lasu. Natarcie pułku miało odciążyć Niemców bezskutecznie atakujących Rosjan pod Sewerynówką. Pułk otrzymał rozkaz przełamania pozycyj nieprzyjacielskich, opartych o bagniste i zalesione brzegi rzeczki Okońki, a następnie zajścia na tyły silnie umocnionej pozycji rosyjskiej pod Sewerynówką. Natarcie wykonał I bataljon 6-go pułku pod dowództwem podporucznika Krzyczkowskiego. Nagłem a silnem uderzeniem zajął on pozycję rosyjską. Natarcie było tak gwałtowne, nieomal szalone, że kompanja odwodowa nie mogła nadążyć za nacierającymi. Zaskoczony nieprzyjaciel w popłochu opuścił silnie umocnione pozycje. Na zdobytych stanowiskach I bataljon odpierał w dalszym ciągu szereg wściekłych ataków nieprzyjaciela. Ściągając wroga przeciwuderzeniem, wspierany na skrzydłach oddziałami I brygady i niemieckimi, pułk zajął drugą linję pozycji. Pod naporem jednak pełnych trzech pułków rosyjskich oraz wskutek zacięcia się większości karabinów, zanieczyszczonych piaskiem, oraz pod wpływem ogólnego wycieńczenia żołnierzy kilkudniowemi zaciętymi walkami 6-ty pułk cofnął się na stanowiska wyjściowe. W odwrocie zginął trafiony kulą w serce dzielny podporucznik Krzyczkowski. Jednakże natarcie 6-go pułku i rozpaczliwe walki odwrotowe z zajętych już pozucyj wpłynęły na nieprzyjaciela, który osłabiony wycofał się nocą na pozycję pod Kamieniuchą. Wówczas patrole pułku zajęły folwark Kopne.
Chociaż bitwa pod Kuklami była bardzo krwawa, jednakże ofiary poniesione okupiła zdobyta na polu chwały nieprzemijająca sława pułków legionowych. Data „25.X.1915” i miejscowość „Kopne” wypisane zostały na chorągwi pułkowej dla wiecznego świadczenia, jak walczył i jak wysoko młodziutki szóstak dzierżył honor żołnierza polskiego.
Już następnego dnia bez chwili odpoczynku, pułk ruszył wślad za ustępującym nieprzyjacielem. Rozciągnięty na szerokiej przestrzeni frontu, bez żadnych własnych odwodów, jedynie w łączności z 1-ym pułkiem legionów i pułkiem grenadierów niemieckich, wziął udział w trzydniowych ciężkich zmaganiach o Kamieniuchę, zacięcie przez Rosjam bronioną liczną artylerją i silnemi piętrowemi redutami. Walki o wieś Kamieniuchę były tem cięższe, że żołnierz był już bardzo wycieńczony; odwodów żadnych nie było; przymrozki i dokuczliwe zimno dawały się silnie we znaki źle zaopatrzonym żołnierzom. Major Norwid, manewrując zręcznie, zdołał bez zwrócenia uwagi nieprzyjaciela wycofać z linji część oddziałów, stworzyć w ten sposób odwody i dać bodaj parugodzinny odpoczynek upadającemu ze znużenia żołnierzowi.
Po trzech dniach walki artyleryjskiej, gdy nasze linje nocami zbliżyły się już na odległość szturmową od stanowisk nieprzyjacielskich, III bataljon pod dowództwem chorążego Kominka ruszył dnia 29 października rankiem, do gwałtownego natarcia. Na prawo nacierały silne oddziały niemieckie, dalej 1-y pułk piechoty legionów. Zdecydowane natarcie chorążego Kominka, pod którego rozkazy oddały się samorzutnie nacierające obok kompanje niemieckie, wyparło nieprzyjaciela z trzech rzędów okopów silnie odrutowanych, a przeciwnatarcie nieprzyjacielskie załamało się zupełnie w gęstym ogniu karabinowym nacierających. Wówczas zagarnięto ponad 400 Rosjan do niewoli. W tym momencie znaczne siły rosyjskie pod osłoną lasów weszły na flankę 6-go pułku i tu przygotowane przez majora Norwida odwody powstrzymały posuwające się linje nieprzyjacielskie. Nieprzyjaciel zaskoczony cofnął się. Pułk poniósł w tej bitwie bardzo poważne straty; świadczy o tem raport stanu liczebnego pułku po bitwie: 5 oficerów, 7 podchorążych, 211 karabinów.
Była to druga z kolei krwawa i ciężka, ale wielce zaszczytna dla pułku bitwa. „Kamieniucha”, jako nazwa stoczonego boju, wypisana na chorągwi pułkowej, jest świadectwem uporu i zaciętości a zarazem wytrzymałości jeszcze młodego żołnierza-szóstaka.
Wycieńczony nadmiernym wysiłkiem, pułk odszedł do odwodu, jednakże już po dwu dniach objął pozycję pod Studzienicą, mając kilka kilometrów odcinka do utrzymania i przygotowania do walki pozycyjnej. Bez ciepłych mundurów, przy parustopniowym mrozie, pod nieustannym ostrzałem nieprzyjaciela, otrzymując ciepłą strawę jedynie w nocy, leżąc w płytkich okopach w szczerem polu na wietrze, żołnierz pracuje przy pomocy tylko łopatek polowych nad przygotowaniem pozycji na zimę. Okres tej pracy przerwało dnia 4 listopada zwinięcie przez Rosjan sąsiedniego odcinka., trzymanego przez pułk austriacki. Wskutek tego II bataljon 6-go pułku uderzył prostopadle do linji bojowej i przez dwa dni i dwie noce powstrzymywał ostatnim niemal wysiłkiem ciągle powtarzające się natarcia przeważającego nieprzyjaciela. W dniu 8 listopada III batajlon wraz z 1-ym pułkiem ułanów austriackich odebrał nieprzyjacielowi Wielkie Miedwieże. Odtąd reszta dni na pozycji upływała spokojnie.
Na tej walce ostatniej kończy się pierwszy okres szeregu krwawych bojów 6-go pułku. Wojna przybrała charakter pozycyjny. Dnia 12 listopada przydzielono pułkowi odcinek frontu pod spaloną Kościuchnówką, po wycofanym 1-ym pułku ułanów austriackich. Na umocnieniu pozycji, przygotowaniu ziemianek, schronów itp. Oraz na ciągłem „szarpaniu się” z nieprzyjacielem i liku pomyślnych wypadach, przemijał czas aż do dnia 15 grudnia. Wówczas to przydzielono pułkowi spokojniejszy i wygodniejszy odcinek w stanowiskach leśnych pod Optową.
W OKOPACH
ROZPOCZĄŁ SIĘ szereg walk pozycyjnych, trwający przez długie miesiące. Nastał nowy okres życia okopowo-ziemiankowego. Walki te nie były ani ciężkie ani krwawe; polegały one na nieustannem wstrzeliwaniu się i patrolowaniu swego przedpola. W tym właśnie okresie żołnierz 6-go pułku przejawił wielki zmysł gospodarczy. Pozostawiony sam sobie, prawie zupełnie bez materjału do budowy okopów i ziemianek, wykorzystywał szumiący nad nim las, budował ziemianki – wille, których wygląd estetyczny, zwłaszcza na wiosnę, zadziwiał każdego. Urządzenie wewnętrzne, acz skromne, było wygodne.
Zżycie się wzajemne szóstaków tu dopiero wystąpiło w całej pełni. Zatarły się zupełnie różnice pojęć, jakie wyrobiły kordony zaborcze. Humor, który nie opuszczał nigdy szóstaka, znalazł wyraz w całym szeregu dowcipnych, a wesołych piosenek, czy to o tym koniu „O.K.M.-u” (oddziału karabinów maszynowych), czy o nieudanych patrolach, czy wreszcie w piosence – satyrze „od rezerwy do rezerwy” i wielu wielu innych. Napis umieszczony nad wejściem do jednej z ziemianek:
Jeśli brak ci humoru, masz charakter skryty,
Zrób „w tył zwrot” przyjacielu, oszczędź nam wizyty-
Jaskrawo świadczył o niefrasobliwym nastroju szóstaków.
Śliczna wiosna 1916 roku wypłoszyła mieszkańców ziemianek. Rozpoczęły się najrozmaitsze zabawy na polanach leśnych, zapanowała jednak piłka nożna; były też huśtawka, karuzela itp.
Z kraju powrócili ze szpitala uzdrowieńcy, nadeszło pewne, chociaż nieliczne uzupełnienie w ludziach. Tak zeszedł szóstakowi czas 6 zgórą miesięcy na życiu wcale wygodnem i wesołem – aż do lipca 1916 roku.
POLSKA GÓRA I WALKI NAD STOCHODEM
OFENSYWA ROSJAN (Brusiłoroska). Dnia 4 lipca 1916 roku artylerja rosyjska rozpoczęła ostrzeliwanie pozycyj Legjonów gwałtownym ogniem. Każdy już wówczas dobrze rozumiał, że Rosjanie podejmują ofensywę. W tym dniu na pozycji pod Optową stał w silnie umocnionych okopach III batalio 6-go pułku, dwa zaś pozostałe bataliony stały w odwodzie dywizji, skąd też jeszcze 4 lipca wezwano II bataljon do „Lasku Polskiego” do dyspozycji 5-go pułku piechoty legionów. Dnia 5 lipca nad ranem, przesunięto I bataljon pod wzgórze Studzienica i wcielono do grupy podpułkownika Minkiewicza. W ten sposób pułk podzielony działał bataljonami.
II bataljon umieszczono w Laski Polskim, jako odwód 5-go pułku legionów. Stojąc cały dzień w okopach, rezerwowych pod huraganowym ogniem artylerii rosyjskiej, poniósł on tam bardzo ciężkie straty. Dnia 5 lipca nad ranem nastąpiło krwawe przeciwuderzenie na Polską Górę, która poprzedniego dnia przechodziła nieustannie z rąk do rąk i ostatecznie pozostała w ręku Rosjan. Do nacierającego batalionu 5-go pułku legionów przydzielono 5-tą kompanję 6-go pułku. Kompanja ta, idąc w samem centrum przeciwuderzenia, pierwsza wdarła się do okopów rosyjskich. Nie patrząc na straty[3], parła ona dalej i zdobyła niebawem drugą linję położoną na samym szczycie góry. Przeciwnatarcie rosyjskie prowadzone niezliczonemi masami pułków piechoty, zepchnęło oddziały 5-go pułku legionów, wskutek czego cofnęła się także i 5-a kompanja. Dla wsparcia cofających się ruszyły z odwodu dalsze dwie kompanje 6-go pułku. Tłoczące się jednak masy rosyjskie, mimo szalonych strat, napierały dalej naprzód. Nie pomogło rzucenie ostatniej kompanji odwodowej, nie pomogły heroiczne wysiłki obrońców. Bataljon, zasłaniając do ostatniej chwili odwrót 5-go pułku piechoty legionów przez kładki na bagnie z Polskiej Góry do Lasku Polskiego, wycofał się tam również i znowu stanowił odwód. Artyleria rosyjska zasypywała Lasek Polski gradem ciężkich pocisków. Okopy, druty, zasieki zniknęły z powierzchni ziemi; żołnierze dostawali wstrząsu nerwowego – kilku popadło w obłąkanie. W tym ogniu piekielnym trwał bataljon pełnych 12 godzin, poczem wieczorem znowu został użyty do wzmocnienia przedniej linji, gdzie trwała walka wręcz parę godzin. Następuje odwrót. Bataljon II przeszedł znowu do odwodu pod Wołczeckiem. Dnia 6 lipca rano, po krótkim postoju w Nowym Jastkowie, cofał się przez Legjonowo Końskie na Stochód.
I bataljon 6-go pułku po zameldowaniu się u podpułkownika Minkiewicza odszedł do odwodu 3-go pułku piechoty legionów, broniącego góry Studzienicy. Wieczorem wziął udział w wypadzie dla ułatwienia odwrotu, poczem osłaniając odwrót 3-go pułku zajął stanowiska pod Studzienicą. Przez całą noc z 5 na 6 lipca pracowano nad budową okopów i patrolowano przedpole. Wokół na horyzoncie widniały łuny pożarów, a reflektory rosyjskie stale oświecały pozycje batalionu. Nadchodzący dzień był nader ciężki i krwawy dla batalionu. Już o świcie rozpoczęły się masowe natarcia przeciwnika. Piechota nieprzyjacielska szła do ataku w kilkunastu linjach; nie bacząc na żadne straty, po stosach swoich trupów parła naprzód. Pierwsze jednak uderzenie odparto. Wówczas nieprzyjaciel wykonał trzykrotną szarżę kawaleryjską masami kawalerii. I ta załamała się zupełnie w skutecznym ogniu karabinów maszynowych 6-go pułku. Rosjanie rzucili powtórnie nowe masy piechoty do natarcia, wskutek czego, stojący na lewem skrzydle I bataljonu, oddział Bawarów w sile jednego batalionu zaczął się cofać. Wówczas samorzutnie 2-a i 1-a kompanje, pod dowództwem porucznika Popowicza, wykonały skuteczne przeciwnatarcie. Niestety kontratak załamał się w ogniu własnej artylerii. Nieprzyjaciel przestał nacierać, rozpoczął natomiast piekielny ogień artyleryjski, a potem, gdy wznowił masowe natarcia bataljon Bawarów, cofnął się zupełnie. Skrzydło nasze zawisło w powietrzu. Jeszcze jedno samorzutne przeciwnatarcie 1-ej i 2-ej kompanji, chwilowo poprawiło rozpaczliwą sytuację. W ten sposób długie godziny, wisząc w powietrzu, zagrożony odcięciem, bataljon trwał na pozycji w silnym ogniu artyleryjskim, odpierając niezliczone natarcia rosyjskie. Dopiero o godzinie 5 popołudniu na wyraźny rozkaz opuścił wzgórze i w odwrocie ku Stochodowi, stanowiąc straż tylną oddziałów cofających się, walczył nieustannie z następującym mu na pięty nieprzyjacielem; wreszcie przez Miniewicze wycofał się na Trójnówkę.
III bataljon poniósł w tym czasie najmniejsze straty, bo i stosunkowo najlżejsze toczył walki, broniąc stałej pozycji pod Optową i odpierając liczne natarcia nieprzyjacielskie. Przyszło mu to tem łatwiej, że ustawienie karabinów maszynowych batalionu było zgóry obmyślone, pole obstrzału dla piechoty świetne, a pola minowe wcześniej przygotowane, odpowiedziały w zupełności zadaniu. Nacierający nieprzyjaciel poniósł ogromne straty. Toteż w dniu 5 lipca natarcie na tym odcinku już nie powtórzyło się. Jednak z powodu ogólnego odwrotu, bataljon musiał opuścić pozycję i nienapierany silnie przez nieprzyjaciela, rozpoczął odwrót na Końskie.
Bataljony II i III połączyły się w Końskiem i stąd pod dowództwem majora Norwida stanowiły część straży tylnej odwrotu grupy legionowej. Podczas odwrotu stoczono kilka utarczek w samem Końskiem i pod Horodkiem, gdzie 12-a kompanja zniosła sotnię kozaków. Maszerowano w kilku grupach nas Stochód, który przekroczyły jedne oddziały pułku już dnia 7 lipca, inne dopiero w nocy z 7 na 8 lipca, poczem zajęły chwilowo odcinek na północ od wsi Stobychwa po Wilki Obzyr, gdzie 8 lipca rano odparły atak rosyjski na most w Wielkim Obzyrze. Pułk zluzowany w dniu 10 lipca przez wojska niemieckie, odmaszerował już w całości na parudniowy odpoczynek do Czeremoszna, gdzie zgromadzone zostały całe Legjony.
Ostatnie boje mocno nadszarpnęły szeregi pułku, bardzo zmniejszyły jego stan liczbowy, lecz dodały nowy liść wawrzynu sławie pułkowej, a na chorągwi pułkowej wyryły złotemi zgłoskami napis; „Polska Góra 6.VII. 1916”.
Odpoczynek w Czeremosznie wzbudził jak i w innych oddziałach legionowych, tak i w 6-ym pułku nadzieje zupełnego wycofania z frontu i odesłania do kraju w celu reorganizacji i tworzenia Wojska Polskiego. Nadzieje te jednak szybko prysnęły, bo już po paru dniach 16 lipca niespodziewanie pułk zaalarmowano i wysłano na pozycję pod Rudką Sitowicką dla zluzowania tam oddziałów austriackich. Należy przyznać, że teraz żołnierz szedł ku linji bojowej niebardzo chętnie. Złudna nadzieja powrotu do Królestwa, odparzone, a niewyleczone jeszcze po ostatnich marszach nogi, ogromne braki w wyekwipowaniu, potraconem podczas odwrotu znad Styru, smutny widok zaniedbanych okopów – wszystko to nie złamało żołnierza – szóstaka. Po zajęciu pozycji zabrano się energicznie do budowy schronów, okopów itp. Nieustające deszcze, woda zaskórna i stałe ostrzeliwanie pozycji w dzień przez nieprzyjaciela, utrudniały całkowicie pracę szóstaków. Sam jednak odcinek był względnie spokojny, poważniejszych ruchów nie było, jedynie wymiana strzałów na placówkach, czy patrolach, pozbawiła pułk kilku ludzi.
Po paru dniach pozycje 6-go pułku przesunięto paręset metrów w tył, na stanowiska dogodniejsze i korzystniejsze pod miasto Sitowicze. Odtąd też następują częstsze starcia, ustawiczne wypady, obustronny ogień astyleryjski.
