Dopóki grób nas nie połączy - Agnieszka Zakrzewska - ebook
BESTSELLER

Dopóki grób nas nie połączy ebook

Zakrzewska Agnieszka

3,4

20 osób interesuje się tą książką

Opis

Kryminalna komedia pomyłek, w której nic nie jest tym, czym się z początku wydaje! Malownicze holenderskie miasteczko przyciąga wielbicieli spokoju i sielskich krajobrazów.   

Życie płynie tutaj leniwie, a mieszkańcy nie mają większych zmartwień. Ale czy na pewno tak jest? Gdy okolicą wstrząsa informacja o śmierci nestora znanego i poważanego rodu, wszystko wywraca się do góry nogami. Komu zależało na śmierci staruszka?

Trzy leciwe przyjaciółki - Eva, Martha i Agneta - postanawiają rozwiązać kryminalną zagadkę. Co tak naprawdę łączy historyczną kamienicę, zakład pogrzebowy i żądnych twardej waluty spadkobierców z piekła rodem?

Agnieszka Zakrzewska udowadnia, że odnalazła się w komedii kryminalnej jak mało kto!    

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 307

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,4 (81 ocen)
18
22
22
14
5
Sortuj według:
dania74

Z braku laku…

Najzabawniejsza okazała się okładka. Być może książka znajdzie wdzęczniejszych odbiorców - potencjał jest. Nie porwała mnie choć zasadniczo lubię takie dziarskie staruszki. Nie tak zabawna i lekka jak oczekiwałam a tzw. kontekst kulturowy, za który chętnie dodała bym kilka punktów (nieznany mi kraj, obce sfery) ledwo zaznaczony.
00

Popularność




RedakcjaAnna Mieczkowska
KorektaAgnieszka Czapczyk
Projekt graficzny okładkiŁukasz Silski
Skład i łamanieAgnieszka Kielak
Zdjęcie autorki na okładceMarlena Bielinska
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2021 © Copyright by Agnieszka Zakrzewska, Warszawa 2021
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66939-24-0
Wydawca Agencja Wydawniczo-Reklamowa Skarpa Warszawska Sp. z o.o. ul. Borowskiego 2 lok. 24 03-475 Warszawa tel. 22 416 15 [email protected]
Konwersja: eLitera s.c.

Madzi Steczkowskiej, gejzerowi dobrych emocji i optymizmu

Trzy leciwe przyjaciółki: Eva, Martha i Agnetana tropie tajemniczego przestępcy.

Historyczna kamienica, zakład pogrzebowyi żądni twardej waluty spadkobiercy z piekła rodem.

Śmierć ze śmiechu tuż przed samymzakończeniem gwarantowana!

.

Wszystkie postacie żywcem ściągnięte z ulicznychobserwacji wścibskiej autorki istnieją naprawdę.Choć niektóre z nich będą się złościć już z zaświatów!Spokojnie – autorka z pewnościąnie pomogła im tam się przenieść.

PROLOG

W popołudniową leniwą ciszę wąskiej, wybrukowanej kocimi łbami uliczki Walstraat w centrum Deventer wdarł się piskliwy męski głos.

– Na rany kota! Nieboscyk!!! Ludzie! Ludzie! Niebo-prawdziwy-scyk!! Prędko! Ratujcie!! – wrzeszczał ktoś niezłym, zaaferowanym falsetem.

Z miniaturowych okienek ceglanej krzywej kamieniczki, pamiętającej jeszcze czasy złotego wieku Niderlandów, jak na komendę wychyliły się dwie siwe damskie głowy. Na jednej z nich, niczym rodzynki w wyrośniętym cieście, tkwiły grube, plastikowe wałki do włosów w kolorze oczojebnego różu.

– Ki diabeł? – zapytała głowa bez wałków. – Czy ty też to słyszałaś, Evo?

– A jakże, Martho! – przytaknęły wałki z taką mocą, że jeden z nich zdecydował się nagle opuścić wątłe pukle swojej właścicielki. Bez zapowiedzi upadł na bruk i potoczył się po lekkim nachyleniu uliczki ku sąsiedniej posesji. – Tylko czemu ta morda już się nie drze? Może obie mamy halucynacje? – Eva spojrzała z powątpiewaniem na sąsiadkę.

– Chyba słuchowe omamy! W tym wieku wszystko jest możliwe! Pst! – Martha zawiesiła głos i jeszcze bardziej wychyliła się z okna.

W tej chwili krzyk się powtórzył. Tym razem słychać go było nieco bliżej.

– NIEBOSCYK!!! Na rany koguta!

– Przed chwilą były rany kota! – mruknęła Eva i zdecydowanym ruchem poczęła wyciągać wałki z mizernej siwej czuprynki. Jej włosy przypominały teraz przetrzebione po burzy ptasie gniazdo. – Rusz się! – syknęła w kierunku przypatrującej się jej z lekkim przerażeniem przyjaciółki. –Idziemy sprawdzić, co się tam stało. Jeżeli mnie moje nadgryzione zębem czasu ucho nie myli, ten rumor dochodzi z posesji Gerrita Jansena spod siedemnastki!

– Już, już! Tylko narzucę na siebie jakieś godne odzienie! Jestem w samych majtkach!

– O tej porze? W reformach po domu łazisz? Niczym jaka kokota z de Wallen[1]?! – W głosie Evy brzmiała nagana. – Na Boga, a miałam cię za porządną mieszczankę!

– Zdrzemnęłam się chwilę, stara zrzędo! – odgryzła się błyskawicznie Martha. – Według ciebie w pełnym rynsztunku miałam pod koc wskoczyć?

– Podobno nasza świętej pamięci królowa Juliana spała w kapeluszu i pończochach! Czy miała na sobie również buty, tego nie wiem – oznajmiła szczerze Eva.

– A ja śpię w gaciach! Tyle we mnie arystokratycznej krwi, co boczku w grochówce naszej drogiej Agnety. Tylko niczego jej nie mów! Gotowa się na śmierć obrazić!

Obie zgodnie popatrzyły w zasłonięte kwiecistą kotarą okno chwiejącej się niczym pijany marynarz w amsterdamskim porcie kamieniczki, dokładnie naprzeciw ich domu.

– Już za nią tęsknię – szepnęła Eva. – Kiedy ona wreszcie wróci z tego Maastricht? Już piąty tydzień mija. W końcu zapomnę na śmierć, jaki cięty ma języczek!

– O śmierci mowa! Zbieraj tyłek w troki, bo nam nieboszczyk wystygnie!

– Nieboscyk, moja droga. Nieboscyk!

Zaśmiały się obie makiawelicznym śmiechem i synchronicznie zamknęły okna.

DWA TYGODNIE WCZEŚNIEJ,W SAMO POŁUDNIE

W przestronnym salonie na pierwszym piętrze solidnej siedemnastowiecznej kamienicy panowała iście grobowa atmosfera. Przez wąskie miniaturowe okienka wychodzące na brukowaną ulicę z trudem przeciskały się promienie południowego słońca. Ze względu na mikre gabaryty oryginalnych kilkusetletnich otworów okiennych w pokoju prawie zawsze panował półmrok, ale właściciel przybytku, emerytowany adwokat Gerrit Jansen, stanowczo sprzeciwiał się ich poszerzeniu. Uważał, że niedobór światła doskonale uzupełniają grube świece w srebrnych świecznikach. Gigantyczne kandelabry zajmowały prawie wszystkie powierzchnie płaskie w salonie, przez co wyglądał jak średniowieczna kaplica ustrojona na pogrzeb bogatego mieszczanina. Zresztą słowo „kaplica” doskonale pasowało do salonu, albowiem pięćset lat temu właśnie w tym pomieszczeniu dokonał żywota budowniczy owego domostwa, dziany kupiec Johan de Witt. Jego statek, wypełniony aż po sam maszt cejlońskim cynamonem i muszkatołowcami, zatonął podczas nawałnicy u wybrzeży Oceanu Indyjskiego, przez co Johan stracił całą fortunę. Po pewnym czasie wierzyciele zapukali, a raczej załomotali do jego drzwi, żądając swoich dywidend, których nieszczęsny Johan, rzecz jasna, nie miał. Zdesperowany i upokorzony, strzelił sobie pewnego zimnego i mglistego poranka w łeb, zostawiając żonę i liczną dziatwę na pastwę wierzycieli. Zaradna wdowa sprzedała czym prędzej nieruchomość i wyprowadziła się na północ kraju. Kamienicę po korzystnej cenie nabył wówczas praprzodek Gerrita i od Anno Domini 1720 nieprzerwanie pozostawała w rękach rodu Jansenów. No właśnie, nieprzerwanie. Aż do teraz. Na fasadzie budynku już od kilku miesięcy widniała bowiem tabliczka: Te koop[2].

Gerrit Jansen, prawie dwumetrowy, przeraźliwie chudy staruszek o pociągłej, bladej twarzy, siedział u szczytu solidnego stołu z dębowego drewna i spoglądał groźnie spod siwych krzaczastych brwi na tkwiących po obu jego stronach równie chmurnych, ale zdecydowanie młodszych mężczyzn. Jeden z nich, odziany w elegancki wełniany garnitur, palił nerwowo grube cygaro. Kłęby błękitnego, aromatycznego dymu unosiły się malowniczo nad jego głową.

– Czy mógłbyś z łaski swojej zgasić tego cholernego papierosa, Antonie? – huknął Gerrit. Gdyby spojrzenie mogło zabijać, zapewne Anton już by nie żył.

– Papo, na litość boską! Papierosy to popala twoja kucharka Sigrid, ja delektuję się wyłącznie El Rey del Mundo! To najdroższe kubańskie cygara! A ty, Bertusie, powiedz coś wreszcie! – rzucił ze złością w kierunku siedzącego po drugiej stronie stołu Bogu ducha winnego mężczyzny. Miał zaciśnięte w wąską linię usta i odstające niczym u Dumbo uszy. Na grzbiet wdział śnieżnobiałą koszulę ze starannie podwiniętymi do łokci rękawami. – Bertusie, mówię do ciebie! – powtórzył zniecierpliwiony Anton. – Czy zamierzasz bez mrugnięcia okiem zaakceptować kolejny wyskok naszego ojca?

– Przypominam wam, chłopcy, że mam już osiemdziesiąt sześć lat i jedyne wyskoki, które trenuję, to te z cholernego balkonika pod prysznic i z powrotem! A czasem jest to kanapa lub fotel. Zaiste, do wyboru, do koloru!

– Nie rób z siebie niepełnosprawnego starca, ojcze! – odezwał się w końcu Bertus. – Kiedy myślisz, że nikt cię nie widzi, maszerujesz dziarskim krokiem do centrum na kieliszeczek jenevera w knajpie na de Brink!

– Skoro nikt nie widzi, to skąd o tym wiesz? – zauważył słusznie Gerrit. Jego umysł pracował na najwyższych obrotach, a cięta riposta nie stępiała pomimo sędziwego wieku.

Bertus bynajmniej nie stracił rezonu. Miał to po ojcu.

– Martwimy się o ciebie – odparł. – Nie powinno cię dziwić, że wiemy, dokąd i po co chodzisz. To chyba nic zdrożnego.

– Dokładnie! – podchwycił błyskawicznie Anton. – Przecież jesteśmy twoimi synami. Kochamy cię. – Odchrząknął dwa razy, najwyraźniej próbując ukryć zażenowanie. W domu Jansenów nigdy dotąd nie rozmawiano o emocjach, a tym bardziej o miłości. Gerrit wychowywał synów po męsku, pragmatycznie i bez zbędnych deklaracji. Punktem honoru było dla niego zapewnienie im solidnego wykształcenia. Po ukończeniu szkół musieli radzić sobie sami.

– Ogromnie mnie cieszy wasza troska, ale zapewniam, że jeszcze nie zamierzam wyciągnąć kopytek.

– Ale nie jesteś już tak sprawny jak kilka lat temu, papo! – Anton zerwał się nagle od stołu. – Nie możesz zaprzeczać faktom. Dlatego zarówno ja, jak i Bertus nie pojmujemy, dlaczego nagle wycofujesz ofertę sprzedaży kamienicy, narażając nas na śmieszność. Właściciel agencji nieruchomości to mój serdeczny kolega. Nie było mu łatwo znaleźć kupca na dom za ponad milion euro. Kiedy w końcu pojawił się odpowiedni nabywca, ty niczym panna na wydaniu nagle zmieniasz zdanie? Wat is hier aan de hand, pap[3]?

– Chyba jak kawaler na wydaniu! – Starszy pan cicho się zaśmiał.

Jego synowie spojrzeli po sobie z niemym zdziwieniem.

– Pora w końcu wyciągnąć królika z kapelusza. – Gerrit postukał palcem wskazującym w blat stołu. Robił tak zawsze, kiedy według niego wszelka dyskusja powinna zostać zakończona. – Moi kochani, ten dom będzie mi jeszcze potrzebny! Żenię się!

DZIEŃ PÓŹNIEJ, RANO

Parterowy kamienny budynek domu pogrzebowego Pod Wesołym Aniołem tonął w wiosennej zieleni przy jednej z podmiejskich uliczek Deventer. Nieco nietypową jak na pragmatyczną Holandię nazwę przybytku ostatniej posługi, kojarzącego się raczej ze łzami niż śmiechem, wymyśliła nieżyjąca już matka Antona Jansena, właściciela firmy. Uważała bowiem, że śmierć jest dopiero początkiem radosnego sielskiego życia pod niebieską chmurką, bez trosk typu czyste gatki na tyłku (które to gatki zazwyczaj prać musi pani domu) lub zapłacone rachunki za kablówkę (z której to zdecydowanie więcej korzysta pan domu). Początkowo nazwa Pod Wesołym Aniołem wzbudzała konsternację i nieufność. Z czasem jednak okoliczni mieszkańcy przyzwyczaili się do niej, tłumacząc początkową niechęć starym holenderskim zwyczajem, że nieznany teren trzeba najpierw obsikać.

Doskonała jakość usług Anioła błyskawicznie skruszyła mur sceptycyzmu i żaden deventerczyk nie wyobrażał sobie wypuścić zmarłego członka swojej rodziny w podróż ku wieczności innym karawanem niż tym opatrzonym logo Jansenów. Na czarnym mercedesie znajdował się bieluśki rubaszny aniołek z lekką nadwagą, wyciągający ufnie pulchną rączkę w kierunku wrót niebieskich. Golizna aniołka tylko z początku raziła. Potem przysłoniły ją konkurencyjne na rynku ceny i błyskawiczne tempo usług. Można pokusić się o stwierdzenie, że Jansenowie jak nikt inny umieli wyprawiać na tamten, podobno lepszy, świat. Otoczony zielenią i ciszą, przerywaną od czasu do czasu barokowymi ptasimi trelami, dom pogrzebowy stał się więc ostoją ukojenia i dobrze spełnionego ostatniego obowiązku. Dzisiaj jednak na rozległym parkingu działy się istnie dantejskie sceny.

– Po moim trupie! – wrzeszczała, miotając się na środku pustego o tej porze placu, postawna blondynka w czerwonej, zdecydowanie zbyt obcisłej sukience. – Słyszysz, baranie? PO MOIM CHOLERNYM TRUPIE!

Rzeczony baran, czyli nikt inny jak przyodziany w firmowy uniform z podobizną aniołka na plecach dyrektor Anton Jansen, rozglądał się w panice dokoła i bezskutecznie próbował uspokoić rozszalałą harpię. Pardon, niewiastę.

– Zamilcz w tej chwili! – syknął i z całej siły chwycił blondynkę za umięśnione niczym u enerdowskiej lekkoatletki ramię. Wyrwała się natychmiast i uraczyła go spojrzeniem bazyliszka. – Za chwilę ściągniesz tu wszystkich pracowników, łącznie z leżącymi w lodówkach nieboszczykami! Ostrzegam, że niektórzy są jeszcze nieubrani! Albo inaczej. Dopiero rozebrani! – huknął jak z armaty. Podziałało. Przynajmniej na chwilę.

– Uważaj, Jansen, bo jeszcze jedno nieopatrzne słowo i dołączysz do tej wesołej, goluśkiej i świątobliwej gromadki! – prychnęła harpia i zamaszystym ruchem poprawiła opadającą na czoło grzywkę, po czym diametralnie zmieniła front ataku. – Mieliśmy już kupca na ten dom! – wyjęczała. – Nie mogłeś spacyfikować starego? Co to za pomysły z tą żeniaczką? Na amory mu się zebrało, kurwa! W jego wieku jedyny żywy organ, który jeszcze staje, to włos na głowie! A i to wątpliwe, gdyż stary jest łysy jak kolano proboszcza!

– Spacyfikować mojego ojca to jakby próbować wyprostować krzywe amsterdamskie kamienice! – żachnął się Anton. – Uparł się jak stado osłów. Mnie też zależało na pieniądzach z tej średniowiecznej rudery. Nowocześniejszy piec do kremacji kupić chciałem, co to mi prochy po spaleniu od razu schładza. A i studio florystyczne rozkręcić by się przydało. Na co mi klienci, którzy za wieńcami po całym mieście ganiają! Muszę mieć własne!

– Czyli już pozamiatane? – W turkusowych jak greckie wody Morza Jońskiego oczach blondyny zebrały się łzy.

Anton już otworzył usta, ale błyskawicznie je zamknął, gdyż na horyzoncie pojawiła się biegnąca w ich stronę nerwowym kurcgalopkiem, ubrana w identyczny jak on firmowy anielski uniform, Maud Jansen, jego osobista, już od ponad trzydziestu lat, małżonka.

Zarówno Anton, jak i rozhisteryzowana do tej pory blondyna natychmiast przybrali służbowe miny.

– Ależ oczywiście, pani Stokkink. Tak jak sobie pani życzy. Oprawa muzyczna i stos białego kwiecia – perorował uniżonym głosem pan dyrektor, przesadnie gestykulując rękami. – Trumna écru, lakierowana, złote wykończenia najwyższej jakości...

– W końcu jesteś! – wpadła mu w słowo zadyszana Maud. Sapała ciężko, łypiąc nieco wyłupiastymi oczami na oboje delikwentów. Miała nieodparte wrażenie, że gdzieś już widziała ponętną blondynkę, ale nie chciało jej się teraz grzebać w czeluściach pamięci, tym bardziej że miała ją w tej chwili zaprzątniętą całkowicie innym problemem. – Przepraszam panią najmocniej – sumitowała się Maud – ale mamy sytuację awaryjną, zważywszy na okoliczności, wręcz niecierpiącą zwłoki! Anton, komputer się zawiesił! – zwróciła się już bezpośrednio do małżonka. – Trumna wjechała do połowy pieca i całe ustrojstwo stanęło. Ani wte, ani, kruca, wewte. Połowa rodziny zemdlała, a druga wpadła w histerię! Jak się natychmiast nie pojawisz, kto wie, ile jeszcze trupów przyjdzie nam spalić. Włączając nasze własne.

– Jakim cudem ci ludzie mogą zobaczyć, że trumna się zacięła? Stoją obok czy jak? – Blondyna wydęła wydatne wargi w akcie zdumienia.

Maud spojrzała na nią z politowaniem.

– Jak widać, nie ma pani pojęcia o funkcjonowaniu nowoczesnego zakładu pogrzebowego, takiego jak nasz. – Wypięła dumnie bujną pierś, jakby to ona sama osobiście nadzorowała prace budowlane. – Dysponujemy pokojem podglądowym z przeszkloną ścianą, dzięki której można obserwować całą ceremonię – tłumaczyła tak, jakby chodziło o zwykłą salkę konferencyjną.

– Dosyć tego wykładu! – warknął Anton. – Wracamy do biura! I połącz mnie natychmiast z tym cholernym dupkiem Edwinem Hermansem! To już trzecia awaria komputera w tym miesiącu. Niedługo to my sami z dymem pójdziemy!

DWA DNI PÓŹNIEJ, CIEMNĄ NOCĄ

Było już grubo po północy. Całun nieprzeniknionej czerni pokrywał niebo nad Deventer, niczym wełniana sutanna kościste kolana miejscowego proboszcza. W okazałej willi stojącej tuż przy trasie wylotowej do Zwolle paliły się wszystkie światła. Normalnie trudno upatrywać w tym czegoś osobliwego, ale zważywszy, iż dom należał do Mikela i Marije Stokkinków, sytuacja wyglądała na kryzysową. Właściciele jednej z największych agencji nieruchomości w mieście nigdy, przenigdy nie chadzali spać później niż po dwudziestej trzeciej, a jeżeli nawet w drodze wyjątku któremuś z nich zdarzyło się gdzieś zabradziażyć, oświetlali sobie drogę do łóżka bynajmniej nie przy użyciu włącznika światła, ale przy pomocy nikłej latarki smartfona lub najzwyklejszej świecy. Żadna elektryka nie wchodziła w grę. Ceny prądu wystrzeliły ostatnimi czasy w górę, a zarówno Mikel, jak i Marije mieli sporego węża w kieszeni. Nie żadnego mikrego zaskrońca, tylko prawdziwą anakondę. Nikt w całej okolicy nie robił sobotnich zakupów dłużej niż państwo Stokkinkowie, albowiem akcja boodschappen[4], niczym arcyważna misja na Marsa, rozpoczynała się wraz ze wschodem słońca. Marije od bladego świtu uważnie studiowała wszystkie zebrane pieczołowicie z całego tygodnia foldery reklamowe. Starannie wycinała kupony zniżkowe, uzupełniała broszurki wszelkiej maści naklejkami pozwalającymi zaoszczędzić nawet kilka centów oraz robiła listę sklepów i notowała skrzętnie ich adresy. Następnie dokładnie poinstruowany Mikel udawał się tam na łowy. Polował aż do późnego popołudnia, nie fatygując bynajmniej swojego szarego porsche cayenne stacjonującego w garażu, ale pomykając na starej gazeli żony. Ziemniaki z odrzutu (o co kruszyć kopie, nadgniłe można odkroić!) należało kupować u rolnika w boerderij[5] pod lasem, papier toaletowy ze zniżką w supermarkecie Jumbo, braadworst[6] z datą ważności upływającą dopiero za dwa dni w promocji w Aldiku (sześćdziesiąt eurocentów taniej na paczce!), a mieszanki warzywne tylko w AH[7]! Grosz do grosza i będzie kokosza! W tym wypadku kokosza jawiła się nie pod postacią wypasionego drobiu, ale wielkiej willi w kształcie spodka. Okrągła rezydencja o kolistych ścianach oświetlonych z zewnątrz białym światłem (tylko na przyjazd ważnych gości!) nadawała się na makietę statku kosmicznego, idealnego do filmów z cyklu Gwiezdne wojny. Do wejścia głównego prowadziła szeroka żwirowana aleja. Po obu jej stronach niczym zwycięskie trofea w Grze o tron tkwiły marmurowe kolumny korynckie. Po prawdzie gryzły się trochę z kosmiczną, futurystyczną estetyką willi, ale Marije twierdziła, że nadają architekturze ich domostwa greckiej lekkości i finezji. Właśnie owe kolumny były ostatnią kroplą, która przepełniła dziś czarę małżeńskiej i finansowej goryczy.

– Nawet nie myśl, że zapłacę rachunek za te starożytne pale! Pasują do naszego ogrodu jak stara szkapa do ogiera! – Donośny głos pana domu dudnił po pustym, wyłożonym włoskimi kaflami holu. On sam stał na progu salonu z założonymi rękami i przewiercał wzrokiem na wylot swoją żonę siedzącą przy długim na dwanaście osób stole. Przed kobietą stała pękata butelka bursztynowej whisky i kryształowy kieliszek, ale Marije nie zawracała sobie głowy konwenansami i zasadami savoir-vivre’u. Raz po raz pociągała prosto z gwinta kolejną porcję alkoholu. Po jej rozognionych jak płatki szkarłatnej róży policzkach spływały rzęsiste łzy.

– Nigdy mnie nie rozumiałeś! – Łyk. – Zawsze, ale to zawsze myślałeś tylko o sobie! I o tej cholernej firmie! Ja byłam dla ciebie tylko atrakcyjnym dodatkiem. – Łyk plus dramatyczny przewrót oczami.

– Nie pochlebiaj sobie – prychnął Mikel. – Atrakcyjny dodatek! Raczej zbędny! Wziąłem cię w jednych gaciach! Gdyby nie ja, dalej doiłabyś krowy i wywoziła taczkami gówno na farmie swojego ojca w Bathmen! Wybawcą twoim jestem. Wyzwoli-kurwa-cielem!

Marije otarła usta grzbietem dłoni, a potem skoczyła na środek pokoju niczym rozsierdzona brakiem mleka w misce kotka.

– Trzymajcie mnie! – ryknęła. – Znalazł się pan i władca! Zbawiciel! Gdyby nie ja, dalej siedziałbyś w zapyziałej kantynie w domu starców i smarował zjełczałym masłem bułki dla sflaczałych tetryków! Ja cię stamtąd wyciągnęłam! Ja! I zrobiłam z ciebie dyrektora! A teraz... Taka czarna wdzięczność. A raczej niewdzięczność! Dajcie mi strzelbę, łeb sobie utnę! – Wypowiadając ostatnie słowo, szarpnęła za drzwi balkonowe wychodzące na oblany romantyczną księżycową poświatą taras i połykając łzy niczym szekspirowska Julia, wybiegła na zewnątrz.

– Chyba odstrzelę – mruknął pojednawczo Mikel i po sekundzie wahania powlókł się niechętnie za krnąbrną małżonką. Stanął za jej plecami i delikatnie położył rękę na jej ramieniu. Strząsnęła ją błyskawicznie jak włochatego pająka i fuknęła groźnie. Mikel znał jednak Marije jak nikt inny i jak nikt inny wiedział, jak ją ułagodzić. – Schatje[8]... nie możemy się teraz kłócić. Zamiast tracić cenną energię, musimy zewrzeć szeregi i pomyśleć, jak ugryźć starego Jansena. No, chodź już do mnie, kocico, chodź – mruknął zachęcająco, całując jej powabny, pachnący słodkimi perfumami karczek.

– To ty się kłócisz... – chlipnęła pojednawczo Marije. – I atakujesz moje kolumny. Kupiłam je na aukcji u jednego z najbardziej renomowanych amsterdamskich designerów! To dzieła sztuki! Za taką cenę! Jak za darmo! W końcu na coś się przydało oszczędzanie na mrożonkach i słoikach z buraczkami!

Mikel zazgrzytał dyskretnie zębami. Nie chciał wiedzieć, ile Marije wydała na marmurowy grecki kicz, ale przypuszczał, że musieliby zjeść przynajmniej dziesięć ton tartych buraczków, żeby zarobić choć na połowę tego starożytnego badziewia. Krew skąpca w nim wrzała, ale tym razem musiał odpuścić. W grę wchodziły bowiem o wiele poważniejsze pieniądze!

– Chodź do środka, kochanie! – powiedział łagodnie. – Musimy zastanowić się razem nad rozwiązaniem sprawy kamienicy na Walstraat. – Wysokie czoło Mikela przecięła pionowa zmarszczka. – Przez tego cholernego dziadka kilkadziesiąt tysięcy euro przeszło nam koło nosa! A już dobiłem targu z Antonem. Co prawda nalegał na większy udział w zysku ze sprzedaży domu, ale szybko bym go spacyfikował. W końcu to tylko ja nadstawiałem dupy. Gdyby Federacja Pośredników Rynku Nieruchomości złapała mnie na gorącym uczynku, straciłbym licencję! Zaczęliby grzebać w poprzednich transakcjach i kto wie, jakiego trupa wyciągnęliby jeszcze z szafy. Ta cholerna kupa gruzu tak naprawdę warta jest ponad dwa miliony.

– A na ile ją oszacowałeś w oficjalnej wycenie? – zainteresowała się Marije i razem weszli do salonu.

– Najwyżej półtora. Ale bez Antona w życiu by się nie udało. To on przekonał ojca, że lepiej sprzedać trochę taniej i uniknąć kosztownego remontu starego pieca, wymiany spróchniałych podłóg i wzmocnienia konstrukcji dachowej. Po prawdzie to nie jest konieczne. Przynajmniej przez najbliższych sto lat. Nawet piec działa jak ta lala! Głupi Jansen pewnie nadal myśli, że trochę taniej to najwyżej pięćdziesiąt tysięcy. Synalek urobił go jak ciasto w dzieży. A teraz cały nasz misterny plan o kant dupy potłuc! Cholera, gdzie on wynalazł tę babę? W prosektorium?

– Mnie nie pytaj! – prychnęła Marije. – Doprawdy nie pojmuję, jak taki tetryk jak Gerrit Jansen wytrzasnął jeszcze kogoś, kto chce przy nim leżeć w jednym łóżku. Przecież to żywa skamielina z mezozoiku! – Przewróciła znacząco oczami. – Już bym wolała skoczyć w odmęty Morza Północnego, niż dotknąć go tam choćby jednym palcem.

Zamyślony Mikel nie zwrócił uwagi na anatomiczne szczegóły wywodu żony.

– Sprytna dziwka nie poleciała przecież na jego starcze wdzięki – mruknął. – Założę się, że jest od niego młodsza przynajmniej o trzy dekady! Chodzi o jego skarpetę! A raczej o to złoto, co w niej brzęczy.

Marije pokiwała ze zrozumieniem głową i spojrzała z uznaniem na małżonka. Miał łeb nie od parady. Na jego twarzy malował się właśnie w całej okazałości skomplikowany proces myślowy. Najwyraźniej głęboko się nad czymś zastanawiał.

– Mam! – krzyknął nagle, po czym zamachał gwałtownie rękami i podskoczył rączo niczym źrebak. Jego bose stopy rozjechały się na lśniącej posadzce, wywinął hołubca i rymsnął z całej siły czołem o włoskie marmurowe płytki. Calutka galaktyka z przyległościami zawirowała mu w głowie niczym rój złotych meteorów.

– Najdroższy, żyjesz? Jesteś cały? – Marije dopadła męża i chwyciwszy jego leżącą bezwładnie na marmurze rękę, potrząsnęła nią kilkakrotnie. – Dzwonić po lekarza?

– Boże broń! – Oprzytomniał w jednej chwili i podniósł się na łokciach, próbując uspokoić gwiezdną karuzelę w mózgu. Medyków w białych kitlach bał się bardziej niż diabeł święconej wody. Jeszcze by go skasowali za nieuzasadnione wezwanie karetki!

– Wymyśliłem, jak się pozbyć młodej harpii czyhającej na schedę po Jansenie – wypalił. – Klin, kurwa, klinem!

Marije spojrzała na niego z przerażeniem. Upadek najwyraźniej zaszkodził mu bardziej, niż myślała.

– Przyniosę szklankę wody... – wyjąkała i zrobiła krok w stronę kuchni.

– Stać! – ryknął Mikel. – Stać i słuchać! Mam rozwiązanie! Musimy odbić krwiożerczej babie kąsek, na który bezprawnie się połasiła!

– Odbić? – powtórzyła słabym głosem Marije. – Ale jak?

– Przecież mówiłem, klin klinem! Podstawimy mu pod starczy nos znacznie atrakcyjniejszy obiekt. Solidniejszy i stabilniejszy.

– Czyli??? – Marije położyła upierścienioną dłoń na wydatnej piersi.

Mikel potoczył triumfalnym wzrokiem po salonie, tak jakby dokonał właśnie spektakularnego odkrycia, mogącego zmienić losy ludzkości.

– Najprostsze i najgenialniejsze pomysły leżą przed naszymi nosami niczym kupa gnoju przed leniwą muchą! Nasza sprzątaczka Irina!

Marije parsknęła z ironią.

– Irina ma męża! Porachuje ci wszystkie żebra, jeżeli tkniesz ją choćby opuszką palca! To mafioso!

Oczy Mikela błysnęły niczym średniowieczny dukat.

– Bingo. Mafioso! Właśnie kogoś takiego nam trzeba!

Przypisy

[1] De Wallen – dzielnica czerwonych latarni w Amsterdamie, gdzie znajdują się domy publiczne.
[2] Te koop (hol.) – Na sprzedaż.
[3] Wat is... (hol.) – Co się stało, ojcze?
[4]Boodschappen (hol.) – zakupy.
[5]Boerderij (hol.) – gospodarstwo.
[6]Braadworst (hol.) – kiełbasa.
[7] AH – holenderski supermarket Albert Heijn.
[8]Schatje (hol.) – skarbie.