Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 371

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Dwa końce struny - Anetta Kołodziejczyk-Rieger

Anna i Joanna nigdy się nie widziały, żyjąc w dwóch różnych miastach. Jednak w niejasny sposób wyczuwają swoją obecność, wiedzą o sobie. Przesyłają sobie myśli, znają wzajemne stany emocjonalne.

 

Kobiety tęsknią za sobą, ich życia upodabniają się do siebie, czasem funkcjonują na zasadzie odwrotnego odbicia w lustrze. W tych samych miesiącach przeżywają choroby, w tych samych dniach ogarniają je niespokojne myśli. Joanna boryka się z partnerem, który po paru latach związku zapadł na ciężką chorobę. Anna zaś stoi przed wyborem życiowego partnera.

 

Obydwie dochodzą do rozwidlenia drogi, gdzie nie wiadomo co dalej. Jak postąpią? Co kieruje ich życiem? Czy Anna i Joanna spotkają się?

Opinie o ebooku Dwa końce struny - Anetta Kołodziejczyk-Rieger

Fragment ebooka Dwa końce struny - Anetta Kołodziejczyk-Rieger

Okładka

Strona tytułowa

Anetta Kołodziejczyk-Rieger

DWA KOŃCE STRUNY

Strona redakcyjna

Redakcja: Roman Honet

Korekta: Katarzyna Czapiewska

Okładka: Paulina Radomska-Skierkowska

Skład: Monika Burakiewicz

© Anetta Kołodziejczyk-Rieger i Novae Res s.c. 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-7942-015-5

Novae Res – Wydawnictwo Innowacyjne

al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

Konwersja do formatu EPUB/MOBI:

Legimi Sp. z o.o. | Legimi.com

Dwa końce struny

ANNA obserwowała drogę. Silke skręciła w lewo, kierując samochód na wąską drogę. Reflektory oświetlały wyboisty grunt i czarną ścianę lasu. Drzewa w ułamku sekundy odzyskiwały swoją zieleń. Pływająca żółta plama ożywiała drzewa i pozwalała im znikać w czarnej masie. Anna spojrzała w górę, niebo było granatowe, iskrzyły się gwiazdy. Odwróciła się w kierunku Silke, spoglądając na nią pytająco. „Chciałabym cię z kimś zapoznać, zanim pojedziemy na dyskotekę. Paul już na nas czeka, przygotował jakąś przekąskę” – powiedziała Silke. Wjechała na obszerniejszą ulicę, po obydwu stronach której stały rzędy wąskich domów. Było cicho, okolica jakby wymarła, z daleka dochodziło jedynie stłumione ujadanie psa. Anna zmarszczyła czoło, rozejrzała się wokoło, otwierając szeroko oczy. Silke skręciła w prawo, wjeżdżając na mały placyk przed jednopiętrowym domkiem z żółtą fasadą. Jego frontowa ściana miała wielokątny kształt, tuż przy niej stała beczka, o nią oparty był rower. Nad drzwiami wejściowymi wisiała biało-czerwona flaga. Silke zaparkowała. Anna wysiadła, postąpiła parę kroków, zatrzymała się. „Ja tam nie wejdę” – odezwała się prawie bezgłośnie. Silke zadzwoniła do drzwi, przywołując ją i czyniąc przynaglające gesty w kierunku koleżanki. Drzwi zaskrzypiały w zawiasach i otworzyły się. Wysoki blondyn wyciągnął w ich kierunku rękę. Przytrzymał dłoń Anny z lekkim naciskiem. Jego ręka była ciepła i miękka.

– Nazywam się Paul, a ty Anna, przyjaciółka Silke – powiedział głębokim tonem, czysto po niemiecku.

Anna wlepiła w niego oczy, uśmiech zgasł na jej twarzy.

– Czy my się przypadkiem nie znamy...? – spytała ostrożnie.

– Widzę cię pierwszy raz – odparł uprzejmie, zapraszając je do pokoju.

Anna zatrzymała się w progu, zdezorientowana, niemal bezwładna. Aura tego domu opasywała ją, osaczała, ujmowała w swoje nawiasy. Wkroczyła do salonu i usiadła obok Silke, wspierając się na oparciu sofy. Była blada, jej rysy jakby skamieniały. Wodziła wzrokiem po otoczeniu, zatrzymując spojrzenie na złotej klamce przy drzwiach, na chińskim wazonie i bukiecie sztucznych kwiatów wiszących na zasłonie. Spojrzała na Paula. Mężczyzna podszedł do lodówki, wyciągnął dwie butelki piwa, postawił je na stole. Otworzył piwo, sięgnął po szklankę, wypełnił ją musującym płynem i podał Annie. „Ty możesz pić, ja prowadzę” – dołączyła Silke. Anna pochyliła głowę, ten pokój ograbiał ją ze spokoju, rabował oddech. Zaczerpnęła głęboko powietrza i zapytała: „Jak długo tutaj mieszkasz?”. „Niedługo! Wcześniej ten dom stał pusty! – powiedział Paul dobitnie, akcentując każde słowo i patrząc jej w oczy. – Ale chodźcie, zapraszam do stołu. Mam nadzieję, że wam posmakuje”.

„Nie... nie wiem, czy...” – wtrąciła kobieta. Silke przerwała jej z niecierpliwością: „Skończ już z tymi dziwactwami! Chodź, popróbujmy tych smakołyków”. Anna nie potrafiła niczego przełknąć. Paul podniósł głowę, mierząc ją powolnym skupionym wzrokiem. Pobudzona jego spojrzeniem uśmiechnęła się z zażenowaniem. Mężczyzna przeobrażał ją – jej oczy stały się szkliste, skrzące. Chwila jakby zatrzymała się w sobie. Paul nie przestawał lustrować Anny, wodził wzrokiem po jej twarzy, szyi, po jej jasnych lokach – jego usta rozszerzyły się w cichym uśmiechu. „Ale z brązowymi włosami było ci bardziej do twarzy” – powiedział i zabrał się znów do jedzenia. W ciszy słychać było dźwięki przegryzania i przełykania.

10.01.2010

Miałam sen. Tak chciałoby się rozpostrzeć skrzydła i ulecieć w coś zwiewnego i głębokiego.

Oto lecę, zamykam skrzydła, spadam w dół w przepaść i znowu unoszę skrzydła, widzę diamenty, złoto drgające na nitce, ta nić pajęcza miejscami jest bardzo gruba, miejscami zaś cienka, śnię, że to ja, czasem mocna, czasem słaba, ta pajęczo-diamentowa nić zaczęła owijać mnie i w końcu zostałam zamknięta w pięknej biało-niebieskiej kropli.

Sen może spełnić najskrytsze marzenia.

Wychowałam się w Polsce, gdzie uczucia zajmują bardzo ważne miejsce, słabości są zaś uznane za słabości, a nie za chorobę. Gdzie chaos może być tylko chaosem. Mieszkam w kraju, który od dzieciństwa był dla mnie symbolem nieludzkiego zła. Jakże trudno odnaleźć później nowe wartości w tym kraju pełnym zagadek, przynajmniej dla mnie. Z wrogim nastawieniem długo uczyłam się egzystować w niemieckiej codzienności, nie tracąc przy tym dumy Polki. Mnie, a przeżyłam bujną młodość pełną namiętności, rozczarowań, burz, z uznanym prestiżem i moim wcale niepoślednim miejscem w grupie i w społeczeństwie, było może łatwiej pogodzić się z lokatą w ostatnim rzędzie. Z miejscem, w którym sama zamknęłam tę wolność. Wolność moich reakcji. Znalazłam dla siebie wzór własnych reakcji, uwalniających mnie od zależności zewnętrznej. Wymagałam od siebie samej, abym reagowała w ten, a nie inny sposób. Jakże łatwo opasać się łańcuchami, a jak ciężko je dźwigać! Jeżeli nie uwolnię się od tego wzoru, popadnę w dużo większą zależność od siebie samej niż wcześniej od innych ludzi. Mój ty czarujący ratunku – oszukałeś mnie!

Tak więc powoli, małymi kroczkami usiłowałam ponownie uwolnić się od tego wzoru, od siebie samej. Akceptowałam każdą reakcję. Obojętnie, czy była zgodna z moimi wymaganiami, czy też nie. Akceptowałam prawie wszystko, co wyszło ode mnie jako tylko moje, albowiem przez to było właśnie osobliwe, że moje. Może uwolniłam się od zależności i związków z ludźmi stojącymi tuż obok mnie, a przecież nieznajomymi, ale emocjonalne związki narzucają zależność straszliwą, niemal atawistyczną. Nie sposób się od tego uwolnić jednym cięciem, a nawet stopniową pracą nad przekształcaniem własnej świadomości. Boję się zależności, zabiera mi bowiem jakąś część mojego JA.

JOANNA już od paru lat nie przesypiała nocy. Budziła się przeważnie o trzeciej, czwartej, wyjątkowo około piątej. Leżała z zamkniętymi oczami jeszcze godzinę, nieraz dłużej, wreszcie wstawała, otwierała okna, parzyła sobie kawę, paliła papierosa i zasiadała do książki. Tęskniła za normalnym wstawaniem, budzeniem się o przyzwoitej porze. Niestety nie było jej to dane. Wokoło ciemność, czarne, zgaszone okna. Całe otoczenie spało smacznie, kiedy zmarznięta i skulona rozpoczynała swoje codzienne życie. Nieraz pytała się siebie, co ją budzi, wyrywa ze snu i nie pozwala już zasnąć. Nasuwało się kilka wniosków-hipotez, lecz prawdziwej wyjściowej przyczyny nie dało się ustalić – nie sposób było zgłębić wszystkich korzeni i odnóg. Można powiedzieć, że się przyzwyczaiła, nie przestając jedocześnie rozbudzać i podsycać w sobie płomyka wiary, iż kiedyś to się zmieni! Obudzi się o szóstej, siódmej, wstanie jak normalny człowiek, jak wszyscy inni ludzie, zrobi synowi śniadanie i dopiero wtedy rozpocznie się jej normalne życie. Podobnie wierzyła, bombardowana wiadomościami o powodziach, suszach, katastrofach natury, klęskach żywiołowych, że ziemia i ludzkość znajdą kompromis, rozwiązanie konfliktu. Poradzą sobie. Ludzkość przeżyje, wszystko wstąpi na słuszną drogę, uspokoi się, znormalizuje. Tak to sobie układała w swojej ładnej główce, by móc cieszyć się chwilą, by móc żyć, czerpiąc nawet ze swoich strat. Na co dzień oszczędzała prąd, wodę, płaciła składki na organizację pomocy dzieciom. Wykłócała się z młodzieżą i starszymi osobami, by nie wrzucali butelek ani śmieci do świeżo oczyszczonego stawu i nie zanieczyszczali lasu. Pisała apele do gazety, rozdzielała skrupulatnie śmieci – próbowała pociągnąć do działania innych ludzi.

11.01.2010

06.01.2010. Wincent zakończył związek: tymczasowo, na razie. A dzisiaj, bo nie chciałam z nim rozmawiać – ostatecznie! Czy on mnie szanuje? Czy on – oprócz siebie – mnie widzi? Może jego osoba przesłania całe pole widzenia i dla nikogo nie znajdzie się nawet skrawek przestrzeni, odrobinka miejsca? Tak długo jak byłam mu pomocą i eksploatowałam się do ostatniej kropli krwi – było dobrze! Dostawał coś, co pomagało mu żyć. Natomiast gdy go skrytykowałam, ponieważ nie wręczył mi nawet drobnostki na urodziny, miał tego dość, miał po dziurki w nosie mojego krytykowania! Jak śmiem?! Stwierdził, że dręczą go wyrzuty sumienia, kiedy z racji swojej niedyspozycji, złego samopoczucia, musi odmawiać mi spotkania. Po takiej odmowie idzie mu jeszcze gorzej! A co się tyczy jego ambiwalencji, no to już taki typ!

Trzeba umieć sobie z tym radzić. Raz chciał mnie widzieć, po chwili już nie. Stwierdził, że mnie kocha, ale nie umie być w związku. Tak w ogóle to on oczywiście liczy się z moimi uczuciami, wczuwa się w moją sytuację, jedynie praktyczna strona nie wychodzi, dźwignia przekładni zacina się. Teraz zamiast grzecznie przeprosić, znów zerwał. Nasz związek nabrał charakteru konsumpcyjnego – służyłam jego zachciankom, by jemu wiodło się dobrze. Zmarnowałam tyle lat! Ale uwolniłam się od tego ciężaru! Ostatnio było coraz trudniej, nie umiałam już udźwignąć przymusu ciągłego starania się, niekończącego się uważania, by nie powiedzieć, nie zrobić niczego, co spowodowałoby lekkie zachwianie, pogorszenie jego stanu. Teraz oddycham pełną piersią, wolna od zniewalającego uczucia. Czuję niesmak, gdy pomyślę, że mimo tego za każdym razem z nim spałam, najczęściej chciałam tego, ale nie zawsze. W ostatnich dwóch latach tylko dwa razy mu odmówiłam, obawiając się jednocześnie, że to zaburzy jego równowagę, sprowokuje zerwanie kontaktów. Ostatnio miałam wrażenie, że służę mu wyłącznie do tego, by przez seks poprawia mu nastrój. Jestem wściekła na Winca, że tak mnie wykorzystał, i na siebie, że się dałam!

Nie można tłumaczyć wszystkiego chorobą. Chciał mnie widzieć, a po pół godzinie odwidziało mu się. Gdy opisywałam mu bohaterkę swojej książki, bezskutecznie walczącą o uczucie mężczyzny, który jej nie chciał, Wincent zapytał: – „Piszesz o nas? Wiesz, można się domyśleć, przecież ja ciebie też nie chcę!”.

Joasiu, kochanie moje, serduszko najdroższe, poradzisz sobie. Tyle lat walczyłaś, dawałaś z siebie wszystko, szukając jakichś oznak miłości, wmawiając sobie złudne treści! Nie martwił się tym, co będziesz robić na sylwestra, nie wyrażał ochoty spędzenia go z tobą. Wciąż jeździłaś do niego – on nie robił dla ciebie nic. Proponowałaś mu, by ugotował coś dla ciebie. Upichcił coś parę razy po odbytych wcześniej wspólnych zakupach. Nie da się zbudować związku na seksie... Pod koniec już wszystko broniło się we mnie, robiłam coś wbrew sobie – jakbym spełniała jakiś obowiązek! Spotkania straciły sens, nie byłam szczęśliwa. Po powrocie od niego pocieszałam się myślą, że na jakiś czas będę miała od niego spokój. A urodziny? Nie postarał się nawet o drobnostkę. Może nawet podejrzewał, że mogę być rozczarowana. Nie obchodziło go to.

26.11.2009, 7.22. „Joanna, odwiedzaj lepiej tych, którzy są ważniejsi ode mnie. Jeżeli mam być szczery, czuję się fatalnie. Winc”. Tak, nie mogłam zgłosić sprzeciwu, wyrazić swoich obiekcji z obawy przed jego reakcją, bo on może się zdenerwować, poczuć się gorzej, może zerwać. Nie mogłam z nim nie spać, bo zerwie.

29.11.2009, 8.00. „Joanna, żartujesz... rzeczywiście chcesz mnie odwiedzić. Dałoby się trochę wcześniej? Wtedy nie musiałbym tak długo na ciebie czekać”.

26.12.2009, 10.22. „Dzisiaj wieczorem i jutro ma padać śnieg. W tym roku już się raczej nie zobaczymy. Życzę ci miłego czasu”.

06.01.2010, 18.46. „Joanna, zerwijmy na jakiś czas kontakty. Nie potrafię znieść twego zrzędzenia, ciągłego czepiania się, wytykania mi czegoś. Nie potrafię znieść nikogo przy sobie”. Wieczorem zadzwonił, powtarzając swoją wersję, dodając, że kocha mnie ponad wszystko, ale nie potrafi istnieć w związku. Ponadto go krytykuję, zarzucam mu, że myśli tylko o sobie. Następnie nie dzwonił przez trzy dni, po czym zaczął dobijać się do mnie. Za każdym razem włączałam sekretarkę, nie podnosiłam słuchawki.

11.01.2010, 8.32. „Halo, Joanna, żyjesz jeszcze? Życzę ci miłego dnia”. Napisałam, że owszem, żyję, lecz nie potrafię z nim rozmawiać – nie zdołam jeszcze. Odpisał. 11.01.2010, 8.41. „Jest mi to obojętne! Nie musisz dzwonić do mnie. Moje życie toczy się również bez ciebie. Żegnaj”. Nie dzwonił przez trzy dni, po czym zaczął znów wydzwaniać. Bardzo często. Za każdym razem włączałam sekretarkę.

JOANNA patrzyła na starszego pana stojącego przy oknie wystawowym salonu mody. Na tej ulicy było wiele sklepów – kolorowa galeria. Żwawy prąd przechodniów mijał mężczyznę, wszystkim się spieszyło. Starzec miał czas. Obserwował ludzi. Widać było, że bardzo lubi tę czynność. Był ciekaw wszystkiego, co się wokół niego działo. Widział młodą kobietę, która ciągnęła nerwowo dwójkę dzieci, wlokła je niemal za sobą, ściskając mocno ich rączki. Chińczyk szedł żwawym krokiem, przy uchu przyłożona komórka, przez którą dyskutował zaciekle w swoim języku. Tuż obok pomnika stał młody mężczyzna ze wzrokiem skierowanym prosto przed siebie, z trzema pokaźnymi czerwonymi różami w ręku. Na jego widok rysy starca stężały, jakby skamieniały w jednej chwili. Odwrócił głowę, ale przed jego oczami wciąż pozostawał ten obraz – to wspomnienie... W głowie Joanny układała się myśl po myśli – splot realnych bodźców, wrażeń i ich oddźwięków w wyobraźni...

– Halo, Manfred! – usłyszał głos swojego kumpla, Günthera. Twarz starszego pana odprężyła się.

– Halo Güni, fajnie cię widzieć. Co tam trzymasz w ręku?.

Günther rozwierał dłoń i zamykał, bawił się morską muszlą i skorupką ślimaka. Przetaczał je z ręki do ręki. Powiedział: „Wspomnienie. Czasem noszę je ze sobą... ty wiesz już... halt, wspomnienie”. Manfred odparł: „Tak, wiem, co to znaczy wspomnienie, nieraz błogosławieństwo, a czasem...”. „Kling, klang” – rozległ się miły dźwięk. Chwilę później znów: „Kling, klang, kling”. Starzec usłyszał go, ale zareagował mechanicznie. Uwagę mężczyzny pochłaniał Günther. Jego kumpel był dzisiaj w wyjątkowo złym humorze. Manfred zapytał: „Co ci dolega? Ja też jestem nie w sosie, ale ty zawsze tak pogodny, wieczny optymista... ein Sonnenschein?!...”. Günther skupił wzrok na towarzyszu, po czym sięgnął do kieszeni, wyciągnął małe zawiniątko i rozwinął je: „ Widzisz, to mydło jest aus der Provence. Ta muszla jest aus der Karibik”.

„Kling, klang, klang” – rozbrzmiało znowu. Przyjemny dźwięk. Ale mężczyźni byli znów czymś zaabsorbowani. Günther kontynuował: „Widzisz te rzeczy – wspomnienia? One są jedyne w swym rodzaju, jednorazowe, podobnie jak wiele przeżyć. Wiele wydarzeń już się nigdy nie powtórzy. Ja już nie pojadę do Provence ani na Karibik. Nigdy więcej! Ten rozdział jest zamknięty! Jestem za stary, zbyt niedołężny, no i najważniejsze...”. „Kling, klang” – rozbrzmiało znowu.

Günther powiedział: „Widzisz tego młodego mężczyznę stojącego przy pomniku z bukietem róż i czekającego na swoją wybrankę? Nam takie przeżycie już nie jest dane. Nie będziemy stali przy pomniku z bukietem róż w dłoni, nie będziemy drżeli z podniecenia, radości, lęku, czekając na kobietę. Nigdy więcej! Ten rozdział jest dla nas zamknięty! Na zawsze!”. Manfred dorzucił: „I dobrze ! Takie coś może być nie do zniesienia!”. Przed oczami miał znów tamten obraz, dawne wspomnienie. Byli razem z żoną w Londynie. Po tygodniu musiał wracać do pracy do Niemiec. Jego żona postanowiła jeszcze trochę pozostać w Londynie w wynajmowanym pensjonacie. Jechał omnibusem przez miasto na lotnisko. Der Doppeldecker sunął chwilami niezwykle powoli, zwłaszcza przy ostrzejszych zakrętach i zwężeniach ulic. Manfred dojrzał przez okno młodego mężczyznę stojącego z trzema czerwonymi różami przy pomniku. Podeszła do niego kobieta, przytuliła go, objęci ciasno pocałowali się. Para odwróciła się w kierunku omnibusu. Manfred rozpoznał swoją żonę. „Kling, kling, klang” – rozległ się znów ten dźwięk. Do dużej ceramicznej miski wleciało parę monet. Günther podziękował wylewnie w imieniu towarzysza, bezdomnego Manfreda – tym razem miłym słowem, a nie tylko mechanicznym gestem. „Szszsz...” – zabrzmiał inny dźwięk. Dostojna dama ofiarowała Manfredowi parę banknotów i powiedziała: „Ależ panowie, co się dzieje? Jesteście jacyś dziwni dzisiaj, przygnębieni... Ale jutro ma być ładny, słoneczny dzień”.

20.01.2010

Z trudem przychodzi mi tłumaczenie jego esemesów z niemieckiego na polski, nie mam w tym wprawy. Pisane są też dość chaotycznie, brakuje niektórych słówek, co zmusza mnie do odgadywania ostatecznego sensu wiadomości. Ale ich translacja ułatwia mi zgłębienie, przeniknięcie ich treści.

20.01.2010, 15.34. „Chciałem ci tylko oznajmić, że miałem wylew, który pozostawił lekki paraliż lewej strony. Mam nadzieję, że to usatysfakcjonowało twoje ego. Poza tym doniesiono mi, że oszukiwałaś mnie, miałaś albo masz jeszcze jakiś romans. Na końcu też staniesz przed Stwórcą, jak i ja również” Odpisałam mu: „Wincent, przecież to ty zakończyłeś związek, czego oczekujesz jeszcze ode mnie? Jestem wypalona, nie wierzę w naszą miłość, w przyszłość. Dałam z siebie wszystko. Zostaw mnie wreszcie w spokoju. Rozmowa nie ma sensu. Joanna”.

20.01.2010, 16.03. „Wszystko tak ładnie zdeptałaś i zdławiłaś swoją żądzą władzy, swoją niezmierzoną presją, którą wywierałaś na mnie i nawet nie dostrzegałaś tego. Jest mi obojętne, z jakimi mężczyznami się zadajesz, w końcu ty też zasługujesz na odrobinę szczęścia, jeżeli nie potrafiłem ci go dać, nawet posiadając takie uczucia dla ciebie. Moja siła leży w umiejętności rezygnacji, rezygnowania nawet z ciebie, w końcu z takimi odczuciami wyrosłem. Musiałem posiąść tę umiejętność! Życzę ci długiego i szczęśliwego życia”. Odpisałam: „Okej. Ja tobie też. I zostaw mnie w spokoju”.

20.01.2010, 16.27. „Powinnaś się wstydzić. Jesteś naprawdę Das Letzte i do tego fałszywy krętacz. Nic dziwnego, że zachorowałem przy tobie. Jestem do połowy kaleką i dla czegoś takiego jak ty chciałem oddać własne życie. Cały czas byłem wierny, a ty kręcisz z jakimiś typami. Rzygać mi się chce na myśl o tobie”.

20.01.2010, 16.30. „A już zaczynałem powoli ci ufać, obdarzać cię zaufaniem, tylko wciąż jeszcze nie wiedziałem, jak mam cię kochać”. Winc nie widzi tego, że poświęcałam się, wciąż dawałam – czego też na dłuższą metę nie sposób wytrzymać. Zbyt jednostronne. Gdyby pokazał mi miłość inaczej, gdybym mogła w nią uwierzyć. Gdyby pokazał, że jestem ważna dla niego, a nie służę tylko do łóżka.

20.01.2010, 16.38. „Zapytaj Kamila albo Juliana, czy chcą mieć wasze zdjęcia, w innym wypadku wyrzucę je do kontenera z papierem”.

Dzisiaj żegnam się z nim w sobie. Odbywa się ceremonia pożegnania realizowana tłumaczeniem, przepisywaniem jego esemesów, przelewaniem na papier również moich myśli i odczuć. Chcę zrozumieć. Chwilami ogarnia mnie straszliwy lęk. Co będzie, gdy uczucia mnie znów zniewolą? Nie ma dla nas drogi. Tyle lat i nic się nie rozwinęło, łóżko stało się służbą, obowiązkiem. Potem te urodziny – moja walka okazała się daremna. Nie wierzę w naszą miłość, nie wierzę w to, by cokolwiek mogło się zmienić!

20.01.2010, 19.19. „Joanna, pozwól mi przebywać w twoim śnie, przy tobie. Bądź czuła i bardzo ostrożna, jakbym był wyjątkowo kruchy. Pozwól mi czuć twój zapach, by mnie odurzał, omamiał. Pozwól mi poczuć twoje zmysłowe pocałunki, bym mógł się w tobie zatracić. Roztocz straż nade mną, trzymaj mnie w ramionach całą noc. Pozwól mi czuć twoją skórę, aż poranek zaświta”. Nie wierzę zbytnio w to, co on pisze. Zniszczył taką miłość, choć nie wiem, czym dokładnie to zrobił. Ja również ją zniszczyłam, wciąż dając, współczując. Prosiłam się o miłość i czułam się potem wykorzystana, nie dostając nic z powrotem. Teraz też Winc chce wzbudzić moje współczucie, rozniecić wyrzuty sumienia, żal. Nie było żadnego rozwoju, tylko spanie, ciągłe spanie! Są momenty, że to tak strasznie boli. Wtedy płaczę albo wpadam w dziurę smutku – tkwię w niej jak sparaliżowana, nie umiem się poruszyć. Ale muszę to przetrwać.

21.01.2010

Ula pytała się mnie ostatnio, dlaczego na dwa lata zerwałam z nią kontakt. Napisałam jej maila. „Witam, Ula. Miałam wrażenie, że wciąż tylko zabiegam o naszą znajomość i nie potrafiłam podejść do tego obiektywnie. Tego rodzaju odczucia kojarzyły mi się z tamtym dramatycznym przeżyciem (wiesz, o czym mówię), które pozostawiło ślady we mnie i przekładało się na moje zachowania i reakcje w ciągu tych dwóch lat. Teraz potrafię oddzielić tego rodzaju analogiczne odczucia, podchodzę do tego inaczej. Postaraj się mnie zrozumieć. Pozdrowienia. Joasia”. Jest we mnie jeszcze coś – myśli ukryte, tajemne, wydostające się chwilami na powierzchnię. Ale tak dziwne, niemal wstydliwe, że nawet nie zapisałam ich w pamiętniku – choć wynurzają się co jakiś czas. Nie umiem ich nawet określić w słowach.

ANNA nie tak wyobrażała sobie ten wieczór, zwłaszcza po telefonicznej rozmowie z Elą, a potem z Arturem. Anna systematycznie, co najmniej trzy razy dziennie wyprowadzała psa na spacer. Któregoś razu podczas przechadzki przez park zauważyła dumnie kroczącego mężczyznę o wyrazistym spojrzeniu. Przystanęła bezwiednie. Przenikliwy wzrok nieznajomego ściął jej krew w żyłach. Wysoki osobnik i jego wyrośnięty wilczur zatrzymali się również. Psy obwąchiwały się, a oni, stojący w bezpiecznej odległości, wymieniali tylko spojrzenia. Nieznajomy uśmiechnął się i bez słowa, zrobiwszy parę kroków w lewo, odwrócił się, pociągając psa za sobą. Od tego dnia Anna spotykała go regularnie. Przystojniak przystawał, pozdrawiając ją serdecznym gestem. Gdy szli naprzeciw siebie, Anna spowolniała tempo. Nieznajomy mijając ją, uśmiechał się tajemniczo i kiwał głową. Jedynie psy złośliwie pociągały ku sobie. Pewnego razu towarzyszyła jej Ela, usiadły w parku na ławce. Zimowe słońce muskało ich twarze, dziwnie ciężkie powieki opadły miękko. Anna poczuła na rozpalonym obliczu czyjeś spojrzenie, zerknęła.

– Odwróć dyskretnie głowę na prawo, on tam stoi – powiedziała cicho do przyjaciółki.

– Ten piękny nieznajomy? – rzuciła Ela z ciekawością.

– Tak, obejrzyj go sobie, ale niepostrzeżenie, pamiętaj, niepostrzeżenie.

Mężczyzna stał na łące, obserwując je niemal w nabożnym skupieniu. Anna pochyliła głowę, serce łomotało jej w piersi.

– Może odważy się, bo nie jestem sama. Może przemówi do mnie... – szepnęła, spoglądając znowu na niego. Mężczyzna podniósł ramię, wykonując jak zwykle pozdrawiający gest, ale nieśmiało i bez uśmiechu. Oddalił się powoli. Potem nie spotkała go przez cały tydzień. W niedzielę wieczorem zadzwoniła Ela.

– Poznałam twojego Artura! – oznajmiła gorączkowym głosem.

– Jakiego Artura? – spytała koleżanka.

– Twojego pięknego nieznajomego. Jest Polakiem, pewnie dlatego tak cię zauroczył. Chciał twój numer, chciał cię poznać. Dałam mu twój numer, wiem, powinnam to najpierw uzgodnić z tobą, ale...

– Okej okej... Jaki on jest? – przerwała wywód koleżanki.

– Bardzo szarmancki, ale przekonaj się sama – dodała Ela.

Anna czekała dwa dni na jego telefon, dwa dni nie miała apetytu, nie spała dobrze. W końcu zadzwonił. Umówili się w restauracji „Słoneczna”. Potrzebowała trochę czasu, by się uspokoić, przywyknąć do widoku mężczyzny, do głosu wzniecającego w niej dziwne namiętności. Przyzwyczaić się do jego nagłej bliskości. Serce kobiety szalało, jego głośne bicie zagłuszało chwilami jej własne słowa. Artur relacjonował swój ostatni weekend, a Anna chciała spytać, co czuł, gdy podczas spacerów wymieniali się spojrzeniami, tężeli z wrażenia i onieśmielenia. Nie odważyła się. „Jak długo już ją znasz?” – spytał Artur. „Kogo?” – odparła. „Elę. Mam prośbę do ciebie, pomożesz mi ją bliżej poznać? Chyba się w niej zakochałem. Wiem, być może wymagam zbyt wiele, lecz z pewnością możesz zrozumieć, że między nami nawiązała się nić porozumienia”.

20.01.2010

Mam dziwne myśli, przypływają do mnie. Otacza mnie jakby aura kogoś, kogo nie znam. Nie umiem tego ocenić, oszacować. Śniłam o nieznajomej kobiecie, czułam jej bliskość, mówiła do mnie, że się spotkamy, pojednamy – połączymy coś, co zostało rozłączone. Nie pamiętam jej twarzy i nie wiem, co to znaczy. Co to za zjawisko? Któryś z kolei raz śnię ten sen. Śniłam też o tacie, ale we śnie miał inną twarz, był kimś innym. Obudziłam się z poczuciem rozczarowania. Mój ojciec nie potrafił dać mi uczucia ani też rozbudzić go we mnie ku sobie. Pewnie mnie kochał, kiedy byłam dzieckiem, ale na zawsze pozostało we mnie uczucie tęsknoty, które nigdy nie zostało zaspokojone.

JOANNA, 10.02.2010

21.01.2010, 8.49. „Dzień dobry, Joanna. Nie chciałem się rozstawać z tobą w ten sposób, nasz związek trwał osiem i pół roku. To, co napisałem wczoraj, słowa, które mogą wręcz wyprowadzić z równowagi i bardzo dopiec, w rzeczywistości nie mają takiego znaczenia, ponieważ nic nie jest zawsze takie, jakim wydaje się być: Denn nichts ist immer so wie es scheint. Spędziliśmy razem cudowny, przepiękny czas, kiedy dane nam było spotykać się na różnych poziomach naszej egzystencji, przeprowadziliśmy wiele głębokich rozmów, stawialiśmy pytania, na które nie znajdziemy już odpowiedzi. Poznaliśmy się głębiej, niż ktokolwiek inny mógłby to uczynić. To napawa mnie smutkiem, nastraja melancholią i wzbudza jednocześnie złość na ciebie. Ty wiesz, jak bardzo cię szanuję, obdarzam czcią, nawet gdy moje słowa przemawiają innym językiem. Znam tajemne drzwi w gmachu twojej duszy, znam kolory, które ona roztacza, niewiele osób potrafi je odczuć, dojrzeć je w całym ich rajskim uroku i wdzięku. Te barwy pozostaną we mnie, otoczą światłem mroczne drogi, po których trzeba samotnie kroczyć, by nie naruszyć czyjejś duszy. Tylko Bóg zna nasze prawdziwe przeznaczenie i wie, dlaczego tak miało być”.

24.01.2010, 16.09. „Wiesz, Joanna, już nie umiałem tego wytrzymać, wiedząc, że mnie kochasz, a ja nie potrafię wyzwolić się z pęt i granic, które wytycza mi moja osoba i moje życie, odczuwając przecież dokładnie to samo, tęskniąc za tobą, nie potrafiwszy sobie nawet wyobrazić zainteresowania jakąkolwiek inną kobietą. Uwierz mi, nie umiałem znieść widoku twojego cierpienia, widoku ciebie cierpiącej przy moim boku. Jak w takich warunkach kochać, i to jeszcze z całą problematyką, którą nastręcza mi mój organizm, który tak żałośnie zawodzi. Wiele przeżyłem, lecz tak beznadziejnie jeszcze nigdy się nie czułem. Przechodzę mutacje, przeobrażam się w potwora, przestałem rozróżniać, co jest dobre, a co złe. Nigdy nie chciałem wciągać cię w mroczną sferę mojego życia, żebyś nie musiała tak cierpieć u mego boku”.

06.02.2010, 17.48. „Znaleziono mnie, inaczej światła zgasłyby dla mnie na zawsze, co w mojej sytuacji byłoby najlepszym rozwiązaniem. W poniedziałek będą mi operować tętnicę szyjną. W środę musieli mnie reanimować, byłem już na drodze do nirwany, gdyby nie to, że Uwe chciał ze mną rozmawiać... Mam nadzieję, że czujecie się dobrze. Liebe Grüße. W.” Odpisałam: „Życzę ci zdrowia, dużo siły! Trzymam kciuki, byś sobie poradził, by wszystko poszło dobrze. Wierzę w ciebie. Wszystkiego najlepszego”. 06.02.2010, 21.04. „Już chyba nie dam rady, przed godziną lekarze znowu walczyli o moje życie. Ciśnienie: 230 na 120. Moją krew tak rozcieńczono, że najmniejsze ukłucie powoduje już krwotok. Od tygodnia faszerują mnie baterią lekarstw. Zamiast mnie operować, igrają z moim życiem. Ostatniej nocy śmierć zaglądała mi w oczy, siedziała przy moim łóżku. Śpij dobrze”.

10.02.2010, 05.44. „Joanna, na początku mężczyźni stwarzają piękne, kolorowe obrazy twojej osoby, kochają cię, pragną, pożądają. Zrywają kwiaty w ogrodzie twojej duszy, przystrajają się nimi, upajają ich zapachem, grasują w twoim ogrodzie, pustoszą go, raniąc cię, sprawiając ci ból – uronione łzy nie przynoszą ci ulgi, nakładasz cierniowy strój, chcąc uchronić ostatnie kwiaty. Wtedy oni przestają się tobą interesować, ściągają z siebie twoje kolorowe obrazy, które stworzyli, jak liniejące węże zużytą skórę, gdyż straciły blask i barwę. A ty sięgasz po palącą się świecę, którą roznieciłaś niegdyś: wciąż parzy, ale wygasa powoli. Ja też czuję się winny, przyczyniłem się do ran, które odniosła twoja dusza – kwitną w niej lodowe kwiaty, piękne, niebiańskie. Ale jest moja tęsknota, odżywiam je moimi łzami, i może kiedyś dopuścisz to uczucie i poczujesz, jak ogrzewają się kwiaty, roztapia lodowa pokrywa, zawita wiosna w ogrodzie, rozkwitną wonne kwiaty. Wybacz mi, proszę, nawet gdy przerasta cię tak wiele uczucia i ciepła, bo czujesz lęk przed zranieniem. Mój poranny esemes powinien brzmieć- daruję ci moje serce i klucz do niego, by twoja miłość mogła żyć na wolności, dokądkolwiek cię zaprowadzi, jestem przy tobie, całuję, pielęgnuję twoje barwy, nawet gdy moje usta... Czasem gdy w wyobraźni kładę rękę na twoim sercu, czuję w sobie zryw wichury: miota się, płynie przez moje ręce, a potem wszystko, co jem, piję, smakuje tobą – wtedy jest życie o każdym czasie, we wszystkich miejscach, do czego tylko Bóg miałby prawo i moc, by tam przebywać. Byłaś najwyższym pragnieniem mojego serca, pragnieniem, którego ja w rozmiękczonej, przemokniętej od nieustannego deszczu nocy szukam w moich snach i... Jesteś, spoglądasz na mnie z delikatnym uśmiechem. Jakby fala porywała mnie, jakby była żywym ogniem, wystarczy twój delikatny uśmiech, powraca znów oddech. Winc”. Och, Winc, jakie to trudne. Nie umiem tego ocenić, mam mętlik w głowie.... Oprócz tego jeszcze coś innego zaprząta mi myśli. Zdaje się, że jest ktoś, że żyje ktoś ogromnie mi bliski, czyje myśli czuję. Nie wiem, jak to określić. Mam wrażenie, że ktoś czeka na mnie, nie może się już doczekać, by wreszcie spojrzeć mi w oczy. Ktoś tęskni za dotknięciem mojej ręki. Mam wrażenie, jakby ten ktoś po części rządził moim życiem, zmuszał mnie do pewnych myśli, czynów... co jest przecież niemożliwe, jest bzdurą! Przedziwne odczucie! Nie wiem, jak to określić... to istnienie pokrewne, jakby bliźniacze, jakby część mojej duszy oderwana samoistnie, odłączona po urodzeniu. Ona jest gdzieś – żyje. A ja jakbym czuła jej myśli, odbierała jej stany i uczucia. Co to jest? Co to za zjawisko? Nic nawet w najmniejszej mierze równoważnego, podobnego, nie przytrafiło mi się. Nawet najsubtelniejszy ślad podobnego odczucia! Nigdy!

20.02.2010

To postępowanie z urzędami nastręczyło mi wiele dylematów wewnętrznych. Najpierw był to proces nieświadomy, czułam rosnące napięcie, lecz nie umiałam go sobie wyjaśnić, zdefiniować. Pojawiło się pytanie: „Czy robię coś niestosownego, niezgodnego z moimi zasadami?”. A gdy już je sobie postawiłam, zaczęłam się tłumaczyć przed sobą na wszelkie możliwe sposoby: po pierwsze nie miałam innego wyjścia, by jakoś się utrzymać, po drugie biorąc zasiłek, też byłabym nie w porządku (ten argument dotarł i przekonał mnie na krótko), po trzecie jestem chora, zwykły termin u lekarza rozbija mnie, zakłóca spokój, czuję się pewnie tylko w domu – wymagania dnia przerastają mnie, no i biegunki, anemia, brak siły, cierpię na bezsenność itp., itd. Mam czasami lęki, mam chore jelita, chore stawy, ręce niezdolne do wysiłku. Jestem zdana na pomoc, płacę za sprzątanie. Potem nagle coś innego dotarło do mnie i oświeciło – prawda objawiła się jak gwiazdka na niebie! Muszę się przyznać przed sobą, że moje postępowanie jest trochę (może trochę więcej, cha, cha!) nie w porządku, niezgodne z moimi pryncypiami. Muszę uznać, że jestem niedoskonała, że popełniam błędy bez usprawiedliwiania się przed sobą, po czym muszę postarać się sobie wybaczyć. „ Joasiu, proszę, wybacz sobie! Przykro ci, ale nie masz siły, nie umiesz inaczej!” Powtórzyć to dziesięć razy. Chciałabym wybaczyć sobie i zaakceptować, że jestem niedoskonała, że nie jestem chodzącą świętością, superosobą i czynię niewłaściwe rzeczy. Chciałabym to zaakceptować, gdyż muszę utrzymać siebie i dziecko. Będę starała się to odpokutować, czyniąc dobro przyjaciołom, znajomym – czyniąc coś od serca, prawdziwie. Chcę być dobra, jestem dobra – przecież zapominam o własnych żalach, potrzebach, wymaganiach... Ale jest ktoś, jest obecność kogoś, przy kim zmienia się moje myślenie, nastawienie. Nie muszę się już usprawiedliwiać, tłumaczyć przed sobą – wobec niej zmienia się wszystko. Odpada ta konieczność. Czuję ją, jest gdzieś daleko, nieosiągalnie, nie umiem tego ocenić. Jakbym odczuwała jej myśli? Tak, jednoznacznie czuję jej myśli. Jakby był we mnie żywot kogoś albo ktoś wiódł po trosze mój żywot. Dziwna, niestłumiona myśl, która przypływa, ogarnia mnie i znów odpływa.

ANNA, 20.02.2010

Zdaje się, że jest osoba, która żyje po części moim życiem. Albo ja jej. Czy to jest możliwe? Dziwne zjawisko. Czeka na mnie, chce mnie spotkać, nacieszyć się mną. Czuję jej wyczekiwanie. Coś mi mówi, że takie spotkanie byłoby spełnieniem, zrealizowaniem życia, jego dopełnieniem. Nie rozumiem. Ta osoba również każe mi żyć swoimi myślami i pragnieniami. Przedziwne odczucie. Czuję obecność kogoś. Jest ktoś, kto mi towarzyszy. Czuję jego myśli, przypomina o sobie, opowiada mi o sobie, co bardziej odczuwam, niż rozumiem. Może kiedyś się ujawni i spotkamy się.

JOANNA, 23.02.2010

Znów tak źle śpię, bardzo źle. Winc, myślę o tobie wciąż i wciąż. Ale rozumiem to tak: gdyby to było prawdziwe uczucie, okazałbyś mi je w inny sposób, nie obarczając słowami: „Walczysz o mnie, a ja cię nie chcę!”. Zapobiegałbyś temu, bym nie cierpiała i nie czuła się jak rzecz do łóżka, do zaspokajania twoich potrzeb. A twoje rzekome albo prawdziwe flirty z Claudią, Donatą? Chciałeś mnie tym zranić? Odbyły się naprawdę? Nie liczyłeś się z moimi uczuciami, a ja pozwalałam na to, odcinając się od siebie, pozbawiając się szacunku do siebie. Na dłuższą metę nie da się bez szacunku do siebie! Pod koniec wszystko już się we mnie broniło, robiłam coś wbrew sobie! Dla ciebie. Odzyskałam siebie, poszanowanie własnej osoby. Bo i tak trudno znaleźć własne miejsce w tym kraju. Kim jestem? Polką z niemieckim pochodzeniem, Ślązaczką z pogranicza Górnego i Dolnego Śląska? Nie wiem sama, nie ustaliłam tego jeszcze. Na pewno czuję się Polką, ale nie mogę też zlekceważyć swoich niemieckich korzeni. Ojej! To dylemat.

16.02.2010, 15.08. „Joanna, zauważyłem, że moje walentynkowe esemesy wcale nie zostały wysłane, dlatego przesyłam ci je teraz. Nie wiem, czy będziesz potrafiła je przyjąć, zresztą nie musisz. To są tylko bezładne myśli, powstałe w mojej zagubionej głowie. Operacja się udała, muszę uczyć się od nowa chodzenia i wielu innych czynności. Tak to jest, Joanna”.

11.03.2010

Byłam w mieście, szłam ulicami, patrzyłam na ludzi, widziałam ich zatroskanie, pęd do przodu, wysiłek, by sprostać zadaniom dnia, pokonać przeszkody, spełniać obowiązki. Ogarnął mnie tak ogromny żal, współczucie – współubolewałam z nimi. Ile bym dała, by móc dodać komuś sił, tchnąć życie w zmartwiałe serca, myśli wypełnić ciepłym prądem energii. Jak mi szkoda ludzi. Dlaczego muszą tyle cierpieć? Dlaczego dni stają się jak przeszkody, które muszą pokonywać? Byłam razem z nimi, w głębi ich dusz, spowita ciepłem łączącej nas mgły.

A Wincent? Kocham go. Nie chcę już dłużej walczyć z uczuciem, lecz pragnę je zrozumieć. Chcę poddać się mojemu losowi, który mnie poprowadzi. Zawierzyć mu, że dobrze mi życzy. Nie chcę walczyć z biegiem życia, lecz zaufać, że ono prowadzi mnie dobrą drogą, odkryje przede mną tajemnicę. Ale poczekam jeszcze, by być pewną, co robić. Czy naprawdę poddać się uczuciu?

04.03.2010, 07.49. „Halo, Joanna. Mam nadzieję, że czujesz się dobrze i twoje życie stało się trochę łatwiejsze, lżejsze. Nie ma słów, które mogłyby usprawiedliwić moje niewłaściwe zachowanie, ale widok ciebie usilnie walczącej o mnie był dla mnie zbyt wielkim obciążeniem. Trzeba być już niezmiernie zdesperowanym, by dobrowolnie pozwolić ci odejść. Zawsze cię kochałem z całym bagażem własnych lęków, niepewności. Nikt nie zna cię tak dobrze jak ja! Często się gubiliśmy, traciliśmy z oczu, ale tkwisz w moim sercu, będziesz mi zawsze towarzyszyć. Kiedy brakuje mi ciebie, moje myśli odnajdują twoje obrazy, widzę cię przed sobą i gubię się, zatracam . Szkoda, że możesz widzieć siebie tylko w lustrze, a nie poprzez moje skonsternowane oczy. Nie chciałem cię zranić moimi słowami, raczej chciałam siebie zniszczyć, zdławić, by uzyskać szansę stania się innym człowiekiem, który potrafi uznać, zaakceptować siebie i własne ciało. Teraz więc otrzymałem to, co mi się należy! Uważaj na siebie”.

ANNA, 11.03.2010

Zależność od ludzi zawsze będzie wracać, stając się siłą napędową walki o niezależność. Być może trzeba się także uwolnić od magii szacunku. Nie czynić własnej egzystencji mu podległej. Szacunek mile łechce, cieszy przez moment. Ale tak naprawdę – w niczym nie pomaga, nie udoskonala. Cóż po chwilowej radości, pogłaskaniu własnego JA, kiedy można skrzywić siebie, doprowadzić się do ślepego zaułka samozadowolenia? Można więc stracić kontakt z własną duszą, zatracić siebie tylko dlatego, że staramy się o szacunek, czyli chwilową radość. Gorzką radość, bo przemijającą.

Brak ludzkiego szacunku jest czymś zewnętrznym. Może lepiej poszukać tej wartości przede wszystkim w sobie? Brak potwierdzenia z zewnątrz nie musi być brakiem wewnętrznym. Wiadomo, zawsze będą wracać momenty, kiedy trzeba walczyć o szacunek do samego siebie. Nigdy się nie poddać – oto trudny egzamin dla JA.

JOANNA, 16.03.2010

Gdy ten profesor mówił o mechanizmach obronnych, o festhalten (w dokładnym tłumaczeniu: przytrzymywać, zatrzymywać, obstawać przy czymś, przestrzegać czegoś), uzmysłowiło mi to pewną tendencję w moim zachowaniu – ambiwalencję w moim stosunku do Wincenta. Gdy uczucie nie daje znać o sobie – tzn. przestaję tęsknić, myśleć o W., tak jakby miłość wygasała – zaczynam się bać, budzi się napięcie, którego można się pozbyć, zatrzymując to uczucie! A jednocześnie boję się, że się zatracę i uczucie zwali mnie z nóg. Nie rozumiem tego, i teraz nie jestem do końca pewna, czy go jeszcze kocham. W końcu w grudniu, gdy wyzwoliłam się od Winca, poczułam taką ulgę... Tego typu odczucia – festhalten – przenoszą się również na inne dziedziny życia: gdy coś czytam, oglądam ciekawy film, chciałabym wiele scen, wiele ustępów tekstu zatrzymać w sobie! Wtedy budzi się napięcie, obawiam się, że nie sprostam temu. Nie wiem, z czego to wynika, z jakich doświadczeń, dlaczego próbuję tak wiele zatrzymać w sobie? Może aby nic nie tracić, nie stracić bezpowrotnie? Może boję się tracenia czegoś?

02.04.2010, 13.56. „H.J. Długo się zastanawiałem, czy napisać ci wielkanocnego esemesa i jak widzisz, moje myśli zrealizowały się bez dalszego pytania mnie o zgodę. Przestrzenna rozłąka w niczym nie pomniejsza naszej bliskości, spójności – widzę obrazy, które namalowałaś na zamkniętych drzwiach mojej duszy. Gdy jestem cichutko, mogę wychwycić dźwięki twojego głosu, wyłapać zapach twoich włosów, poczuć twoją rękę, łagodną i wywierającą jednocześnie zdecydowany nacisk na moje ramię. Jak bardzo te wszystkie elementy stały się częścią składową mojego życia. Kiedy myślę o Tobie, to tak jakby zalewały mnie kaskady ciepłych strumieni, morze kwiatów kładło się na mojej duszy, a ciepło twojej duszy łączyło się z moją, jakby były jednością. Przy każdym oddechu tonę, odurzasz mnie jak narkotyk, tak że śmierć staje się obojętna! Nie wiem, czy słuszne było napisanie ci tych wersów. Mam nadzieję, że jesteś zdrowa, w pełni sił, i w twoim życiu zagościł spokój. Życzę ci pogodnych i wesołych świąt wielkanocnych w gronie rodziny. Dotykam cię, całuję z daleka, między nami nie ma ściany, nie ma przeszkody. Aha... potrafię już sprawnie poruszać palcami i normalnie mówić. Ciężko trenowałem. L.G.W.”

07.04.2010, 12.15. „H.J. Mam nadzieję, że spędziłaś fajne święta. Jesteś mi tak bliska, zaufana – moja powierniczka. Nieraz słyszę dźwięk twojego głosu, twój śmiech, pławię się w oceanie wspomnień, ich delikatna fala kładzie się na mnie, łączymy się, zlewamy. Czuję, jak twoje tajemne spojrzenia muskają moją twarz i peszą mnie, jestem zawstydzony jak małe dziecko. Porywasz mnie w inny świat, pokazujesz mi jego błyski, barwy, zatracam się w głębinach, w twoim pięknie, tak że kwestionuję wszystko, podaję w wątpliwość własne życie. Przepadłem na zawsze, jestem ci oddany, uległy, zależny od ciebie. Nawet w myślach. Widzę cię za zamkniętymi powiekami, czuję, smakuję. Jest tyle rzeczy, których nigdy nie miałem śmiałości wymówić. To jest przedziwne, tak jakbyś była moim odbiciem, do tego stopnia, że ono napawa mnie lękiem, boję się mieć z nim styczność. Ojej, coż ja tu znowu wypisuję!... Chciałem tylko wyrazić moje odczucia, nigdy z żadną kobietą nie czułem takiej bliskości jak z tobą, i pomimo to, a może właśnie dlatego, boję się oddać ci się całkowicie, ofiarować ci się w pełni, oprócz jednego razu, co ty również spostrzegłaś i skomentowałaś. Jesteś jak nałóg, najwyższe pragnienie, mania: można popaść w obłęd.” Odpisałam: „Twoje słowa zawstydzają mnie, peszą. Nie wiem, w co mam wierzyć. Czy to jest prawdziwa miłość? Pozdrawiam. Joanna”.

07.04.2010, 12.45. „Może potrafię kochać cię tylko w tęsknocie, kiedy tęsknię, by powiedzieć ci, co ci przysługuje, co tobie przystoi.”

12.04.2010, 08.25. „Mam nadzieję, że twoja żałoba, smutek po stracie polskiego prezydenta nie są aż tak duże. Źle się stało, źle się dzieje.” Odpisałam mu, że jest już lżej, wczoraj i przedwczoraj było dużo gorzej. Tak niesprawiedliwa tragedia paraliżuje.

12.04.2010, 09.40. „Ten wypadek mnie też przeraził, to szokujące, drogi opatrzności są niezgłębione, nieodgadnione. Dlaczego pewne rzeczy się dzieją, dlaczego ludzie tracą życie i zmuszeni są wejść na zupełnie inną drogę? Gdybym miał kierować się sercem, już w tej chwili chciałbym ciebie zobaczyć, ale rozsądek podpowiada mi, że mam sam podążać swoją drogą, by cię nie zranić, i nie wiem, czy odnajdę drogę z powrotem”.

ANNA, 16.04.2010

Dzisiaj kobieta ze smutnymi oczami w tramwaju. Depresja budząca moją żałosną niemoc. I moja ręka zatrzymana tuż przed jej ręką w powietrzu. Niespełniona pomoc i niespełniony wybuch emocji. Często ogarnia mnie olbrzymia fala ciepła i czułości. Nie umiem sobie poradzić z tą nagle wezbraną energią, dlatego przytulam wtedy i obejmuję znanych mi ludzi, chociaż chciałabym także objąć tych mniej znanych, obcych lub prawie obcych. Czy zwalczać w sobie to uczucie? Ktoś może powiedzieć, że to śmieszny sentymentalizm. Ale w takich momentach chciałabym tak ogromnie dawać coś, czego brakuje, coś, czego ktoś sobie życzy.

Innym razem postrzegam skupisko ludzi jako duże mrowisko, do którego ja, niewidzialna mrówka, nie należę, a więc nikt mnie nie zauważa. Ludzie-mrówki podążają w różnych kierunkach i we wszystkie strony. To zamknięty obraz. Oglądając go z dystansu, widzę, jak bezcelowo i śmiesznie się spieszą. Zamiast stanąć, zastanowić się, pomyśleć. Boże, poczekajcie, stańcie, zatrzymajcie się choćby na moment, ja tu jestem. Spieszą się do śmiesznej, a może pięknej pracy, która – możliwe – nikomu i niczemu nie służy. Jest wyłącznie zabijaniem czasu. A przecież czas stanowi sens sam w sobie, podobnie jak życie. Zabijając czas, zabija się życie.

Czuć świadomie chwilę, nie czekać na następną, pozostać w tej, w której właśnie tkwimy, napawając się świadomością, czuć czas, trwanie, przemijanie, otwierając szeroko oczy, bo jeżeli ona przeminie, nikt jej nie odda.

Nie chcę czekać, chociaż czasem nie można tego wykluczyć. Czekanie jest trochę jakby zapominaniem o dniu dzisiejszym. Jeśli udałoby się pogodzić radość oczekiwania z radością istnienia, byłoby to spełnieniem najwyższej próby, osiągnięciem dwubieżnej równoległej radości. Trudniej z czekaniem na coś, co wzbudza lęk, strach. Uwolenienie się od tego na siłę oznacza zepchnięcie do podświadomości, ale przeżywać boleśnie to przecież także żyć aż do utraty tchu. To często nasz ratunek: analizować, analizować aż do samego ostatka wytrzymałości, aż lęk się wyciszy.

Tak ogromnie chciałabym mieć siłę, by żyć dla innego jeszcze, ponadosobowego celu. Ratowanie Ziemi, która stała się wielką, krwawiącą raną. Kto dał nam prawo czuć się kimś lepszym, wyższym, zadawać ciosy Naturze i Ziemi? Nie złożyliśmy jej cząstka po cząstce, bryłka po bryłce. Powstała bez naszego udziału. Obojętnie, kim byśmy nie byli, pozostajemy zaledwie częścią Natury. A ta ciągła walka o władzę – wkładamy w to tyle sił i energii życiowej, naszej energii. Dlaczego nie w ratunek Ziemi, tego nadrzędnego dobra? Tak śmieszny i bolesny jest mój głosik. Im głośniejszy, tym śmieszniejszy. Walka o przeżycie, zabijanie, przemoc dawno się już zaczęły, próbuję więc choćby śmiesznymi, małymi czynami zwalczać wyrzuty sumienia, jestem bowiem CZŁOWIEKIEM. Ktoś powiedział: „Ależ ty jesteś małostkowa!”.

JOANNA, 26.04.2010

16.04.2010, 07.18. „Ranne wyznanie, część druga. Kiedyś nie znajdywałem słów, by opisać to, co się we mnie dzieje. Jesteś dla mnie darem, tak to widzę – zostałem obdarzony, zostałaś mi podarowana, ale nigdy na własność! Już wtedy, na początku, każde twoje spojrzenie było jak pocałunek, światło. Blask twoich oczu promienieje we mnie, tworzy światło, w którym widzę. Chcę śpiewać, zanurzać się w twoich spojrzeniach, bawić się twymi włosami, czuć twoje ciało blisko swojego – dotknęłaś we mnie wszystkiego. Dobro sprzyja mi, jest ze mną, jest tak dobre dla mnie, że aż nie rozumiem, jak zło może być tak okrutne, że pochłania dobro, nie pozostawiając nawet śladu po nim, nawet odrobinki, z której ja mógłbym czerpać nadzieję. Czasami czuję się wolny i mogę powiedzieć ci to, co jest cudowne. A kiedy myślę o czymś, co ty dokładnie wypowiadasz, mówisz to, o czym sam myślę, możemy milczeć albo powiedzieć sobie to, co jest nie do pomyślenia. Zastanawiam się, czy wysłać ci tego esemesa, często piszę do ciebie esemesy, których jednak nie wysyłam, to są tajemne myśli”.

16.04.2010, 07.56. „Widzisz, Joanna. Tak się wysilałem, by go dobrze sformułować, a teraz wstydzę się za niego. Dlaczego go wysłałem?” Odpisałam: „Jesteś cudownym człowiekiem. Mam nadzieję, że wiesz o tym. Nie ma powodu, byś się wstydził. Czasami tylko jest w twoich słowach jakaś ambiwalencja, zaprzeczasz sobie, nie rozumiem tego do końca i nie wiem, w co mam wierzyć. Czasem mam wrażenie, że tu chodzi tylko o ciebie”.

16.04.2010, 08.47. „Nie zadawaj sobie trudu, nie musisz zawsze próbować zrozumieć mój świat, tutaj chodzi dużo bardziej o twój świat we mnie aniżeli o mój.” Odpisałam: „Chętnie chciałabym zrozumieć twój świat i mój świat w tobie. To jest jedna z tych rzeczy, które są warte wysiłku”.

Towarzyszą mi obudzone uczucia, tęsknota, już co najmniej dwa miesiące. Od Winca bardzo wiele zależy. Czy on naprawdę wie, czego chce, i potrafi o mnie walczyć?

22.04.2010, 13.37. „Och, wiadomość od ciebie. Tak, jestem jeszcze wśród żyjących trupów, od wielu dni nie opuszczam domu. Widzę z okna budzącą się wiosnę i czerpię z przeszłości, kiedy czułem związek ze sobą i światem, byłem im bliski, i czasem mam wrażenie, jakby wszystkie moje myśli rozwiewały się, pozostawiając jedynie jakiś odgłos, dalekie brzmienie, dym. Dzisiaj też już myślałem o tobie, mam nadzieję, że czujesz się dobrze”. 22.04.2010, 14.15. „Nie pozwól, by to, co piszę, zepsuło ci humor. Nie jest ze mną aż tak źle, mój organizm produkuje jeszcze trochę serotoniny. Kiedy patrzę na twoje zdjęcia, nagle czuję cię, pogrążam się w twoich spojrzeniach, wtedy bronię się, muszę skupić się na czymś innym, inaczej zwariuję, oszaleję przez ciebie”.

22.04.2010, 15.38. „Nie potrafię być wolny i pokazać ci tego, czego nie umiem powiedzieć. Gubię siebie i ciebie w labiryncie słów. Wiem, w morzu miłości można pływać tylko wtedy, gdy jest się gotowym odłożyć na bok wszystkie lęki, wyzbyć się ich, a przede wszystkim lęku przed zatraceniem się, utopieniem”.

26.04.2010, 11.09. „Dzień dobry, Joanna. W piątek podczas pracy w ogrodzie zemdlałem, na szczęście odzyskałem przytomność. Rozdysponowałem już swoje mienie na piśmie, Karsten wie, co kto otrzyma, między innymi ma też twój numer, by w razie czego poinformować cię i doręczyć ci zdjęcia. W moim życiu ciągle coś się dzieje, raz z górki, raz pod górkę”. Odpisałam: „Mój Boże, nie pisz mi czegoś takiego, nie potrafię sobie nawet wyobrazić, bym mogła cię stracić. Uważaj na siebie, odżywiaj się dobrze. Całuję”.

26.04.2010, 11.40. „Utrata przytomności nie jest dla mnie problemem, jedynie zagrożenie kolejnym wylewem, paraliż, bezwład jakiejś części ciała – tego się obawiam! Jeżeli zdobędę się na odwagę podjęcia tego zadania, to przywiozę ci zdjęcia i położę je na stole na tarasie. Mam dziwne przeczucie, że powinienem wszystko uregulować, uporządkować... Albo gdybym się ośmielił i poprosił ciebie, byś zajrzała do mnie... Ale moje życie jest tak niezrównoważone, niestabilne, że rozsiewam tylko ból, przynoszę nieszczęście.” Odpisałam: „Zadzwonię do ciebie, ale nie dzisiaj”.

26.04.2010, 12.53. „Tak, musiałem się długo zastanowić. Tak! Jest okej, okej, mówię – tak, jestem totalnie... flegmatyczny.” Odpisałam: „Nie rozumiem, do czego odnosi się to tak, czy do tego, że chciałam do ciebie zadzwonić? Myślałam, że chcesz. Od trzech miesięcy i dwudziestu dni nie rozmawialiśmy przez telefon”.

26.04.2010, 13.07. „Wytrąciłem cię z równowagi, rozstroiłem. Tak, będzie okej, kiedy zadzwonisz. Teraz już na pewno zrozumiałaś. Rozmawianie z tobą przez telefon jest dla mnie tak samo forsowne, kosztuje tak samo wiele jak widzenie się z tobą.” Odpisałam: „Winc, jeżeli nie czekasz na to i nie potrafisz się tym cieszyć, to odpuśćmy sobie! Może kiedyś. Trzymaj się”.

27.04.2010

Nic się nie zmieniło. Winc dalej nie uznaje swoich uczuć, nie przyznaje się do nich! Nie potrafi o mnie walczyć, dbać o moje względy, przychylność. Pisze o swoich kłopotach, troskach. Nie stara się mnie pozyskać. Jemu to się należy! Jest dalej tak, jak było – ja mam walczyć o niego, nawet gdy rzekomo widok mojej walki sprawiał mu ból! Weszliśmy w swoje dawne role, W. skarży się na swój los, a ja pocieszam, dodaję sił, zapominając o sobie! Nie dziwota. Jego stosunek do mnie przyjęłam z czasem jako normalkę.

ANNA, 27.04.2010

Nie wiem, jaką podjąć decyzję, co jest prawidłowe, słuszne. Uczucia są ambiwalentne, raz „nie”, raz „tak”. Jednego dnia myślę o moim mężczyźnie, na drugi dzień o moim towarzyszu. Ale jednego jestem pewna, czuję ciebie, Moja Nieznajoma. Czasami jakbyśmy wspólnie coś odczuwały, w tym samym momencie, jednocześnie. Patrzę w twarze ludzi i wyczekuję. Spotkamy się – nie może być inaczej. Muszę się przygotować do spotkania... Wczoraj zdawało mi się, jakbym ją widziała, najpierw oczy rozszerzone w podziwie, zapatrzone we mnie, po chwili znieruchomiałe w zadumie. Może to była ona? Kiedy ją spotkam? Skąd się bierze ta siła? Jak to pojąć? Impulsy odbierane z mikro- i makrokosmosu. Ciągła dziwność żywota.

JOANNA, 29.04.2010

Dokonują się we mnie przemiany. Albo uczucia zdobywają mnie i oddana biegnę z nimi, albo twardnieję od środka, narasta pancerz zamykający im dojście i moje myślenie staje się zimne i wykalkulowane – zmyślne obmyślanie. Otacza mnie niechęć, budzi się napięcie, oddycham z trudem. W jakim stanie czuję się lepiej? Obydwa są uciążliwe. Który oddaje prawdę mojego wnętrza? A może to są jedynie jakieś mechanizmy obronne? W stanie wewnętrznego stwardnienia próbuję przytrzymać myśli, by ich nie stracić, pojąć, pozwolić im wrosnąć. Próbuję zrozumieć swoje odczucia i myśli innych ludzi, które mi się narzuca. Zdarza się, że też w stanie napięcia cicho, bezszelestnie wydobywają się zalążki uczuć, rozkładają nieśmiało zielone skrzydełka, próbują mi coś powiedzieć, oświecić. Nie dają się uchwycić – płochliwe zjawiska. Odbiegają – zajączki zaszywające się w norkach w głębi runa, poszycia. To życie samo kieruje mną, próbuje nawrócić na swoją drogę – ma określony plan, sprecyzowane zamierzenia. Nieraz walczę z nim, bo chcę sama, po swojemu, gdyż wiem lepiej, a czasami poddaję mu się. Lecz na dłuższą metę nie potrafię się pogodzić z brakiem posiadania wpływu. Marionetka na scenie. Coś podnosi się we mnie, opada, burzy – to woda życia, która próbuje osadzić mnie na drodze mojego przeznaczenia, raz na mieliźnie, raz na głębinie.

Winc, nie powinnam cię zostawiać, może to ja doprowadziłam cię do tej choroby?! Lecz nie chcę brać na siebie odpowiedzialności za twoje życie. Co przyczyniło się do twojego stanu? Nikt nie wysnuje prawdziwej przyczyny z twojej zagmatwanej przeszłości, więc na polu analizy pozostaje moja osoba jako hipoteza, poszlaka. Przeze mnie próbowałeś się zabić! Twoja psychika nie wytrzymała bólu rozstania, odeszła w ciemną smutną głębię siebie. Co będzie, jeśli stracisz kontakt z rzeczywistością, ze sobą? Jak choroba spowoduje, że już nigdy nie będziesz sobą? Brrr, trzeba rozprawić się z takimi myślami raz na zawsze. To napawa lękiem. Schwarzmalerei!