Drobiazg. Miłość w czasach genetyki - Markéta Baňková - ebook

12 osób właśnie czyta

Opis

Tomáš – główny bohater, który był w dzieciństwie adoptowany – szuka swoich biologicznych rodziców. W ten sposób wpada w uzależnienie od wiedzy o genetyce. Zaczyna traktować każdego człowieka jak maszynę – nosiciela DNA. Zamiast ludzi, dostrzega jedynie zestawy genów. Nawet ciało ukochanej staje się dla niego przede wszystkim „workiem na geny”.

Powieść zdobyła tytuł Czeskiej Książki Roku 2015.

Markéta Baňkova, rocznik 1969, jest artystką z dziedziny net-artu i popularyzatorką wiedzy naukowej w formie powieści. Powieściowy romans Baňkovej jest z jednej strony książką popularno-naukową, z drugiej – pisarka przyprawia go czarnym humorem, tak charakterystycznym dla literatury czeskiej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 243

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydanie pierwsze, Warszawa 2019

TYTUŁ ORYGINAŁU

Maličkost. Romance z času genetiky

Copyright © Markéta Baňková

Copyright © for the Polish translation Dorota Dobrew, 2019

Copyright © for this edition by Fundacja Instytut Reportażu, 2019

REDAKCJA

Ewa Żuk

KONSULTACJA MERYTORYCZNA

Agnieszka Szczepankowska

KOREKTA I POPRAWNOŚĆ JĘZYKOWA

Daria Durczewska, Justyna Tomas

PROJEKT GRAFICZNY I TYPOGRAFICZNY SERII I OKŁADKI

Dominika Jagiełło/OneOnes Creative Studio

www.behance.net/OneOnes

SKŁAD I ŁAMANIE

Anna Szarko

ILUSTRACJA NA OKŁADCE

Kateřina Sidonová

www.katerinasidonova.blogspot.cz

ISBN 978-83-65970-36-7

Tłumaczenie dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury Republiki Czeskiej

REDAKTOR NACZELNA WYDAWNICTWA

Julianna Jonek

REDAKTOR SERII STEHLÍK

Mariusz Szczygieł

Wydanie elektroniczne 2019
Wydawnictwo Dowody na Istnienie
Imprint Fundacji Instytut Reportażu
Gałczyńskiego 7, 00-362 Warszawa
www.dowody.com
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dziękuję Janowi Černemu, Petrowi Svobodzie,

prof. Františkowi Vyskočilowi, Jiříemu Peňásowi,

prof. Cyrilowi Höschlowi, Milanowi Ohnisce,

Jakubowi

Teraz

Kiedy miałem jakieś dziesięć lat, rodzice zaczęli zostawiać mnie wieczorem samego w domu. Dostawałem buziaka na dobranoc, a oni wychodzili gdzieś w gości. Leżałem w łóżku i patrzyłem w ciemność. Regał zastawiony pudełkami, walizka na szafie i szlafrok na wieszaku, w półmroku wszystko wydawało się większe. Przyczajone w oczekiwaniu. Ale nie bałem się. Nasłuchiwałem trzaśnięcia furtki i czekałem, aż ścichną ich głosy dobiegające z ulicy. W sąsiednich ogródkach stopniowo milkło szczekanie psów towarzyszące krokom rodziców. Siadałem na łóżku, wsłuchiwałem się w tykanie budzika i szum krwi w mojej głowie, czułem, jak sekundy mkną ku chwili, kiedy rodzice wrócą do domu. Cieszyłem się, ale mimo to chciałem ten moment zatrzymać. Nie dlatego, że był ważniejszy niż inne. Dlatego, że był tylko mój. Starałem się jak najdokładniej odcisnąć go w pamięci. Dzisiaj, trochę nieostry, wciąż tam jest: dziecięce łóżeczko w ciemnym pokoju z oknem, za którym czasem przejeżdża auto, rzucając na szafę skośne smugi światła. Smugi pojawiają się, rosną, na moment zamierają, by po chwili nagle przyspieszyć i wjechać skosem na ścianę. Pokój znowu pogrąża się w ciemności. Z zewnątrz dobiega samotne szczeknięcie, dołącza do niego następne gdzieś na południe od nas, potem inne ze wschodu, z północy, psy jeden po drugim głośno wyznaczają granice terytorium wsi. A ja sobie powtarzam, że muszę tę chwilę zapamiętać na całe życie.

Czas. Myślę o nim, ale nie tak jak inni, którzy tylko narzekają na jego brak. Czas mnie fascynuje. Spróbowałem wyczuć mrok pod palcami, jakby w ten sposób można było pochwycić teraźniejszość znikającą w przeszłości. Nie ustałem w tych próbach do dziś, wciąż próbuję zapamiętać chwilę albo sięgam po aparat fotograficzny. Ale chociaż bardzo się staram, w następnej sekundzie TERAZ już nie ma.

Ale TERAZ, dzisiejszego sobotniego ranka, najchętniej bym sobie odpuścił. Podłoga się kołysze, a w łazience, w zaciągniętym bielmem lustrze zdezelowanej szafki, widzę znaną, nieco zmaltretowaną twarz. Powlokłem się z powrotem do pokoju. Na drugim łóżku spod kołdry wystają stopy; palce sterczące z dziur w skarpetkach zawsze były ulubionym przedmiotem moich dowcipów, ale teraz czuję ich odór i cholernie mnie to wkurza. Trzy gołe palce Capa, studenta mat.-fizu, sterczące niczym pomnik naszego zafajdanego wspólnego życia. Trzy lata w jednym pokoju w akademiku. Dobrze, że przynajmniej często gdzieś wybywa. Westchnąłem z rezygnacją. Z kazań o higienie już dawno zrezygnowałem. Cap często wylegiwał się w wyrku. Odwiedzające nas kobiety – bo nie przestaliśmy liczyć na ich odwiedziny – mogłyby sobie pomyśleć, że już nie żyje i zaczyna gnić. Nie, teraz lepiej nie zastanawiać się nad tym, jak by od niego jechało, gdyby naprawdę...

Położyłem się. Pod zamkniętymi powiekami ruszyła lawina obrazów:

Biała, dziewczęca szyja w migotliwym świetle latarni.

Wytapetowana Żaba opowiada ze szczegółami historię trójkąta miłosnego.

Niezdarne ruchy pijanego Martina.

Skrzyżowane nogi dziewczyny siedzącej na krześle.

Głuche dudnienie muzyki z baru.

– Jak tam impra? – Cap usiadł na łóżku i założył okulary. – No, pochwal się!

– Nie teraz...

– Teraz. Za chwilę wyjeżdżam do Hradca.

– Możesz otworzyć okno? Bo zaraz mi się cofnie. Chyba sam ci wypiorę te skarpety.

– Bardzo proszę. Mogę dorzucić slipy?

Homo sapiens sapiens, sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, dwadzieścia trzy lata. Spojrzenie za szkłami okularów zwrócone gdzieś w głąb siebie. Nieco przetłuszczone włosy, w których ciągle gmera, chociaż pasożytów chyba jeszcze się nie dorobił. Jest szansa, żeby kiedyś się rozmnożył? Przez płeć piękną raczej ignorowany mimo tych wszystkich historyjek, które wciska mi wieczorami. Ma bujną wyobraźnię, często słucham z otwartymi ustami. Ja już byłem w kilku związkach, ale akurat teraz od dłuższego czasu jestem singlem. A Capa i tak bardziej interesują całki.

– Ciągle się czepiasz moich skarpetek, a wiesz, czym jedzie od ciebie?

– No czym?

– Kurwami!

Żaba, jej oczy w windzie. Łóżko zafalowało. Złapałem się za głowę, niby że usiłuję sobie coś przypomnieć. Cap o mało nie skręcił sobie szyi z ciekawości.

– Te, Cap, mogę ci zadać pytanie osobiste?

– Jasne. Szesnaście centymetrów.

– Hm... gratuluję. Ale weź mi wytłumacz, dlaczego dla ciebie każda dziewczyna to od razu kurwa.

– To ty mi wytłumacz. Przecież tam u was na biologii macie tyle lasek!

– A kto ci powiedział, że to były kurwy? Normalne dziewczyny.

Zmarszczył nos i pokręcił głową.

– Normalne dziewczyny nie zarobią uczciwą pracą na takie perfumy.

Zamknąłem oczy i spróbowałem opanować mdłości za pomocą wizji długich włosów, ciepłego oddechu, talii, której dotykały moje palce. Były to bardzo przyjemne obrazy, ale nie zdołały przemóc poczucia rozczarowania. Dlaczego tak się to skończyło?

Poprawiłem poduszkę pod głową. Leżało mi się całkiem wygodnie. Myślami wróciłem do początku tej historii, żeby doszukać się błędu, czegoś, co mogłem przeoczyć...

Julie

Przeskoczyłem do momentu, kiedy nić tej historii dopiero zaczyna się snuć, do leniwego, czwartkowego popołudnia na początku listopada. Siedziałem w kawiarni w klubie studenckim Ryba przy ulicy Benátskiej w Pradze, parę kroków od Wydziału Nauk Przyrodniczych, gdzie już piąty rok studiuję genetykę. Miałem nastrój właściwy popołudniowej sjeście po obfitym obiedzie, a mój organizm skoncentrował się na błogości wynikającej z procesów trawiennych. Przeżute jedzenie spoczywało w żołądku, gotowe wyruszyć w drogę przez jelito cienkie, gotowe, by przeprowadzić magiczną przemianę polisacharydów w glukozę, która wraz z krwią przedostanie się do moich tkanek wyposażonych w sieć minielektrowni zwanych mitochondriami. Tam odbędzie się kunsztowne połączenie produktów rozpadu glukozy z tlenem, w wyniku czego powstanie energia napędzająca moje młode, zdrowe i w sumie dość atrakcyjne dwudziestotrzyletnie ciało.

Przy stole siedział ze mną Koreš, charyzmatyczny praski geniusz, patolog, profesor neurologii, malarz amator, fotograf, cudotwórca, hipnotyzer... A przede wszystkim – wuj. Jestem dzieckiem adoptowanym. Koreša i jego matkę odnalazłem jakiś czas temu, to moja jedyna biologiczna rodzina. Próbowaliśmy ostrożnie stworzyć między nami jakąś więź. Wujek miewał czasem wykłady na Wydziale Lekarskim na sąsiedniej ulicy, niedaleko budynku, gdzie studiowałem. Byłem szczęśliwy, że mam takiego krewnego. Niemal bałem się oddychać w jego obecności, jakby mógł się rozpłynąć w powietrzu niczym zjawa. Mówiłem do niego na pan, on do mnie na ty, co dobrze oddawało kruchość naszej niedawno zaistniałej relacji. Teraz siedział przy stole i czytał gazetę, a ja starałem się podtrzymać rozmowę, a przy tym zbytnio mu się nie narzucać.

– Jeszcze jedno, panie profesorze?

– Czemu nie.

Pomachałem na kelnerkę. Profesor zaszeleścił przekładaną stroną. Strużki tworzone przez ściekające po szybie krople rozszczepiały mozaikowo obraz spokojnej ulicy brukowanej kocimi łbami. Strużki łączyły się i przecinały w różnych miejscach, a zaparowane skraje okna przydawały całej scenerii romantycznej aury starych, praskich pocztówek.

Podeszła do nas tleniona blondynka i energicznie, z łupnięciem postawiła przed nami dwa piwa.

Żywe obiekty, jak ta kelnerka, wyglądają tak, jak wyglądają, tylko dzięki naszemu niedoskonałemu wzrokowi. W świetle przedzierającym się zza jej pleców widziana przez zaparowane okno dziewczyna wydaje się całością, chociaż w rzeczywistości składa się z miliardów małych cząsteczek: z drgających atomów tworzonych w większości przez pustą przestrzeń i w niewielkiej części przez nieokreślone minimum materii. Krągłe kobiece ciało jest w istocie pełne pustych miejsc, jak sito, i potężniejsza siła grawitacyjna byłaby w stanie ścisnąć je w kulkę wielkości ziarnka groszku albo nawet jeszcze bardziej, gdyby tak ni stąd, ni zowąd owo ciało znalazło się, powiedzmy, na gwieździe neutronowej. Tam siła przyciągania zmiażdżyłaby je i zamieniła w pył. Atomy kołyszących się pośladków, scalone w struktury molekularne, poruszają się zgodnie z choreografią, jakiej jeszcze nie widzieliśmy w innym miejscu Drogi Mlecznej; trudno je uznać za istoty żywe, chociaż ich zachowanie aż się o to prosi – poruszają się, współpracują ze sobą, kopiują się i sprzątają po sobie, żywią swoje otoczenie, walczą z patogenami. Białka, lipidy, organelle, błony z kanałami jonowymi, to wszystko tworzy cichą, drgającą elektryczną krainę, która jest już uważana za żywą. Komórka. Prastary i wciąż odradzający się podstawowy składnik życia. Obok niej jeszcze jedna. I następna. Setki, tysiące, miliony komórek przyjemnej kobiecej krągłości. Skóra, tkanka mięśniowa, zapełnione komórki tłuszczowe, magazyn ATP, środków płatniczych energii komórkowej. Ta dziewczyna spokojnie dałaby sobie radę przez jakiś czas, gdyby przycisnęła ją bieda.

– Coś jeszcze dla panów?

Pokręciłem głową. Kokieteryjnie odrzuciła włosy. Zauważyła moje spojrzenie.

Komórki: okrągłe, z wybrzuszeniami, wydłużone albo rozgałęzione, z jądrem i zapisaną w nim informacją. Wszędzie ta sama informacja – tylko różne rodzaje komórek korzystają z innych jej części. DNA, ciekawe nie z powodu swojego kształtu przypominającego wrzecionowate spaghetti, o, takie właśnie niosą komuś na talerzu, tylko dlatego, że jest informacją. Komunikatem, który przesiąka przez gęstą zasłonę przeszłości, głosem z prehistorii, matrycą, którą bezgłośnie i po omacku odnajdują enzymy, jakby czytały pismo Braille’a. Rozplatają podwójną helisę i z jednej jej nici odczytują kilka znaków tworzonych przez połączone nukleotydy. Według tego wzoru w mig tworzą odlew, niemal identyczny pod względem chemicznym łańcuch zwany RNA, po czym zgodnie z zawartą w nim instrukcją syntetyzują kawałek białka. Informację ukrytą w materii zmieniają w inną materię. Informacja jest w stanie pobudzić je do czynu.

– Czesi przegrali? To ja się idę przejść.

Tak samo jak profesora teraz pobudziła rubryka sportowa w gazecie.

Uniósł się i pogrzebał w kieszeniach marynarki.

– I tak muszę wpaść do domu po aparat, chcę coś sfotografować na wydziale.

– Ja mam aparat! – Wyjąłem z plecaka błyszczący, aluminiowy pretekst do następnego spotkania. – Proszę go wziąć i zatrzymać, jak długo pan chce! I niech pan zamówi jeszcze jedno.

Podniosłem szklankę z piwem.

– Dzięki.

Usiadł z powrotem.

– Tym się włącza, a tu jest spust migawki. – Pokazałem. – Mogę zrobić panu zdjęcie?

Pstryknąłem, po czym pokazałem mu podgląd fotografii.

– No tak. Lepiej znajdź sobie jakiś młodszy obiekt.

Podałem mu aparat. Wziął go do ręki. Gazetę odsunął z niesmakiem, spadła ze stołu. Podniosłem ją.

– Niedawno pisali, że gdzieś... chyba w Kalifornii... naukowcom udało się stworzyć w komputerze symulację mózgu karalucha – rzuciłem. Złożyłem gazetę, położyłem na stole, odchyliłem się do tyłu na niewygodnym, drewnianym krześle. Czekałem.

– Ciekawe.

Siedział przygarbiony, z przymkniętymi oczami, w znoszonej, szaroburej marynarce, falujące włosy opadały mu na oczy.

– I na co im to?

– Jak to, na co?

– Czyżby w Kalifornii mieli za mało karaluchów? Po co im jeszcze jeden?

– Panie profesorze! Mają w komputerze doskonale funkcjonujący mózg karalucha! Tylko patrzeć, jak stworzą symulację, powiedzmy, pańskiego mózgu, to oczywiste! Skopiują wszystkie pańskie neurony, pańskie wspomnienia, charakter, sny... A kiedy pan umrze, zostanie tu pańska kopia: symulowany przez komputer profesor Koreš, do którego studenci będą przychodzić na konsultacje! Chociaż dla Amerykanów to będzie trochę twardszy orzech do zgryzienia niż karaluch.

– Dziękuję za komplement.

– Panie profesorze! Rozumie pan, że żyjemy w przełomowych czasach? Mózg to sieć! A sieć można powielić! Ulepszyć! W mózgu będzie można zaimplantować komputer, a pan będzie mógł wpakować sobie w pamięć choćby całą Wikipedię. Z jakimś czipem w głowie zobaczy pan promienie rentgenowskie! Albo będzie pan widział w ciemności! I stanie się to jeszcze za naszego życia, idę o zakład!

Profesor się zamyślił, upił piwa, na którym już osiadła piana, spojrzał na mnie sceptycznie, pokręcił głową i przejechał palcami po potarganych włosach.

– Nie zgadza się pan z tym?

– Zastanawiam się tylko, jak będziemy robić sekcję zwłok ludzi z takimi ulepszeniami.

– Uf! Jeszcze nie robiłem sekcji.

– Gdzie się będzie wyrzucać te wszystkie udoskonalenia? – ciągnął. – Raczej nie do odpadów biologicznych. A co z ciałami? Spalić? Czy sprasować na wysypisku? Z trumien by je zaraz wykradli złomiarze.

– Mam nadzieję, że jak będziemy mieli ćwiczenia z sekcji, trafię na pana. Z kulturami tkankowymi nie mam problemów, ale przeciąć ciało, które wygląda jak człowiek... Nie jestem w stanie nawet pobrać próbki. Dźgnąć czy haratnąć ludzką skórę, nawet jeśli wiadomo, że ten człowiek nie żyje... brr...

– Ja zajmuję się głównie mózgami.

– Nie chciałbym, żeby kiedyś ktoś kroił mój mózg, blee...

– A na co ci mózg w grobie? Ja swój już zapisałem wydziałowi. I mam nadzieję, że nie dostaną go tak szybko.

– A bardzo tam śmierdzi?

– To zależy, kogo masz na stole.

– Jak to?

– Możliwe, że dla większości ludzi każdy śmierdzi tak samo, ale ja już mam wyrobiony węch. Czasem potrafię poznać, na co kto umarł.

– Mało apetyczne.

– Tak samo jest z żywymi. Po zapachu można się zorientować, że ktoś jest zestresowany. Wyczuć kobietę. Albo że ktoś ma w domu psa. O, psy! Psy potrafią rozpoznać chorego człowieka. Robi się takie testy, psy dostają do powąchania ludzki mocz i potrafią poznać, że ktoś jest chory, zanim wykażą to badania. Nie pamiętam, gdzie się tym zajmują.

Znowu upił piwa.

– Pewnie gdzieś w Kalifornii.

Roześmialiśmy się obaj.

– Słyszałem o tych symulacjach. Coś tam robią w Ameryce, ale tutaj, w Europie, też. Human Brain Project, tak się to nazywa. Zresztą u nas na wydziale też przeprowadzamy różne doświadczenia.

– Cieszę się, że zaczynają się zajęcia. Że jestem w Pradze. Że jest jesień – powiedziałem, patrząc w okno. Głos mi się załamał. Za szybą widziałem spokojną ulicę obramowaną drzewami, a poszarpane chmury na ciemniejącym niebie mieniły się kolorami zachodzącego słońca.

Cieszę się, że jest pan tutaj, że należymy do rodziny, tak chciałem powiedzieć, ale obawiałem się, że zabrzmi to sentymentalnie. Z ekspresu za barem uniósł się obłoczek pary i przydał miękkości nostalgicznej atmosferze chwili. Nie, nie chcę go do siebie zniechęcić, lepiej nie przesadzać z niewczesną serdecznością. Nie chcę też być niewdzięczny w stosunku do rodziców adopcyjnych. Trochę mi wstyd, że tak ich skreślam z mojej przeszłości. Ale dlaczego nie przyznać, że miała słabe strony? Ten mój tato, widzę go, jak siedzi wieczorem z piwem przed telewizorem i pokrzykuje. Kontroler w fabryce. Co mamy ze sobą wspólnego? Matka to dobra kobiecina, ale szczerze mówiąc, inteligencji nie chciałbym po niej odziedziczyć. Tak się złożyło, że członek mojej biologicznej rodziny, mój prawdziwy krewny, wykłada na sąsiednim wydziale. To nie może być przypadek! Przypomniało mi się, jak mama mnie przytulała i gładziła dłonią wilgotną od gotowania, poczułem stęchły zapach ubrań i kuchennych wyziewów i zrobiło mi się wstyd. Mama. Zasługiwała na to, żebym tak ją nazywał, niezależnie od tego, jak poukładały się geny w najodleglejszych partiach mojego ciała. Przypomniałem sobie mocny uścisk taty w oparach piwa, jego przaśne, ale dobroduszne żarty, chłopski rozum, niepozbawiony bynajmniej logiki... Wytrącony z równowagi ambiwalencją tej wizji, wpatrywałem się w aparat fotograficzny leżący na porysowanym stole. Srebrna cyfrówka z wysłużonymi przyciskami. Sieć krystaliczna z powierzchnią skolonizowaną przez bakterie. Chciałbym dać profesorowi odczuć, jak jestem szczęśliwy, że tu z nim siedzę, że w końcu go odnalazłem, ale nagle nie byłem w stanie. Serce zaczęło mi kołatać, poczułem, że moją klatkę piersiową zalewa fala gorąca.

– Ma pan... bardzo ładną marynarkę – wykrztusiłem.

– Naprawdę? – zdziwił się profesor. – Strasznie znoszona. Ciągle sobie mówię, że powinienem kupić nową, ale już od dobrych dwudziestu lat niczego podobnego nie widziałem.

Trzasnęły drzwi i do zatłoczonej kawiarni wdarło się powietrze odświeżone przez deszcz.

– A te czipy będą musieli zrobić z biologicznego materiału. Coś jak rusztowanie z kolagenu, a na nim osadzone nerwy z jakimś sensorem. Bo jak inaczej chciałbyś to połączyć z mózgiem?

Wziął ze stołu aparat i wycelował we mnie.

– Z tym karaluchem to też wątpliwa sprawa. Wy, biolodzy, patrzycie na świat przez pryzmat odpowiednio skomponowanych składników. Ja na początku podchodziłem do medycyny w ten sam sposób. Ale teraz już wiem, że nie wszystko można tak wyjaśnić. Komputer ma system operacyjny, programy, procesor i tak dalej... Ale mózg? Neurony same z siebie budują między sobą połączenia, same z siebie wzmacniają używane drogi, same wytwarzają nowe części, zastępują zanikłe... – Przerwał i przymknął oczy. – Możesz żyć dalej, nawet jak ci ciachną połowę mózgu. A komputer? Wystarczy, że w czipie wysiądzie tranzystor albo rozlejesz piwo na klawiaturę i natychmiast to szczytowe osiągnięcie cywilizacji przestaje działać.

Aparat pstryknął kilka razy. Widziałem, że jestem poza kadrem, i obejrzałem się.

W drzwiach stały dwie dziewczyny. Brunetka w czapce i na wpół zdjętym płaszczu rozglądała się po kawiarni, niższa dziewczyna o włosach koloru brudnej słomy ściągnęła czapkę i właśnie próbowała zawiesić ją na obładowanym ubraniami wieszaku. Kiedy w końcu umieściła ją tam niczym gwiazdę na czubku choinki, przygładziła sweter i obie zaczęły przedzierać się przez przepełnioną salę. Rozmowy na moment ucichły. Ciemnowłosa dziewczyna była takim gatunkiem biologicznym, z powodu którego rozmowy czasem milkną.

– Mniejsza o karalucha – ciągnął profesor z aparatem w dłoni – ale kiedy naprawdę uda im się stworzyć mózgi zdolne odczuwać emocje i planować przyszłość, zaczną się problemy. Jeśli miałyby być takie jak mózg człowieka, zyskają świadomość. I zażądają takich samych praw, jakie mamy my.

Dziewczyny z trudem przecisnęły się obok naszego stołu. Uchwyciłem spojrzenie jednej z nich. Poczułem ślad kwiatowego zapachu, a potem bezradnie patrzyłem, jak kilku facetów przesuwa się na ławie, żeby mogły usiąść przy ich stole. Profesor odłożył aparat, zapatrzył się w okno i splótł dłonie.

– Nie chciałbym dożyć czasów, kiedy jakiś laptop uzyska prawo wyborcze.

– Panie profesorze! Widział pan wczoraj w gospodzie nasze dziewczyny z pierwszego roku? Same kaszaloty i okularnice! Zaprośmy te dwie do naszego stołu.

– Sam je zaproś, młody człowieku!

– Panie profesorze, niech pan do nich zagada. Ostatnio nie jestem w formie. Od razu zaczynam się jąkać, jak tylko któraś mi się podoba. Do późna w nocy przesiaduję w laboratorium... Chyba wyszedłem z wprawy. Początek jest najgorszy, później już sobie poradzę. Panie profesorze...

– Która z nich ci się podoba?

– Ta ciemna!

– A dlaczego?

Spróbowałem spojrzeć na nią dyskretnie i nie zwichnąć sobie przy tym szyi.

– Nie tak bezczelnie! Zrobiłem jej zdjęcie. Specjalnie. Przy okazji przeprowadzimy eksperyment. Opisz mi, co ci się w niej tak podoba.

Podsunął mi aparat pod nos. Z wyświetlacza spoglądała na mnie powiększona twarz ślicznotki w czapce. Lekko zdziwiona mina, szare oczy, rozchylone usta.

– Podobają mi się... jej oczy, kości policzkowe, interesująca twarz i uśmiech, uśmiech...

– A ta blondynka? W czym jest gorsza w porównaniu z tą? Ale nie patrz na nie.

– Jest inna! Na tamtą w ogóle nie zwróciłbym uwagi. Ta ciemnowłosa od razu wpadła mi w oko.

Profesor uśmiechnął się lekko. Wyjął mi z dłoni aparat, coś nacisnął i znów mi go podał.

Zdębiałem. Na ekranie była cały czas ta druga dziewczyna w czapce.

– Widzisz? To jest ta właściwa. Cały czas opisywałeś blondynkę.

Przez chwilę patrzyłem na zdjęcie. Nie było wątpliwości!

– Profesorze! Chce pan powiedzieć, że jest ze mnie kompletny tłumok?

Wzruszył ramionami.

– Ja nic nie chcę powiedzieć. Sam widzisz, że zachwycałeś się blondynką, chociaż podobała ci się ta brunetka.

– Koniec. Jestem kompletny...

– Ejże, spokojnie! To jest eksperyment, w którym taki błąd popełnia siedemdziesiąt procent badanych. Jeżeli ci zasugeruję, że to ty wybrałeś tę dziewczynę, twój mózg zacznie szukać uzasadnienia tego twierdzenia. To łatwiejsze, niż przyznać się do pomyłki. Na tym opiera się reklama. Sugestia. Niby pozwalają ci wybrać, a tak naprawdę wciskają ci to, co chcą sprzedać. Sam widzisz. Włosy były pod czapką, a twarz? Zupełnie inna.

Z aparatem w ręce odwróciłem się w stronę dziewcząt. Już siedziały na ławie pomiędzy facetami i coś zamawiały.

– Widzę, panie profesorze. W mgnieniu oka przekonałem się, że jestem ślepy, głupi i do tego się zbłaźniłem. Może jednak podszedłby pan do nich...

– To poczekaj.

Bez pośpiechu wstał od stołu, przeczesał włosy palcami i ruszył przez pełną zgiełku kawiarnię.

Sytuacja nie wyglądała obiecująco. Chłopcy już wdali się w rozmowę z dziewczynami, raczej nie będą skłonni tak po prostu zrezygnować ze swojej zdobyczy. Fragmenty zdań rozmywały się w przestrzeni, zlewały się z pogmatwanym, melodyjnym szumem, który moja myśl przerabiała na linearny, słowny prąd. Starałem się wyłowić ślad głosu profesora, ten dźwięk wynurzał się i zanikał tak samo, jak geny kodujące białka chowają się w lesie „śmieciowego” DNA. Profesor płynął przez kawiarnię, szurając nogami. Miał pięćdziesiąt lat, nosił się z niedbałą elegancją i cieszył sławą faceta odnoszącego sukcesy u płci przeciwnej. Patrzyłem na niego z podziwem i lekką zazdrością, nie oparłem się pokusie, żeby się z nim porównać. Jego matka, moja biologiczna babcia, była aktorką w małym, praskim teatrze. Jako dzieciak dwa razy widziałem ją w jakiejś podrzędnej roli w serialu telewizyjnym. Wtedy była piękna, aż dziwne, że w swoim zawodzie nie osiągnęła większego sukcesu. Potem zobaczyłem ją jeszcze raz, w jakimś teleturnieju, wtedy już naznaczyła ją starość i początki choroby. Niegdysiejsza piękność musiała być świadoma, że jej uroda zaciera się razem z nieostrymi konturami przeszłości, ale jeszcze nie umiała dostosować zachowania do tej świadomości – wciąż się kokieteryjnie uśmiechała i mrugała, chociaż jej twarz kryła zapowiedź bliskiej przyszłości. Chorowała na rzadką postać choroby prionowej, w której pewne białko zmienia swoją konformację. Znajomi mówili o tej chorobie szeptem, pewnie żeby się nie zarazić od samego wypowiedzenia na głos jej nazwy. Dana Novinická. Co czułem, kiedy widziałem ją w telewizji? Nic! Geny, jak mogłyście tak milczeć! Moją matkę, swoje pierwsze dziecko, dla którego podobno brakowało jej czasu, urodziła szesnaście lat przed wujkiem, któremu za to nie szczędziła matczynej opieki. Zaniedbywana córka wyrosła, uciekła z domu z „jakimś facetem”, a potem wessał ją przeciąg wiejący z otwartych granic między Europą Zachodnią i Wschodnią. Zerwała kontakt z rodziną. I tam w jakiejś zawierusze historii ginie jej ślad, a zaczyna się mój.

Profesor wracał do naszego stołu, prowadząc obie dziewczyny, a ja poczułem, że na twarzy mam przygłupiasty uśmiech, co zdarza mi się w podobnych chwilach.

– Bardzo pana przepraszam. Już nie boli? – powiedziała ciemnowłosa dziewczyna.

– Jest okej – wykrztusiłem, starając się zapanować nad twarzą. Szybko zastąpiłem ten kretyński uśmiech nieprzeniknionym wyrazem twarzy twardziela. Lekko rozchyliłem usta.

– O Boże... aż tak pana boli? – Moja mina zrobiła na dziewczynach wrażenie.

– Pani jest pielęgniarką. – Profesor pokazał na brunetkę i pochylił się w jej stronę. – Nie zauważyła, że nastąpiła ci na chorą nogę, ale na pewno umiałaby się nią doskonale zająć.

Wszyscy zaśmiali się z ulgą, a ja ukryłem twarz w dłoniach. Ciemnowłosa dziewczyna skinęła głową, nabrała powietrza i lekko przymknęła oczy. Dokładnie pamiętam ten moment. Między palcami mignęły mi chmurne spojrzenia facetów ściśniętych na ławie wokół wyzywająco pustego miejsca.

Rozmowa rozwijała się dalej w tym duchu, profesor żartował z dziewczętami, a ja przyglądałem się brunetce. Nasze spojrzenia spotkały się na chwilę, po czym natychmiast zmieszany przeniosłem wzrok na okno.

Kropla wody zamierzała spłynąć po zaparowanej szybie, przebyła zygzakiem kawałek swojej drogi, potem zatrzymała się z wahaniem, żeby dalej znów znaczyć przezroczysty ślad podobny do mysiego ogonka w drodze ku dolnej framudze. Oszacowałem, że w tym tempie dotrze tam mniej więcej za godzinę. W tym czasie na pewno spotka się z ogonkiem, który spływa z prawej strony. Jedna mysz sparzy się z drugą. W jednym miocie może się urodzić nawet dziesiątka młodych. Duża rodzina. Krew przekazywana dalej w świat.

– My... Tam mamy miejsca dla pań.

Przy naszym stole pojawiła się głowa jednego z tamtych facetów.

– Dziękuję, to miło z pańskiej strony – powiedział profesor i wręczył mu brudny talerz. – Panie przeniosą do was swoje rzeczy – powiedział bez mrugnięcia okiem – a my już pójdziemy.

Tamten wziął talerz i zawahał się przez chwilę.

– No dobra. Ale już idźcie – huknął i odszedł z talerzem w stronę swojej ławy.

Silnik rozmowy znowu zaskoczył. Dowiedziałem się, że ta ładniejsza ma na imię Julie i że w szpitalu „się nie spełnia”, chce zmienić pracę, ale wolałaby coś studiować. Najlepiej sztukę. Profesor nadmienił, że w wolnych chwilach maluje i fotografuje, co wzbudziło jej podziw, ale zaraz potem zaczął mówić o mnie. Chwalił mnie tak, że aż się zawstydziłem. Biologia? Też ją ciekawi. Zawsze interesowała się nauką. Blondynka prawie się nie odzywała. Pracuje w agencji castingowej. Czasem ni z gruszki, ni z pietruszki parskała śmiechem.

Tymczasem casanova z ławy zorientował się, że został wyprowadzony w pole. Drugą próbę podjął z odpowiednim wsparciem dwóch kumpli. Jednak zanim trzy golemy zdołały do nas dotrzeć, profesor zaczął się żegnać z dziewczynami. W kieszeni marynarki miał już ich numery telefonów.

– Idziemy – ponaglił mnie. – Zaraz zaczyna się wykład.

Samolubny gen

Na zewnątrz zapadał zmrok.

– Panie profesorze – zacząłem. – Dzisiaj dały o sobie znać moje samolubne geny.

– Co masz na myśli?

– Zna pan przecież teorię samolubnego genu?

– Pewnie. Jak to było? Że geny starają się nawzajem pokonać?

– Nie chciałbym, żeby to wyglądało, jakbym pana pouczał – uczepiłem się okazji – ale to jedna z klasycznych teorii ewolucji. Mówi o tym, w jaki sposób z molekuł rozwinęły się organizmy bardziej złożone, a z nich my. Że nasze geny najpierw długo żyły w organizmach jednokomórkowych, a potem stwierdziły, że nie zaszkodzi zbudować sobie bardziej złożone ciała i wyposażyć je w mózgi. Zaczęły się łączyć w jednostki wielokomórkowe zwane wehikułami. Geny, którym ich wehikuły lepiej zapewniały replikację ze szkodą dla innych genów, miały większą szansę przedostać się za pośrednictwem młodych do kolejnych pokoleń. Najnowszym modelem wehikułu jesteśmy my. Mniej udane nie przeżyły. W ten sposób cały świat ożywiony zarządza swoimi nieśmiertelnymi genami, spiralnie spakowanymi w naszym DNA, a my jesteśmy ich tymczasowymi pojazdami, robotami zbudowanymi przez geny, żeby miały więcej szans na przeżycie i powielenie się. Przerażające i piękne zarazem, prawda?

– No i?

– I pan, i ja jesteśmy zorganizowaną mieszanką genów, białek, wody i innej materii organicznej i nieorganicznej, a ta materia ma na Ziemi jeden jedyny cel: znaleźć inną mieszankę genów, połączyć się z nią i jako nowa materia organiczna kontynuować tę jazdę bez końca.

– No tak, genocentryczny punkt widzenia. Moja stara materia organiczna już nie planuje żadnej kontynuacji.

– Właśnie chciałem o to zapytać... Pan już nie ma w planach... dzieci, panie profesorze?

– Nie nadaję się do roli rodzica. Szczerze mówiąc, nie widzę się też w małżeństwie. Tak mi dobrze. I co na to twoja teoria?

– Ta teoria nie dotyczy wszystkich... – Zawahałem się. – Pańskie geny popełniają błąd. I zapłacą za to taką cenę, że nie dostaną się do przyszłości. A geny, które jakoś się przemycą do kolejnych generacji kosztem tych, które nie starały się tak bardzo, to są właśnie tak zwane geny samolubne.

– Coś mi się wydaje, że załatwiłem geny ich własną bronią. – Profesor wzruszył ramionami. – Jestem jeszcze bardziej samolubny niż one. Chcę się zajmować pracą, a wieczory mieć tylko dla siebie. W kobietach cenię ich wolność. A dzieciaki to są całe wagony pieluch, klocków Lego, niekończących się pytań. Ja nie muszę wsiadać do tego pociągu tylko dlatego, że jadą nim inni. Nawet gdyby ten pociąg miał wyprawić moje geny choćby na Marsa. I tyle. One może by to doceniły, ale ja? Ja lubię życie. To życie. Jak umrę, guzik mnie będzie obchodzić, dokąd pojadą moje geny.

– Być może pokona pan własne geny – odpowiedziałem – ale ten mechanizm działa miliony lat, przez całą ewolucję. Czysta matematyka. Kto się nie rozmnożył, tego nie ma, ewentualnie: nie ma jego dzieci. Za to są tu dzieci tego, kto pragnął się rozmnażać. I te dzieci przekazują to pragnienie dalej.

Doszliśmy do wydziału. Zza ciężkich drzwi wejściowych wytoczyło się stadko studentek. Ze śmiechem obiegły profesora i rozproszyły się na chodniku. Kocie łby i kamienny mur otaczający park zwielokrotniały na długiej ulicy ich śmiech, w powietrzu na chwilę zawisł zapach młodej skóry, szamponu i świeżego prania, który wciągnąłem razem z powietrzem głęboko do płuc.

– Wielka szkoda, panie profesorze. Bo na moje oko pańskie geny bronią się przed tą decyzją, a pan nawet o tym nie wie. Jak inaczej wytłumaczyć, że wokół pana ciągle jest pełno dziewczyn?

– Serio? – Profesor się zaśmiał. – Daj już spokój z tymi genami. A może tę zasługę można przypisać tylko nam samym? Kiedyś jeszcze o tym porozmawiamy. Idź, bo się spóźnisz.

– A może mógłby mi pan dać numer tej dziewczyny? Jutro bym do niej przekręcił z laboratorium.

– Masz, proszę, przecież wziąłem go dla ciebie. I trzymaj swoje geny na wodzy, przynajmniej dociągnij jakoś do dyplomu!

Oparłem się o masywne drzwi wejściowe. Owiało mnie ciepłe powietrze z holu. Jeszcze obejrzałem się za sylwetką profesora, która przemieszczała się po pustej ulicy obramowanej szpalerem drzew rosnących wzdłuż długiego muru szpitala psychiatrycznego, drogą, którą przemierzał sam Einstein, kiedy wychodził z tego wydziału.

Krótsze białko

Dzisiaj mam farta!

Tak było napisane na kartce przypiętej pinezką do drzwiczek szafki w laboratorium na pierwszym piętrze w Instytucie Biologii, gdzie już od roku mam obiecującą pracę w niepełnym wymiarze godzin. Pochyliłem się w stronę monitora i spróbowałem wpisać hasło, którego ja tam na pewno nie przypiąłem (myślę, że zrobiła to Jana), ale mój wzrok był zmuszony je codziennie rejestrować i mierzyć się z jego treścią. Zagłębiłem się w dżungli pociętych fragmentów miRNA, starając się rozszyfrować ich logikę. Cząsteczki miRNA są mniejsze niż mRNA. W rozwoju ewolucyjnym powstały jako narzędzie przeciwko pasożytom, ale teraz funkcjonują w charakterze mechanizmu regulującego geny: mRNA wychodzi z jądra komórki i na jego matrycy syntetyzowane są białka, a miRNA blokuje jego funkcję. Skomplikowane? Komórki jajowe myszy, oocyty, mają sekwencję jednego białka krótszą niż my, ludzie. To białko nazywa się Dicer, a jego praca polega na tym, że tnie miRNA na kawałki. A że mysi Dicer jest krótszy, to tnie lepiej. Takie małe, zwinne nożyczki. Krótszy Dicer myszom bardzo pasuje. Jeżeli zastąpimy go dłuższym, na przykład takim, jaki mamy my, nasze myszki staną się bezpłodne, choćby nie wiem jak się starały.

Wyjąłem z kieszeni nagrzany telefon i położyłem go obok chłodnej wirówki Eppendorf.

Przez ostatnie dwa lata moje relacje z kobietami raczej nie przystawały do wizji pełnego szaleństw, studenckiego życia, z jaką rozpoczynałem studia. Koleżanki z roku były albo brzydkie, albo zajęte. Zauważyłem, że jeśli chodzi o te ładniejsze, istniało coś w rodzaju listy oczekujących, gotowych wskoczyć na wolne miejsce. Nie mogłem się zorientować, jaką mam lokatę na listach u dziewczyn, na których mogło mi zależeć, a były takie trzy czy cztery, jak nie więcej, więc pozostawało mi rozglądanie się za obiektami poza uczelnią. Byłem wysoki, ciemnowłosy i raczej niegłupi, mogłem więc spodziewać się w tej materii większych sukcesów niż te, jakie przypadły mi w udziale – niesprawiedliwość wynikała zapewne z mojej nieśmiałości, chłopaczkowatego wyglądu oraz wiejskiego pochodzenia. Muszę się trochę wyrobić, wtedy wzrosną moje szanse na rynku partnerów.

Wpisałem numer i z komórką w ręku zbierałem się chyba ze dwadzieścia minut, zanim wreszcie zdobyłem się na wykonanie półcentymetrowego ruchu kciukiem. Jakby tych kilka milimetrów, które wymagają ode mnie takiej odwagi, mogło zmienić bieg świata. Wszystko wiąże się ze wszystkim. Kto wie, może zmieniłoby to coś w rozwoju wszechświata?

– Tom, ile myszy będziesz potrzebować? Tak mniej więcej?

– Jeszcze nie wiem. Raczej sporo – wymamrotałem.

Wetknąłem komórkę do kieszeni. Jutro jadę do babci. Do mojej prawdziwej babci.

Babcia

Szpitalny hol, z którego wyrastały korytarze niczym macki zakończone cyplami klatek schodowych, przypominał korpus ogromnego żuka. Wessało nas ciężkie, drewniane wejście, po czym w trzewiach windy dotarliśmy na trzecie piętro, a potem szliśmy długim, białym korytarzem, podziurawionym po obu stronach otworami drzwi. Architektura jako obiekt ewolucji. Nie orientowałem się w historii architektury, ale wiedziałem, że tutaj również jedna forma wypiera inną, a motorem jest dążenie do lepszych warunków oświetleniowych, dogodniejszej komunikacji, efektywniejszego ogrzewania czy zużycia prądu. Forma zwycięska nie zawsze jest formą lepszą. W ewolucji górą jest ta jednostka, która potrafi najlepiej przystosować się do aktualnych czasów. Populację zalewa szarość. Tym jaśniej świecą na niej wysepki oryginalnych rozwiązań.

– Mów wolno. Nie zawsze kontaktuje.

Profesor wyglądał odświętnie: umyte włosy, wyprasowane spodnie od garnituru, brązowa marynarka, na ramieniu torba. W ręce reklamówka z rogalikami.

Pielęgniarki witały go szerokimi uśmiechami. Sprzątaczka przerwała jeżdżenie mopem po linoleum i zaczęła poprawiać sobie włosy.

Sala numer 36.

– Cześć, mamo.

W pokoju stało łóżko, dwa krzesła, telewizor i stolik zastawiony mnóstwem rzeczy. Za oknem niczym teatralna dekoracja widniała malownicza Praga. Na łóżku leżała staruszka o takich samych mitochondriach jak nasze. Matka mojej matki.

Profesor przysunął krzesło i skinął na mnie. Usiedliśmy obaj przy łóżku, kolanami dotykaliśmy wyprasowanej, szpitalnej pościeli. Kobieta miała ostre rysy, typowe dla osób chorych od dawna. Orli nos mierzył w sufit. Patrzyła na nas brązowymi oczami spod wpółprzymkniętych powiek.

– Jak się czujesz, mamo? Lepiej ci po tej kroplówce?

Spróbowała pokręcić głową i znowu zamknęła oczy.

– Chcesz pić? Może zjesz rogalik?

Zamknięte oczy były skierowane na sufit, ale wyglądało na to, że jest z nią kontakt.

– Mamo, masz gościa.

Poprawił jej poduszkę i odgarnął z czoła kasztanowe włosy o siwych odrostach.

– Pamiętasz, jak opowiadałem ci o Tomášu? O tym zaginionym dziecku? To jest syn Kateřiny. Twój wnuk.

Przez chwilę z wolna oddychała. Odwróciła głowę w naszą stronę i otworzyła oczy.

– Kateřina.

Odczekaliśmy chwilę.

Zamknęła oczy.

– Może nawet już nie wie, kto to jest Kateřina.

Skinąłem głową. Staruszka otworzyła oczy.

– Wiem, wiem.

Spojrzała na mnie, przez jakiś czas mi się przyglądała.

– Ładny chłopak. Krew z krwi. Cała Katka. Co mam jej powiedzieć?

Oboje na mnie spojrzeli, a ja się zaczerwieniłem.

– Że trochę ją pamiętam. I że... że jej szukałem. Was wszystkich.

Leżała z zamkniętymi powiekami, wyczerpana słowami, które wypowiedziała. Potem znowu otworzyła oczy.

– Szukałeś jej... A ona tak cię kochała.

Czekałem na tę chwilę.

Ale jest w tym pewien haczyk. Ta rozmowa się nie odbyła. Kiedy szliśmy białym korytarzem, tak ją sobie wyobrażałem. Przyszłość jest plastyczna, poddaje się wyobrażeniom, pokazuje różne oblicza. Kiedy przerodzi się w teraźniejszość, robi, co chce.

Weszliśmy do sali. Staruszka szepnęła:

– To ty, Jaruško?

Usiedliśmy przy łóżku.

– Nie chce z nikim rozmawiać. Tylko z Ja... Jarušką.

Jaruška była jej koleżanką ze szkoły.

Nic więcej nie powiedziała.

Siedzieliśmy tam z profesorem do zmroku i rozmawialiśmy. Rogaliki schował do szuflady w szafce przy łóżku.

– Przychodzi ktoś do niej?

– Czasem ktoś zajrzy, ale sam widzisz. Kiepski z nią kontakt. Może i lepiej. Nie była przyzwyczajona do samotności.

Profesor zapatrzył się w okno.

– Dla niej życie to byli ludzie, bukiety po premierze i tak dalej...

Zamilkł.

Być może pomyśleliśmy o tym samym. Że w tym pokoju nie usłyszy już oklasków.

Pochylił się nad łóżkiem.

– To cześć, mamo. – Pocałował ją w policzek. – Przyjdę znowu niedługo.

– Do widzenia... babciu – odważyłem się powiedzieć i zrobiło mi się gorąco.

Zamyśliłem się nad przeszłością. W jej brzuchu kiedyś rozwijał się embrion – moja matka – a w jego jajnikach już czekały komórki jajowe. Było ich kilka milionów. Do czasu narodzin zostało kilkaset tysięcy. Nie zmieniały się. Nie dzieliły. Czekały. Nabierały doświadczenia. Żyły razem z matką. Po dziewiętnastu latach jedna z nich doczekała się plemnika mojego ojca.

– Naresz... cie... Ja... ruš... ko.

Na chwilę otworzyła oczy, po jej twarzy przemknął uśmiech. Jedyny uśmiech kobiety, w której brzuchu narodziła się najstarsza komórka w historii mojego ciała, połowa mojego ja.

Naprawdę jej