Dziennik z więzienia - Janusz Palikot - ebook
NOWOŚĆ

Dziennik z więzienia ebook

Janusz Palikot

0,0

16 osób interesuje się tą książką

Opis

Janusz! Ale w więzieniu można za to czytać i pisać!

Adam Michnik

Czy bohater Kafkowskiego Procesu był winny, czy niewinny? Wyrok nigdy nie zapadł. Ale i tak jego życie zmieniło się w koszmar. Tak jak życie setek milionów ludzi w XX wieku. Książka Janusza Palikota pokazuje, że ubiegły wiek trwa dalej. Palikot, symbol polskiej liberalnej demokracji z jej mocnymi i słabymi stronami, doznał wszelkich możliwych wzlotów i upadków. Filozof, biznesman, polityk, antyklerykał, mecenas sztuki i literatury, pisarz, wielki smakosz życia i wszelkiego piękna, przeistoczył się we wroga publicznego numer jeden demokracji autorytarnej, no, może numer dwa. Jego Dziennik z więzienia powinno się czytać obok Zapisków więziennych Kardynała Stefana Wyszyńskiego i Dziennikiem złodzieja Jeana Geneta, książek o podobnej wartości literackiej.

Tadeusz Słobodzianek

Panie Januszu, proszę się trzymać. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.

Lech Wałęsa

Dziennik z więzienia Janusza Palikota to pierwsza współczesna polska proza pikarejska, ukazująca nagie życie we wszystkich jego blaskach i cieniach, wzlotach i upadkach. Autor sam zresztą porównuje się do bohatera pikarejskiego, w pełni świadom, co to oznacza: raz na wozie, raz pod wozem. I, jak na prawdziwie witalnego pikarejczyka przystało, nigdy nie się nie poddaje. Życie, któremu zawierzył, jeszcze może go zaskoczyć.

Agata Bielik-Robson

Opis, rozgorączkowane notowanie życia tu, ruchów zwierzęcia po celi, w łaźni, w przestrzeni spacerowej, jedzenie, wypróżnianie, sen… Oto prawdziwy zapis PRZEMIANY… Wszystkie te powtarzane jak mantra szczegóły tworzą czasoprzestrzeń egzystencji wypatroszonej ze wszystkiego, co stanowi rdzeń twojego życia. I jest to w opisie Janusza Palikota hipnotyczne, jest w tym zapisie doświadczenia więziennego jakieś dziecięce zadziwienie, któremu nie ma końca. I czytelnik wsiąka w to cieleśnie, jak we
wszystkie mocne, prawdziwe opisy rzeczywistości, wyrzucony ze swego losu w jakąś nad-rzeczywistość, która przestaje być zrozumiała i której trzeba się uczyć od nowa… Przestrzeni wampirycznej, wypijającej ci krew i zabierającej ci ducha, choć Palikot prowadzi swoje pióro niby dawny czarownik w społeczności plemiennej, gdzieś na obrzeżach bytu, w magicznej, zbiorowej psyché społeczeństw pierwotnych, na dnie człowieczeństwa… I gesty tych wszystkich, przybliżonych czytelnikom ludzkich ciał, niby cieni na ścianach w jaskiniach – patroszonych z jaźni, wybebeszanych z historii, czego rdzeniem jest próba elementarnego rozumienia jako próba zadomowienia się gdzieś w granicach tego mrocznego, nieznanego świata wraz z wszystkimi rytualnymi aktywnościami, ze szczerością, która boli, aby nie stać się odczłowieczoną kupą nieszczęścia, istotą walącą głową o drzwi, incydent parokrotnie tu opisany…
I czytelnik wciąga się w to wszystko jakby tam był, razem z autorem, razem z innymi czytelnikami-współwięźniami (każdy z nas może się tam znaleźć, nikt bowiem nie jest niewinny…), jak w jakieś szczególne, osobliwe wtajemniczenie… Albo zapada się w ten osobliwy, głodny czegoś monolog, który chce pożreć wszystko niczym robak, penetrujący podłogi, ściany, korytarze, by doświadczyć więcej i więcej w tej nowej formie, w jaką się przeistoczył głos zamknięty w czterech ścianach. I czego doświadcza skazaniec, z całym tym upokorzeniem, unicestwieniem, które nosi w sobie niejako – jak i każdy z nas – PIERWORODNIE…

Krystian Lupa

***

Janusz Palikot (ur. 26 października 1964 r. w Biłgoraju) – polski przedsiębiorca, publicysta, filozof z wykształcenia oraz były polityk. Absolwent filozofii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, studiował także na Uniwersytecie Warszawskim i w Niemczech. W latach 90. XX w. zasłynął jako skuteczny biznesmen, m.in. właściciel wydawnictwa Słowo/Obraz Terytoria. Znany z barwnej działalności publicznej, w latach 2005–2015 był posłem na Sejm, najpierw z ramienia Platformy Obywatelskiej, a później jako lider własnego ugrupowania – Ruchu Palikota. W polityce zasłynął z kontrowersyjnych, antyklerykalnych wystąpień i postulatów liberalnych. Po wycofaniu się z polityki wrócił do działalności intelektualnej i biznesowej. Autor kilkunastu książek publicystycznych i eseistycznych, w tym o prozie i poezji polskiej, Leśmianie, Czechowiczu, Schulzu etc.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 527

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dziennik z więzienia

Janusz Palikot

Dziennik z więzienia

WYDAWNICTWO OSTROGI

Kraków 2025

Była to piekielna zaiste noc.

G. Agamben, Pinokio

Czwartek, 3.10.24.

Lublin

Coś mnie budzi. Jakby walenie w drzwi. W futrynę. Podnoszę głowę, ale jeszcze nie dociera do mnie, co się dzieje, więc znów się kładę. Przysypiam.

Śpię w domu na Archidiakońskiej w Lublinie, na trzecim piętrze. Bardziej na drugim i pół. Piętra są wysokie, mury – grube, a ja jestem zmęczony po długiej podróży do Gdańska i Lęborka. Spałem wczoraj nad Motławą, na Wyspie Spichrzów, a w środę wróciłem na noc do Lublina.

Hałas nie ustaje – znów pewnie jakiś pijak chce wódki od „Janusza”, przebiega mi przez myśl, ale zaraz pojawia się druga myśl, aby się nie wywyższać. Nie podnoszę się jednak. Po chwili ktoś jakby coś krzyczy… niewyraźnie… nic nie rozumiem. Wstaję więc. Idę do garderoby, bo to chyba z tamtej strony i widzę, że jakieś zielone światełka biegają po szybach obok sypialni. Wsłuchuję się głębiej. I dociera do mnie głośne: „Wyjdź, CENTRALNE BIURO ANTYKORUPCYJNE! Wyjdź, CENTRALNE BIURO…” Więc wychodzę, z telefonem, ale na piętrze niżej nikogo nie ma, wciąż ktoś przez megafon powtarza „CENTRALNE BIURO ANTYKORUPCYJNE, wyjdź…”, więc schodzę schody niżej, na parter. Widzę zielone światełka, biegnące z piwnicy, więc wołam: „Schodzę!”

Mam wrażenie, że oni są w panice. Idę jednak powoli i powtarzam:

– Schodzę, z telefonem!

– Ręce do przodu! – ktoś krzyczy i jest jakby nieprzytomny z emocji, wyciągam ręce.

– Zejdź na dół, na korytarz! Połóż się na ziemi, twarzą do ziemi, ręce do tyłu.

Robię to. Ktoś podbiega, obracają mnie, skuwają w kajdanki. Co za ulga! Czuję, że oni przestają się bać. Jest bezpiecznie.

Patrzę na lufy skierowane w moja stronę, jacyś żołnierze jakby, część z nich biegnie na górę. To grupa interwencyjna, teraz kojarzę, kilka osób. Biegają nerwowo jakby w panice, szybkie oddechy, pokrzykiwanie. „Jaki kraj, takie FBI”, myślę, ale wcale nie jest mi do śmiechu. Pomieszczenie, w którym jestem, zapełnia się dziesiątkami funkcjonariuszy. Tłum ludzi. Ktoś mnie podnosi i sadza na ławce przy drewnie do kominka. Dwie osoby podchodzą do mnie i mówią, że są agentami CBA. Pokazują odznaki, ale nie widzę bez okularów.

– Gdzie są okulary? – pyta jeden z nich.

– W sypialni – odpowiadam.

Idziemy tam. Wkładam okulary, schodzimy na dół, teraz widzę. Pokazują nakaz zatrzymania. Pismo od prokuratora z Dolnego Śląska, do którego pisałem wiele miesięcy temu z prośbą o przesłuchanie, aby uniknąć tej hecy, ale widocznie o tę hecę mu chodziło. W pomieszczeniu jest jakieś piętnaście osób.

Pytam się, czy mogę się ubrać. Bo zszedłem w piżamie, w obawie, że zbyt długi czas oczekiwania wywoła jakieś dodatkowe, niepotrzebne emocje. I słusznie, gdyż wszyscy byli mocno poddenerwowani. Wracamy do sypialni. Próbuję wybrać jakieś ubrania. Pytam się, gdzie będziemy potem jechać.

– Do Wrocławia, przez Warszawę – odpowiadają. Przyglądam się kilku parom spodni. To agenta najwidoczniej denerwuje. I każe mi brać te, które sam wybrał. Wybieram resztę: majtki, skarpetki, koszulkę. I idziemy do łazienki. Tam po raz pierwszy ubieram się i sikam przy agencie, to oczywiście krępujące, ale oni się upierają, przypominam sobie jednak Blidę, zabitą przez agenta CBA właśnie w łazience, więc nie protestuję. Uprzedzam, że puszczę bąka… „Bąk wolności” – pomyślałem. Ale nie powiedziałem, bo wesoło to raczej nie jest.

– Chcemy zacząć przeszukanie w Dzierwanach – mówi chyba szef całej grupy. – Dom jest zamknięty. Czy ma pan tam kogoś, kto może otworzyć? I być przy przeszukaniu?

Podaję nazwisko sąsiadów, Kasi i Filipa, oraz pracownika Romana, który mieszka w odległości 8 km, w Rutce Tartak. Po piętnastu minutach ten sam agent mówi, że udało mu się dodzwonić i dobudzić sąsiadów i że „oni będą niedługo”.

– Gdzie jest klucz? – pyta.

Zaczynam tłumaczyć, naprzeciwko portierni jest karmnik dla ptaków, a tam…

– Nieźle, dobrą ma pan tam skrytkę, ale widzę, że już pan Roman jedzie i on otworzy.

Nie biorę rzeczy na zmianę, czego potem żałuję, ale jeszcze nie wierzę w zatrzymanie dłuższe niż na 48 godzin. Po różnych formalnościach zaczyna się sześciogodzinne przeszukanie tego dość dużego domu. W tym momencie dojeżdża funkcjonariusz z psem „czułym na banknoty”. Banknoty!

Dochodzi potem jeszcze jedna osoba, z termowizjerem, ktoś biega z psem, cała grupa opukuje ściany, zdejmuje dywany, wywraca meble, opadają im ręce na widok książek.

– Nie damy rady, kurwa, za dużo tego jest…

Około 12:00, gdy czynności są mocno zaawansowane, agent prowadzący proponuje mi, abym zrobił sobie coś do jedzenia, bo „będziemy długo w podróży”.

– W kajdankach i bez noża – mówi.

Wybieram rzodkiewki, kaszę gryczaną i sałatę ze świeżymi ziołami, do której wyciskam w dłoniach sok z pomidora (ostatni „normalny” posiłek na wiele miesięcy).

Pies jest zmęczony szukaniem banknotów. Nic nie znalazł. Nie ma motywacji. Musi odpocząć.

Piję dużo wody (stres), często sikam. Myślę o tym, co tych ludzi skłania do wyboru takiej roboty? Roboty agenta klozetowego!

W moim gabinecie jest tablica do nauki języka włoskiego. Na niej napisana odmiana czasownika andare (iść): vado, vai, va, andiamo, andate, vanno.

– Parla italiano? – pyta mnie, patrząc jakby podejrzliwie jeden z funkcjonariuszy.

– Si, possiamo parlare italiano… – odpowiadam, lekko rozluźniając twarz.

Na tym nasza konwersacja się kończy. Agent milknie.

Jeden z agentów ma rozwolnienie. Pyta ciągle, czy może iść do toalety. Spisujemy protokoły. Nikt mi nie podpowiada, że raczej zostanę zatrzymany na dłużej i żebym choć zabrał jakąś bieliznę, szczoteczkę do zębów czy choćby trochę ubrań. Zabieram za to książkę Giorgio Agambena Pinokio, historia pajacyka, którą czytam od wielu miesięcy i już nawet nie wiem, który raz zaczynam, a którą mam akurat w kiszeni. Nie mogę się od niej oderwać. Ledwie ją skończę, znowu zaczynam.

Na biurku leży paszport. Coś mi mówi, żeby go zabrać, ale nie zawierzam intuicji. Pod domem kamera TVP3. Jest plan aby wyjść od tyłu, ale nie znajdujemy kluczy do furtki z tamtej strony. Wychodzimy więc centralnie na kamerę. Widzę, że ta pozorna troska o brak mediów to blef, choć sprytnie kamuflowany. Nie ma się do czego przyczepić.

Ja, nie poinformowany o niczym, idę od razu do auta i kamera mnie łapie. Agent przed autem naciska na ramię, każe się pochylić i to daje w kamerze obraz ofiary, osoby winnej a przede wszystkim kontrolowanej. To manifest władzy i poniżenie zatrzymanego. Mają to wytrenowane, rejestruję w głowie.

O to chodziło w tym teatrzyku.

Już siedząc w aucie, zastanawiam się, czy nie podejść jednak następnym razem do kamery, aby pokazać, że wciąż jestem podmiotem, nie chowam się, bo jestem pewny swego. Ta przemiana w zatrzymanego, w ofiarę, dzieje się jak jakiś mechanizm, coś jakby zupełnie poza mną. Jeden silniejszy nacisk dłoni, jeden flesz i jesteś, człowieku, ofiarą.

Ruszamy. Przez całą drogę pozostaję skuty w kajdankach. Wyjeżdżamy przed 14:00, ale kierowca myli adresy, więc wszystko się przeciąga, a jeszcze się zatrzymamy w delegaturze w Lublinie i dopiero po tym pojedziemy do Wrocławia. W Lublinie na parkingu wewnętrznym agenci się przesiadają i podbijają jakieś dokumenty. Wówczas wychodzą miejscowi pracownicy. Poklepują się, atmosfera familiarna, komitywa, krytyka nowej TVP. „Pisiory”, zaciąg Kamińskiego, co widać i słychać. W czasie tych zajęć jedzą paluszki, słone paluszki. Pistolety, kajdanki i słone paluszki. Ja siedzę cały czas w aucie. Myślę o tym, na czym oni się wzorują w swoich pozach, minach, gestach, o tej specyficznej energii ról, które odgrywają. Wydaje się to wszystko wyciągnięte jakby żywcem z kina, z filmów gangsterskich. Polskich i amerykańskich. Bardziej kino Patryka Vegi niż Tarantino.

Zakładają koguta i jedziemy 200 km/h. Kierowca, choć młody, prowadzi bardzo dobrze. Ale jazda z taką prędkością to jednak szaleństwo. To im imponuje. Już wiem, dlaczego wybierają tę robotę. Dla tego właśnie. Dla tego bycia „agentem Hermesem”.

Nie zwracam im jednak w związku z tym uwagi, bo jak kiedyś, w Kairze, pozwoliłem sobie na podobną uwagę wobec kierowcy taksówki, to tylko zwiększył prędkość, podgłośnił muzykę i cieszył się jak dziecko, że się boję.

Myślę o dzieciach: Emilu, Olku, Franku i Zosi.

Trasę do Warszawy pokonujemy w czterdzieści pięć minut. Kto by tak nie chciał? No kto?

W Warszawie znowu delegatura CBA. Tym razem to biuro główne. Byłem tu przesłuchiwany w 2007 roku z polecenia Ziobry w związku z oświadczeniem majątkowym. Nie wpisałem bowiem, że mam samolot i zaczęła się dzika pseudoafera. Całkowity blef służb, bo nigdy nie ukrywałem, że posiadam samolot. Budynek z zewnątrz się nie zmienił. Nie jest to udany projekt (będąc w kajdankach ważę słowa). Ale ten budynek jest tak kiczowaty jak Wąsik z Kamińskim razem wzięci. Widzę, że funkcjonariusze odbierają materiały z rewizji w Dzierwanach. Agenci są zadowoleni z dotychczasowej pracy. Biedny pan Roman, nasz współpracownik od wielu lat, musiał na to patrzeć, myślę z goryczą.

Jednak dość szybko znów wyruszamy i jedziemy w strasznych korkach do Wrocławia. Jazda szalona. Znów jak w kinie. Jedziemy trochę ponad dwie godziny, a więc bardzo szybko. Z perspektywy auta z kogutem i CBA Polska to mały kraj.

Po drodze krótka przerwa na siku w kajdankach. W otoczeniu trzech agentów. Sikamy więc po pańsku. Jednak na MOP-ie, bo mniej ludzi. Wszystko wydaje mi się nierealne. Ale jest naprawdę. Ta scena ma miejsce: idę z trzema agentami się wysikać.

Przyjeżdżamy do prokuratury do Wrocławia około 19:00. Obrońcy są już na miejscu. Dubois, mój adwokat, ma być jednak dopiero jutro.

Przed wejściem (tylnym) do prokuratury tłum dziennikarzy. Agenci rozważają plan maksymalnie szybkiego wejścia, aby jak najmniej czasu dać dziennikarzom. Waham się, czy powinienem cokolwiek komentować. Jak zacznę to agenci będą popychać, ale kilka zdań powiem. Nie mam planu. Widziałem w telewizji, że zatrzymywani PiS-owcy najczęściej komentują, jednak dochodzę do wniosku, że brak profesjonalizmu i nieporadność wpisane są w tę sytuację, podobnie jak hejt, nagonki i poniżanie innych, i są dziś wszędzie, niby jakaś tragiczna konieczność. To jest ta osławiona „fala” wydarzenia, a z nią się nie ma szans, z tym się nie wygra. Rezygnuję zatem i nie odpowiadam na pytania. Przyjdzie na to jeszcze czas. Czuję, nieomal fizycznie, że już jestem wbijany w pewną rolę i że na razie jest to siła nie do zatrzymania.

Trwają jeszcze przesłuchania (dwóch?) innych osób z grupy Manufaktury Piwa, Wódki i Wina (MPWiW). Ja więc muszę czekać. Toaleta w obecności agenta, kanapka od prawników, woda, przysypiam na siedząco. Około 21:00 zaczyna się przesłuchanie. Przesłuchanie „Jańcia”, jak mnie nazywają najbliżsi. Powtarzam sobie kilka razy ten zwrot – „przesłuchanie Jańcia” – i czuję drgające w nim emocje. Wytrzymujemy około dwie i pół godziny i o 23:30 kończymy. Zarzuty są absurdalne, powierzchowne, materiału dowodowego nie ma. Odnoszę się do nich jednoznacznie, jako do bezpodstawnych. Prokurator i urzędnik KNF dopytują.

Zastanawiam się nad fałszywą naturą prokuratora, który zachowuje się wprawdzie dość kulturalnie, ale co chwilę wtrąca: „żeby było uczciwie”, a więc wiadomo, że w tej sytuacji oznacza to, że uczuciowość jest ostatnią rzeczą o jaką go można podejrzewać.

Prokurator twierdzi, że pieniądze ze zbiórek zostały wydane na coś innego zamiast na deklarowane cele. A kiedy mu się jasno pokazuje, że cele zostały zrealizowane, twierdzi, że i owszem, ale że zrobiono to z innych pieniędzy. Zwracam mu więc uwagę, że postępowanie karne dotyczy intencji, a to trudno w jakikolwiek sposób udowodnić, skoro założone cele zostały osiągnięte. Nie ma to jednak dla niego znaczenia, a już zupełnie nie przemawia do niego fakt, że przelanie pieniędzy do spółki MPWiW, czyli spółki matki, w ramach grupy kapitałowej, to jednak nie jest dowód ani wobec domniemania intencji, ani zamiaru stworzenia „piramidy finansowej”. Rzuca mi się w oczy złe nastawienie, zła wola. Nie interesują go żadne wyjaśnienia, on swoje i tak wie. Duże kwoty, duża liczba zatrzymanych, wysokie kary ustawowe – to ma wystarczyć. To bardziej polityka niż wymiar sprawiedliwości, myślę. Nie ma żadnej woli zrozumienia moich racji. Żadnej. Tylko nagonka.

Dopaść Palikota. Taki jest cel.

Po północy wychodzimy z prokuratury i jedziemy (bardzo blisko) do DPZ-u, czyli na „dołek”, na nockę. Procedura przyjęcia jest taka: depozyt, kontrola osobista (druga w tym dniu), odebranie okularów. Cela bez kajdanek, samodzielna, jedzenia już nie ma, ale jest 1:30, a o 6:00 ma być pobudka.

Kiedyś to się nazywało Izba Zatrzymań albo Izba Wytrzeźwień, a dziś Dom Pobytu Zatrzymanego. Jak pięknie! Michel Foucault, francuski filozof i historyk idei, zbadał w latach 70. XX wieku zmiany, które zachodziły na przełomie XVII i XIX wieku w leprozoriach, więzieniach, sanitariatach i zakładach psychiatrycznych, a więc wszelkiego rodzaju „azylach”, i na tej podstawie przeanalizował zmiany społeczne we Francji. Powstała z tego słynna szkoła historyków idei. Ciekawe, czy jest jakaś pozycja historyczna, która byłaby analizą polskiego systemu penitencjarnego, a jeśli tak, co można by wyciągnąć z przemian, które zachodziły w Polsce w tym obszarze ludzkich działań.

W Toruniu mamy na przykład niezwykle rzadki przypadek tak zwanego panoptikonu, o którym pisał filozof utylitarysta Jeremy Bentham, a więc więzienia w kształcie okręgu, w którym jeden strażnik jest w stanie obserwować wszystkich więźniów bez ich wiedzy. Chętnie poznam jego historię jak stąd wyjdę, każde wielkie miasto ma więzienie, ale to w Toruniu jest w skali Polski jedyne w swoim rodzaju i absolutnie wyjątkowe.

W ogóle gdyby przeanalizować nasze więzienia, począwszy od XVII wieku do początku wieku XX, ciekawe rzeczy i sprawy ujęte w odmiennej perspektywie mogłoby nam to powiedzieć o Polakach i obowiązujących systemach jurydycznych (piszę w liczbie mnogiej z powodu różnych systemów Austrii, Niemiec pruskich i Rosji). Choćby taka ciekawostka: zazwyczaj uznaje się, ale to głównie z przekazów literackich (nie znam „annałów” czy faktów z ówczesnych gazet), że w czasie zaborów mieliśmy wyłącznie więźniów politycznych, a przecież to nie może być prawda. Foucault analizując właśnie zarówno dokumenty z zatrzymań, zeznania i ogólnie annales, pisze wszak dużo o więźniach politycznych, jak choćby o rozerwanym przez konie Damiensie, ale i o różnego typu łazikach, co nie brali się do poważnej pracy (a działający na w tych państwach kiełkujący kapitalizm szukał rąk do pracy), szaleńcach, jak Piotr Rivière, co zaszlachtowł rodzinę, czy – jak to dość zabawnie ujmuje – wszelkiego typu „próżniakach”, „nierobach” i innych „anormalnych”, którzy nie chcieli i nie dawali się wpisać w kontekst ludzi pobożnych i religijnych, funkcjonujących jako dobre sługi państwa. Aczkolwiek nowożytne więziennictwo francuski historyk wywodzi z miejsc odosobnienia, przygotowywanych jeszcze w czasie trwania krucjat dla chorych na trąd. Ciekawe, jak w takim kontekście układałaby się historia polskiego więziennictwa. Wiemy, że Kościuszko, Mickiewicz, Norwid, Waryński i wielu innych, w tym współczesnych dysydentów, to byli więźniowie polityczni, ale nie wiemy chyba zbyt wiele o innych rodzajach klasyfikacji więźniów. Bardzo ciekawie byłoby to prześledzić, zbadać i przeczytać o tym coś konkretnego.

W tym kontekście zmiana nazwy z Izby Zatrzymań na Dom Pobytu Zatrzymanego to wielki postęp w naszym kraju. Wielka zmiana. Także i język, jakiego używa policja w DPZ-ach, to zupełnie inny język niż kiedyś i inny jest stan sanitariatów (przynajmniej w tym Wrocławskim DPZ-cie), jak też procedury osadzenia są inne.

Pamiętam, jak zostałem zatrzymany w stanie wojennym w 1982 roku. I pamiętam jakie to były warunki. To jednak przepaść!

Ale dołek to dołek. Światła palą się w celi przez całą dobę, w nocy jedynie trochę mniej intensywnie. Jedzenie jest bardzo „podstawowe”. Brak szczoteczki do zębów. Brak bielizny na zmianę. Ograniczona toaleta. Spanie na materacu wprost na ziemi.

Do przetrwania przez dzień, dwa. A i tak to wciąż bardziej doświadczenie z poziomu zakładu psychiatrycznego niż więzienia. Dochodzą tu bowiem dodatkowo w nocy awantury, osadzenia, wydalenia, krzyki, wrzaski, przekleństwa. Zero spokoju. Większość zatrzymanych to alkoholicy, narkomani, chuligani, prostytutki. Niemniej pierwszego dnia po tym wszystkim, co się stało, od rana i po przesłuchaniach jakoś drzemałem.

Rano o 8:00 wyjechaliśmy do prokuratury.

Piątek, 04.10.24.

Wrocław

Zanim pojawili się obrońcy, prokurator „na miękko” namawiał mnie do przyznania się, zupełnie nie biorąc pod uwagę, że nie mam się nawet jak przyznać do czegoś, czego nie zrobiłem. I że gdybym się przyznał, musiałbym kłamać, bo wszystko jest zapisane w papierach, przelewach, zleceniach, fakturach. Jak to w biznesie. Około 9:00 przyjechali obrońcy, a o 11:00 dojechał jeszcze Jacek Dubois. Wcześniej, w „nocnym” komentarzu dobitnie, publicznie zdefiniował postępowanie w tej sprawie:

– Prokurator zrobił wszystko, co tylko się dało, aby poniżyć zatrzymanego.

Miły ton rozmów z prokuratorem i banan do zjedzenia to chwyty jakby żywcem wzięte z technik SB z lat 80. ubiegłego wieku, które ponoć wciąż działają na większość aresztowanych. Zatrzymani się na to nabierają. Z drugiej strony w tamtych czasach, to jest za komuny, mieliśmy szkolenia na temat tego, jak zachowywać się na przesłuchaniach. Była też niezasypywalna linia podziału: my, obywatele – oni, władza. Dziś już tego nie ma i to jest zapewne zmiana, o której napisałby jakiś współczesny Foucault. To już wszak „nasze” państwo, „nasi” urzędnicy i inne pokolenia. W ostatnich czasach może jedynie książka O tyranii Timothy’ego Snydera była czymś w rodzaju dawnych instrukcji KOR-owskich. Jednak ta książka Snydera to pozycja dla elit, a ci, którzy trafią do więzienia, raczej się z nią nie zetkną.

Czytałem kiedyś akta IPN-u na mój temat i teraz, zapoznając się z aktami mojej sprawy, pomyślałem, że jednak niewiele się zmieniło. W najbliższym otoczeniu każdego z nas są jacyś agenci, donosiciele albo po prostu źli ludzie, i to oni tworzą materiał dowodowy, bardzo poszlakowy, ale jednak. Kiedy wówczas przeczytałem, jak głosowali nauczyciele w mojej sprawie i że tylko trzy osoby były przeciw wyrzuceniu mnie ze szkoły, to byłem w ogromnym szoku, ale mogłem to jeszcze zrozumieć, bo to było w PRL-u w czasie stanu wojennego. Jakoś mimo wszystko łatwiej było zaakceptować, dlaczego ktoś zostawał świnią a inny katem. A dzisiaj? Co każe człowiekowi, który nic nie ryzykuje, tak się zachowywać? Odpowiedź jest od wieków niezmienna – to zawiść, zazdrość, kompleksy, niepewność. Polska to kraj złamanych, zgwałconych przez system ludzi.

Zeznania świadków, jeszcze do niedawna moich współpracowników, ludzi, którzy dzięki pracy w mojej firmie dokonali ogromnego skoku zawodowego, przede wszystkim mnie głęboko zasmuciły, bowiem większość opinii wygłaszanych przez nich nie tylko nie jest zwyczajnie zgodna z prawdą, ale jest niepotrzebna i nie odnosi się do sprawy tylko do zupełnie innych kwestii. Nawet nie pobocznych, w jakikolwiek sposób związanych z biznesem, ale kompletnie innych. Takie bezinteresowne i niepotrzebne podkładanie świni. I po co?

Ta potrzeba podlizywania się władzy, to wybieganie naprzeciw, aby spełnić jakieś hipotetyczne, domyślnie oczekiwania agentów. Po co wygłaszać niepochlebne opinie, skoro i tak na końcu liczą się tylko i wyłącznie fakty. Na to wszakże liczą służby. Doskonale znają ten mechanizm. Bez donosicieli nie ma władzy.

Kiedy myślę, dlaczego ktoś będąc technologiem, technikiem czy administratorem, wypowiada się o sprawach, którymi się nigdy nie zajmował i czyni to tylko po to, aby dobrze wypaść przed CBA, przed służbami czy też aby dokuczyć innemu człowiekowi, który trochę lepiej zarabiał, pełnił wyższą funkcję czy zajmował wyższe stanowisko, to widzę Polskę właśnie wciąż jako kraj oparty na zawiści, zazdrości, kraj, gdzie nadal żyje się na niejasnych zasadach i w ciągłej niepewności o swój byt. W takiej Polsce każdy ma coś za uszami, a na pewno nie może być pewnym, czy administracja nie ma na niego haków. Ten lęk wciąż istnieje, bo nic nie jest dla nikogo jasne.

Dlatego taki donos to trochę też polisa bezpieczeństwa, bo gdy ktoś oskarża, czy raczej pomawia innych, to wybiela siebie i oddala uwagę od własnych grzeszków.

Na szczęście są wyjątki. To tym bardziej cieszy.

Ale trzeba lat pewnego dobrostanu, przyjaznego państwa, pokoju, aby ugruntować pewność siebie, a to fundament społeczeństwa dobrobytu.

Niestety, dziś widzę także, jak bardzo prokuratura i CBA, przesłuchując nowych inwestorów, zniechęcała ich do inwestycji i do Tenczynka. Trudno w takich warunkach uratować projekt. A przecież w oficjalnym przekazie to wszystko, co oni robią, to niby w obronie wierzycieli. Ogromna w tym obłuda wymiaru sprawiedliwości. To boli w sercu i piecze w oczy.

Materiał dowodowy liczy czterdzieści trzy tomy (na dzień 04.10.2024) i składa się głównie (w 80%) z materiałów dostarczonych przez spółki. Poza tym stanowi zeznania pracowników i opinie KNF (Komisja Nadzoru Finansowego).

Analiza jest powierzchowna, stronnicza i wąska. Materiały dostarczone przez KNF nie mogą być dowodem, a co najwyżej opinią, bo KNF jest stroną postępowania. Dodatkowo to instytucja kierowana przez nominatów Morawieckiego, czyli PiS-u, uwikłana w cały szereg afer, w tym korupcyjnych. W naszej, mojej historii, dodatkowo odpowiedzialna za blokowanie wejścia na giełdę i upadek obsługujących nas domów maklerskich.

Przedstawione zarzuty da się racjonalnie i dowodowo odeprzeć, ale niektóre z nich są tak absurdalne – jak choćby opinia, że jedna ze spółek była w złej kondycji, mimo że zrealizowała wszystkie założone cele, poniosła wielokrotnie większe nakłady i jeszcze wypłaciła udziałowcom dywidendę – że trudno z nimi jakkolwiek polemizować. Zresztą jeden z prowadzonych w Tenczynku przez spółkę projekt, bar-restauracja o nazwie „Top Room”, został wybrany w 2023 roku przez redakcję „Deezen” za najładniejszy bar świata, co wiązało się, przede wszystkim, ze znacznymi nakładami finansowymi, koniecznością projektowania, ogromu wykonanych prac remontowych. Nic tu nie było zrobione przypadkowo, wszystko było zaprojektowane, przemyślane i wykonane ze znacznymi nakładami finansowymi i udziałem ludzi. Najładniejszym na świecie! Jednak zdaniem prokuratury środki na projekt, realizację i stworzenie restauracji zostały przeznaczone na inne cele, pomimo że wszystko było wykonane według planu. Mam nadzieję, że ludzie z KNF-u zostaną za to w końcu postawieni na ławie oskarżonych, a prokurator wyleci z zawodu.

O godzinie 11:30 przyjechał główny obrońca, Jacek Dubois, i omówiliśmy w obecności agentów CBA sytuację. O 12:30 zaczęło się główne przesłuchanie. Trwało dość długo i dopiero około godziny 16:30 się zakończyło.

Pomiędzy prokuratorem a obrońcą nieustannie dochodziło do zwarć i napięć. Ale przy jakiejś okazji byłem świadkiem dyskusji o Wielkim Szu, a nawet o syntezie Hegla, co w dzisiejszej prokuraturze stanowi raczej wyjątek i rzadkość i było czymś zgoła odmiennym od zwyczajowej prawniczej rutyny. Co innego w latach pięćdziesiątych. Ówcześni oprawcy to byli wszak filozofowie i rewolucjoniści. Wysoki ton tamtej dyskusji nadał Jacek Dubois, choć trzeba uczciwie przyznać, że i prokurator dał radę.

Reprezentujący mnie adwokat z Wrocławia ustalił, że rozprawa „aresztowa” odbędzie się w sądzie jeszcze tego samego dnia. Prokurator poinformował nas, że idzie do siebie pisać wniosek o trzymiesięczny areszt i że około 18:00 zawiezie go do pobliskiego sądu. Obrońcy poszli na miasto coś zjeść i porozmawiać bez towarzystwa agentów o wniosku prokuratora. W międzyczasie dowiedziałem się, że jeden z podejrzanych dostał ofertę: „Obciążysz Palikota i wychodzisz”. I to mówi wszystko o zeznaniach świadków, i nie tylko w tej sprawie. To mówi wszystko o istocie aresztu tymczasowego i metodach dochodzenia. W Polsce innych dochodzeń nie ma.

Ja i dwóch agentów z CBA siedzieliśmy od 16:30 do 19:30 w jednym z pokojów prokuratorskich, czekając na rozprawę. Siedzieliśmy w zapadającym zmierzchu dnia. Mojej ulubionej porze.

Rozprawa ma się odbyć o 20:00 w sądzie, który razem z Aresztem Śledczym i „dołkiem” (DPZ) tworzy kompleks w kształcie prostokąta. Całość była wybudowana jeszcze w XIX wieku przez Niemców z ogromnej ilości starej czerwonej cegły.

Sala sądowa jest w piwnicy i jest podzielona pleksją, a ja dodatkowo jestem w czymś w rodzaju izolatki. Duszno tu. Mam założone kajdanki. Będę mówił na stojąco. Trudne warunki, aby dobrze argumentować i skupić myśli. Ale zaczyna się.

Skandaliczne wystąpienie prokuratora. Pełne inwektyw i pomówień. Coś absolutnie niebywałego. I to wszystko rzekomo w imieniu wierzycieli, gdy tymczasem wszyscy dobrze wiedzą, że ta sprawa i robota prokuratora właśnie w tym momencie pozbawia wierzycieli nadziei na odzyskanie inwestycji. W jego wystąpieniu polityka miesza się z dochodzeniem, a wymiar sprawiedliwości staje się trybuną społecznego sporu. Na koniec prokurator rzuca jeszcze świeżo wydobyte z mojego telefonu rozmowy z adwokatem, co dodatkowo stanowi dowód na łamanie podstawowych zasad obrony i praw obywatelskich. To skandal i nauczka dla wszystkich, którzy mogliby znaleźć się w podobnej sytuacji.

Na początek mam wrażenie, że sędzia jest mi niechętna. I nazbyt otwarta na oczekiwania prokuratora.

Moje wystąpienie jest merytorycznie niezłe, ale nie mam kontaktu z salą. Mam poczucie, że nie będzie przełomowe. I do tego ta niechęć sędzi.

Tymczasem świetne, znakomite merytorycznie wystąpienie Jacka Dubois. Nokautujące wywód i wszelkie domniemania prokuratora. Widzę, że w sędzi coś się zmienia i zaczyna się wahać. Ma teraz miejsce frontalny atak na prokuratora. Wrocławski adwokat Andrzej Malicki i adwokatka z Warszawy, Agnieszka Walczak, bardzo mocno i silnie podważają linię prokuratury, są znakomici retorycznie i doskonale przygotowani merytorycznie. To chwila, gdy zaczyna dominować kwestia etyki zawodowej. Zaczynamy zdobywać przewagę.

Mocna dyskusja w mowach końcowych. Wejście KNF-u ze wsparciem dla prokuratora. Rola KNF-u jest dyskusyjna, pełni bowiem rolę strony, ale też coraz bardziej wygląda to tak, jakby KNF-em rządziły służby.

Około 23:00 sąd ogłasza przerwę do soboty, do 13:45.

Na korytarzu dzika scysja między adwokatami a CBA i prokuratorem w sprawie kontaktów ze mną.

Po chwili jedziemy na dołek. Jeszcze krótki spacer na dziedzińcu i melduję się w Domu Pobytu Zatrzymanego. Procedura taka sama jak poprzednio: depozyt, kontrola osobista, cela. Zasypiam przy pełnym świetle. Cały dzień bez ciepłego jedzenia i w zasadzie w ogóle bez jedzenia.

Sobota, 05.10.24

Wrocław

Dziś pobudka o 7:00, bo jest weekend. Można pospać o godzinę dłużej. Dziś zabierają pościel. Śniadanie to dwie kromki pieczywa tostowego i topiony serek. Nie jadłem go od lat osiemdziesiątych.

Przypomina mi się Lublin i studia na KUL-u. Wzruszające. Też jadałem wówczas topiony serek.

W DPZ śpi się na materacach leżących bezpośrednio na ziemi.

Próbuję ćwiczyć jogę i w sumie ćwiczenia oddechowe się udają. Mimo braku okularów próbuję czytać jedyną książkę, jaką ze sobą zabrałem – Agambena o Pinokiu.

Alchemiczny Pinokio. Oprócz DNA, rodziny, biografii czy wykształcenia człowiek składa się jeszcze z żywiołów podstawowych i ich transformacji. Tu z kawałka drewna, które ożywa.

Wchodzi strażnik:

– Panie Januszu, zbieramy się. Jedzie pan do sądu.

Cała procedura odbywa się ponownie: odbiór depozytu, przebranie się, okulary etc.

Sąd ogłasza wyrok: dwa miesiące aresztu tymczasowego, ale warunkowo. Wpłacam milion i mogę wyjść. Adwokaci zadowoleni. Prokurator wściekły. Agenci najchętniej zrobiliby jeszcze raz poranny nalot z czwartku.

Ja jestem trochę zdezorientowany.

Teraz musi się zebrać sąd II instancji, bo prokurator się odwołał. To potrwa jednak tydzień lub dłużej. Więc jeszcze trochę posiedzę.

Wkurzeni agenci błyskawicznie zabierają mnie z sądu. Tak szybko, że nie zdążyłem nawet pogadać z adwokatami. Dostałem tylko wodę i kanapki, bo znów dzień bez obiadu. Wracam kolejny raz do DPZ-u, czyli Domu Pobytu Zatrzymanego.

Dostaję inną celę, ale taką samą i samodzielną. Inne piętro. Cała procedura z kontrolą osobistą rozgrywa się kolejny raz. Pewien wstyd ustępuje rutynie. Około 17:00 ląduję w celi. O 18:00 dwie kromki chleba tostowego i topiony serek. Smakuje mi ten topiony serek. I jeszcze kanapki od adwokatów i woda.

W DPZ-tach zabierają okulary, więc trudno jest mi czytać.

Próbuję znów poćwiczyć jogę.

O 20:00 zmiana warty i jest inna ekipa, składająca się z moich sympatyków. Proszą o podpisy. Dostaję ekstra wodę. Jest milej. Dobra energia.

Jestem w DPZ po złości, ale oficjalnie, bo to sobota i ponoć administracja więzienia nie działa. Ponoć!

Będzie więc w sumie pięć dni w psychiatryku. Czas pikarejski. Czas dla pikara!

Niedziela, 06.10.24

Najdłuższa niedziela w życiu. 24 godziny non stop na dołku.

Próbuję czytać Pinokia, ale oczy mam tak opuchnięte, że robi się taki trochę stan zapalny. Chyba od tego nieustannego przebywania w sztucznym świetle. Ćwiczę jogę. Śpię, bo mi dzisiaj pościel zostawiono. Piorę majtki, skarpety.

Co chwila; wstaję, kładę się, budzę, znów wstaję.

Gdy się podnoszę z materaca, widzę tę kompozycję: materac, prześcieradło, koc. I zostaje mi ona pod powiekami.

Martwię się o syna Franka, który w tej sytuacji został sam, a mieszka w Stanach. Z mamą, Moniką, jest obecnie na wojennej ścieżce, a ja, będąc w areszcie nic nie mogę zrobić. Kiedy się zobaczymy? Czy szkoła go nie wywali z powodu niezapłaconego czesnego? Wszak to Ameryka. Ma wprawdzie niedaleko do mojego starszego syna Emila, ale to jednak dwie godziny lotu samolotem, czyli tak jakby odległość Warszawa – Mediolan. I nie może sobie tak często jakby chciał latać też ze względu na internat w szkole, obowiązki, ale i koszty. Byliśmy ostatnio bardzo blisko ze sobą. Jak nigdy. Jest mi przykro, że został sam. Choć wiem, że to jest w sumie dobre dla niego, to szansa, aby wziął odpowiedzialność za swoje życie.

Córka Zosia jest po wspaniałej transformacji w minionym roku. I jest z mamą w Warszawie. Jest bardzo silna. Wykonaliśmy razem (wszyscy) ogromną pracę w tym roku i niezapomnianą podróż do Lwowa. Duża w tym i wspaniała rola Moniki.

Tenczynek ponoć bez prądu i bez ochrony. Tak samo w domu.

Niedziela w półśnie. W wyobrażonych rodzinnych rozmowach z Frankiem, Zosią, Moniką. W przebieganiu wspomnień minionych lat i szczególnie tego roku. Nie mam długopisu. Nie mogę robić notatek. Piję wodę i śpię.

Poniedziałek, 07.10.24

Jest chwilę po 8:00. Ćwiczę jogę. Drzwi się otwierają, staje w nich strażnik i mówi: „Panie Januszu, zbiera się pan, przyjechali po pana”. Ale stoi jeszcze chwilę. Jakby chciał mi coś powiedzieć.

– Ja to się z nimi sądzę – wyrzuca wreszcie z siebie. – Wie pan… już piąty rok.

I wychodzi.

Wszystko przy wyjściu odbywa się jeszcze raz: depozyt, przebranie się. Policjanci, którzy przyjechali po mnie, są na luzie. Co za ulga po CBA! Profesjonalni, ale mają zupełnie inne podejście. Nie takie sztywne.

Areszt śledczy. Izba przyjęć bardzo sprawna, szybka i nawet wodę dostałem gratis. Wciąż chce mi się pić. Jest też nieustannie ciepło. Procedura przyjęcia podobnie jak w DPZ-cie: depozyt, kontrola osobista. Mogę jednak zatrzymać okulary, długopis i papier do pisania. Jest szczoteczka do zębów i pasta oraz więzienne nowe majtki!

Potem jest lekarz i w badaniu wychodzi, że mam wysokie ciśnienie: 180/103/88. Dostaję receptę i przyponownej kontroli, tego samego dnia wieczorem, jest już 134/90/84. Po lekarzu jest wychowawca, który objaśnia regulamin, zasady pobytu, połączeń i tak dalej. Na koniec idzie psycholog – trochę rozczarowany, że nie jestem narkomanem albo chociaż alkoholikiem. Nie będzie więc programu dla mnie. W gruncie rzeczy wszystko jest bardzo dobrze zorganizowane. Ludzie młodzi, z nowego pokolenia, choć budynek stary i zaniedbany. Oni mają ogromną i bezwzględną wiedzę na temat więzienia, nie mają iluzji co do tego, kim jest człowiek i jak nie wiele można z nim zrobić. Sens mają programy behawioralne. Takie jak dla AA. To takie twarde myślenie o człowieku jak o zwierzęciu. A jednocześnie są nieprzemocowi co do zasady.

Ogromna ilość bodźców, szok poznawczy.

Cela. Cóż… cela jest celą. Zimna, ciemna, powietrze zatęchłe i łóżko metalowe, stuletnie, tynk odpada ze ścian. Koce jednak nowe.

Mam (dostałem od razu!) książki. Otrzymałem między innymi Akademię Pana Kleksa. Jest „git”. Dostałem też wiersze Różewicza. Skąd bajka dla dzieci? Chcę dla własnych potrzeb sprawdzić, czy Pan Kleks Brzechwy ma taki potencjał hermeneutyczny, jak Pinokio Collodiego. Czy to jest uniwersalna opowieść o kondycji ludzkiej, czy jedynie bajka dla dzieci? W ogóle temat bajki jako opowieści sekretnej, która zawiera wiedzę tajemną, zdaje mi się teraz bardzo bliski.

Poniedziałek (pierwszy jako osadzonego) mija w nowym miejscu szybko. Dużo nowych informacji, dużo się dzieje. Lekarz, ciśnienie, biblioteka, książki. Zaczynam pisać notatki z ostatnich lektur książki Agambena o Pinokiu. Czytam też Pana Kleksa. Piszę i piszę. Po kilku dniach tutaj nagromadziło się dużo rzeczy do zapisania.

Ze 100 zł jakie miałem do dyspozycji, zabranych jeszcze z domu w Lublinie, na zakupy w kantynie wydałem już 67 zł.

Zasady dotyczące gotówki są tu bowiem takie, że 50% kwoty, jaką się posiada (ja miałem 200 zł) lub dostanie na konto od rodziny, idzie na tzw. żelazny kapitał, a reszta jest do dyspozycji. Właśnie na zakupy. Kapitał żelazny to środki niezbędne po wyjściu, aby gdzieś dojechać, coś zjeść w podróży, przetrwać czas, gdy już się opuści więzienne mury.

Wtorek, 08.10.24

Poprzedniego dnia poszedłem spać wcześnie. Łóżko jest małe i ledwie się mieszczę. Jest metalowe, a więc nieprzyjemne w dotyku. Zniszczone. Materace, a raczej sienniki, są jak z kamienia. Choć wyglądają jakby były zrobione z czegoś innego niż kamień właśnie. Jakby były z wełny! Ich wygląd jest mylący do tego stopnia, że musiał je chyba zrobić jakiś współczesny Fidiasz.

Cela jest zimna, usytuowana z północnej strony. Noc też była zimna. Cela pojedyncza, ale monitorowana całą dobę. Jednostkowa ogólność.

O 6:00 rano jest pierwszy apel. Podaję więc karteczkę z prośbami:

– zmiana sienników,

– brak ciepłej wody,

– drzwi do toalety się nie zamykają,

– dodatkowy koc, bo przykrywałem się płaszczem,

– książki i kartki do pisania,

– łaźnia,

– spacer.

Jakże byłem zdziwiony, gdy wszystkie moje prośby zostały spełnione! I dodatkowo jeszcze dołożono płytki na ścianę nad zlewem, zakrywając tym samym fragment odpadającego tynku. A to było bardzo deprymujące od strony estetycznej i sanitarnej.

Przez cały dzień bardzo wielu więźniów przechodząc obok moich drzwi pozdrawiało mnie bardzo życzliwymi słowami. Dodawało mi to bardzo otuchy. Rozmawiam o tym z wychowawcą i psychologiem. Nie ma żadnej agresji, raczej solidarność. Wprawdzie w nocy ktoś krzyczał: „Janusz Palikot! Janusz Palikot!”, i miał przy tym desperacki ton głosu, ale to raczej jako wyraz swojego stanu, a nie złych emocji do mnie.

Obydwaj, i wychowawca i psycholog, rekomendują, abym nie reagował na te pozdrowienia. Robią dobre wrażenie. Ale wiadomo – to więzienie. To są służby mundurowe i mają swoje zadania.

Pierwsza łaźnia od zatrzymania – 3 października. Po sześciu dniach mogę się wreszcie po raz pierwszy umyć. Obłęd. Jestem w grupie trzyosobowej, o podobnym ponoć profilu społecznym... Czuję się bezpiecznie.

Znów godzinny spacer. Jak wczoraj. Pogoda jest piękna, 21 stopni. Lato. Spacerniak skromny, jak klatka, ale błękit nad głową przebija przez potrójne kraty sufitu i trzymetrowe mury.

Póki co nikt do mnie nie przyjechał do aresztu. Nawet adwokaci. Dla rodziny uzyskanie takiej zgody to dłuższa procedura, ale obrońcy powinni szybko dostać akceptację. Choć po tych awanturach adwokata z prokuratorem może być różnie. Pewnie poczekam. Żadnych wizyt póki co.

Sąd II instancji ma formalnie czas do soboty, aby wyznaczyć termin i wówczas w kolejnym tygodniu byłaby rozprawa. Ale tu nikt sądów nie zmusi do żadnych szybkich terminów. Nic tu nie odbędzie się szybko.

Dziś do obiadu pierwsza surówka. Kapusta! Pierwsze warzywo, w dodatku surowe, od tygodnia. I nie miało znaczenia, jaka ta surówka była. Głodny byłem jak wilk. Siłą rzeczy – wilk więzienny.

Ciśnienie znów dość wysokie: 160/100/90. Wieczorem: 140/90/80.

Środa, 09.10.24

Obudziłem się o nie wiadomo której. Tak jest ciągle od momentu zatrzymania. Nie mam tu zegarka i nie mam telefonu, więc nigdy nie wiem, która jest godzina, ale było jeszcze ciemno. W więzieniu cisza. „Musi być późno”, pomyślałem. Taka cisza jest tylko w środku nocy. Poszedłem spać wcześnie, jeszcze przed 21:00. Zatem pewnie jest godzina, dwie po północy.

Poza napadami lęku, które związane były z Frankiem i Zosią oraz bardziej ogólnie Olkiem, który mieszka we Lwowie, nie mam innych ataków lękowych. O Emila się jakoś zupełnie nie martwię.

Wstałem więc po krótkich rozważaniach i się ubrałem, ale nie zdążyłem umyć twarzy i zębów, gdy o 6:00 zawył alarm na apel.

W tym pośpiechu zapomniałem wystawić kosz i wrzucić kartkę z prośbami. Ale zadzwoniłem na domofon i strażnik wrócił.

Przespałem więc dzisiaj 9 godzin. Szok i niedowierzanie.

Pierwsza myśl, z jaką się obudziłem rano: czy ja jestem pikaro? Tym bowiem mianem określiła mnie latem tego roku Agata Bielik-Robson, koleżanka ze studiów, profesor filozofii, teraz pracująca w PAN-ie.

Wówczas poczułem się nawet trochę dotknięty tą opinią. Obecnie jednak, po gruntownej analizie Pinokia w wykonaniu Giorgio Agambena zacząłem w więzieniu o tym myśleć na serio. W jakimś sensie utożsamiam się z Pinokiem. Z tym jego biegiem przez życie, pewną szlachetną naiwnością pomieszaną z samolubstwem, brakiem odpowiedzialności i ciągłym pakowaniem się w kłopoty. Może tylko potrzeba zrozumienia świata odróżnia mnie jednak od Pinokia i bohatera pikarejskiego.

Człowieka nie można zamknąć w więzieniu, jak to się wielu wydaje, bo to, co określa istotę człowieka, nie znajduje się w jakiejkolwiek przestrzeni. Człowieka można wywodzić raczej z ducha kantowskiego Dasein Heideggera, a więc istnienia, które jest raczej czasem, bo jest czasowe, niż jakimkolwiek bytem określanym tu i teraz, jako obecne ciało. Z drugiej strony Dasein jest czasowo zanurzone w bycie, jest byciem myślącym, egzystencją, istnieniem. W takim kontekście słynna fraza z Hamleta: „Zamknięty w łupinie orzecha i tak pozostanę wolny” – nabiera tu głębokiego metafizycznego sensu. Człowieka można wszakże w więzieniu złamać, przemienić, zgnieść albo zniszczyć, czego przykładem są choćby bohaterowie Orwellowskiego Roku 1984. Jednak w bardziej codziennym rozumieniu tej kwestii można go również zniechęcić do ludzkich odruchów. Jednak to on sam ostatecznie tego dokonuje na sobie. Mechanizm ten nie dotyczy wszakże ani Pinokia, ani innych pikarejczyków. Bohaterowie pikarejscy, tak jak i Pinokio, są nienaruszalni w sensie psychologicznym. Nie można ich zniechęcić do bycia sobą.

Głosy w więzieniu są blisko, jakby obok mnie, jakby ktoś fizycznie mówił przy uchu, nawet gdy są to szepty w odległej części korytarza. To pewnie wynika z konstrukcji tego starego budynku i z materiałów użytych do budowy drzwi. Powoduje to wszak dodatkową kontrolę celi bez konieczności wchodzenia do niej. To jakby dodatkowy nadzór. W rezultacie też zgrzyt zamka w drzwiach jest tak głośny jakby to był nagły atak i wtargnięcie, a nie ich otwarcie. Bliskość dźwięków jakby zmienia głębię przestrzeni. Wszystko jest małe. Nic nie zatrzymuje dźwięku. Ta nagość pomieszczeń wobec dźwięku powoduje wrażenie przemocy.

Strażnik wchodzi do celi bez uprzedzenia. Bez – jak to się mówi – pukania. To jest niepokojące i nieprzyjemne. To jakby odarcie z intymności nawet w celi, z intymności miejsca, w którym się śpi. Od razu słychać zgrzyt zamka i od razu strażnik jest. Nic tego nie zapowiada. Jakby w sumie nie było tych drzwi. To wejście wprost do łóżka.

Próbuję myśleć strategicznie. Co dalej? Teraz trudno będzie podnieść biznes. Może trzeba będzie robić coś nowego. Albo to samo, ale zupełnie od nowa. Muszę zarabiać, aby pomóc Frankowi i Zosi i jakoś samemu żyć. To, co miałem, wszystko przepadło! Nie stać mnie na bycie pisarzem lub filozofem. Tak teraz uważam, czy raczej tak mi teraz przebiega przez głowę ta myślo-emocja. Ale czy na pewno? Zawsze pracowałem z własną wizją i na swoich zasadach.

Początek i koniec.

Koniec i początek.

Kim jest pikaro? Agamben wskazuje na dwa tropy. Jeden jest związany z literaturą łotrzykowską, opowieściami o awanturnikach, chuliganach, sprytnych oszustach i złodziejach, gdzie życie toczy się wśród więźniów, starć z władzą, wokół artystów i na „wiecznym głodzie”. To myślenie Italo Calvino. Postacie od Pinokia do Chrystusa mieszczą się w formacie tego właśnie typu pikarejskiego. Wiodą życie wśród szubienic. W tym sensie nie postrzegam siebie jako bohatera pikarejskiego. Mimo moich ciągłych problemów z władzą, wiecznych konfliktów ze społeczeństwem, tendencji do prowokacji i bycia w niekończącej się podróży. To wszystko tylko pozornie łączy mnie z pikarem, ale nawet jeśli, to bardziej z figurą Pulicinelli, Arlekina, Jokera aniżeli Pinokia. Mnie poza tym też nigdy nie ciągnęło do podejrzanych miejsc, spelun, melin, katakumb i podziemia. Przeciwnie, unikałem ich jak ognia. Miejsca prowokacyjne, piękne, tajemnicze – tak, brudne, mętne, zakapiorne – nie!

Drugi trop wskazany przez Agambena wydaje się za to bliższy mnie, ciekawszy też od strony konstrukcji osobowości. Pikaro to pęknięcie osobowości, wykorzenienie, nieprzynależenie do siebie, to bycie wrzuconym w świat bez woli i możliwości jakiejkolwiek decyzji. Agamben pisze o konwertytach w Hiszpanii, wspomina także o przechrzczonych Żydach czy innych emigrantach w Ameryce.

Ta druga linia pikarejczyków to między innymi los hiszpańskich Żydów konwertytów. I o tym pisze cytowany przez Agambena Americo Castro. Pikaro to ktoś, kto nie ma tożsamości lub ma, ale pękniętą. Jak właśnie Żyd przechodzący na chrześcijaństwo, czy polski emigrant wcielający się w Amerykanina. Takim pikaro był Jakub Frank i cała masa Żydów zwanych w Polsce frankistami, którzy w Rosji przechodzili na prawosławie, a w Turcji – na islam. W Polsce to zjawisko powszechne, a jego skalę pokazują jednocześnie Księgi Jakubowe Olgi Tokarczuk i Dziady i dybuki Jarosława Kurskiego. Takim pikaro jest też chyba Beniowski. Natomiast Gombrowicz w Argentynie to postać łącząca oba nurty pikarejskie, tj. zarówno nurt „łotrzyków” jak i „konwertytów”. Gombrowicz to konwertyta, ale nie żydowsko-chrześcijański, a właśnie szlachecko-inteligencki i jednocześnie łotrzyk z Reviro, żywiący się na stypach w Buenos Aires i wałęsający po gejowskich dzielnicach portowych w poszukiwaniu taniego seksu.

Dla zrozumienia tego typu „awanturników” jak Jakub Frank istotne jest to, że brak ich jasnej tożsamości prowadzi do swoistego zatracenia się w życiu. Do takiego życia, aby żyjąc zużyć życie! Uciekają w taki sposób przed poczuciem braku swojego własnego życia, bo pikaro nigdy do końca nie wie, kim jest, ale czuje, że nie jest tym, czym jest, jego życie to bycie kimś innym, według słynnego szlagwortu francuskiego poety Artura Rimbauda „ja to ktoś inny”. I właśnie ten drugi typ pikaro jest mi bliski. Jak twierdzi Agamben, kluczowe jest w nim „inicjowanie siebie w brak”. Rzecz niebywała. Może niemożliwa w ogóle.

Niektórzy zyskują pewną tożsamość przez fałszywą świadomość – nacjonalisty, polskiego psychofana, ultra katolika inkwizytora – jak brat Jarosława Kurskiego – a inni rzucają się w szaleństwo pracy, nieustannej aktywności, szperactwa. Jak Miłosz i wielu emigrantów.

Pozostają jeszcze tacy pikarejczycy, jak wspomniany już Gombrowicz czy bohater Rękopisu znalezionego w Saragossie Potockiego. Wciąga ich przygoda, awantury, perwersja, ale horyzont intelektualny i formacja kulturowa czynią z nich i ich przygód coś kulturo-twórczego, swoisty rodzaj syntezy osobowości i świata i to na potrzeby nowej kultury. Kultury, która wynika jakby wprost z ich przygód, czego dowiadujemy się dzięki ich perturbacjom. Ten rodzaj doświadczenia egzystencjalnego wynika z przygód Beniowskiego, Casanovy czy właśnie Alfonsa van Wordena. Te wszystkie wielkie kroki tożsamościowe: dorosłość, rodzina, polityka, są właśnie z gruntu pikarejskie, czyli pełne perturbacji i przygód. I w różnych konfiguracjach są zarazem przekroczeniem figury pikarejskiej w różnych kierunkach. Maria Janion nazywała takie „przejścia” transgresjami.

Właśnie dlatego historia Pinokia jest równie uniwersalna. Przemiana pajacyka w chłopca jest przemianą, przez którą przechodzi nie tylko każde dziecko, ale też każdy dorosły. Przygoda Pinokia to droga na wskroś powszechna, bo wyłożona w formie bajki „wędrówka” egzystencjalna; Collodi zrobił tu coś, co naprawdę niewielu się udało (na pewno udało się jeszcze Andersenowi), a mianowicie, że podał czytelnikom pewną niezwykłą figurę losu, która wpisała się w każdy rodzaj doświadczenie ludzkiego i już w nim została jako niezbywalna reguła „przejścia”, swoista transgresja. Pinokio staje się dzięki temu metaforą losu i pojęciem filozoficznym, jak jest nim tak samo jak Don Juan, Don Kiszot czy Edyp i Kompleks Edypa.

Dziś na śniadanie (środa) była do picia kawa zbożowa, bardzo wodnista. „Trącona” kawą. Taka jest zawsze. Serek „fromage” z Mlekovity. Słony, w stylu francuskim. Ale w składzie miał głównie kukurydzę. No i taki chleb jak z PRL-u. Dziś już rzadko można go dostać. W młodości w Biłgoraju też go raczej nie jadaliśmy, bo tam wszędzie były piekarnie prywatnie z dość dobrym chlebem. Ale mam pewien sentyment do tego właśnie chleba.

Powracam jeszcze do myśli (która nachodzi mnie często) o tym, ile jest we mnie pikara? Może właśnie niespodziewane sprzedanie Ambry a potem Polmosu, odcięcie się gwałtowne od biznesu i taki jak mój skok „na główkę” w politykę, od razu na funkcje szefa regionu i członka zarządu jednej z największych partii – oto są właśnie zachowania pikarejskie? W polityce panuje atmosfera łotrzykowska, cała polityka jest działalnością łotrzykowską, trzeba to sobie uświadamiać. Człowiek jest otoczony wielkodusznymi złodziejami (Morawiecki), pobożnymi fałszerzami (Romanowski), bezinteresownymi grabieżcami (Kaczyński) i gorliwymi zbójami (Ziobro). Zaiste, oto czysty świat pikarejski. Sam zaś nie raz pokazywałem w nim, że jestem „Wielkim Panem”, co też należy do pikarejskiego świata, a co jest odwróconą figurą „ja płacę” jak ze mnie kpili prawicowi dziennikarze, powtarzając plotki o moim sponsorowaniu różnych degustacji w czasach działalności w PO!

Kiedyś Staniszkis, aby mi dokuczyć, powiedziała, że ja nie istnieję. Miała na myśli samodzielność polityczną, w czym, jak już dziś wiadomo, się myliła. Jednak problemy z tożsamością w istnieniu to cecha wszystkich pikarejczyków.

Musi być już co najmniej 9:00 rano. Rozpisałem się dzisiaj. Wzmaga się hałas. Jakby wieczny remont w tej nieśmiertelnej ruinie, jaką jest areszt śledczy we Wrocławiu. W areszcie, podobnie jak w Akademii Pana Kleksa, nie ma pracowników zewnętrznych. Pracują sami więźniowie. Z wyjątkiem, rzecz jasna – strażników. Tylko oni to pracownicy nie będący skazańcami, choć też sobie codziennie zadają pytanie, co ja tutaj robię, skoro nie zostałem skazany, skoro nie postawiono mi nawet zarzutów?

Ciśnienie 147/88/78. Czyli nieźle. A jak na areszt wydobywczy to wręcz bardzo dobrze.

W bibliotece więziennej, dość dużej, przede wszystkim klasyka, ale bardzo dobra: Proust, Mann, Dostojewski, Bułhakow, Mickiewicz, Miłosz. Ale jest też dość duży wybór książek Olgi Tokarczuk i Różewicza. Nie ma natomiast choćby Wisławy Szymborskiej. Nie ma Gombrowicza, Schulza. Brak Witkacego. Jest za to Franz Kafka. To, że są Księgi Jakubowe, to jednak ogromny plus. Bardzo mnie też zaskoczył Lampart Lampedusy. I to dwa egzemplarze. Więc bardzo dobry wybór. Zapewne jak większość ludzi nie zdawałem sobie sprawy, że tak mogą wyglądać zbiory więzienne. To jeden z niewielu przykładów jak dobrze może oddziaływać kultura w tej sferze życia. W bibliotece ponoć panuje cisza, nikogo tam nie ma. A książki dostaje się do celi, na zamówienie zgłoszone oddziałowemu na kartce przy apelu porannym.

Areszt wydobywczy w areszcie śledczym polega na tym, że zatrzymanemu zapewnia się konieczne bezpieczeństwo.

– Bezpieczeństwo podejrzanego to rzecz najważniejsza, drogi panie. – Powiedział mi dyrektor. – Dbamy tu o to jak o eucharystię.

W konsekwencji tej polityki aresztowanego, niczym Torę, się izoluje, obserwuje i przetrzymuje. Tak długo, aż przemówi on niczym księga, czyli przyzna się. A jak nie ma się do czego przyznać, to się przetrzymywanie wydłuża. I czeka na cud. W ramach monitorowania tego cudu co pół godziny zapala się dodatkowe światło. Bardzo żółte swoją drogą. Cela zaś jest do tego odpowiednia, bo ciemna, zimna i zrujnowana. I to jest właśnie moc wydobywcza. A wszystko w trosce o bezpieczeństwo.

Wizyta wrocławskiego adwokata. Cudowny człowiek. Świetny na sali sejmowej. Pewnie doskonały kompan przy biesiadzie. Dusza towarzystwa. Ale w sprawach codziennych, praktycznych warunków życia w celi – kosmita.

To więzienie we Wrocławiu z ulicy Świebodzkiej trzeba przenieść za miasto. Budynek i nieruchomość sprzedać, a za wszystkie środki zrobić kilka więzień, takich jak to nowe w Janowie Podlaskim w województwie lubelskim. Tego kompleksu nie ma sensu remontować.

Martwię się o Franka. Martwię się o Monikę. O Zosię się nie martwię. Jakoś mam pewność, że ona teraz mocna jak skała. Mimo że najmłodsza.

Kiedyś ze Stefanem Niesiołowskim, z czasów, gdy jeszcze byliśmy w jednym klubie w sejmie, poszliśmy na moje zaproszenie do restauracji w hotelu Sheraton. Blisko sejmu. Wówczas była tam świetna kuchnia azjatycka. Gdy Stefan zjadł, to jego talerz był tak czysty jakby nieużywany. Kiedy zobaczył moje zdziwienie, odpowiedział: „W więzieniu się tego nauczyłem. Talerz ma być czysty, bo nie ma go czym umyć”.

Włosi nazywają to la scarpetta, skarpetą, czyli pajdą chleba, którą wycierają z talerzy sosy, resztki po risotto czy makaronie. Dla nich nie jest to kwestia więzienia tylko urody jedzenia i życia.

Czwartek, 10.10.24

W celi tylko zimna woda.

Wczoraj znów poszedłem spać bardzo wcześnie, to jest przed 21:00, ale wstałem też z samego rana. Nie wiem, która mogła być godzina. Nie mam zegarka ani telefonu. Dość intensywnie jeżdżą tramwaje, więc jest już pewnie około 4:00. Może później. Czasu jest jakby więcej od tego braku wiedzy o nim. Ponieważ nie ma miary to czas rozlewa się, wydłuża w nieskończoność, poza jakąkolwiek granicę godziny, dnia, miesiąca. Żyje się jakby po omacku. W przestrzeni myślenia, a nie działania. Cela jest prześwietlona bowiem, absolutnie widzialna.

Podobny brak orientacji w czasie pamiętam z wyprawy na biegun. Tam dodatkowo słońce cały dzień jest w tym samym punkcie. Więc wszystko jest tą samą porą, tą samą godziną. Nie zmienia się wygląd tamtego świata. W celi więc jednak łatwiej o orientację niż na biegunie i choć jest ona ciemna, to porę z pewnym przybliżeniem dnia da się ustalić. Można się pomylić tylko o dwie, trzy godziny.

Słyszę, że ponoć prokurator został odsunięty, ale przy tej nagonce na mnie jest to, o ironio, odbierane jako działanie jakichś układów. Tak jakby najazd CBA, wywalenie futryny i demolka w domu to tak tylko dla picu (nie mylić dla – pisu).

Dobrze, że Jacek Dubois podnosi tak mocno sprawę praw człowieka, to jest ważne ogólnie. Nie tylko dla mnie. Poufność rozmów z adwokatem to fundament prawa do obrony. Wiele miesięcy temu proponowałem prokuratorowi, sam z siebie, przesłuchanie mnie. Ale to wszak nie o prawdę chodzi, więc przesłuchanie się wówczas nie odbyło.

Ciśnienie: 184/94/88. Słabo.

Organizacja więzień, ich logistyka, typ procedur, jest zbliżona do organizacji fabryki, a może nawet fabryki w ramach obozów koncentracyjnych. Oczywiście bez celu zagłady. O ile zagładą nie jest już ten poziom technicyzacji, jaki objął XX wiek. Wyraża się to już w taśmie produkcyjnej z filmu Chaplina Światła wielkiego miasta czy w eseju Heideggera O istocie techniki. Jednak w więzieniu ten mechanizm jest w stanie czystym. Więzienie wytwarza więźnia.

Człowiek aresztowany jest tym „co aresztowane”. Przedmiotem. Na poziomie języka wiąże się to z określeniami typu: „szykuje się”, „ubiera się”. Albo zwrotami w skrócie: „Łaźnia”. Co oznacza: „Idzie pan do łaźni”. Już maksimum personalnego odniesienia to: „Szykuj się, pan”, a raczej: „Ty, do łaźni!”.

Wszystko jest też totalnie funkcjonalne: jedzenie, leczenie, książki, spacery. To są przedsięwzięcia. Procesy, które się muszą odbyć. To nie jest nigdy osobiste. Tego, co osobiste, trzeba się całkowicie wystrzegać. Celem jest dobra kondycja tego, „co aresztowane”. Podobnie jest ze zdrowiem czy emocjami. To są tylko procesy w tej „fabryce”, jaką jest więzienie. Już sama ilość więźniów – tutaj siedemset osób – wymusza takie postępowanie, a także wpływają na to kwestie bezpieczeństwa. Ogromne znaczenie ma też poza tym to, że taka jest „kultura” tych miejsc.

Wszystko jest tu z ducha fabryki: sposób otwierania drzwi nie liczący się z nastrojem czy zajęciami zatrzymanego, styl podawania jedzenia – w drzwiach, w progu, a też wszystkie inne aktywności, które traktowane są jak taśma, jak ciąg technologiczny.

Nazistowskie obozy koncentracyjne tym się różniły od więzienia, że były nastawione na zagładę, ale już fabryki obozowe niczym się nie różniły od takich aresztów i więzień. Były tylko jeszcze bardziej wydajne, jeszcze bardziej przedmiotowe i dążyły do eliminacji. Czego tu oczywiście nie ma. W więzieniu i w fabryce to, co żywe, jest zamienione w przedmiot, w numer, jest produkowane.

W areszcie atmosfera jest możliwie dobra, taka, jak w nowoczesnej fabryce właśnie. Moi strażnicy i administracja to ludzie normalni. Nie ma tu jakiejś patologii i nie ma agresji. Nie ma z ich strony okazywania bezinteresownej przemocy. Choć między więźniami bywa. W porównaniu do obozów koncentracyjnych chodzi więc nie o intencje czy kompetencje aparatu, ale o to, że logistyka tego miejsca jest uprzedmiatawiająca, redukująca, czyli negatywna i przemysłowa. To nie jest świat resocjalizacji. To świat wykluczenia, a nawet – przekształcenia w przedmiot. Dotyczy to tak samo skazanych, jak zatrzymanych. Paradoksalnie skazani mają więcej praw niż aresztowani.

Ten przemysłowy i negatywny charakter widać wówczas, gdy rozlegają się jakieś krzyki w którejś celi i nikt nie reaguje. Działają tu wyłącznie procedury, a nie wzruszenie czy choćby współczucie. Więźniowie to dobrze wyczuwają i dlatego nie walczą z procedurami, ale ich przestrzegają. Wręcz wzorcowo przestrzega się tu regulaminu i zasad. To jednak nie tworzy wspólnoty a tylko mechanizm. Dlatego więźniowie budują wspólnoty na zasadzie subkultury, jako jedynej możliwej więzi. To polega na tym, że jest alternatywny świat. Obok procedur i całego formalnego życia w więzieniu. Świat nie jako prawdziwy, ale ukryty i dostępny tylko dla niektórych. One się przenikają tylko w chwili buntu.

Przynależenie do gangu jest paradoksalnie formą resocjalizacji, choć oznacza zwiększenie umiejętności przestępczych. Ale to pozwala przetrwać w trakcie siedzenia i później, po wyjściu.

W nocy ktoś krzyczał na całe więzienie: „Dziękuję, dziękuję, dziękuję!” Można się tylko domyślać z czym się to wiązało. Strażnicy nie interweniują. Tak jest ich zdaniem lepiej. Pogadam o tym z psychologiem. Tu codziennie słychać jakieś jęki, jakiś głos rozpaczy, ale to co innego. To po prostu ktoś nie daje rady. Natomiast to „dziękuję” to raczej gwałt!

Z informacji wrocławskiego adwokata wynika, że była próba odwołania prokuratora, więc wszystko się wydłuży, niezależnie od ostatecznej decyzji w sprawie tego konkretnego prokuratora. Termin drugiej instancji biegnie dopiero od momentu złożenia zażalenia. Pewnie więc najwcześniej 14 października będzie komplet zażaleń. Wówczas sąd wyznaczy termin, ale też pewnie nie z dnia na dzień. Zatem 24 czy 25 może być rozprawa, a może nawet 28. Zatem miesiąc i tak posiedzę. W oczekiwaniu na. Potem jeszcze, jeśli wyrok będzie podtrzymany, trzeba wpłacić kaucję, przyjechać i podpisać umowę. Zatem urodziny w celi. Taki to właśnie system. System mielenia sprawy.

Ponoć ktoś zgłosił się do kancelarii Jacka Dubois i zapowiedział, że sam zapłaci kaucję. Są i inni chętni, głównie z rodziny. Więc kaucję chyba zbierzemy, choć proste to to nie jest. Ani pewne. Zgłasza się też wielu wariatów.

Proces sądowy to tyleż dochodzenie czegoś, co proces społeczny. Gra różnych sił. Dużo zależy od ukształtowania opinii publicznej. Ważne, aby się nie poddać. Bo opinia publiczna też ma cykle i też się zmienia. Determinacja w tym sensie to część prawdy.

Skarpety więzienne, majtki więzienne, piżama więzienna. Takie dostałem rzeczy od kwatermistrza. Wszystko z więziennymi pieczątkami. I te więzienne pieczątki są bardzo dizajnerskie.

Dopiero 6:00 rano. Apel, wycie syreny. Wstałem więc o 4:00. Za miarę czasu służy mi to, ile napisałem. Mniej więcej.

Dziwi mnie dość duża ilość młodych ludzi tutaj. Wszędzie. Zarówno w CBA jak i w obsłudze więziennej oraz w policji. Nowe pokolenie. Podobnie było w DPZ-cie. Jakby te instytucje zostały „odczarowane” i nie są już symbolem władzy autorytarnej, jak to było jeszcze dwadzieścia lat temu. Także pielęgniarz, wychowawca, psycholog to ludzie nowego pokolenia.

Dlaczego wybierają jednak tę niełatwą pracę, gdy na rynku jest taki deficyt rąk do pracy? Co by nie powiedzieć praca w więzieniu wpływa na każdego normalnego człowieka ekstremalnie negatywnie.

Brakuje ludzi w szpitalach, szkołach, magazynach, wszędzie. Każdy z nich może znaleźć lepszą, łatwiejszą pracę niż tutaj. A jednak jest tu i lekarz, i pielęgniarz, i cała reszta. Dlaczego?

Czy Marek Kamiński, zdobywca biegunów, to też pikarejczyk?

A inni himalaiści?

W bibliotece więziennej nie ma Beniowskiego Słowackiego.

Ciśnienie 155/88/76. Jakby trochę lepiej.

Dokładnie tydzień temu o godzinie 6.06 doszło do mojego zatrzymania w wyniku niepotrzebnej akcji CBA.

W tym czasie dostałem jeden list. Grzywnę z Inspekcji Pracy.

Ciśnienie: 135/88/72.

Byłem też u internisty. EKG wyszło bardzo dobrze.

Nadaję się do więzienia.

– Panie Januszu, może pan tu siedzieć i dwadzieścia pięć lat – powiedział lekarz, patrząc na mnie z uśmiechem.

– To świetnie – odpowiedziałem.

Jutro badanie krwi.

Wczoraj przeczytałem tom ballad zaproponowany mi przez bibliotekarkę. Trzyma mnie energia Agambena, obecna przy analizie Pinokia.

Z tego tomu polskich ballad zaskoczył mnie Jerzy Harasymowicz. Znakomity. Ale też: Brell, Czechowicz, Szymborska, Światopełek Karpiński, Lechoń, Tuwim, no i Leśmian.

Po balladach Mickiewicza w naszej kulturze ballad nic nowego się nie działo aż do Czechowicza i Leśmiana. To oni ponownie ożywiają formę ballady. Zasługi Mickiewicza nie podlegają dyskusji, ale to się dziś sprowadza do punktu wyjścia w tym gatunku.

Rano dostałem z biblioteki więziennej kilka tomów Różewicza. W tym komplet jego wierszy, publikowanych w „Twórczości”. Ten tom chyba nigdy nie był czytany, a jest z 2014 roku. W ogóle dużo Różewicza w katalogu. Ale wiadomo – Wrocław, Dolny Śląsk. Legendarny duch lwowski. Obecny nawet na półkach biblioteki w areszcie śledczym.

Trzask, suw, stuk. Przesunięcie, przekręcenie klucza, otwarcie zamku.

Lekarz ponownie entuzjastycznie o wynikach EKG. „Żeby to tylko nie był argument dla sądu”, myślę.

Badanie krwi dopiero jutro.

Ciągle mnie ktoś pozdrawia.

Tadeusz Różewicz to taki poeta gotowy od pierwszego wiersza. Wykuty, wypalony przez wojnę. Wyszedł z lasu w roku 1945, usiadł i napisał wiersz. Od razu. Poeta rzucony w świat. Nie potrzebował dojrzewać jak Szymborska, nie był pomazańcem bogów jak Miłosz, ani nie dźwigał siebie jak Herbert. Gotowy. Realny. Ani mity, ani kultura nie były mu potrzebne. Znajdowały się w nim niczym powietrze.

Piątek, 11.10.24

Spałem dziesięć godzin. Tak długo nie spałem chyba od siedmiu, ośmiu lat. Nie pamiętam nawet kiedy. Zdaje się, że poprzednio tak długo spałem w Tabie, w Egipcie. Tuż przy granicy z Izraelem, w okolicy Ejlat. Byliśmy tam tydzień. I regularnie w nocy spałem po osiem godzin, ale nieustannie dosypiałem też w ciągu dnia. Na plaży. Byliśmy z Moniką tylko we dwoje i to wówczas po raz pierwszy pojechaliśmy na wycieczkę do Izraela i do Jordanii. Spaliśmy jedną noc w Jerozolimie, w legendarnym Hotelu King David, oraz w Jordanii, nad Morzem Martwym, od tej głębokiej strony, w świetnie położonym Hotelu Kempiński. Było tak pięknie, że w kolejnym roku wybraliśmy się na wakacje właśnie do Jordanii i zaczęliśmy też dość często jeździć do Izraela. Szczególnie do Tel Awiwu. Izrael nas zauroczył. Było wówczas bezpośrednie połączenie z Lublina i można było jechać nawet na dzień nad morze. I tak robiliśmy.

Wówczas w Tabie byłem też tak mocno wyspany jak dzisiaj. Jak w noc egipską.

Należę zatem do wyjątkowo dziwnej kategorii ludzi. Takich, którzy się wysypiają w więzieniu i na ziemi Egipskiej (w domu niewoli). Bieguni, łotrzykowie, pikarejczycy, ADHD-owcy.

No cóż, gorzej już nie będzie. To, czego się obawiałem, stało się. Zostałem zatrzymany. Mogłem oczywiście wyjechać, ukrywać się, starać o list żelazny, ale to byłby dowód w sprawie. Cały czas też wierzyłem, że nie będę aresztowany. Wiem bowiem, że nie stało się nic, co by do tego upoważniało.

Nie było żadnej piramidy.

Zarzuty są słabe i wynikają z chęci postawienia ich, a nie z dowodów. A jednak siedzę.

W więzieniu łatwo ponoć schudnąć. Tak wszyscy mówią. I jak się widzi, jak wyglądają zatrzymani, gdy wychodzą po kilku miesiącach i jak są chudzi, to wydaje się, że tak właśnie jest.

Na wolności aby schudnąć trzeba się namęczyć. Nastarać się. Żyć kilka miesięcy w wiecznym napięciu. Ćwiczyć. A tymczasem w więzieniu chudnie się mimochodem. Bez starania się o to. Jedzenie jest słabe. Nie ma alkoholu. Kolacja już o 15:30. Zatem wszystko chudnięciu sprzyja. Więc w kilka tygodni traci się 5–10 kg. Tak wszyscy mówią. Ja na razie straciłem dwa kilogramy. Ale to dopiero dziesięć dni. Zobaczymy, co będzie dalej.

Gdy w latach 2010–2011 codziennie ćwiczyłem jogę, też bardzo schudłem. Właśnie jakieś dwanaście kilogramów. Byłem także na diecie. I nie piłem alkoholu. Niespodziewanie też pojawił się wówczas swoisty rodzaj snów. Otóż miałem sny, że latam. I gdy śniło mi się, że natrafiam w sennych przygodach na jakąś barierę nie do pokonania, to ją właśnie przelatywałem. Ten sen miałem wielokrotnie. Nieustannie. I tak stworzyłem partię i wszedłem do sejmu. Jako trzecia siła w Polsce. To najlepsze sny jakie miałem w życiu. O możliwości latania.

W oceanie sympatii jaki mnie tu spotyka ze strony więźniów jest jakaś bardziej zasadnicza kwestia niż tylko to, że jestem producentem wódki, chuliganem w polityce, kolorowym ptakiem. Nie, to nie tylko to. Jestem też kimś, kto nie miał prawa tu trafić. A jednak trafił. To oznacza, że i oni czują jakiś rodzaj sprawiedliwości, ale też równości. W tej sympatii jest więc też satysfakcja.

Ten budynek więzienia na Świebodzkiej jest naprawdę paradoksalny. Klatki schodowe są w jakimś sensie obłędne: przeszklone, wielkie, wysokie. Rozmach jak w Hali Tysiąclecia. Witraże jak u Franciszkanów w Krakowie. Detal metalurgiczny, obróbka kamienia, ilość cegieł w elewacji – to wszystko w najlepszym gatunku, a cele są bardziej jak w lochu niż w więzieniu. Dziś już tak nie wyglądają ani toalety, ani łaźnie, ani prycze. Tutaj to są bardziej karcery niż więzienia. Dlatego ten niezwykły budynek powinien zostać sprzedany i przebudowany na hotel lub galerię handlową. Pięciogwiazdkowy hotel w więzieniu, z całą tą atmosferą grozy, to mógłby być sukces. A za otrzymane pieniądze niejedno więzienie można by postawić.

Wczoraj dostałem od kucharza nielegalne jabłko. Pyszne.

Na korytarzu momentami jest taki hałas jak na targowisku. Nie wiem, czy to remonty, czy kontrole celi.

Dzisiaj rano miałem badanie krwi. Około 7:00. Do ambulatorium odprowadzał mnie pielęgniarz i jakaś bardzo młoda strażniczka. Nie miała jeszcze dwudziestu pięciu lat. Dlaczego ktoś taki chce pracować w areszcie?

Młoda, ładna, zadbana!

Pielęgniarka bardzo sprawnie pobrała krew. Wszystko schludnie, czysto, jak w innym świecie. A to ten sam budynek aresztu. Władze więzienia z jakiegoś powodu chcą mieć areszt i cele w innym właśnie stanie, a nie tak jak w ambulatorium. Po co im ten syf?

Wychodził też z nami do tego ambulatorium owczarek belgijski, wyspecjalizowany w szukaniu narkotyków. Bardzo wesoły, żywy.

Spaceruję w małej grupie. Z dwoma zatrzymanymi. Jeden „młody” ma osiemnaście lat. Czyli jak mój syn Franek. Zatrzymany za narkotyki. Pierwszy raz. Więc raczej wyjdzie szybko. On też nie jest wytwórcą, więc ma rolę pośrednią. Raczej ktoś, kto wpadł na dystrybucji niż twórca procederu. W sumie jak niewiele trzeba, aby ktoś z w miarę normalnego życia wypadł i znalazł się na krawędzi.

Czasem to nawet mniej niż rok. Kilka miesięcy nieuwagi rodziców czy opiekunów. Słaba reakcja w szkole. I to wystarczy.

Drugi spacerowicz to już człowiek dojrzały, po trzydziestce, wrocławianin. Matka spod Lwowa a ojciec – polski Niemiec. Zatem 100% Wrocław. To zupełnie inna kultura. Pięć języków. Łatwość komunikacji. Umiejętność obserwacji, rozmowy. Inteligencja wybitna, żywa, duża sprawczość informatyczna, przedsiębiorca, pośrednik na rynku pracy. Taka mentalność europejska, empatyczna. Zupełnie niekonfliktowy. Z takimi osobami się dobrze współpracuje i dobrze żyje. Dlaczego zatem tu trafił? Ponoć go skusiła kwota. I też nie był sprawcą. Miał tylko rozładować transport papierosów. Dziwi mnie to, że ktoś jego formatu tak postąpił. Coś tam musi być jeszcze pod tym. Po zatrzymaniu go w Londynie i spisaniu został wypuszczony z informacją, że jego sprawa będzie omawiana za półtora roku. I tak się stało. U nas to nie do pomyślenia. Ktoś złapany na gorącym uczynku jest wypuszczany z informacją, że zajmą się jego sprawą za półtora roku!

Dziś znów jabłko.

Moja cela jest naprzeciwko telefonu na korytarzu. Telefonu dla więźniów. Właściwie dwóch aparatów telefonicznych. Jeden służy do łączenia z adwokatami i jest rzadko używany, a drugi do łączenia z rodzinami. I ten jest często zajęty. Nieustannie więc słyszę: „Tak, kochanie, tatuś cię kocha, kochaj tatusia, córeczko, synku…”

Wzruszające.

W dniu zatrzymania strzelały fajerwerki. Nad więzieniem. Co, jak się teraz dowiedziałem od kolegów więźniów, jest gestem solidarności z więźniami ze strony ich przyjaciół na wolności. To jest teraz ponoć bardzo popularna rozrywka. Prawie co tydzień tak się dzieje, a czasami nawet częściej.

Ciągle też słyszę, jak ktoś wykrzykuje imię „Janusz”. Brzmi to jak rodzaj mojego szaleństwa. Bo to jest szalone.

Od czasu do czasu. Nagle. Nikt i nic tego nie zapowiada, a jakiś więzień wykrzykuje na cały korytarz swoją rozpacz. Swój ból. W słowach wulgarnych, beznadziejnych. Szybko, straceńczo.

Znów salwy nad aresztem. Wybuchy jak w Sylwestra, fajerwerki, iluminacje, czyli te salwy są w określonej sekwencji i w kolorach. Długo, mocno, spektakularnie.

Wygląda i słychać to jakby to był jakiś język. Jakiś sposób komunikacji.

Cały dzień czytałem wiersze Różewicza.

Sobota, 12.10.24

Dzisiaj spałem gorzej. Poszedłem do łóżka już o 21:00. Wprawdzie nie od razu zasnąłem, ale dość szybko. Takie życie bez zegarka i telefonu to ogromna zmiana. Niby nic, a wszystko jest inaczej. Taki swoisty powrót do moich lat 80. i wcześniejszych.

W jaki sposób się wówczas budziłem do szkoły? Chyba mama mnie budziła. A w liceum u ciotki? Też chyba ona – ciotka. Szła na 7:00 do pracy i wychodząc, budziła mnie.

To budzenie działo się jakby samo. Organizm był uregulowany, wyuczony w tej rutynie. Zupełnie nie pamiętam tego mechanizmu.

W nocy, w półśnie, przypomniałem sobie jak w 1996 roku mieszkałem z rodziną w pałacu Zamojskich w Kozłówce; Spichlerz w Jabłonnej, gdzie mieliśmy mieszkać, był w remoncie. I przez wrzesień funkcjonowaliśmy w Kozłówce. Emil zaczął pierwszą klasę w Społecznej Szkole Podstawowej im. Klonowica, a Olek poszedł tam do zerówki. Zabierałem dzieci i żonę do Lublina, a sam jechałem dalej do Ambry, do Biłgoraja. Wracałem do Lublina około 16:00 i jechaliśmy do Zamojskich. Był piękny słoneczny wrzesień. Droga do Biłgoraja przez liściaste lasy była wprost zachwycająca. Nie odczuwałem żadnego trudu tej codziennej jazdy. Lubiłem prowadzić auto. W Kozłówce był piękny ogród, rosarium, zegar słoneczny. To wszystko było jak wprowadzenie do życia w harmonii i w słońcu. Ale w październiku przenieśliśmy się do Jabłonnej, do pięknego spichlerza w stylu prowansalskim. I tam mieszkaliśmy przez sześć lat. Główna willa majątku rodziny Vetterów była w tym czasie w remoncie. Teraz mieszka w nim moja pierwsza żona Mariola i bywają starsi synowie.

Zbudziłem się dziś trochę później, około 5:00 rano. Zazwyczaj od razu wstaję i coś robię. Piszę, czytam, ćwiczę jogę. Dziś leżałem w łóżku. Przypomniała mi się pierwsza podróż do Afryki, w grudniu 1995 roku. Chłopcy mieli wówczas 6 i 4 lata. Była to nasza pierwsza podróż poza Europę.

Pojechaliśmy do Kenii. Do Mombasy. Trzydzieści lat temu. Te wspomnienia zjawiają się w więzieniu trochę jak przed śmiercią, gdzie się ponoć całe życie człowiekowi przypomina. Nagle wróciła do mnie ta podróż. Wiele szczegółów, o których nie myślałem i nie pamiętałem od lat, odnalazło się, jakby były wczoraj. Pamiętam teraz Jerzego Urbana w basenie, jakiegoś gangstera z Polski rzucającego kokosy Emilowi, co przyjmowaliśmy ze strachem; ministra ówczesnego rządu, siedzącego w basenie na taborecie przy drinku. Jeszcze safari wokół Jeziora Wiktoria, biały nosorożec, ogromne marabuty przy hotelu w dżungli. I niesamowity powrót małym samolotem do Mombasy. Powrót jak z Pożegnania z Afryką. To wciąż jest magiczne. I to wszystko zjawiło się we śnie, jak żywe. Jakby wydarzyło się wczoraj. Słodki kicz lat dziewięćdziesiątych.

Tydzień temu zapadła decyzja sądu pierwszej instancji o tymczasowym areszcie dla mnie na dwa miesiące. W sumie nieuzasadniona po ponad roku śledztwa. Areszt miał bowiem sens wiele miesięcy temu, gdy ruszyło postępowanie, ale nie dzisiaj. Dopiero wczoraj prokurator (chyba jednak ten sam co dotychczas) złożył zażalenie na tę korzystną dla mnie decyzję, albowiem areszt jest, ale warunkowy. I teraz w ciągu dwóch tygodni powinno nastąpić „ostateczne rozwiązanie”.

W pierwszych dniach aresztowania nie wyobrażałem sobie nawet używania ubrań więziennych. Bo to tak jakbym uznał, że to zatrzymanie ma podstawy słuszności. Ale teraz, nie mając innej bielizny na zmianę ani ciepłych ubrań, musiałem się ugiąć. Zapachy rządzą, czyli śmierdzę. Nie ma wyjścia.

Na szczęście przezorny magazynier namówił mnie w dniu przyjęcia do aresztu do pobrania tych skromnych więziennych rzeczy. A ja, na szczęście, się posłuchałem. Myślałem wówczas: „Przecież za tydzień wyjdę, a tyle wytrzymam”. A tu już jedenasty dzień od zatrzymania w Lublinie i nie ma widoków na zwolnienie na dniach. Widzę też, że moje sześćdziesiąte urodziny spędzę raczej tutaj. I chyba warunkiem przetrwania w areszcie jest założenie, że tu wszystko będzie trwało dłużej. Trzeba tak się zorganizować, aby każdy dzień miał sens. Inaczej się nie uda.

Zaraz śniadanie. Zatem coś, co jest skrzyżowaniem herbaty i kawy zbożowej do picia oraz chleb z PRL-u plus coś jeszcze. Nigdy nie wiadomo co. Okazuje się, że dżem, a jego nie mogę jeść ze względu na cukier, więc zostaję przy samym chlebie. Trudno.

Ten chleb mnie zdumiewa. Że wciąż ktoś to produkuje? Nawet za komuny szukało się czegoś bardziej będącego chlebem. Rarytasem był pumpernikiel, chleb razowy. Oczywiście były też piekarnie prywatne, nawet w Biłgoraju, a tam cebularze, chałki, cynamonki i prawdziwy chleb na zakwasie. Wyprawa w nocy do takiej piekarni to była przygoda jak wyprawa po złote runo. A już pod koniec lat 80., w ramach reformy Wilczka i Rakowskiego, pojawiły się nowoczesne piekarnie. Tylko dlatego, że przyjęto prawnie zasadę; co nie zabronione, jest dozwolone. Proste! I nagle stało się możliwe to, co przez cały PRL było niemożliwe; pieczywo francuskie, bagietki, croissanty, rogale. Na samym początku jeździło się po nie nawet do Warszawy. Potem do Lublina, a w końcu pojawiły się i w Biłgoraju.

Muszę kiedyś odwiedzić tę piekarnię w Biłgoraju. Ciekawe, czy jeszcze istnieje.

Dostrzegam, że jest kilka reguł, które powodują, że dzień będzie udany. Jedna z nich to aby zaraz po obudzeniu wyjść na chwilę na słońce. W więzieniu to jest trudne, ale w zamian patrzę przez moje małe okienko na błękitne niebo, a jak jest brzydki dzień, to na czerwoną cegłę elewacji sądu. Mimo pory roku wciąż jest ładna pogoda. Zestawienie tej ognistej cegły i błękitu jest oszałamiające i przenosi mnie do Wilna, do kościoła św. Anny, który tak bardzo się podobał cesarzowi Napoleonowi, że chciał go zabrać do Francji. Wielu rzeczy pożądamy bowiem tylko dlatego, że są trudno osiągalne lub odpowiadają naszej potrzebie pychy.

Druga zasada dobrego rozpoczęcia dnia to napić się gorącej wody. I to akurat jest możliwe dzięki czajnikowi, który dostałem z kantyny. Mogłem sobie go tu kupić, bo przyszły pierwsze pieniądze od rodziny. Jeszcze szklanka wody mineralnej, też możliwa dzięki zakupom w kantynie, i dzień powinien być udany.

Jakiś człowiek szczekał jak pies. Pod moimi drzwiami. Chyba szedł na spacer, bo to jedyny moment, aby być na korytarzu i aby inni cię usłyszeli. Ale może szedł do lekarza czy też łaźni. Więźniowie, w przeciwieństwie do aresztowanych, mogą częściej wychodzić z celi, a nawet stać na korytarzu i patrzeć na klatkę. Ja jako człowiek „specjalnej troski” tak nie mogę.