Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Kolejny tom sagi "Dziedzictwo popiołów: opisuje losy Alicji Zdanieckiej skazanej na zesłanie do Tobolska oraz Celiny, córki hrabiego Sosnowskiego. Alicja Zdaniecka mieszka na warszawskich Nalewkach. Emocjonalnie zmanipulowana przez szwagierkę bierze na siebie winę za czyny popełnione przez brata, zostaje skazana na zesłanie bez możliwości powrotu do ojczyzny. Odbywa ciężką podróż na Syberię, w trakcie której zaprzyjaźnia się z Krystyną, matką małego Józia. W trakcie podróży ciężko choruje. Krystyna organizuje dla niej pomoc rosyjskiego strażnika
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 322
Data ważności licencji: 2/27/2031
Copyright © Joanna Nowak
Copyright © Wydawnictwo Replika, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redakcja
Magdalena Kawka
Korekta
Natalia Ziółkowska
Projekt okładki
Mikołaj Piotrowicz
Skład i łamanie
Izabela Szewczyk-Martin
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Dariusz Nowacki
Wydanie elektroniczne 2026
eISBN 978-83-68742-99-2
Wydawnictwo Replika
ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań
www.replika.eu
1.
Podbiegunowi, na dziejów odłogu,
Gdzie całe dnie
Niebo się zdaje przypominać Bogu:
«Zimno i mnie!...»
2.
— Wrócicież kiedy? i którzy? i jacy?
Z śmiertelnych prób
W drugą Syberję pieniędzy i pracy,
Gdzie wolnym grób?
3.
Lub pierw czy obie takowe Syberje
Niewoli dwóch
Odepchnie nogą, jak stare liberje,
Wielki pan... duch?
Syberje, Cyprian Kamil Norwid
Prolog
Rok 1881
Podmuch wiatru strącił kołyszące się na gałęzi starego kasztanowca jesienne liście. Brązowo-żółte, z cienkimi żyłkami znaczącymi kres ich życia, w szaleńczym tańcu wirowały w powietrzu, zanim upadły na ziemię, wprost pod nogi spieszącej do domu Alicji Zdanieckiej. Dwudziestotrzyletnia panna biegła aż od Placu Muranowskiego przez całą ulicę Nalewki, byle jak najszybciej przedostać się na Wałową, gdzie w oficynie starej kamienicy mieszkała razem z narzekającą na zdrowie babcią.
Babka Róża rzadko na cokolwiek się skarżyła. Od śmierci córki i jej męża opiekowała się dwójką wnucząt i nie szczędziła wysiłków, aby obojgu zapewnić godziwe warunki. Wzięła na siebie niełatwe zadanie. O ile Alicja nie sprawiała kłopotów, o tyle starszy o rok Olgierd nadrabiał za dwoje. Wdawał się w bójki z rówieśnikami, dopuszczał się drobnych kradzieży, często nie nocował w domu, obracał się w szemranym towarzystwie i był jednym z tych, którego lepiej nie spotykać w ciemnym zaułku. Ileż razy pani Barwińska wstydziła się za chłopaka przed sąsiadami! Awanturnik nie szanował nikogo poza kolegami, nie kalał się pracą, jednocześnie zaś żądał od opiekunki jedzenia oraz pieniędzy, które mitrężył później na alkohol czy papierosy. Nie obchodziło go, w jaki sposób staruszka je zdobędzie. Już jako szesnastoletni młokos potrafił grozić nieboraczce pięścią, jeśli nie dostawał, czego chciał.
Alicja kochała brata, ale miłość kryła się pod warstwą ustawicznego strachu. Bez szemrania spełniała polecenia Olgierda. Prosiła też babcię, by nie wdawała się z chłopakiem w dyskusję, żeby się bardziej nie rozsierdził. Kiedyś przecież wybił okno i odłamkiem szkła zaatakował babkę tłumaczącą, że ostatnie monety wydała na jedzenie. Kobiecina do dziś nosiła na dłoni bliznę po ataku wściekłości furiata.
Róża coraz bardziej żałowała, że przygarnęła dzieci pod swój dach. Wprawdzie Alicja stanowiła niemałą wyrękę, lecz dla rodzeństwa byłoby lepiej, gdyby trafiło do rodziny ojca, gospodarującej gdzieś w podwarszawskiej wsi. Tam Olgierd nie znalazłby czasu na swawole. Zaprzęgnięty do ciężkiej pracy przez wuja, wyszedłby na ludzi, Alicja natomiast pewnie znalazłaby męża i bawiła własne dzieciątka.
Sytuacja na dobre zmieniła się, gdy chłopak poznał Basię Krawulską, córkę właściciela sklepu bławatnego. Zaprzyjaźniły się z Alicją, bowiem ta czasem pomagała panu Krawulskiemu za ladą. Wypłatę zawsze oddawała babci i nie wspominała Olgierdowi o dodatkowych przychodach, bo zaraz by je sobie przywłaszczył. Któregoś dnia Alicja zapomniała odebrać pieniądze, więc pensję przyniosła jej Basia, po czym zaprosiła Alicję na krótki spacer.
Wychodząc, dziewczęta natknęły się na Olgierda. Wracał właśnie z jakiejś rozróby. W porwanej koszuli, z podbitym okiem i krwią sączącą z nosa, prezentował się koszmarnie. Rabunek się nie powiódł, grupa dostała solidny łomot od pilnujących dobytku synów stolarza. Zdaniecki kipiał gniewem i byłby wyładował się na bliskich, ale na widok Basi oniemiał.
Ta zmierzyła go od stóp do głów. Dotąd nie dowierzała opowieściom Alicji o jej zdeprawowanym bracie, zastanawiając się, czy w jednym człowieku może mieścić się tyle zła. Spotkanie ze Zdanieckim pozbawiło ją wątpliwości. Dumnie uniosła głowę, wyminęła zaskoczonego młodziana i wyszła z klitki na zalane słońcem podwórze.
Olgierd trwał w miejscu jak porażony. Zachwycony urodą i zadziornym charakterem Basi poprzysiągł na wszystkie świętości, że nie spocznie, dopóki ta nie zostanie jego żoną. Wystawał pod sklepem, przynosił prezenty, grzecznie zagadywał, ale drobna blondynka o zadartym nosie uparcie lekceważyła jego umizgi. Strapiony Olgierd głowił się nad przyczynami odrzucenia. Przygodne dziewki mu nie odmawiały, spełniały zachcianki, błagały o więcej. Basia zachowywała się, jakby nie istniał. Nie rozumiał, co czyni źle. Przez dłuższy czas znosił z godnością kolejne odrzucenia, lecz wkrótce stracił cierpliwość. Zdybał sklepikarzównę samą, przyparł do muru i zapowiedział, że dłużej nie pozwoli się upokarzać. Albo wezmą ślub albo… Nie dokończył, dostrzegłszy lęk w oczach Basi. Odpuścił.
Ludzie z Nalewek bali się członków gangu. Olgierd doskonale zdawał sobie sprawę z własnej reputacji i szczycił się nią niczym największym wyróżnieniem. Przerażenie mylił z szacunkiem, uśmiechał się więc pod nosem, gdy przechodnie wbijali wzrok w ziemię, aby uniknąć konfrontacji.
Dopiero po reakcji Krawulskiej szczerze się zafrasował. Zdał sobie sprawę, że Basia nie odwzajemni uczucia, jeśli on nie zerwie z przestępczym procederem i nie naprawi wyrządzonych krzywd.
Wiele wody w Wiśle upłynęło, zanim na skrzyżowaniu życiowych dróg wkroczył na właściwą ścieżkę. Początkowo kompani mścili się za to, że opuścił ich szeregi, ale wreszcie odpuścili, zarzekając się, że nie zapomną o zdradzie. Olgierd przeprosił babcię i siostrę za niegodne zachowanie. Całował Różę po rękach, błagając o wybaczenie. Staruszka zalała się łzami. Zapomniała o urazach, bo pragnęła szczęścia wnucząt. W duchu dziękowała opatrzności za Basieńkę, która wyrwała chłopaka ze szponów zła.
Starania o jej rękę trwały długie miesiące. Pannie nie wystarczyły słowa, żądała czynów. Zdaniecki znalazł zatem uczciwą pracę i chociaż w duchu zżymał się na ciężką, fizyczną robotę, wstawał codziennie przed wschodem słońca i skwapliwie wypełniał polecenia przełożonego.
Basia zakochiwała się w nim stopniowo, z dnia na dzień. Patrzyła na poświęcenie młodego mężczyzny, doceniała, że zmieniał się dla niej. W dwudzieste urodziny Zdanieckiego oddała mu pierwszy pocałunek, pół roku później złożyła przed Bogiem przysięgę małżeńską. Młodzi zamieszkali nad sklepem, szczęśliwi i spełnieni. W dwanaście miesięcy po zaślubinach na świat przyszedł Lucjan, dopełniając rodzinnej idylli. Babcia wprost ubóstwiała prawnuka, Alicja często odwiedzała bratanka oraz przyjaciółkę, ciesząc się radością malującą na jej twarzy.
Niestety przeszłość upominała się o Olgierda. W ostatnim czasie dwukrotnie uniknął odsiadki. Oskarżony przed rokiem za kolportaż ulotek wzywających do nieposłuszeństwa względem władzy nie trafił na salę sądową, bowiem po kilku dniach od jego aresztowania policja na gorącym uczynku przyłapała grupę drukującą hasła sprzeciwu wobec poczynań cara. Komendant doszedł do wniosku, że Zdaniecki nie współpracował z przestępcami i zwrócił mu wolność.
Przed trzema miesiącami Olgierda poddano ostremu przesłuchaniu, podejrzewając o próbę ataku na miejskiego urzędnika. Młodzian nie zawisnął na stryczku, gdyż rzeczony biuralista podczas pobytu Zdanieckiego w celi wpadł pod dorożkę, czym przeniósł zainteresowanie mundurowych na niewinnego woźnicę.
Po powrocie Olgierda do domu, rodzina odetchnęła z ulgą. Alicja liczyła, że to koniec nieszczęść dotykających brata. Często odwiedzała Basię i podejrzliwie popatrywała na niego, próbując wysondować, czy znów nie wpadł w tarapaty.
Skupiona na jego wyczynach, nie zwróciła uwagi na pogarszającą się kondycję babci. Róża szybciej się męczyła, spała dłużej niż zwykle, w ciągu dnia drzemała, co wcześniej zdarzało się niezwykle rzadko. W dodatku wciąż kaszlała, z jej gardła dobywało się nieprzyjemne rzężenie. Strwożona Alicja zamierzała pójść po lekarza, lecz staruszka zabroniła.
– Jeszcze coś znajdzie i nieszczęście gotowe – sarkała. – Pójdziesz do Augustynowej, tej, co mieszka na Placu Muranowskim, i weźmiesz od niej zioła. Ona najlepiej doradzi jakie i kiedy stosować.
– Babciu… – powiedziała Alicja. – Doktor Karolkiewicz niejednego wyleczył. I pieniędzy dużo nie bierze.
– Nie dyskutuj! Wiem, co mi pomoże. Zawsze piłam ziołowe herbaty i nigdy się nie zawiodłam. Idź, bo jeszcze kto wykupi, a jak zabraknie…
Alicja nie wierzyła w medyczne zdolności Augustynowej. Niektórzy nazywali ją szarlatanką, inni wprost czarownicą. Jednak wielu ufało prostej kobiecinie. Wiosną oraz latem często znikała w Puszczy Kampinoskiej, gdzie zbierała dary lasu, z których przyrządzała specyfiki na sprzedaż. O ile sprawdzały się podczas przeziębień, o tyle w skomplikowanych sytuacjach – a za taką Alicja uznała przypadek babci – właściwszym rozwiązaniem było posłanie po doktora. Róża nie dawała się jednak przekonać. Alicji nie pozostało zatem nic innego, jak odwiedzić zielarkę.
Po krótkiej wizycie, w czasie której Augustynowa ledwie się nią zajęła, bowiem zainteresowała się znamienitszym klientem, dziewczyna wracała na Wałową z torebką wypełnioną lipą, czarnym bzem oraz tymiankiem. Zioła miały działać napotnie i wykrztuśnie. Wcisnęła Alicji również rumianek, szałwię i babkę lancetowatą na ból gardła. Na koniec nakazała sporządzać napar z jeżówki, by Róża uodporniła się na infekcje.
Alicja sceptycznie podchodziła do kuracji. Nie dalej jak przed dwoma dniami zauważyła, że babcia odkasłuje krwią, a rankiem nie ma siły wstać z łóżka. Starsza pani oczywiście zbagatelizowała dolegliwości, machnęła niedbale ręką i zabrała się do przygotowania obiadu, choć wnuczka widziała, że babcia jest słaba.
Alicja wbiegła do skromnego mieszkania. Otrząsnęła się z zimna, zdjęła buty, żeby nie nanieść brudu do kuchni i ze zdumieniem odkryła, że w domu jest Basia. Lucuś właśnie bawił się na podłodze drewnianą kolejką, prezentem z okazji niedawnych urodzin. Zajęty prowadzeniem pociągu nie zważał na łzy matki ani ponurą minę prababki.
– Basieńko! Co się dzieje? Dlaczego płaczesz? – Alicja przypadła do przyjaciółki, pochyliła się i mocno ją przytuliła.
– Ot, znowu huncwot wpadł w tarapaty – odparła Róża.
Basia nie była w stanie wykrztusić słowa. Drżała z twarzą schowaną w dłoniach, łkając spazmatycznie.
– Co ty mówisz, babciu? Chodzi o Olgierda?
– A o kogo innego? – Staruszka pokiwała głową. – Dzieciak nadal ma diabła pod skórą i proszę, są efekty. Ma, na co zasłużył.
– Niech babcia tak nie mówi. – Basia wzięła męża w obronę. – Olgierd jest dobrym człowiekiem, najlepszym.
– Dobrzy ludzie nie trafiają do cyrkułu.
– Ale patrioci tak – oświadczyła stanowczo. – Przestrzegałam, żeby nie pchał się w politykę. Nie słuchał. Mówił, że do obowiązków prawdziwego Polaka należy walka z zaborcą. Związał się z potomkami powstańców styczniowych. Ich ojcowie zginęli tragicznie w sześćdziesiątym trzecim albo dogorywają na dalekiej Syberii. Za punkt honoru przyjęli kontynuowanie dzieła aż do ostatecznego zwycięstwa.
– Zwariowali – stwierdziła babcia. – Nie mają szans w starciu z Moskalami, głupie chłopaki.
– Powtarzali, że Rosjanie nie są równie silni, co przed dwudziestoma laty. Nie dopuszczali myśli o porażce…
– Za co aresztowali Olgierda? – spytała Alicja głosem pełnym niepokoju.
– Wpadli do domu niczym huragan. Wyrzucali wszystko z szaf, tłukli naczynia, pocięli materace, zniszczyli podłogę – relacjonowała Basia, wracając myślami do tragicznych chwil. – Trzymałam Lucka na rękach, krzyczał, biedaczek, kazali mi go uciszyć… Nie potrafiłam… Sama z trudem powstrzymywałam emocje. Jeden z żandarmów podszedł do mnie, siłą wyrwał dziecko i rzucił o ścianę…
Alicja wstrzymała oddech. Nie mieściło jej się w głowie podobne traktowanie niewinnego chłopca.
– Olgierd uderzył go w nos. Chyba złamał, bo polała się krew… Któryś z żandarmów uznał to za atak. – Oczy Basi zaszły mgłą.
Późniejsze wypadki potoczyły się w zastraszającym tempie. Huk wystrzału z karabinu wypłoszył siedzące na drzewie stado ptaków. Czarna chmara z głośnym jazgotem poderwała się w niebo, chwilę krążyła pod zwalistymi chmurami zwiastującymi deszcz, wreszcie osiadła na dachu kamienicy, z której siłą wyprowadzono młodego mężczyznę w koszuli pokrytej szkarłatem krwi. Brutalność carskich żandarmów zdawała się niewspółmierna do sytuacji. Pojmany nie stawiał oporu, przeciwnie, słaniał się na nogach i wodził wokół półprzytomnym wzrokiem. Ranny w rękę tracił siły i tuż przed wsadzeniem do więziennej kibitki opadł na kolana.
– Wstawaj, łachudro! – warknął któryś z Moskali. Chwycił więźnia za okaleczone ramię i mocno potrząsnął, zmuszając do samodzielnego wejścia do powozu.
Olgierd Zdaniecki zawył z bólu. Przed oczami tańczyły mu czarne i białe plamy, w głowie dudniło, jakby raz za razem uderzano go młotkiem, z każdym trafieniem coraz mocniej. Z trudem wspiął się na schody, po czym opadł na drewnianą pakę, nienaturalnie wykrzywiając kończynę. Oddychał szybko, serce waliło mu w nieznanym dotąd rytmie. Chłód podłogi nieco łagodził cierpienie, lecz świadomość czekającej w cyrkule przeprawy odbierała chęci do życia.
Basia wypadła na ulicę z uwieszonym przy szyi malcem. Płakała rozdzierająco, błagając żandarmów o zmiłowanie.
– Proszę, nie zabierajcie go!
Naznaczona zgryzotą twarz nie wzbudziła litości Rosjan. Przez lata służby na polskich ziemiach nauczyli się, że miejscowym nie można ufać, choćby na pierwszy rzut oka nie stanowili zagrożenia. Odganiali się więc od kobiety niczym od natrętnej muchy, ale im bardziej ją ignorowali, tym Barbara natarczywiej próbowała zwrócić na siebie uwagę.
– Olgierd jest niewinny, nie możecie…
Cios w splot słoneczny odebrał jej dech. Gniew strażników wywołał płacz trzyletniego Lucka, który wczepił rączki we włosy matki i nieświadomie mocno pociągnął. Barbara się zachwiała. Poczuła mdłości, lecz zdawała sobie sprawę, że nie może pozwolić sobie na słabość. Gdy kibitka odjedzie, jej rodzina się rozpadnie. Tym razem Olgierd nie wybroni się przed skazaniem. Wyciągała szyję, chcąc z daleka dojrzeć męża.
Czekający na rozkaz wyjazdu Moskale skutecznie zasłaniali widok. Nie zważali na protesty, nie słuchali tłumaczeń, było im wszystko jedno, co stanie się z więźniem. Jemu podobnych zwykle wysyłano na syberyjską katorgę, by innych przestrzec przed zbrodniczą działalnością. Niestety Polacy nie uczyli się na błędach. Jak owce idące na rzeź pchali się przed oblicze sprawiedliwości i co niektórym nie brakowało animuszu do kwestionowania legalności rosyjskiej władzy. Po niemal dziewięćdziesięciu latach od przyłączenia do imperium nadal nie przyzwyczaili się, że ich panem jest car. Ścierwa pokroju Zdanieckiego liczyły na kolejny przewrót, podobny do listopadowego sprzed pięciu dekad czy styczniowej rewolty. Konsekwencje ostatniego zbrojnego wystąpienia ponosili po dziś dzień, mimo to nie brakowało głupców z nadzieją wypatrujących wolności.
Zaciekawieni sensacją sąsiedzi wyszli przed budynek. Szeptali między sobą, że chłopak w końcu się doigrał. Od takiego z daleka wyczuwało się kłopoty. A w ciężkich czasach, kiedy nie ufało się nawet własnemu cieniowi, głośne opowiadanie się za niepodległą ojczyzną prędzej czy później kończyło się karcerem. Olgierd bywał nieostrożny, gadał, co mu ślina na język przyniosła, dlatego nikt się nie dziwił dzisiejszym wypadkom. Tylko Basi żal. Skromna, uczciwa dziewczyna nie zasługiwała na okrutny los.
Najbliższa znajoma młodych małżonków, Anna Kłotarska podeszła do Basi. Opiekuńczym gestem przygarnęła ją do siebie, byle odsunąć od Moskali. Ukochanemu przecież nie pomoże, a jeszcze narazi się na nieprzyjemności, bo już jeden bacznie przypatrywał się zawodzącej mizerocie.
Basia wzdrygnęła się pod wpływem dotyku. Przeszył ją dreszcz nie z powodu zimna, choć wyszła z domu jedynie w cienkiej koszulce, a przerażenia. Widząc znajome oblicze, oddała syna Annie i zanim ktokolwiek zdążył zareagować, rzuciła się w kierunku kibitki. Żandarmi, nie spodziewając się równie bezmyślnego zachowania, jak zamurowani obserwowali przedstawienie. Dzięki ich bierności Basia wspięła się do powozu i byłaby dopadła Olgierda, gdyby dowódca strażników nie uderzył jej pałką w plecy. Wyciągnięta w kierunku męża ręka zastygła w bezruchu. Basi pociemniało przed oczami. Na tyle jednak pozostawała świadoma, że mimo bólu starała się pokonać dzielący ją od niego dystans.
Wściekły oficer złapał ją za kark i bezpardonowo odepchnął. Upadła na ziemię, raniąc wewnętrzną stronę dłoni. Moskal kopnął ją, po czym odchrząknął i splunął prostacko.
– Chcesz dołączyć do kochasia, zdziro? – warknął. – Zajmij się bachorem i nie urządzaj scen.
Anna stanęła przed rozsierdzonym mundurowym, odgradzając go od ofiary.
– Przepraszamy, panie władzo – powiedziała służalczym tonem. – To się nie powtórzy.
– Oby. Miejsca w więzieniu dla awanturników nie zabraknie – odparł Rosjanin, po czym powiódł nienawistnym wzrokiem po zgromadzeniu. Ludzie ze strachu zbili się w ciasną gromadę. – Co się gapicie? Macie wyjątkową okazję, by sprawdzić, jak wygląda cela od środka. Ktoś zgłasza się na ochotnika? – zapytał kpiąco, wskazując otwarte drzwiczki kibitki. – Nie? Banda tchórzy! Wracajcie do domów! – Skinął na podwładnych.
Jeden wskoczył do powozu, drugi zajął miejsce obok woźnicy, reszta dosiadła koni. Oddział odjechał w rytm stukotu kopyt o bruk oraz nieustającego łkania Basi.
– Przewieźli go do Cytadeli. – Basia skończyła opowieść i popatrzyła na Różę i Alicję. – Zważywszy na poprzednie oskarżenia oraz niechlubne wyczyny z młodzieńczych czasów, Olgierda czeka srogi wyrok – oznajmiła po chwili milczenia.
Alicja zacisnęła pięści. Jej brat nie zasługiwał na długoletnią odsiadkę. Poprawił się, zerwał ze złymi nawykami i ludźmi, którzy sprowadzili go na manowce. Założył rodzinę, był dobrym mężem, wspaniałym ojcem. Uczciwie pracował, nie wchodził z nikim w konflikt… Parę błędów nie powinno przekreślać jego starań.
– Co teraz? – spytała z westchnieniem.
Usiadła obok Basi i czule pogłaskała Lucka po płowej główce. Nie wiedziała, w jaki sposób pomóc kobiecie. W starciu z opresyjnym zaborczym reżimem, uwolnienie więźnia oskarżanego o działanie przeciwko imperium zakrawało na cud.
Basia podniosła załzawione oczy na Alicję.
– Jest jedno rozwiązanie – rzekła z nadzieją. – Ale nie śmiem cię prosić…
– Mów. – Alicja się żachnęła. – Chodzi o mojego brata, zrobię dla niego wszystko.
Przysłuchująca się rozmowie babcia zmarszczyła brwi, jakby przeczuwała, że propozycja Basi jej się nie spodoba.
– Weź winę na siebie. Tobie zasądzą niewielką karę, Olgierda, nie daj Boże, powiodą na stryczek.
W kuchni zapanowała grobowa cisza. Alicja zbladła. Róża z wyczekiwaniem wpatrywała się we wnuczkę. Basia oderwała synka od zabawy, posadziła sobie na kolanach i pocałowała w policzek.
– Zlituj się, moja droga, jeśli nie nade mną czy Olgierdem, to nad nim. Lucek nie może wychowywać się bez ojca. Nie udźwignę takiego ciężaru. – Urwała, a nieśmiały uśmiech rozjaśnił jej oblicze. – Nikt jeszcze nie wie… spodziewam się dziecka – powiedziała i pozwoliła, żeby słowa wybrzmiały w pomieszczeniu. – Nie wybaczyłabym sobie, gdyby to dziecko nigdy nie poznało taty…
Rozdział pierwszy
Przeraźliwy zgrzyt zasuwanych drzwi wagonu wraz z ostatnimi promieniami słońca odciął Alicję od życia, które do tej pory znała. Ulokowała się na drewnianej ławce z dala od reszty pogodzonych z losem więźniarek. Tylko jedna krzyczała wniebogłosy, uderzała rękoma o drzwi, domagając się uwolnienia. Jej ochrypły głos odbijał się echem od ścian, przenikał przez szpary w podłodze i ulatywał gdzieś w dal. Żandarmi załomotali kolbami karabinów w wagon, każąc nieszczęśnicy się uciszyć, ale im usilniej domagali się spokoju, tym głośniej krzyczała.
– Otwórzcie! Jestem niewinna! Otwórzcie! Mam dzieci, one mnie potrzebują! – zawodziła znękana. Popatrywała przy tym zazdrośnie na młode matki, którym pozwolono zabrać ze sobą niemowlęta. Jej synowie skończyli dziesięć lat. Urzędnicy nie wydali zgody na dołączenie chłopców do transportu.
– Cicho bądź! – powiedziała jedna ze współtowarzyszek niedoli. – Sobie nie pomożesz, a nam jeszcze napytasz biedy.
Kobieta nie słuchała napomnień. Wrzask niósł się wzdłuż peronu Dworca Petersburskiego, skąd wyruszał pociąg jadący do oddalonej o tysiąc dwieście wiorst Moskwy. Tam skład kierował się do Niżnego Nowogrodu, by na końcowej stacji poprowadzić zesłańców w stronę azjatyckiej części wielkiej Rosji.
– Moje dzieci! Moje kochane! – Płakała rozdzierająco.
Alicja zakryła uszy dłońmi. Każda z ponad czterdziestu więźniarek zostawiała bliskich. Każda się zastanawiała, czy jeszcze ich zobaczy i wszystkie tak samo się bały, że nigdy już nie wrócą na ojczystą ziemię. Do Alicji w kółko powracało zdanie wypowiedziane przez sędziego: „Pięć lat zsyłki bez możliwości powrotu”. Pięć lat… pięć… bez powrotu…
Basia zapewniała, że nic podobnego się nie stanie. Mówiła, że Alicję skażą na dwa, może trzy lata, nie więcej. „Nie miałaś na sumieniu niczego, co zwiększyłoby karę. Zobaczymy się prędzej, niż myślisz. Jeszcze zdążysz nacieszyć się Luckiem i maleństwem” – dodała, wywierając na szwagierkę jeszcze większą presję.
Alicja bez wahania podjęła decyzję. Dla rodziny poświęciłaby wszystko, a tu oddawała tylko trochę swojego czasu – nic wobec przyszłości brata. Była dumna, że wyświadcza Olgierdowi tak wielką przysługę i to przyćmiewało jej rozsądek. Nie dbała o przyszłe dni. Była młoda, pełna ideałów. Zanim rodzina za nią zatęskni, ona wróci pierwszym pociągiem zmierzającym na zachód. Jak na skrzydłach pobiegła więc do cyrkułu, zgłosiła się do komendanta, po czym przyznała do czynów przypisywanych bratu.
– Panna kolportowała ulotki wzywające do buntu przeciw carowi? – spytał z powątpiewaniem oficer.
Alicja się zawahała, ale skinęła głową. Nie przypuszczała, że przewinienie okaże się najcięższego kalibru.
– I panna zaatakowała carskiego żandarma podczas próby aresztowania?
– Pan wybaczy memu bratu. Ktoś uderzył jego syna, on go tylko bronił – tłumaczyła niewprawnie.
– Mamy dowody na przestępczą działalność Olgierda Zdanieckiego – poinformował Moskal. – Za to panna też odpowiada?
Potwierdziła, choć trwoga niczym kamień osiadła na dnie jej duszy.
– Wypuśćcie go. Żona i syn czekają w domu. Ja… – Oddychała coraz szybciej. – Ja jestem odpowiedzialna… On nie ma nic wspólnego…
Od tego momentu wypadki potoczyły się w błyskawicznym tempie. Alicję zamknięto w celi, gdzie czekała na proces, dzielnie znosząc niedogodności. Jadła, co podawano, mimo że podejrzanie wyglądająca strawa rosła jej w ustach. Przezwyciężała wstyd, gdy należało załatwić potrzeby do wiadra na oczach współosadzonych. Okrywała się chustą, kiedy lodowate zimno wdzierało się przez nieszczelne okno, zapewniające jedyny widok na świat za murami. Po ponad dwóch tygodniach egzystencji w nieludzkich warunkach, oskarżone zaprowadzono do sali, gdzie po kolei wysłuchały wyroku.
– Alicja Zdaniecka – powiedział sędzia beznamiętnie. – Pięć lat zesłania bez możliwości powrotu.
W pierwszej chwili uznała, że doszło do pomyłki. Powiedziała o tym głośno, lecz stojący za plecami żandarm tak skutecznie uciszył ją uderzeniem w głowę, że padła nieprzytomna. Obudziła się w więziennej kibitce zmierzającej na Dworzec Petersburski. Chusta, która chroniła ją przed chłodem, gdzieś zniknęła, za to pojawił się guz sprawiający niewymowny ból. Alicja nie pamiętała momentu zakładania kajdanek. Z wściekłością próbowała je ściągnąć, lecz poza otarciami na nadgarstkach nic nie wskórała. Inne skazane spoglądały na nią ze współczuciem. Pogodziły się z nieuchronnym i przestawiły na tryb przetrwania, ona jedna nadal walczyła.
Krystyna, jedna z towarzyszek, położyła rękę na jej dłoni.
– Zostaw – powiedziała miękko. – Skaleczysz się.
Alicja spojrzała na pojawiające się na skórze czerwone pręgi i na moment przerwała szamotaninę. Przeniosła wzrok na Krystynę przyciskającą do piersi kwilące zawiniątko.
– Nie! – warknęła.
Wyrwała dłoń, po czym zapamiętała się w próbie zrzucenia więzów i nie zważała, co się wokół działo. Dopiero żandarm siłą wywlekający ją z powozu przywrócił nieszczęśnicę do rzeczywistości.
Teraz broniła się przed wszystkim, co do niej docierało. Nie patrzyła na awanturującą się kobietę, nie przyglądała towarzyszkom podróży, nie myślała o głodzie, choć od wczoraj nie miała nic w ustach. To tylko zły sen, przekonywała samą siebie. Cierpliwie czekała, aż się obudzi, przypadnie do kolan babci i przyzna jej rację. Och, jakże chciała być w domu! Od zgłoszenia do cyrkułu nie miała pojęcia, co się dzieje z Różą. Basia najpewniej zajęła się Olgierdem, a i o sobie powinna pomyśleć, skoro była przy nadziei. Alicja liczyła na dobroć jej i brata, wszak to za ich sprawą staruszka została bez opieki ukochanej wnuczki.
Zbolała matka opadła z sił. Osunęła się na podłogę, patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem i wykrzywiała twarz w grymasie przyprawiającym o dreszcze.
– Lepiej, żeby zapomniała – rzuciła jedna z więźniarek.
– Jak możesz! – powiedziała druga. – Wspomnienie dzieci jej pomoże…
– W czym pomoże katowanie się myślami, że nigdy ich nie zobaczy? – Do rozmowy włączyła się kolejna. – Zgadzam się. Trzeba zapomnieć o tym, co zostawiamy za sobą. Żadna z nas nie wróci na ojczystą ziemię.
Mimo że Alicja zakryła uszy i tak wszystko słyszała. W jej brązowo-złotych oczach zalśniły łzy. Zaledwie tydzień wcześniej spacerowała po ukochanych Nalewkach, nie zdając sobie sprawy, że ostatni raz przemierzała znajomy trakt. Ile tych ostatnich razów przeżyła, nie wiedząc, co oznaczają! Nie odebrała łyżew od szewca, który obiecał je naostrzyć, nie odwiedziła księdza Dobrowolskiego, u którego co miesiąc się spowiadała. Nie nakarmiła kaczek na stawie, nie pozdrowiła przekupek sprzedających towar na Placu Muranowskim. Nie zobaczyła się ze Stefanem, spoglądającym na nią nie jak na przyjaciółkę, a kogoś, kto znaczy więcej…
Westchnęła, świadoma niepowetowanych strat. Niewiele brakowało, żeby poszła w ślady poprzedniczki i pięścią domagała się uwolnienia.
Nie zdążyła. Lokomotywa szarpnęła składem. Część kobiet upadła, obijając kolana. Ktoś zawył jak ranione zwierzę, rozległy się słowa modlitwy Pod Twoją obronę, z towarzyszącym jej płaczem. Przez niewielkie zakratowane okienko nie sposób było wiele dojrzeć. Maszyna ruszyła ociężale, ale z każdą sekundą nabierała prędkości i wkrótce pędziła przed siebie w kierunku straszliwego celu.
– Trzeba rozpalić w piecu, bo pomarzniemy – zarządziła Maria Obrębska.
Przy ścianie, tuż obok wejścia, otoczony prostą metalową osłoną stał niewielki żelazny piecyk. Tuż obok leżało kilka szczap drewna oraz pudełko zapałek.
– Wszystkie potrzebujemy ciepła.
– Nie za wcześnie na marnowanie opału? – Ewelina Lipowiec sceptycznie podchodziła do inicjatywy. – Nie wiadomo, jak długo pojedziemy.
– Do Moskwy kawał drogi, Moskale dorzucą jeszcze drewna.
– Taka pani pewna? – powiedziała kpiąco Urszula Myszkowska, nauczycielka skazana za rozwijanie w uczniach polskich postaw patriotycznych. – Im na nas nie zależy. Co z tego, że się przeziębimy, zachorujemy albo umrzemy. – Prychnęła. – Nie przejmą się, jeśli nie dojedziemy na miejsce żywe…
– Niech pani nie straszy. – Obrębska upomniała koleżankę, dostrzegłszy przerażenie na twarzy jednej z młodszych dziewcząt. – Trzymajmy się razem, a przetrzymamy trudności.
– Niby jak, skoro nie mamy co włożyć do ust? – mruknęła Aldona Wasińska. Jej męża skazano na katorgę, a ona wraz z niespełna rocznym dzieckiem postanowiła wyruszyć za ukochanym. – Boję się, że nie wykarmię Oleńki.
– To po co pchała się pani z maleństwem na Syberię? – Ewelina schowała skostniałe dłonie w fałdach spódnicy. – Było zostać w domu i nie narażać dziewczynki.
– Co miałam zrobić? – Aldona się żachnęła. – Zostawić Dariusza czy Olę? Które z nich wybrać?
– Tylko niech potem nie płacze, że dziecko głoduje.
Awantura między współpasażerkami rozdrażniła Alicję. Kłóciły się o proste sprawy, jakby zapomniały o najważniejszej. Pociąg pędził na wschód, zabierał w nieznane, z dala od bliskich. Zdaniecka nie wyobrażała sobie, że nie ujrzy już dobrotliwego oblicza babci, nie zmarnuje czasu z Basią na plotkach, nie dowie się, czy Olgierdowi wiodło się w pracy. Zostawiała za plecami codzienność, która, choć monotonna, była stała, niezmienna i pewna. Nieraz się zdarzało, że narzekała na jednostajny rytm dni, miesięcy i lat. Odkąd zabrakło rodziców i opiekę nad rodzeństwem przejęła Róża, tygodnie zlewały się w jedno, czyniąc rzeczywistość przeciętną czy wręcz nużącą. Alicja pragnęła odmiany, czegoś, co wprowadzi zamęt w poukładaną prozę życia. Potrzebowała wrażeń, wytchnienia od obowiązków i przyzwyczajeń. Nie przypuszczała jednak, że wypowiedziane mimochodem życzenie spełni się w sposób, jakiego nie przewidziałaby w najgorszych koszmarach.
Usnęła kołysana miarowym stukotem kół o szyny. Nie obudziła się, kiedy pociąg na krótko zatrzymał się w Siedlcach po węgiel i wodę. Drzemała, wstrząsana zimnem podczas nieplanowanego przystanku w Łukowie. Dopiero rozgardiasz w Brześciu wybudził ją z niespokojnego snu.
Spod wpółprzymkniętych powiek obserwowała współpasażerki, które z ożywieniem kontynuowały rozmowę rozpoczętą bez udziału pozostających w letargu kobiet. Maria, Ewelina i Aldona podniosły się z ławek i przesunęły się bliżej wejścia, próbując cokolwiek dojrzeć w szparach drzwi.
– Tam są ludzie – relacjonowała Obrębska, przycisnąwszy oko do wąskiej dziury. – Czekają… pilnują ich żołnierze…
– Z karabinami – dodała Ewelina. – Dokoptują do nas następnych więźniów.
Nieszczęśniczki zesłane na Syberię rozejrzały się wokół. Było ich czterdzieści, jeśli się ścisną, znajdzie się trochę miejsca dla dwóch, najwyżej trzech osób. O większej ilości nie było mowy, tymczasem Aldona twierdziła, że na peronie zgromadzono co najmniej setkę katorżników.
Na zewnątrz trwało poruszenie. Tłum zafalował pod wpływem rozkazów wydawanych przez carskich żołnierzy. Pierwszy rząd przesunął się bliżej wagonów więziennych, czekając aż pasażerowie pierwszej oraz drugiej klasy opuszczą wygodne przedziały, a rozpoczynający w Brześciu podróż ulokują się na siedzeniach.
Po zabezpieczeniu konwoju Moskale przystąpili do rozlokowania więźniów. Drewniane drzwi otworzyły się z trzaskiem. Do wnętrza wagonu oprócz lodowatego zimna i wiatru przenikającego przez warstwy ubrań, wkradły się nikłe promienie listopadowego słońca. Zamknięci od kilku godzin zesłańcy odruchowo zakryli oczy dłońmi. Światło padało im na twarze jak coś obcego, niemal zapomnianego. Niektórzy mrugali szybko, próbując przyzwyczaić wzrok, inni odwracali głowy w obawie przed oślepieniem.
– Dalej, wsiadać! – krzyknął stojący najbliżej żołdak na pogrążoną w marazmie rzeszę.
Popchnął dygoczącą kobiecinę, która trzymała za rękę śliczną panienkę o kruczoczarnych włosach, odzianą w szary, poprzecierany płaszcz. Dziewczynka owinęła brudną chustą głowę, lecz nie zdołała ukryć urody. Kobiecina zachwiała się pod szorstkim pchnięciem, ale zdołała utrzymać ją przy sobie.
– Nie rozdzielajcie nas… – wyszeptała drżącymi ustami, bardziej do siebie niż do żołdaka.
Ten jedynie prychnął i odwrócił wzrok, jakby miał dość podobnych próśb.
– Szybciej, powiedziałem! – warknął, stukając kolbą o zmarznięte deski peronu.
Dziewczynka, mimo że zmęczona i brudna, trzymała głowę wysoko. Jej ciemne oczy błysnęły gniewem lub strachem – nikt nie mógł stwierdzić, co naprawdę w nich siedzi. Silny podmuch rozwiał kosmyk czarnych włosów wydostających się spod chusty, a ona jeszcze mocniej ścisnęła dłoń matki.
– Mamusiu… – zaczęła cicho.
– Cicho, dziecko. Już… już, zaraz. – Kobieta przyklękła na moment, jakby chciała zasłonić córkę własnym ciałem, po czym podniosła się z trudem i ruszyła w stronę wagonu.
Tłum zesłańców przesuwał się powoli i ciężko, niczym pozbawiona barwy rzeka ludzkiej niedoli. Każdy krok naznaczony był lękiem i wahaniem. Strażnicy poganiali wszystkich ostrymi gestami i zimnymi okrzykami, którym towarzyszył porywisty wiatr, świszczący między wagonami.
Kiedy kobieta z dziewczynką dotarły do wagonu, musiały wspiąć się po wysokim stopniu. Żołdak szturchnął je ponownie, jakby cierpliwość nie była jego najmocniejszą stroną. Dziecko wślizgnęło się pierwsze, chwytając się zardzewiałej poręczy, matka tuż za nim. Wewnątrz śmierdziało stęchlizną. Żadna z siedzących w półmroku więźniarek się nie odezwała, nie miały na to siły.
Żołnierze na siłę ładowali ludzi. Z wagonu dobywały się skargi i narzekania, bo nikt nie chciał stracić swojego kawałka ławki. Więźniarki z Brześcia siadały na zabłoconej podłodze, chlipały przy tym pod nosem, upokorzone przez zaborcę. Wygospodarowanie miejsca graniczyło z cudem, a upychanych do środka kobiet wciąż przybywało.
Alicja siedziała między Krystyną, a panią Emilią, bladą Warszawianką noszącą ślady przemocy na wątłych policzkach. Coraz bardziej ścieśnione kołysały się w rytm naporu aresztantek. Stłumione jęki mieszały się w półmroku z ostrym zapachem niemytych ciał.
– Nie mają litości – szepnęła pani Emilia. – Jesteśmy dla nich nic niewartą masą, nie ma znaczenia, ile nas przeżyje, ile nie dojedzie do celu.
Alicja oddychała coraz szybciej. Odnosiła wrażenie, że za chwilę zabraknie jej powietrza i udusi się w przytłaczającym ścisku. Obraz przed oczami zaczął lekko falować i wnet się rozmył, na długie godziny odbierając zmysły.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
