Rodzina Lubawskich t.1. Broszka ze szmaragdową chmurką - Agnieszka Zakrzewska - ebook + audiobook

Rodzina Lubawskich t.1. Broszka ze szmaragdową chmurką ebook i audiobook

Zakrzewska Agnieszka

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Rafał Lubawski prowadzi w Jaskółce znany w okolicy od pokoleń salon jubilerski. Przed laty jego wspólniczką była starsza siostra Janina, ale znalazła miłość w Ameryce i w pośpiechu opuściła rodzinne strony. Tak naprawdę powody, dla których wyjechała, są zupełnie inne, ale Rafał nikomu nie zdradził tego sekretu. W rodzinie Lubawskich Janina i jej amerykańska przygoda urosły do rangi legendy. Cioteczka co roku przysyła kompletnie niepraktyczne prezenty, ale, o dziwo, nigdy nie przyjeżdża do ojczyzny.

Konstancja, córka Rafała, odziedziczyła po ojcu pasję do kamieni szlachetnych. Dziewczyna jest bardzo pomysłowa, trochę uparta, ma tysiąc pomysłów na minutę i pecha w miłości. Tworzy autorską biżuterię, prowadzi klub kreatywnych trzydziestolatek i stanowczo deklaruje, że nie zamierza dzielić życia z żadnym mężczyzną. Do czasu, kiedy w miasteczku pojawia się Józek Obrochta, góral spod samiuśkich Tater, który rzeźbi w drewnie, pisze wiersze i zamieszkuje w zielonym kamperze nad jeziorem. Cóż z tego, skoro czar pryska, gdy przystojny jak filmowy amant Józek wpada do salonu Lubawskich, by kupić… pierścionek zaręczynowy.

Agnieszka Zakrzewska z jubilerską precyzją splata wątki w misterną opowieść o zwyczajnym życiu w kunsztownej oprawie emocji. Kto jest wybranką spontanicznego i sympatycznego artysty? Jakie wieści prosto z Ameryki wstrząsną malowniczą i nieco zaściankową Jaskółką? Czy Konstancja Lubawska na nowo uwierzy w miłość? Broszka ze szmaragdową chmurką skrywa niejedną rodzinną tajemnicę…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 303

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 48 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Michalina Robakiewicz

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redakcja i korekta

Anna Seweryn

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Grzegorz Bociek

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Slotorsz

Opracowanie wersji elektronicznej

Karol Bociek

Ilustracje na okładce

© Jongyeon, Khaneeros, korkeng, Lapis, Marina, Olga, Ollga P, vidashi, Yana | stock.adobe.com

Ilustracje w książce powstały za pomocą oprogramowania generatywnej sztucznej inteligencji Midjourney.

Kody QR, które znajdują się przy ilustracjach, zawierają łącze html prowadzące do pliku w formacie MP4 i należy je otwierać na urządzeniu z aktualną przeglądarką oraz dostępem do Internetu.

Wydanie I, Katowice 2026

tekst © Agnieszka Zakrzewska 2025

© Wydawnictwo Dobre Strony

ISBN 978-83-68689-25-9

Wydawnictwo Dobre Strony

ul. Uniwersytecka 13

40-007 Katowice

[email protected]

+48 884 666 213

Różnica między prawdziwymi a zafałszowanymi wspomnieniami jest taka, jak w przypadku biżuterii: to fałszywe klejnoty wyglądają na prawdziwe, bo bardziej błyszczą.

Salvador Dali

Dla mojej przyjaciółki Alicji Gąsior,

która jest najcenniejszym diamentem w kolii życia Agnieszki Zakrzewskiej.

Prolog

Jaskółka, kwiecień 1970 roku

Cholera jasna! Edward kichnął siarczyście kolejny raz, a potem zaczął uporczywie kaszleć. Nabawi się na tej budowie pylicy płuc! Prowizoryczna maseczka z cienkiej bawełny nie chroniła dostatecznie przed tumanami pyłu i kurzu, które wypełniały całe pomieszczenie. A najgorsze, że nie było widać końca tego pandemonium.

Kamienica już od dawna wymagała remontu, ale ciągle brakowało funduszy. Mieli za sobą ciężki rok. Państwo rygorystycznie kontrolowało skup i sprzedaż kamieni szlachetnych, co dla jubilerów stanowiło nie lada problem. Wieczna inwigilacja i kontrole rodziły napięcia i konflikty, nie tylko na linii przedsiębiorca–władza. Tak zwyczajnie po ludzku prywaciarze budzili powszechną nieufność i zazdrość. Właściwie to niepotrzebny był żaden nadzór, wystarczyła sąsiedzka czujność. „Ci to się nachapali” – szeptano w miasteczku, choć wszyscy, którzy znali ich bliżej, wiedzieli, że to wierutna bzdura. Ojciec służył w Jaskółce za kasę zapomogowo-pożyczkową. Ileż to razy matka na niego fukała, że za darmo, po znajomości, wykonuje drobne przeróbki biżuterii na zeszyt. Na nic się zdały małżeńskie awantury. Po prostu był niereformowalnym społecznikiem.

Edward westchnął i przetarł rękawem czoło. Na materiale została szeroka biała smuga. Pył unosił się w powietrzu niczym gęsta mgła, przyklejał się do włosów, brwi, wchodził do nosa i oblepiał język. Lubawski czuł na nim teraz ceglasty posmak. Odwrócił się i zerknął za siebie. Przy oknie pracował dobry znajomy rodziny, Władek Kosowski, najlepszy murarz w okolicy.

„Na szczęście ojciec się nie upierał, żeby nam dzisiaj pomagać” – pomyślał z ulgą. Staruszek lubił budowlankę i trochę się na niej znał. Ostatnio jednak bardzo podupadł na zdrowiu i matka wolała, żeby siedział w domu. Jej syn mógł się tylko domyślać, ile trudu musiało ją kosztować przekonanie męża do swoich racji. Upór można było wpisać w herb rodowy Lubawskich.

Edward przesunął odruchowo dłonią po odkrytej części muru, z którego właśnie zeskrobał warstwę starej zaprawy. Pod palcami wyczuwał chłód cegieł, twardych, ciasno spasowanych, ułożonych z dokładnością, jaką dziś już rzadko można było spotkać.

– Niemcy budowali solidnie. Trzeba im to oddać – mruknął cicho. – Hej, Władziu, żyjesz?! – zawołał po chwili do Kosowskiego, który skuwał resztki tynku na przeciwległej ścianie.

Wyglądał, jakby ktoś go wyciągnął spod zwałów gruzu. Jego twarz przypominała zastygłą masę. Tylko oczy mu błyszczały – żywe, pełne energii, czarne jak węgielki.

– Byle co mnie nie zmorze, nie bój się, druhu! – Roześmiał się tubalnie. – Ale powiem ci, że nie ma fuszerki – dodał, jakby czytał jego myśli sprzed kilku chwil. – Te mury wojnę przetrwały, to i komunie dadzą radę!

Władek wstał z klęczek i z lekkim stęknięciem wyprostował obolałe plecy.

– A i owszem. Trzyma się, jak trzeba. Ani pęknięcia, ani luzu. Ktoś to postawił z głową, na lata, a nie trzy sezony. – Edward zakaszlał gwałtownie i strzyknął śliną przez zęby. – Ojciec robił, co mógł, łatał, gdzie popadnie, ale trzeba się wreszcie było kompleksowo zająć tą naszą kamienicą. Dobrze, żeśmy się za to w końcu wzięli. Dzięki, że znalazłeś czas, Władeczku. Wiem, ile masz teraz zleceń. Nasza Polska Ludowa rozbudowuje się na potęgę.

Kosowski łypnął na niego spod oka.

– Nie narzekam, tylko… teraz wszystko tak… na odpier… na skróty – rzucił gorzko. – Cegła licha, zaprawa jak z kredy, a ściany to tak krzywe, że człowiek szafę łapie, bo mu się na środek pokoju stacza. A przed wojną… – Poklepał znacząco mur. – …to była robota. Mówię ci: jak Niemcy coś stawiali, to na stulecie, nie ino na przetrwanie zimy. Dobra, koniec gadania – upomniał sam siebie. – Zaraz do domu muszę wracać, Terenia z obiadem czeka.

Edward kiwnął głową i wrócili do pracy, miarowo, rytmicznie. „Gdybym nie był jubilerem, może wziąłbym się za budowlankę” – pomyślał i roześmiał się cicho. Powtarzalność czynności go uspokajała, a przy okazji mógł sobie podumać na różne tematy.

W pewnym momencie ściana zabrzmiała głuchym dźwiękiem. Władek zmarszczył brwi, chwycił młotek i uderzył mocno. Tynk odpadł z trzaskiem, odsłaniając cegły, które w tym miejscu wyglądały inaczej niż pozostałe. Były zdecydowanie gładsze i jaśniejsze.

Władysław uniósł brwi.

– To dziwne… – mruknął.

Edward podszedł bliżej, poprawił zsuwającą się z twarzy maskę i ponownie stuknął młotkiem w ścianę. Raz, drugi. Dźwięk był zdecydowanie inny. Nie ceglasty, nie tępy. Głuchy. Jakby pod spodem było… coś pustego.

– Czekaj, Władek, daj przecinak. Sprawdzimy to.

Zaczęli ostrożnie kuć. Cegły nie odchodziły łatwo – ktoś wmurował je bardzo dokładnie. Ale w miarę jak zdejmowali kolejne warstwy zaprawy, ich ciekawość wzrastała. Najpierw ich oczom ukazała się ledwo widoczna linia, potem zarys prostokąta i wreszcie – cienka szczelina, a w niej coś metalowego. Wyglądało to na jakąś skrytkę.

Popatrzyli na siebie zaintrygowani.

– Co to ma być? Jakaś niemiecka kontrabanda? Broń?

– No i masz babo placek… – Władysław zsunął czapkę i podrapał się po przerzedzonej czuprynie. – Tośmy się dokopali. Wiedziałeś, że tutaj coś jest?

– Skąd! Ojciec chyba też o niczym nie ma pojęcia. A przecież zna tę kamienicę od podszewki… Po wojnie ją remontował, ale tak po łebkach, sam wiesz, jak to wtedy było. Na wariata.

– Może nie chciał nic mówić?

Edward nie odpowiedział. Pochylił się i wyczyścił rękawem zarys prostokąta. Teraz było już jasne: w ścianie znajdował się metalowy sejf, solidnie zamaskowany i wmurowany z taką precyzją, że nikt wcześniej go nie odkrył.

– To co, sprawdzamy?

Powoli, ostrożnie poluzowali resztę cegieł i wreszcie udało się chwycić za stalowe drzwiczki. Mechanizm był prosty – zamek obrotowy, stary, lekko zardzewiały. Edward wziął głęboki wdech i ruszył pokrętło. Zaskoczyło.

Z wnętrza buchnęła stęchlizna. Obaj mężczyźni jednocześnie pochylili głowy. W środku znajdowała się kasetka, pokryta grubą warstwą kurzu. Edward poczuł, że serce zaczyna mu szybciej bić. Splunął w dłonie, zdjął maskę z twarzy i spojrzał na kompana. Przez chwilę trwała cisza.

– Otwieraj! – zarządził Władek. – Mam tylko nadzieję, że nie wpakujemy się w jakieś kłopoty.

Edward ostrożnie chwycił kasetkę. Zdmuchnął pokrywający wieko pył i ostrożnie je uchylił. Na miękkim materiale leżały rozliczne precjoza: kilka pierścionków, gruby sygnet, naszyjniki i kolczyki. W ciemnym woreczku pobrzękiwały jakieś kamienie albo monety. Władek otarł szybko o spodnie brudne dłonie i chwycił leżącą z boku broszę. Rozbłysła nagle w promieniu słońca, który wpadł znienacka przez zakurzone okna. Obrócił ją zafascynowany kilka razy i cmoknął z uznaniem. Była przepiękna, misternie spleciona na kształt ażurowej siateczki. W środku lśniły trzy zielonkawe kamienie otoczone symetrycznie rozmieszczonymi kryształkami.

– To szmaragdy – stwierdził ze znawstwem Edward. – A te połyskujące drobinki to diamenty. Fasetowane.

– Co to znaczy? – szepnął Władysław.

– Specjalny szlif. Robi się go pod różnymi kątami. Fasetki działają jak lustra i lepiej odbijają światło.

– Fachura z ciebie – mruknął z podziwem Kosowski. – Tak od razu wszystko dostrzegasz, bez żadnej lupy?

– Lata doświadczeń, przyjacielu! Ale takiego cuda jeszcze nie widziałem. Ta broszka to prawdziwe dzieło sztuki. Koronkowa robota!

Kosowski ponownie zajrzał do sejfu.

– Edziu, w tej skrytce jest jeszcze jakaś kartka. List? Może rozjaśni nam co nieco w łepetynach.

Edward chwycił za papier. Był gruby, pożółkły, złożony starannie na trzy części. Rozwinął go ostrożnie. Pismo, choć nieco wyblakłe, wciąż było wyraźne.

– To po niemiecku! Nic z tego nie rozumiem – jęknął.

– Daj! Ja znam trochę szwabski… – Władek przebiegł wzrokiem po tekście i zaczął głośno czytać.

Dobry człowieku!

Jeżeli trzymasz ten list w ręku, znaczy, że ta przeklęta wojna minęła. Jesteśmy wolni. Bierz wszystkie kosztowności. Są wiele warte, ale to nie ma już żadnego znaczenia. Proszę Cię o jedno… Przechowaj broszkę ze szmaragdową chmurką. Ktoś się kiedyś po nią zgłosi pod ten adres i poda hasło: „Ignis aurum probat”.

Dziękuję!

Mężczyźni spojrzeli szybko na siebie.

– I żadnego nazwiska, wskazówki? – Edward obrócił kartkę w palcach. – I co znaczy to probat… coś tam?

– Nie mam pojęcia, aż takim poliglotą nie jestem.

– Mało tych danych, Władziu. Same tajemnice.

– To zrozumiałe… – Kosowski pokiwał głową. – Ktokolwiek to pisał, nie wiedział, czy list nie wpadnie czasem w niepowołane ręce. Bezpieczniej było zachować anonimowość.

– A skąd ten ktoś wiedział, że nie odkryją tej skrytki przypadkowi ludzie? Którzy wcale tutaj nie mieszkają? Capną świecidełka, a potem pisz do mnie na Berdyczów!

– Nie wiedział tego. Ale nie miał nic do stracenia. I, jak widać, dobrze trafił.

– Władek… – zawahał się Edward – może trzeba wezwać milicję? Pokazać to, oddać, zgłosić… Ja nie wiem…

Władysław milczał. Spojrzał jeszcze raz na kasetkę, a potem na trzymaną w palcach broszkę.

– Ja bym tego na razie nikomu nie pokazywał – odpowiedział zdecydowanie. – Rozniesie się plotka w mieścinie w trymiga, że znaleźliśmy skarb. Ludzie będą gadać, pytać, zrobi się sensacja. Nie mam nerwów na szopki. Terenia jeszcze nie przeżyła straty naszej córeczki… Jest taka krucha… Muszę ją chronić. Naradź się z ojcem i razem postanówcie, co dalej.

– Masz rację. Ale wybierz sobie coś, Władeczku. Może ten naszyjnik dla Teres…

– Niczego nie wezmę! – przerwał mu ostro Kosowski. – Idź z tym do Juliana. On będzie wiedział, co robić!

– A ty co byś zrobił?

– To, o co prosi ten ktoś w liście. Przechowałbym to cacko. Na pewno jest bardzo cenne. Ale oprócz tego posiada jakąś wartość, o której nie wiemy. Może to rodzinna pamiątka?

Edward zamknął zdecydowanie wieko kasetki.

– Ojciec powie to samo. Ta brosza to tajny depozyt. Nigdy jej nie sprzedamy, będzie czekała na swojego właściciela.

– To uczciwe postawienie sprawy. Trzymam cię za słowo, Edziu. I wiem, że mnie nie zawiedziesz.

Rozdział pierwszy

Jubilerskie geny i skandal kaloszowy

Pół wieku później

W rodzinie Lubawskich niedzielny obiad był rzeczą świętą. W ciągu tygodnia prawie nigdy nie zdarzało im się zebrać przy jednym stole. Senior rodu, Rafał, rzadko bywał w domu. Zawsze w rozjazdach, na rozlicznych spotkaniach biznesowych, targach czy konferencjach, stołował się najczęściej na stacjach benzynowych,nad czym ubolewała jego żona Lidia. Szczególną niechęcią darzyła uwielbiane przez męża hot-dogi.

– Niedługo skończysz na pogotowiu! – gderała. – Przecież od tych wszystkich azotynów i fosforanów wysiądzie ci żołądek. Już nie mówiąc o wątrobie! Nawet Picasso by tego nie ruszył!

Czekoladowy labrador, oczko w głowie całej rodziny, wyczuwając, że o nim mowa, podniósł łeb i zapiszczał cicho, dając jednoznacznie do zrozumienia, że bez względu na to, o czym mówi jego pani, absolutnie się z nią zgadza. Umiał się ustawić, spryciarz. W końcu to ona najczęściej dawała mu jeść.

– Lideczko, nie kracz! – odparł Rafał. – Przecież doskonale wiesz, że najchętniej jadłbym twoje genialne bryzole z buraczkami, ale logistyczne spięcie moich preferencji kulinarnych i wymagań naszego „złotego dziecka”, dzięki któremu możemy konsumować takie frykasy, jest z góry skazane na niepowodzenie.

W rzeczy samej. Salon Jubilerski Lubawskich, połączony z pracownią w centrum miasteczka, wymagał nie tylko ogromnych nakładów finansowych, ale przede wszystkim czasu i zaangażowania. W rodzinnej firmie oprócz Rafała pracowała również ich dwudziestosiedmioletnia córka Konstancja. Na początku burzyła się przeciwko kultywowanej od lat tradycji niedzielnych obiadków, ale uznała w końcu, że lepiej poddać się cyklicznej tyranii w postaci bryzolu matki, niż tracić nerwy na dyskusje, które i tak kończyły się nad talerzem, przy nakrytym świeżo wykrochmalonym obrusem stole. Obiad w domu przy ulicy Brzozowej 5 nie podlegał żadnym negocjacjom.

Konstancja w tym tygodniu najchętniej wykręciłaby się od familijnego obowiązku. Miała za sobą ciężkie wyzwania w postaci marudzących klientów i niezwykle wymagającą, koronkową robotę osadzania kamienia w pierścionku zaręczynowym na zamówienie dyrektora miejskiego ośrodka kultury.

Uwielbiała pracować ze szmaragdami, były piękne, ale niezwykle kruche. Nie lubiły wibracji ani ciepła i pękały przy byle nacisku. Kostka musiała idealnie wyprofilować metal, bo nawet pół milimetra różnicy mogło rozłupać drogocenny kamień. W dodatku pan dyrektor płacił za błyskawiczne zlecenie, bo spieszyło mu się do ołtarza. Zatwardziały kawaler dopiero w wieku pięćdziesięciu lat postanowił zmienić stan cywilny, a poza tym przyszła panna młoda była przy nadziei i każda chwila zwłoki groziła katastrofą tekstylną. Sukienkę oblubienicy sprowadzono prosto z Warszawy i istniało ryzyko, że się w nią nie zmieści. Co gorsza, Konstancja nie mogła oddać tego zlecenia Frankowi, który terminował w salonie Lubawskich od kilku dni. Bała się, że stres go przerośnie, pomimo bardzo interesującego portfolio i niewątpliwie dużych zdolności manualnych.

Student poznańskiego Uniwersytetu Artystycznego był cennym nabytkiem w rodzinnym biznesie, ze względu na świeże i nieskażone rutyną spojrzenie na złotniczy kunszt. Można śmiało rzec, że spadł Lubawskim z nieba. Rafał już od jakiegoś czasu napomykał, że klienci są coraz bardziej wybredni i zamiast o klasykę pytają o nietypowe biżuteryjne rozwiązania. Franek z głową pełną pomysłów, energią i zapałem zdawał się idealnym wyborem. Jedyną rysą na nieskazitelnym obrazie zdolnego młodzieńca było nazwisko. Jego ojciec chodził z Lubawskim do jednej klasy, a – jak twierdziła Lidia – nepotyzm w biznesie to złe rozwiązanie. Gorsze nawet niż przegrzanie metalu podczas lutowania. Albo, o losie, pęknięcie kamienia przy oprawie.

Kiedy rodzice zawzięcie dyskutowali o plusach i minusach zatrudnienia praktykanta „po znajomości”, Konstancja otworzyła przyniesioną przez Franka teczkę. Od kiedy dziewczyna dołączyła do biznesu, wszystkie, nawet te z pozoru błahe kwestie dotyczące funkcjonowania firmy omawiano wspólnie. Tego nauczył Rafała dziadek, Julian Lubawski, który założył pracownię jubilerską w Jaskółce tuż po wojnie, w tysiąc dziewięćset czterdziestym szóstym roku. Lubawski hołdował zasadzie: „Złoto nie świeci samo, blasku nadają mu ręce, które go dotykają. Każdy, nawet ten z pozoru najmniej ważny dotyk ma znaczenie”. Dlatego Rafał zawsze podejmował decyzje po rodzinnych naradach. Były one u Lubawskich tak samo celebrowane, jak niedzielne obiady.

Konstancja zagłębiła się w pracach Franka. Jego portfolio zawierało niezwykle interesujące szkice. Powoli przewracała sztywne kartki, na których chłopak wprawną ręką rozrysował swoje projekty biżuterii. Nie było tu klasycznych obrączek ani łańcuszków i standardowych kolczyków w kształcie serduszek, liści oraz kwiatków. Franek projektował rzeczy oryginalne, pełne symboli – połączenie metalu z porcelaną, szkła z mchem, złota ze skórą. Widać było, że młody uwielbiał eksperymenty z teksturami i materiałami. Niektóre jego prace przypominały małe rzeźby. Wszystko dopracowane w najmniejszych detalach.

Jednak najważniejsza dla Konstancji była „próba złota”. Rzadko kto ją przechodził, bo zazwyczaj zgłaszającym się do ich salonu stażystom zależało jedynie na tym, żeby zaliczyć praktyki. Nie mieli wiedzy ani umiejętności, a co najważniejsze – chęci, żeby się czegoś nauczyć. Dlatego terminowanie u Lubawskich było zaszczytem, którego dostępowali nieliczni.

***

Franek przyszedł na rozmowę punktualnie. Ubrany w białą koszulę i dżinsy, wyglądał schludnie. Kostka od razu spojrzała na jego dłonie. Czyste, równo obcięte paznokcie, żadnej krzykliwej biżuterii ani tanich tatuaży. Sama nie miała nic przeciwko ozdabianiu skóry, ale Jaskółka była trochę zaściankowa, z klientami raczej starszej daty. Tatuaże kojarzyły się im ze światkiem przestępczym. Kędzierzawe włosy chłopaka opadały zawadiacko na czoło, choć Kostka zauważyła, że próbował je ujarzmić żelem.

– Jeśli kochasz zapach cynamonu, ciepłe swetry i spacery pośród jesiennych liści, to jaki kamień wybrałbyś dla siebie? – wypaliła na wstępie.

Franek był zapewne przygotowany na nieco inny zestaw pytań, ale nie dał niczego po sobie poznać.

– Almandyn! – odpowiedział zdecydowanie. – Kojarzy mi się z jesienią i szarlotką. Te kamienie przyjmują czerwoną barwę, która przechodzi miękko w żółć i brunatność. Tak jak liście w naszym parku… – Urwał nagle. – Coś nie tak? Patrzy pani tak dziwnie. Mówię głupoty?

– Wręcz przeciwnie. Jesteś przyjęty – odpowiedziała. – To mi wystarczy.

Wieczorem, przy kolacji, zawołała:

– Bierzemy go! Nada się!

Ojciec i matka drgnęli synchronicznie na krzesłach. Powinni być już przyzwyczajeni do nieokiełznanego temperamentu swojej jedynaczki, a jednak cały czas ich zaskakiwała.

– Widzę w nim samą siebie sprzed kilku lat – dodała nieco ciszej Konstancja. – Ma talent i jest romantykiem. Kogoś takiego nam trzeba.

Rodzice nie protestowali. Decyzja została podjęta.

Franek od samego początku rwał się do projektów koncepcyjnych, ale Konstancja, która automatycznie przejęła pieczę nad młodym praktykantem, studziła nieco jego artystyczne zapędy.

– Nie zaczniesz u mnie od galopu na jednym z najlepszych koni w stajni. Najpierw będziesz sprzątał boksy. Potem przyjdzie pora na jazdę wierzchem.

Franek spojrzał nieco sceptycznie na młodą Lubawską.

– O jakich koniach mówimy? – Zawahał się. – Ja w życiu nie siedziałem w siodle.

Roześmiała się.

– Lubię się czasem posługiwać metaforami. Chodzi o to, że będę cię uczyć fachu od podstaw. Na autorskie projekty przyjdzie pora. Najpierw będziesz naprawiał, lutował i czyścił. To cię nauczy cierpliwości.

– Myślałem, że w salonie jubilerskim liczy się kreatywność.

– Kreatywność, ale nie pośpiech – podkreśliła. – Metale szlachetne go nie znoszą. Są jak wino, które lubi dojrzewać latami. Dobry złotnik jest przede wszystkim sprawny manualnie, a jego inwencja twórcza to wisienka na torcie.

Franek przyjrzał się jej uważnie okiem przyszłego artysty plastyka. Miała drobną, bladą twarz bez śladu makijażu, ładnie zarysowane usta, błyszczące oczy i stanowczy podbródek. Przypominała trochę zadziornego elfa, który nie da sobie w kaszę dmuchać. W dodatku odzianego we flanelową koszulę, ciężkie wojskowe buty i przetarte dżinsy.

Dziewczyna pochwyciła jego zaciekawione spojrzenie.

– Nie bój się, nie wychodzę tak do klientów – odparła szybko. – Za drzwiami wisi mój służbowy uniform. Nie lubię się w niego przebierać, ale znam realia tego zawodu. Jak cię widzą, tak cię piszą. W salonie jubilerskim klienci oczekują od sprzedających, że będą jak spod igły. Dobra biżuteria to elegancja i klasa. – Westchnęła cicho.

Franek uśmiechnął się pod nosem. Tym westchnieniem kupiła go ostatecznie. On też nie cierpiał mundurków.

W rzeczy samej, Konstancja nie lubiła się wpasowywać w żadne ramy. Tym bardziej odzieżowe. Jubilerstwo kojarzyło się ludziom z grzeczną klasyką, a ona kochała stare portki i powyciągane swetrzyska. Do dziś pamiętała, jak lata temu wpadła do salonu taty w ubłoconych kaloszach i została zbesztana przez panią Litwińską…

***

Emerytowana anglistka, patrząc na nią karcąco znad okularów w złoconych oprawkach, rzuciła, bynajmniej nie dyskretnym tonem:

– Małe dziewczynki powinny jak najwcześniej uczyć się zasad savoir-vivre’u! Nie należy paradować po ulicy w brudnych buciorach! Kto na to pozwala?

– Mój tatuś – wyrecytowała Konstancja rezolutnie, unosząc bródkę. – Sam też nosi gumowce. A pani jest niegrzeczna! – wypaliła.

Jakby tego było mało, tupnęła, zostawiając na wyfroterowanej posadzce brzydką plamę.

Pani Litwińska poczerwieniała, po czym zbladła i zaczęła rozpaczliwie łapać powietrze, otwierając szeroko usta, niczym wyrzucona na brzeg ryba.

– Wypraszam sobie te… impertynencje, młoda damo! – wykrztusiła wreszcie. – Panie Lubawski, niech pan utemperuje córeczkę, bo czarno to widzę – zwróciła się do stojącego przy gablotach Rafała. – Ta bezczelna pannica przyniesie panu same problemy! To się źle skończy! – zagrzmiała złowieszczo i z oburzeniem potrząsając głową, wymaszerowała z salonu.

Jej noga nie postała tutaj przez następne dwadzieścia lat. Przemogła się dopiero po śmierci męża. Chciała wygrawerować na odziedziczonym po nim krzyżyku jego inicjały, a pomimo obrazy na całą rodzinę Lubawskich żadnemu innemu jubilerowi w okolicy nie ufała na tyle, żeby powierzyć mu drogocenną pamiątkę. Istotnie, Rafał wykonał zadanie po mistrzowsku.

Po aferze z gumowcami stało się jasne, że Konstancja odziedziczyła w genach ognisty temperament pradziadka Juliana. Nie gryzła się w język i potrafiła do upadłego walczyć o swoje. Wszystko wskazywało na to, że u Lubawskich wyraziste cechy charakteru przechodziły wyłącznie na kobiety. Rafał był bardziej zachowawczy, uprzejmy, nigdy nie działał pod wpływem emocji. Zupełne przeciwieństwo swojego dziadka.

W rodzinie krążyły legendy, jak to krewki Julian postawił się w latach sześćdziesiątych milicyjnemu tajniakowi, ukrywającemu się pod płaszczykiem Państwowej Inspekcji Handlowej. Pewnego ranka funkcjonariusz wpadł do salonu na przeszpiegi, sugerując, że Lubawscy parają się nielegalnym handlem złotem i obcą walutą. Dowodem miały być enigmatyczne zeznania świadka ukrywającego się pod pseudonimem „Żbik”. Julian, nie tracąc zimnej krwi, zażądał wglądu do obciążających go zeznań na piśmie. Kiedy tajniak z ociąganiem wręczył mu pomięty świstek, jubiler ujął go w obie dłonie i błyskawicznie podarł na kawałeczki. Tajniak wszczął raban, ale tak naprawdę nic nie mógł już zrobić. Wszyscy tu znali i szanowali Lubawskiego i w razie jakiejś wpadki stanęliby za nim murem.

Nie było więc mowy, żeby Konstancja z takimi genami nie dała sobie rady w interesach i w życiu. Co prawda ciągle napotykała na jakieś sercowe przeszkody, ale przynajmniej biznes kręcił się jak należy. O swoich prywatnych problemach, podobnie jak Scarlett O’Hara, wolała pomyśleć jutro.

Ożyw obraz

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Cytat

Dedykacja

Prolog

Rozdział pierwszy

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja