41,50 zł
Nicolas Sarkozy został skazany na pięć lat pozbawienia wolności w sprawie finansowania jego kampanii prezydenckiej przez libijskiego dyktatora Mu’ammara al-Kaddafiego. Osadzono go w paryskim więzieniu La Santé 21 października 2025 roku. 10 listopada został zwolniony, ale pozostaje pod rygorystycznym nadzorem sądowym aż do apelacji planowanej na 16 marca 2026 roku. To bezprecedensowa sytuacja w Europie: proces karny zakończony wyrokiem skazującym dla byłego przywódcy państwa. Dziennik więźniato zapis doświadczenia izolacji, a także obserwacje dotyczące więziennego życia i jego wpływu na jednostkę. Sarkozy od początku procesu twierdzi, że jest niewinny, a jego aresztowanie i skazanie motywowane było nienawiścią. W swoim dzienniku-eseju analizuje także bieżącą sytuację polityczną kraju, stan debaty medialnej oraz kondycję wymiaru sprawiedliwości. We FrancjiDziennik więźniaukazał się 10 grudnia 2025 roku i od razu stał się bestsellerem, wywołując żywą dyskusję o praworządności, bezstronności sądów i przyszłości politycznej kraju.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 177
Rok wydania: 2026
«LE JOURNAL D’UN PRISONNIER»
by Nicolas Sarkozy
© Librairie Arthème Fayard, 2025
Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga
Copyright © 2026 for the Polish translation by Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak
and Marta Turnau (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)
Projekt graficzny okładki: Kinga Kosmalska
Zdjęcie autora użyte na okładce: © Sébastien Valente
Redakcja: Agnieszka Wójtowicz
Korekta: Izabela Sieranc, Iwona Wyrwisz
ISBN: 978-83-68542-43-1
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.
ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice
tel. 32 782 64 77, e-mail: [email protected]
www.soniadraga.pl
www.postfactum.com.pl
www.facebook.com/PostFactumSoniaDraga
www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga
E-wydanie 2026
Tych, którzy zechcą sprawić mi przyjemność i sięgnąć po tę książkę, pragnę uprzedzić, że nie jest to powieść. Wszystkie przedstawione w niej zdarzenia ukazują to, co naprawdę przeżyłem przez dziesięć lat dochodzenia, czternaście tygodni w paryskim sądzie poprawczym1 i trzy tygodnie w Zakładzie Karnym La Santé. W trosce o poszanowanie prawdy oraz o wiarygodność moich słów postanowiłem nie zmieniać żadnego z nazwisk bohaterów tej relacji.
Każdy z nich będzie więc mógł się w niej rozpoznać, a co za tym idzie – wziąć na swe barki cząstkę odpowiedzialności, która spada na niego w tej niewątpliwie bolesnej sprawie sądowej.
We wtorkowy ranek 21 października 2025 roku wstałem bardzo wcześnie. Był to dzień mojego uwięzienia. Nigdy nie przypuszczałem, że przyjdzie mi przekroczyć więzienną bramę. Było to wręcz niewyobrażalne. Nie jestem człowiekiem brutalnym ani agresywnym. Zawsze bardzo skrupulatnie płaciłem podatki. Nigdy nie dopuściłem się ani nie rozważałem żadnych nadużyć. Przez dwadzieścia lat byłem merem dużego miasta – Neuilly-sur-Seine – i nigdy się nie zdarzyło, by jakiś ogłoszony przetarg lub inna procedura wzbudziły wątpliwości lub wywołały kontrowersje. Cóż więc mogło mi się przytrafić? Musiałbym mieć wyjątkowo bujną wyobraźnię lub cierpieć na wręcz karykaturalną paranoję, żeby obawiać się czegokolwiek takiego. Takie było moje głębokie przeświadczenie i nastawienie wewnętrzne. To, co nastąpi, pokaże, jak bardzo się myliłem.
A jednak tego słonecznego ranka, gdy jechałem przez Paryż w kierunku Zakładu Karnego La Santé, musiałem przyznać, że nieprawdopodobne stało się faktem! Co mogło sprawić, że znalazłem się po złej stronie historii? Czym zasłużyłem sobie na takie traktowanie? Jakich zbrodni mogłem się dopuścić? Dziś muszę zdać sobie sprawę, jak bardzo byłem naiwny. Nigdy bym nie przypuszczał, że zostając głową państwa, mogę narazić moją rodzinę i siebie na takie niebezpieczeństwa. W osłupieniu śledziłem ciąg zdarzeń, których byłem świadkiem i uczestnikiem, a także ich rozwój.
Przez pięć lat pełniłem urząd Prezydenta Republiki Francuskiej. To wielki zaszczyt, ogromne szczęście, ale też poważny występek w ocenie wszystkich, którzy pałają nienawiścią do władzy politycznej, zwłaszcza jeśli jest to władza prawicowa. A ja zawsze byłem prawicowy i ani tego nie żałuję, ani się nie wstydzę, co, jak wyraźnie widać, jest okolicznością obciążającą. Wszak innym potrafimy przypisać tylko te uczucia, które sami żywimy wobec siebie i otoczenia. Niewątpliwie moją winą było to, że zbyt późno zrozumiałem tę prawdę. Jestem rozrabiaką. Nie zamierzam tego ukrywać. Niczego – prawie niczego – nie duszę w sobie. Często skłania mnie to do przesadnych reakcji, do wdawania się w niepotrzebne spory, czasem nawet do bezsensownego ranienia rozmówców. Równocześnie jednak takie zachowania pozwalają mi uwolnić się od złych emocji. Nie potrafię żywić wobec nikogo długofalowej nienawiści. Nie zachowuję urazy do ludzi. Przyjaciele często zarzucali mi, że zbyt szybko wybaczam lub zbyt łatwo puszczam w niepamięć obelgi i zdrady. Zrozumiałem, że nienawiść jest groźnym uczuciem, które karmi się sobą, które umacnia się z każdym dniem, aż w końcu trudno je ugasić, jeśli się go w porę nie odrzuci. Im mocniej nienawidzisz, tym mocniej pragniesz nienawidzić. To spirala bez końca. Ponieważ jednak takie emocje były mi obce, nie sądziłem, że inni mogą je przejawiać wobec mnie. Byłem o lata świetlne od myśli, że mógłbym wzbudzić tak rozbuchane, tak przesadne namiętności. Dlatego też okazałem się skrajnie nieprzewidujący. Zapłaciłem za to najwyższą cenę – więzieniem. Niewyobrażalne stało się faktem.
***
Takie myśli snuły mi się po głowie, kiedy obudziłem się rankiem 21 października. Carla, która właśnie otworzyła oczy, powiedziała:
– Co za koszmar? Cóż takiego zrobiliśmy, żeby zasłużyć sobie na ten horror?
Ta noc była dla niej bardzo ciężka. Starałem się ją uspokoić kilkoma zdaniami, byłem jednak świadom, jak strasznie są banalne.
– Zobaczysz, to szybko minie.
Ton mojego głosu zapewne zdradzał, że sam nie wierzyłem w to, co mówię. Próbowałem zachować twarz na tyle, na ile to było możliwe. Sam całkiem nieźle przespałem tę noc, choć i mnie rzeczywistość uporczywie o sobie przypominała. Poprosiłem dzieci, żeby dołączyły do nas na ostatnie wspólne śniadanie na wolności. Mimo przykrych okoliczności spędziliśmy te chwile jak szczęśliwa rodzina. Byli poważni, smutni, pełni oburzenia, ale ja z głęboką wdzięcznością przyjąłem ich próby ukrycia tego. Trojgu moich wnucząt udzielały się nasze emocje, choć ze względu na wiek nie rozumiały specyfiki sytuacji. Chciałem, aby tragedia, którą przeżywaliśmy, zjednoczyła nas jeszcze bardziej i żeby każde z nas mogło czerpać z niej siłę albo przynajmniej bodźce do nauki, wyciągania wniosków, rozwoju.
Zabrałem głos, żeby ich uspokoić i podzielić się swoimi odczuciami. Usiłowałem trywializować ideę więzienia, żeby typowe wyobrażenia, jakie nasuwają się na wzmiankę o trafieniu za kraty, nie wzmogły i tak silnych obaw i stresu, gdy byliśmy już wystarczająco zdenerwowani. Rzeczywistość była potworna. Musiałem jak najlepiej kłamać, żeby uspokoić najbliższych. Starałem się sprawiać wrażenie pogodnego i odprężonego – przynajmniej na tyle, na ile było to możliwe. Po raz kolejny stwierdziłem, że skuteczniej jest dać przykład, niż perswadować. „Róbcie to, co ja” jest znacznie bardziej przekonujące niż „róbcie, co mówię”. Louis trwał w milczeniu, ukrywając gniew, jaki wzbudziła w nim ta niesprawiedliwość. Wiedziałem, że z wielkim trudem tłumi swą siłę i temperament. Byłem dumny z jego zachowania. Jean zajmował się siostrą, doskonale wywiązując się z roli starszego brata, a czynił to z cechującą go wrażliwością i inteligencją. Pierre wnosił odrobinę swobody i wrodzonej dobroci. Dla każdego z nas był jak promyk słońca. A Giulia, z mądrością ledwie ukończonych czternastu lat, robiła wszystko, co możliwe w tej sytuacji, i chciała nawet – mimo wysokiej gorączki, jaką miała tej nocy – wyjść wraz z braćmi na spotkanie z ludźmi, którzy zgromadzili się pod domem, by okazać mi wsparcie. Była chora, ledwie trzymała się na nogach. Powiedziała do matki:
– Chcę być przy tacie, byłby rozczarowany, gdyby mnie tam zabrakło, nie mogę mu tego zrobić.
Nasze pragnienie, by ją chronić, musiało ustąpić wobec woli nastolatki. Aurélien, mój pasierb, również był z nami. Skupiony, powściągliwy, błyskotliwy i pełen emocji. Klan zebrał się w komplecie.
Widok ich wszystkich razem, emanujących miłością, dbających o to, by wszystko zrobić jak najlepiej, mocno mnie wzruszył i gdybym mógł sobie na to pozwolić, uroniłbym łzę. Carla jak zwykle była cudowna. Silna i pełna mądrości. Czułem jednak, jak głębokie jest jej fizyczne cierpienie spowodowane zbliżającą się rozłąką. Przez osiemnaście lat małżeństwa nigdy nie rozstawaliśmy się na dłużej niż dwa, trzy dni. Nie wiedzieliśmy, ile czasu potrwa ta przymusowa separacja. Kilka tygodni? Kilka miesięcy? Nikt, nawet moi adwokaci, nie mógł albo nie chciał wypowiadać się w tej kwestii. I na pewno właśnie ta niepewność była najgorsza, przyprawiała o zawrót głowy. Nie mogliśmy podejść do tego racjonalnie, przygotować się czy też po prostu przewidywać, co może się wydarzyć. Fakt, że nie będę widywać Carli na co dzień, był dla mnie nieznośny, ale nie pozwalałem sobie za dużo o tym myśleć. Gdybym zawiódł, runąłby cały nasz solidny gmach: rodzina. A przecież mogłem zawieść.
Czułem się jak podpora rodziny. Każdy z nas musiał piąć się w górę, starać się wyciągnąć naukę z tego doświadczenia, by wzmocnić łączące nas więzi. Nie mieliśmy wyboru. Alternatywa nie istniała. Byłem dumny z tej patchworkowej rodziny, którą jednoczyła miłość, a zbliżyły przeciwieństwa losu.
***
Przez całe życie piąłem się szczebel po szczeblu w hierarchii społecznej. I nagle spadłem z dziesiątego piętra. Oględnie mówiąc, temperatura otoczenia gwałtownie się obniżyła! Trzeba było się z tym pogodzić, zrozumieć to i wyciągnąć z tej nauczki to, co najlepsze. Dziś poniosłem porażkę, na którą nie zasłużyłem, czy jednak w pełni zasługiwałem na dawne sukcesy? Musiałem przede wszystkim powściągnąć wybuchy gniewu i oburzenia, które targały moim sercem, gdy tylko pomyślałem o tym niewiarygodnym spisku, uknutym, by sfabrykować ohydną aferę rzekomego finansowania ze strony libijskiej. Wystrzegałem się jednak tych negatywnych i przeszkadzających emocji, nie chcąc marnować na nie ani odrobiny energii. Zmobilizowałem wszystkie siły, by zrealizować jeden cel – przetrwać okres brutalnego i niesprawiedliwego uwięzienia. I doskonale zdawałem sobie sprawę, że był to ambitny zamiar. Nigdy nie podchodziłem do możliwości uwięzienia mnie beztrosko, a tym bardziej – z butą. Doświadczenie nauczyło mnie, że poznajemy siebie dopiero w chwili próby, a nie przygotowując się do niej. Należało okazać pokorę.
***
Czas upłynął tego ranka tak szybko! Musiałem już wyrwać się z ciepłego kręgu rodziny. Véronique Waché, która z wielkim zaangażowaniem i niezawodną skutecznością kieruje moim małym zespołem, na bieżąco informowała mnie o liczbie osób, które przybywały na wezwanie moich synów, by towarzyszyć mi w chwili wyjazdu. Zgromadziło się ich już ponad tysiąc, choć była ósma rano, trwały już ferie przed Wszystkimi Świętymi, więc dla wielu osób był to dzień wolny od pracy. Dobry Bóg zadbał o wszystko, bo niebo było niebieskie, a słońce promienne. Żadnej chmury na horyzoncie. Zupełnie inaczej niż wczoraj o tej samej porze, kiedy pogoda była pod psem. To już coś. Uznałem to wręcz za znak Opatrzności. Nie twierdzę, że jestem praktykujący, a już na pewno nie uważam się za wzorowego chrześcijanina. Skoro jednak przyszło mi dźwigać krzyż, musiałem dążyć do rozwoju duchowego. Dobrych wieści było zbyt mało, bym mógł pozwolić sobie na ignorowanie choćby najdrobniejszych pozytywów. Wielu przyjaciół tłumaczyło mi, że uwięzienie, na które mnie skazano, będzie dla mnie szansą, by dostrzec „Światłość”. Że powinienem dopuścić do siebie tę łaskę. Nikomu się do tego nie przyznałem, ale właśnie w tym momencie mojego życia pomyślałem, że modlitwa może być cennym wsparciem. Było to dla mnie zupełnie nowe doznanie. W moim położeniu nie należało odrzucać żadnej pomocy – zwłaszcza pomocy nieba – w stawieniu czoła niesprawiedliwości. Dlatego zabrałem ze sobą wspaniałą biografię Jezusa Chrystusa autorstwa Jean-Christiana Petitfilsa. Każda strona miała skłaniać mnie do refleksji, do poszukiwania sensu i zrozumienia, że z pewnością nic nie dzieje się przez przypadek i nic nie jest niepotrzebne. Miałem nadzieję, że w tej tragifarsie kryje się jakiś sens. Wybór był prosty. Albo to doświadczenie mnie dobije i to będzie koniec, albo sprawi, że stanę się lepszym człowiekiem. Postanowiłem wybrać jasną stronę, a przynajmniej spróbować.
Nadeszła bolesna chwila opuszczenia domu. Już od tygodni się jej obawiałem. Czy zdołam zapanować nad emocjami? Nie byłem tego pewien. Poprosiliśmy dzieci, żeby wyszły kilka minut wcześniej, jeszcze zanim Carla i ja ruszymy razem ślepą uliczką, na końcu której mieszkaliśmy. Na tym stumetrowym odcinku kamery mogły śledzić każdy nasz krok. Carla trzymała mnie za rękę z miłością i determinacją, które przyprawiają mnie o dreszcz jeszcze teraz, gdy piszę te słowa. To dzięki niej przetrwałem. Odgadłem, że mimo całej swej siły i woli czuła się, jakby stała nad przepaścią. Wybiła godzina rozstania. Nie mogliśmy już dłużej go opóźniać ani unikać. Idąc, szepnąłem Carli, że po osiemnastu latach małżeństwa byliśmy najszczęśliwszymi z ludzi, bo czuliśmy, jak głębokie łączą nas więzi. Muszę przyznać, że wspólna walka z przeciwnościami losu jeszcze mocniej nas zjednoczyła. Problemy nie mogły nas zniszczyć. Ogarnięta emocjami, nie odpowiedziała. Przytuliła się do mnie z całej siły. Miała rację. Po co mówić? Nie potrzebowaliśmy słów, żeby się rozumieć. Wszystko inne stało się zupełnie zbędne.
Zbliżając się do tłumu, ujrzałem wiele zapłakanych twarzy, na których malował się żal. Nie byłem w stanie znieść tych spojrzeń. Obawiałem się, że sam także ulegnę emocjom. Nie mogłem wydusić z siebie ani słowa. Paraliżowało mnie napięcie. Na szczęście nie zamierzałem wygłaszać oświadczenia, a tym bardziej dłużej przemawiać. Nie sprostałbym takiemu wyzwaniu. Im bliżej byliśmy, tym głośniejsze były oklaski, a w tłumie ktoś zaintonował Marsyliankę. Nieporadnie pozdrawiałem przybyłych wesprzeć mnie ludzi. Zbyt wzruszony, nie zdobyłem się nawet na uściśnięcie wyciągniętych do mnie dłoni. Po raz ostatni przytuliłem Carlę. Nie chciałem przedłużać katuszy. Pocałowałem córkę. Łzy kręciły mi się w oczach. Dosłownie wskoczyłem do samochodu. Tak bardzo chciałbym zniknąć. Przytłoczył mnie smutek.
Oklaski towarzyszyły mi jeszcze, gdy samochód zaczął się oddalać. Christophe Ingrain, mój przyjaciel, a zarazem adwokat, siedział obok mnie. Spojrzałem na niego. Jego pełna napięcia twarz zastygła. Przez pierwsze minuty drogi do więzienia nie zdołaliśmy zamienić ani słowa. Przerwałem milczenie, żeby rozładować atmosferę, która stała się już przytłaczająca. Trzeba było znaleźć ujście dla cierpienia. Na początku głos lekko mi drżał, chociaż zaczynałem powoli odzyskiwać panowanie nad sobą. Zachować stoicki spokój to nie lada sztuka. W skrytości ducha z ironią myślałem o niezliczonych artykułach opowiadających o mojej rzekomej sile. Gdyby ich autorzy wiedzieli, jak słaby czułem się w tym momencie!
***
Moje spojrzenie zwróciło się na zewnątrz. Widok, jaki zobaczyłem za oknem, był zaskakujący. Dwóch ubranych w galowe mundury motocyklistów z prefektury jechało przed samochodem, torując nam drogę. Początkowo ich nie zauważyłem. Dwaj inni, z policyjnymi opaskami, trzymali się w pobliżu tylnych drzwi samochodu. Imponujący – kilkusetmetrowy – konwój motocykli i wozów prasowych podążał za nami. Na chodnikach przystawały całe rodziny, witano nas brawami, fotografowano, przyjaźnie machano do mnie rękami. Przez chwilę czułem się, jakby powrócił wieczór mojego zwycięstwa wyborczego w maju 2007 roku. Wtedy to oficjalny przejazd kolumny głowy państwa, którą zostałem, wzbudzał entuzjazm obywateli. Ale 21 października rzeczywistość nie była ani tak radosna, ani – przede wszystkim – tak chwalebna. Przewożono przyszłego więźnia do Zakładu Karnego La Santé! Nagle poraziła mnie żałosna groteskowość tej sytuacji. Po co ten cały protokół, te honory i środki ostrożności? Czy służą tylko ukryciu skandalu sądowego albo jego złagodzeniu? Dlaczego wtrącano mnie do więzienia? Z obawy, że ucieknę, że wyjadę z Francji? Przecież przez te wszystkie lata, bez chwili przerwy, byłem przez dwadzieścia cztery godziny na dobę strzeżony przez policjantów.
Kulminacyjnym punktem przedstawienia był mój przyjazd do La Santé dwadzieścia pięć minut przed wyznaczoną początkowo godziną. Oczywiście z taką eskortą drogi nie wydłużały mi ani korki uliczne, ani czerwone światła. Trzeba było zatrzymać mój samochód wraz z eskortą, bo administracja więzienna, która oczekiwała mnie od trzech tygodni, nie była gotowa! Potencjalny zbieg, którym byłem, czekał sto metrów od bramy więzienia, zanim zgodzono się go przyjąć. Czy można lepiej opisać to nieprawdopodobne przedstawienie? Tkwiliśmy w samochodach przez długie minuty, a przedstawiciele mediów z całego świata patrzyli na nas ze zdumieniem. Wokół panowało duże poruszenie. Nikt nie rozumiał tego postoju. Przechodnie korzystali z okazji, by wzbogacić kolekcje zdjęć i selfie. Nie mogłem się wręcz doczekać, żeby rzucono mnie za kraty… Uśmiechnąłem się w duchu na myśl o tym paradoksie.
Po długim oczekiwaniu zezwolono mi wreszcie na przekroczenie masywnej stalowej bramy zakładu karnego. Widziałem ją w filmach i reportażach, nigdy z bliska. Patrząc, jak ciężkie wrota z podniosłą powolnością przesuwają się po szynie, myślałem o ironii sytuacji i o tym jakże dziwnym życiu, jakie stało się moim udziałem. Dlaczego przeżyłem tyle tak skrajnych sytuacji? Teraz przygotowywałem się do odebrania mojego numeru w rejestrze więźniów. 320535. W ten sposób będę odtąd identyfikowany. Cztery dni wcześniej byłem Nicolasem Sarkozym, dawnym prezydentem Republiki, a prezydent Emmanuel Macron osobiście przyjmował mnie w Pałacu Elizejskim. Czy można sobie wyobrazić bardziej uderzający kontrast? Równie groteskową sytuację? Musiałem się uszczypnąć, żeby pogodzić się z rzeczywistością. W imię prawdy muszę przyznać, że jej nie akceptowałem.
***
To prezydent Republiki nalegał na spotkanie w Pałacu Elizejskim w piątek poprzedzający moje uwięzienie. Nie miałem mu nic do powiedzenia, nie miałem też ochoty, by prowadzić z nim przyjacielską rozmowę. Od jego fatalnej decyzji o rozwiązaniu Zgromadzenia Narodowego w roku 2024 nasze stosunki się ochłodziły. Nie rozumiałem, a już z pewnością nie aprobowałem tego, co w moich oczach było kaprysem i co wyrządziło wiele zła i Francji, i podejmującemu decyzję.
Pozbawienie mnie Legii Honorowej sprawiło, że utraciłem także zaufanie do prezydenta. I chodzi nie tyle o sam fakt, ile o sposób, w jaki to uczyniono. Czułem się urażony. Kawalerem Legii Honorowej mianował mnie w roku 2004 Jacques Chirac, który przypomniał wówczas o moich domniemanych zasługach w sprawie Human Bomb, której okoliczności pozwoliły mi ocalić grupę przedszkolaków przetrzymywanych jako zakładnicy przez wykolejeńca grożącego wysadzeniem całego budynku szkolnego. Jako prezydent Republiki stałem się Wielkim Mistrzem Orderu Legii Honorowej i przypadła mi godność noszenia Wielkiego Krzyża. Łatwo zrozumieć, że nie dokonałem żadnego z tych czynów po to, by zostać wyróżnionym! Pozbawienie orderu niewiele dla mnie znaczyło. W przeszłości na pewno nadmiernie lubowałem się w takich pustych symbolach. Przyszedł czas, by nabrać dystansu do pozornych – przynajmniej w czasach pokoju – honorów, dla których tak wielu ludzi byłoby gotowych poświęcić wszystko. Zachować pogodę ducha, gdy los nas doświadcza, to najlepsza metoda, by uchronić się przed cierpieniem. W życiu często tak postępowałem… I naprawdę przekonałem się, że to dobra postawa.
Zraniła mnie natomiast forma decyzji, ponieważ prezydent Macron podpisał dekret zwalniający go z obowiązków Wielkiego Mistrza Legii Honorowej na rzecz mało znanego generała, który pełnił funkcję Wielkiego Kanclerza, kiedy trzeba było wykluczyć jednego z członków – czyli mnie. Takie zachowanie nie świadczyło o odwadze. Pozwoliło natomiast uchylić się od podjęcia decyzji, która powinna należeć właśnie do niego. Wina Emmanuela Macrona była tym większa – przynajmniej w moich oczach – że nie znalazł chwili, by do mnie zadzwonić i poinformować o pozbawieniu odznaczenia. Gdyby zechciał wytłumaczyć mi swoją decyzję, przyjąłbym jego argumenty i zaakceptował ten krok. Ponieważ jednak nie zdobył się na to, uznałem jego zachowanie za, oględnie mówiąc, nieszczere. Wyjaśniliśmy to sobie wiele miesięcy później. Prezydent przeprosił i zachował się fair, przyznając, że „źle pokierował tą sprawą”, nie wiedział bowiem, jak wyjaśnić mi decyzję i obawiał się, że się posprzeczamy.
Słuchałem go bez większego przekonania, ponieważ taka postawa była mi całkowicie obca. Charakter skłania mnie zawsze do brania odpowiedzialności na siebie i stawiania czoła sytuacji.
Dlatego uznałem, że czas naszej przyjaźni to zamknięty rozdział, nie stałem się jednak zdeklarowanym przeciwnikiem jego polityki ani jego samego. Emmanuel Macron doznał już dość wzgardy, miał licznych wrogów i wielu zawiedzionych przyjaciół. Nie chciałem wydłużać tej niekończącej się listy.
Ten specyficzny kontekst tłumaczy, czemu nie miałem żadnych oczekiwań wobec prezydenta Republiki – nie liczyłem ani na audiencję, ani nawet na przejawy szczególnego zainteresowania moim położeniem. Wyznam, że zawahałem się nawet, nim przyjąłem jego zaproszenie. Część moich bliskich nakłaniała mnie zresztą, bym go nie przyjmował, uzasadniając to nielojalną postawą prezydenta wobec mnie. Ja jednak postanowiłem je zaakceptować przez szacunek dla urzędu prezydenta, a także dlatego, że jestem niepoprawnie sentymentalny i z łatwością można mnie udobruchać uprzejmością, zainteresowaniem czy nawet oznakami przyjaźni, choćby nadwyrężonej Nie lubię żywić do nikogo urazy. Nie potrafię się boczyć ani dąsać. Czuję się niezręcznie w niejednoznacznych sytuacjach. Toteż udałem się do Pałacu Elizejskiego bez większego entuzjazmu, ale zdecydowany nie czynić afrontu rozmówcy.
Późnym popołudniem wszedłem do pałacu przez dziedziniec główny. Nie anonsowano mnie, jako że spotkanie miało charakter oficjalny. Choć tyle dobrego. Tym razem prezydent wyjątkowo pojawił się punktualnie. Nie musiałem czekać, aż wprowadzą mnie do jego gabinetu. Spędziliśmy prawie dwie godziny na rozmowie w cztery oczy, przerwanej tylko raz, na dziesięć minut, przez Brigitte Macron, która pojawiła się niespodziewanie, żeby się ze mną przywitać i zapewnić o swoim wsparciu i serdecznej przyjaźni. Wiedziałem, że mówi szczerze, ponieważ zawsze popierała moje działania polityczne.
Ze zdumieniem odkryłem, że prezydent dopiero teraz uświadomił sobie, iż za cztery dni trafię do więzienia. Nic nie zostało wcześniej przygotowane, przynajmniej nie w jego rozumieniu. Zrobił na mnie wrażenie szczerze poruszonego, wręcz zaszokowanego taką perspektywą. Byłem zarazem wzruszony jego reakcją i zdumiony tym autentycznym zaskoczeniem.
Wykazał się imponującą energią do działania, co było miłe, jednak moim zdaniem i spóźnione, i, co ważniejsze, zbyt prowizoryczne. Jego obawy skupiały się głównie na moim bezpieczeństwie w środowisku więziennym. Faktycznie, był najwyższy czas, by o to zadbać! Zapytał mnie o termin rozpatrzenia wniosku o zwolnienie z więzienia, który moi adwokaci mieli złożyć tuż po moim osadzeniu w zakładzie karnym. Powiedziałem mu, że zgodnie z moją wiedzą czas oczekiwania na rozprawę to trzy tygodnie, a on uznał, że termin jest zbyt odległy.
Emmanuel Macron zadzwonił do mnie już nazajutrz, aby mi powiedzieć, że powinienem zmienić zakład karny, ponieważ La Santé nie jest w stanie zagwarantować mi bezpieczeństwa. W związku z tym należało wybrać albo więzienie w Meaux, albo w Réau. Prezydent dodał, że miałbym tam znacznie lepsze warunki, ponieważ oddano by do mojej dyspozycji mieszkanie przeznaczone dla rodzin osadzonych. Podziękowałem mu, ale kategorycznie i dobitnie odmówiłem wprowadzania jakichkolwiek modyfikacji. Zaznaczyłem nawet, że nie zgodzę się „na żadne przywileje”, a każda zmiana mogłaby wywołać polemiki. Chciałem ściśle zastosować się do tego, co pierwotnie nakazała władza sądownicza. Uciąłem dyskusję, wykluczając wszelkie inne możliwości. Byłem zdecydowany odbyć karę w La Santé bez względu na konsekwencje, czyli na moje bezpieczeństwo osobiste. Każdy musiał ponieść odpowiedzialność za swoje decyzje, instytucje sądownicze również. Wobec mojej odmowy, zdając sobie sprawę, że nie zmienię zdania, Emmanuel Macron polecił ministrowi spraw wewnętrznych przeprowadzenie oceny mojego bezpieczeństwa. Na podstawie tej analizy podjęto decyzję o ulokowaniu dwóch policjantów ze służby ochrony dostojników państwowych w celi sąsiadującej z moją, abym przez całą dobę pozostawał pod bacznym okiem uzbrojonych funkcjonariuszy. Nie zdołam wyrazić, jak jestem wdzięczny tym ludziom, którzy są ze mną już od dawna, a teraz – wszyscy, jak jeden mąż – zgłosili się, by towarzyszyć mi w La Santé. Dla każdego z nich oznaczało to przecież pójście do więzienia i wymagało prawdziwego poświęcenia. W ten sposób okazali mi szczerą przyjaźń, co bardzo podniosło mnie na duchu i było cennym wsparciem. Ich obecność w więziennym świecie stała się kolejną osobliwością wynikającą z sytuacji, w jakiej mnie postawiono.
A tę osobliwość wzmogła jeszcze decyzja o osadzeniu mnie na oddziale dla więźniów groźnych i wymagających całkowitej izolacji. Nikt ich nie widział. Nikt się z nimi nie spotykał. Wstęp na piętro był możliwy dopiero po całej serii coraz ściślejszych kontroli. A kiedy któryś z tych osadzonych wychodził z tego czy innego powodu z celi, całe więzienie przestawało normalnie funkcjonować na czas jego przemieszczenia. Moi przyszli sąsiedzi należeli a to do kręgu islamskich terrorystów, a to do grona gwałcicieli, morderców czy handlarzy narkotyków. Cudowna perspektywa! Carla okazywała coraz większe zaniepokojenie. Z każdym dniem trudniej było jej ukryć gnębiące ją obawy. Doskonale ją rozumiejąc, a przede wszystkim będąc wdzięcznym za niezachwianą miłość, chciałem jednak przekonać ją, że mój wybór – w co sam głęboko wierzyłem – był słuszny, ponieważ był jedynym możliwym. Skoro miałem wychylić ten kielich goryczy, to do ostatniej kropli.
Pobyt w więzieniu, choć byłem niewinny, wydawał się ciężką próbą. Ale ponieść podwójną karę, będąc i uwięzionym, i oskarżonym o korzystanie z przywilejów – to byłoby nie do zniesienia. Bez względu na konsekwencje nie mogłem ani na to przystać, ani nawet rozważać takiej opcji. Podjąłem już decyzję.
Emmanuel
