Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Po sierpniowej burzy na podmiejskiej łące ośmioletnia Eliza spotyka dziwną dziewczynkę. Dusia ma płomiennie rude włosy, nosi białą sukienkę, chodzi boso i jest trochę nie z tej ziemi. Eliza nie wszystko z jej słów rozumie, ale jest nią zaintrygowana i wkrótce myśli o Dusi jak o swojej najlepszej przyjaciółce. Codzienne spotkania stają się dla niej największą atrakcją tych smutnych wakacji. Bo ostatnie miesiące są dla jej rodziny trudne. Po wypadku taty nic nie jest już takie jak wcześniej. Tata nie może się odnaleźć w nowej sytuacji, a jego przygnębienie udziela się całej rodzinie. Wprawdzie Eliza myśli o Dusi jako o swojej wyłącznej przyjaciółce, jednak okazuje się, że ta spotyka się także z jej braćmi, rodzicami, z jej najlepszą koleżanką, troszczy się o jej starszą ciocię, a nawet o listonosza. Pojawia się tam, gdzie są smutki, nieporozumienia i troski. Czy jej obecność pomoże wstawić bieg rzeczy na właściwe tory?
dla czytelnika powyżej 8 lat
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 283
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Projekt okładki i ilustracje: Marta Rydz-Domańska
Copyright © Emilia Kiereś
Copyright © Wydawnictwo BIS 2026
ISBN 978-83-7551-869-6
Wydawnictwo BIS
ul. Lędzka 44a
01-446 Warszawa
tel. 22 877-27-05, 22 877-40-33
www.wydawnictwobis.com.pl
PANI Wioletta Szafranek przeczesała puszystą siwą czuprynkę, po czym, schyliwszy się z trudem, włożyła wygodne buty. Wybierała się do miasteczka po zakupy. Cukier się kończył, a ona zaplanowała, że w niedzielę upiecze placek ze śliwkami, na wypadek gdyby odwiedziły ją wnuki.
W rzeczywistości były to wnuki jej siostry. Własnych pani Wioletta nie miała. Nie miała zresztą nikogo poza siostrzenicą Justyną i jej dziećmi. Starsza pani widywała ich jednak tak rzadko, iż czasami nabierała obaw, że rodzina jej unika.
Cóż. Trudno. Ostatecznie człowiek powinien być samowystarczalny.
Pani Szafranek westchnęła i uśmiechnęła się do siebie w lustrze, choć był to uśmiech nieco wymuszony.
Starannie umieściła słomkowy kapelusik na czubku głowy i wygładziła błękitną sukienkę w stokrotki, dobraną pod kolor oczu. Wzięła do ręki koszyk i wyszła, cicho zamknąwszy za sobą drzwi pałacyku.
Jej rodzinna siedziba, nadal pełna uroku, choć podniszczona, oddalona była od Niewietrzyc o dwa kilometry. Kiedyś panią Szafranek cieszyło, że mieszka w oazie spokoju, z wiekiem uznawała to jednak za coraz mniej wygodne. Ale kochała swój stary dom i była do niego bardzo przywiązana: spędziła w nim przecież całe życie.
Specjalnie wybrała tę wczesną porę, żeby uniknąć skwaru, tymczasem, mimo nocnej ulewy, upał rósł od samego rana, bardziej nawet dotkliwy niż poprzedniego dnia. Starsza pani nie uszła jeszcze daleko, a już odczuwała zmęczenie.
Świat wokół czuł się chyba podobnie: ptaki milczały, motyle przefruwały nad łąką jakby w zwolnionym tempie; zdawało się, że ledwo utrzymują się w powietrzu. Tylko pasikoniki cykały niestrudzenie i z zajęciem brzęczały pszczoły, jak zawsze pracowite. W tym jaskrawym świetle, w niecichnącym nawet na sekundę graniu koników polnych, przy powietrzu falującym od upału, starsza pani poczuła się nagle jak w dziwnym, męczącym śnie, z którego trudno się wybudzić.
Trzy stare brzozy przy drodze zaszeleściły cicho. Niespodziewany powiew nie przyniósł jednak ochłody, a tylko miłą woń siana.
Pani Szafranek podniosła wzrok i głośno nabrała tchu, widząc topolę na zakręcie. Stare drzewo zwaliło się w poprzek drogi, złamane wpół. Musiał w nie uderzyć piorun. Ach, więc stąd był ten straszliwy huk w nocy! Zauważyła też, że pobliski słup elektryczny nieco się przechylił. Upadające drzewo zawadziło o przewody: jeden z nich, zerwany, zwisał w pewnej odległości od ziemi i huśtał się miarowo jak wahadło. Jego druga połowa dyndała wysoko, zaczepiona o ocalałe kable.
Aha! Oto i przyczyna awarii. Tylko dlaczego nikt tego jeszcze nie naprawił? – zastanowiła się pani Wioletta i z przyganą pokręciła głową. Przecież to takie niebezpieczne! Kogoś może porazić prąd!
Ogarnęła spojrzeniem rozpościerający się przed nią wypłowiały krajobraz, ale nie dostrzegła więcej szkód. Po jednej stronie drogi ciągnęły się ścierniska i duże pole kukurydzy, po drugiej była łąka, zamknięta w oddali ciemnym pasmem lasu.
Popatrzyła jeszcze raz.
Wydało jej się, że domek pośrodku łąki wygląda inaczej niż zwykle.
Na pierwszy rzut oka trudno było stwierdzić, co właściwie się zmieniło. Dopiero po chwili pani Szafranek zrozumiała, że chodzi o okna. Były czyste. Popękane szybki lśniły, świat odbijał się w nich jak w lusterkach, a jedno z okienek zdawało się otwarte.
Czyżby ktoś wszedł do środka?
– Nonsens! – powiedziała starsza pani na głos.
Odkąd pamiętała – a pamiętała sporo! – domek był zamknięty na cztery spusty i nikt do niego nie wchodził. Cóż dopiero mówić o sprzątaniu tej bezużytecznej rudery. Po co ktokolwiek miałby to robić? Najpewniej to burza wymyła szyby, a wiatr otworzył okno.
Skoro tylko pani Szafranek uznała, że jej obserwacje nie mają żadnego znaczenia, odetchnęła głęboko i ruszyła dalej polną drogą, nad którą drgało rozpalone powietrze.
A może by tak zajrzeć do Justyny? – pomyślała. Zaproszę ją z mężem i dziećmi na niedzielny podwieczorek, oficjalnie, jak należy. Wtedy na pewno przyjdą.
Z ciężkim sercem musiała przyznać, że zwłaszcza w ostatnim roku los nie szczędził jej bliskim kłopotów. Trudno się dziwić, że prawie przestali ją odwiedzać.
Przez chwilę zastanawiała się, jak najwygodniej będzie obejść zwaloną topolę, po czym, wyminąwszy ją od strony korzeni, powędrowała ku Niewietrzycom.
Kiedy tylko zniknęła za zakrętem, spomiędzy gałęzi mirabelki wyskoczyła dziewczynka. Stanęła na łące i przez długą chwilę wpatrywała się w niebo. Po wczorajszej burzy nie został na nim nawet ślad: było bezchmurne, jasne i miało wspaniały, głęboki odcień błękitu. Dziewczynka rozejrzała się wokół. Zdawała się nieco zagubiona, ale nie ujmowało jej to pewności siebie. Podbiegła do domku i pchnęła drzwi, które, o dziwo, stanęły przed nią otworem. Głowa dziecka zalśniła osobliwie w słonecznym blasku na chwilę przed tym, jak przekroczyło próg i zniknęło w mrocznym wnętrzu.
W pustej izdebce pachniało jak w podmokłej piwnicy, na ścianach widać było rozległe zacieki, a spomiędzy desek zakurzonej podłogi wyrastały tu i ówdzie mizerne, blade roślinki. Ale szybki w oknach były już czyste. Dziewczynka uśmiechnęła się z zadowoleniem. Czuła, że właśnie takiego miejsca szukała.
MNIEJ więcej w tym samym czasie, kiedy pani Wioletta Szafranek wchodziła do sklepu spożywczego przy rynku w Niewietrzycach, w mieszkaniu państwa Bezuchów obudziła się Eliza. Burza, która w nocy tak długo nie pozwalała jej zasnąć, ucichła o trzeciej nad ranem, i dopiero wtedy sen zmorzył dziewczynkę. Tomek i Oskar, jej starsi bracia, jeszcze spali. We wspólnym pokoju było gorąco i duszno. Nic dziwnego: byli tu stłoczeni jak sardynki w puszce, a palące słońce zaglądało prosto w okno.
Eliza otworzyła je szerzej, zaciągnęła zasłonkę i czym prędzej przeszła do kuchni. Tu prawie zawsze panował przyjemny chłód.
Nie było prądu, musiała więc zrezygnować z ulubionych tostów. Posmarowała dżemem morelowym wczorajszą bułkę i usiadła przy stole. Dom był cichy: mama dawno wyszła do pracy, taty nie było widać. Może też jeszcze spał?
Okno cienistej kuchni wychodziło na ogródek za domem. Zwykle czyściutki i zadbany, dzisiaj przedstawiał sobą całkiem odmienny widok. Na trawniku walały się połamane gałązki i strącone, poszatkowane gradem liście. Kwiaty pokładły się i pogubiły płatki. Dobrze, że wichura nie zerwała dachu, jak w tym filmie, który kiedyś pokazywali Elizie bracia. Dziewczynka zadrżała na wspomnienie strasznej nocnej burzy.
To z kolei przypomniało jej o tym piorunie. Postanowiła, że zaraz objedzie okolicę i sprawdzi, w co trafił. Dobrze widziała, z której strony nieba błysnęło.
Pospiesznie dokończyła śniadanie, włożyła koszulkę i szorty, po czym wybiegła z domu i wyprowadziła rower z garażu. Porządnie zatrzasnąwszy za sobą furtkę, wskoczyła na siodełko i pomknęła w stronę rynku, który znajdował się tuż za rogiem. Zaraz obok kościoła skręciła w wąską uliczkę biegnącą stromo w dół. Rozpędzona minęła ostatnie domy i już po chwili znalazła się na otwartej przestrzeni. Asfalt tutaj się kończył.
Mimo gorąca Eliza dzielnie parła naprzód. Przeczesując wzrokiem mijane pola, szukała miejsca uderzenia pioruna. Ramiona i plecy miała brązowe od opalenizny, która pogłębiała się przez całe lato; jasne włosy powiewały za nią jak ogon komety, a chude nogi pedałowały co sił. Siodełko roweru skrzypiało, błotnik lekko zgrzytał na wybojach, ale jazda była przyjemna, zwłaszcza kiedy już się dotarło na szczyt wzniesienia. Zaraz za nim droga zakręcała szerokim łukiem i tam właśnie Eliza dostrzegła wreszcie to, czego szukała.
Potężna stara topola leżała złamana, tarasując przejazd. Dziewczynka zauważyła też zerwany przewód elektryczny. Na szczęście oba jego końce wisiały wysoko nad ziemią, więc można było się nie obawiać.
Teren wokół drzewa pokrywały odpryski kory i cienkie drzazgi, a ogromna korona, zmiażdżona upadkiem, zajmowała niemałą część zaoranego pola. Był to widok straszny i fascynujący zarazem. Dolna część ułamanego pnia, mocno wrośnięta korzeniami w piaszczysty grunt, przerastała Elizę tylko trochę.
Dziewczynka kilkakrotnie obeszła kikut tkwiący w ziemi, po czym wspięła się po nim zwinnie jak małpka, obejmując go podrapanymi nogami. Zajrzała do środka wypalonej w nim dziury. Czarne popękane drewno wyglądało zupełnie jak szczapa wyciągnięta z ogniska i połyskiwało w słońcu jak satyna. Mimo że od burzy minęło już wiele godzin, ze środka jeszcze biło ciepło i unosił się swąd spalenizny.
Eliza spojrzała na okolicę z wysokości złamanego pnia i nagle znieruchomiała.
Tuż obok powalonego drzewa, pośrodku drogi, stała dziewczynka.
Zupełnie nieznajoma dziewczynka.
Właściwie nawet nie stała, ale podskakiwała w miejscu, jak gdyby droga parzyła ją w bose stopy.
Była mniej więcej tego samego wzrostu co Eliza, ale wyglądała jak jakaś staroświecka laleczka. Ubrana była w ślicznie skrojoną, powiewną białą sukienkę sięgającą pod kolana, a jej rude włosy, ułożone w schludną fryzurkę, przypominały miedziane sprężynki. Błyszczały w słońcu w sposób niespotykany: co rusz zdawało się, że przemyka po nich iskierka albo czerwonawy ognik, który prędko gasł, ale zaraz rozbłyskał na nowo w innym miejscu kędzierzawej głowy.
Dziewczynki przez chwilę mierzyły się wzrokiem, wreszcie Eliza zwinnie zeskoczyła z kikuta topoli, otrzepała ręce i chwyciła się pod boki.
– Hej – powiedziała. – Jestem Eliza. A ty?
– Dusia. Duszyczka.
– Duszyczka. Ładnie. – Eliza uważniej przyjrzała się nieznajomej. Tak, z pewnością nie spotkała jej nigdy wcześniej. Zapamiętałaby te włosy. I tę sukienkę z perłowymi guziczkami, bufkami i koronką. – Niezły numer z tym drzewem, co? – dorzuciła, żeby powiedzieć cokolwiek, i wskazała głową na ułamany pień. – Jeszcze nie widziałam czegoś podobnego.
Dusia spojrzała na nią z namysłem i zakręciła się w kółko, a biała sukienka zawirowała wokół niej.
– Okropnie walnęło wtedy w nocy – ciągnęła Eliza. – Myślałam, że stało się coś strasznego.
– To wcale nie było straszne – powiedziała Duszyczka, a jej wielkie szare oczy tajemniczo zalśniły.
– Więc też to słyszałaś?
– Słyszałam. I widziałam.
– Byłaś tu w nocy? – zdumiała się Eliza.
Dusia znów zrobiła kilka szybkich piruetów; aż trudno było za nią nadążyć wzrokiem. Zatrzymała się parę kroków dalej.
– Boisz się burzy? – zagadnęła, nie odpowiadając na pytanie.
– Iii… trochę – przyznała Eliza niechętnie. Nie lubiła ujawniać swoich strachów. Wolała, żeby wszyscy mieli ją za dzielną, tym bardziej że w gruncie rzeczy taka właśnie była. – A ty? – spytała.
– A ja… nie. Wcale – oświadczyła Duszyczka, po czym zaczęła biegać wokół powalonego drzewa i podskakiwać jak migotliwa iskierka. Jej włosy jarzyły się jak niespokojny ognik, a sukienka aż oślepiała w pełnym słońcu.
– Widziałaś, jak ten pień wygląda w środku? – zawołała do niej Eliza. – Cały wypalony! – wzdrygnęła się. – Niezbyt lubię ogień – dodała, po czym zaraz wyjaśniła: – Mój tata miał wypadek. W pożarze.
Dusia przystanęła, zmrużyła powieki, po czym, zupełnie jakby nie usłyszała słów dziewczynki, zaproponowała:
– Chodź, narwiemy kwiatów! – i popędziła w głąb łąki.
Eliza niechętnie podążyła za Duszyczką, niezadowolona, że nowa znajoma zlekceważyła tak ważny dla niej temat. Suche trawy i badyle drapały jej gołe łydki, a po nierównościach szło się bardzo niewygodnie, zwłaszcza w sandałach. Jak Dusia mogła biegać po tej łące na bosaka? Trudno jednak było się oprzeć urokowi tego miejsca. Wokół fruwały motyle, przy każdym kroku tabuny brązowych pasikoników pryskały Elizie spod stóp, a raz nawet przecięła jej drogę zielona jaszczurka. Dziewczynka nigdy wcześniej nie przyglądała się łące tak dokładnie, i teraz nagle zachwyciło ją to odkrycie. Jako siostra dwóch braci więcej czasu spędzała na łażeniu po płotach i drzewach niż na zbieraniu kwiatów. A tych była tu niezwykła wprost różnorodność! Już wkrótce obie zrywały je z jednakowym zapałem i nie minęło wiele czasu, jak uzbierały cały wielki snop.
– Piękne są! Co z nimi zrobisz? – spytała Eliza. Siedziała na pniu powalonej topoli i odpoczywała, podczas gdy Dusia krążyła wokół w podskokach.
– To dla jednej pani, którą dziś widziałam. Szła w tamtą stronę. – Duszyczka machnęła ręką w kierunku Niewietrzyc. – Poczekam, aż będzie wracała, i dam jej te kwiaty.
– Co to za pani? – spytała Eliza.
Dusia wzruszyła ramionami.
– Nie wiem. Smutna – odparła.
Przez chwilę milczały. Eliza myślała o nieznajomej, która dostanie taki bukiet. Pewnie się ucieszy.
– Ale gorąco – westchnęła. – Chyba pojadę już do domu. Okropnie chce mi się pić.
Dusia, która na chwilę przystanęła, teraz znów kilkakrotnie obiegła powalone drzewo. Wyglądało na to, że naprawdę nie umie ustać ani chwili.
– Zobaczymy się znów? – spytała Eliza, wodząc za nią wzrokiem. – Gdzie mieszkasz? – zawołała. – Nigdy cię tu nie widziałam. Przyjechałaś do Niewietrzyc na wakacje?
Duszyczka jednak chyba nie słyszała jej pytań. A może nie chciała na nie odpowiadać.
– Przyjdziesz tu jutro?! – zawołała więc Eliza nieco głośniej.
– Może! – odparła Dusia.
– Ja przyjdę! – oświadczyła Eliza. – Jak będziesz chciała, możemy się w coś razem pobawić!
Duszyczka tylko się uśmiechnęła, a wyglądało to tak promiennie, jakby słońce wychynęło zza chmury.
Eliza wstała z powalonego pnia i podniosła rower z ziemi. Wskoczyła na siodełko – było tak nagrzane, że aż parzyło – i ruszyła.
– Na razie…! – zawołała przez ramię, już jadąc.
Ledwo pokonała zakręt, minęła się z ospałą ciężarówką pogotowia energetycznego, która z mozołem pięła się pod górkę. Eliza nabrała nadziei, że kiedy wróci do domu, będzie mogła przygotować sobie porządnego tosta. Zdążyła już zgłodnieć.
TRZASNĘŁA furtka i Tomek się obudził. Uniósł się na łokciu, odchylił zasłonkę i wyjrzał przez okno. Zdążył jeszcze zobaczyć siostrę znikającą za rogiem ulicy. Oskar spał na sąsiednim łóżku, zakopany pod kołdrą, mimo że w pokoju było nieznośnie gorąco.
Tomek poczuł, że z wielką chęcią wybrałby się nad jezioro. Dochodziła jedenasta: akurat zdążyłby dojechać na miejsce, popływać trochę i wrócić w sam raz na obiad.
Wyskoczył z łóżka i szturchnął młodszego brata.
– Ee… Daj pospać…! – mruknął niechętnie Oskar.
– Nie jedziesz się wykąpać? – spytał Tomek i pociągnął go za nogę wystającą spod kołdry.
– Nie chce mi się.
Starszy brat odczekał chwilę na wypadek, gdyby Oskar zmienił zdanie. Zwykle pierwszy rwał się do wszelkich sportów, teraz jednak najwyraźniej ani myślał wstawać. Zniecierpliwiony Tomek wzruszył ramionami i czym prędzej wyszedł z pokoju, żeby nie tracić ani minuty więcej. Już po chwili był w kuchni, ubrany w kąpielówki i koszulkę. Gęste brązowe włosy zmierzwiły mu się na czubku głowy, oczy w kolorze gryczanego miodu błyszczały w opalonej twarzy.
Spojrzał na talerzyk, pozostawiony pośrodku stołu wraz z okruszkami i brudną łyżeczką. Cała Eliza! Wszędzie, gdzie się zjawiała, zostawiała po sobie bałagan. Trudno było mieszkać z nią i Oskarem w jednym pokoju, kiedy samemu lubiło się porządek.
Sprzątnął po siostrze, a następnie przegonił dwie osy, które krążyły nad otwartym słoikiem z dżemem. Kiedy już się z tym uporał, przygotował sobie solidną piętrową kanapkę z szynką, żółtym serem, pomidorem i ogórkiem małosolnym.
Przysiadł na stołku i wgryzł się w to arcydzieło. Było pyszne.
Zastanowiło go, gdzie się wszyscy podziali. Mama poszła do pracy, wiadomo. Ale Eliza? Dokąd jej było tak spieszno? A tata? Zwykle o tej porze już dawno był na nogach, pewnie więc też dokądś wyszedł. Ciekawe, czy znów nie wróci przez cały dzień. Ostatnio często mu się to zdarzało. Znikał na całe godziny, a zapytany nie odpowiadał, gdzie był.
Tomek poczuł ten nieprzyjemny ucisk w brzuchu, który pojawiał się czasami na myśl o tacie, odkąd zdarzył mu się tamten wypadek. To, co się stało, było okropne, a tata, choć przecież wrócił do siebie po operacji i był cały czas ten sam, stał się zarazem inny. Nie w dosłownym sensie, mimo że oczywiście stracił rękę. Bardziej jednak zmieniło się coś w środku niego, zupełnie jakby ktoś coś w nim wyłączył. Jakby zgasła jakaś wewnętrzna żaróweczka. Starał się nie okazywać, że jest smutny, ale to się po prostu czuło. Czasami wydawało się też, że nie słyszy, co się do niego mówi. Odkąd został inwalidą, przestał chodzić do pracy, i chyba było mu z tym źle.
„Czas leczy rany”, mówiła mama. Minęło już ponad pół roku, a jakoś nic się nie poprawiało. Jak długo jeszcze to mogło trwać? I czy istnieją rany nieuleczalne?
To, co się przytrafiło, miało wpływ na wszystko. Między innymi dlatego Tomek przestał lubić szkołę. Nigdy nie było mu łatwo, przez Grześka i Szymona, którzy dokuczali mu, odkąd pamiętał. Nazywali go kujonem, wytykali palcami. A to przecież nie była jego wina, że tak dobrze się uczył. Nawet się specjalnie nie przykładał, wiedza sama wchodziła mu do głowy. Śmiali się też z niego, że ma odstające uszy i nogi jak patyki. W końcu jakoś się przyzwyczaił do tych złośliwości, ostatecznie nie było to nic, z czym nie można by sobie poradzić.
Ale po wypadku wszystko się pogorszyło. Szymon z Grześkiem przez cały drugi semestr łazili za Tomkiem i robili głupie uwagi na temat taty. Ich docinki były takie podłe! Tym bardziej że ojciec nie stracił ręki z jakiegoś głupiego powodu, na przykład jadąc za szybko samochodem. Był strażakiem. Ratował z pożaru jakąś panią. Wbiegł do płonącego, walącego się budynku, pomógł wyjść tej kobiecie, a potem wrócił jeszcze po jej psa, bo nie mogła się uspokoić i chciała sama po niego iść w ogień. Wtedy właśnie na tatę spadła ciężka belka, cała w płomieniach, i przygniotła go do ziemi. Cudem się wyswobodził z tej pułapki, cudem ocalał. I jeszcze uratował tego psa. Ale rękę stracił.
Początkowo Tomek był z ojca nieprawdopodobnie dumny. Wszyscy mówili, że jest bohaterem – bo rzeczywiście nim był. Ale potem wrócił do domu okaleczony i smutny i nagle się okazało, że wszystko się zmieniło. Na gorsze.
Kiedyś spędzali razem tyle czasu! Tata wszystko potrafił. Uczył synów budować i naprawiać różne rzeczy, dużo rozmawiali. Ale od wypadku nie mógł już majsterkować ani wędkować, ani nawet prowadzić samochodu. Jedna ręka do tego nie wystarczała. A rozmowy jakoś im się nie kleiły.
Grzesiek z Szymonem za to znaleźli sobie nowy temat do złośliwości i kiepskich żartów i zatruli Tomkowi życie. Już wcale się nie cieszył, że jego ojciec jest bohaterem. Miał dość, a w sercu czuł gniew. Zastanawiał się czasami, czy tata musiał ryzykować życie, ratując jakiegoś psa. Psa! Naprawdę?! Przez to jedno głupie zwierzę cierpiała cała ich rodzina. Gdyby nie ono, wszystko byłoby jak dawniej. Właściwie teraz Tomek był wściekły na ojca za to bohaterstwo. I za każdym razem, kiedy widział pusty rękaw zwisający w miejscu dawnej ręki, narastała w nim złość. A Grzesiek z Szymonem doprowadzili do tego, że nawet zaczął się taty trochę wstydzić.
Tomek zgrzytnął zębami.
Skończył kanapkę, wstawił swój talerzyk i szklankę po soku do zmywarki, chwycił ręcznik i wyszedł z domu. Głupio samemu kąpać się w jeziorze, ale lepsze to niż nic.
Wyprowadził rower na ulicę i już po chwili mknął przez las prościutko na dziką plażę.
JASNY pałacyk pani Szafranek stopniowo wynurzał się zza obłoku zieleni. Zgrabny budynek miał okazałe schody, wykusz z potrójnym oknem i niedużą pięciokątną wieżyczkę w narożniku.
Listonosz, pan Teofil Początko, wsparł rower o ceglany słupek wyznaczający granicę posiadłości. Kiedyś była tu zamocowana furtka, teraz jednak pozostały po niej tylko żelazne zawiasy. Pan Początko przez chwilę stał bez ruchu, spoglądając na pałacyk. Przez mgnienie zdało mu się, że znów ma dwadzieścia lat i tak samo jak zdarzało mu się wówczas, wpatrzył się w narożne okno na piętrze. To tamten pokój zajmowała wtedy Wioletta, młodsza córka państwa Szafranków.
Na myśl o dawnych czasach starszy pan stłumił niejasny wyrzut sumienia, jeszcze zanim na dobre go poczuł, i odwrócił wzrok. Zauważył, że tynk w okolicach rynny zaczyna się łuszczyć, a jedna z dachówek oberwała się i zsunęła niebezpiecznie na krawędź dachu. Budynek znacznie podupadł od czasów, kiedy to pan Teofil bywał tu częstym gościem. Dawne dzieje! Od wielu już lat zachodził do pałacyku rzadko, coraz rzadziej, i wyłącznie z listami.
Dom jak dom, ale ogród był zadbany, choć nocna burza go nie oszczędziła.
Pan Początko uniósł czapkę, otarł dłonią gładką łysinę, włożył czapkę z powrotem. Rumiane policzki miał starannie ogolone, koszulę idealnie wyprasowaną. Robił wrażenie poczciwego i rzetelnego, ale uważny obserwator dostrzegłby, że gryzie go jakieś strapienie, i to chyba nienowe. Wyglądał, jakby się nie wysypiał. Teraz sapnął pod siwym wąsem, poprawił ciężką torbę i przeszedł wzdłuż gazonu, na którym kwitły róże w rozmaitych odmianach. Powietrze tutaj było aż gęste od ich intensywnej, słodkiej woni.
Zatrzymał się przed schodami wiodącymi do głównych drzwi: dwuskrzydłowych, oszklonych, z ozdobną kratą na każdym okienku. Tyle czasu minęło, a on za każdym razem, kiedy miał nacisnąć guzik tego dzwonka, czuł to samo onieśmielenie co wtedy, gdy był niemądrym młodzikiem.
Coś ukłuło go w sercu. Na pewno przez tę duchotę i gorąco.
Nabrał tchu, ale powietrze było ciężkie. Lipy i kasztanowce wznosiły się wokół jak znieruchomiałe olbrzymy, a niebo nad nimi zdawało się bezkresne i bezlitosne.
Pan Początko postawił stopę na pierwszym schodku i dopiero wtedy się zorientował, że nie jest tu sam. Zaskoczony wlepił oczy w dziewczynkę, która biegała między rabatami i wokół drzew, wymachując przy tym snopem kwiatów. Poruszała się szybko jak iskierka, przeskakiwała z miejsca na miejsce, a jej sukienka bielała w ostrym słońcu. Niemal się zdawało, że dziecko zostawia za sobą w powietrzu świetlistą smugę.
Na widok listonosza dziewczynka najpierw przystanęła, a zaraz potem podbiegła do schodów. Ileż energii miała w sobie ta mała! I to w taki upał! Starszy pan przyjrzał jej się z bliska i utwierdził się w przekonaniu, że nie widział jej nigdy wcześniej. Wydawało się to raczej dziwne, bo przecież znał w tej okolicy każdego. Nie było domu, do którego nie zaszedłby raz na jakiś czas.
Miała promienne, ufne spojrzenie i uśmiechała się do niego całą okrągłą, rumianą buzią. Jaśniała jak słoneczko, a jej włosy jarzyły się jak płonący łepek zapałki.
– Dzień dobry panu – odezwała się przyjaźnie.
Pan Początko skinął głową.
– Przyszłam do tej pani, ale jej nie ma – dodało dziecko.
– Nie ma jej? – Listonosz poczuł niemiły zawód i jednoczesną irytację. A więc jechał cały ten kawał drogi na próżno!
– Przyniosłam jej kwiaty – ciągnęła dziewczynka, wiercąc się bez ustanku. – Najpierw czekałam przy drodze, ale ta pani nie wracała i nie wracała… Więc poszukałam jej domu. Czy to ten dom? Czy ona tu mieszka? – Znieruchomiała na chwilę.
– Pytasz o panią Szafranek? – upewnił się listonosz.
– Nie wiem, jak ona się nazywa. Pytam o tę smutną panią.
Pan Początko drgnął.
– O smutną panią? – powtórzył.
Czy to dziecko mogło mieć na myśli Wiolettę? On sam nigdy nie określiłby jej tym słowem. Była dumna, owszem, nawet nieco wyniosła. Kpiąca. Ale smutna…? Może jednak to jakaś pomyłka. Może mała przeznaczyła te kwiaty dla kogoś innego.
– Chciałam dać jej bukiet, żeby trochę ją rozweselić – dodała dziewczynka i zaczęła biegać w górę i w dół po schodach. Pana Teofila trochę jednak drażniła ta jej nadmierna ruchliwość. – Zauważył pan – ciągnęło dziecko – że kiedy jakaś pani… jakakolwiek… dostaje kwiaty, to zawsze jest szczęśliwa? Ciekawe, co?
– Może tak być – przyznał niepewnie starszy pan. Nie miał w tych sprawach dużego doświadczenia. Jego myśli zaprzątało teraz pytanie, czy Wioletta naprawdę jest smutna.
– Zerwałam te kwiaty koło mojego domu, tam, na łące – wyjaśniło dziecko, zeskoczywszy z ostatniego schodka.
Listonosz jednak nie słuchał. Oparł się o murowaną poręcz. Była zaskakująco zimna.
– Od dawna tak czekasz? – spytał.
Dziewczynka zatrzymała się w drodze powrotnej na szczyt schodów i z uśmiechem rozłożyła ręce. Z kwiatów posypało się kilka drobnych płatków.
– Chyba.
Zeskoczyła na dół po jednym schodku, a jej sukienka wydymała się przy tym jak balonik.
Pan Początko pokiwał głową.
– W takim razie Wioletta… pani Szafranek… pewnie niebawem wróci. Wolałbym doręczyć jej list, żeby nie musiała chodzić po niego na pocztę.
– Chce pan na nią zaczekać?
– Tak. Myślę, że chwilę poczekam.
– To proszę dać jej te kwiaty! – wykrzyknęła uradowana dziewczynka. – Bo ja już muszę lecieć. Proszę, na pewno się ucieszy! – Wcisnęła mu bukiet w ręce, po czym odbiegła i zniknęła między drzewami. Tylko jej głowa zalśniła jeszcze w słońcu jak rdzawo-świetlany kłębuszek.
Pan Początko był zbyt zaskoczony, by w porę zareagować. Z zakłopotaniem spojrzał na pęk łąkowego kwiecia. Cóż. Ostatecznie może go przekazać Wioletcie. Uśmiechnął się na myśl o dziewczynce. Miłe dziecko, nawet jeśli trochę nadpobudliwe. Właściwie to szkoda, że musiało już sobie iść.
Przysiadł na stopniu. Sapnął i zdjął z ramienia ciężką torbę. Plecy go bolały od jej dźwigania. Kiedyś się tak nie męczył, ale od jakiegoś czasu praca sprawiała mu coraz więcej trudności. Nikomu się jednak nie przyznawał. Nie chciał z niej jeszcze rezygnować. Lubił te wędrówki od domu do domu, pogaduszki z ludźmi. Można się było przy tym pośmiać, poznać nowe sąsiedzkie ploteczki. Nie lubił za to wracać po pracy do swojego ciasnego mieszkanka. Zajmował jeden skromny pokój z kuchnią i mieścił się tam z dwoma kotami. Dobrze, że miał chociaż je, inaczej samotność byłaby nie do zniesienia.
Westchnął, oparł łokcie o kolana i zwiesił głowę. Zapach róż przypłynął falą w gorącym powietrzu, a potężne korony kasztanów i lip zakołysały się nad domem jak żagle ogromnych okrętów.
Tuż po trzynastej pani Justyna Bezucha skończyła dzień pracy. Za kasą sklepu warzywnego zostawiła młodą sprzedawczynię, a sama ruszyła do domu na obiad. Lubiła, kiedy siadali do stołu wszyscy razem. Uważała, że rodzinne posiłki budują więzi – i chyba miała rację. Choć przecież nie tylko dzięki wspólnym obiadom byli szczęśliwą, kochającą się rodziną, w której dużo rozmawiano i każdy czuł się potrzebny.
Przynajmniej było tak do niedawna. Od wypadku jej męża wszystko trochę się popsuło. Ostatnie miesiące były trudne, ale pani Justyna nie traciła nadziei, że czas przyniesie poprawę.
Pierwsze kroki po wejściu do domu skierowała do kuchni, przytaszczyła bowiem dwie torby pełne warzyw i owoców ze swojego sklepu. Codziennie przynosiła ich do domu nową porcję i sprawiało jej przyjemność patrzenie, jak dzieci i mąż ładują w siebie wszystkie te wspaniałe witaminy.
Oskar, jej średnie dziecko, siedział przygarbiony na stołku i, wyciągnąwszy przed siebie długie nogi futbolisty, znaczone siniakami i strupkami, z melancholijną miną jadł suchy chleb.
– Cześć! – rzuciła pani Justyna i odstawiła obie torby na kuchenny blat. Poruszała się zawsze pewnie i bez zbędnego pośpiechu, a każdy jej ruch wydawał się przemyślany. Niezbyt wysoka i mocno zbudowana, miała krótko ostrzyżone ciemne włosy, a na jej krągłej twarzy i w brązowych oczach zawsze malował się wyraz łagodnego zatroskania. Pewnie dlatego wszyscy chętnie zwierzali się pani Justynie: jej spojrzenie budziło zaufanie i sprawiało, że każdy czuł się przy niej ważny. – Co słychać? – spytała.
– W sumie nic – odpowiedział Oskar. – Jem śniadanie.
– O tej godzinie?
– Przecież są wakacje.
Mama uśmiechnęła się pod nosem i umyła ręce.
– Ale może już nie jedz – zasugerowała, wyładowując warzywa z torby. – Niedługo będzie obiad. Gdzie wszyscy?
– Eliza w ogrodzie, Tomek nad jeziorem, a tata… nie wiem.
– Nie widziałeś się z nim?
– Z tatą? Nie.
Na krótką chwilę wyraz zatroskania na twarzy mamy się pogłębił, ale zaraz nad nim zapanowała.
– A Tomek dawno wyszedł? – spytała.
– Chyba dawno. Jeszcze spałem.
– I nie poszedłeś z nim popływać?
– Nie chciało mi się wstawać. – Oskar się zawahał, po czym dodał nieco ciszej: – Chciałbym pójść nad jezioro z tatą. Jak kiedyś. Nie tylko z Tomkiem, ale też z tatą. Dopiero wtedy jest fajnie.
Pani Justyna odłożyła pudełko malin na blat i podeszła do syna. Pocałowała go w czubek głowy. Jego włosy, ostrzyżone króciutko przy skórze, miały kolor siana i pachniały jak siano.
– A pytałeś ostatnio tatę, czy by się z wami nie wybrał?
Chłopiec pokiwał głową.
– I co? – chciała wiedzieć mama.
– Powiedział, że może innym razem. A jeszcze wcześniej mówił, że nie ma czasu… Przecież ma czas. Prawda? – Z przejrzystych, zielonych oczu chłopca wyzierał smutek.
Pani Justyna postarała się posłać mu krzepiący uśmiech, ale zdawało jej się, że nie bardzo to wyszło.
– Jeszcze pójdziecie razem nad jezioro. Może nawet prędzej, niż ci się wydaje.
– E tam…
Mama postanowiła na razie zmienić temat.
– Naprawdę smakuje ci taki suchy chleb? W dodatku wczorajszy?
– Nie miałem wyboru – odparł chłopiec i cierpiętniczo westchnął.
Pani Justyna parsknęła śmiechem, nalała sobie szklankę zimnej wody i wycisnęła do niej trochę soku z cytryny.
– Co za koszmarny upał – powiedziała. – Wcale mi się nie chce gotować, ale jestem już głodna. Jak Tomek wróci znad jeziora, też będzie głodny jak smok. Przyrządzimy coś szybkiego. Pomożesz mi?
– Mogę pomóc.
Podczas gdy pani Justyna myła warzywa, chłopiec utarł ser, a potem jeszcze na prośbę mamy wyskoczył do ogrodu po listki świeżej bazylii. Wrócił z siostrą.
– Grad nam wytłukł wszystkie zioła – oznajmił kwaśno. – Ale parę żałosnych liści udało mi się znaleźć.
– E, nie są aż tak żałosne – stwierdziła mama. – Nadadzą się. Cześć, kochana! – zwróciła się do córki. – Ty też nie pojechałaś popływać?
Eliza pokręciła głową.
– Pojechałam zobaczyć, w co uderzył piorun – odparła i natychmiast zacisnęła usta w obawie, że wygada się na temat nowej znajomości. Już wcześniej postanowiła, że na razie nikomu nie powie o Dusi. Zawsze musiała dzielić się wszystkim z braćmi, znali wszystkie jej koleżanki i okropnie się rządzili, kiedy zdarzało im się bawić razem. Sami mieli przed nią różne sekrety, za to chcieli znać każdy jej krok. Twierdzili, że na tym polega braterska opieka. Eliza uznała, że w końcu należy jej się własna tajemnica. Wiedziała, że ostatecznie i tak sekret na pewno się wyda, ale zamierzała nacieszyć się nową koleżanką i mieć ją przez chwilę tylko dla siebie.
– Piorun w coś uderzył? – zainteresowała się mama. – To pewnie dlatego rano nie było prądu.
– Eliza mówi, że trafił w tę wielką topolę na drodze do cioci Wioletty – wyjaśnił Oskar.
– W tę ogromną, na zakręcie? – upewniła się pani Justyna.
– Drzewo zatarasowało całą drogę i nie da się tamtędy przejechać – oznajmiła dziewczynka.
– Coś takiego! – Mama pokręciła głową z niedowierzaniem. – Ciekawe, czy do niedzieli to uprzątną.
– A dlaczego akurat do niedzieli? – zdziwiła się Eliza.
– Bo jesteśmy zaproszeni do cioci – wyjaśniła pani Justyna. – Zajrzała dziś do mnie do sklepu. Spytała, czy możemy wpaść w niedzielę.
Oskar jęknął.
– O nie! W niedzielę? Mamy grać mecz z chłopakami.
– Chyba nie przez cały dzień?
– Ale będę wykończony.
– No to odżyjesz po zjedzeniu pysznego ciasta cioci. Obiecała, że coś upiecze.
Nie było tajemnicą, że mama, choć gotowała dobrze, miała dwie lewe ręce do słodkich wypieków. Nigdy nic jej nie wychodziło, aż w końcu nawet przestała próbować. Za to ciocia Wioletta była prawdziwą królową ciast i deserów.
– Okej – powiedział udobruchany Oskar. – Jak będzie ciasto, to mogę iść.
– Jesteś okropnym chłopczykiem. – Mama pokręciła głową.
– U cioci jest nudno – westchnęła Eliza i usiadła przy stole. – Ale za to ma fajny ogród. Można się pobawić w chowanego.
– No to wszystko ustalone – uznała mama. – Proszę, skoro już tu siedzisz, to bierz się za pomidory. – Podała córce nóż. – Pokrój je ładnie w ćwiartki.
– W ćwiartki, czyli jak?
– Oj, no kroisz na pół i jeszcze raz na pół – wyjaśnił jej Oskar i wywrócił oczami.
– To może ty pokrój – zaproponowała dziewczynka. – Tobie lepiej wychodzą takie rzeczy.
– Leniuch! – rzucił chłopiec i przejął pomidory od siostry. – Jak nie będziesz próbować, to się nigdy nie nauczysz – dodał.
– Ciekawe, czy tata i Tomek wrócą na czas – zastanowiła się na głos pani Justyna. Zgrabnie przekroiła cukinie wzdłuż, jednym prostym cięciem, po czym wydrążyła je łyżeczką. W jej rękach wszystko zdawało się takie łatwe! Eliza przyglądała się z ciekawością.
– Można do nich zadzwonić i spytać – zauważył Oskar.
– E, nie będziemy ich ścigać – zdecydowała mama. – I nie będziemy czekać. Wiedzą, o której siadamy do stołu. Najwyżej zjedzą obiad na zimno albo go sobie odgrzeją.
– Dlaczego tata teraz nie zawsze je z nami? – spytała Eliza.
– Też bym chciała wiedzieć – westchnęła mama. – Coś mu zajmuje głowę, nie wiem co. Ale się dowiem.
PÓŁ godziny później pani Justyna Bezucha właśnie wyjmowała obiad z piekarnika, kiedy trzasnęły drzwi wejściowe i w kuchni pojawił się Tomek. Aromat zapiekanych cukinii z pomidorami i czosnkiem sprawił, że aż mu ślinka napłynęła do ust. Był potwornie głodny.
– O! W samą porę! – ucieszyła się mama na jego widok. – Tata przypadkiem nie wrócił z tobą?
Chłopak ledwo dostrzegalnie spochmurniał i pokręcił głową.
– No, trudno – westchnęła z rezygnacją pani Justyna. – Zawołaj Oskara i Elizę, są na dworze.
Tomek stanął w drzwiach tarasowych, które prowadziły prosto z kuchni do ogrodu. Jego brat gonił siostrę, celując w nią z węża ogrodowego. Woda tryskała silnym strumieniem, a Eliza, ubrana w kostium kąpielowy, z kwikiem lawirowała między rabatkami, bezskutecznie usiłując uniknąć zimnego prysznica. Bawili się doskonale. Tomek uśmiechnął się do siebie. Aż żal mu było im przerywać. Szczerze mówiąc, najchętniej by się do nich przyłączył, przejął kontrolę nad wężem i przegonił rodzeństwo po całym ogródku. Był na to jednak zbyt głodny, poza tym – mama czekała.
– Ej! – zawołał i zamachał rękami. – Obiad na stole!
– Taty ciągle nie ma? – spytała Eliza, kiedy wreszcie wpadła do kuchni. Z rozmachem usiadła na krześle i narzuciła na mokre plecy ręcznik, ściągnięty po drodze z suszarki.
– Nie ma – odparła mama.
– Nie poczekamy na niego?
– Gdybyśmy wiedzieli, kiedy wróci… – Pani Justyna postawiła na stole naczynie z cukiniami. – Smacznego, ale najpierw wszyscy myją ręce!
– Nie rozumiem, co jest z tatą – odezwał się ponuro Tomek, kiedy już zaczęli jeść. – Ostatnio ciągle go nie ma.
Mama spojrzała na syna z zakłopotaniem. Znów wyglądała na bardziej zatroskaną. Ona też nie całkiem to rozumiała i już nie wiedziała, jak tłumaczyć dzieciom zachowanie ojca.
– Przeżył szok – odparła więc, ze świadomością, że się powtarza. Nie umiała jednak znaleźć innych słów. Nie mogła też powiedzieć nic nowego. – Potrzebuje czasu – dodała.
– Ale przecież miał czas! Minęło już ponad pół roku! – wybuchnął Tomek. – Czy on nie widzi, że musi coś ze sobą zrobić?!
– Myślę, że widzi, synku. I to aż za dobrze. Ale pół roku to mniej, niż się zdaje. Bardzo trudno jest wrócić do siebie po takim wstrząsie.
– Nam też – burknął chłopak.
– Wiem. Dlatego musimy się nawzajem wspierać, a nie hodować w sobie żal. – Pani Justyna starała się mówić stanowczo, ale w głębi duszy czuła się bezradna i nieprzekonująca.
– Zupełnie jakbyśmy przestali go obchodzić! – powiedział z wyrzutem Tomek.
– Nie mów tak – odezwał się Oskar cicho, ale dobitnie. Miał poważną minę i ściągnięte brwi. Rzucił starszemu bratu twarde, mocne spojrzenie. Wyglądał teraz jak miniaturowa kopia własnego ojca i pani Justynie aż się ścisnęło serce. – Jakby ci ucięli rękę – dodał Oskar – też byś nie miał na nic ochoty. Co ci się wydaje? Że tacie jest fajnie? Chciałbyś się z nim zamienić? Jak nie, to lepiej siedź cicho. Myślisz tylko o sobie.
Tomek oburzony poderwał głowę, ale nie znalazł odpowiedzi. Eliza przestała jeść i spoglądała to na jednego, to na drugiego brata.
– Gdybym ja był tatą, wszystkiego by mi się odechciało. Więc mu się nie dziw – dorzucił Oskar.
Pani Justyna odłożyła widelec i spojrzała na dzieci po kolei.
– No już, nie kłóćcie się – powiedziała. – I bądźcie wyrozumiali dla taty. Takie rany długo się goją.
– Przecież już mu się zagoiły! – zdziwiła się Eliza.
– Nie mówię o tych ranach, które widać – wyjaśniła mama. – Mówię o tym, co dzieje się z człowiekiem w środku. Tata cudem uszedł z życiem… – Głos jej zadrżał. Przy stole zapadła całkowita cisza. Oczywiście, mama nie mówiła niczego nowego, ale ciągle jeszcze był to temat poruszający i trudny dla wszystkich. – Cały jego świat wywrócił się do góry nogami – podjęła pani Justyna. – Stracił rękę. Nie jest już taki sprawny jak kiedyś, a był zawsze bardzo wysportowany. Bardzo samodzielny. Do tego stracił też pracę. Zrozumcie, jakie to trudne. Takie niewidoczne rany duszy są czasem dużo poważniejsze niż te na ciele.
– I nie ma na nie lekarstwa? – spytała mamę Eliza.
– Jest: cierpliwość i miłość – odparła pani Justyna. – Okazujcie je tacie. Wiem, że ciągle wam to powtarzam, ale przypominania nigdy za wiele. Niech tata widzi, że kochamy go tak samo jak zawsze, a może nawet bardziej. To najlepsze lekarstwo na świecie.
Oskar podniósł wzrok i z wdzięcznością spojrzał na mamę. Uśmiechnęła się do niego i położyła dłoń na ręce Tomka.
– No, co tak siedzicie? – odezwała się dziarskim tonem. – Jedzcie, bo stygnie. Już, już!
PAN Początko niemal się zdrzemnął na cienistych schodach. Było tutaj tak cicho i spokojnie! Od czasu do czasu w wysokich koronach drzew szemrał lekki wiaterek, którego w dole nie dało się odczuć. Ptaki milczały, brzęczały jakieś muszki i coraz silniej pachniały kwiaty.
Listonosz czuł się tak, jak gdyby znalazł się w zaklętym ogrodzie, który na każdego gościa zsyła sen i zapomnienie. Spotkanie z dziewczynką także wydawało mu się z każdą chwilą coraz bardziej nierzeczywiste. Ale przecież na schodku obok niego leżał ten kolorowy wiecheć, żywy dowód, że wszystko zdarzyło się naprawdę. Pan Teofil spojrzał na zegarek i w tej samej chwili usłyszał kroki na ścieżce. To pani Szafranek wracała do domu.
Mimo wyraźnego zmęczenia trzymała się prosto. Słomkowy kapelusik na jej głowie przechylił się wdzięcznie na bakier, w koszyku niosła zakupy. Listonosz bezwiednie uśmiechnął się na jej widok. Wciąż spowijała go mgiełka senności i południowego rozleniwienia. Dźwignął się powoli i kierowany niezrozumiałym odruchem, ukrył kwiaty za plecami.
– Dzień dobry, Wioletto – powiedział i uchylił czapki.
– Witaj, Teofilu. – Starsza pani przywitała go ze zwykłą rezerwą. – Masz dla mnie list?
Pan Początko struchlał. To niewinne pytanie otrzeźwiło go w jednej sekundzie i wywołało znów ten zadawniony, kłujący wyrzut sumienia. Stłumił go całą siłą woli.
– Polecony – odparł krótko.
– Specjalnie na mnie czekałeś?
– Tylko chwilę.
Pani Wioletta podpisała pokwitowanie i spojrzała na kopertę.
– Ach, nic ważnego – mruknęła. – Z urzędu. Można się było spodziewać. Nikt inny już nie pisuje do mnie listów.
Pan Teofil zerknął na nią niespokojnie.
– Pomóc ci z tym koszykiem? – zaproponował niezgrabnie.
Roześmiała się.
– A skąd! Niosłam go całą drogę z Niewietrzyc, to zdołam przenieść jeszcze przez próg. – Spojrzała na niego bystro. – Co też tam chowasz za plecami?
Listonosz się stropił.
– Ach. To kwiaty. Dla ciebie. Proszę.
Pani Wioletta osłupiała, ale zaraz wbiła w niego błękitne oczy jak dwa lodowe sztyleciki.
– Kwiaty dla mnie! To ci dopiero! – powiedziała takim tonem, że pan Teofil poczuł się jak zbesztany uczniak.
Czy ja oszalałem? – zastanowił się w popłochu. Jak to wygląda? Co ona sobie pomyśli?
– Nie ode mnie! Nie ode mnie! – zastrzegł więc pospiesznie i natychmiast poczuł się jeszcze bardziej niezręcznie. – Kiedy przyszedłem, czekała tu na ciebie ta mała – wyjaśnił.
– Co za mała? Eliza?
