Podróż wołyńska. Echa przyszłych dni. Podróż wołyńska tom 1 - Joanna Nowak - ebook

Podróż wołyńska. Echa przyszłych dni. Podróż wołyńska tom 1 ebook

Nowak Joanna

4,6

34 osoby interesują się tą książką

Opis

Kto przyjaciel, kto wróg.

Pierwszy tom sagi „Podróż wołyńska” p.t. „Echa przyszłych dni” opowiada o skomplikowanych dziejach członków rodziny Stawińskich, a także ich ukraińskich sąsiadów, zamieszkujących wieś położoną nieopodal Łucka w dawnym województwie wołyńskim. Bohaterów poznajemy w 1933 roku, kiedy Helena Stawińska rodzi martwe dziecko. Jej mąż, Zygmunt, wściekły na akuszerkę, nie bacząc na nic, w środku nocy wyrzuca ją na mróz. Nikt nawet nie przypuszcza, że to wydarzenie położy się cieniem na losach rodziny i bardzo skomplikuje wszystkim życie. Kłamstwa, intrygi, sekrety, nieodwzajemniona miłość, przegapione szanse i wzajemne urazy blakną wraz z wybuchem wojny. Za to pojawiają się nowe problemy, które w obliczu antypolskich nastrojów na Wołyniu i aktów agresji ze strony Ukraińców jednoczą bohaterów i uczą ich rozpoznawać kto przyjaciel, kto wróg.

Niezwykle poruszająca historia o sekretach rodzinnych i wielkich namiętnościach na tle zawieruchy wojennej. Od tej powieści trudno się oderwać. Serdecznie polecam!

Edyta Świętek, autorka sag Spacer Aleją Róż, Grzechy młodości i Niepołomice.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 403

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (75 ocen)
53
17
5
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Mlotki

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00
EwaSos63

Nie oderwiesz się od lektury

piękna i przejmująca. Warto przeczytać 😘
00
Margaretka61

Dobrze spędzony czas

Ciekawa lektura. Miejscami bardzo wciągająca, a miejscami miałam wrażenie, że autorka robi skrót - przeskok w uogólnienie, spojrzenie z boku.
00
Felunia1981

Dobrze spędzony czas

Polecam .
00
Annaok2

Nie oderwiesz się od lektury

czyta się z zapary tchem. Polecam.
00

Popularność




 

 

 

 

 

Książki Joanny Nowak, które ukazały się

w Wydawnictwie Replika:

 

 

 

saga Siostry z ulicy Wiśniowej:

Zawsze będę obok

Dopóki starczy sił

Już nie ucieknę

 

Opowieść przedwigilijna

 

 

 

Copyright © Joanna Nowak

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2023

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Redakcja

Magdalena Kawka

 

Korekta

Paulina Kawka

 

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

 

Skład i łamanie

Izabela Szewczyk-Martin

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

Wydanie elektroniczne 2023

 

eISBN

978-83-67639-47-7

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

[email protected]

www.replika.eu

 

Mojej babci Anieli oraz jej rodzinie - ocalałym z rzezi wołyńskiej.

 

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

 

 

 

 

Wieczny odpoczynek

 

 

 

Listopad 1933

 

Ciszę bezksiężycowej nocy przeszył rozdzierający krzyk Heleny Stawińskiej.

Nim akuszerka zdążyła wyrzucić go za drzwi, pobladły Zygmunt spojrzał na wykrzywioną cierpieniem twarz żony. To jeszcze nie czas, pomyślał z trwogą, za wcześnie i tak jakoś niespokojnie.

Sądził, że poród nie potrwa długo. Kiedy czternaście lat wcześniej rodził się Jerzy, Helena męczyła się przez okrągłą dobę. Kobiety we wsi wzruszały ramionami, twierdząc, że pierworódki muszą poczuć ból, żeby następnym razem dwa razy się zastanowiły, zanim rozłożą przed mężczyzną nogi. Następnego dnia chłopiec pojawił się na świecie cały i zdrowy, a jego matka niemal natychmiast zapomniała o udręce. Potem było już łatwiej. Zosia i młodsza o rok Jadzia nie sprawiły rodzicielce problemów, a najmłodsza, Wanda, pojawiła się w przerwie między oporządzaniem krów i podaniem rodzinie śniadania.

Zygmuntowi wystarczyło dzieci, miał syna i trzy córki. Żadne nie pomarło w dziecięctwie, jak to bywało w innych domach, gdy rodzice kładli do trumny małe, przeżarte chorobą ciałka. Ale Helena marzyła o jeszcze jednym synu. Z tkliwością spoglądała na pracownice, które przychodziły do obejścia z noworodkiem zatkniętym w chustę. Nie potrafiła oderwać oczu od ssących nabrzmiałą pierś usteczek i drobnych paluszków ufnie ściskających ciało matki.

– Chciałabym tak jak one – wzdychała wieczorami, zaplatając długie włosy w warkocz. – Znów nosić maleństwo pod sercem, tulić je i patrzeć jak rośnie nam na pociechę.

Zygmuntowi kolejna gęba do wykarmienia nie robiła różnicy. Gospodarka przynosiła obfite plony, dzięki czemu Stawińskich stać było na wysłanie dzieci do szkół. Jerzy, Jadwiga i Zosia uczęszczali do gimnazjum w Łucku, a najmłodsza córka nie mogła się doczekać, aż pójdzie w ślady sióstr oraz brata i zamieszka wraz z nimi w przyszkolnym internacie. Pan domu doszedł do wniosku, że Helenie ckniło się za trójką starszych dzieci. Dopóki nie podrosły i należało postanowić o ich edukacji, cała czwórka mieszkała pod jednym dachem z rodzicami. Sielska atmosfera tamtych dni sprawiła, że małżonka z rozrzewnieniem wracała do wspólnie spędzonych chwil, jakby obawiała się, że najszczęśliwsze momenty mają już za sobą.

Helena zaszła w ciążę w maju, tuż po czwartych urodzinach Wandy. Niestety nie było jej dane długo cieszyć się myślą o powiększeniu rodziny. Nagły ból w podbrzuszu zastał ją podczas wykonywania codziennych obowiązków w obejściu. Postanowiła wówczas wrócić do domu i chwilę odsapnąć, bo wydawało jej się, że nieco się w pracy przeforsowała.

Nie zdążyła zrobić kroku, gdy poczuła skurcz. Pociemniało jej przed oczami i byłaby upadła, gdyby nie pomoc parobka, który zupełnym przypadkiem znajdował się w pobliżu. Oleksandr chwycił gospodynię i zaniósł ją na pokoje, uprzednio pogoniwszy chłopaczka zajmującego się bydłem, by czym prędzej sprowadził pana Zygmunta. Ten, widząc żonę skuloną w pozycji embrionalnej, kazał zaprzęgać konie i sprowadzić lekarza.

– Nie – wychrypiała Helena. – Idźcie po Andriejukową.

Stawiński nie kazał sobie tego drugi raz powtarzać. Będąca przy nadziei kobieta najlepiej wiedziała, czego jej potrzeba. Zostawił ukochaną pod opieką kucharki Oksany, a sam, nie chcąc stać bezczynnie i patrzeć na cierpiącą połowicę, pojechał wraz z Oleksandrem po akuszerkę. Pech chciał, że Tatiana przed godziną została wezwana do rodzącej z sąsiedniej wsi. Córka kobiety, piętnastoletnia Maria, dopiero wprawiała się w zawód. Dziś nie towarzyszyła matce ze względu na niedawno przebytą chorobę, która nieomal pozbawiła ją życia. W nagłej sytuacji, w jakiej znalazł się Zygmunt, była jego jedyną nadzieją.

Maria nie kryła zaskoczenia prośbą majętnego ziemianina. Nie znała jeszcze fachu tak dobrze jak rodzicielka, dlatego obawiała się, że może zaszkodzić brzemiennej zamiast jej pomóc. Zdenerwowany mężczyzna huknął na nią, każąc czym prędzej wskakiwać na wóz i ratować jego żonę. Przestraszona Maria skinęła głową, zebrała najpotrzebniejsze rzeczy, po czym usiadła obok powożącego Oleksandra. Niespełna kwadrans później zatrzymali się przed domem Stawińskich.

Wanda wybiegła ze środka i przywarła do nóg ojca. Pochlipywała cicho, co zmroziło serce Zygmunta. Obawiając się najgorszego, odepchnął dziecko i dopadł do drzwi izby sypialnej. Widok przesiąkniętego krwią prześcieradła zatrzymał go w progu. Wyrwany ze stuporu przez zapłakaną Oksanę przypadł do leżącej na łożu Heleny.

Oddychała. Jej klatka piersiowa rytmicznie unosiła się i opadała. Stawiński nigdy nie czuł większej ulgi. Gdyby stracił Helenę… Nie, wolał sobie nie wyobrażać świata bez matki swoich dzieci.

– Przykro mi – odezwała się tymczasem Maria.

Spojrzał na nią nieprzytomnym wzrokiem. Nim przypomniał sobie, kim jest nieznajoma, ta odsłoniła koszulę nocną ciężarnej i pokręciła głowę.

– Przykro mi – powtórzyła. – Nic już się nie da zrobić.

Zrozumiał więcej, niż usłyszał. Ich syn nie pojawi się na świecie. Jeszcze nie teraz.

Zygmunt nie bolał nad stratą. Nie żywił żadnych cieplejszych uczuć do nienarodzonego dziecka. Wręcz przeciwnie, darzył je nienawiścią za cierpienia wyrządzone żonie. Dziękował więc opatrzności za to, że istota, którą nosiła pod sercem Helena, odeszła, nie zabrawszy ze sobą matki.

Późnym wieczorem do domu Stawińskich zawitała Andriejukowa. Za zamkniętymi drzwiami obejrzała Helenę i dała jej ziół na spokojny sen.

– Powinna spać do rana. – Tatiana wyszła do zmartwionego Zygmunta. Włożyła do jego ręki woreczek z leczniczą mieszanką. – Na wypadek, gdyby miała kłopoty z nerwami – wyjaśniła i cicho westchnęła. – Tak się czasem dzieje, że dziecko trafia do nieba, nie przeżywszy na ziemi nawet dnia.

– Jakie dziecko? – mruknął. – Toć nawet brzucha jeszcze nie było widać.

– Ale życie już rosło i tak samo ono święte jak każde inne – zacietrzewiła się akuszerka. – Niech żona się oszczędza i nie zaprząta sobie myśli stratą. Bóg da, to powije jeszcze syna – dodała na odchodne.

Pani domu nie chciała słyszeć o odpoczynku. Choć nadal słabowała, na drugą dobę po poronieniu wstała z łóżka i wróciła do codziennych obowiązków. Oksana próbowała wyręczać gospodynię, lecz ta odganiała się od niej niczym od natrętnej muchy. Kucharka skarżyła się Zygmuntowi na ośli upór nieboraczki, której z dobroci serca chciała przyjść z pomocą. Nie znała się na leczeniu, niemniej zdawała sobie sprawę, iż zbyt wczesny powrót do ciężkiej pracy żadnej ciężarnej nie wyszedł na zdrowie.

Między słowami Stawiński usłyszał oskarżenie Heleny o zaniedbanie, w którego efekcie matka czwórki dzieci przedwcześnie musiała pożegnać się z nadzieją na ponowne rodzicielstwo. Oburzony insynuacjami, wysłał Oksanę do kuchni z nakazem, by więcej nie pokazywała mu się na oczy.

Był gotowy bronić małżonki, mimo że nie wiedział, jakie emocje targają nią po tragicznym wydarzeniu sprzed kilku dni. Helena zamknęła się w sobie. Okrutnie przeżywała żałobę, zaniedbując przy tym Wandę. Mała naturalnie lgnęła do rodzicielki, lecz ta starała się jak najrzadziej przebywać w jej towarzystwie. Zrezygnowała z codziennej zabawy z nią i czytania jej bajek na dobranoc.

Odrzucona dziewczynka płakała cichutko, marząc jednocześnie o powrocie Zosi i Jadzi z pensji. Obecność sióstr podnosiła ją bowiem na duchu i sprawiała niewymowną radość. Niestety o wcześniejszym powrocie rodzeństwa ze szkół nie mogło być mowy, co odbijało się na jej samopoczuciu.

Wanda pociechę znalazła w Oksanie. Zaraz po obudzeniu biegła do kuchni, gdzie Oksana przygotowała jej mały stołeczek, na którym przysiadała, aby przyglądać się pracy kucharki. Wkrótce zaczęła jej pomagać przy krojeniu warzyw, ciesząc się, że jest dla kogoś ważna. Czuła się potrzebna, a i Oksanie jej obecność była miła. Odkąd Helena zaniemogła, kucharka wzięła na siebie ciężar wykarmienia nie tylko Stawińskich, ale i posługujących w gospodarstwie parobków. Pani zwykle przychodziła z pomocą przy pieczeniu chleba, oprawianiu mięs i przygotowywaniu strawy, a teraz zostawiła ją samą, wybierając zajęcia w obejściu.

Zygmunt nie wtrącał się w kobiece sprawy, ale i jemu zaczęło ciążyć zachowanie żony. Rozumiał jej rozżalenie i smutek, jednak życie toczyło się dalej. Im prędzej połowica pogodzi się z wyrokami losu, tym szybciej będą mogli rozpocząć starania o potomka.

Na szczęście czas leczy rany. Po kilku tygodniach Helena doszła do siebie. Wprawdzie nie wróciła do wszystkich dawnych zwyczajów, niemniej poprawa była widoczna gołym okiem. Znów na jej obliczu gościł uśmiech, a z ruchów przestała bić nerwowość. Zygmunt odetchnął z ulgą, gdy zaczęła serdecznie odnosić się do ludzi, dotąd zdziwionych jawną niechęcią i oschłością szanowanej w okolicach gospodyni.

Życie Stawińskich powoli wracało do normy. Coraz częściej powracały też marzenia o drugim synu, zwłaszcza po przyjeździe Jerzego z Łucka. Wraz z zakończeniem roku szkolnego, dzieci powróciły w rodzinne strony. Helena z czułością spoglądała na doroślejącego czternastolatka. Stęskniona za pierworodnym nie potrafiła niczego mu odmówić, dzięki czemu Jerzy mógł wylegiwać się w łóżku do południa, podczas gdy siostry wstawały wczesnym rankiem, aby pomóc podczas żniw. Nawet Wanda szukała sposobności do wyręczenia ciężko pracujących parobków. Próbowała w ten sposób odzyskać przychylność matki, oddalającej się od niej z każdym dniem.

Zygmunt wściekał się na pobłażliwość żony względem Jerzego. Na polu każda para rąk była potrzebna, tymczasem syn upodabniał się do paniczyków lubujących się w czytaniu książek i wylegiwaniu w hamaku. Ignorując sprzeciw żony, Zygmunt zaganiał go do roboty, nie bacząc na krzywe spojrzenia Heleny.

Zdezorientowany młodziak szybko popędził na zagony. Choć rósł jak na drożdżach i niewiele mu brakowało, żeby doścignąć wzrostem ojca, bał się niezmiernie jego gniewu i wolał unikać konfrontacji. Dotąd był pewien, że brak obowiązków został z nim uzgodniony, lecz widząc rozgoniony wzrok Zygmunta, więcej nie dyskutował.

Za to Helena miała więcej do powiedzenia. Zarzuciła mężowi, że ten wysługuje się dziećmi, chociaż zatrudnia parobków. A Jerzy nie powinien się przepracowywać, skoro z początkiem września wraca do szkół.

– Podobnie jak Zosia – wtrącił niezadowolony Zygmunt. – Jakoś nie przeszkadza ci, że codziennie zrywa się o świcie i pracuje w pocie czoła.

Helena zmieszała się na te słowa. Nie faworyzowała żadne z dzieci, jednak Jerzego, z racji starszeństwa, traktowała w wyjątkowy sposób. Syn zajmował szczególne miejsce w jej sercu, bo doskonale wiedziała, jak wielka odpowiedzialność na nim spoczywa. Po śmierci rodziców przejmie gospodarkę i będzie czuwał nad losem sióstr. To jego dzieci odziedziczą nazwisko, a synowie przedłużą ród.

Ojciec nie zwykł roztkliwiać się nad potomkiem. Jego samego nikt nie głaskał po głowie i nie niańczył, rozpuszczając jak dziadowski bicz, więc i on nie pozwoli, aby przez kobiece dyrdymały Jerzy poszedł na zmarnowanie. Jeśli urodzi się kolejny syn, Helena może wychowywać go po swojemu, Zygmunt nie będzie się wtrącał.

Stawińska uśmiechnęła się szeroko, jakby właśnie takiej deklaracji od niego oczekiwała. Poleciła Jerzemu słuchać we wszystkim ojca, a sama zajęła się przygotowaniami do przyjścia dziecka na świat.

Po kolejnej, zakończonej poronieniem ciąży straciła nieco animuszu, lecz nie załamywała rąk. Trzecia nieudana próba sprawiła, że zaczęła szukać pomocy. Spoglądała na Andriejukową jak ktoś, kto oczekuje cudu. Nie dopuszczała do siebie myśli, że jej ciało się starzeje i odrzuca dziecko w mechanizmie obronnym. I na nic zdadzą się medykamenty, gdy organizm błaga o zmiłowanie.

Nie zdradziła Zygmuntowi, co usłyszała od Tatiany, bo ten gotów zaprzestać starań o potomka. Zresztą nie wierzyła w tłumaczenia sąsiadki. Kobiety od zarania dziejów rodziły dzieci i nie rozczulały się nad sobą. Dziecko było darem od Boga, należało przyjąć je z pokorą i wznosić modlitwy do Matki Boskiej o jego szczęśliwe narodziny. Sprzeciwianie się bożym zamiarom było grzechem śmiertelnym, za który Helena nie chciała sczeznąć w ogniu piekielnym. Dlatego bez słowa skargi niosła swój krzyż i czekała na szansę od losu.

Tuż po Wielkanocy Zygmunt nakrył Helenę na opróżnianiu skrzyni z ubrankami pozostałymi po Wandzie. Na pytanie, co ma zamiar z nimi zrobić, uśmiechnęła się szeroko.

– Wypiorę i odłożę do komody. Niedługo nam się przydadzą. – Głos się jej załamał, a ręce zaczęły drżeć. Podniosła wzrok na męża.

Niespodziewana wiadomość zaskoczyła Zygmunta. Opadł na siedzisko, próbując oswoić się z myślą o powiększeniu rodziny.

– A co z…? – Nie wiedział, jak zadać właściwe pytanie. Wciąż pamiętał dzień, w którym niemal ją stracił. Nigdy wcześniej strach nie dławił jego gardła z równą skutecznością. A jeśli sytuacja się powtórzy? – Pytałaś Andriejukową?

– Niby o co? – Helena się obruszyła. – To moje dziecko, nie jej. Obca baba nie będzie wtrącała się w nasze prywatne sprawy – odparła nieco spokojniej.

Z jednej strony obawiała się, że Zygmunt rozpyta akuszerkę o ich plany, a wówczas dowie się, że Tatiana przestrzegała ją przed poczęciem. Zaraz jednak się uspokajała, bo znała ślubnego i wiedziała, iż rozmowa z akuszerką na kobiece tematy jest ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę.

– Ale będziesz ją prosić do porodu? – upewnił się.

– Urodziłam czwórkę dzieci i piąte też dam radę. Nie uważam, by obecność Andriejukowej była niezbędna. – Helena zamknęła skrzynię, po czym posłała Zygmuntowi stanowcze spojrzenie. – Zdania nie zmienię. Dzieciątko urodzi się na przełomie roku, gdy Zosia i Jadzia wrócą do domu na Boże Narodzenie. Poinstruuję wcześniej dziewczynki, co mają robić, gdy dojdzie do rozwiązania. To mądre panienki. Na pewno mnie nie zawiodą.

Zygmunt nie krył sceptycyzmu. Obarczanie córek odpowiedzialnością za nowe życie wydawało mu się niewłaściwe. Owszem, Helena jako matka doskonale wiedziała, co należy czynić, aby wydać dziecko na świat, lecz nigdy nie rodziła bez Tatiany. Dwunastoletnia Zosia i jedenastoletnia Jadzia nie zastąpią doświadczonej sąsiadki. Zwłaszcza że nie będą miały pojęcia jak zareagować w sytuacji kryzysowej. Wprawdzie mężczyzna nie dopuszczał do siebie złych myśli, niemniej jako głowa rodziny powinien brać pod rozwagę każdą ewentualność.

– Zygmuś, czemu się frasujesz? – Milczenie męża zaniepokoiło Helenę. Podeszła do niego i pogładziła po szorstkim policzku. – Przecież o tym marzyliśmy. Długo czekaliśmy na naszego syna, ale teraz wszystko się uda. Jestem tego pewna – powiedziała miękko.

– I nie boisz się, że skończy się tak jak poprzednio? – mruknął Stawiński. – Może Bóg dawał nam znać, byśmy zaprzestali prób, a my nie podporządkowujmy się jego rozkazom?

– Nie, kochany. On doświadczał nas, żeby przekonać się, czy jesteśmy godni po raz kolejny zostać rodzicami. – Chwyciła dłoń Zygmunta i położyła na swoim brzuchu. – Mam przeczucie, że tym razem się uda i Andrzejek będzie nam pociechą.

– Andrzej?

– Jerzy nosi imię po twoim ojcu, więc sprawiedliwie będzie, jeśli drugi syn będzie nosił imię mojego.

Gospodarz wreszcie ustąpił. Do końca roku droga daleka. Im bliżej rozwiązania, tym skuteczniej zacznie urabiać Helenę i namawiać do skorzystania z posługi akuszerki. Tatiana nigdy jej nie zawiodła. A i lepsze to towarzystwo dla rodzącej niż przestraszone dziewczątka, które mają jeszcze czas na poznawanie świata.

Dzieci ze zdumieniem przyglądały się rozradowanym twarzom rodziców. Jerzy zaniemówił z wrażenia, by po chwili złożyć im serdeczne gratulacje. W oczach Zosi pojawiły się łzy. Córka przytuliła się do matki, zapewniając, że nie musi niczym się martwić, bo będzie mogła liczyć na jej wsparcie. Jadzia bąknęła coś niewyraźnie, a potem usiadła w kącie pokoju i zajęła się własnymi sprawami. Przez kolejne tygodnie nie nawiązywała do interesującego wszystkich tematu, jakby milczeniem starała się zaprzeczyć wyrokom przeznaczenia. Helena próbowała nakłonić ją do rozmowy, lecz dziewczyna ani myślała rozprawiać o nowym członku rodziny.

Najgorzej wiadomość przyjęła Wanda. Odkąd dowiedziała się, że nie będzie już najmłodsza, zamknęła się w sobie. Delikatnie zagadnięta o przyczynę złego samopoczucia, przyznała, że nie ma nic przeciwko dziecku, ale będzie jej bardzo przykro, gdy rodzice całkowicie przestaną ją kochać. Zwłaszcza że już wcześniej mama zajmowała się tylko sobą, a niespełna pięcioletnią dziewczynkę całkowicie ignorowała.

Helena nie wiedziała, gdzie podziać oczy. Naraz zdała sobie sprawę, że w ostatnim czasie w ogóle nie interesowała się córką. Wiedziała, że Wandzia spędza mnóstwo czasu z Oksaną. Sądziła, iż pomoc w kuchni jest jej wyborem, ale jednocześnie nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatnim razem śpiewała dziecku kołysankę. Skupiona na staraniach o syna, zapomniała o córeczce, która nadal potrzebowała matczynej uwagi.

Zdumieni Stawińscy spoglądali na Wandę, która ze wzrokiem wbitym w podłogę prosiła, żeby się na nią nie gniewali za to, że chce nadal być dla nich ważna. Wzruszona Helena przygarnęła dziewczynkę do siebie i zaczęła przepraszać za krzywdy, jakie jej wyrządziła. Trzymała ją w objęciach tak długo, aż mała pojęła, że miłość ojca i matki względem niej nigdy się nie zmieni.

 

Mężczyzna stał jak słup soli i wpatrywał się w zamknięte drzwi, za którymi jego ukochana w bólach rodziła wyczekiwanego syna. Wszystko w rękach Boga, myślał, a strach nie opuszczał go ani na krok. Zdawał sobie sprawę, że poród nie przebiega prawidłowo. Widział to w oczach akuszerki odpowiedzialnej za narodziny Jerzego, Zofii, Jadwigi i Wandy. Kobiety we wsi miały do niej zaufanie i ani myślały zabierać się do roboty, jeśli nie było przy nich doświadczonej położonej. Nie chciały słyszeć o lekarzach. Po pierwsze, mało kto mógł sobie pozwolić na sprowadzanie medyka, po wtóre zaś, w równie ważkiej chwili, liczył się czas. Andriejukowa była na miejscu i zawsze przychodziła z pomocą ciężarnej, nawet gdy ta miała już za sobą wiele porodów i doskonale wiedziała, co należy robić.

Tym razem próbowała ukryć przed Zygmuntem niepokój, ale z jej zafrasowanego oblicza czytał niczym z otwartej księgi.

– Cokolwiek się stanie, proszę ratować Helenę – wyszeptał, nim poleciła mu wyjść z izby.

Popatrzyła wymownie na pogrążonego w rozpaczy mężczyznę. Jego silna dłoń jak w imadle przytrzymywała jej nadgarstek. Dopóki nie skinęła głową, nie zwolnił uścisku.

Jeszcze nigdy nie czuł się tak bezradny. Gdyby mógł, zdjąłby ciężar z ramion Heleny i niósł na własnych barkach. Po stokroć bardziej wolałby tortury niż przysłuchiwanie się cierpieniu matki swoich dzieci ze świadomością, że nic nie może zrobić.

– Tato, co się dzieje? Dlaczego mama tak strasznie krzyczy? – Przestraszona Wanda, odziana w koszulę nocną, stanęła boso na progu.

Na widok córki Zygmunt otrząsnął się z otępienia.

– Idź do siebie – nakazał stanowczo.

– Ale…

– Powiedziałem, idź do siebie! – warknął rozeźlony.

Wanda nigdy nie widziała go w takim stanie. W jej niebieskich oczach zalśniły łzy, a ciało zadrżało wskutek wypowiedzianych pod wpływem emocji słów. Byłaby uciekła z płaczem, gdyby nie Oksana. Kucharka pojawiała się we właściwym momencie. Korpulentna kobieta zatrzymała dziewczynkę w pół kroku i z niemałym trudem pochyliła się ku niej.

– Musisz być teraz bardzo dzielna, Wandeczko – powiedziała dobrotliwie.

– Dlaczego?

– Bo mamusia powije ci braciszka i potrzebuje dużo siły, żeby maleństwo pojawiło się na świecie.

– To dlatego krzyczy? Bo ją boli? – dopytywało zaciekawione dziecko.

– Od zarania dziejów kobiety rodzą w bólach. Przekonasz się o tym, gdy dorośniesz.

Zza drzwi dobiegł ich jęk Heleny. Wanda zakryła rękoma uszy i przywarła do ciepłego ciała Oksany, jakby chciała uchronić się przed nieprzyjemnymi odgłosami.

– Zabierz ją stąd – mruknął Zygmunt. Bez sił opadł na stojące pod ścianą krzesło i schował twarz w dłoniach. – Lepiej, żeby nie słyszała, co dzieje się z jej matką.

– Przecie to sama natura – zdziwiła się Oksana. – Wanda powinna wiedzieć…

– Powiedziałem! – krzyknął Stawiński. Podniósł wzrok i obdarzył kucharkę spojrzeniem pełnym wściekłości.

– Chodźmy. – Oksana wzięła dziewczynkę za rękę i poprowadziła w kierunku kuchni.

Zygmunt nie był w stanie podnieść córki na duchu, bo sam nie potrafił wyzbyć się przerażenia. Żałował, że nie ma z nimi Zosi. Dwunastoletnia panna miała w sobie spokój, tak potrzebny, gdy umysły zatruwał lęk zmieszany z niepewnością. Jej dotyk wystarczył, aby ukoić skołatane nerwy i przywrócić sercu normalny rytm.

Wbrew wcześniejszym zapewnieniom Heleny, córki nie mogły pomóc w przyjściu dziecka na świat. Choć wyliczyła, że do rozwiązania dojdzie wraz z początkiem nowego roku, pierwsze skurcze chwyciły ją w środku listopadowej nocy. Początkowo Zygmunt nie zorientował się, że powodowana bólem, zaczęła ciężko stękać. Zmordowany po ciężkim dniu pracy zasnął w oka mgnieniu. Dopiero jej krzyk przywrócił go do rzeczywistości. Spojrzał i natychmiast zrozumiał, co się dzieje. Wstał z łóżka i w pośpiechu zaczął się ubierać. Nie mówiąc ani słowa, wypadł z izby i popędził do przybudówki, gdzie mieszkał Oleksandr wraz z pozostałymi parobkami. Obudził kilku mężczyzn, kazał im zaprzęgać konie i sprowadzić Andriejukową.

– Gospodarzu, o tej godzinie? – obruszył się Mykoła. – Toć jeszcze nie zaczęło świtać – dodał i już miał przewracać się na drugi bok, żeby złapać nieco snu zanim zbudzi się dzień, gdy Zygmunt chwycił go za ramię.

– Czy ja cię pytałem o zdanie? – Wściekły Stawiński omal nie przyłożył pracownikowi z pięści. Liczył się czas, a oni mitrężyli go na czczą gadaninę. – Wstawać i robić, co mówię!

Oleksandr szybko się domyślił, że stało się coś złego. Początkowo sądził, iż panienka Wanda uległa jakiemuś wypadkowi, lecz szybko uświadomił sobie, że dziewczynka najpewniej śpi. A jeśli nie chodziło o nią…

Po wydarzeniach sprzed wielu miesięcy, nie przypuszczał, by znów musiał udawać się w tę samą drogę i spieszyć się tak, jakby od niego zależało czyjeś życie. Pogonił chmurnego Mykołę, skinął głową gospodarzowi i powiedział, żeby ten czym prędzej wracał do pani.

Zygmunt nie ruszał się z miejsca. Niczym wrośnięty w podłogę, starał się panować nad emocjami, jednak napięcie szybko dało o sobie znać. Oleksandr poprosił jednego z kompanów, aby ten zaprowadził Stawińskiego na pokoje, obudził Oksanę i zostawił go pod jej opieką.

– Nie, nie trzeba – odparł Zygmunt dziwnie utrudzonym głosem. – Muszę wracać do żony. A wy jedźcie z Bogiem i wracajcie szybko!

Nie kazali sobie tego drugi raz powtarzać. Oleksandr i Mykoła sprawnie wyprowadzili wóz, zaprzęgli do niego konie, otworzyli bramę i wyjechali na drogę.

Zygmunt tymczasem wspiął się po schodach prowadzących do domu. Na progu ujrzał kucharkę, która, przeżegnawszy się trzykrotnie, prosiła niebiosa o zmiłowanie.

Wrócił do izby. Ślubna trzymała się za brzuch, jęcząc przy tym żałośnie. Dopadł do niej i spytał, co jeszcze może zrobić.

– Gdzie byłeś? – spytała z trudem Helena między jednym skurczem a drugim. – Tutaj cię potrzebowałam.

– Posłałem po akuszerkę. Niedługo przyjedzie i zajmie się tobą – oznajmił i chwycił kobietę za dłoń.

Wymęczona Helena oparła się o wezgłowie łóżka. Obdarzyła męża nienawistnym spojrzeniem, po czym odwróciła wzrok.

– Przecież mówiłam, że nie chcę jej tu widzieć.

– A któż ci pomoże, jeśli nie ona? Ponoć wystarczyłaby ci obecność dziewczynek, ale one są w szkole.

– Trzeba… było… poprosić… Oksanę – wystękała. – Albo… którąś… z pracownic.

– Postanowiłem. – Choć żal ściskał serce Zygmunta, nie pozwalał Helenie przejąć kontroli. – Jeśli miłe ci życie tego dziecka i twoje własne, zrobisz, co należy. Tatiana jest…

Następne słowa utonęły w krzykach kobiety. Stawiński ze strachem spoglądał na czerwieniącą się koszulę nocną ukochanej. Boże, pomóż, błagał w myślach, spraw, by życie nie przegrało ze śmiercią.

Nagły rwetes za oknami przyciągnął jego uwagę. Wkrótce otwarły się drzwi i do środka, z nieodłączną torbą w ręce, wmaszerowała Andriejukowa. Jednym spojrzeniem omiotła izbę. Zygmunt domyślał się, że nie jest zadowolona i pewnie nie dziwiłby się jej reakcji, gdyby nie powaga sytuacji. Obiecał sobie ponadto, iż po szczęśliwym rozwiązaniu, sowicie ją wynagrodzi. Poniewczasie zdał sobie sprawę jak wielkie niebezpieczeństwo grozi Helenie i dziecku. Wówczas wypowiedział do Tatiany znamienne słowa, które gryzły jego sumienie jeszcze przez wiele lat. „Cokolwiek się stanie, proszę ratować Helenę”.

 

Minuty dłużyły się w nieskończoność. Zygmunt nie potrafił znaleźć sobie miejsca. Zajrzał do Wandy, ale ta, uspokojona przez Oksanę, pogrążyła się we śnie. Oby dziecko niczego rankiem nie pamiętało, myślał zafrasowany. Marzył, aby wraz ze świtaniem wziąć córkę za rękę, zaprowadzić ją do izby i powiedzieć, że została starszą siostrą. Wspomnienia przywołały podobny obraz sprzed lat. Siedmioletnia Zosia i sześcioletnia Jadzia niepewnie weszły do sypialni rodziców. Kroczący za nimi Jerzy nerwowo przestępował z nogi na nogę. Koledzy ze wsi czekali, aż dołączy do ich zabawy, dlatego nie w smak było mu oglądać nowego członka rodziny.

Uśmiechnięta Helena leżała na łóżku przykryta czystą pościelą.

– Podejdźcie bliżej – zachęciła delikatnie.

W stojącej pod oknem kołysce, wystruganej z drewna przed narodzinami Jerzego, leżała maleńka istotka. Otwartymi oczkami przyglądała się światu, który widziała pierwszy raz. Nie roniła łez, choć jej narodzinom towarzyszyły krzyk i płacz.

Zosia popatrzyła na siostrę z czułością.

– Mogę ją potrzymać? – spytała, zwracając się do matki.

– Jeszcze nie, kochanie – odparła Stawińska, a córka cicho westchnęła. – Wandzia musi nabrać sił. Wtedy zaczniesz się nią opiekować.

– Mogę już iść? – mruknął Jerzy. Zerknął na dziewczynkę, starając się zrozumieć, skąd to zamieszanie wokół kogoś, kto nie potrafi chodzić ani mówić. W głębi ducha liczył na brata, z którym łaziłby po drzewach i kradł owoce u sąsiadów. Tymczasem trafiła mu się kolejna, trzecia już siostra. Przez chwilę się zastanawiał, czy matka i ojciec byliby skłonni oddać Wandę tam, skąd ją wzięli, a w jej miejsce wziąć chłopca, najlepiej kilkuletniego, miałby wtedy kompana do zabaw.

– Zostań – mruknął Zygmunt w stronę syna.

– Niech idzie. – Helena machnęła niedbale ręką, a pod wpływem zdziwionego spojrzenie męża, dodała: – To dopiero początek, Wandzia zostanie z nami już na zawsze.

Jadzia kręciła nosem na widok noworodka. Wraz z jego narodzinami przestała być najmłodszym dzieckiem w rodzinie. Nie wiedziała, z jak wieloma zmianami wiązało się przyjście Wandy na świat, lecz żywiła nadzieję, że rodzice będą traktować sześciolatkę jak dotychczas i nadal będą poświęcać jej cały wolny czas. W kolejnych tygodniach na własnej skórze przekonała się, jak bardzo jej wyobrażenia odbiegają od rzeczywistości. Młodsza siostra stała się oczkiem w głowie mamy, która nie odstępowała jej na krok, reagując poruszeniem na każdy płacz. Ojciec, choć starał się nie wyróżniać żadnego z dzieci, również był pod urokiem córeczki, co Jadzię jednocześnie złościło i smuciło. Sielskie dzieciństwo na wołyńskiej wsi właśnie się dla niej skończyło.

Z głębin wspomnień wyrwał Zygmunta krzyk Heleny i stanowczy głos Andriejukowej. Zamknął drzwi do izby, w której spała Wanda, po czym wrócił do sieni sąsiadującej z ich małżeńską sypialnią.

W kącie pomieszczenia siedziała Oksana. Wznosiła oczy ku niebu, a jej usta powtarzały szeptem modlitwy o zdrowie dla gospodyni. Stawiński spojrzał na wiszący na ścianie obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. „Ojcze, nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie”. Ukląkł przed świętym obliczem i również zatopił się w gorącej modlitwie.

Jęki Heleny ustały, co zmroziło mu krew w żyłach. Obawiając się najgorszego, wstał i nie bacząc na niestosowność sytuacji, wszedł do żony. Stanął jak wryty w progu, z ręką mocno zacisniętą na klamce. Ślubna miała zamknięte oczy, ale oddychała.

– Poród doszczętnie wyczerpał jej siły. – Po drugiej stronie pokoju, w półmroku stała Tatiana. Oddychała ciężko, niczym po wielkim wysiłku, trzymając w dłoniach nieruchome zawiniątko. Ostatnie godziny spędziła, ratując życie kobiety, więc i z niej uszła cała energia. – Naprawdę niewiele brakowało, żebyśmy ją dzisiaj stracili.

Zygmunt z trudem przełknął ślinę. Wpatrywał się w nieruchome ciało Heleny, a umysł podsuwał mu obraz żony odzianej w pogrzebową suknię. Natychmiast oddalił od siebie niechciane fatamorgany.

– Minie kilka dni, zanim dojdzie do siebie – ciągnęła akuszerka. – Do tego czasu proszę nie przekazywać jej tragicznych wieści.

Stawiński przeniósł na nią wzrok.

– Jakich tragicznych wieści? – spytał z niepokojem.

Andriejukowa wyszła z cienia i powoli podeszła do mężczyzny. Delikatnie odchyliła białą narzutkę, którą przykryła spoczywające w jej ramionach ciałko.

– Andrzej – szepnął Zygmunt, biorąc kruchą istotę na ręce.

Syn był lekki jak piórko, a mimo to ogromny ciężar zwalił się na barki gospodarza, gdy po raz pierwszy trzymał swoje najmłodsze dziecko. Przytulił go ostrożnie, po czym oddał Tatianie.

– Jak mam jej o tym powiedzieć? – spytał, choć nie oczekiwał odpowiedzi. – Jak? Przecież tak bardzo na niego czekała. Wyśniła go, wymarzyła, pielęgnowała pod sercem.

– Panie Zygmuncie, mówiłam żonie, że kolejna ciąża jest bardzo ryzykowna. Jej organizm wydał na świat czwórkę zdrowych dzieci. Powinniście byli zakończyć na Wandzie powiększanie rodziny.

– Jak to? – Zdziwiony słowami kobiety cofnął się o krok.

– Podczas ostatniej wizyty żony w moim domu, przestrzegłam ją, by miała na względzie własne zdrowie, bo kolejna ciąża oznacza ryzyko nie tylko dla dziecka. Niestety, nie posłuchała mnie. Tak bardzo pragnęła dziecka.

– Nie! – żachnął się Stawiński. – Zabraniam tak mówić o Helenie! Ona była… jest matką i zawsze ma na względzie ich dobro.

– Zapominając przy tym o sobie. Proszę sobie zapamiętać: dobra matka to żywa matka. Skoro pani Helenie leżało na sercu szczęście syna i córek dlaczego igrała ze śmiercią? Żeby zasłużyć na wieczność w niebiosach? Jeszcze trochę, a mogłaby dołączyć do tego niebożątka. – Wskazała na ciało dziecka, które odłożyła do kołyski stojącej od kilku tygodni w kącie sypialni.

Stawiński spoglądał na Andriejukową z nienawiścią.

– Precz! – warknął. – Żadna wiejska baba nie będzie obrażała Heleny w mojej obecności. – Postąpił kilka kroków, chwycił przelęknioną akuszerkę za łokieć i siłą wyprowadził z pomieszczenia.

Oksana ze zdumieniem obserwowała swego pana ciągnącego kobietę przez izbę, aż do przedsionka. Po chwili dał się słyszeć odgłos otwieranych drzwi.

– I żebym nigdy więcej cię nie widział na oczy! – krzyknął, wypuszczając ją w ciemność nocy. Zaryglował zamek, po czym wrócił do sieni.

– Ależ gospodarzu, przecież nie godzi się zostawiać nieboraczkę samą na zimnie – utyskiwała Oksana, widząc jak została potraktowana sąsiadka. – Mróz chwycił, a wy nie daliście jej kubraka.

– Nic mnie to nie obchodzi – odparł wzburzony Zygmunt. – Nie pozwolę, żeby byle chłopka wycierała sobie gębę moją Heleną – stwierdził i zamknął się w sypialni wraz z połowicą i nieżyjącym synem.

Kucharka błagała niebiosa o zmiłowanie. Dla mężczyzny, który pod wpływem emocji wygnał bliźniego w świat, i dla Tatiany Andriejukowej, by szczęśliwie wróciła do domu. Z jednej strony rozumiała rozdrażnienie pracodawcy. Wszak niewiele brakowało, aby Stwórca zabrał do siebie Helenę. Niemniej liczyła, że wkrótce pożałuje postępku niegodnego chrześcijanina i poleci Oleksandrowi albo Mykole odwieźć Andriejukową do domu.

Powłócząc nogami, skierowała się w stronę kuchni. Niedługo zacznie świtać. Całej rodzinie należała się strawa na rozpoczęcie dnia.

 

Zygmunt miotał się niczym zwierzę zamknięte w klatce. Obawiał się chwili, gdy żona odzyska przytomność i zacznie domagać się widzenia z nowo narodzonym dzieckiem. Nie miał serce wyznać jej prawdy. Helena nie mogła doczekać się dnia rozwiązania. Z utęsknieniem czekała, aż weźmie na ręce synka i obdarzy go pierwszym matczynym pocałunkiem. Niestety okrutny los zadrwił z obojga, zabierając ostatnią szansę na ponowne rodzicielstwo.

Jeśli Helena dowie się o śmierci Andrzeja, być może nigdy nie pogodzi się z wyrokami przeznaczenia. Wszak długo dochodziła do siebie po ubiegłorocznym poronieniu, płacząc nad ułomnościami ciała niezdolnego do donoszenia ciąży. Tym razem cios był znacznie boleśniejszy. Widok dziecka, które nie zdążyło nabrać życiodajnego oddechu, łamał serce twardemu jak skała Stawińskiemu, wrażliwą Helenę może zaś doprowadzić do grobu.

Co robić? – myślał gorączkowo. Nie zdoła zmienić biegu wydarzeń i zapobiec nieszczęściu, ale dopóki ślubna nie wiedziała o stracie, mógł działać.

Wyjrzał za drzwi. Oksana zniknęła, więc mógł opuścić izbę niezauważony. Wyszedł z domu i już drugi raz w ciągu nocy udał się do przybudówki. Tym razem jednak postanowił zachowywać się cicho, tak aby nie zwracać na siebie uwagi większości parobków.

Posłanie Oleksandra znajdowało się pod ścianą. Zygmunt szturchnął chrapiącego mężczyznę, lecz ten spał twardo, jakby próbował nadrobić przerwany sen. Drugie uderzenie okazało się skuteczne. Zamroczony parobek podniósł powieki i powiódł dookoła nieprzytomnym wzrokiem. Potrzebował kilka uderzeń serca, aby się zorientować, kto zakłóca jego odpoczynek.

– Pan Zygmunt? – zdziwił się.

– Ciszej – fuknął gospodarz i rozejrzał się po pomieszczeniu. Na szczęście nikt się nie zbudził. – Ubieraj się i chodź ze mną.

– Ale co się stało? Czyżby z panią Heleną…

– Nic jej nie jest. A teraz chodź, nie mamy czasu do stracenia.

Oleksandr spełnił polecenie. Wdział spodnie i koszulę, narzucił ciepły kubrak i wyszedł na zewnątrz.

– Przynieś mi kosz, a potem przygotuj powóz – polecił gospodarz nieznoszącym sprzeciwu tonem.

– Kosz?

– Niewielki, wiklinowy, jakiego używa się do święcenia potraw na Wielkanoc.

– To może należałoby poprosić Oksanę? Ona z pewnością wie, gdzie…

– Gdybym potrzebował jej pomocy, nie zwracałabym się do ciebie – odparł zimno Zygmunt. Z mieszaniną niecierpliwości i rozdrażnienia spoglądał w niebo. Niedługo noc ustąpi dniu i ciemność przestanie skrywać tajemnice. Stawiński wystrzegał się blasku listopadowego poranka, aby świat nie odkrył jego zamiarów. Dopóki nie dotknęły go pierwsze promienie słońca, nadal mógł wierzyć w powodzenie najtrudniejszego planu, jaki miał wykonać.

Oleksandr wrócił po paru minutach. Wręczył gospodarzowi kosz i odszedł w stronę stajni.

Zygmunt wrócił do domu. Z największą ostrożnością, na jaką było go stać, wyjął ciało Andrzeja z kołyski i włożył do kosza niczym codzienne sprawunki, z którymi Oksana wracała z targu. W ostatniej szufladzie komody znalazł koc i nakrył nim martwego chłopca.

Zmęczona Helena nadal spała. Zygmunt podszedł do łóżka i przyłożył zimną dłoń do jej policzka. Wzdrygnęła się, ale nie otworzyła oczu.

Pospieszając się w duchu, opuścił sypialnię. Narzucił na siebie płaszcz i przeżegnawszy się, wyszedł na podwórze. Nie dostrzegł czającego się za plecami cienia pięcioletniej dziewczynki, która z dziecięcą ciekawością przyglądała się trzymanemu przez ojca pakunkowi.

– Wszystko gotowe? – rzucił do Oleksandra.

– Tak, możemy ruszać.

Stawiński położył kosz na siedzisku powozu, a sam spoczął na koźle obok parobka. Konie zarżały cicho i noga za nogą, zmierzały ku otwartej bramie.

– Gdzie jedziemy?

– Na plebanię. Do księdza Ławniaka.

Oleksandr skinął głową. Nie pytał o szczegóły, bo nie były mu potrzebne do wykonania polecenia. Domyślał się jedynie, że dzieje się coś ważnego, skoro spokojny zwykle gospodarz przypomina chmurę gradową. Najpewniej miało to związek z panią Heleną i wypadkami dzisiejszej nocy, lecz nie jemu wtrącać się w prywatne sprawy pracodawców. Zresztą koleje losu najpewniej przybrały już właściwy bieg, skoro pan wybywał z domu, a pani została pod opieką akuszerki.

– Pracujesz na gospodarstwie od młodzieńczych lat – zaczął tajemniczo Zygmunt.

Parobek stropił się na te słowa. Czyżby Stawiński próbował dać mu do zrozumienia, że jest stary i pora, aby opuścił jego ziemię? Może w koszu za ich plecami znajdowała się ostatnia koszula i kilka kromek chleba, którymi będzie mógł posilić się w drodze po lepsze jutro?

– I nadal mam wiele siły – bronił się.

– Cenię cię jak mało kogo, bo poświęcasz się dla roli bez reszty.

– Taki mój wybór – mruknął Oleksandr.

– Powiedz, mogę ci ufać? – Zygmunt poczuł, jak jego serce przyspiesza, a krew buzuje w żyłach.

– Oczywiście.

– To, co dzisiaj się stanie, musi pozostać w sekrecie.

– W sekrecie? Przed kim? – Oleksandr zadrżał. I wcale nie wskutek zimna.

– Przed wszystkimi. Nikt nie może dowiedzieć się o wyjeździe na plebanię. Przyrzeknij na pamięć swoich zmarłych rodziców, że nie wyjawisz nikomu powodów, dla których odwiedzamy księdza Huberta.

– Ja… nie mogę. – Parobek wyraźnie się spiął. Lojalność wobec gospodarza walczyła w nim z mieszaniną strachu i niepewności. – Proszę wybaczyć, ale jeśli to coś złego…

– Nic, za co obaj trafilibyśmy przed oblicze sądu – wyjaśnił Zygmunt. – Poza tym całą odpowiedzialność biorę na siebie. Ciebie nikt nie będzie winił.

– Więc po co tajemnice?

– Bo czasem inaczej się po prostu nie da.

Zatrzymali się u stóp wzgórza, na którym majestatycznie wznosiła się katolicka świątynia. Na łagodnym zboczu stał skromny budynek plebanii. Rezydujący tu ksiądz Hubert Ławniak prowadził życie pozbawione blichtru. Sam był sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Nie zatrudniał gosposi, twierdząc, że sam potrafi sobie ugotować i zetrzeć kurz z półek na książki. Jego zachowanie oburzało część parafian. Uważali bowiem, że proboszczowi nie przystoi troszczyć się o przyziemne sprawy. Najpewniej sądzili, iż przeznaczeniem sługi bożego było kroczenie duchową ścieżką ku zbawieniu. Samodzielność księdza kłuła w oczy co bardziej bogobojnych, zupełnie jakby przygotowując niedzielną strawę, popełniał grzech.

– Zaczekaj. Muszę rozmówić się z Hubertem. – Stawiński zszedł z kozła i powolnym krokiem skierował się ku domostwu kapłana.

Zegar na kościelnej wieży wskazywał czwartą nad ranem. Zgrabiałymi od zimna palcami gospodarz zastukał w drzwi. Początkowo łagodnie, z każdą mijającą chwilą coraz bardziej natarczywie. Wreszcie dały się słyszeć odgłosy krzątaniny.

– Co to za wczesna wizyta? – Na progu plebanii stanął szpakowaty mężczyzna w szlafmycy. – Zygmunt? Wszelki duch Pana Boga chwali. Słońce jeszcze nie wzeszło, a ty spieszysz do mnie z odwiedzinami?

– Smutne to odwiedziny – westchnął gość. – Chciałbym porozmawiać.

– Oczywiście, wchodź. – Ksiądz szerzej otworzył drzwi. – Przykro mi, lecz nie mam cię czym poczęstować. Gdybyś się zapowiedział, zrobiłbym śniadanie.

– Nie trzeba. – Zygmunt miętosił w dłoniach ściągniętą z głowy czapkę. Naraz poczuł się zagubiony. Nie wiedział, czy właściwie postępował, przychodząc do duszpasterza. Z drugiej strony jedynie on mógł mu pomóc. – Przychodzę dziś jako krewniak, nie parafianin.

Hubert skinął głową. Poprowadził go do izby służącej za gabinet. To tu przyjmował młodych pragnących zawrzeć związek małżeński, rodziców proszących o chrzest dla dziecka i pogrążone w żałobie wdowy. Przez dwie dekady posługi widział tu łzy radości i smutku, usłyszał wiele ważnych słów, niemniej żadne nie wydostały się poza bezpieczne progi plebanii.

– Skoro przyszedłeś, siadaj i mów, co cię sprowadza. – Proboszcz wskazał Zygmuntowi krzesło stojące naprzeciw biurka, przy którym pisał kazania wzywające do poddania się boskim wyrokom.

Zmieszany Stawiński stał tuż przy wejściu do pomieszczenia. Gościł w nim nie raz. Przybywał, aby zamówić msze w rocznice śmierci i urodzin rodziców, podzielić się wieściami o narodzinach dzieci, jednak częściej pojawiał się w celach czysto prywatnych. Starszy brat Heleny zawsze bowiem służył mu radą i nigdy nie odmawiał pomocy. Przywiązanie Huberta do rodziny i jego trwała więź z siostrą jeszcze nigdy dotąd nie wydawały się Zygmuntowi tak ważne. Zwłaszcza że kwestia, z jaką przychodził, wymagała nie tylko dyskrecji i taktu, ale przede wszystkim konieczności zachowania dzisiejszych wypadków w tajemnicy.

W końcu mężczyzna usiadł na wskazanym miejscu. Jego wzrok spoczywał na obrazie Świętej Rodziny wiszącym na przeciwległej ścianie. Dzieciątko Jezus drobną rączką błogosławiło świat, a skupione twarze Maryi i Józefa w pokorze spoglądały za horyzont.

– Dlaczego milczysz? – Ksiądz długo przyglądał się szwagrowi, zanim odważył się odezwać. – Rozumiem, że nie pojawiłeś się bez przyczyny o tak wczesnej porze.

– Przepraszam, nie chciałem cię budzić…

– Już obudziłeś, więc nie zwlekaj i powiedz co zaprząta twoje myśli.

– Helena w nocy powiła syna – przyznał z trudem Zygmunt.

Hubert nie wierzył własnym uszom. Do rozwiązania droga wciąż daleka, przypomniał sobie. Dziecko Stawińskich powinno przyjść na świat wraz z początkiem roku.

– Ale jakże to? Nie pora jeszcze na narodziny.

Gość oddychał z trudem. Zmuszony do wyrzucenia z siebie trudów mijającej nocy ostrożnie dobierał słowa. Próbował mówić bez emocji, zupełnie jakby chodziło o kogoś obcego, lecz nie potrafił przejść obojętnie obok śmierci Andrzeja. Głos mu się łamał, ręce zaczęły drżeć, krew szybciej płynęła w żyłach, a serce nieomal wyskoczyło z piersi. Rzeczywistość kłuła w oczy normalnością, chociaż świat Stawińskiego rozpadł się na kawałki. Nie pojmował, dlaczego los drwił z dwojga ludzi, których jedynym pragnieniem było znów zaznać cudu rodzicielstwa. Czemu Bóg umyślił zabrać do siebie ich syna, nie dawszy mu szansy na życie? Przecież to dzieciątko niczym mu nie zawiniło, nie zrobiło nic, czym mogłoby go obrazić, a mimo to nie znalazło w jego oczach uznania.

Zygmunta dławiło poczucie niesprawiedliwości, któremu dawał ujście przed obliczem sługi Najwyższego. Skarżył się na boską bezduszność, nie liczył się z konsekwencjami oskarżeń wobec Stwórcy, bo żadna siła nie zdoła naprawić krzywd i zwrócić mu Andrzeja. Nieposkromiony ból wypełzał z każdej komórki jego ciała i oplatał swymi mackami kaznodzieję. Spokój Huberta doprowadzał Zygmunta do szewskiej pasji. Nie mieściło mu się w głowie, jak można z takim chłodem przyjmować do wiadomości wieści o odejściu siostrzeńca. Czyżby Hubert nie czuł żalu po przedwczesnym odejściu dziecka? A może liczyli się dla niego tylko żywi, bo łożyli na kościół i z ciężko zarobionych pieniędzy utrzymywali boski przybytek?

– Miarkuj się, Zygmuncie, bo grzeszysz myślą i słowem – proboszcz przerwał tyradę dyktowaną przez złość i cierpienie. – Ogromnie boleję nad waszą stratą. Całym sobą czułem radość Heleny, gdy wyjawiła mi, że spodziewa się dziecka. Zapewniłem ją, iż codziennie będę się modlił o szczęśliwe rozwiązanie…

– Jednak modlitwy zawiodły – mruknął Zygmunt.

– Modlitwy nigdy nie zawodzą. Zawsze zostają wysłuchane.

– Wobec tego nie mają kompletnie żadnego znaczenia, jeśli doprowadzają do zguby.

– Przemawia przez ciebie gorycz, lepiej zatem zamilcz, nim wyrzekniesz słowa, których będziesz żałował.

Zygmunt zerwał się na równe nogi.

– Mam przejść do porządku dziennego nad tragedią, która położy się cieniem na przyszłości mojej rodziny? Helena pragnęła tego dziecka, nie mogła się doczekać, aż weźmie je w ramiona. Ale Panu Bogu spodobało się zabrać je od matki z sobie jedynie znanego powodu! Wiesz, co może się stać, gdy dowie się najgorszego?

– Moja siostra jest mądrą kobietą. Na pewno zrozumie…

– Mylisz się, nie zrozumie. Będzie cierpiała.

– Cierpienie jest wpisane w ludzką naturę. Nie sposób przejść bez niego przez życie. Pan doświadcza każdego ze swoich wiernych, każe mu nieść krzyż, aby przekonać się, jak silna jest jego wiara.

– I odbiera dobrym ludziom potomstwo? – syknął Zygmunt przez zaciśnięte zęby. – Co takiego zrobiliśmy, ja i Helena, że odebrał nam syna? Jak wielki grzech popełniliśmy, by aż do ostatniego dnia naszego żywota zastanawiać się jak wyglądałaby codzienność Andrzeja, gdyby kres jego ziemskiego życia nie nastąpił zaraz po narodzinach?

– Czego ode mnie oczekujesz? – Kapłan bezradnie rozłożył ręce. – Nic, co powiem, nie ukoi twojego bólu.

– Pochowaj mojego syna.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej